RSS
niedziela, 28 grudnia 2014

jedenastka roku 2014, najlepsi piłkarze 2015
W jutrzejszej „Gazecie Sport.pl Ekstra” podsumowujemy, co wydarzyło się w sporcie w minionych 12 miesiącach. O mojej drużynie marzeń – tradycyjnie dobranej niewłaściwie, jak wszystkie podobne zabawy świata – przeczytacie tutaj, a o innych bohaterach tutaj.

21:23, rafal.stec
Link Komentarze (32) »
wtorek, 23 grudnia 2014

Tako rzecze jej prezes Bogusław Leśnodorski, którego wraz z Michałem Szadkowskim przepytaliśmy w kwestiach boiskowych i pozaboiskowych. Tak obszernie, że musielibyśmy wywiad rozkroić na dwa wydania „Wyborczej”. Pierwszą część przeczytacie tutaj, a drugą tutaj.

15:11, rafal.stec
Link Komentarze (8) »
piątek, 19 grudnia 2014

Od środy jest już oficjalnie do wzięcia. Skończył 16 lat, zatem w myśl przepisów futbolowych stał się dorosły – można z nim podpisać prawdziwy kontrakt, można go wytransferować za granicę.

Oczywiście przygotowania trwają od dawna, dziś szanujący się rodzice zdolnych brzdąców albo same brzdące planują kariery w fazie najpóźniej prenatalnej, zwłaszcza jeśli rodzice są ambitni, a brzdące są zdolne. Bardzo utalentowany norweski piłkarz Martin Odegaard już poprzedniej zimy wizytował zatem Manchester United oraz Bayern, latem odwiedził Liverpool, Arsenal oraz Real Madryt, jesienią ponownie wylądował w Bayernie, teraz po raz wtóry sprawdza, co byłaby mu w stanie zaoferować Barcelona. To nie koniec podróży, w styczniu ma ponoć potrenować w Ajaxie Amsterdam – kto wie, może nawet wymienią doświadczenia z naszym Arkadiuszem Milikiem. Aha, młodzieniec często rozmawia przez telefonem z trenerem Celtiku, rodakiem Ronnym Delią. Wszystko po to, by starannie wybrać klub, który zagwarantuje mu wielką karierę. Doradza tata – niegdyś piłkarz, dziś trener, który dwa razy w tygodniu wypożycza syna z klubu Stromsgodset i samodzielnie przyucza go w swoim klubie Mjondalen.

Odegaard gra też regularnie w piłkę. W październiku został najmłodszym w historii uczestnikiem mistrzostw Europy. W eliminacyjnym meczu z Bułgarią zagrał, gdy miał 15 lat i 300 dni. W reprezentacji kraju debiutował już wcześniej (w sparingu), bił też rekordy ligi norweskiej – jako najmłodszy zawodnik, najmłodszy strzelec gola etc. W sumie w barwach Stromsgodset wystąpił 23 razy, zdobył 5 bramek. Skosztował już nawet kilku minut w kwalifikacjach Ligi Mistrzów, więc Norwegia zwariowała – chłopiec spycha na medialny margines nawet narciarki i narciarzy, relacjonuje się na żywo jego wyprawy do sławnych futbolowych firm, próbuje się objąć rozumem bezkres jego domniemanego talentu, trwa ogólnonarodowe ustalanie, jak zaprojektować przyszłość cud chłopca, by spełnił pokładane w nim nadzieje.

Czy je spełni, nie wiadomo. We wszystkich szkołach świata zdarzają się 16-letni prymusi, którzy kompletnie nie radzą sobie w dorosłym życiu, oraz 16-latkowie wyciągani za uszy z klasy do klasy, którzy wyrastają na jednostki wybitne. W futbolu czasem oglądamy, jak debiutujący w lidze w wieku 15 lat i 35 dni Sergio Agüero podbija potem ligę angielską, a czasam przykro nam patrzeć, jak grywający z seniorami już w wieku 14 lat Freddy Adu nie umie dziś wstać z rezerwy w serbskiej Jagodinie.

Ten ostatni – Amerykanin z imigrantów z Ghany, oczywiście obwołany nowym Pele, długo przed osiągnięciem pełnoletności popisał milionową umowę reklamową z Nike – błąka się przerzucany do coraz marniejszych drużyn. Wcześniej próbował w Portugalii, Francji, Grecji, Turcji, Brazylii. Nie dał rady nigdzie. Amerykanie, którzy najpilniej śledzili jego karierę, stawiają czasem tezę, że przegrał właśnie dlatego, że zbyt wcześniej zaczął kopać się o wynik z dorosłymi. Jego mniej zdolni rówieśnicy wciąż ćwiczyli, rozwijali się wedle prawideł odpowiedniego etapu edukacji, a on ten etap ominął, bo miał już ważniejsze sprawy na głowie.

Nigdy nie sprawdzimy, ile w tym prawdy, na losy pojedynczego piłkarza – i nie tylko piłkarza – wpływa często zbyt wiele czynników, by dało się je satysfakcjonująco objaśnić. Łatwiej oszacować ryzyko, które ponosi młodziutki Odegaard, gdy zwiedza dziś siedem futbolowych cudów świata, a świat ustawicznie wpycha mu do głowy przeświadczenie, że w Złotą Piłkę powinien mierzyć jak w cel minimum, że Messi, że Ronaldo, że Słońce będzie wschodzić tylko dla niego. A przecież brutalna prawda jest taka, że wyjątkowych talentów biega cały tłum, więc prawdopodobieństwo powodzenia tej misji nie jest specjalnie wysokie. Ba, może Martin sam potrzebuje wręcz cudu, by kiedyś zostać najlepszym z najlepszych... W każdym razie teraz całkiem przyzwoita dla piłkarza z Norwegii kariera – np. na miarę średniego klubu Ligi Mistrzów – może zostać odebrana jako życiowa klęska. Także przez samego Odegaarda.

Tagi: transfery
21:36, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
poniedziałek, 15 grudnia 2014

Nie znoszę komunału o statystykach, które kłamią, to oczywista nieprawda, oszukujemy się jedynie ich błędnymi interpretacjami - mogę się co najwyżej zgodzić z tureckim trenerem Fatihem Terimem, który głosi, że statystyki przypominają minispódniczki, odkrywają bowiem wiele, ale nie wszystko. Dziś jednak coraz trudniej bronić się przed zalewem dezorientujących liczb i właściwie każdą należy analizować krytycznie, czego skutkiem ubocznym jest postępująca dewaluacja pojęcia „rekord”. O czym napisałem felieton do „Gazety Sport.pl Ekstra”, przeczytacie go tutaj.

Tagi: felieton
01:51, rafal.stec
Link Komentarze (7) »
piątek, 12 grudnia 2014

Nie wiadomo, czy gdyby Legia nie zagapiła się w sprawie nieszczęsnego Bereszyńskiego, awansowałaby w następnej rundzie do Ligi Mistrzów. Ale nie możemy tego wykluczyć, z Celtikiem rozprawiła się w oszałamiającym stylu.

Nie wiadomo, czy gdyby Legia nie rozesłała po Europie infantylnego listu „rekomendującego” transfer Michała Żyro, wyjęłaby za niego w przyszłości więcej niż wyjmie. Ale nie możemy tego wykluczyć, epistolograficzny wybryk rynkowej wartości skrzydłowego na pewno nie podniósł.

Nie wiadomo, na kogo Legia wpadnie w poniedziałkowym losowaniu 1/16 Ligi Europejskiej, ale nie możemy wykluczyć, że w lutym podejmie przy pustych trybunach naprawdę renomowaną firmę – Liverpool, Ajax, Romę czy – to dopiero byłaby strata dla kibiców! – Celtic.

Nie wiadomo wreszcie, czy gdyby Legia nie trwoniła milionów złotych przez notoryczną niesubordynację na trybunach, wydałaby je mądrze na nowych piłkarzy. Ale nie możemy wykluczyć, że znacząco wzmocniłaby kadrę, o czym najładniej świadczą popisy Ondreja Dudy, zjawiskowo jak na standardy naszych boisk uzolnionego młodzieńca ze Słowacji.

Do wszechogarniającego rozgardiaszu w polskich klubach przywykliśmy, jednak warszawski jest wyjątkowy, bowiem jako pierwszy u nas przeżywa równocześnie tak dynamiczny, wielowymiarowy rozwój sportowy. Odkąd Legią dowodzi Henning Berg, czyli w kalendarzowym roku 2014, piłkarze mają bilans wprost nieskazitelny – obronili tytuł mistrza kraju, wygrali 24 z 34 meczów ligowych (następny Lech – ledwie 17), nie przegrali ani jednego krajowego hitu (cztery zwycięstwa i dwa remisy z Wisłą i Lechem, bramki 15-4), zwyciężali (na boisku) w 10 z 12 spotkań europejskich pucharów (24-4). Uprawiają futbol uporządkowany, elastyczny taktycznie i reagujący na styl przeciwnika, nawet w zderzeniu z zagranicą wyglądają na świadomych swojej siły. I nie zależą, wbrew niedawnym podejrzeniom, od ponadprzeciętnych jednostek, o czym przekonuje każdy mecz bez kontuzjowanego Radovicia. Jeśli pomyślimy jeszcze o szerokiej, wymuszającej niespotykaną u nas ostrą rywalizację kadrze (jesienią grało 32 ludzi!), kosztującej 1,5 mln euro rocznie akademii (dla porównania: Bayern wydaje 3 mln) oraz planach budowy ośrodka treningowego, to widzimy zupełnie nową jakość w polskim futbolu. Jakość, dzięki której teraźniejszość cieszy, a potencjalna przyszłość wprawia w euforię.

Najbliższy sportowy cel jest jasny: zostać pierwszym od 1991 roku polskim klubem, który po przerwie zimowej wygra dwumecz w europejskich pucharach. Będzie potwornie trudno, nie tylko z powodu klasy rywala – nie wszyscy wielcy traktują LE całkiem serio – ale również przez realia klimatyczno-logistyczne. Legia wyjdzie na kolejną rundę ledwie tydzień po wznowieniu rozgrywek. Czyli kompletnie odzwyczajona od twardej walki o niebagatelną stawkę.

Ale tak naprawdę martwi u niej dziś wyłącznie to, co pozasportowe. Jeśli przytoczoną na wstępie listę wpadek rozciągniemy do wiosny i wspomnimy zadymy podczas wizyty w Warszawie Jagiellonii, znajdziemy aż dwa mecze oddane przez Legię walkowerem. To też w cywilizowanym – ba, także polskim – futbolu rzadkość. To europejskiej firmie zwyczajnie nie przystoi.

20:57, rafal.stec
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi