RSS
niedziela, 28 grudnia 2014

jedenastka roku 2014, najlepsi piłkarze 2015
W jutrzejszej „Gazecie Sport.pl Ekstra” podsumowujemy, co wydarzyło się w sporcie w minionych 12 miesiącach. O mojej drużynie marzeń – tradycyjnie dobranej niewłaściwie, jak wszystkie podobne zabawy świata – przeczytacie tutaj, a o innych bohaterach tutaj.

21:23, rafal.stec
Link Komentarze (32) »
wtorek, 23 grudnia 2014

Tako rzecze jej prezes Bogusław Leśnodorski, którego wraz z Michałem Szadkowskim przepytaliśmy w kwestiach boiskowych i pozaboiskowych. Tak obszernie, że musielibyśmy wywiad rozkroić na dwa wydania „Wyborczej”. Pierwszą część przeczytacie tutaj, a drugą tutaj.

15:11, rafal.stec
Link Komentarze (8) »
piątek, 19 grudnia 2014

Od środy jest już oficjalnie do wzięcia. Skończył 16 lat, zatem w myśl przepisów futbolowych stał się dorosły – można z nim podpisać prawdziwy kontrakt, można go wytransferować za granicę.

Oczywiście przygotowania trwają od dawna, dziś szanujący się rodzice zdolnych brzdąców albo same brzdące planują kariery w fazie najpóźniej prenatalnej, zwłaszcza jeśli rodzice są ambitni, a brzdące są zdolne. Bardzo utalentowany norweski piłkarz Martin Odegaard już poprzedniej zimy wizytował zatem Manchester United oraz Bayern, latem odwiedził Liverpool, Arsenal oraz Real Madryt, jesienią ponownie wylądował w Bayernie, teraz po raz wtóry sprawdza, co byłaby mu w stanie zaoferować Barcelona. To nie koniec podróży, w styczniu ma ponoć potrenować w Ajaxie Amsterdam – kto wie, może nawet wymienią doświadczenia z naszym Arkadiuszem Milikiem. Aha, młodzieniec często rozmawia przez telefonem z trenerem Celtiku, rodakiem Ronnym Delią. Wszystko po to, by starannie wybrać klub, który zagwarantuje mu wielką karierę. Doradza tata – niegdyś piłkarz, dziś trener, który dwa razy w tygodniu wypożycza syna z klubu Stromsgodset i samodzielnie przyucza go w swoim klubie Mjondalen.

Odegaard gra też regularnie w piłkę. W październiku został najmłodszym w historii uczestnikiem mistrzostw Europy. W eliminacyjnym meczu z Bułgarią zagrał, gdy miał 15 lat i 300 dni. W reprezentacji kraju debiutował już wcześniej (w sparingu), bił też rekordy ligi norweskiej – jako najmłodszy zawodnik, najmłodszy strzelec gola etc. W sumie w barwach Stromsgodset wystąpił 23 razy, zdobył 5 bramek. Skosztował już nawet kilku minut w kwalifikacjach Ligi Mistrzów, więc Norwegia zwariowała – chłopiec spycha na medialny margines nawet narciarki i narciarzy, relacjonuje się na żywo jego wyprawy do sławnych futbolowych firm, próbuje się objąć rozumem bezkres jego domniemanego talentu, trwa ogólnonarodowe ustalanie, jak zaprojektować przyszłość cud chłopca, by spełnił pokładane w nim nadzieje.

Czy je spełni, nie wiadomo. We wszystkich szkołach świata zdarzają się 16-letni prymusi, którzy kompletnie nie radzą sobie w dorosłym życiu, oraz 16-latkowie wyciągani za uszy z klasy do klasy, którzy wyrastają na jednostki wybitne. W futbolu czasem oglądamy, jak debiutujący w lidze w wieku 15 lat i 35 dni Sergio Agüero podbija potem ligę angielską, a czasam przykro nam patrzeć, jak grywający z seniorami już w wieku 14 lat Freddy Adu nie umie dziś wstać z rezerwy w serbskiej Jagodinie.

Ten ostatni – Amerykanin z imigrantów z Ghany, oczywiście obwołany nowym Pele, długo przed osiągnięciem pełnoletności popisał milionową umowę reklamową z Nike – błąka się przerzucany do coraz marniejszych drużyn. Wcześniej próbował w Portugalii, Francji, Grecji, Turcji, Brazylii. Nie dał rady nigdzie. Amerykanie, którzy najpilniej śledzili jego karierę, stawiają czasem tezę, że przegrał właśnie dlatego, że zbyt wcześniej zaczął kopać się o wynik z dorosłymi. Jego mniej zdolni rówieśnicy wciąż ćwiczyli, rozwijali się wedle prawideł odpowiedniego etapu edukacji, a on ten etap ominął, bo miał już ważniejsze sprawy na głowie.

Nigdy nie sprawdzimy, ile w tym prawdy, na losy pojedynczego piłkarza – i nie tylko piłkarza – wpływa często zbyt wiele czynników, by dało się je satysfakcjonująco objaśnić. Łatwiej oszacować ryzyko, które ponosi młodziutki Odegaard, gdy zwiedza dziś siedem futbolowych cudów świata, a świat ustawicznie wpycha mu do głowy przeświadczenie, że w Złotą Piłkę powinien mierzyć jak w cel minimum, że Messi, że Ronaldo, że Słońce będzie wschodzić tylko dla niego. A przecież brutalna prawda jest taka, że wyjątkowych talentów biega cały tłum, więc prawdopodobieństwo powodzenia tej misji nie jest specjalnie wysokie. Ba, może Martin sam potrzebuje wręcz cudu, by kiedyś zostać najlepszym z najlepszych... W każdym razie teraz całkiem przyzwoita dla piłkarza z Norwegii kariera – np. na miarę średniego klubu Ligi Mistrzów – może zostać odebrana jako życiowa klęska. Także przez samego Odegaarda.

Tagi: transfery
21:36, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
poniedziałek, 15 grudnia 2014

Nie znoszę komunału o statystykach, które kłamią, to oczywista nieprawda, oszukujemy się jedynie ich błędnymi interpretacjami - mogę się co najwyżej zgodzić z tureckim trenerem Fatihem Terimem, który głosi, że statystyki przypominają minispódniczki, odkrywają bowiem wiele, ale nie wszystko. Dziś jednak coraz trudniej bronić się przed zalewem dezorientujących liczb i właściwie każdą należy analizować krytycznie, czego skutkiem ubocznym jest postępująca dewaluacja pojęcia „rekord”. O czym napisałem felieton do „Gazety Sport.pl Ekstra”, przeczytacie go tutaj.

Tagi: felieton
01:51, rafal.stec
Link Komentarze (7) »
piątek, 12 grudnia 2014

Nie wiadomo, czy gdyby Legia nie zagapiła się w sprawie nieszczęsnego Bereszyńskiego, awansowałaby w następnej rundzie do Ligi Mistrzów. Ale nie możemy tego wykluczyć, z Celtikiem rozprawiła się w oszałamiającym stylu.

Nie wiadomo, czy gdyby Legia nie rozesłała po Europie infantylnego listu „rekomendującego” transfer Michała Żyro, wyjęłaby za niego w przyszłości więcej niż wyjmie. Ale nie możemy tego wykluczyć, epistolograficzny wybryk rynkowej wartości skrzydłowego na pewno nie podniósł.

Nie wiadomo, na kogo Legia wpadnie w poniedziałkowym losowaniu 1/16 Ligi Europejskiej, ale nie możemy wykluczyć, że w lutym podejmie przy pustych trybunach naprawdę renomowaną firmę – Liverpool, Ajax, Romę czy – to dopiero byłaby strata dla kibiców! – Celtic.

Nie wiadomo wreszcie, czy gdyby Legia nie trwoniła milionów złotych przez notoryczną niesubordynację na trybunach, wydałaby je mądrze na nowych piłkarzy. Ale nie możemy wykluczyć, że znacząco wzmocniłaby kadrę, o czym najładniej świadczą popisy Ondreja Dudy, zjawiskowo jak na standardy naszych boisk uzolnionego młodzieńca ze Słowacji.

Do wszechogarniającego rozgardiaszu w polskich klubach przywykliśmy, jednak warszawski jest wyjątkowy, bowiem jako pierwszy u nas przeżywa równocześnie tak dynamiczny, wielowymiarowy rozwój sportowy. Odkąd Legią dowodzi Henning Berg, czyli w kalendarzowym roku 2014, piłkarze mają bilans wprost nieskazitelny – obronili tytuł mistrza kraju, wygrali 24 z 34 meczów ligowych (następny Lech – ledwie 17), nie przegrali ani jednego krajowego hitu (cztery zwycięstwa i dwa remisy z Wisłą i Lechem, bramki 15-4), zwyciężali (na boisku) w 10 z 12 spotkań europejskich pucharów (24-4). Uprawiają futbol uporządkowany, elastyczny taktycznie i reagujący na styl przeciwnika, nawet w zderzeniu z zagranicą wyglądają na świadomych swojej siły. I nie zależą, wbrew niedawnym podejrzeniom, od ponadprzeciętnych jednostek, o czym przekonuje każdy mecz bez kontuzjowanego Radovicia. Jeśli pomyślimy jeszcze o szerokiej, wymuszającej niespotykaną u nas ostrą rywalizację kadrze (jesienią grało 32 ludzi!), kosztującej 1,5 mln euro rocznie akademii (dla porównania: Bayern wydaje 3 mln) oraz planach budowy ośrodka treningowego, to widzimy zupełnie nową jakość w polskim futbolu. Jakość, dzięki której teraźniejszość cieszy, a potencjalna przyszłość wprawia w euforię.

Najbliższy sportowy cel jest jasny: zostać pierwszym od 1991 roku polskim klubem, który po przerwie zimowej wygra dwumecz w europejskich pucharach. Będzie potwornie trudno, nie tylko z powodu klasy rywala – nie wszyscy wielcy traktują LE całkiem serio – ale również przez realia klimatyczno-logistyczne. Legia wyjdzie na kolejną rundę ledwie tydzień po wznowieniu rozgrywek. Czyli kompletnie odzwyczajona od twardej walki o niebagatelną stawkę.

Ale tak naprawdę martwi u niej dziś wyłącznie to, co pozasportowe. Jeśli przytoczoną na wstępie listę wpadek rozciągniemy do wiosny i wspomnimy zadymy podczas wizyty w Warszawie Jagiellonii, znajdziemy aż dwa mecze oddane przez Legię walkowerem. To też w cywilizowanym – ba, także polskim – futbolu rzadkość. To europejskiej firmie zwyczajnie nie przystoi.

20:57, rafal.stec
Link Komentarze (6) »
środa, 10 grudnia 2014

1) Drużyny najpotężniejsze jesienią w Lidze Mistrzów się bawią, a wśród nich od lat najhuczniej bawią się Hiszpanie. Odkąd obowiązuje obecna formuła rozgrywek, trzykrotnie zdarzyło się, że triumfator grupy uzbierał komplet punktów – obecny Real Madryt (bramki 16-2), Real z sezonu 2011/12 (19-2, to był najlepszy grupowy występ w historii) oraz Barcelona 02/03 (13-4). Co ciekawe, wśród klubów z dorobkiem skażonym jednym remisem też królują przedstawiciele Primera División, najlepszy stosunek miały Barcelona 11/12 (20-4), Real 13/14 (20-5), Barcelona 05/06 (16-2), Valencia 02/03 (17-4), Real 10/11 (15-2) oraz Atlético z poprzedniej edycji (15-3). Jeszcze raz: dziewięć najznakomitszych punktowo-bramkowo popisów w fazie grupowej Champions League dały kluby hiszpańskie. Korrida.

2) Tym razem zasłonili wszystkich piłkarze Carlo Ancelottiego, których potęgę uzmysławiają także inne dane. Najwięcej trafień w słupki i poprzeczki? Real Madryt – 5. Najwięcej strzałów? Real Madryt – średnio 20,2 w meczu. Najwięcej strzałów celnych? Real Madryt – średnio 8 w meczu. Najwięcej wykreowanych szans bramkowych? Real Madryt – według Squawka.com w sumie 94. Analitycy tego ostatniego serwisu przyznali też królewskim gigantyczną przewagę w ogólnym poziomie gry, który opisują wskaźnikiem „performance score”, sumującym wszystkie odnotowywane statystycznie zdarzenia boiskowe. Co uderzające, aż cztery gole zawdzięczają akcjom wykonanym po rzutach rożnych – to też najlepszy wynik w rozgrywkach – choć za trenera pracującego nad doktoratem ze stałych fragmentów gry uchodzi filozofujący w sąsiednim Atlético Diego Simeone. Słowem, Real wywołuje wrażenie drużyny totalnej. Choć oczywiście należy pamiętać, że wiosna w LM brutalnie zweryfikowała już kilka drużyn urzekająco roztańczonych jesienią.

3) Piłkarze Atlético też przeżyliby rundę niemal perfekcyjną, gdyby nie inauguracyjna wpadka w Pireusie. Po tamtym meczu nie stracili już ani jednego gola – 467 minut z czystym kontem, najdłuższa passa w tegorocznej LM – i generalnie wykonywali swoją robotę z minami zimnych zawodowców, którzy na tym etapie rywalizacji dopiero się rozgrzewają. W minionym sezonie inspirowali skojarzenia z tamtą Borussią Jürgena Kloppa, która też rzuciła wyzwanie finansowym hegemonom z kraju i Europie, a teraz wydaje się, że są w stanie osiągnąć nawet więcej – w maju sekundy dzieliły ich od zdobycia trofeum, w poniedziałkowym losowaniu zostaną rozstawieni, za zamianę Diego Costy na Mario Mandżukicia nie zapłacili utratą jakości, a ich styl, czyli miks wysublimowanej całozespołowej defensywy z wysublimowaną obsługą stałych fragmentów gry, to niezły pomysł na rozstrzyganie pucharowych dwumeczów.

Postawa Atlético przypomina, że Madryt to stolica europejskiego futbolu w 2014 roku bezdyskusyjna, każda inne metropolia niknie przy niej do pipidówy. W Londynie fason trzyma jedna Chelsea, w chyba najpotężniejszym w sensie ekonomicznym Manchesterze tylko City utrzymało się w Lidze Mistrzów (gdzie tradycyjnie wypada średnio), panujący przed dekadą Mediolan cały wyleciał z elity. A Madryt pozostaje w tym roku kalendarzowym niezdobyty – na Vicente Calderón gospodarze wygrali pięć meczów i jeden zremisowali (bramki: 15-1!), natomiast na Santiago Bernabéu gospodarze nie oddali nikomu choćby remisu (sześć zwycięstw, bramki: 17-2!). Totalna dominacja, w historii futbolu bezprecedensowa. Nawiasem mówiąc, Real Madryt na swoim stadionie w LM nie przegrał od kwietnia 2011 roku – uległ wtedy w półfinale Barcelonie, potem tylko wygrywał (19 meczów) lub remisował (2 mecze).

4) Reprezentacja Hiszpanii podupadła, ale w futbolu klubowym imperium nie tyle trwa, ile kontynuuje ekspansję. Jeśli zajrzymy do pozostałych faworytów LM, to świat zmieni się tylko trochę – Bayernem sterują Pep Guardiola (spoza boiska) oraz Xabi Alonso (na boisku), a Chelsea to już w ogóle jeden wielki przeszczep z Primera División – od głównego snajpera Diego Costy, przez rozgrywającego Cesca Fàbregasa i obrońców Azpilicuetę oraz Filipe Luísa, po wylansowanego w Madrycie bramkarza Thibauta Courtoisa. Bardziej niż hiszpańska proweniencja głównych faworytów łączy jednak typ przywództwa. Real, Bayern i Chelsea oddały władzę nad szatnię supertrenerom, którzy zbudowały już w przeszłości fantastyczne drużyny i urośli na multimedalistów – Carlo Ancelotti, Pep Guardiola i José Mourinho wygrali 7 z ostatnich 12 edycji Ligi Mistrzów. I powinniśmy się spodziewać, że w maju złota trójca jeszcze ten bilans poprawi.

A na samym dnie leżą ci, którzy wydają fortuny na transfery i pensje piłkarzy, lecz nie umieją znaleźć charyzmatycznych, odpowiadających aspiracjom klubu supertrenerów. Jak Zenit St. Petersburg, najbardziej klęskowa obok wstającego Manchesteru City firma Champions League – nikt nie wydaje tak wiele, by wygrywać tak niewiele.

poniedziałek, 08 grudnia 2014

Wystarczy im we wtorkowy wieczór zremisować w Liverpoolu, by awansowali do 1/8 finału Ligi Mistrzów. Piłkarze Basel, czyli klubu, który przypomina spełniony sen właścicieli Legii Warszawa.

Kto nie śledzi uważnie poczynań mistrzów Szwajcarii, intuicyjnie da im co najwyżej śladowe szanse na sukces. Gdzie reprezentantowi tego średniego w futbolu kraju do renomowanej firmy angielskiej? A jednak w Basel nie znajdą żadnych powodów, by przystępować do gry z kompleksem niższości. Przeciwnie, to gospodarze powinni czuć niepokój.

Piłkarze Bazylei prześladują bowiem Premier League jak, nie przymierzając, Real Madryt czy Barcelona. W październiku pokonali Liverpool 1:0. W minionej edycji LM w fazie grupowej dwukrotnie pobili Chelsea – 1:0 i 2:1 – co się w erze Abramowicza niemal nie zdarza. Trzy sezony temu uporali się z Manchesterem Utd – 2:1 i 3:3 – i wykopali faworyta z rozgrywek! Także z Ligi Europejskiej zdołali wypchnąć niedawno Tottenham, zanim w półfinale przeżyli jedyne w starciach z wyspiarzami niepowodzenie – wyeliminowała ich Chelsea, późniejszy zdobywca trofeum. W Champions League nie przegrywają nigdy.

A szefowie klubu działają tak, jakby buntowali się przeciw wszystkiemu, co uprawiają kluby angielskie – wystawiający ledwie pojedynczych wychowanków i notorycznie przepłacający za przeciętnych piłkarzy. Młodzieżowa akademia w Basel szkoli ze wspaniałym znawstwem. Słychać o niej rzadziej, ponieważ nie wypuszcza gwiazd formatu Iniesty czy Müllera – tu trzeba jeszcze wybitnie utalentowanej jednostki – ale rozsyła mnóstwo absolwentów po czołowych ligach. To z niej wywodzą się Rakitić z Barcelony, Shaqiri z Bayernu, Inler z Napoli, Kuzmanović z mediolańskiego Interu, a także kilkunastu innych uznanych wyczynowców zatrudnianych aktualnie w Bundeslidze. Nawet u nas kopie jeden z nich – wypożyczony do Lecha Poznań Darko Jevtić.

Zanim najzdolniejsi wyjadą w wielki świat, wygrywają dla Basel we wspomniane wieczory europejskie. Być najwydajniejszą fabryką piłkarzy spoza futbolowej elity elit czyni mistrza Szwajcarii ponad 40 (!) wychowanków, którzy w tym stuleciu występowali lub występują w podstawowym składzie. Dla październikowego zwycięstwa nad Liverpoolem zasłużyli się m.in. nadający płynność całej drużynie środkowy pomocnik Fabian Frei; wspierający go Taulant Xhaka; zdobywca bramki i kapitan Marco Streller; również biegający w ataku, zaledwie 17-letni, urodzony w Kamerunie Breel Embolo. A jeśli dostawimy do nich jeszcze energetycznego Philippa Degena, który wówczas się leczył, to okaże się, że wychowankowie stanowią połowę jedenastki. Lepsze pod tym względem są w LM tylko Barcelona i Athletic Bilbao.

Dlaczego w Bazylei spełnia się sen Legii? Bo tam też rozpoczęli od wzniesienia efektownego stadionu, wylansowali modę na odwiedzanie trybun, zainwestowali mnóstwo energii w akademię i skauting. Nie ozłocił ich oligarcha w typie Rinata Achmetowa i nie wykonali gigantycznego skoku z dnia na dzień, lecz postawili na zrównoważony rozwój. Ich drużyna szaleje w młodzieżowej Lidze Mistrzów (3,4 gola na mecz, w grupie nad Realem), co sezon sprzedają dwóch-trzech graczy – z atrakcyjnym przebiciem, w ub.r. kupionego za 2,5 mln euro Mohameda Salaha wyeksportowali do Chelsea za 16,5 mln – i natychmiast wynajdują następców. Dziś wypracowują 29 mln rocznego przychodu, także dzięki wpływom z europejskich pucharów, które w każdej edycji dają fanom trochę lub mnóstwo frajdy. Więcej niż np. wszyscy przedstawiciele ligi holenderskiej, znacznie bogatszej w tradycje. Mały wielki klub, o jakim marzymy w Polsce.

21:52, rafal.stec
Link Komentarze (10) »
niedziela, 07 grudnia 2014

W felietonie do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” nie zajmuję się wadliwością bądź niewadliwością ustawy hazardowej, nie zajmuję się też tym, kogo karać, a kogo nie, pomijam nawet cyniczne kiwanie polskiego prawa przez Bońka – na potrzeby chwili mogę sobie wręcz wyobrazić, że nie istnieją u nas żadne ograniczenia reklamy zakładów sportowych.

Nawet wówczas pozostanie jednak wątpliwość, czy piłka nożna powinna propagować hazard. A zwłaszcza – czy powinien propagować go prezes PZPN. Felieton przeczytacie tutaj.

czwartek, 04 grudnia 2014

Zanim jeszcze dowiedzieliśmy się, że Real Madryt usuwa ze swego godła krzyż na kartach kredytowych oferowanych muzułmanom, by ich nie urazić, Barcelona ustanowiła nietypowy rekord. Została we wrześniu pierwszym klubem, który w ośmiu meczach – otwierających bieżący sezon – założył piłkarzom aż cztery rodzaje koszulek:

FC Barcelona, koszulki

Od tamtej pory znów zacząłem uważniej przyglądać się, w czym grają zawodnicy wielkich futbolowych firm. Przyzwyczaiłem się już, że kluby coraz częściej zmieniają stroje sezon w sezon – czasem wszystkie trzy komplety. Kilka lat temu protestowali nawet przeciw tej praktyce angielscy kibice, którzy poczuli się naciągani. Jeśli chcą być „na bieżąco”, muszą płacić więcej i więcej, bo okres przydatności koszulki stale się skraca. Ale w końcu się poddali, zresztą cała Premier League jest, jak wiemy, potwornie droga w konsumpcji. Z Arsenalem na szczycie komercyjnego obłędu – bilety na pojedyncze mecze i całosezonowe karnety na londyński Emirates Stadium, oszklony i przypominający trochę centrum handlowe, są najdroższe na świecie.

Ostatnio kluby zmodyfikowały – czy raczej: zradykalizowały – swoje strategie, stroje zmieniają już nie tylko notorycznie, ale również drastycznie. W Katalonii kontrowersje wywołały właśnie doniesienia, że Barcelona w przyszłym sezonie po raz pierwszy w swojej 115-letniej historii święte pionowe pasy zamieni na poziome. I to na podstawowych, „domowych” koszulkach:

FC Barcelona, koszulki

Fani się żołądkują, ale przywykną, tak jak przywykli do strojów skalanych reklamą. Z nią niby byli oswajani stopniowo – klub nakleił na torsy piłkarzy logo UNICEF-u, za co nie brał pieniędzy, lecz sam płacił – jednak potem przeskok był gwałtowny, organizację humanitarną wyparła ze świętych barw Qatar Foundation, organizacja należąca do państwa programowo łamiącego prawa człowieka.

Teraz katalońscy kibice też zwyczajnie nie rozumieją, że naciskający na Barcelonę koncern Nike nalega na zmiany dla ich dobra. Dla ich dobra, czyli po to, by wyjść naprzeciw oczekiwaniom klientów – tak to się chyba ujmuje? – tyle, że klienci jeszcze sobie swoich oczekiwań nie uświadamiają. Nowoczesny marketing nienawidzi stagnacji, ruch na rynku musi być zawrotny, podaż musi kreować popyt, czyj towar nie będzie ostro walił po oczodołach, ten towaru nie sprzeda. A w każdym razie nie sprzeda tyle, ile by chciał. To dlatego kluby coraz śmielej odchodzą od swoich tradycyjnych kolorów, zwłaszcza przy strojach rezerwowych.

Ten temat podjęła wczoraj „La Gazzetta dello Sport”, dzięki czemu uzmysłowiłem sobie, że już wkrótce wielu nowych kibiców – np. oglądających europejskie drużyny z innych krajów lub kontynentów – prawdopodobnie straci orientację, jakie są właściwie tradycyjne barwy tych drużyn. Zwłaszcza, że trend wydziwiania będzie się nasilał. Poniższą mozaikę ulepiłem ze grafik zamieszczonych we włoskim dzienniku. Popatrzcie, rezerwowe stroje czołowych firm (obok kwoty przelewane na klubowe konta przez producentów sprzętu) wyglądają już kompletnie od czapy, rozbłyskują wszystkimi kolorami tęczy:

Koszulki, Real Madryt, Manchester United, Bayern Monachium, Juventus, AC Milan

wtorek, 02 grudnia 2014

Borussia Dortmund, Jurgen Klopp

Dortmundzki klub stał się zjawiskiem, jakiego europejski futbol nie oglądał. Fascynującym i niewytłumaczalnym. W grupie Ligi Mistrzów pręży się na szczycie tabeli, w Bundeslidze leży na jej dnie.

Trenerowi Jürgenowi Kloppowi kibice i znawcy ufają absolutnie, więc długo we wszelkich wpadkach widzieli kłopoty jedynie przejściowe. Zwłaszcza że piłkarze zachowywali się dezorientująco. We wtorek potrafili zdominować Arsenal (13-2 w strzałach), by w sobotę przegrać z przeciętnym Mainz. Rozbijali na wyjazdach Anderlecht (3:0) i Galatasaray (4:0), by po kilku dniach oddawać mecze u siebie HSV i Hannoverowi. Zataczali się od ściany do ściany, a fani wciąż ich fetowali. Z wdzięczności za minione lata, które dały im tyle frajdy – Borussia najpierw rzuciła w kraju wyzwanie finansowemu hegemonowi Bayernowi i dwukrotnie triumfowała w Bundeslidze, a następnie dofrunęła do finału Ligi Mistrzów.

– Kiedy idziesz po linie wiszącej 50 metrów nad ziemią i wszyscy czekają, aż spadniesz, to jest ci trudniej, niż wtedy, gdy czujesz wsparcie. My też potrzebujemy wsparcia. Krzyk nam nie pomoże – mówił obrońca Neven Subotić. I dziękował kibicom. Było tak słodko, że według „Bilda” bezkrytyczny aplauz fanów zaniepokoił szefów klubu, miał bowiem dawać piłkarzom rozprężające poczucie bezpieczeństwa.

Ci ostatni gwizdy wreszcie usłyszeli. W niedzielę, gdy po porażce we Frankfurcie ocknęli się na ostatnim miejscu w tabeli. Poprzednio Borussia stoczyła się tam w 1985 roku.

W zapaść wpędziła ją, jak niemal zawsze w futbolu, kombinacja czynników.

Być może najważniejszy to dortmundzki styl gry. Przybywa powodów, by podejrzewać, że piłkarzy wykańcza. Idee Kloppa są powszechnie znane. Uprawiamy futbolowy heavy metal – tłumnie dopadamy do przeciwnika nie wtedy, gdy ma piłkę, ale wtedy, gdy właśnie ją odzyskał (sławny kontrpressing zamiast pressingu), zrzucamy na niego ścianę dźwięku i zanim ogłuszony się pozbiera, ponawiamy własny atak. Zasuwamy do upadłego, bo nasz trener pragnie widzieć nas umorusanych, półżywych, „niezdolnych do kopnięcia piłki przez następne cztery tygodnie”. W tamtym finale LM dortmundczycy wypruli się z siebie bodaj dwa kwadranse gry fenomenalnej, ale narzucili tempo, którego nie zniósłby nikt. I przegrali. A potem Subotić mówił o pressingu w amoku, wyniszczającym kondycyjnie prześladowaniu rywali na ich połowie.

Dzisiejsza Borussia już nie pulsuje energią. Albo inaczej – pulsuje incydentalnie, w takie święta, jak szlagier z Bayernem, przegrany minimalnie. 11 z 17 ligowych goli straciła w końcowej półgodzinie gry. W Paderborn oddała punkty beniaminkowi, choć do przerwy prowadziła 2:0. Piłkarzy seryjnie rozkładają też kontuzje – zwłaszcza, ci symptomatyczne, tych grających u Kloppa od lat! – co nie pozwala szlifować mechaniki gry w nowym składzie, a także zmusza do zastępowania wyczynowców formatu Matsa Hummelsa popełniającymi gafę za gafą młodzieńcom w typie Matthiasa Gintera.

Postać tego ostatniego, który przyszedł w glorii gwiazdy jutra, przypomina, jak osłabła transferowa intuicja – szczęście też odgrywa tu istotną rolę – dortmundczyków. Czego zresztą należało się spodziewać. Borussia wybierała z takim powodzeniem – choćby trzej Polacy, wzięci za darmo lub półdarmo – że musiała wreszcie zacząć się mylić. Na tym rynku nigdy nie kupuje się gwarancji niczego, a wyższe wydatki paradoksalnie nie zawsze dają wyższą jakość. Czasem płacisz 4 mln za anonimowego w Europie króla strzelców marnej ligi polskiej, który rozbłyskuje na megagwiazdę, a czasem dajesz 20 mln za teoretycznie gotowego do gry na wysokim poziomie króla strzelców renomowanej ligi włoskiej (Ciro Immobile) i masz w nim jednego z najsłabszych piłkarzy.

Stratę Roberta Lewandowskiego Borussia odczuwa dotkliwie. On był nie tyle jej najlepszym snajperem, ile zjawiskowym supersnajperem, często wbijał dwa razy więcej goli wobec niż drugi w drużynie – 36 przy 19 Marco Reusa w sezonie 2012/13 oraz 30 przy 15 Shinjiego Kagawy w sezonie 2011/12. Perfekcyjnie wpisywał się nie tylko w system gry trenera, ale też perfekcyjnie spełniał jego atletyczne oczekiwania – jako typ cyborgowaty wytrzymywał okrągłe 90 minut każdego meczu, obowiązkowo spędzonego na wściekłej szarpaninie z rywalami, a potem nie zgłaszał nawet zadraśnięcia. Dawał dortmundczykom nie mniej niż Luis Suárez dawał Liverpoolowi, klubowi również pogrążonemu w kryzysie po rozstaniu ze swym napastnikiem.

Niewykluczone też, że rywale, zwłaszcza krajowi, trochę się dortmundzkiego stylu „nauczyli”, bowiem Klopp trochę zapomniał, iż każda drużyna – o czym maniacko przypomina Pep Guardiola – musi stale ewoluować. Klopp, który jest w klubie nietykalnym guru, zwierzchnicy nawet nie rozważają rozglądania się za następcą. To też zresztą czyni Borussię przypadkiem unikalnym. Firmy o jej ambicjach wykopałyby trenera, zanim zdążyłby osiąść na dnie tabeli.

W każdym razie wszystkie podane hipotezy, nawet gdyby w komplecie odpowiadały prawdzie, nie wyjaśniają ostatniego miejsca w Bundeslidze. Już spadek z podium w środek tabeli byłby wszak niespodziewany. A klubu, który by seryjnie wygrywał w Lidze Mistrzów, a zarazem leżał na dnie ligi krajowej, świat dotąd nie oglądał.

Losy Borussii zdają się niepojęte, jednak trzeba pamiętać, że jej ostatnie miejsce nie jest „aż tak” ostatnie. W 13 kolejkach zdobyła 11 punktów, podczas gdy w lidze włoskiej najsłabsza Parma uciułała ich ledwie sześć, a Córdoba w lidze hiszpańskiej – siedem. W Bundeslidze też od jesieni 2000 roku nie zdarzyło się, by na tym etapie sezonu zamykała ją drużyna z tak okazałym dorobkiem. No i straty są stosunkowo niewielkie. Od miejsca dającego awans do eliminacji LM dzieli dortmundczyków 10 punktów.

Najbardziej niebezpieczne jest to, że jeśli go nie uzyskają – a to już cel mało realny – to gwałtownie wyhamuje rozwój klubu, jakże ostatnio dynamiczny. Niemal na pewno ucieknie im kolejny znakomity gracz, najbardziej wartościowy w ofensywie Marco Reus, a wypadnięcie z elity drastycznie obniży zdolność transferową – zredukuje przychody oraz zniechęci piłkarzy pożądających Champions League. Borussia znów będzie musiała kopać głębiej, w murawach mniej obleganych przez wielkie kluby.

Jej kibice są poddawani morderczym wstrząsom. W drugiej połowie lat 90. trener Ottmar Hitzfeld zbudował im drużynę na miarę triumfu w Lidze Mistrzów, w Matthiasie Sammerze mieli zdobywcę Złotej Piłki, potem był jeszcze finał Pucharu UEFA, aż Borussia zadławiła się nieumiarkowanymi wydatkami na transfery, jej akcje na giełdzie straciły 80 proc. wartości, musiała obciąć pensje i sprzedać stadion. Była bliska bankructwa, niemal z sezonu na sezon zsunęła w środek tabeli Bundesligi. A teraz z sezonu na sezon z europejskich szczytów runęła na dno Bundesligi. Klub ekstremalny, tylko dla kibiców o najmocniejszych nerwach.

 
1 , 2
Archiwum
Tagi