RSS
poniedziałek, 31 grudnia 2012

Sportowym wydarzeniem upływającego roku było, moim zdaniem bezdyskusyjnie, zgilotynowanie Lance’a Armstronga. Zamknięcie śledztwa, przedstawienie aktu oskarżenia i wyrok skazujący odebrały mu siedem triumfów w Tour de France, przez co wpłynęły na historię sportu znaczniej niż jakakolwiek impreza, łącznie z igrzyskami w Londynie, a ujawnienie anatomii oszustwa uświadomiło nam, że doping jako gigantyczny przemysł istnieje jeszcze bardziej niż przypuszczali najczarniejsi pesymiści. Zgilotynowanie miało oczywiście wymiar zaledwie symboliczny - zdemaskowany kandydat na kolarza wszech czasów nadal czuje się wybitnym atletą; prowokuje przypinanymi w sieci zdjęciami, do których pozuje w prywatnej galerii chwały, otoczony zwycięskimi koszulkami; nikt nie odebrał mu wspomnień ani wzruszeń towarzyszących uciekaniu rywalom, pedałowaniu w tempie z granic ludzkich możliwości, triumfalnemu wpadaniu na metę, prężeniu się na podium. Pozostał Amerykanin multimilionerem i człowiekiem sukcesu, któremu wyznawcy wciąż dochowują wierności, ba, są gotowi płacić, żeby mierzyć się w nim triathlonie - w zawodach przefarbowanych na nieoficjalne, byle zdyskwalifikowany superbohater mógł stanąć na starcie. Wielu sportowców też zresztą nie kwestionuje jego wielkości, nawet jeśli potępia popełnioną przezeń zbrodnię.

Tak, rok 2012 w sporcie będę już zawsze kojarzył nade wszystko ze zbrodnią wszech czasów. Z upadkiem legendy tak monumentalnej, że gwałtownie przybyło ludzi łypiącym podejrzliwie na każdego, kto dokonuje czynów ponad wyobraźnię. A ja sam zbyt często popadałem - nie tylko z powodu Lance’a - w nastrój schyłkowy.

Kiedy się już wybawicie do nieprzytomności i wrócicie między żywych, możecie podzielić się na forum tym, co dla was było wydarzeniem w sporcie najważniejszym, poczytałbym najchętniej w komplecie z inspirującymi uzasadnieniami. A na rok 2013 życzę Wam i sobie skromnie - mało nastrojów schyłkowych oraz kryzysowych, dużo budującego przekonania, że to, co najlepsze, dopiero przed nami.

19:46, rafal.stec
Link Komentarze (29) »
niedziela, 30 grudnia 2012

Atak pomidorów zabójców

Nabrałem przed kilkoma dniami niemal pewności, że awans na brazylijski mundial nasi wezmą szturmem. Im bardziej czytałem, że ukraińska federacja wpycha reprezentację w łapy Svena-Görana Erikssona, tym intensywniej imaginowałem sobie, jak Polacy w wiosennym meczu rąbią sąsiadów, aż wióry lecą, by w jesiennym rewanżu, już na pełnym rozluźnieniu, urządzić im atak pomidorów zabójców, o jakim producentom B-klasowej filmoszmiry się nie śniło. Szwed, o czym w kręgach wyższej futbolowej cywilizacji powszechnie wiadomo, trenerem przestał być szmat czasu temu. Wraz ze schyłkiem wieku XX osiągnął ostatni sukces, potem zszedł w szarobury okres przejściowy, wreszcie przepoczwarzył się w wyczynowego naciągacza. Brał fuchy w Meksyku i - dyrektorską - w czwartoligowym Notts County, cumował w Wybrzeżu Kości Słoniowej i drugoligowym Leicester, że żadną robotą się nie brzydzi, udowodnił wyprawą do Pjongjang odbytą w celu pertraktacji z północnokoreańskim reżimem.

Ostatnio lądował w Bangkoku, gdzie nadzoruje rozwój sportowy klubu BEC Tero Sasana, ale jego biznesowi przedstawiciele ewidentnie nadal grasują po innych kontynentach, bez ich czujności Ukraińcy nie wymyśliliby przecież importowania selekcjonera akurat z Tajlandii, rewiru w świecie piłki bliżej niezidentyfikowanego. Niestety, Ukraińcy oprzytomnieli, kontraktu z Erikssonem nie podpisali. Znaczy - walkowerem eliminacji nie oddadzą.

***

Nadzieja na meczyki z Ukrainą spacerowo odprężające się ulotniła, ale naprawdę mrocznie - a zarazem żałośnie, żałobnie, obelżywie - zrobiło się w miniony weekend, gdy zwaliły się na nas doniesienia, iż pewien niemiecki klub ośmielił się negocjować z Franciszkiem Smudą.

I nie jest to drużyna Bundesligi średnia, słaba lub bezdennie słaba, nie jest to nawet czołowa lub nieczołowa drużyna drugiej Bundesligi, nie, czelność urządzania sobie podchodów pod selekcjonera reprezentacji Polski ma klubidło rozsmarowane na samym dnie drugoligowej tabeli - z siedmioma punktami straty do tzw. bezpiecznej pozycji, na degradację wręcz skazane, w domyśle trzecioligowe. Gdyby jeszcze kilka dni temu ktoś obrzucił mnie słowami „Jahn Regensburg”, pomyślałbym, że częstuje bawarskim plackiem albo kiełbasą, dopiero przed chwilą sprawdziłem, skąd się ten twór w ogóle wziął, pobieżne zerknięcie w Wikipedię wystarczyło, by potwierdzić oczywiste - do najwyższej Bundesligi nikt nigdy go nie wpuścił.

Kończy się ten smętny dla naszego futbolizmu rok 2012 zniewagą, która powinna wykluczać jakiekolwiek negocjacje, zasługującą co najwyżej na ustalenie, czy znieważający wybiera pistolety, czy noże. Wzdychałem już tutaj nad przekleństwem selekcjonerów naszej kadry - zawsze odchodzących w niesławie, przeważnie brutalnie skopanych, niezdolnych już później do podjęcia pracy na poziomie nieuwłaczającym selekcjonerskiej godności. Przypadek Smudy nadaje jednak zjawisku zupełnie nowy - chciałoby się rzec: haniebny - wymiar, aroganci z Jahn Regensburg mają tyle tupetu, że nie zasadzają się wyłącznie na Polaka, nie spełniają marzeń o zatrudnieniu dużego nazwiska, oni umieszczają go zaledwie wśród pięciu kandydatur, nazwisk rzecz jasna anonimowych i do nikogo niepodobnych. I jeszcze się do tego przyznają - oficjalnie, ustami rzecznika prasowego! Doprawdy, niepokoi, że dotąd kategorycznie nie zareagowali nasi najżarliwiej patriotycznie usposobieni politycy - nie publikują listów otwartych o zszarganiu Honoru Trenera Drużyny Narodowej, nie szykują w zemście kibolskiego najazdu, nie wzywają do stanowczej interwencji ministra spraw zagranicznych Rzeczypospolitej, z góry przepraszam patriotów, jeśli zastosowałem zbyt mało wielkich liter.

***

Kto jeszcze nie poczuł na twarzy, że Niemiec znów pluje, niech przejrzy w lokalnych bawarskich mediach kpiny ze Smudy, który przed chwilą szefował gwiazdom formatu Roberta Lewandowskiego i Kuby Błaszczykowskiego, a zaraz przyjdzie mu firmować kopaninę Francky’ego Sembolo (nie znam, cytuję) i Jonatana Kotzkego (nie znam, cytuję). A nawet jeśli nie chcecie, jeśli trafiło na typowego czytelnika „Wyborczej”, zatrutego kosmopolityzmem i pozbawionego patriotycznej wrażliwości, to miejcie przynajmniej współczucie dla całego polskiego trenerstwa, które przeżyło rok upiorny.

Pal licho impertynencje obcojęzyczne, odkąd pamiętam, polskich szkoleniowców ceni zagranica niżej od polskich piłkarzy, zezwalając im propagować swoją filozofię głównie na zadupiach cypryjskich, saudyjskich, sudańskich, chińskich czy syryjskich. Spójrzmy na naszą zagrodę, spójrzmy na nasze najznaczniejsze postaci.

Oto Orestowi Lenczykowi, choć wygrywa on ze Śląskiem Wrocław tzw. ekstraklasę, powszechnie odmawia się chwały z powodu kuriozalności rundy wiosennej, następnie szefowie rozbierają mu mistrzowską drużynę do rosołu, następnie przychodzą poniżenia w europejskich pucharach, bunt w szatni, wreszcie zostaje trener wylany. Oto dwukrotnego ligowego triumfatora Macieja Skorżę po wypędzeniu z Legii przygarnia zaledwie Al-Ettifaq Club - zapewne nieźle płacąc, ale nie oferując sportowego spełnienia, zresztą aktualny wicemistrz Arabii Saudyjskiej pod dowództwem fachowca z Radomia zawisł na miejscu w tabeli tylko piątym. Oto Michał Probierz, promowany przez natchnionych ekspertów jako polski Guardiola, zbiegł z piątego już klubu w minionym półtora roku, co wypada obwołać wyczynem na skalę międzynarodową. Oto Czesław 711 połączeń z „Fryzjerem” Michniewicz, promowany dla odróżnienia jako polski Mourinho, zdołał wydłubać sobie tylko kilkutygodniową robótkę w Polonii Warszawa. Oto Piotr Nowak, zachwalany jako gigant zdolny poprowadzić polską kadrę lub sprawy sportowe PZPN, został po fatalnej serii wyników wyrzucony z Philadephia Union i oskarżony o wokółtransferowe machlojki. Oto Jerzy Engel - w telewizyjnym studiu każdym gestem zdradzający duchową więź łączącą go z Aleksem Fergusonem, Vicente del Bosque i innymi czempionami - został zniesławiony przez nowe władze PZPN, które bez dania racji odebrało mu intelektualny nadzór nad nieodgadnionymi dla zwykłego śmiertelnika zawijasami polskiego systemu szkolenia. Gdziekolwiek spojrzeć, tam spadał na nasze trenerstwo koklusz i gradobicie.

***

Smuda - nawet wyjąwszy niemiecki afront, którego biedaczysko nie rozpoznał - potłukł się najboleśniej. Z wybranego przez aklamację narodowego bohatera skarlał do spławionego przez aklamację narodowego patałacha, przez byłego podwładnego Lewandowskiego zdyskwalifikowanego jako skończony tępak - w wygłoszonej publicznie krwiożerczej antytrenerskiej tyradzie, jakiej nasz futbol nie pamięta. I lud napastnikowi uwierzył, krakowski wezbrał wściekłością, kiedy zaczęto szeptać, że były selekcjoner może wprosić się do Wisły.

Czy gwałtowna zmiana nastrojów wyrasta z jakichkolwiek racjonalnych przesłanek, czy zrodziła ją ślepa furia po klapie na Euro 2012? Byłby Smuda trenerem aż tak beznadziejnym, że nawet w Polsce żadnej przyzwoitej chałtury już nie znajdzie? On się w krajowej stawce jednak wyróżniał - klubowe sukcesy miał i w latach 90., i przed kilkoma chwilami, wyreżyserował najwięcej sensownych meczów w europejskich pucharach, tylko jego angażowali wszyscy lokalni potentaci. Wystarczył jeden spaprany turniej, by unieważnić wszystko, co działo się wcześniej? Wystarczył jeden turniej, by z pułapów wiosennego grania w Pucharze UEFA (tam zabawiał z Lechem przed objęciem kadry) stoczyć się na pogranicze drugiej i trzeciej ligi? Nie spodziewam się, że Smudę miałaby wabić - jak rówieśnika, również urodzonego w roku 1948 Erikssona - federacja z ambicjami awansu na mundial, ale między reprezentacją Ukrainy a Jahn Regensburg mieści się jeszcze trochę stanów pośrednich.

Pośrednich, czyli u nas niepopularnych. U nas trener zbyt często jest wart tyle, ile jego ostatni mecz. Z tej perspektywy Smuda faktycznie wygląda wyłącznie niskoligowo.

piątek, 28 grudnia 2012

Real Madryt, Jose Mourinho, Iker Casillas

Że tym razem nie ma mowy o namiętnym romansie, dowiedzieliśmy się przed niespełna rokiem, kiedy Sergio Ramos wyjaśniał, dlaczego piłkarz nie zawsze słucha taktycznych rozkazów trenera, wytykając przy okazji José Mourinho, iż ten pewnych spraw nigdy nie zrozumie, bowiem sam nie grał. Mieliśmy tego dialogu nie usłyszeć, ale usłyszeliśmy. Wścibskie pismaki wyniosły wtedy jeszcze na światło dzienne treningową scysję Portugalczyka z Ikerem Casillasem, a także zarzut tego pierwszego, iż hiszpańscy piłkarze są przez madrycką prasę faworyzowani. Padło osławione „Jesteście mistrzami świata, więc przyjaciele w mediach was chronią”. Działo się niespodziewane, dotąd znaliśmy raczej Mourinho jako guru, władcę wielbionego, po rozstaniu z nim porzuceni wpadali w histerię albo, jeśli choroba przebiega łagodniej, depresję. I przywykliśmy do zwierzeń jak tamto Franka Lamparda, który wspominał, jak portugalski trener wchodził pod prysznic, by szepnąć mu, że „jest najlepszym piłkarzem na świecie, ale nikt o tym nie wie, więc ja, twój boss, pomogę ci to zademonstrować”. Wszędzie, gdzie Mourinho się zjawiał, umiał rozbudzić u podwładnych poczucie własnej wartości.

Gwiazdorzy z Santiago Bernabéu tego nie potrzebowali, oni nawygrywali się złotych medali mundialu i mistrzostw Europy, a jeśli się nawet nie nawygrywali, to ozłociły ich transferowe megahity. Obecna drużyna Realu jest najdroższą w historii futbolu, z jej szatni można złożyć jedenastkę za 375 mln euro, a koszt pozyskania całej kadry sięga pół miliarda. Co oczywiście nadal nie skazywało Mourinho na klęskę. Jego kompetencje obejmują jednak więcej niż zdolność wmówienia znakomitym piłkarzom, że są znakomici, w Madrycie dał tego dowód choćby w mijającym roku.

Roku, w którym przed wybuchem wojny domowej, nastąpił przełom w wojnie światów. Real wreszcie oparł się Barcelonie. Real wreszcie pobił Barcelonę.

Na zakończenie poprzedniego sezonu odebrał jej panowanie w kraju. Na początek obecnego pokonał ją w Superpucharze. Nawet w Lidze Mistrzów był bliżej finału - odpadł dopiero w rzutach karnych, tymczasem Barcelona dała się stłuc Chelsea pomimo wybitnie sprzyjających okoliczności (londyński kapitan John Terry poddał się przed czasem). Słowem, z nastaniem jesieni związek z piłkarzami powinien wejść w fazę idylliczną (wariant optymistyczny) lub fazę trwałego małżeństwa z rozsądku (wariant pesymistyczny). Obie strony siebie potrzebują, obie strony wiedzą, że razem mogą sporo osiągnąć.

Jak było, wiemy. Mnożyły się plotki o wewnętrznych konfliktach, liche mecze, wpadki obciążone konkretem straconych punktów. Aż Real zszedł na pułap porażek z Celtą Vigo. Aż Mourinho zamroczyło i osadził w rezerwie ostatniego piłkarza na świecie nadającego się do osadzenia w rezerwie. Nie umiem wykombinować, co mógł tym ruchem wygrać - Casillas pozostanie w Madrycie wieczność i jeszcze parę chwil. Minie następnych 5 lub wręcz 10 lat, on, Mourinho, zmieni firmę jeszcze czterokrotnie, może nawet nauczy się przegrywać, a Iker będzie trwał. Oczywiście w Realu. Oczywiście nietykalny. Jeśli kiedykolwiek dojdzie do starcia „on albo ja”, trener przegra z bramkarzem nie tyle przez nokaut, ile walkowerem.

Naczytałem się mnóstwa wokółmadryckich analiz, pozaglądałem dodatkowo do artykulików o wątpliwej wiarygodności, ale nigdzie nie znalazłem poszlak pozwalających pojąć, co właściwie dzieje się na Santiago Bernabéu i kogo powinniśmy uznać za winnego. Jeśli istotnie trwa wojna hiszpańsko-portugalska rozniecona przez Jorge Mendesa - najbardziej wpływowego agenta w świecie piłki, który ponoć zechciał sterroryzować również pokoje Realu - to oglądamy właśnie seans, jakiego nie było - pośrednicy transferowi wywołują zamęt nie od dziś, ale projektu na miarę opowieści „Mourinho i Real prują po dziesiąty Puchar Europy” jeszcze żaden nie wysadził w powietrze.

Zdarza się, że wyczynowcy z powodzeniem oddzielają sprawy prywatne od służbowych, tajemnicą poliszynela w środowisku jest np., że nie przepadają za sobą, delikatnie mówiąc, Lewandowski z Błaszczykowskim, ale na boisku współpracują wzorowo. Real pęknął jednak we wszystkich najwrażliwszych miejscach. Mourinho to trener, Casillas to kapitan, Cristiano Ronaldo to główna lufa w ofensywie, Sergio Ramos to fundament defensywy. A przecież także boiskowy sąsiad tego ostatniego, Pepe - kolejny ogier ze stajni Mendesa - popłakuje do mikrofonów, że Portugalczyków się w Hiszpanii prześladuje. Jeśli wymienieni istotnie serdecznie się nie znoszą, to jak oprą się Manchesterowi United, którego grę plami ostatnio mnóstwo wad, ale na zwartości grupy nie widać skazy, a Ferguson znaczy w klubie więcej niż w Realu Casillas z Ramosem i Mourinho razem wzięci? Jeśli nierealna stała się już choćby przykra w dotyku szorstka przyjaźń, to jak odbębnią bezlik kolejek w lidze hiszpańskiej, w której zaraz pozostaną im do osiągnięcia cele poniżej ich godności, czyli zabiegi o utrzymanie się na podium?

Jeszcze kilka chwil temu żyłem w świętym jak Iker przekonaniu, że Mourinho wziął Real za zakładnika. Że dopóki będzie cień szansy na triumf w Lidze Mistrzów, nikt portugalskiego trenera nie tknie. Przekonanie się ulotniło i rozdwoiło na dwie alternatywy, przyznaję, nieco telenowelowe: albo w Madrycie prędko nastąpi wielkie pojednanie - na pewno po spotkaniu na szczycie, być może po gwałtownej psychodramie (chciałoby się wejść tam duchem!) - albo ostatnie tango, to z Manchesterem, zakończy się pląsaniną dla Realu niezapomnianie zawstydzającą. A potem jeszcze grozi nam niesmaczne wywlekanie na zewnątrz brudów - także sfabrykowanych, hiszpańskie brukowce na pewno nie zawiodą.

Gdyby się Realowi udało, gdyby udało się pomimo tak nieuchronnie klęskowych okoliczności, obawiałbym się przede wszystkim o Mourinho. Uruchomcie wyobraźnię, sami to dojrzycie: José wysiada z samolotu, wysiada naturalnie na wysokościach, on już wie, że umie chodzić po wodzie, zostało jeszcze sprawdzić, czy umie także po niebie.

środa, 26 grudnia 2012

Najwięksi

Nie mogliśmy ujrzeć bardziej sugestywnego dowodu ich supremacji niż gest Ikera Casillasa, który 1 lipca krzyknął do sędziego, by ten z szacunku dla pokonanych nie przedłużał ich udręki o kolejne dodatkowe minuty. Jego koledzy pokiereszowali Włochów czterema golami, co w finałach poważnych turniejów reprezentacyjnych się jeszcze nie zdarzyło. Hiszpanie do złota Euro 2008 i złota MŚ 2010 dowiesili złoto Euro 2012, nikt dotąd takiej serii nie miał, przed „Furią Roją” jeszcze tylko powtórzenie przedwojennego osiągnięcia Włoch i powojennego Brazylii, czyli obrona złota mundialu. A na kolejne MŚ zapewne też polecą jako faworyci. Czempioni wciąż się nie zestarzeli, wokół nich tłoczy się tylu młodych arcyzdolnych, że przy ewentualnym wystawieniu trzech reprezentacji Hiszpanii mielibyśmy powody poważnie pytać, czy nie obsadzą całego podium. Jeszcze raz przypomnijmy: rankingowi strzelców w angielskiej Premier League przewodzi niejaki Michu, który w swoim kraju do 25. roku życia kopał drugoligowo i jeszcze nigdy nie został zaproszony do kadry narodowej.

(Cichszy) kolekcjoner rekordów

Kiedy wszyscy gapią się i nagradzają bramkowe wiązanki Messiego, swoje wyplata też Casillas. Bez niego Hiszpanie nie wytrzymaliby wszystkich meczów - 990 minut gry! - w fazach pucharowych turniejów 2008, 2010, 2012 bez straty ani jednego gola. Święty Iker od pięciu lat nieprzerwanie zbiera głosy w plebiscycie „Złota Piłka”, zazwyczaj finiszuje w czołówce, teraz też zostanie zauważony. Na podium nie wepchnął się nigdy, co nadaje zupełnie nowy wymiar słynnemu w futbolu umniejszaniu zasług bramkarzy. Wśród nich tylko Casillas rozegrał setkę meczów dla kraju z czystym kontem, tylko on zdołał je zachować przez 509 minut podczas mistrzostw Europy, tylko on poza Seppem Maierem zdobył wszystkie najważniejsze trofea reprezentacyjne i klubowe. Hiszpańskiej bramki chronił 143 razy i jeśli nie położy go nieszczęsny wypadek losowy, za kilka lat ustanowi absolutny rekord świata, wyprzedzając Ahmeda Hassana, który dla Egiptu zagrał 184 mecze. Jeszcze nie jest bramkarzem wszech czasów? No to zaraz będzie.

Rozgrywający

Wybitnych drepta dwóch. Xavi w większym stopniu jako trybik latami rozwijanego systemu, Pirlo w większym stopniu jako główny procesor, to jego inwencja nadawała kształt triumfom Juventusu i Włochów. Niezwykłe, że lekkomyślnie pozbyły się go aż dwa wielkie kluby - Inter i Milan. Mówi bramkarz Buffon: „Patrzę, jak gra, i myślę, że Bóg istnieje. To był transfer stulecia”.

Artysta

Rutynowo obwołujemy nim każdego wybitnego gracza, by wynieść go ponad watahy graczy zwyczajnych, czyli rzemieślników. W archetyp chadzającego własnymi ścieżkami odmieńca, u którego dar oryginalnego tworzenia sąsiaduje z megalomanią i egocentryzmem, łatwiej niż Messiego wpisać Zlatana Ibrahimovicia. Argentyńczyk stosunkowo rzadko strzela gole nie do zapomnienia, niechętnie szuka też wyrafinowanych środków wyrazu, tymczasem Szwed w bramkach innych niż wszystkie wręcz się specjalizuje, a jeśli może podać piętą lub plecami, to zawsze przedłoży takie zagranie nad kopnięcie pasówką. Messi jest bardziej perfekcyjny, wydajny, kompletny i w ogóle Ibrahimovicia przewyższa, ale to dzieła Ibrahimovicia - patrz przewrotka w sparingu z Anglią - wyglądają jak zrodzone w szalonej wyobraźni Dalego czy wyrysowane szalonymi krzywiznami Picassa.

Gwiazdor sympatyczny

„Cały czas ubliżał naszej drużynie, podkreślał jej słabość i przechwalał się każdemu z osobna, ile zarabia. Zachowywał się bardzo dziecinnie, a grał nieczysto. Po prostu go nie lubię” - kapitan Wysp Owczych Frodi Benjaminsen opisuje wrażenia ze starcia z artystą Ibrahimoviciem, znanym ze skromności jeszcze przed opublikowaniem autobiografii, w której porównywał siebie do Mony Lisy.

Do rywali z Wysp Owczych mówił Zlatan poza zasięgiem mikrofonów, w sprawie snajperskiego rekordu Messiego wypowiedział się publicznie. „Też bym nastrzelał 90 goli, gdybym dostawał tyle karnych, ile sędziowie podarowują Barcelonie”. Z kronikarskiego obowiązku odnotujmy, że Argentyńczyk wykonywał w tym roku w klubie 15, a Szwed siedem „jedenastek”. Bilans bramkowy: 90-46 dla wiadomo kogo.

Trenerski guru

Jürgen Klopp. Pomimo mikroskopijnych inwestycji transferowych narozrabiał w grupie śmierci LM, ale mój wybór zrodziło zaściankowe spojrzenie na futbol - to pierwszy w historii zagraniczny fachowiec, który z polskiego materiału ludzkiego wyrzeźbił aż trzy postaci klasy światowej.

Wrogowie stanów pośrednich

Znacie to słodko-gorzko-kwaśne uczucie, kiedy wasza drużyna remisuje, a wy nie umiecie ustalić ze sobą, czy jest fajnie, czy wręcz przeciwnie? Jeśli lubicie konkretne rozstrzygnięcia, zostaliście stworzeni do związania się z Manchesterem Utd. Piłkarze Fergusona zremisowali zaledwie trzykrotnie w 49 meczach. Najbardziej bezkompromisowa drużyna w Europie.

Oni powiększyli rodzinę

209 członków liczy FIFA (ONZ uciułało marnych 193), odkąd wiosną przyjęty został Sudan Południowy. I od razu okazało się, że niemowlęcą federacją kierują działacze nie w ciemię bici - nie ulegli presji rodzimej myśli szkoleniowej, kadrę powierzyli doświadczonemu Zoranowi Đorđeviciovi, który wcześniej harował m.in. na chwałę młodzieżówki Filipin, seniorów Bangladeszu i Jemenu, a także klubów z Syrii, Iranu, Indii, Kuwejtu, Egiptu oraz Arabii Saudyjskiej. Nie wygrali nowicjusze na razie z nikim, ale trzeba pamiętać, że większość nie trenuje w żadnym klubie. Kadra zresztą też nie ma gdzie ćwiczyć. - Zabierzcie żołnierzy na wojnę bez prowiantu. Jak mieliby walczyć? - pytał retorycznie serbski selekcjoner przed turniejem w Ugandzie, na którym jego podwładni nie zdobyli bramki.

FIFA wciąż nie przyjęła natomiast Kosowa, co może mieć znaczenie dla polskiej kadry. Ilekroć z pojugosłowiańskiego kotła wylewa się nowa reprezentacja, lękam się, że nasi zyskują poważnego rywala. Kiedy rozbicie dzielnicowe zastąpi na Bałkanach rozbicie na kamienice, będziemy ugotowani. Wyobrażacie sobie tam wspólnotę mieszkaniową, który nie upichci przyzwoitej drużyny?

Przebudzeni

Wkrótce najadą nas też piłkarze z Azerbejdżanu. Do niedawna ich federacją rządził dyletant, który życzył reprezentacji porażek, by nie musieć wypłacać premii (jak donosi tamtejszy minister sportu), teraz w azerskim futbolu trwa epoka oświecenia. Narodowymi sportami nadal pozostają zapasy, ciężary i szachy, ale w szkołach już się nade wszystko kopie, nauczyciele wychowania fizycznego obowiązkowo przechodzą roczne trenerskie kursy, know how dostarcza tłum wynajętych Niemców, każdy klub musi mieć co najmniej dwa boiska treningowe, a także wystawiać minimum trzech rodzimych graczy i jednego poniżej 21. roku życia. Sukcesy? Organizacja mundialu dziewczyn do lat 17 (pierwszy muzułmański kraj w tej roli!) oraz awans Neftczi Baku do fazy grupowej Ligi Europejskiej (po wyeliminowaniu ćwierćfinalisty ubiegłorocznej Ligi Mistrzów).

Strzelanina

2,96 gola na mecz padało jesienią w Lidze Mistrzów. To jej rekord, a wiosną wynik może zostać jeszcze wyśrubowany. Nastał czas pogardy dla defensywnej skrzętności, niemal wszystkie czołowe kluby wolą obronę prowizoryczną, by zatracać się w spontanicznym atakowaniu.

Pusty magazynek

Dinamo Zagrzeb w wielkim żarciu nie uczestniczyło, jedyną bramkę zdobyło w 95. minucie ostatniej kolejki fazy grupowej, z rzutu karnego. Zremisowało 1:1, wcześniej przegrywało 0:3, 0:4, 0:2, 0:2, 0:2. Jak wysokie morale panowało w szatni, przekonaliśmy się tuż po rozpoczęciu LM, gdy obrońca Domagoj Vida, najwyraźniej znudzony trzygodzinną podróżą na mecz krajowego pucharu, otworzył puszkę piwa. Trener wyrzucił go z autokaru, a klub ukarał 100 tys. euro grzywny. Szoku nie było, wcześniej za picie płacili Nikola Pokrivač i Sammir. Ale oni przynajmniej balowali nocą.

Deamsterdamizacja

W październikowym meczu z Andorą w drużynie Holandii nie zagrał nikt z Ajaksu. Zdarzyło się to także w 1967 (z ZSRR) oraz 1995 r. (z Portugalią), ale tylko dlatego, że stołeczny klub nie puścił wówczas swoich ludzi na zgrupowanie reprezentacji. Teraz decydował selekcjoner Louis van Gaal, były trener Ajaksu.

Katalonizacja

Marzenie van Gaala o Barcelonie złożonej wyłącznie z chłopców przećwiczonych w La Masii ziściło się 25 listopada, kiedy między 14. a 75. minutą z Levante grali: Valdés - Montoya, Piqué, Puyol, Alba - Busquets, Xavi, Fabregas - Iniesta, Messi, Pedro. Następnym etapem może być wieczór, podczas którego swojska będzie i podstawowa jedenastka, i wszyscy wpuszczeni rezerwowi. Kolejnym: cała meczowa kadra tworzona przez wychowanków. Wychowanków według zasad UEFA, która pojęcie zredefiniowała, opisując nim piłkarzy, którzy spędzili w klubie co najmniej trzy sezony między 15. a 21. rokiem życia. Dlatego do barcelońskich zaliczają się m.in. Pedro i Busquets, zaadoptowanych przez La Masię na rok przed osiągnięciem przez nich pełnoletności.

Wrogo przejęci niegdyś Fabregas i Piqué, a także wydalony za młodu Alba należą natomiast do wychowanków wyjątkowo kosztownych. Z Arsenalu, Manchesteru Utd oraz Valencii wykupiła ich za blisko 60 mln euro.

Kontynent postawiony na głowie

Umiecie sobie wyobrazić, że na Euro 2012 nie przyjeżdżają Hiszpania, Holandia, Włochy, Francja i Anglia, a finalistów nie przyjmują Polska z Ukrainą, lecz Mołdawia z Białorusią? W rewirach przyrównikowych mieli to w realu. Na tegoroczny Puchar Narodów Afryki nie zakwalifikowali się ani broniący tytułu Egipcjanie, ani czterej finaliści ostatniego mundialu - RPA, Kamerun, Nigeria i Algieria, a zabawę organizowały biedne Gabon oraz Gwinea Równikowa, którą rządzi masowy morderca, przez wygnanych opozycjonistów zwany ludojadem, a sam tytułujący się „Wyzwolicielem”. A teraz jeszcze do tego ćwiczenia umysłowego dołóżcie wspomnienie z Euro 2004, po którym tzw. opinia publiczna zażądała, by Grecja została zburzona (za zdobycie złota). Mistrzostwo Afryki wyrwała pozbawiona jakiegokolwiek rozpoznawalnego szerzej gracza Zambia, która w finale odprawiła Wybrzeże Kości Słoniowej, czyli m.in. triumfatorów Ligi Mistrzów, gwiazdy Manchesteru City i innych wyczynowców klasowych firm europejskich.

Najdroższy

No i stało się, najwięcej zapłacił klub ze wschodniej Europy. Chciałoby się napisać: po raz pierwszy w historii futbolu, ale bezpieczniej podać to tak: po raz pierwszy, odkąd ewidencjonujemy transfery podług cen. Poradzieccy oligarchowie szpanowali coraz obfitszymi przelewami, aż Zenit St. Petersburg przebił wszystkich 55 milionami euro za Hulka. Brazylijski napastnik po przeprowadzce najpierw wywołał bunt w szatni (bo dostał za wysoką pensję), a potem na trybunach (bo skórę ma zbyt drastycznie odległą kolorem od śniegu, podobnie jak wzięty za 40 mln Belg Witsel). „Nie jesteśmy rasistami, brak czarnoskórych w składzie to ważna tradycja podkreślająca tożsamość klubu i nic więcej” - oświadczyli zwolennicy Zenita, przedstawiając klub jako niezwiązany mentalnie z Afryką i powołując się na przykład hiszpańskiego Athleticu, który zatrudnia tylko Basków, ale nie jest oskarżany o rasizm. Zapomnieli dodać, że w Bilbao grali ciemnoskóry Jonas Ramalho (syn Angolańczyka) oraz urodzony w Wenezueli i reprezentujący ją Fernando Amorebieta. A niejaki Dick Advocaat wyznał kiedyś, że jako trener Zenitu nie ośmielił się nawet pomyśleć o zakupie czarnego piłkarza.

Powrót chuligana

Trafiony monetą i zakrwawiony Rio Ferdinand, rasistowskie okrzyki, 13 aresztowanych - to bilans derbów Manchesteru. Chuligańskich incydentów w Anglii przybywa, federacja rozważa rozwiązanie niewyobrażalne: odgrodzenie niektórych sektorów od boiska siatką bezpieczeństwa.

Cyganie też czarni

„Ludzie widzą tylko rasizm białych względem czarnych, a on istnieje w wielu odmianach. Kiedy grałem w lidze włoskiej, kibice rywali wyzywali mnie od „cygańskiego g...”. Cały stadion krzyczał, ale potem nic się nie działo. Żadnego śledztwa, żadnych sankcji” - Sinisza Mihajlović, nowy selekcjoner reprezentacji Serbii, w której rasistowskie wybryki na trybunach się powtarzają.

Doradca

„Powiedziałbym, że w pewnych sytuacjach powinien w większym stopniu używać mózgu” - zauważył Angelo Ogbonna, włoski syn nigeryjskich imigrantów, wypytywany o notoryczne kłopoty zadymiarza nad zadymiarzami Mario Balotellego, włoskiego syna imigrantów z Ghany. Dla Italii gole strzela także Stephan El Shaarawy, syn imigranta z Egiptu. Są młodzi, są przyszłością reprezentacji. I ze stadionów zniknął haniebny song „Czarni Włosi nie istnieją”.

Najjaśniejszy

Donbass Arena nie zasypia. Rozświetla Donieck tysiącami lamp przez całą noc, całą noc też żyje, dyskoteka - z widokiem na boisko - jest czynna do białego rana. W dzień działają 54 punkty fast food, sześć barów, trzy restauracje i centrum fitness, wszędzie płaci się klubową kartą, gotówki nie przyjmują. Na stadionie Szachtara można nawet wziąć ślub. Piłkarze też się zabawiają. W tym roku byli najdłużej niepokonani w Europie, porażkę ponieśli dopiero w listopadzie. Przed 1/8 finału Champions League z Borussią może im zaszkodzić to, co szkodzi i naszym klubom - liga ukraińska zasnęła na pełne trzy miesiące, obudzi się dopiero po dwumeczu z mistrzami Bundesligi.

Niewidzialni

Trwała listopadowa noc z wtorku na środę, w głowie kłębiły mi się wspomnienia z wieczoru w Lidze Mistrzów, aż zerknąłem na Twittera, a tam ludzie ćwierkają, że Argentyna właśnie tłucze się z Brazylią. Oto komercjalizacja futbolu, która nie tyle obniża prestiż starć supermocarstw, ile powoduje, że łatwo przegapić, iż się w ogóle odbyły. Obie federacje uzgodniły - czy raczej: ubiły interes - że ich reprezentacje każdego roku rozegrają ze sobą dwa mecze, więc podrzędne zbieraniny udają te reprezentacje i sparingi odbębniają. Messi zasypia po strzeleniu messiliona goli dla Barcelony, a tu jego rodacy wychodzą na pojedynek z przeciwnikiem tradycyjnie wywołującym dreszcze. Dziś już nie wywołuje, dziś najznaczniejsze drużyny służą za wehikuły produkujące szmal. Ktoś rzuci milionem albo kilkoma, to „Canarinhos” rozwałkują Irak (6:0), Japonię (4:0) lub Chiny (8:0), a Hiszpanie polecą do Panamy, by przykopać jej 5:1. Niech żyje futbol reprezentacyjny, sparingi w nim wiecznie żywe, przynajmniej dopóty, dopóki pokazowe truchtaniny pozostaną tłustopłatne.

Hazardzista

Kiedy Ryan Tunnicliffe miał dziewięć lat, jego ojciec postawił 100 funtów, że wystąpi kiedyś w Manchesterze Utd. 10 tys. odebrał we wrześniu - 19-letni syn rozegrał kwadrans w meczu z Newcastle o Puchar Ligi Angielskiej. Trzy tygodnie później wjechał luksusowym range roverem w ścianę. Był pod wpływem alkoholu, stracił prawo jazdy. Może tata powinien teraz obstawić dzień, w którym Alex Ferguson wyleje młodego z drużyny?

Afrykańska królowa...

strzelczyń Bundesligi nazywa się Genoveva Ańonma, gra dla Turbin z Poczdamu, przyleciała z Gwinei Równikowej, została piłkarką roku na kontynencie. „Jestem szczęśliwą kobietą” - wyznała po wyróżnieniu. Przed dwoma lata Nigeryjki oskarżyły ją o bycie facetem. Testy płci wykazały, że się myliły.

Najładniejszy komplement

„Kontrolowane tsunami” - napisała o piłkarkach Japonii znawczyni tego kraju Joanna Bator. Wyjęła mi z głowy zachwyt, który podzielam, ale nigdy nie zdołałbym go tak celnie i poetycko ująć. Kibicowałem aktualnym mistrzyniom świata, gdy naparzały się w olimpijskim finale z Amerykankami, czytelnikom też radzę zerknąć: grają z barcelońską płynnością, ale szybciej, a katalońskie mikrusy to przy nich dryblasy. Japońskie kadrowiczki mają średnio 154 cm wzrostu.

Forteca

Niezdobytą od 4 lutego wznieśli w Stoke, czyli tam, gdzie kopią drągale najwyżsi. Odkąd ulegli Sunderlandowi, ich stadionu nie zdobył w lidze angielskiej nikt, choć od tamtej pory padały obiekty Manchesteru Utd, Manchesteru City, Chelsea. A jesienią już w ogóle zyskali nietykalność. Tracą u siebie gole rzadziej niż nie tylko potentaci z Wysp, lecz także Barcelony i Reale, Bayerny i Borussie, i Juventusy i Intery.

Neymar

Żywy symbol zmian w geografii futbolowego biznesu. Dawno nie zdarzyło się, by tak sławny nieeuropejski piłkarz tak długo odwlekał transfer do Europy. 20-latek, który w 66 meczach Santosu i Brazylii strzelił w tym roku 56 goli, należy do swojego klubu w 55 proc. 40 proc. „udziałów” ma grupa inwestycyjna DIS, a 5 proc. założona przez fanów firma TEISA. Jest się o co bić, magazyn SportPro uznał Neymara za sportowca z największym potencjałem marketingowym na planecie (drugie miejsce zajął triumfator golfowego US Open Rory McIlroy, trzecie Messi, wcześniej w rankingu triumfowali Usain Bolt oraz LeBron James).

Największą stratę...

poniósł meksykański Puebla FC - zasłużony historycznie, lecz wielomilionowo zadłużony w urzędzie skarbowym - któremu fiskus zajął stadion. Zawodnicy zostali poproszeni o zabranie z szatni prywatnej własności, a potem patrzyli, jak urzędnicy wynoszą piłki, szafki, telewizory, komputery (te z pokojów administracyjnych). Amerykański skrzydłowy DaMarcus Beasley był pod wrażeniem. „Wow, zabrali nawet klubowy autobus!” - ćwierkał na Twitterze.

Najpopularniejszy bezrobotny

Pep Guardiola wziął przedłużone wolne, by ponapawać się Nowym Jorkiem, wyszlifować angielski, a przede wszystkich odetchnąć od zgiełku Ligi Mistrzów, ale jeśli sądzić po liczbie cytowań (w większości zmyślonych) i zawierających jego nazwisko artykułów, to trwają nieustające negocjacje w sprawie jego przyszłości. Chcieli Brazylijczycy, by poprowadził ich kadrę na mundialu na ich stadionach (on kontra Argentyna z Messi i Hiszpania z barcelończykami, to byłaby epika!), właściciel Chelsea podsuwa mu czek in blanco (nie przyjmie, kultura korporacyjna nie ta), łudzą się szefowie Manchesteru City (derby przeciw Aleksowi Fergusonowi, byłaby epika!), z namaszczeniem wypowiadają jego nazwisko w Milanie (marzenie ściętych głów), zainteresowanie wykazuje Bayern (też masowo wychowuje, prawie jak Barca), są gotowi nieba mu przychylić szejkowie z Paris Saint-Germain (tam już jest Ibrahimović, to byłaby nuklearna wojna domowa)... Słowem, nie zabiegają o Guardiolę tylko ci, których na niego nie stać. Najrzadziej wspomina się o jego powrocie do Camp Nou. Co wcale nie oznacza, że jest najmniej realny.

Tak, rok 2013 może być rokiem trenerskich megahitów transferowych. Wróci Pep, wyleci José?

20:09, rafal.stec
Link Komentarze (26) »
poniedziałek, 24 grudnia 2012

Najcenniejsze berło świsnęli piłkarze Chelsea, ale nikt nie uznał ich władzy. Gwałtowne rozruchy na szczytach wybuchły jesienią roku minionego, w bieżącym pretendentów do tronu jeszcze się namnożyło.

Najlepszej klubowej drużyny roku nie wyłoni najbardziej przebiegły specjalista od rebusów, w losach triumfatora Ligi Mistrzów dostrzeżemy prędzej spektakularną opowieść o tym, ile w sporcie znaczą przypadek, niewykrywalny okiem nieuzbrojonym detal oraz siła woli atlety, który wykonuje swoją ostatnią misję w życiu.

Moment, który wpił się w pamięć na zawsze: mija 88. minuta finału, finał dzieje się na stadionie monachijskiego rywala, Bayern dotąd bez wytchnienia oblegał wrogie pole karne, teraz wreszcie próbują wyprowadzić cios londyńczycy, wykonują swój pierwszy i jedyny (!) tego wieczoru rzut rożny. Pod bramkę nadciąga zwalisty napastnik, którego jakby wbrew przytłaczającej sylwetce niejednokrotnie widzieliśmy spłakanego. Tym razem całe pole karne należy do niego. Ściąga buzującą tam energię, wszyscy patrzą obezwładnieni, gdy Didier Drogba odrywa się od ziemi i strzela na 1:1.

A potem było już jak przez cały sezon. Chelsea przeżyła dogrywkę i wbrew logice zwyciężyła. Jak w półfinale, gdy wbrew logice przeżyła bombardowanie barcelońskie. Jak w 1/8 finału, gdy sensacyjnie odrobiła straty poniesione w Neapolu. Jak w fazie grupowej, gdy awansowała dopiero w ostatniej kolejce, po pokonaniu Valencii.

We wszystkich przywołanych meczach gole strzelał Drogba. We wszystkich zostawał bohaterem. On, który fundamentalnie zasłużył się także dla zdobycia innego tegorocznego trofeum londyńczyków - Pucharu Anglii. Poza tym nie istniał. Wiosną w Premier League uciułał dwie bramki, jesień przeputał na chińskim wygwizdowie.

Był emanacją całej Chelsea, która też nie istniała, gdy znikał napastnik z Wybrzeża Kości Słoniowej. Wiosną w krajowej lidze zeszła na piąte miejsce, najniższe w erze Abramowicza, latem boleśnie oberwała od Atletico Madryt (1:4) w Superpucharze Europy, jesieni w LM nie przetrwała jako jedyny obrońca trofeum w historii, w przededniu zimy uległa w klubowych mistrzostwach świata Corinthians. Gdziekolwiek poszła, wdepnęła w klęskę. Triumf najważniejszy nie oddawał jej rzeczywistej siły, lecz skalę determinacji kilku wybitnych osobistości - poza Drogbą jeszcze Franka Lamparda i Johna Terry’ego, ale także Petra Czecha - które poczuły, że mają ostatnią szansę, by wysadzić w powietrze resztę świata. I tygodniami magazynowały energię. Na Barcelonę, Bayern, na jedyny rzut rożny w finale. Przez cały rok 2012 wygrali londyńczycy zaledwie 62 proc. meczów.

W 68 proc. meczów zwyciężył Juventus Turyn, absolutny hegemon we włoskiej Serie A, który powrót do Champions League uczcił triumfem w znakomicie obsadzonej grupie. W 67 proc. meczów zwyciężał madryckie Real, który w kraju zdetronizował Barcelonę, a 69 proc. madryckie Atletico, które wiosną i jesienią mknie przez Ligę Europejską. W 69 proc. meczów triumfował Bayern, w 70 proc. - Borussia.

Podany kwintet tworzy grono moich nominowanych do wyróżnienia dla drużyny roku. Na każdej kandydaturze widać wyraźne skazy, od popisów średnich do znakomitych zataczali się ostatnio wszyscy potentaci.

Stosunkowo najstabilniej szli chyba mistrzowie i wicemistrzowie Bundesligi, ze wskazaniem na monachijczyków, którym zabrakło sekund, by pozbawić nas wszelkich wątpliwości. Gdyby przepchnęli wówczas Chelsea, wzięliby łup najcenniejszy, a także wicemistrzostwo Niemiec, finał Pucharu Niemiec, Superpuchar Niemiec, bezdyskusyjne panowanie w kraju jesienią, wygranie grupy w Champions League. Ścigający Bayern dortmundczycy uświadamiają natomiast, jak zakotłowało się w czołówce. I to wcale nie dlatego, że w poprzedniej edycji LM pozwalali się wielobramkowo okładać nawet Pireusowi i Marsylii, a w obecnej stłukli Real i Manchester City. Bardziej zdumiewa, że filarami klubu pasowanego na faworyta rozgrywek są Polacy. Trzej Polacy.

Nie wymieniłem dotąd Barcelony, choć nadal wygrywa najczęściej, i to zdecydowanie - w 78 proc. meczów. Jej projekt się nie wypalił. Nikt nie wynalazł środka neutralizującego jej sposób gry, nikt nawet nie próbuje go kopiować, a oryginał nie przestał ewoluować, czego szokujący dowód mieliśmy w niedawnym meczu w Glasgow. Katalończycy ustanowili tam rekord LM w czasie utrzymywania piłki, by przegrać z Celtikiem 1:2.

Tiki-taka oczywiście nie gwarantuje zwycięstw, lecz je uprawdopodabnia. Bardziej niż jakikolwiek inny styl gry. Barcelona ostatnio albo zdobywa Puchar Europy, albo odpada dopiero w półfinale - kiedy rywal walczy z nadludzkim poświęceniem, wytrzymuje 90 minut w totalnym skupieniu i taktycznej pedanterii, maksymalnie wykorzystuje pojedyncze szanse. I stopi wszystko domieszką szczęścia. Wystarczy zresztą posłuchać trenerów oraz piłkarzy, oni wciąż wynoszą katalońską drużynę ponad wszystkie.

W półfinale zawiódł Leo Messi, który nie strzelił rzutu karnego. On zareagował odwrotnie niż Drogba - okrągły rok tłucze gola za golem, z każdym miesiącem staje się maszyną wyższej generacji, ale w najważniejszej chwili nawalił. Gdybyśmy Złotą Piłkę przyznawali za całokształt w sensie ścisłym, odmierzając każde kopnięcie, byłby pretendentem jedynie słusznym. Gdybyśmy szukali dotknięć piłki najcenniejszych, musielibyśmy serio obdyskutować kandydaturę snajpera z Wybrzeża Kości Słoniowej - w rozważaniach w ogóle pomijanego.

Z 11 metrów chybił w półfinale Messi, chybił Cristiano Ronaldo, chybił w finale Arjen Robben. Najjaśniejsze gwiazdy Barcelony, Realu, Bayernu. Kto wie, czy gdyby choć jeden trafił, o Chelsea w ogóle byśmy dziś jeszcze pamiętali/dyskutowali.

Ale trafił z karnego tylko największy bohater Chelsea. Wyobraźcie sobie, że nie strzela pierwszego ani nie poprzedza asystą ostatniego gola w rewanżu z Napoli. Anglia zostałaby wówczas zdmuchnięta z powierzchni muraw, nie miałaby nikogo ani w ćwierćfinale Ligi Mistrzów, ani w ćwierćfinale Ligi Europejskiej. Drogba udźwignął na swoich barkach honor całej Premier League, dopiero przed chwilą strąconej ze szczytu rankingu UEFA.

 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum
Tagi