RSS
czwartek, 29 grudnia 2011

Paris Saint Germain, Manchester City, Malaga, Carlo Ancelotti, Alexandre Pato

Wywodzą się przede wszystkim z katarskiej rodziny królewskiej (60 mld dol. prywatnego majątku) i Zjednoczonych Emiratów Arabskich (9 proc. światowych rezerw naftowych, majątek niemal bez dna), ale także Arabii Saudyjskiej i Jordanii. Przejęli Manchester City, który mknie po tytuł w angielskiej Premier League. Przejęli Paris Saint Germain, które celuje w mistrzostwo Francji. Przejęli Malagę i Getafe, pragnące rzucić wyzwanie wiadomym kolosom hiszpańskim. Z liniami lotniczymi Emirates weszli na barwy Milanu, który broni mistrzostwa Włoch. Uratowali od bankructwa TSV Monachium. W Portugalii spekuluje się, że wykupią ledwie dyszącą finansowo Vitorię Guimaraes. Z logo Qatar Foundation wtargnęli na nieubrudzone dotąd komercyjną prostytucją barwy Barcelony, która mierzy w mistrzostwo wszystkiego - ją też połknęliby zapewne w całości, gdyby nie oryginalna struktura własnościowa, czyniąca posiadaczami klubu kibiców.

Linie lotnicze Emirates wepchnęli też do nazwy stadionu Arsenalu i powiązali je komercyjnie z Realem Madryt oraz FIFA. Zwyciężyli w konkursie na organizację mundialu w 2022 roku, katarską kandydaturę promowali Franz Beckenbauer, Josep Guardiola, Michel Platini oraz Zinedine Zidane. Ich Al Dżazira od przyszłego roku będzie pokazywała Francuzom Ligę Mistrzów, a prawdopodobnie także Euro 2012. Ich Al Saad wygrał Ligę Mistrzów azjatycką - po trupach, dzięki niesłychanemu splotowi okoliczności, jako pierwszy katarski klub od 1989 roku. W Afryce rozwijają akcję Football Dream - przetestowali już ponad milion chłopców, najlepszych szkolą, a w przyszłości być może obdarują kontraktami w należących do nich czołowych europejskich klubach lub paszportem Kataru, bowiem jako gospodarze MŚ chcieliby wystawić w miarę przyzwoitą reprezentację. Obecna, choć również zasilaną obcą siłą roboczą, nie umie pokonać Omanu, Wietnamu ani Uzbekistanu. A na mundial przylecą drużyny cokolwiek silniejsze.

Słowem, coraz trudniej znaleźć skrawek murawy, na który nie wleźli.

Teraz próbują futbolowo rozhuśtać stolicę Francji. Z powodzeniem. W Paris Saint Germain wznoszą mały Milan.

Nowy trener Carlo Ancelotti, który z aktualnymi mistrzami Włoch dwukrotnie zwyciężał w Lidze Mistrzów i uchodzi za jednego z najwybitniejszych współczesnych fachowców, będzie zarabiał tam 7 mln euro rocznie, co uczyni go trzecim najwyżej opłacanych w zawodzie - po rządzącym w reprezentacji Anglii Fabio Capello i rządzącym w Realu Madryt Jose Mourinho. Przedstawiony zostanie jutro o godz. 15.

Zatrudnia go dyrektor sportowy Leonardo, który w Milanie pełnił identyczną funkcję. Niebawem zaproponuje kontrakt Davidowi Beckhamowi - dobiegającemu do 37. urodzin, lecz gwarantującemu turbodoładowanie dla ofensywy marketingowej klubu pragnącego stać się marką globalną. Najsłynniejszy futbolowy celebryta ma dostawać blisko 10 mln rocznie, dzięki czemu stanie się bezdyskusyjnie najhojniej wynagradzanym oldbojem w całej historii piłki nożnej.

Leonardo, renomowanemu znawcy rynku brazylijskiego, marzy się jeszcze ściągnięcie do Paryża rodaków, których również wyłowił niegdyś dla Milanu. Cel ambitniejszy stanowi 22-letni Alexandre Pato. Fantastycznie utalentowanemu napastnikowi wróżono karierę na miarę Złotej Piłki, a on prognozy uwiarygadniał 51 golami w 110 meczach ligi włoskiej. Niestety, jest wiecznie chory. Był już nawet wysyłany do lekarzy w USA, żeby zbadali, dlaczego na zdrowiu znienacka podupadł atleta, który przez inauguracyjne dwa sezony w Serie A nie musiał się leczyć wcale. Amerykanie opracowali dla niego nowy system treningu, ale na nogi Pato nigdy nie stanął. W latach 2010 i 2011 urazy kładły go 11-krotnie. Najczęściej nie wytrzymywały mięśnie, co Brazylijczyk - sprowadzony na San Siro jako nastolatek - próbuje tłumaczyć nagłym skokiem wagi i wzrostu.

Jeśli mediolańczycy mieliby go oddać, to właśnie ze względu na kruchość członków. I za gigantyczną kwotę - 50 mln euro lub więcej - która oczywiście zasobów właścicieli PSG znacząco nie uszczupli.

Jego starszy kolega Kaka kosztowałby wyraźnie mniej, ponieważ w Realu nigdy nie ożył i transfer byłby dla madryckiego klubu zrzuceniem balastu. Obaj Brazylijczycy mieliby stworzyć śmiercionośne ofensywne trio wraz z Argentyńczykiem Javierem Pastore (kupionym za, bagatela, 43 mln euro), a za nimi biegaliby inni piłkarze pozaeuropejscy - Sissoko z Mali, kolejni Brazylijczycy Nene i Ceara, reprezentant Wybrzeża Kości Słoniowej Tiene, a także Urugwajczyk Lugano. Multietniczny kocioł, odzwierciedlający wielobarwność społeczeństwa katarskiego, w którym mniejszość autochtonów obsługuje miażdżąca większość potulnych imigrantów.

Kaprys egzotycznych, zdemoralizowanych łatwą mamoną ekscentryków, którzy znudzili się budowaniem drapaczy chmur dotykających sąsiednich galaktyk i sztucznych wysp w kształcie palmy? Uznany znawca spraw bliskowschodnich James Dorsey nazywa inwazję szejków „futbolową dyplomacją”. Zwłaszcza bonzów z Kataru. - Rodzina Al Thanich to chyba jedyni arabscy liderzy z naprawdę strategiczną wizją na przyszłość - twierdzi. - Wiedzą, że muszą umocować się zagranicą, żeby zagwarantować bezpieczeństwo tak małemu państewku. Używają trzech wehikułów: telewizji Al Jazeera, linii lotniczych Qatar Airways i piłki nożnej - tłumaczy Dorsey plany katarczyków, którzy ponoć dywersyfikują źródła dochodów, żeby utrzymać najdynamiczniejszy w świecie wzrost gospodarczy.

Ale najazd na futbol nie tylko europejski ma już kolor panarabski. Założony w Dubaju Royal Football Fund lokuje kapitał m.in. w piłkarzy, argumentując, że pula gwiazd formatu Falcao, Deco, Pepe, Lisandro Lopesa, Lucho Gonzaleza i Raula Meirelesa dała stopę zwrotu zbliżającą się do 70 proc. na głowę. W przyszłości planuje inwestować przede wszystkim w rozwój młodych graczy, ze szczególnym uwzględnieniem chłopców dorastających w krajach słynących ze skutecznego szkolenia, jak Portugalia czy Holandia.

Biznes się rozkręca, pół miliona dolarów wpisowego wpłacili już m.in. właściciele Manchesteru City i Malagi. Pochodzą z różnych krajów, ale są dalekimi kuzynami. To naprawdę jest rodzinny interes.

środa, 28 grudnia 2011

Immortality, Alex Ferguson, David Beckham, Ryan Giggs

70. urodziny Aleksa Fergusona, które w sobotę będziemy celebrować zamiast tradycyjnego Sylwestra, zbiegły się z głośnymi doniesieniami o kontraktowych propozycjach dla dwóch jego wychowanków. David Beckham ma zarabiać w Paris Saint Germain blisko 10 mln euro rocznie, co nie uczyni go najwyżej opłacanym współczesnym piłkarzem, ale pozwoli mu utrzymać pozycję bezdyskusyjnie najwyżej opłacanego oldboja. Pozycję wicelidera w tej nieoficjalnej konkurencji utrzyma prawdopodobnie Ryan Giggs, który dotąd pobierał niespełna połowę podanej kwoty, a niebawem również podpisze nową umowę z Manchesterem United.

Beckham znów zdyskontuje swoją moc marketingową, ale rynkową wartość zawdzięcza nie tylko jej - to jeden z piłkarzy ocenianych często niesprawiedliwie, bowiem jego reklamowa wszechobecność przysłaniała niekłamaną wartość sportową, zademonstrowaną nie tylko w MU i Realu Madryt, ale też podczas krótkiego wypadu do Milanu oraz w zakończonym właśnie, zwycięskim sezonie ligi amerykańskiej w Los Angeles Galaxy. Giggsa na murawie zatrzymają natomiast niekwestionowane kompetencje piłkarskie, dzięki którym bije kolejne rekordy długowieczności.

Niewykluczone, że jesienią 2012 roku obaj zaczną ścigać się jako kandydaci na rekordzistów w Lidze Mistrzów. Beckham rozpocznie sezon po 37., a Giggs tuż przed 39. urodzinami, więc jedynego godnego konkurenta w kontynentalnej czołówce znajdą w Javierze Zanettim, obecnie 38-letnim (i wynagradzanym w Interze nędznymi trzema milionami za rok).

Gdyby zresztą obaj bohaterowie z Old Trafford dociągnęli na murawie do czterdziestki, staliby się naturalnymi następcami innych członków tamtej manchesterskiej drużyny, który najpierw zdobywali pierwszy w erze Aleksa Fergusona Puchar Europy, a potem ani myśleli kończyć karierę. Przecież Peter Schmeichel między słupkami Manchesteru City stał jeszcze jako niespełna 40-latek. Jego zmiennik - Raimond van der Gouw - skończył 44 lata, zanim rozegrał swój ostatni ligowy mecz, w którym w dodatku zdobył bramkę (dla holenderskiego AGOVV Apeldoorn). Teddy Sheringham gola w Premier League strzelił niedługo przed 41. urodzinami, a w drugoligowym Colchester grał także po 42. urodzinach. Dopiero tuż przed czterdziestką z boiska zszedł obrońca Ronny Johnsen, który Norwegię reprezentował  - w zwycięskim meczu z Argentyną - jeszcze jako 38-latek. W tym samym wieku w Premier League utrzymywali się jeszcze Dwight Yorke (potrafił w dodatku zostać bohaterem meczu z Arsenalem) czy Dennis Irwin. Tak, nieśmiertelny, wiecznie nienasycony futbolem Alex Ferguson wychował całą zgraję nieśmiertelnych, wiecznie nienasyconych futbolem graczy.

Jeśli bowiem Beckhama, uśmiercanego jako piłkarz od wielu sezonów, ciągnie do Paryża, to nie ciągnie go tylko do podboju kolejnej - po Los Angeles i Mediolanie - mekki celebrytów, lecz także poważnego sportu. Choć szerokiej publice łatwiej pamiętać stawiane mu przez roznamiętnionych Azjatów kuriozalne pomniki (od buddyjskiego w Bangkoku po czekoladowy w Tokio), niż wyrazy uznania w plebiscycie FIFA na najlepszego gracza globu (w 1999 r. przegrał tylko z Rivaldo, a w 2001 r. tylko - minimalnie - z Luisem Figo), to pozostaje on atletą wybitnym. Być może najlepiej dośrodkowującym piłkarzem w epoce nowożytnej; wyzbytym egoizmu stachanowcem, na murawie unikającym efekciarstwa, skłonnym do rzetelnej dłubaniny w defensywie; perfekcjonistą lubianym w każdej szatni; megagwiazdorem, który w swoim celebryckim statusie nigdy nie widział powodu, by zaniedbywać obowiązki profesjonalnego sportowca.

W przyszłym roku Beckham prawdopodobnie przyćmi wielu uczestników igrzysk w Londynie, gdy jako reprezentant Anglii notoryczną frustrację mundialową spróbuje choć częściowo wynagrodzić rodakom satysfakcją z medalu olimpijskiego. A potem z boiska nie zejdzie, jak sądzę, jeszcze długo. Fizycznie wytrzyma, bo się idealnie prowadził. Mentalnie wytrzyma, bo lubi grać. Być może zresztą poczuje - powiedzą mu? - iż nie ma alternatywy. Jest zbyt prostolinijny, nieciekawy jako mówca i pozbawiony charyzmy, żeby przedłużyć futbolowy żywot w roli trenera, działacza czy eksperta. Wrażenie wywołuje tylko w milczeniu - na boisku, podczas sesji fotograficznej, uśmiechając się do tłumu.

Dlatego już dziś powinniśmy się spodziewać, że po kolejne rekordy długowieczności ruszy cały manchesterski tercet. Ferguson nie ustąpi, dopóki nie przeciwstawi się kolejnemu po Chelsea klubowi utuczonemu na wschodnim kapitale (sławni „hałaśliwi sąsiedzi” z City), a jeśli zdoła zdobyć kolejny Puchar Europy, stanie się najbardziej utytułowanym trenerem w tych rozgrywkach (trzy trofea, dwie porażki w finale). Beckham już obiecywał, że planuje kopać co najmniej do czterdziestki. Giggs spróbuje wyśrubować własny rekord jako najstarszy strzelec gola w Lidze Mistrzów (kiedy we wrześniu wkładał go Benfice, miał 37 lat i 289 dni). A może także zostać najstarszym uczestnikiem finału?

Na razie jest nim Edwin van der Sar (40 lat, 211 dni). Oczywiście były bramkarz Manchesteru United.

wtorek, 27 grudnia 2011

Gubbio, Simone Farina

Lata znaczone skandalami i skandalikami, a także uświadomienie sobie głębokiego kryzysu calcio, wywołały we włoskiej piłce wzmożenie moralne. Czasem przejawiające się lekkim biciem w piersi, czasem cięższym samobiczowaniem, najczęściej gestami mającymi przynieść odnowę.

Selekcjoner Cesare Prandelli nie powołuje piłkarzy, którzy zachowywali się niesportowo - na boisku lub poza nim. Dyskwalifikację klubową automatycznie przenosi na reprezentację kraju. Reprezentację, która trenowała niedawno na obiekcie skonfiskowanym ‘ndranghecie (kalabryjskiej mafii), by symbolicznie zaprotestować przeciw zorganizowanej przestępczości. Rewolucyjną decyzję podjęła nawet publiczna telewizja RAI - zrezygnowała z drobiazgowego analizowania każdej decyzji sędziowskiej mogącej uchodzić za kontrowersyjną, co zazwyczaj przeradzało się w awantury wyzwalające u fanów najniższe instynkty. Stacja chce opowiadać o futbolu z punktu widzenia taktyki i techniki, by wznieść na wyższy poziom podupadłą we Włoszech kulturę sportową.

Najaktywniejszy jest jednak wspomniany trener Prandelli, pragnący przywrócić kadrze narodowej dumę. Teraz mocno przejął się opisywaną już przeze mnie aferą korupcyjną, która z lokalnej, wyrosłej na murawach niskoligowych, przepoczwarzyła się w globalną. Śledczy odkryli, że obławiający się na zakładach bukmacherskch międzynarodowy gang z szefostwem w Singapurze ustawiał mecze nie tylko we Włoszech, ale i wielu innych krajach europejskich, azjatyckich, afrykańskich i południowoamerykańskich. Z mrocznej ciżby antybohaterów wychynął jednak pojedynczy bohater pozytywny. Simone Farina, piłkarz Gubbio, odmówił przyjęcia 200 tys. euro łapówki za sfałszowanie listopadowego meczu Coppa Italia z Ceseną. (Nawiasem wspominając, pędźcie wszyscy do Gubbio, to jedno z tych oszałamiających, zabudowanych starożytnie i średniowiecznie włoskich miasteczek, do których nie podróżujesz w przestrzeni, lecz w czasie).

Gdyby Farina szmal przyjął, podwoiłby swoją roczną pensję. Ale wolał złożyć doniesienie na policji. I podarował kibicom najnowszą wariację opowieści wigilijnej w wersji futbolowej.

Rodacy się wzruszyli, w końcu nie tylko we Włoszech łatwiej korumpuje się tych, którzy zarabiają mniej. I nie tylko we Włoszech wyłamanie się z systemu bywa niebezpieczne.

Selekcjoner postanowił wynagrodzić 29-letniego obrońcę powołaniem do reprezentacji kraju. Farina nie wystąpi co prawda w lutowym sparingu z USA - jest zbyt miernym graczem - lecz będzie ćwiczył na poprzedzającym go zgrupowaniu z kadrowiczami. A może także na zgrupowaniu przed Euro 2012. „To podziękowanie. Pokazał odwagę i nadzwyczajną wewnętrzną siłę. Takie gesty w niższych ligach nie zdarzają się często” - tłumaczył swoją decyzję Prandelli.

Oddał uczucia Włochów, którzy czczą czyn piłkarza jako heroiczny. A zarazem się autodenuncjują. Skoro zwyczajnie przyzwoitą reakcję, czyli odmowę popełnienia sportowej zbrodni, fetują jako absolutnie wyjątkową i zasługującą na oddawanie specjalnych honorów, to znaczy, że nie mają złudzeń - każdy inny gracz Serie B łapówkę akceptuje. Cnotę zachowują tylko ci, którym niemoralnej propozycji nie złożono.

Włosi upadli naprawdę nisko, wyświęcając piłkarza tylko za to, że nie został kryminalistą? My, Polacy, powinniśmy się chyba z wydawaniem surowych werdyktów wstrzymać. Przecież jako reprezentanta akceptujemy kraju łapówkarza, który do winy się przyznał, a selekcjoner Smuda broni go wytykaniem innych łapówkarzy, którzy nadal w lidze grają.

piątek, 23 grudnia 2011

FC Barcelona

Debiutuje się tam w milusim komforcie, zielony dywan na Camp Nou to czysty aksamit, żadnej chropowatości na nim nie znajdziecie, kto wie, może upadek po faulu rywala dostarcza na tym boisku doznań wręcz przyjemnych.

Wpadam na blog dla szybkich trzech akapitów, bo po londyńskich derbach przełączyłem na transmisję z kolejnej katalońskiej goleady (9:0 z Hospitalet) i pomyślałem sobie, jak niesłychaną frajdę, z dawką stresu ograniczoną do ilości homeopatycznych, musi dawać rozpoczynanie kariery w dzisiejszej Barcelonie. Weźmy takiego Isaaca Cuencę, który już za chwileczkę, już momencik rozbłyśnie na międzynarodową gwiazdę. Na razie zagrał dla klubu 652 minuty, czyli siedem meczów z niewielkim okładem. W Lidze Mistrzów (tam debiutował), lidze hiszpańskiej, krajowym pucharze. W czasie, gdy przebywał na boisku, jego drużyna strzeliła 32 gole, nie straciła żadnego. On sam zdobył trzy bramki, do których dołożył pięć asyst.

W dzisiejszym show z Hospitalet zabawiał się z całą bandą kumpli. Trener Josep Guardiola wystawił 13 wychowanków, tylko między słupki wpuścił importowanego Pinto, a przeciwnicy i tak upuszczali sobie w końcówce krwi, żeby uniknąć dwucyfrowej chłosty. Myślicie, że wchodzący do wielkiego futbolu dwudziestolatek Cuenca w swoim inauguracyjnym seniorskim sezonie zdążył w ogóle poczuć tremę?

czwartek, 22 grudnia 2011

NextGen Series, mała Liga Mistrzów, Lech Poznań, Legia Warszawa

Naród się podnieca Ligą Mistrzów dużą, a przede wszystkim Euro 2012, ale wciągnięcie młodych polskich piłkarzy do zabawy w NextGen Series to też ładny cel - tym atrakcyjniejszy, że prawdopodobnie najłatwiejszy do osiągnięcia.

Kilka dni temu napisałem list otwarty do dyrektorów sportowych Legii, Lecha i w ogóle klubów polskiej ekstraklasy, by zgłosiły swoich juniorów do rozgrywek, które wystartowały w tym sezonie. Uczestniczą w niej piłkarze do lat 19 z 16 klubów, do wiosennych ćwierćfinałów awansowały Barcelona, Sporting Lizbona, Aston Villa, Tottenham, Olympique Marsylia, Liverpool, Ajax Amsterdam oraz (prawdopodobnie) Inter Mediolan. Cel: skopiować dorosłą Champions League, przyzwyczaić młodych do prawdziwej rywalizacji. Szansa na przyjęcie naszych drużyn wydała mi się duża, bo w NextGen Series nie ma eliminacji, a jej szef Mark Warburton chce rozlać rozgrywki na możliwie wiele krajów. I jesienią ze sławnymi firmami rywalizowali m.in. młodzi z norweskich Molde oraz Rosenborga.

Moja prywatna inicjatywa przeobraziła się już w akcję „Gazety” i Sport.pl. List opublikowaliśmy także w papierze, nazajutrz obdzwoniliśmy też czołowe kluby - przedstawiciele wszystkich poza jednym (Lechem) nie wiedzieli nawet, że rozgrywki istnieją, ale też wielu się do nich zapaliło. Poznański dyrektor sportowy Andrzej Dawidziuk powiedział mi, że nie wyklucza, iż już w styczniu złoży ofertę szefom NextGen Series (swoją drogą, okropnie koślawa ta nazwa, jakby wyjęta z wyścigów samochodowych). W Zagłębiu Lubin niemal się obrazili, że listu nie skierowałem przede wszystkim do nich, i chcą prędko ustalić, jak się do elity dostać - a inwestują tam w młodzież obficie. Idea spodobała się też w Legii, która się nią „zainteresuje”.

Mój optymizm wzrósł po wczorajszym telefonie Michała Szadkowskiego do NextGen Series. Nasze kluby obawiały się głównie o koszty udziału w rozgrywkach, tymczasem przeloty i zakwaterowanie opłacają organizatorzy. Organizatorzy, którzy są otwarci na Polskę. Zapowiadają zresztą, że w przyszłym sezonie turniej rozrośnie się do 32 drużyn, zatem przybędzie sporo miejsc do obsadzenia.

Nasi juniorzy mogliby zebrać bezcenne doświadczenia. Kiedy osiągają pełnoletniość, wychodzą z okresu zabawy w piłkę nożną i powinni uczyć się męskiej gry na poważnie. W Polsce często bywa jednak odwrotnie, czołowe drużyny w regionalnych ligach wielobramkowo znęcają nad słabszymi. A w skrajnych przypadkach w ogóle nie uczestniczą w rozgrywkach - na Mazowszu działaczowscy geniusze tak je ostatnio poszatkowali, że Legia, Polonia, Wisła Płock czy Radomiak w ogóle swoich juniorów starszych do rywalizacji nie zgłosili. Co więcej, w sporze z OZPN mieli rację.

Udział w NextGen Series nie kolidowałby z żadnymi imprezami juniorskimi, a byłby pouczający pod wieloma względami - prawie dorośli polscy gracze przywykliby do walki z europejską czołówką, dalekich podróży, gry na dużych stadionach. Poznawaliby życie dorosłego piłkarza.

Dlatego mam nadzieję, że w sezonie 2012/2013 do małej Ligi Mistrzów dołączy polska drużyna. Przynajmniej jedna. Byłby to ładny sukcesik i jej, i nasz - „Gazety”. Będziemy starania naszych klubów monitorować, opisywać i oczywiście im kibicować.

środa, 21 grudnia 2011

Dirty football money. Korupcja w piłce nożnej

Na jej trop wpadli włoscy prokuratorzy. Aresztowali 17 osób podejrzanych m.in. o ustawianie meczów Serie A. Nie tylko Włochów, bo mafijne macki obejmują Europę, Azję, Amerykę Południową i Afrykę.

Kiedy w środę o świcie Cristiano Doni otworzył drzwi karabinierom, wpadł w popłoch i zaczął uciekać. Złapali go na parkingu. O godz. 5.30 siedział już w radiowozie. Został aresztowany, na razie nie wolno mu kontaktować się nawet z adwokatem.

Były kapitan Atalanty i reprezentant Włoch na mundialu w 2002 r. od razu wiedział, co go czeka, bo antybohaterem afery korupcyjnej został już latem. Ten ulubieniec trybun, lider drużyny mający doskonałe relacje z najbardziej zagorzałymi fanami, wywołał szok. Postępowanie prokuratorskie, które dotyczy 18 spotkań (głównie drugo- i trzecioligowych), potrwa lata, ale Doniego zdyskwalifikowano już latem - na trzy i pół roku. Pięcioletnim zakazem działalności w futbolu władze sportowe ukarały też Giuseppe Signoriego, wicemistrza świata z 1994 r. i trzykrotnego króla strzelców Serie A.

Tamten skandal zaczął się od opisywanego już przeze mnie dziwacznego zdarzenia podczas meczu trzeciej ligi w ubiegłym sezonie. Kilku piłkarzy Cremonese, którzy grali z Paganese, źle się poczuło. Kiedy jeden z nich spowodował wypadek samochodowy, klub zarządził badania. W moczu wykrył środek uspokajający. Jak się później okazało, do wody, którą popijali przed meczem i w jego trakcie, ktoś dosypał używany przy zaburzeniach snu lormetazepam. Chciał wpłynąć na przebieg gry. - To paranoja, historia jak z Kafki. Nie umiem ocenić, jak było to groźne dla graczy, bo nie wiem, ile substancji przyjęli, ale jestem zszokowany - komentował Enrico Castellacci, lekarz reprezentacji Włoch.

Śledztwo rozlało się na kilkanaście miast. Policja ustaliła bowiem, że wyniki ustawia duża grupa byłych i wciąż aktywnych piłkarzy, działaczy oraz pracowników firm bukmacherskich. Przez prokuratorów nazywana wprost - organizacją przestępczą. Cel wręczanych łapówek: zakłady sportowe. Stawki: od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy euro na mecz. Wpłacane na konta internetowych firm azjatyckich, trudniejszych do kontrolowania. Na zwalczanie tego procederu FIFA zobowiązała się niedawno przekazać Interpolowi 20 mln euro w najbliższych dziesięciu latach. Najznaczniejsze osobistości środowiska uważają go za największe zagrożenie dla współczesnej piłki nożnej.

Teraz afera przede wszystkim włoska przeobraziła się w aferę globalną. Środowe aresztowania to dalszy ciąg operacji „Last bet” („Ostatni zakład”) prowadzonej przez prokuraturę z Cremone, z którą współpracuje Interpol. W centrum skandalu znów jest Atalanta, ale podejrzane są także mecze Serie A: Napoli - Sampdoria, Brescia - Bari i Brescia - Lecce. Zatrzymani zostali m.in. były obrońca Interu Mediolan Luigi Sartor, kilku graczy mniej znanych, lecz wciąż aktywnych, a także obcokrajowcy niebędący już piłkarzami. Wśród nich Eng Tan Seet, który międzynarodową mafią zarządza z ojczystego Singapuru, jego dwa rodacy oraz przedstawiciele grupy nazywanej przez śledczych „słowiańską”.

Mechanizmy ich działania ujawnił w zeznaniach Wilson Ray Perumal, aresztowany w Finlandii, w przeszłości skazywany już za piłkarskie łapówkarstwo w Niemczech. Według Singapurczyka szajka miała ustawiać mecze w Europie (Chorwacja, Finlandia, Macedonia, Niemcy, Słowenia, Turcja, Węgry), Azji, Ameryce Południowej i Afryce. Zysk z każdego przekrętu wahał się między 500 tys. a 1,5 mln euro. Pieniądze płynęły przez firmy bukmacherskie z Dalekiego Wschodu. W Finlandii mafiosi kupili nawet klub, by manipulować wynikami jego spotkań. Ponoć próbowali też przejąć drużynę Serie B, ale na razie nie wiadomo, czy im się udało.

Generalnie tworzyli siatki lokalnych najemników, którzy w przeddzień meczu zamieszkiwali w hotelu z drużyną gości, by podejść do piłkarzy, skusić ich łapówką, namówić na oszustwo. Według Perumala mafia próbowała ustawić nawet listopadowy mecz eliminacji mundialu między Argentyną i Boliwią.

wtorek, 20 grudnia 2011

Superjedenastka alternatywna, rok 2011. Bez Barcelony, bez Realu Madryt

Alternatywna, bo złożona z piłkarzy spoza Barcelony i Realu Madryt, dla których grają megagwiazdy najjaśniejsze, panujące w świecie, nagradzane w plebiscytach do śmiertelnego zanudzenia.

W roku poprzednim zestawiłem jedenastkę z piłkarzy, których uznałem za zdolnych podjąć próbę przeciwstawienia się Katalończykom, teraz wykluczyłem z rozważań także zawodników królewskiego klubu, bowiem obaj potentaci uciekli reszcie świata. W obu roi się od aktualnych mistrzów świata i Europy, a także laureatów konkursów na najznakomitsze indywidualności. Barcelona hegemonię wyraża w trofeach - wygrała Ligę Mistrzów i ligę hiszpańską, Real zwycięża dopóty, dopóki nie zderzy się z wielkim rywalem.

Jeśli zapomnieć o wiosennej porażce piłkarzy z Madrytu z Barcą w półfinale Champions League, za kadencji José Mourinho uzyskali w tych rozgrywkach następujące wyniki: 3:0, 6:2, 2:0, 4:0, 3:0, 1:0, 1:0, 4:0, 3:0, 1:1, 4:0, 4:0, 2:2, 2:0, 1:0, 2:0. 14 zwycięstw, 2 remisy, 43-5 w bramkach. Zresztą jesienią wypracowali najlepszy dorobek grupowy w historii LM. W kraju też ustępują tylko Barcelonie (choć puchar zdobyli) i generalnie poziomem gry sugerują, że gdyby trafili na korzystniejszy moment dziejowy - bez najwybitniejszej drużyny w historii Camp Nou - braliby trofeum za trofeum.

Do bramki mojej drużyny wstawiam

Samira Handanovica,

który w ubiegłym sezonie wsławił się przede wszystkim seryjnym zatrzymywaniem rzutów karnych - powiodło mu się sześciokrotnie, wyrównał rekord Serie A z sezonu 1948/49. Nie lubi jednak być definiowany jako wybitny specjalista od „jedenastek”. Tłumaczy, że to go redukuje do osobliwości, a sam uważa się za gracza na swojej pozycji kompletnego, usiłującego naśladować Gianluigiego Buffona, w którym widzi prototyp bramkarza nowoczesnego. - Dla mnie Włoch jest najnowszym stadium ewolucji naszego gatunku. Do perfekcji wyćwiczył mnóstwo detali, które dziś są standardem, ale wcześniej nikt o nich nawet nie myślał - mówi Słoweniec. Wiosną nie puścił gola przez kolejne 704 minuty, jesienią znacząco przyczynił się do wyniesienia Udinese na pozycję lidera ligi włoskiej, który traci gole najrzadziej w całych rozgrywkach. Gdybym nie sporządzał superjedenastki alternatywnej, lecz tradycyjną, też by do niej trafił - to był chyba najlepszy bramkarz świata w roku 2011.

Na prawą obronę nominuję

Gregory’ego van der Wiela.

Ucieleśnia odrodzenie szkółki Ajaksu Amsterdam, ostatnio podupadłej. Przed kilkoma laty nie wyglądał na człowieka, któremu zależy na prawdziwej karierze - potrafił np. wymigać się od zgrupowania reprezentacji (powód: uraz głowy), by pójść na rapowy koncert. Dziś sam mówi, że pojął swoje błędy na wygnaniu w drużynie Haarlem (był wypożyczony), i nazywa siebie z przeszłości „zesputym dzieckiem”. Na boisku zasuwa od pola karnego do pola karnego jak opętany, nigdy się nie zatrzymuje, walczy, świetnie dośrodkowuje. Gdyby Realowi Madryt proponować jakieś transfery, które jeszcze by go wzmocniły, można by wskazać właśnie Holendra (choć Mourinho ofensywnego pędziwiatra lubi mieć tylko na jednej flance, a trzyma już Marcelo i Coentrao).

W centrum defensywy stawiam na

Vincenta Kompany’ego,

bohatera bodaj najlepszego transferu Manchesteru City w ostatnich lat. Kosztował zaledwie 8 mln funtów (bo przyszedł, jeszcze zanim klub zalali pieniędzmi szejkowie), a wyrósł na czołowego obrońcę ligi angielskiej - nie ma konkurencji zwłaszcza po ciężkiej kontuzji Nemanji Vidicia. Wielką karierę właściwie dopiero rozpoczyna, choć my, Polacy, możemy odnieść wrażenie, że gra od wieków - z Anderlechtem Bruksela wyrzucał naszą Wisłę Kraków z Ligi Mistrzów już w 2003 roku, jako 17-latek. Regularny, charyzmatyczny (został kapitanem drużyny zatłoczonej gwiazdami), uniwersalny (sprawdza się też w roli defensywnego pomocnika). Skała.

Obok niego gra

Thiago Silva,

obrońca również uniwersalny (rzucony między pomocników wypada bardzo dobrze) i nigdy nieschodzący poniżej pewnego poziomu, a do tego piekielnie szybki i tak precyzyjnie podający piłkę, że przykuwa uwagę - jako cel transferowy - Barcelony, której zresztą strzelił jesienią gola w Lidze Mistrzów. Walczy czysto, rzadko fauluje, więc żółtych kartek niemal nie ogląda (jedyną w tym roku dostał w lutym). Bez niego Milan nie odzyskałby mistrzostwa Włoch.

Mój lewy defensor

Philipp Lahm,

to oryginalnie defensor prawy, ale w Bayernie na swojej ulubionej stronie po odejściu trenera Louisa van Gaala nie biega. Na przeciwległej też pozostaje jednak najbardziej po Danim Alvesu kreatywnym bocznym obrońcą. Lubi wywoływać kontrowersje - w wydanej latem autobiografii ostro skrytykował byłych selekcjonerów reprezentacji, wcześniej zarzucał szefom klubu, że nie realizują żadnej długofalowej strategii - ale wszystko uchodzi mu płazem, bo jest niezastąpiony. Od kwietnia 2009 roku nie opuścił ani jednej kolejki Bundesligi, opaskę kapitana zakłada i w Monachium, i w kadrze.

Defensywę osłania

Yaya Toure,

jeden z żywych dowodów na bajeczną, niedostępną dla konkurencji technikę piłkarzy Barcelony - na Camp Nou sprawiał wrażenie prostego futbolowego robola, a w Manchesterze City rozkwitł na błyskotliwego, wszechstronnego pomocnika, który w półtora roku strzelił więcej goli (15) niż przez całą wcześniejszą klubową karierę (11). W dodatku strzela rozstrzygająco. To on został bohaterem derbów Manchesteru w półfinale Pucharu Anglii (1:0, zwycięska bramka), a także finału tych rozgrywek (1:0 ze Stoke, zwycięska bramka). I jego klub zdobył pierwsze trofeum od 35 lat. Nawiasem pisząc, wraz z Kolo Toure tworzy najzdolniejsze rodzeństwo w obecnej piłce.

Przy nim operował będzie

Joao Moutinho,

czyli środkowy pomocnik wielofunkcyjny, i zdolny poświęcać się w defensywie, i pomysłowy jako rozgrywający. Wiosną wygrał Ligę Europejską, a latem być może dołączyłby do swojego byłego szefa André Villasa-Boasa, gdyby nie zlodowacenie w stosunkach między Porto i Chelsea spowodowane właśnie transferem portugalskiego trenera. Kiedy do Anglii w końcu wyjedzie, stanie się kolejnym piłkarzem ze swojego kraju - w minionej dekadzie było ich co najmniej kilkunastu - wyeksportowanym za dziesiątki milionów euro.

Na skrzydle umieszczam

Robina van Persiego,

którego pominięcie przy nominacjach do Złotej Piłki jest największym skandalem najnowszej edycji plebiscytu. W tym roku kalendarzowym Holender strzelił 33 gole w 32 kolejkach Premier League, co w rozgrywkach krajowych czyni go ciut mniej wydajnym od Cristiano Ronaldo (43 bramki, 34 mecze) i ciut bardziej (!) wydajnym od Leo Messiego (31 bramek, 35 meczów). W Lidze Mistrzów też pchał się na pierwszy plan, ważne ciosy zadawał Barcelonie, Udinese i Borussii Dortmund (wszystkie trzy). On nie tylko zasłużył na wstępne wyróżnienie, on zasłużył na czołówkę plebiscytu. A wypycham go na bok boiska z braku miejsca w polu karnym.

Na przeciwległym skrzydle, ale przecież nie tylko tam, porozrabia

David Silva,

który uprawia futbol zmysłowy, piłkę prowadzi tak subtelnie, że nawet zaawansowani technicznie rywale z Premier League wydają się przy nim kopać z wdziękiem drwali. Trener Roberto Mancini zostawia mu na boisku totalną wolność, a Hiszpan odwdzięcza się rozdzielaniem podań wizjonerskim, napędzającym atak Manchesteru City. Od wielu tygodni gracz numer jeden na angielskich murawach. Dyrygent wybitny.

Pomyśleć, jaki duet stworzyłby z ofensywnym pomocnikiem Borussii Dortmund, która prasa wpycha już za dziesiątki milionów do Barcelony albo Arsenalu.

Mario Götze

też uwodzi przecież przestrzenną wyobraźnią niezbędną, by konstruować akcje o geometrii zaskakującej przeciwnika. To zdaniem wielu najzdolniejszy przedstawiciel dziś niemieckiego futbolu, który ujawnia światu - niemiecki futbol, nie Götze - talent za talentem, zdobywając seryjnie medale turniejów młodzieżowych. Wychowanek Borussii jest najmłodszy w mojej superdrużynie, dopiero tuż przed Euro 2012 przestanie być nastolatkiem. Zdążył już rozegrać pół setki meczów w Bundeslidze i ozdobić je 11 golami oraz 20 asystami. W sierpniu zdobył bramkę jako najmłodszy reprezentant Niemiec po wojnie (w sparingu z Brazylią!), w grudniu dostał nagrodę Złotego Chłopca przyznawaną przez włoskie „Tuttosport” dla najlepszego gracza poniżej 21. roku życia na kontynencie.

W polu karnym zniszczenie siałby

Antonio di Natale,

mknący właśnie ku trzeciemu z rzędu tytułowi króla strzelców w Serie A, czego dokonali tylko Gunnar Nordahl (przeszło pół wieku temu) oraz Michel Platini (przeszło ćwierć wieku temu). To z kolei członek superdrużyny najstarszy. Urodził się w roku 1977 i reprezentuje specyficznie włoski gatunek pięknych trzydziestoletnich rozkwitających snajpersko dopiero wtedy, gdy inni zazwyczaj godzą się ze schyłkiem kariery - był takich podstarzałych zabójczych napastników legion. Ilekroć widzę, jak Di Natale owija stopą piłkę, nachodzą mnie refleksje o nieodgadnionych zawirowaniach rzeczywistości, przez które jedni wirtuozi uginają się pod odznaczeniami, a inni, o zbliżonej skali talentu, schodzą do szatni w zapomnieniu. Włoch do dużego klubu zaproszony został dopiero niedawno, ale ofertę Juventusu odrzucił. Wybrał niższe zarobki, by żyć tam, gdzie lubi.

Superdrużynę poprowadzi trener

Oscar Tabarez,

który nie poprzestał na udanym zeszłorocznym mundialu - na Copa America jego Urugwajczycy zdobyli złoto, prowadzą też w eliminacjach mundialu.

W Europie nie osiągnął nic. Włosi wspominają go jako intelektualistę gawędziarza, który w latach 90. opowiadał im o filozofii i historii, cytował poezję, ujmował delikatnością. Z prowincjonalnym Cagliari osiągał niezłe wyniki, w potężnym Milanie poniósł klęskę. Zastąpił Fabia Capello, fachowca o osobowości większej niż San Siro, a sam mówił szeptem, do piłkarzy - nawet juniorów - zwracał się per pan, po klubie chodził w kapciach, jakby chciał robić możliwie mało hałasu. Wszyscy go lubili, nikt nie słuchał. Posadę stracił po kilku miesiącach. Zanim wrócił do Ameryki Płd., spróbował jeszcze w hiszpańskim Oviedo (spuścił je z ligi) i ponownie Cagliari (przetrwał cztery mecze, żadnego nie wygrał). To były jego jedyne próby szturmu na Europę.

Kiedy w 2006 roku wchodził do szatni Urugwajczyków, ci leżeli na 29. miejscu w rankingu FIFA. Ostatnio awansowali na czwarte, najwyższe w historii.

Superrezerwy:

Manuel Neuer - Christian Maggio, Mats Hummels, Daniel van Buyten, Giorgio Chiellini - Juan Mata, Bastian Schweinsteiger, Eden Hazard, Nani - Neymar, Falcao. Trener: Jürgen Klopp.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Superbohaterowie i antybohaterowie roku

POLSKI PRZEBÓJ REPREZENTACYJNY

Sekundy dzieliły piłkarzy od historycznego triumfu nad Niemcami, sekundy dzieliły też Franciszka Smudę od meczu mitu założycielskiego drużyny na Euro - to był tylko sparing, ale też chyba jedyny za jego kadencji, który podniósł nam poziom adrenaliny i miał potencjał, by stać się tym, czym dla Leo Beenhakkera stało się zdumiewające zwycięstwo nad Portugalią. Triumfem, do którego selekcjoner mógłby się odwoływać, budować na nim zaufanie kadrowiczów do swoich umiejętności, niemożliwe czynić możliwym. Choć bowiem Polacy tracili panowanie nad sytuacją, ilekroć Niemcy przyspieszali, to rywale pozostają chyba głównymi faworytami mistrzostw. A my razem z nimi pozostaniemy jedyną w świecie parą państw sąsiadów (odkrycie autorów encyklopedii Fuji), w której jeden nie zdołał nigdy pokonać drugiego...

POLSKI PRZEBÓJ KLUBOWY

Najazd Legii na Moskwę. Wyeliminowanie Spartaka, ale też Gaziantepsporu, Rapidu Bukareszt i Hapoelu, zaskoczyło nas tym bardziej, że warszawianie w europucharach wypadali słabiej od innych czołowych polskich klubów (od blisko dekady nie umieli pokonać nikogo znacznego), a w poprzednim sezonie partaczyli na potęgę także w kraju.

Latem trener Skorża dostał wsparcie charyzmatycznego adiutanta. Michał Żewłakow (35 lat) to na murawie istny wicetrener, bez przerwy przemawiający do młodszych kolegów i chętnie przez nich słuchany. Dyryguje, organizuje, tłumaczy, ruga. Choć sam miewa wstydliwe wpadki, to wielu partnerów czyni wyraźnie lepszymi piłkarzami. Można się spodziewać, że nawet jeśli pewnego dnia kontrolę nad sytuacją straci Skorża, zapanuje nad nią Żewłakow. To transfer bezcenny, tak samo jak bezcenna w ataku jest inteligencja i pazerność na udział w każdej akcji Danijela Ljuboji (33 lata). Z tymi dwoma wieżami na obu krańcach boiska ewentualna niesubordynacja generała stojącego przy linii bocznej stała się zagrożeniem dla jego ludzi nieco mniejszym.

POLSKI TRENER NAD TRENERAMI

Śląsk Wrocław pod dowództwem Oresta Lenczyka zdobył w roku kalendarzowym 66 ligowych punktów, 10 więcej od Wisły i 11 więcej od Polonii oraz Legii. W europejskich pucharach wypadł przeciętnie, ale generalnie nie miał tylu koszmarnych wpadek, na ile piłkarzom pozwolił jego jedyny konkurent Maciej Skorża - warszawianie poszaleli międzynarodowo, lecz z 41 meczów ligi polskiej i Europejskiej 11 przegrali, a 9 zremisowali. I kiepsko wypadali w meczach prestiżowych - porażka derbowa z Lechem 0:1 wiosną i cudem utrzymane 0:0 jesienią. Dla klubu z ambicjami to nędza. Lenczyk dwukrotnie pobił też - dwukrotnie w Warszawie! - swego rywala, choć jego szefowie nie fundowali mu defensywnych pomocników za milion euro (Vrdoljak) ani najwyżej opłacanych ligowców (Ljuboja), nie pracują też w Śląsku reprezentanci Polski.

POLSCY PIŁKARZE NAD PIŁKARZAMI

Ilekroć spojrzę na Roberta Lewandowskiego, zaczyna mi się roić, że na Euro 2012 coś tam nasi mogą jednak ugrać. Z futbolistą tej klasy nie jechaliśmy na żaden z nowożytnych wielkich turniejów. Na poprzednim Euro właściwie nie zabraliśmy napastnika, teraz wystawimy - jak na nasze standardy - giganta, o którym Włosi po sparingu z Polską pisali, że pojedynki z nim były fantastycznym testem dla ich młodego stopera Andrei Ranocchii.

Lewandowski wszechstronnieje, niekiedy sprawia wrażenie, iż staje się lepszy z meczu na mecz. I nadal utrzymuje skuteczność znaną ze Znicza Pruszków czy Lecha Poznań, choć skala wyzwań rośnie. W 50 meczach Bundesligi strzelił 20 goli. To daje średnią 0,40 bramki na kolejkę. Żaden Polak takiej na niemieckich trawach nie miał. Za nim są: Jan Furtok (188/60, czyli 0,32 bramki na mecz), Ebi Smolarek (81/25, czyli 0,31 bramki na mecz), Andrzej Juskowiak (184/56, czyli 0,3 bramki na mecz). Cała jesień Lewandowskiego w Borussii Dortmund i reprezentacji Polski to 31 meczów, 19 goli, 9 asyst. Mamy autentyczną gwiazdę.

Na miano polskiego gracza roku zasługuje też jednak jego kolega z Borussii. O ile bowiem Lewandowski wciąż nie mieści się nawet w dwudziestce czołowych napastników w Europie, o tyle Łukasz Piszczek w wersji A.D. 2011 mieścił się na swojej pozycji w pierwszej dziesiątce. Ostatnio zaczął popełniać błędy, ale np. fachowy „Kicker” nadal widzi w nim najlepszego prawego obrońcę Bundesligi (nasz rodak został nim już w sezonie poprzednim). W tym stuleciu tylko jednego Polaka brali pod uwagę zagraniczni autorzy zestawień klasyfikujących piłkarzy w poważnych rozgrywkach - Artura Boruca wyeksponowanego kiedyś na europejskie podium przez „La Gazzettę dello Sport”. Piszczek raczej mu nie dorówna, ale wśród rodaków pozostaje przypadkiem wybitnie niezwyczajnym. Choć jaśniej świecą gwiazdy Lewandowskiego czy Szczęsnego, to właśnie on w kontynentalnej hierarchii wspiął się najwyżej.

NAJSMUTNIEJSZE POŻEGNANIE

Legijny skrzydłowy Manu, przez trenera Skorżę reklamowany jako wirtuoz zdolny wpędzać trybuny w ekstazę, odleciał do ligi chińskiej bez uroczystej oprawy, prawie niezauważenie. Taki już los dotyka artystów nierozumianych, wyprzedzających epokę. Manu nie potrzebował piłki, by grać; Manu w każdym meczu demonstrował oryginalny, ożywczy performance, w którym piłka była jego śmiertelnym wrogiem, bo albo majtała się złośliwie między nogami, albo krzywo odbijała się od stopy. Był w awangardzie, był jak genialny malarz abstrakcjonista gardzący panoszącym się wokół malarstwem figuratywnym, akceptowalny tylko w muzeach sztuki nowoczesnej. Niestety, nasza konserwatywna widownia go odrzuciła, więc od stycznia będzie tworzył dla pekińskiego Guo’an - mamy kolejny dowód, że Chiny się modernizują.

CUDOWNE DZIECKO

Jako 13-latek Souleymane Coulibaly uciekł z Wybrzeża Kości Słoniowej przed wojną domową, dołączył do ojca (który poślubił Włoszkę), zaczął trenować w Sienie. Międzynarodową karierę rozpoczął na mundialu 17-latków - choć jego drużyna odpadła w 1/8 finału, strzelił dziewięć z jej dziesięciu goli (jednego Australii, cztery Danii, trzy Brazylii, jednego Francji) i został najskuteczniejszym piłkarzem turnieju. A przy okazji rekordzistą - taki sam snajperski dorobek miał kiedyś Florent Sinama Pongolle, ale pracował na niego w sześciu spotkaniach.

Jesienią Coulibaly zdobywał już bramki dla Tottenhamu, w nazywanych młodzieżową Ligą Mistrzów rozgrywkach NextGen Series. 26 grudnia skończy 17 lat.

NAJFAJNIEJSZA DRUŻYNA

Wiosną uciszyli na San Siro Milan (4:4), pokonali Inter (3:1) i Juventus (2:1) oraz oba kluby genueńskie (4:2 i 2:0), na wyjazdach roznosili Cesenę (3:0), Cagliari (4:0) i Palermo (szokujące 7:0). Ten ostatni triumf - wyższego Serie A nie widziała od 1950 roku - byłby zapewne jeszcze okazalszy, gdyby trener Francesco Guidolin nie polecił po przerwie piłkarzom zaprzestać znęcania się nad przeciwnikiem, wówczas już uszczuplonym o dwóch graczy wyrzuconych z boiska.

Udinese awansowało do kwalifikacji LM, latem sprzedało gwiazdę (Alexis Sanchez) i innych ważnych graczy (Inler, Zapata), by jesienią utrzymać tempo z wiosny - na własnym boisku goli właściwie nie traci, na San Siro znów zatrzymało i Milan (1:1), i Inter (1:0), mieć najszczelniejszą defensywę w Serie A, znów włączyć się do walki o tytuł. Gdyby im się jakimś cudem udało, stutysięczne Udine stałoby się najmniejszym mistrzowskim miastem we Włoszech po wojnie.

NAJEFEKTOWNIEJSZY POSTĘP

Grali tak beznadziejnie, że przeciwników wpędzali w zakłopotanie. Od zawsze leżeli na dnie rankingu FIFA, w międzypaństwowym meczu nigdy nie objęli nawet prowadzenia (przegrali wszystkie trzydzieści), a kiedy porażką 0:31 z Australią ustanowili rekord wszech czasów, federacja Oceania zmieniła reguły mundialowych eliminacji (zorganizowała prekwalifikacyjne gry między słabymi), żeby kuriozalnych spektakli uniknąć. Oto piłkarze Samoa Amerykańskiego - wysepek pływających na końcu świata i zaludnianych przez 55 tys. mieszkańców, ze stolicą w Pago Pago, w której maksymalna dopuszczalna prędkość na ulicach to 20 mil na godzinę.

Aż notorycznymi przegrywaczami zaopiekował się Thomas Rongen, trener juniorskiej kadry USA. Szok przeżył już pierwszego dnia, gdy do jego biura weszła atrakcyjna kobieta. - Pomyślałem, że jest kierownikiem drużyny albo masażystką, ale zapytałem, jaką pełni funkcję. Usłyszałem, że „środkowego obrońcy”. Tak zetknąłem się z Fa’afafine, czyli przedstawicielem specyficznej dla kultury samoańskiej trzeciej płci - biologicznym mężczyzną, który czuje się kobietą. To tutaj powszechnie akceptowane, że na co dzień ubierasz się jak dziewczyna, randkujesz z chłopakami, a sport uprawiasz z mężczyznami. I jeszcze zostajesz najlepszym stoperem reprezentacji - opowiada Amerykanin. Na Johnny’ego „Jayiaha” Saeluę koledzy wołają po prostu „siostra”.

Rongen pochodzi z Holandii, tam się wyuczył na trenera, jako swoich mistrzów wymienia Rinusa Michelsa i Johana Cruyffa. Na Samoa o 4.30 wsiadał w jedną z kilku na wyspie ciężarówek, zabierał ośmiu śpiących na podłodze - w jednym dużym pokoju, bez materaców - piłkarzy i zawoził na nadbrzeże, skąd wypływali na połów tuńczyka. Tak zarabiają na życie. Rongen zaordynował im prawdziwe zajęcia taktyczne, sesje medytacyjne i jogę; skrócił treningi, lecz uczynił je intensywniejszymi; nauczył odpoczywać; wyperswadował odruchowy defetyzm, który kazał im sądzić, że jeśli nie stracili dwucyfrowej liczby goli, to osiągnęli świetny wynik.

I piłkarze Samoa Amerykańskie wywołali sensację roku. Pokonali 2:1 Tonga, odnosząc bezprecedensowe, historyczne zwycięstwo. Potem zremisowali jeszcze z Wyspami Cooka, by dopiero w ostatniej kolejce preeliminacji ulec 0:1 Samoa (gospodarzom turnieju) i stracić szansę na awans. Bramkę stracili w 90. minucie, wcześniej sami trafili w słupek...

Przed decydującym starciem internetową witrynę federacji Oceanii rozgrzało 380 tys. kliknięć, 19-krotnie więcej niż w dotychczasowym rekordowym dniu. Z tamtej okrutnej chłosty australijskiej do dziś w podstawowej jedenastce przetrwał tylko bramkarz Nicky Salapu. Zwierza się, że po przyjęciu 31 goli nie umiał poradzić sobie ze wstydem i z rozpaczy zaczął pić. Uratował go prezent od dziewczyny - PlayStation. Teraz wreszcie wygrał w realu.

TRANSPARENTY Z POMYSŁEM

„Milionerzy w życiu. Łachmaniarze na boisku” - kibice z Marsylii informują, co myślą o marnej formie piłkarzy.

NAJDŁUŻSZA PIŁKARSKA WOJNA

I najkrwawsza. Niemal wszystkie z siedmiu tegorocznych El Clasico zapaskudziły skandale - były brutalne faule, czerwone kartki, bijatyki, oskarżenia o rasizm, chamskie perory José Mourinho. Rywalizację bezdyskusyjnie wygrała też Barcelona i jeśli po jej triumfie jesiennym obyło się bez awantur, to być może również dlatego, że ludzie Realu poczuli się zrezygnowani, ostatecznie uznając wyższość rywala. Skoro pokonał ich nawet wtedy, gdy po 20 sekundach objęli prowadzenie - a królewscy wygrali wcześniej 72 kolejne mecze, w których pierwsi zdobywali bramkę...

PRZEŚLADOWCY MOURINHO

Wojna na szczycie trwa od lat - Barca kontra drużyny, którym szefuje portugalski trener. Gdyby katalońska supergrupa nie istniała, miałby już zapewne w dorobku trzy Puchary Europy - a może wręcz cztery, bo wyeliminowała jego Chelsea także wiosną 2006 roku, kiedy zmierzała po swój pierwszy współczesny triumf. Gdyby Barca nie istniała, miałby też Mourinho mistrzostwo zdobyte w czwartym kraju (do dwóch wziętych w Portugalii, dwóch w Anglii i dwóch we Włoszech dołożyłby jedno w Hiszpanii). I w zawrotnym tempie mknąłby po tytuł trenera wszech czasów. Gdyby tylko Barca nie istniała...

Ale Barca też wolałaby, żeby nie istniał Mourinho. Wówczas jej tegoroczny sukces w Pucharze Europy byłby prawdopodobnie trzecim z rzędu i dokonałaby wyczynu niewidzianego od połowy lat 70.

NAJWIĘKSZA ŚCIEMA

Latem Sparta Praga nie puściła na zgrupowanie czeskiej młodzieżówki Vaclava Kadleca i Tomasa Pekharta (rzekomo rozłożonych wirusem), a na sparing chorwackich seniorów Manuela Pamicia (rzekomo miał kontuzjowane kolano). Wszyscy zagrali jednak w sparingu z Zenitem St. Petersburg, tyle że z cudzymi nazwiskami na koszulkach. Przebiegły plan wydał się, kiedy rywale opublikowali zdjęcia z meczu na stronie internetowej.

DOBROWOLNE WYGNANIE ZA 20 MLN

Tyle rocznie (w euro) zarabia Samuel Eto’o, który przyjął ofertę Anży Machaczkała. Klub z Dagestanu, jednego z najbiedniejszych regionów kaukaskich, stał się niewyobrażalnie bogaty (właściciel Sulejman Kerimow dysponuje majątkiem zbliżonym do majątku Silvia Berlusconiego), ale sportowo odstaje na razie nawet od europejskiej klasy średniej. Ze względów bezpieczeństwa (czytaj: zagrożenie terrorystyczne) jego piłkarze trenują w Moskwie, a do położonej nad Morzem Kaspijskim Machaczkały latają tylko, by rozgrywać mecze u siebie, na niewielkim, 16-tysięcznym stadionie. Czyli nigdzie. Zwłaszcza z perspektywy najlepszego być może napastnika na świecie.

TRENERSKI GAPA

Piłkarze RPA nie awansowali na Puchar Narodów Afryki, bo ich szef Pitso Mosimane - ani żaden z jego współpracowników i zwierzchników - nie przeczytał regulaminu eliminacji. Sądził, że w kończącym je meczu z Sierra Leone do awansu wystarczy remis, więc takiemu celowi podporządkował taktykę. Uważał, że przy równej liczbie punktów o kolejności w tabeli decyduje stosunek bramek, a przepisy mówiły, że decyduje bilans bezpośrednich meczów. Jego podwładni wymordowali bezbramkową nudę, po czym wpadli w hucznie manifestowaną na boisku euforię.

Niestety, wyprzedził ich Niger. Wściekły selekcjoner rozprawił się z regulaminem. - Afryka to dżungla, moi przyjaciele - rzucił filozoficznie. - Europejskie i południowoamerykańskie przepisy są lepsze, bo tam wszystko działa płynnie. W Afryce gra się ciężko - dodał. Dla porządku dodajmy, że w eliminacjach Euro 2012 obowiązywały identyczne zasady. A z tzw. kronikarskiego obowiązku - że Mosimane wciąż prowadzi kadrę. Afryka to faktycznie dżungla.

KLĘSKA GLOBTROTERA

Jeden z najstarszych aktywnych trenerów świata, 74-letni Otto Pfister, pracował wszędzie. W klubach z Liechtensteinu, Szwajcarii, Egiptu, Tunezji, Libanu i Sudanu, a także z seniorskimi bądź juniorskimi reprezentacjami Rwandy, Górnej Wolty (dawna nazwa Burkiny Faso), Senegalu, Wybrzeża Kości Słoniowej, Zairu (dawna nazwa Konga), Ghany, Bangladeszu, Kamerunu, Arabii Saudyjskiej i Togo. Z Ghaną nie tylko wygrał mistrzostwa świata 17-latków, ale oddziaływał na tamtejszych młodzież jak dyktator mody - też zaczęła, jak on, zawieszać spodnie nie w pasie, lecz na biodrach.

W tym roku Pfister wylądował na Trynidadzie i Tobago. Niestety, z kadrą, którą Leo Beenhakker poprowadził niedawno na mundial (to najmniejszy reprezentowany na nim kraj w historii), poniósł bolesną porażkę. Eliminacje do MŚ w 2014 roku ledwie się rozpoczęły, a jego piłkarze już poprzegrywali z różnymi Gujanami i Bermudami. I odpadli. Niemiec posadę zachował, na emeryturę się nie wybiera.

MARKETINGOWY MAJSTERSZTYK

Manchester United wpuścił logo firmy DHL na koszulki... treningowe. Nikt na to wcześniej nie wpadł, fachury z Old Trafford wynegocjowały 40 mln funtów za czteroletnią umowę. I według raportu agencji Brand Finance ich klub stał się szóstą najbardziej rozpoznawalną marką na planecie - wyżej są tylko Google, Apple, BBC, Dyson i Facebook.

Mistrzowie Anglii planują też ponoć rzucić wyzwanie Facebookowi. Według „Marketing Magazine” wynajęli agencję, która ma stworzyć ich własny portal społecznościowy - stawiają sobie za cel przyciągnięcie pół miliarda (!) fanów, bo z badań wynika, że ich potencjalna widownia sięga 660 mln osób. Nie potrzebują za pośrednika Facebooka, chcą na tłumie zarabiać sami - kibiców mają nęcić ekskluzywnymi materiałami wideo z udziałem gwiazd boiska, można też się spodziewać, że zlecą piłkarzom, by przenieśli tam swoje konta z konkurencyjnych portali (zajrzyjcie, jak intensywnie udziela się na Twitterze Rio Ferdinand).

Marketingowcy MU są nienasyceni, pewnie wielu czytelników widziało reklamówkę Casillero del Diablo, wina od chilijskiego producenta będącego jednym z 20 „oficjalnych partnerów” klubu. Kiedy Wilkinson Sword umieścił diabelskie logo na swojej maszynce do golenia, w dwa tygodnie sprzedał ich w Japonii 1,6 mln. Za MU nadążają tylko korporacje hiszpańskie - Real Madryt oraz Barcelona, która przygotowuje właśnie inwazję na miliardowy rynek indyjski, na urok piłki nożnej wciąż nieczuły.

Wymienione kluby zyskują powoli w futbolowym biznesie pozycję zbliżoną do zajmowanej przez koncerny Coca-Cola i PepsiCo na rynku napojów gazowanych. Tworzą triumwirat rywalizujący w osobnej, wyższej lidze, co widać także na Facebooku. I Barcelona, i Real, i Manchester Utd mają tam ponad 20 mln fanów, podczas gdy konkurenci - od Arsenalu, Chelsea i Liverpoolu, przez monachijski Bayern, po Inter, Juventus czy Milan - nie są w stanie dobić nawet do 10 mln.

MARADONA WIE SWOJE

25-lecie pracy w MU Aleksa Fergusona uczcił chyba najoryginalniej. „Uważa się go za ważnego trenera tylko dlatego, że zawsze miał pod sobą wielkich graczy” - ogłosił Argentyńczyk, którzy jako selekcjoner też miał pod sobą wielkich graczy, ale za ważnego trenera nikt go nie uważa.

INWAZJA KATARU TRWA

A nawet się nasila. W tym roku państewko znad Zatoki Perskiej dostało mundial w 2022 roku, jego bogacze zwiększyli wpływy w europejskiej piłce (wleźli na święte dotąd koszulki Barcelony, ich Paris Saint Germain prze ku mistrzostwu Francji, w Afryce wciągają młode talenty w projekt Football Dream etc.), ich klub wygrał azjatycką Ligę Mistrzów. Każde z tych wydarzeń prowokowało kontrowersje - wybory gospodarza MŚ odbyły się w cieniu oskarżeń o łapówkarstwo, Katalończycy umową z Qatar Foundation złamali odwieczną tradycję niesprzedawania swoich barw, drużynie Al Sadd sprzyjało niesłychane szczęście. Do LM została zaproszona dzięki dyskwalifikacji klubów wietnamskich. Z grupy wyszła pomimo ledwie dwóch zwycięstw w sześciu meczach. W ćwierćfinale dwukrotnie przegrała z irańskim Sepahan, ale rywale zostali obłożeni walkowerem za wystawienie nieuprawnionego piłkarza. W półfinale strzelili gola, kiedy faworyzowany zespół z Suwon spodziewał się, że oddadzą mu piłkę wybitą ze względu na kontuzję koreańskiego gracza (dostał w głowę, krwawił) - wybuchła karczemna awantura ozdabiana ciosami taekwondo i duszeniem rywali ręcznikami. Finał wygrali dopiero w rzutach karnych i zdobyli trofeum jako pierwszy katarski klub od 1989 roku.

UPADEK BRAZYLII

Po ubiegłorocznej klapie mundialowej przyszła klapa na Copa America - tam też „Canarinhos” odpadli w ćwierćfinale, nie potrafiąc pokonać Wenezueli ani Paragwaju. Z tym ostatnim remisowali dwukrotnie, by w decydującym starciu zmarnować wszystkie cztery (!) wykonywane rzuty karne. Dlatego w rankingu FIFA spadli najniżej w historii - bujają się między piątym a siódmym miejscem. A może to normalne, że reprezentacja upada, jeśli sparingpartnerów dobiera jej agencja marketingowa (Kentaro, objazdowy cyrk nosi nazwę Brazil World Tour) akceptująca wszystkich, którzy słono zapłacą? W tym roku i tak się poprawiło - pięciokrotni mistrzowie świata rzadziej grali z rywalami komicznie egzotycznymi, nie powtórzyło im się też kuriozum ciut starsze - rozgrywanie meczu z argentyńskimi sąsiadami w Katarze.

Chaotycznego obrazu dopełnia skandal z planem gier na najbliższym, brazylijskim mundialu. Planem podporządkowanym wojenkom działaczy i polityków. - To absurd. Czy oni nie rozumieją, jakie znaczenie ma dla nas ten stadion? - wściekał się Mario Zagallo po szokujących wieściach, że na turnieju w 2014 gospodarze tylko jeden mecz - finałowy - mają szansę rozegrać na Maracanie, monumentalnej ikonie tamtejszego futbolu.

NAJBARDZIEJ PORYWCZY PREZES

Maurizio Zamparini zatrudnił trenera Stefano Piolego po zakończeniu ubiegłego sezonu, by zwolnić go jeszcze przed rozpoczęciem bieżącego. „Piłkarze go nie słuchali, musiałem interweniować - wytłumaczył właściciel Palermo, który zapragnął zatrudnić Delio Rossiego. Trener zwolniony przez Zampariniego już dwukrotnie trzeci raz naciągnąć się nie dał.

PORTUGALSKIE ŁBY DO INTERESÓW

Chelsea musiała wyłożyć 15 mln euro, by wyjąć z FC Porto Andre Villasa Boasa. I uczyniła go najdroższym trenerem świata. Poprzednim rekordzistą był inny Portugalczyk José Mourinho, rok wcześniej podebrany Interowi Mediolan przez Real Madryt za 8 mln. Najdroższy piłkarz w historii? Oczywiście Portugalczyk, kupiony za 95 mln Cristiano Ronaldo. A najskuteczniejszy i w tej chwili już chyba również najsławniejszy agent, czyli pośrednik w handlu futbolowym żywym towarem? Portugalczyk Jorge Mendes.

Wpływy niewielkiej nacji z kąta kontynentu wciąż rosną, co widać i na/przy boiskach, i w transferach - nikt nie ubija lepszych interesów, nikt nie sprzedaje tylu graczy za dziesiątki milionów. W tym roku opchnęli Radamela Falcao za 40 mln, Fabio Coentrao za 30 mln, Davida Luiza też za 30 mln. W 2010 Angela Di Marię za 33 mln, Ramiresa za 22 mln, Bruno Alvesa za 20 mln. W 2009 Lisandro Lopeza za 24 mln i Lucho Gonzaleza za 20 mln. W 2008 Ricardo Quaresmę za 24 mln i Jose Bosingwę za 20,5 mln. W 2007 Andersona za 31,5 mln, Pepe za 30 mln, Naniego za 25 mln i Simao Sabrosa 20 mln. Podróż w przeszłość można by ciągnąć, ale chyba już widać, w czym rzecz - w połowie przypadków kupujący grubo przepłacał, notorycznie przeceniani są zwłaszcza portugalscy obrońcy. W 2012 roku Portugalczycy znów się obłowią - na eksporcie Joao Moutinho i Nicolasa Gaitana. Mój typ: po 30 mln euro od Chelsea i Manchesteru Utd. A jest jeszcze napastnik Hulk, wart jeszcze więcej...

KORUPCJA PO TURECKU

Jeśli wszystkie zarzucane mu przestępstwa zostaną udowodnione, Aziz Yildirim, prezes najpotężniejszego ostatnio w kraju Fenerbahce, zostanie skazany na 156 lat więzienia. Za łapówki miały wygrywać także Besiktas i Trabzonspor, a nieobecność na ławie oskarżonych działaczy czwartego ligowego potentata Turcy tłumaczą sobie tym, że Galatasaray grało w 2010 roku tak kiepsko, że nawet korupcja by im nie pomogła. Na aferę zareagował już parlament - przegłosował ustawę zmniejszającą maksymalną karę za ustawienie meczu z 12 do 3 lat pozbawienia wolności.

SPOJRZENIE W PRZYSZŁOŚĆ

„Za sto lat ludzie będą szaleć na punkcie Szachtara Donieck tak samo, jak teraz wielbią Barcelonę” - wyprognozowała podczas party na 75-lecie ukraińskiego klubu Milla Jovovich, aktorka i modelka urodzona w Kijowie.

17:07, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
sobota, 17 grudnia 2011

NextGen Series, Liga Mistrzów dla młodych

Piszę przede wszystkim do Panów, ponieważ kluby poznański i warszawski rozwijają futbolowe akademie dla młodzieży uchodzące za najlepsze w kraju, a w tym roku otwarta została mała Liga Mistrzów - rozgrywki NextGen Series dla piłkarzy do lat 19.

Na pomysł wpadł Mark Warburton (dyrektor sportowy angielskiego Brentford i w ogóle zapaleniec do szkolenia dzieciaków), zaproszenie przyjęło 16 klubów z 11 krajów, jesienią ich juniorzy rywalizowali w fazie grupowej, do wiosennych ćwierćfinałów awansowały Barcelona, Sporting Lizbona, Aston Villa, Tottenham, Olympique Marsylia, Liverpool, Ajax oraz (prawdopodobnie) Inter Mediolan. Cel: maksymalnie upodobnić zabawę do prawdziwej, dorosłej Champions League, choć turniej finałowy ma się odbyć w Abu Dhabi.

Na oficjalnej stronie internetowej organizatorzy wyjaśniają, że NextGen Series ma skupiać najlepsze szkółki dla młodzieży w Europie, ale w praktyce wygląda to inaczej - grają ci, którzy się zgłosili. Inaczej zresztą nie wyjaśnimy obecności w elicie aż dwóch klubów norweskich (Rosenborga, Molde).

Dlatego apeluję do Andrzeja Dawidziuka i Marka Jóźwiaka, by zgłosić tam juniorów Lecha Poznań i Legii Warszawa. Rozgrywki się rozrastają, w następnym sezonie mają do nich dołączyć kolejne renomowane firmy, ale na razie nikt nie wspomina o kwalifikacjach, przez które trzeba by się przebijać. Obowiązuje raczej zasada „kto pierwszy, ten lepszy”. Skoro przyjęte zostało Molde, to nie sądzę, by czołowe kluby polskie wydały się organizatorom mniej godne elity. Co więcej, Warburton twierdzi, że zależy mu na umiędzynarodowieniu rozgrywek i chce rozlewać je na nowe kraje.

Warto spróbować, bo młodzi Polacy zbieraliby doświadczenia bezcenne - regularnie sprawdzaliby się w meczach z najzdolniejszymi rówieśnikami. Ba, warto włożyć w tę misję mnóstwo energii, to mogłaby być inwestycja w przyszłość nie do przecenienia. Uczestnicy inauguracyjnej edycji NextGen Series są zachwyceni, mówią, że to najlepszy sposób na przygotowanie juniorów do wyzwań na miarę Ligi Mistrzów, chcą zarabiać na sprzedaży praw telewizyjnych. A u nas mecze gołowąsów poznańskich czy warszawskich - zresztą niech spróbuje każdy klub, który czuje się na siłach - z gołowąsami Barcelony, Interu czy Manchesteru City byłyby szlagierami.

NextGen Series, mała Liga Mistrzów, mapa

piątek, 16 grudnia 2011

Zdarzyło się przed kilkoma tygodniami, ale wtedy miałem nawał innych spraw, dlatego nie zdążyłem pochylić nad najważniejszą - sensacyjnymi sukcesami Samoa Amerykańskiego. Wróciłem do tematu teraz, bo pracuję nad podsumowaniem futbolowego roku, które zamieścimy w najbliższej poniedziałkowej „Gazecie Sport.pl” - już zachęcam, cobyście kupili czasem też papier (pachnie ładniej niż monitor;-)).

Tam wśród superbohaterów jako pierwszych wyróżnię właśnie ich, piłkarzy z Samoa Amerykańskiego - wysepek pływających na końcu świata i zaludnianych przez 55 tys. mieszkańców, ze stolicą w Pago Pago, w której maksymalna dopuszczalna prędkość na ulicach to 20 mil na godzinę.

Grali tak beznadziejnie, że przeciwników wpędzali w zakłopotanie. Od zawsze leżeli na dnie rankingu FIFA, w międzypaństwowym meczu nigdy nie objęli nawet prowadzenia (przegrali wszystkie trzydzieści, stracili w nich przeszło 200 goli), a kiedy porażką 0:31 z Australią ustanowili rekord wszech czasów, federacja Oceania zmieniła reguły mundialowych eliminacji (zorganizowała małe igrzyska prekwalifikacyjne między słabymi), żeby kuriozalnych spektakli uniknąć.

Aż notorycznymi przegrywaczami zaopiekował się Thomas Rongen, trener juniorskiej kadry USA. Szok przeżył już pierwszego dnia, kiedy do jego biura weszła atrakcyjna kobieta. - Pomyślałem, że jest kierownikiem drużyny albo masażystką, ale zapytałem, jaką pełni funkcję. „Środkowego obrońcy” - usłyszałem. W tych okolicznościach zetknąłem się z przedstawicielem Fa’afafine, czyli specyficznej dla kultury samoańskiej trzeciej płci - biologicznym mężczyzną czującym się kobietą. To tutaj powszechnie akceptowane, że na co dzień ubierasz się jak dziewczyna, randkujesz z chłopakami, a sport też uprawiasz z mężczyznami. I jeszcze zostajesz najlepszym stoperem reprezentacji - opowiada Amerykanin.

Na Johnny’ego „Jayiaha” Saeluę koledzy wołają po prostu „siostra”. - Żeby być Fa’afafine, musisz urodzić się Samoańczykiem, wyglądać jak facet, wewnątrz być kobietą, czuć pociąg do mężczyzn - opowiada 23-letni piłkarz. - W naszej społeczności pełnimy ważną funkcję. Musimy opiekować się rodzicami i starszymi, bo tradycyjnie nie zakładamy rodzin, w przeciwieństwie do naszych braci i sióstr. Znają nas z tego, że można na nas polegać.

Jego historia - w kadrze debiutował jako 14-latek - jest osobną niezwykłą historią wewnątrz niezwykłej historii. Nowy selekcjoner też polegał na Saelui. Rongen pochodzi z Holandii, tam się wyuczył na trenera, jako swoich mistrzów wymienia Rinusa Michelsa i Johana Cruyffa. Na Samoa musiał się zająć wszystkim. O 4.30 wsiadał w jedną z kilku na wyspie półciężarówek, zabierał ośmiu śpiących na podłodze - w jednym dużym pokoju, bez materaców - piłkarzy i zawoził na nadbrzeże, skąd wypływali na połów tuńczyka. Tak zarabiają na życie. Rongen zaordynował im prawdziwe zajęcia taktyczne, sesje medytacyjne i jogę; skrócił treningi, lecz uczynił je intensywniejszymi i wydajniejszymi; nauczył odpoczywać; wyperswadował odruchowy defetyzm, który kazał im sądzić, że jeśli nie stracili dwucyfrowej liczby goli, to osiągnęli świetny wynik.

Minęło trzy tygodnie i piłkarze Samoa Amerykańskie wywołali futbolowe trzęsienie muraw. Pokonali 2:1 Tonga, odnosząc bezprecedensowe, historyczne zwycięstwo. Potem zremisowali jeszcze z Wyspami Cooka, by dopiero w ostatniej kolejce preeliminacji ulec 0:1 Samoa (gospodarzom turnieju) i zaprzepaścić szansę na awans. Bramkę stracili w 90. minucie, wcześniej sami trafili w słupek...

Przed decydującym starciem internetową witrynę federacji Oceanii rozgrzało 380 tys. kliknięć, 19-krotnie więcej niż w dotychczasowym rekordowym dniu. Z tamtej okrutnej chłosty australijskiej do dziś w podstawowej jedenastce przetrwał tylko bramkarz Nicky Salapu. Zwierza się, że po przyjęciu 31 goli nie umiał poradzić sobie ze wstydem i z rozpaczy zaczął pić. Uratował go prezent od dziewczyny - PlayStation.

Teraz wreszcie wygrał w realu.



 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi