RSS
piątek, 31 grudnia 2010

Moim prywatnym wydarzeniem mijającego roku wcale nie był afrykański mundial, który wręcz mnie nieco rozczarował, wydarzeniem roku były wrocławskie (Era) Nowe Horyzonty, impreza nadal tak estetycznie sycąca i intelektualnie inspirująca zarazem, że po dziś dzień czuję nasycony i zainspirowany. Dlatego tym razem nie pozostanę w zgodzie z duchem miejsca i przed rokiem 2011 nie będę życzył wam, stali i przypadkowi czytelnicy, uniesień tylko sportowych.

Wolę życzyć niezłomności oraz wierności sobie, w jakiej wytrwali mnisi z francuskiego „O bogach i ludziach”. Wolę życzyć duchowości bez łatwych wzruszeń, jak w misterium z „Lourdes”. Melancholii jeszcze piękniejszej niż genueńska z „Paszczy wilka”. Odmiennych stanów świadomości jeszcze bardziej porywających niż wyśnione w „Incepcji”. Psychodelii ciut mniej szkodliwej dla życia niż ta, która uniosła nad Tokio bohatera „Wkraczając w pustkę”. Staczania się i schlewania nie tak odrażającego, jak staczanie się i schlewanie w „Domu Złym”. Nonkonformizmu i odwagi znośniejszych dla otoczenia niż nonkonformizm i odwaga napędzające autora „Trash Humpers”. Bon motów równie błyskotliwych, lecz przyjaźniejszych ludziom niż wypluwane przez socjopatę z „Social Network”. Poczucia nieuchronności losu mniej dotkliwego niż tragizm ze wstrząsającego „Synekdocha Nowy Jork”. Śnieżnego puchu nie poplamionego krwią z „Essential Killing”. Pustki mniej rozpaczliwej niż pustka wokół „Samotnego mężczyzny”. Wypalenia nie tak beznadziejnego jak wypalenie z „Shit Year”. Miłosnego spełnienia szybszego niż w „Sekrecie jej oczu”. Rodzin cieplejszych niż ożywiona właśnie przez Gutka w „Tokijskiej opowieści”.

I oczywiście, jeśli wolno mi wrócić na chwilę do naszego futbolowego mikroświata, życzę wam rzadkich u nas idoli zasługujących na podziw także po zejściu z boiska, jak tytułowy idol z pasjonującego dokumentu „Puskas Hungary”. A poza tym zejdźcie czasem z trybun i posiedźcie trochę w ciemności. Tam, gdzie i ja, corocznym zwyczajem, zaraz zniknę. Niezapomnianego roku 2011!

20:04, rafal.stec
Link Komentarze (7) »
czwartek, 30 grudnia 2010

Alternatywna, bo miałaby wypełnić tylko jedną misję, za to specjalną. Powstrzymać ludzi od kilku lat niemal niezwyciężonych, którzy wciąż sprawiają wrażenie, że szczyt dopiero przed nimi.

Uczciwie przyznaję - poniższą jedenastkę zrodziło znużenie kibica, który desperacko szukał sposobu, by uniknąć ponownej żonglerki tymi samymi nazwiskami i przypominania, dlaczego Pique z Puyolem są najlepszymi stoperami, Xavi z Iniestą najlepszymi rozgrywającymi, a Messi najlepszy w Układzie Słonecznym. Serenadom do wyrzeźbionych w La Masii półbogów mówimy dość, sklejmy grupę niekoniecznie przyjemną w oglądaniu i obejściu, niekoniecznie wierną fair play w każdej sekundzie gry, ale dającą szansę przeciwstawić się Barcelonie i Hiszpanii. W końcu tamtego Interu już nie ma.

Od aktualności nie uciekam, wybieram na podstawie wspomnień z upływającego roku. Dlatego moja pierwsza decyzja brzmi - piłkarzom Realu Madryt dziękuję, poszukam gdzie indziej. Nie dość, że oddali El Clasico po raz piąty z rzędu, to jeszcze oddali je we wstrząsająco podłym stylu. Niech ochłoną. Wyjątek robię tylko dla jednego, i to wcale nie dla Ronaldo, który zamachnąć się na Barcę usiłował już w sześciu meczach, ale gola nigdy nie strzelił.

Taktyka: czekamy, ale nie potulnie

Plan gry opieramy na podstawowym założeniu - nie rwiemy się do piłki. Niech sobie ją trzyma Barcelona/Hiszpania, która najmniej satysfakcjonujące wyniki osiągała wtedy, gdy rozstawała się z nią najrzadziej, nawet jak na swoje standardy bijąc rekordy. My chcemy przede wszystkim uniknąć strat na własnej połowie - nieuniknionych przy jej niesamowitym, agresywnym pressingu - bo wtedy zaatakuje, gdy nasi gracze będą poza swoimi pozycjami defensywnymi. I staniemy się bezbronni. Wysokim pressingiem na wysoki pressing nie odpowiadamy, naciskamy na rywali dopiero nieopodal swojego pola karnego, odpuszczamy też ścisłe krycie na bokach boiska. Sami liczymy na błyskawiczne, zabójcze pchnięcia w kontrataku, ewentualnie rzuty wolne i rożne. Wiemy, że każdą szansę trzeba wykorzystać, bo następnej nie będzie.

Generalnie wzorujemy się na: mundialowej Szwajcarii, która szczęśliwie z Hiszpanią wygrała, oraz mundialowej Portugalii, która pechowo przegrała (gol ze spalonego); Rubinie Kazań, który zanim uległ, trzy razy się Barcelonie oparł; na Interze, który wiosną wyeliminował ją z LM. I wspominamy perfekcyjną akcję Cisse z Govou, która jesienią dała Panathinaikosowi prowadzenie - chwilowe - na Camp Nou.

Środek ataku: Diego Milito

Powołania uzasadniać nie trzeba. Bywali snajperzy, którzy strzelali jeszcze częściej niż on. Albo efektowniej. Nie pamiętam tylko innego, który by rozstrzygnął swoimi bramkami wszystkie, co do jednego, najważniejsze mecze klubowego sezonu.

W finale LM ugodził dwukrotnie Bayern. W półfinale Barcelonę raz, wyprowadzenie pozostałych ciosów umożliwiając kolegom asystami. W ćwierćfinale pokonał bramkarza CSKA Moskwa, w 1/8 finale przyłożył Chelsea. Puchar Włoch? Wbił gola w finale Romie. I w półfinale - Fiorentinie. Serie A? Strzelił rzymskiemu wicemistrzowi. Wbił gola w derbach trzeciemu na finiszu sezonu Milanowi. I Sienie - gola dającego tytuł. Czego więcej wymagać od środkowego napastnika? Wiedzą to chyba tylko ignoranci, którzy nie zmieścili Argentyńczyka na szerokiej, aż 23-osobowej liście kandydatów do Złotej Piłki.

Argentyńczyk eksplodował zawsze, gdy fajerwerki oglądała cała planeta. Zagarnął wszystkie niezapomniane momenty. Idealny snajper na mecz La Masia kontra Reszta Świata.

Prawe skrzydło: Samuel Eto’o

Milito pluł ogniem wiosną, Eto’o jesienią. Wcześniej poświęcał się dla wyższych celów - dobra drużyny - właśnie zepchnięty na flankę, dzięki czemu Inter pomknął po Puchar Europy. Najbardziej niezawodny obok Davida Villi napastnik na świecie, który obalił wiele prawd na swój temat. Będzie harował, a jeśli nadarzy się okazja w ataku - nie spudłuje. On też kocha szlagiery.

Lewe skrzydło: Gareth Bale

Wiem, rozszalał się międzynarodowo tylko incydentalnie, z Interem. Ale jaki to był dwumecz! Przyłożył hat trickiem w Mediolanie, niesamowitymi zrywami dał zwycięstwo Tottenhamowi w rewanżu, gdy rywale już jego sprinterskie właściwości rozpoznali. Skoro swobodnie obfruwał czołowego prawego obrońcę na planecie Maicona, to odfrunie również innym czołowym - barcelońskiemu Alvesowi lub hiszpańskiemu Ramosowi - i być może choć trochę zniechęci ich do wyrywania się pod naszą bramkę. Bale kontratakom nada naddźwiękową prędkość, a całej superdrużynie nieco tottenhamowego szaleństwa, które tak nas ujmuje, odkąd londyńczykami dowodzi Harry Redknapp. To jedyny młodzieniec wśród moich wybrańców. I jedyny gracz bez zdobytego w tym roku trofeum.

Rozgrywający: Wesley Sneijder

Też pokrzywdzony plebiscytowo. Nie ma go w ścisłym finale Złotej Piłki, choć jako jedyny uczestniczył we wszystkich najważniejszych meczach poprzedniego sezonu, w dodatku niemal zawsze się wybijał - był liderem mknącego po Puchar Europy Interu i srebrnej na mundialu Holandii. Jego zalety znamy - bezcenny przy stałych fragmentach gry (wolne skuteczniej bił tylko C. Ronaldo), nad boiskową poezję przedkłada tak potrzebne mi prozę i konkret. Aha, jeszcze serce do walki ma większe niż Camp Nou. Jeśli straci piłkę, dopada kradnącego ją wroga milisekundę później. Mamy szefa.

Defensywni pomocnicy: Mark van Bommel, Bastian Schweinsteiger

Skoro misja specjalna, to i oddział specjalny. Pierwszy z wymienionych to bandyta, którego każdy wolałby mieć po swojej stronie. Uśmierca wzrokiem partnera, który ośmieli się stracić piłkę, rywali zarzyna korkami, nierzadko wieńczącymi wyprostowaną nogę, na sędziów umiejętnie wywiera presję. Jako jedyny obok Sneijdera wystąpił i w finale LM, i w finale MŚ. Po przerwie, już przy zagrożeniu czerwoną kartką, zastąpiłbym go innym holenderskim rzeźnikiem, Nigelem de Jongiem.

Schweinsteiger, inny finalista LM, na mundialu dotrwał tylko do półfinału, ale tam jako jeden z nielicznych efektywnie powstrzymywał Hiszpanów. Kocha się poświęcać i walczyć, ma pomysły ofensywne. Chwilami zdaje się większym Sneijderem - w Bayernie niezastąpionym, choć też nie prowokuje do westchnień „oto wielki gracz”, nie zwraca na siebie uwagi każdym dotknięciem piłki. Niewykluczone jednak, że w przyszłym sezonie spróbuje przeciwstawić się Barcy w pomocy Realu.

W środku pola zależałoby mi na telepatycznym rozumieniu się - van Bommela ze Schweinsteigerem łączy klub, van Bommela ze Sneijderem reprezentacja.

Lewa obrona: Javier Zanetti

Nawet Messiemu się nie kłania. Od sierpnia 37-letni, nadal niezniszczalny. Wiosną obwołaliśmy go na łamach supermanem niewidzialnym, bo to najwybitniejszy futbolista pośród tych, którzy nie zapadają w pamięć. Tępiciel wirtuozerii, sam solowych popisów z zasady unika. W tym roku wreszcie stał się przez moment pępkiem futbolowego świata - jako kapitan Interu wzniósł Puchar Europy.

Środek obrony: Ricardo Carvalho, Lucio

Pierwszy stanowi właśnie ów wyjątek madrycki - choć ostatnio w Gran Derbi też wypadł fatalnie, to Hiszpanii jako przywódca defensywy portugalskiej opierał się na MŚ znakomicie, a w superdrużynie nie wspieraliby go aksamitny Marcelo i Xabi Alonso, lecz stalowi Zanetti z van Bommelem.

Cień na katalońskich malców rzucałby też Lucio, czyli monumentalna, niezmordowana w ataku charyzma i w ogóle wszystko, czego potrzebuje nowoczesny stoper. No i Sneijdera, który załatwił go w RPA, miałby tym razem po swojej stronie...

Prawa obrona: Maicon

On też jedynego, który go wyrolował (Bale), miałby po swojej stronie. Człowiek bolid. W pierwszej połowie roku rewelacyjny, podobnie jak na początku mundialu. Zanim odpadł z Brazylią, przyszło mi do głowy, że może zostać jako pierwszy boczny obrońca w historii graczem roku na świecie.

Bramkarz: Manuel Neuer

Tu miałem największy dylemat, aż z grupki fachowców najwyższej klasy wziąłem akrobatę, który nie tylko zdumiewa niezbędnym przy strzałach oddawanych z pola karnego refleksem, ale jeszcze nie pomyli się przy podaniach ręką i nogą. Powtórzmy: w meczu z dziećmi La Masii każdy błąd może okazać się śmiertelnym. Neuerowi wciąż nie mogę zapomnieć asysty przy golu Miroslava Klosego w mundialowym triumfie Niemców nad Anglią - taki wykop też może się przydać…

Trenerzy: José Mourinho, Kurban Berdyjew

Ostatnia wpadka na Camp Nou trochę ujęła sporo z mitu o nieomylności wielkogębnego Portugalczyka, więc dajemy mu wsparcie w osobie przykaukaskiego Fergusona, od 2001 roku prowadzącego Rubin. Uzupełniają się wspaniale. Eleganta Mourinho, który uwielbia wdzięczyć się do kamer, posyłalibyśmy na konferencje prasowe, niechluj Berdyjew, który rozmów z prasą nie znosi, pracowałby po cichu. Obaj manifestują swoją religijność - jeden modli się do chrześcijańskiego Boga, drugi do Allaha. Co akurat w bitwie z wychowankami zakonu pod wezwaniem św. Johana może okazać się niezbędne. Zdziwionym, że najmądrzejszemu pośród nieświętych Mourinho dołożyłem współpracownika, przypominam - on na Camp Nou jeszcze nie wygrał, ostatnio opuszczał je na kolanach. A Berdyjew klękał na tamtejszej murawie, by dziękować niebiosom za zwycięstwo.

Superdrużyna alternatywna

15:15, rafal.stec
Link Komentarze (60) »
środa, 29 grudnia 2010

Tezy, że alchemicy ze słynnej szkółki La Masia odkryli kamień filozoficzny futbolu, nikt jeszcze nie postawił. Ale Barcelona i cała Hiszpania chyba w to wierzą, bo w swojej wizji futbolu prą ku stanom ekstremalnym.

Zabrakło naprawdę maluteńko, być może zaledwie jednego meczu, by objęły władzę absolutną. Wreszcie. W 2008 r. panowała reprezentacja Hiszpanii - zdobyła mistrzostwo Europy. W 2009 r. panowała Barcelona - wygrała Ligę Mistrzów. W 2010 r. mogły panować obie. Ale udało się jedynie Hiszpanii - zdobyła mistrzostwa świata. Barcelona w najważniejszych rozgrywkach klubowych nie zwyciężyła, oparł się jej w półfinale José Mourinho z Interem.

Jego komandosi walczyli wspaniale. U siebie pobili rywala (3:1), choć ten zadał pierwszy cios, w rewanżu bohatersko się bronili (0:1).

Na trofeum zasłużyli, ale dziś z perspektywy całego roku przeważa uczucie, że podsiedli na tronie prawdziwego króla - Barca abdykowała chwilowo, trzeba tylko troszeczkę poczekać na przywrócenie harmonii. Zastanawiamy się, czy pył z islandzkiego wulkanu, który uziemił samoloty i zmusił piłkarzy z Katalonii do podróży na San Siro autobusem, trochę im zadania nie utrudnił. Wspominamy, jakie detale dzieliły Barcelonę od ciut okazalszego, dającego finał zwycięstwa w rewanżu. A przede wszystkim z trudem łapiemy oddech, gdy podziwiamy, w jakim stylu panuje w ostatnich tygodniach roku.

Nikt nie wątpi - to najwspanialsza współczesna drużyna piłkarska. Coraz częściej pada pytanie, czy także

najwspanialsza w historii.

Przeróżnych rekordów pobiła już w minionych sezonach tyle, że statystycy prawdopodobnie zarywają noce, by wynaleźć jakiekolwiek nadal dające się poprawić. Znajdują je ostatkiem sił. Za chwilę Barcelona odleci tam, gdzie Siergiej Bubka rywalizował już tylko z samym sobą.

A my odlecimy tam, skąd żadnych innych piłkarzy już nie widać. Ostatnie wyniki? 0:0, 5:1, 5:0, 2:0, 3:0, 5:0, 3:0, 8:0, 3:1, 5:1, 3:1. Średnia liczba wykonywanych w meczu podań? Około 670. O 100 więcej niż Manchester Utd. O 150 więcej niż Real Madryt. O 170 więcej niż Inter.

Przybywa goli, podań, akcji rozkwitających bez końca. Przybywa płynności w grze. W grze, która w niemal każdej sekundzie angażuje całą drużynę. Inaczej jej styl byłby samobójczy. Analitycy wyliczyli, że piłkarze Barcy grają skupieni na najmniejszej powierzchni - stojącego najbliżej własnej bramki od najbardziej od niej oddalonego dzieli 36 metrów.

Wszyscy bronią, wszyscy atakują. Przedstawiane na telewizyjnych diagramach ustawienie trochę fałszuje rzeczywistość, bo Katalończycy z piłką (czyli prawie cały czas) grają nierzadko w systemie 2-1-4-3. Środkowych obrońców osłania defensywny pomocnik, zazwyczaj Sergio Busquets, a obaj boczni obrońcy suną do przodu i biegają obok rozgrywających.

Co pięknie oddaje jeszcze jedna nieprawdopodobna statystyka. Otóż w lidze hiszpańskiej piłki na połowie przeciwnika (!) najczęściej dopada Dani Alves, teoretycznie prawy obrońca.

Za arcydziełem stoi Katalończyk z wyboru Johan Cruyff. Wybitny piłkarz, potem wybitny trener, wreszcie wybitny filozof futbolu. To on wymyślił, jaką strategię gry powinna Barca obrać, jak szkolić młodych, jak założyć na Camp Nou kościół wyznawców jednej religii - osobnego, niepodrabialnego stylu, który wprawi publikę w uniesienie i uczyni klub zjawiskiem niepowtarzalnym w skali globalnej.

Ostatnio coraz wyraźniej widać, jak trudno pojąć owo zjawisko przybyszom z zewnątrz. Także bajecznie zdolnym. Niemal wszystkie drogie transfery ery trenera Guardioli nie wypaliły - Ibrahimović już został wydalony, podobnie Czyhrynski, Hleb, Keirrison. Raczej nie są Katalończycy zadowoleni również z lewych obrońców, skoro nowego kupują co sezon.

W ubiegłym roku postanowili udoskonalić doskonałe. Sprawili sobie Ibrahimovicia, dryblasowatego napastnika akrobatę, który miał nadać drużynie nowy wymiar - nogą uderza piłkę wiszącą tam, gdzie Messi czy Iniesta nie sięgną ręką. Z wielu innych posunięć wynikało zresztą, że Barcelona pomiędzy swoje sławne maleństwa usiłuje powtykać dryblasów, którzy lubią kucnąć, zanim zaczną wykręcać żarówkę.

Zwłaszcza ze szwedzkim napastnikiem nie wyszło, więc tegoroczne manewry transferowe wywoływały wrażenie, jakby duma Katalonii chciała proces miniaturyzacji

doprowadzić do ekstremum.

195 cm statycznego Ibrahimovicia zastąpiło w klubie 175 cm ruchliwego Davida Villi, 194 cm pomocnika Yaya Toure wypchnęły 174 cm Javiera Mascherano, do szatni weszły też 172 cm obrońcy Adriano. A wyszło jeszcze 190 cm Czyhrynskiego, 183 cm Marqueza i 188 cm Henry'ego...

I tak Barcelonka zmalała nam do drobinki niespotykanej chyba w żadnej poważnej grze zespołowej. Niemal każdy atakujący - Xavi (169), Alves (173), Iniesta (170), Messi (169), Pedro (169), Villa (174), Krkić (170) - ledwie wystaje ponad trawę, w polu biega niekiedy jeden chłop powyżej 180 cm. Nawet gdyby Katalończykom znienacka odbiło, by zreformować styl gry, nie mieliby szans - piłka oderwie się od ziemi, to zniknie im z oczu.

W całym sporcie - i w ogóle całej populacji, zwłaszcza europejskiej - przyspiesza gigantyzacja, a oni ani myślą zaprzestać miniaturyzacji, jeśli nadal nie rezygnują z podebrania Arsenalowi kolejnego skrzata - Cesca Fabregasa. Co wcale nie oznacza, że dużych organizm z definicji odrzuca. Dużym jest tylko trudniej. O ile oczywiście nie rośli, jak Sergio Busquets, w La Masii.

Szybciej adaptują się też chłopcy z sąsiedztwa. Wzięcie Villi przyspieszyło proces upodabniania Barcelony do reprezentacji Hiszpanii (i odwrotnie), co ostatnio służy obu stronom - jedna zyskała zabójczego snajpera, druga złoto mundialu. A gdyby granie w rytm nut napisanych przez Cruyffa rzeczywiście wyjątkowo sprzyjało maluchom, to mielibyśmy już pełną harmonię. Według „Demograficznego studium piłkarzy w Europie” hiszpańscy gracze są najniżsi - obok cypryjskich i szkockich - na kontynencie.

Kamień filozoficzny futbolu rzeczywiście odnaleziony? Na razie na pewno fantastyczny sposób, by w czasach linii obronnych obsadzonych wielkoludami o gabarytach z NBA ocalić ten sport dla maluchów.

Pozostaje pytanie, czy Katalonia wychowa równie genialne pokolenie w przyszłości, gdy wybije się na niepodległość lub większą autonomię i będzie mogła wystawić swoją reprezentację. Kiedy wyobrażam sobie trupę z Valdesem, Pique, Puyolem, Xavim, Busquetsem, Fabregasem, Krkiciem etc., to myślę sobie, że też nie byłaby bez szans ani na mundialu, ani w Lidze Mistrzów.

00:32, rafal.stec
Link Komentarze (61) »
wtorek, 28 grudnia 2010

Piłka ustępujących mistrzów świata opadała z innych wysokości niż polska, ale przeżywała w mijającym roku to, co my, tylko bardziej. Analogie są zdumiewające. Perspektywy i plany na wydźwignięcie się z zapaści - radykalnie odmienne.

Zupełnie inaczej wygląda w obu krajach aktualna sytuacja finansowo-organizacyjna futbolu, zupełnie inaczej wyglądają też prognozy na jutro i pojutrze. Ale zanim spojrzymy w przyszłość, zajmijmy się nędzą czysto sportową, która obie ojczyzny Zbigniewa Bońka, rodzoną i przybraną, skazała na cierpienia rozciągnięte w czasie. Nędznie jest w reprezentacjach kraju seniorskich i juniorskich, europejskich pucharach i rozgrywkach ligowych, w rankingach drużyn narodowych i klubowych. Najczęściej z tej samej przyczyny: ogromnej pokoleniowej dziury. Włochy prawie nie mają piłkarzy klasy światowej urodzonych w latach 80., Polska urodzonych w latach 80. nie wychowała, oczywiście poza nielicznymi wyjątkami, na piłkarzy solidnej klasy europejskiej.

Reprezentacje seniorów - klęska na klęsce

Włosi wyrżnęli o dno na mundialu. Po 1966 roku, w którym Pelemu i reszcie Brazylijczyków przeciwnicy postanowili poprzetrącać kończyny, tylko raz obrońcy tytułu padli w rundzie grupowej - Francuzi przed ośmioma laty. Nie wypocili wówczas ani gola, ale katastrofę znieść ich kibicom było łatwiej niż włoskim. Bili Trójkolorowych rywale ciut bliżsi wielkiemu futbolowi niż Słowacy - w eliminacjach potrzebujący samobójczych wpadek Boruca i Gancarczyka, żeby pokonać Polskę. Niż Nowozelandczycy oraz Paragwajczycy, którzy „Azzurich” - sklasyfikowanych przez FIFA na 26. miejscu - w RPA również zatrzymali. I Włosi czekali w roku 2010 na zwycięstwo, choćby sparingowe, dłużej od wszystkich innych finalistów MŚ - do września, kiedy zdołali przepchnąć Estonię.

Polacy na mundial wpuszczeni nie zostali, ale zwycięstwa też wypatrywali miesiącami, od marca do listopada. I nadal nie mamy pewności, czy ostatnich przyzwoitych występów nie zawdzięczają specyfice chwili - Smuda znalazł się pod presją i sparingi traktuje jak grę o medale, tymczasem rywale spacerują wybitnie treningowo, by nie pourywać sobie nóg. W każdym razie od naszych wymagamy już tak niewiele, że nawet po porażce z Australią skupiliśmy się na wyłapywaniu dowodów, iż czynią ewidentne postępy.

Była marna gra, były ekstremalne statystyki. Włosi po 40 latach znów dali sobie wbić w meczu MŚ (ze Słowacją) trzy gole, Polacy po 42 latach znów dali sobie wbić w jakimkolwiek meczu sześć goli. Wychłostali ich Hiszpanie, którzy brutalniej nie potraktowali w bieżącej dekadzie nikogo - nikt przez dziesięć lat nie przegrał z nimi wyżej.

Włosi zsunęli się jesienią na 16. miejsce w rankingu FIFA - najniższe, odkąd ranking istnieje. Polacy przycupnęli na 73. To również historyczne dno. Skazujące ich prawdopodobnie na czwarty lub wręcz piąty koszyk w losowaniu grup eliminacyjnych MŚ w 2014 r.

Kadry juniorów - klęska na klęsce

Obaj nowi selekcjonerzy dorosłych reprezentacji wzniecili rewolucję, z odświętnymi minami ogłaszając zerwanie z przeszłością, czyli rezygnację z niemal wszystkich ludzi powoływanych przez poprzednika. Dlatego Włosi wystawili w tym roku aż 46 graczy, a Polacy - 53. Coraz trudniej znaleźć w obu krajach pierwszoligowców, których naród nie wezwał nigdy.

Ani Cesare Prandelli, ani Smuda (a być może także ich następcy) nie powinni spodziewać się wartościowych posiłków z reprezentacji juniorskich. Włosi kryzysową kulminację przeżyli w październiku - młodzieżówka nie umiała utrzymać przewagi z wygranego 2:0 meczu z Białorusią, w rewanżu straciła trzy bramki i po 34 latach nie awansowała do turnieju olimpijskiego. Wcześniej 19-latkowie nie uciułali nawet gola na ME. Próżno szukać też Włochów w rankingach największych talentów jutra - stąd być może ich zachwyt nad Balotellim, który sam twierdzi, że nie ustępuje nikomu poza Messim, a w rzeczywistości ustępuje niejednemu koledze z Manchesteru City.

Nasza młodzieżówka w kwalifikacjach do mistrzostw kontynentu wyprzedziła tylko Liechtenstein, w sparingu przegrywając m.in. z Luksemburgiem. 19-latkowie preeliminacje przetrwali (pokonali Finlandię, zremisowali z Mołdawią, ulegli Węgrom), ale w całym roku wygrali zaledwie jeden z dziesięciu meczów. 17-latkowie nie przeżyli nawet preeliminacji, mocniejsi okazali się m.in. Gruzini.

Rozgrywki ligowe - obcy na obcym

Skoro reprezentacje dołują, to kluby importują. Coraz więcej i więcej. Do Serie A zaciągnęły ćwierć tysiąca obcokrajowców, ustanawiając rekord wszech czasów, tzw. Ekstraklasa dobiła już do 120 obcokrajowców, również ustanawiając rekord.

Kolejne bariery padną niebawem, bo choć w obu krajach istnieją wyjątki potwierdzające regułę (Juve, Sampdoria oraz Polonia Warszawa czy kluby śląskie wolały ostatnio autochtonów), to rzeczywistość przyznaje prezesom rację. Na szczytach klasyfikacji snajperów prężą się albo cudzoziemcy, albo rodzimi gracze u schyłku kariery - tam kanonadę urządzają sobie 33-letni Di Natale, 34-letni di Vaio, Szwed Ibrahimovic, Kameruńczyk Eto’o i Urugwajczyk Cavani, tutaj strzelają 36-letni Frankowski, 31-letni Niedzielan, Łotysz Rudnevs czy Litwin Sernas. Aktualni liderzy obu lig też kupują ostatnio głównie za granicą, tyle że Milan zbudował z obcych cały atak, a Jagiellonia całą defensywę.

Nic dziwnego, skoro Włosi ponownie nie dochrapali się choćby nominacji w plebiscytach na najlepszych futbolistów na planecie (przez trzy dekady nie pomijano ich nigdy!). Nic dziwnego, skoro świat odrzuca też polskich kopaczy - wiosną w Lidze Mistrzów nie zobaczymy ani jednego grającego w polu, w Lidze Europejskiej przetrwali tylko trzej nasi emigranci - Murawski z Rubina Kazań oraz Sznaucner z PAOK-u Saloniki oraz Kieszek, rezerwowy bramkarz Porto. Na naszych boiskach zagraniczna narośl się rozrasta, naprawdę hałaśliwie dopiero się o problemie rozdyskutujemy. Wystarczy prześledzić plany klubów - masowe inwestowanie w obcych zapowiadają także te, które im dotąd nie ufały, jak Ruch Chorzów czy Cracovia.

Bez masowego zaciągu zagranicznej siły roboczej kibice z obu krajów nie doświadczyliby przede wszystkim spektakularnych kampanii międzynarodowych, które przysłaniały ogólną beznadzieję Serie A i tzw. Ekstraklasy. Inter Mediolan wszedł do historii jako pierwszy finalista LM bez ani jednego piłkarza z kraju, który reprezentuje, w podstawowym składzie. A Lech Poznań, zanim rozszalał się w LE, wystawiał w eliminacjach ośmiu obcokrajowców, dziewiątego wpuszczając z rezerwy. To również rekord, jeszcze nigdy nasza drużyna nie posyłała na podbój kontynentu tak niewielu Polaków.

Europejskie puchary - klęska na klęsce

I nie widać powodów, by przypuszczać, że prezesi strategię zrewidują. Jeśli jesienią Inter z powodzeniem instalował w drużynie młodych, to byli nimi Brazylijczyk, Francuz, Nigeryjczyk. Chcący się wzmacniać Lech też rozgląda się głównie po krajach ościennych.

Obie wystrojone na eksport, acz uszyte z importowanego sukna drużyny trzymać fasonu cały rok nie umiały. Mediolańczycy byle jak go w LM kończyli, poddając mecz w Bremie. Poznaniacy byle jak rozpoczynali, ledwie unikając szokującej klęski z mistrzami Azerbejdżanu i w ogóle w szkaradnym stylu poddając kwalifikacje LM. A ponieważ lokalni konkurenci wypuszczeni na świat w najlepszym razie nie przynosili wstydu - częściej przynosili - to generalnie polsko-włoskie popisy międzynarodowe wypadły żałośnie.

Żaden klub Serie A nie awansował do 1/8 finału LM jako lider grupy, co w obecnej formule rozgrywek nie zdarzyło się nigdy. Tylko jeden (!) przeżył jesień w LE. I Włosi mogą zapomnieć o pościgu w rankingu UEFA za Bundesligą, której oddadzą jedno miejsce w Champions League - chwilowo trzeba uciekać naciskającym Francuzom.

Polskie potęgi? Ruch Chorzów dwukrotnie remisował z maltańską Valettą. Wisła Kraków dostała łupnia od azerskiego Karabachu Agdam, co ponownie, mimo przestrogi estońskiej sprzed roku, przyjęto jako sensację - na pychę możemy rywalizować z każdym. Wreszcie Jagiellonia nie sprostała Arisowi Saloniki, ale dzielnie walczyła, więc przy ogólnej mizerii zebrała mnóstwo pochwał. Zasłużonych, a zarazem uświadamiających, jak niewiele dziś trzeba, by kibica nasycić.

Polacy najeżdżają na Włochy...

Oba dramaty dzieją się w zupełnie innych światach. Włosi stoczyli się ze szczytu, my zlecieliśmy z drugiej ligi do trzeciej. Pokonaliśmy ich jednak w pewnym prestiżowym pojedynku, dzięki czemu zyskaliśmy nadzieję, że to u nas poprawa nastąpi prędzej. Dzięki organizacji Euro 2012 budujemy nowoczesne stadiony, zaglądanie na trybuny staje się modne, przychody klubów nieuchronnie wzrosną. Nawet pomimo niepowodzeń w pucharach - rozmiar rynku wewnętrznego wystarcza, by coraz obficiej żywić kluby, które już teraz wbrew potocznej opinii są bogatsze od wielu przeciwników z Europy środkowo-wschodniej.

Oddanie Euro 2012 Polsce z Ukrainą było dla Włochów porażką. Oddanie Euro 2016 Francji było już dla nich klęską - zwłaszcza że ustąpili w głosowaniu także Turcji. Dlatego oni, z chlubym wyjątkiem Juventusu, lepszego stadionowego jutra nie budują. Wciąż zapraszają na obiekty archaiczne i należące do miast, które nie pozwalają zarabiać tak, jak np. angielskie. Trudniej im zwalczyć bandytyzm na trybunach (choć się starają), jakością transmisji odpychają zagranicznego telewidza, na rynku transferowym poruszają się skrępowani restrykcyjną polityką finansową.

Także dlatego przychylniej spoglądają na Polaków. Boruc we Florencji, Glik w Palermo, Augustyn w Catanii, Kokoszka w Empoli, Salamon i Miśkiewicz na głębszej prowincji - tylu naszych rodaków we włoskich klubach jeszcze nie było. A przecież jeszcze przed chwilą wpuszczeni na tamtejsze murawy zostali Kosowski z Matusiakiem.

... ale Włoch nie podbijają

Niewykluczone, że niebawem na Serie A zamachnie się też Peszko, choć doświadczenia rodaków powinny go zniechęcać. Poza Borucem wszyscy, co do jednego, bezdennie rozczarowują. Jeśli nawet trener da im pokopać, kopią krzywo, na miarę najsłabszych not w drużynie.

Mimo to w Polsce nadal zaniedbuje się to, co najważniejsze - szkolenie. Pieniędzy, ładnych stadionów czy klasowych obcokrajowców przybywa szybko, wolno przybywa zapału i wiedzy niezbędnej, żeby młody wyrastał na piłkarza, a nie produkt piłkarzopodobny.

Italia obsiewać swoje trawy próbuje. Ma wybitnych liderów, których nam brakuje. Nadzorcą drużyn narodowych wszystkich kategorii wiekowych mianowano Arrigo Sacchiego, niegdyś fenomenalnego trenera, ostatnio surowego krytyka współczesnego calcio, przeczuwającego jego zapaść od pewnego czasu. Zaniedbany system szkolenia reformują inne żywe pomniki, dawni czarodzieje boiska Gianni Rivera oraz Roberto Baggio. Klubom zezwolono na zatrudnianie tylko jednego nowego piłkarza spoza Unii rocznie, choć prezesi żądali ruchu w przeciwnym kierunku - zwiększenia limitu z dwóch do trzech. Federacja będzie im też płacić za graczy wysyłanych do kadr juniorskich.

Włosi widzą kłopot, więc interweniują. Szefostwo pezetpeenowskie unowocześniło sobie tylko siedzibę - naprawdę luksusową. I działacze obdarowują się wzajemnie sutymi premiami, nad czym czuwa Grzegorz Lato, czyli prezes, jakiego wstyd wypuścić między ludzi. Obowiązku masowego wychowywania młodych na kluby nie nałoży, woli patronować kuriozalnej kadrze do lat 23 (grają w niej 24-latkowie), ewentualnie skazać juniorską kadrę na swego niekompetentnego kumpla Janusza Białka w roli trenera. U nas zarazę mają leczyć ci, którzy ją rozsiewają.

PS By ocalić godność na Euro 2012, chodzimy po prośbie po całej Europie. Nie potrzebujemy tylko bramkarzy. Powyżej drużyna złożona z obcokrajowców lub wychowanych przez obcokrajowców, którzy dla Polski już zagrali, którzy dopiero dla Polski zagrają, którymi trener Smuda się interesował, których Smudzie wpychano, o których trener Smuda zabiegał, ale na Polskę się wypięli. Gdyby nie ostatnia kategoria, być może na mistrzostwach naszych nie byłoby prawie wcale. A na poniższym diagramie nie wziąłem pod uwagę wychowanego w Holandii Smolarka...

Niepolskojęzyczni

00:23, rafal.stec
Link Komentarze (29) »
poniedziałek, 27 grudnia 2010

Ustawieni wzdłuż alfabetu i nie wszyscy. Byli oczywiście (anty)bohaterowie, którym poświęciłem osobne dziełka. Tekst pochodzi bowiem z dzisiejszej „Gazety”, w której obszernie, na siedmiu stronach, podsumowuję rok 2010 w futbolu krajowym i międzynarodowym. Kilka innych artykułów, choć nie wszystkie, wrzucę tutaj w nadchodzących dniach. Niektóre poszerzę, dołożę też drobiazgi, które w papierze się nie zmieściły. Lojalnie uprzedzam, że niekiedy wkładałem do nich akapiciki, które regularnym czytelnikom blogu słusznie wydadzą się znajome.

Argentyna stała się największym eksporterem piłkarzy. W minionym sezonie sprzedała ich 1716, osiem razy więcej (!) niż pięć lat temu. Kluby i prywatne szkółki zarobiły ledwie 117 mln dol., bo coraz częściej oddają za grosze chłopców, którzy w ojczyźnie nie zdążyli zadebiutować. A ci coraz częściej wracają przegrani, zanim wydorośleją.

Brazylia przestała być największym eksporterem. Sprzedała 1443 piłkarzy, coraz częściej zatrzymuje lub ściąga z Europy uznane nazwiska. Klubom sprzyja pomyślność gospodarcza kraju i rosnąca w siłę waluta (Ronaldo zarabia ponad 10 mln dol. rocznie, Robinho brał 4,5 mln).

Chelsea nie zdołała wyrwać z Santosu uchodzącego za zjawiskowy talent Neymara. To ów znak czasów. 18-latka chwalono za lojalność, lecz przekonała go suta podwyżka. We wrześniu zrewanżował się szefom trzema kolejnymi przestrzelonymi rzutami karnymi oraz brutalnym werbalnym atakiem na trenera, który nie pozwolił mu wykonać czwartego. Dorival Junior postanowił młodzieńca ukarać, więc został zwolniony.

Domenech Raymond, czyli ojciec chrzestny mundialowej draki we francuskiej szatni (patrz „Z”). Choć był beznadziejnym selekcjonerem, został wicemistrzem świata i pracował z kadrą od 2004 r. Dziś ćwiczy 11-latków. Organizacje broniące praw dziecka na razie nie zareagowały.

Eldense. Wierniejszych fanów nie ma nigdzie. Jeden z nich poszedł w styczniową sobotę na stadion, zamiast na ślub, bo jego drużyna przyjmowała czwartoligowego lidera (FC Torrevieja). W przerwie na trybuny wtargnęła panna młoda. Obiegła wszystkie, znalazła delikwenta na głównej, dała po twarzy, wyprowadziła siłą. Gospodarze przegrali 1:2.

Ferguson, Alex. Pobił rekord legendarnego Matta Busby'ego, bo prowadzi Manchester Utd dłużej niż 8810 dni. Ustanowił też nowy rekord w lekceważeniu przeciwników z grupowej fazy Champions League - rezerwowych wystawiał, zanim awansował; przyuczał do pracy w środku defensywy żółtodzioba Chrisa Smallinga, którego w lidze angielskiej wystawiać się bał; to tutaj regularnie grał Fabio, który w krajowych meczach murawy nie powąchał.

Ghana. I Gyan, Asamoah. Gdyby nie przestrzelony w ostatnich sekundach mundialowego ćwierćfinału z Urugwajem rzut karny tego ostatniego, kibice nie pamiętaliby żadnego nazwiska tej niezwykłej drużyny. Jakże innej w swojej skromności i pracowitości od upadłych w RPA gwiazd z Europy - promowanych przez globalne koncerny Anglików, Francuzów, Portugalczyków czy Włochów. Jakże innej w swojej taktycznej sumienności od typowej reprezentacji z Afryki. Gdyby nie dramat Gyana, miałby ten kontynent pierwszy w historii półfinał...

Harry Redknapp. Absolutny outsider w erze futbolu cyfrowego. W Lidze Mistrzów pokonał swoje przeciwieństwo, właściciela najbardziej jajowatej głowy wśród trenerów Rafę Beniteza. O swoim szefie z Tottenhamu opowiada Van der Vaart: „W szatni mamy tablicę, ale Harry nigdy nic na niej nie napisał. Mówi tylko, żebyś grał na lewej lub prawej, ciężko pracował, miał frajdę i pokazał kibicom, co masz najlepszego”.

Ibrahimović Zlatan, najdroższy piłkarz świata. Ajax, Juventus, Inter, Barcelona i Milan wydały na niego 140 mln euro (wyjąwszy pensje). Jego agent Mino Raiola, zwany „Panem 10 proc.”, przewidywał już wiosną, że Zlatan pogra jeszcze osiem lat, nie skończy kariery na Camp Nou, zarobi na co najmniej dwóch lukratywnych transferach. W sierpniu Szwed wyjechał do Milanu.

Katarska rewolucja. Wypasione na ropie naftowej państewko bez futbolowych tradycji zorganizuje mundial, a związana z jego władzami instytucja będzie reklamowana na nieskalanych dotąd komercją koszulkach Barcelony. Według prasy dyplomaci z Izraela namawiają klub do zerwania kontraktu, bo Qatar Foundation wspiera terrorystów z Hamasu. Kolejna rewolucja nadejdzie, gdy UEFA zgodzi się, by Katalończycy zachowali na koszulce - dotąd dopuszczalne było tam jedno logo - również znak UNICEF, któremu za ów przywilej płacą. A jeśli specjalnych praw zażądają inni? Przyzwyczajajmy się do strojów oblepionych przez biznes jak kombinezony Formuły 1?

Leo Messi. Najlepszy. Jego pojedynek z C. Ronaldo staje się pojedynkiem ponad wszystkie, jak mecze Barcelony z Realem stały się meczami ponad wszystkie. Tylko oni tak często zostawiają wrażenie, że zwyciężają solo, a przy swoich wybitnych kolegach wyglądają na homo sapiens wyższej generacji. Messi to skromność, subtelność i urok drobiazgu, Ronaldo to pycha, dosadność i atletyczna potęga. Kto z Hiszpanów nie weźmie Złotej Piłki, obu doskonale odmiennych superbohaterów nie przyćmi.

Maradona wciąż wszechmocny. Nie do zatrzymania jako gracz, teraz tylko on zatrzymał Messiego. W jego trenerskim rozgardiaszu zginął nawet geniusz, którego sam Diego typował na swego spadkobiercę.

Nawrócony. Bert van Marwijk wykluczył z reprezentacji Holandii Nigela de Jonga, gdy ten w lidze angielskiej złamał Ben Arfie kość piszczelową i strzałkową. Trener zadziałał z gorliwością neofity. Na mundialu jego gracz zachowywał się brutalniej (inni Holendrzy też), choć z mniej bolesnym skutkiem - w finale kopnął Xabiego Alonso w klatkę piersiową, za co powinien był wylecieć z boiska. Może gdyby van Marwijk zaczął wychowywanie wtedy, Ben Arfy nie czekałoby pół roku leczenia.

Oaza dobrobytu. Liga angielska popadła w stagnację, hiszpańską podniszcza duopol Barcy i Realu, włoskie calcio toczy poważny kryzys, tymczasem niemiecki futbol rozkwita. Reprezentacja? Medal mundialu i styl, który uwiódł świat. Kluby? Bayern po latach wrócił do finału Champions League, cała Bundesliga uciekła w rankingu UEFA lidze włoskiej, zaraz wyprzedzi być może hiszpańską. Młodzi? Szaleją na turniejach juniorskich, bierze ich Real Madryt (Ozil, Khedira), pięknie rosną w centralnym systemie szkolenia i zmuszonych do wychowywania przepisami klubach, na MŚ uczynili seniorską kadrę najmłodszą niemiecką w historii. Finanse? Najzdrowsze wśród potęg, wolne od powszechnego dziś gigantycznego zadłużenia, gotowe na podołanie regułom Financial Fair Play. Kibice? Kupują bardzo tanie bilety, gwarantują najwyższą frekwencję w świecie - na nowoczesnych stadionach, które oferują i komfort, i archaiczne sektory z miejscami stojącymi. Liga? Obfitująca w gole i pasjonująca, angażująca połowę drużyn w walkę o tytuł - jeśli Borussia D. utrzyma formę, będzie czwartym mistrzem w minionych pięciu latach.

Padania. Nowy mistrz świata wśród reprezentacji niestowarzyszonych w FIFA. W finale turnieju rozegranego na maltańskiej wyspie Gozo północni Włosi pokonali 1:0 Kurdystan, który zorganizuje następny mundial (tegoroczny relacjonowała kurdyjska telewizja). Brąz wzięła Oksytania.

Rafaela Beniteza annus horribilis. Przed chwilą był w elicie elit, wiosną wygrał ledwie 8 z 18 ligowych meczów Liverpoolu, a jesienią 6 z 15 ligowych meczów Interu. Stracił obie posady, na odprawach zyskał 6,5 mln funtów. I stał się najlepiej opłacanym w tym roku trenerem na świecie po Mourinho.

Seszele. Odpoczywał tam trener z londyńskiej szkółki dla dzieci Andrew Amers-Morrison, gdy miejscowi działacze zaproponowali mu pracę z ich reprezentacją. Sądzili, że rozmawiają z innym Morrisonem - Andym, byłym obrońcą Manchesteru City. Pomyłkę odkryli, kontraktu nie anulowali. Dali anonimowemu trenerowi pół roku na udowodnienie, że się nadaje.

Wstrząsy nigeryjskie. W lutym tamtejszą kadrę przejął Lars Lagerback. Najpierw ujawnił wyniki swoich analiz MŚ w 2002 r. - otóż piłkarzy Nigeria miała świetnych, ale ówczesny trener nie miał pojęcia o taktyce. Przemawiając nie wiedział, że dawny selekcjoner siedzi kilka metrów od niego. - Przez lata zastanawiałem się, co zrobiłem źle. Wreszcie ktoś mi wyjaśnił - komentował z godnością Adegboyega Onigbinde. Nigeria z Lagerbeckiem na MŚ w RPA też wypadła beznadziejnie, więc zezłoszczony prezydent kraju Goodluck Jonathan zabronił jej grać w międzynarodowych rozgrywkach. Dyskwalifikację cofnięto, ale wtedy Nigerię zawiesiła, też chwilowo, FIFA. Za pomysł ministra sportu, by anulować ligowe degradacje, i za postawienie kilku działaczy przed sądem... Czy Nigeria rozwija się taktycznie, nie wiadomo.

Uziemiony. Peruwiański napastnik Paolo Guerrero, który leczył w ojczyźnie zerwane więzadła, w lutym miał wrócić do HSV Hamburg. W samolocie wpadł w panikę. Wsiadał, wysiadał, wreszcie przerażony kategorycznie odmówił ze stalowym potworem współpracy. Wracał na lotnisko kilka razy. Z bratem, z mamą, z narzeczoną. I ze środkami uspokajającymi. Bez skutku. Wchodził na pokład, by w histerii wyskakiwać na odjeżdżające od drzwi schody. Wcześniej nie miewał kłopotów - aż samolot, którym wraz z klubem wracał z meczu, wpadł w turbulencje i musiał awaryjnie lądować. - Nigdy się tak nie bałem - mówił potem piłkarz. Ale do Peru doleciał bez problemów. Lęk zdjął go nagle na lotnisku w Limie. Klub wysłał psychologa, rozważał też nakazanie piłkarzowi podróży statkiem (trwałaby cztery tygodnie). Kiedy Guerrero wreszcie się przemógł, Bundesliga zaraz zdyskwalifikowała go na pięć kolejek za rzucenie butelką w kibica.

Wuwuzela. Gdyby nie tandetne mundialowe niby-trąbki, nie dowiedzielibyśmy się, że istnieje silniejszy dźwiękowy mózgotrzep niż konkurs Eurowizji. I jeszcze krytykować nie wolno, bo tubylcy łypali wściekle, że atakujesz ich kulturę z wyżyn cywilizacji białego człowieka.

Zadymiarze francuscy. Popis wszech czasów dali na mundialu. Przeżyjmy to jeszcze raz w cytatach z całego roku: „Pier... się, skur...” - napastnik Anelka do trenera. „Tak, Yoann, wyjdź na boisko. Będziesz tam sam, każdy będzie patrzył tylko na ciebie, zostaniesz gwiazdą mediów” - skrzydłowy Ribery do rozgrywającego Gourcuffa, który rozważał bojkot ogłoszonego przez drużynę strajku i wyjście na trening. „Nie wierzę, by napisali to piłkarze. Było napisane na komputerze i nie miało błędów” - szef francuskiej federacji o liście wyjaśniającym przyczyny strajku. „Autorytet straciła federacja i trener, piłkarze wzięli władzę. Myślę, że to wyszło od kapitana. On jest odpowiedzialny. Proponuję, żeby nie postawił już nogi w drużynie Francji” - były kadrowicz Lilian Thuram apeluje o dożywotnią banicję dla Evry. „Lilian myśli, że jest nowym trenerem, szefem związku i prezydentem republiki. Chodzenie z książkami o niewolnictwie, w okularach i kapeluszu nie czyni cię Malcolmem X”- Evra odpowiada Thuramowi. „Nie przywykł do pracy” - nowy trener reprezentacji o piłkarzu Realu Benzemie. „Jest w Madrycie samotny, tęskni za mamą” - sławny trener Guy Roux, też o Benzemie. „Widziałem się z nim w Madrycie. Żyje sam, w domu bez mebli” - prezes Lyonu, znów o Benzemie. „W Milanie zepsuł wszystko. Zachowywał się źle, nie dawał z siebie tyle, ile mógł, spóźniał się i tak popisywał na treningach, że prowokował do ostrych wślizgów. Nawet nie zaczął się uczyć włoskiego. Został odizolowany. Aż zdarzyły się rzeczy, o których wolę nie mówić” - były kapitan Milanu Maldini o Gourcuffie. Tak, turniej w RPA był wyjątkowy - nigdy wcześniej najżałośniej na MŚ nie wypadli aktualni mistrzowie (Włochy) i wicemistrzowie (Francja).

11:43, rafal.stec
Link Komentarze (45) »
niedziela, 19 grudnia 2010

Gdy z ciekawości zaglądam w przeszłość kolejnego anonimowego kopacza z zagranicy, który zajeżdża na polskie murawy, bardziej niż jakość często interesuje mnie ilość. Z klasowego klubu może się przecież wywodzić byle jaki piłkarz, a z byle jakiego klubu może się wywodzić piłkarz klasowy. Jeśli natomiast czytam w CV, że typ zmienia pracę wraz z każdą zmianą pory roku, z miejsca staje się podejrzany. Wszędzie ma pecha? Talent i zapał do treningu jest, ale nikt się na talencie i zapale do treningu złośliwie nie chce poznać? Trele-morele, typowałbym raczej, że jedynym atutem obieżyświata jest cwany menedżer.

Latem 2002 r. przyleciał do Widzewa jazgotliwie reklamowany napastnik, którego o cwanego menedżera podejrzewać wypadało bez po wstępnych oględzin. Ale został Miodrag Andelković królem sparingów, w towarzyskich gierkach wkładał gola za golem, prasa z przejęciem promowała go na ligową gwiazdę. I z łódzkim klubem kontrakt podpisał.

Gwiazdą Serb nie został. Ani nawet rzetelnym strzelcem, co to raz parę kolejek gola wepchnie choćby siedzeniem. Po roku poszedł sobie precz. Nie sprawdził się w Widzewie, tak jak wcześniej nie sprawdził się nigdzie indziej. A grał w serbskich Trepcy Mitrovice i OFK Belgrad, hiszpańskich Espanyolu Barcelona i Almerii, niemieckim SpVgg Greuter Furth, izraelskim Hapoelu Petah Tikva, serbskim Sartidzie Smeredevo, tureckim Antalyasporze, brazylijskich Fluminense i Kurytybie. W osiem sezonów zaliczył Andelković 11 klubów. Kiedy obijał się w Widzewie, był w połowie kariery.

Minęło kolejne osiem sezonów. Równie imponujące osiem sezonów. Z Łodzi nasz snajper poleciał do Belgradu (do OFK wracał na chwilkę po wielokroć), by następnie służyć: koreańskiemu Incheonowi, japońskiemu Cerezo Osaka, kazachskiemu Irtyszowi Pawłodar, ukraińskiemu Metałurhowi Zaporoże, saudyjskiemu Al-Ahli Dżudda, chińskim Dalian Shide oraz Yantai Yiteng, rumuńskim Pandurii Targu Jiu oraz Internationalowi Curtea de Arges, aż wreszcie wylądował w kanadyjskim Brantford Galaxy.

Podsumujmy: 24 przeżyte transfery, 21 różnych drużyn, 15 państw, 4 rozpoznawane przez FIFA kontynenty (bez Afryki i Australii), ani jednego zagranicznego klubu, w którym wytrzymałby Serb dłużej niż sezon. Łódź i tak polubił wyjątkowo i z wzajemnością, bo z wielu miejsc wynosił się - przepędzali go? - po kilku miesiącach lub tygodniach.

Kariera tyleż zjawiskowa, co prowokująca do mnóstwa intrygujących pytań. Dlaczego Andelković nigdy nie cierpiał na bezrobociu? Dlaczego przygarniali go wszędzie, choć nie zachwycał nigdzie? Nie sprawdzali jego CV, dostępnego przecież w internecie? Sprawdzali, ale nie wyciągali wniosków? Wierzyli, że wreszcie się rozstrzela? Od razu zakładali, że wynajmują robotnika wyłącznie na okres próbny? Ilu pracodawców czuło się po rozstaniu wyrolowanych, a ilu już przy podpisywaniu umowy zależało głównie na tym, by wydać pieniądze jakkolwiek?

Co ja się zresztą rozdrabniam, podrażniona podróżą dookoła globu wyobraźnia podsuwa mi już przed oczy czytelników, którzy mają ochotę porozmyślać głębiej, o naturze rzeczywistości w ogóle, i zaczną wiercić sobie w brzuchach zagadką, w ilu klubach uprawia się sport tylko przy okazji, bo podstawowym celem ich funkcjonowania jest przepuszczanie cudzych pieniędzy. Ewentualnie pranie brudnych.

Sam myślę o Miodragu - chyba mogę po imieniu, skoro jesteśmy niemal rówieśnikami? - z podziwem, zazdrością i uznaniem. Z podziwem, bo kopać miernie, a wkręcić się wszędzie - to jest sztuka. Z zazdrością, bo popróbować dzięki miernej kopaninie życia w kilkunastu odmiennych kulturach - to doświadczenie wzbogacające. Z uznaniem, bo co by nie mówić, facet jest pod pewnymi względami najlepszy, czyli w sensie sportowym też coś osiągnął.

Oczywiście najlepszy jest tylko wśród polskich ligowców. Za absolutnego rekordzistę świata wśród futbolowych globtroterów uchodzi sławny Lutz Pfannenstiel, wychowanek Bayernu i były bramkarz juniorskiej reprezentacji Niemiec. Ten 37-latek grał (od siódmej ligi po pierwszą) w Albanii, Anglii, Armenii, Brazylii, Belgii, Finlandii, Kanadzie, Niemczech, Norwegii, Nowej Zelandii, Malezji, na Malcie, w RPA i Singapurze. Na przygody mógłby się mierzyć z Indianą Jonesem, na azjatyckim wygwizdowie posiedział nawet w więziennej celi, oskarżony ustawianie meczów dla mafii bukmacherskiej (uniewinniło go badanie wykrywaczem kłamstw). Dziś mieszka w Namibii, gdzie broni bramki i jest dyrektorem klubu Ramblers.

O ile więc Andjelkovic podbijał dotąd głównie północną półkulę, o tyle Pfannenstiel jako pierwszy wyczynowiec łapał piłkę na wszystkich zamieszkanych kontynentach. I dla 25 różnych drużyn. Początkowo decydował, gdzie grać, spontanicznie, trzy lata temu podjął już świadomą decyzję, by przejść do historii, więc wyszukał sobie klub brazylijski - brakowało mu w kolekcji Ameryki Płd. W zeszłym roku wydał autobiografię.

Cztery lata młodszy Andelkovic wciąż ma szansę, by go pobić. Wystarczy mu wynegocjować kontrakt w jeszcze przynajmniej jednym klubie z Afryki oraz jednym z Australii z Oceanią, by został samotnym rekordzistą - ze wszystkimi kontynentami, lecz aż 26 klubami. Może by wtedy, na sam koniuszek kariery, w glorii rekordzisty znów zajrzał do Polski? Tym razem nie wypadałoby go już chyba wrogo lustrować, lecz powitać z honorami.

22:08, rafal.stec
Link Komentarze (21) »
sobota, 18 grudnia 2010

Zaskakujący zwrot akcji po klubowych mistrzostwach świata. Trener Rafa Benitez wreszcie coś z Interem wygrał, ale zdaje sobie sprawę, że choć kibice trofeum sobie cenią, to już zapomnieli, jak się nazywali pokonani rywale. Dlatego zamiast się cieszyć, ruszył do gwałtownego kontrataku.

Turniej był nudnawy. W półfinale Koreańczycy z Seongnam wytrzymali bez straty gola trzy minut, w finale Kongijczycy z Mazembe - niespełna kwadrans. Nie sposób nawet wyczuć, czy mediolańczycy odzyskali moc. Mecze były byle jakie, faworyci wygraliby je w półtruchcie. Benitez to wszystko wie i nie przypuszcza, że beznadziejna jesień w Serie A zostanie mu przebaczona. A za sukcesik (dla niego tylko sukcesik, fundamentalną pracę piłkarze wykonali w Lidze Mistrzów) zapłacił słono - kontuzją rozgrywającego Wesleya Sneijdera, który będzie pauzował w trakcie styczniowego nadrabiania ligowych zaległości.

Właściciel Interu nie ma szczęścia do historycznych wieczorów. Zaraz po finale Champions League usłyszał od Jose Mourinho, że ten wynosi się do Realu Madryt. Tuż po dzisiejszym finale usłyszał od trenera, że jest oszustem.

Co oczywiście nie zostało podane wprost, choć generalnie Hiszpan przemawiał bardzo wprost. Obwieścił, że przełożony obiecał mu trzy transfery, by nie dokupić do drużyny nikogo. Że on, Benitez, czuł się po wakacjach „w stu procentach rozczarowany". Że odziedziczył grupę podstarzałą. Że poprzednik piłkarzy zaniedbywał i wycisnął do ostatniej kropli, więc teraz trzeba było ich zagonić na siłownię, a oni zaczęli padać jeden za drugim. „Widzę trzy możliwości. Pierwsza: dostaję 100 procent poparcia i czterech-pięciu graczy, już zaraz, w styczniu. Druga: kontynuujemy pracę z tym, co jest, bez planu, z obwinianiem o wszystko trenera. Trzecia: rozmawiamy z moim agentem i osiągamy porozumienie”. Brzmi jak ultimatum. I publiczne wotum nieufności wobec swoich piłkarzy, w dodatku wygłoszone w chwili, gdy unosiła ich zasłużona euforia.

Robi się w Mediolanie pasjonująco. W drugim tamtejszym klubie (dziś w kiepskim stylu przegrał z Romą) przybywa świrów, w Interze przybywa powodów, by się upierał, że syndrom sierot po Mourinho istnieje. Sądzicie, że Benitez dotrwa do wiosennego rewanżu za finał LM z Bayernem?

23:55, rafal.stec
Link Komentarze (18) »
piątek, 17 grudnia 2010

Z domu niespokojnej starości do domu wariatów. Milan, który odświeża stetryczałą kadrę przy zachowaniu ścisłej diety budżetowej, podpisze niebawem kontrakt z Antonio Cassano. Piłkarz zaakceptował 3 mln euro rocznej pensji, a Sampdorii płacić nie trzeba, bo Sampdoria już go wyrzuciła. Została tylko kwestia 5 mln euro, które genueńczyczy są winni poprzedniemu klubowi napastnika - Realowi. Mediolańskich i madryckich działaczy łączą jednak zbyt ciepłe relacje, żeby negocjacje nie były bułką z bananem.

Jeśli oceniać wyłącznie klasę sportową, Milan importuje ostatnio same delicje - futbolistów co najmniej ponadprzeciętnych (Boateng), fenomenalnie uzdolnionych (Robinho i właśnie Cassano) bądź bliskich geniuszu (Ibrahimovic). Wszystkich łączą jednak również pewne nadzwyczajne cechy mentalne, które czynią z nich, by tak ogólnie rzec, piłkarzy kontrowersyjnych. O wszystkich pisałem, o wszystkich wielokrotnie trąbiły wszystkie media - zwłaszcza brukowce bez dań tego gatunku zdechłyby z głodu.

Boateng? „Jako 17-latek debiutuje w Bundeslidze, rok później rzuca się z pięściami na trenera. Kłopoty sprawia od zawsze, ucieleśnia tezę, że można wyciągnąć chłopaka z getta, ale nie można wyciągnąć getta z jego głowy. Klub wysyła go do szkoły, a piłkarz naśmiewa się z nauczycieli, że jeżdżą gorszymi samochodami. Kiedy w Tottenhamie, do którego przeszedł za blisko 8 mln euro, ląduje na ławce rezerwowych, popada w depresję. Noce spędza w dyskotekach, dni w sklepach i salonach samochodowych. W tydzień kupuje lamborghini, hummera i cadillaca. W szafach trzyma 200 czapek, 160 par butów i 20 kurtek, pokrywa skórę 13 tatuażami (biceps ozdobił mapą Afryki i Ghany). - Trwoniłem wielkie pieniądze, trenować mi się nie chciało - opowiada”. To cytat z mojej mundialowej korespondencji, całość znajdziecie tutaj.

Ibrahimović? W tym sezonie kopnął już podczas treningu młodziutkiego gracza Milanu Rodneya Strassera, bo akurat miał ochotę, oczywiście dla nieskończenie dowcipnego żartu, kogoś kopnąć, obrażał też legendarnego Arrigo Sacchiego. We wcześniejszych klubach bił i wulgarnie wyzywał notorycznie - czasem kumpli z szatni, czasem trenerów. Kto nie czytał, niech szczegółów poszuka tutaj.

Robinho? Lubi strajkować i żądać podwyżki, w Santosie wymuszał transfer do Realu, w Realu wymuszał transfer do Premier League, z Manchesteru City uciekł z powrotem do ligi brazylijskiej etc. Chcecie o delikwencie szerzej, to kliknijcie tutaj.

A teraz Milan bierze piłkarza, którego nazwisko wzbogaciło język włoski o rzeczownik „cassanate”, bo trener Fabio Capello musiał wymyślić nowe słowo, by sklasyfikować jego permanentną niesubordynację. O nim też obficiej pisałem, już przed czterema laty tutaj, on sam wyznał w autobiografii, że rzadko daje z siebie na boisku więcej niż 50 proc. Mijającej jesieni bezkompromisowy Antonio, jak się niosło na całą Italię, rzekomo przemyślał samego siebie, uspokoił się i w ogóle wydoroślał. Aż pewnego dnia pobił wszelkie rekordy chamstwa, przy całej drużynie wymyślając prezesowi Sampdorii. Rynsztokowych cytatów wam oszczędzę, w każdym razie 74-letni Riccardo Garrone naraził się prośbą, by nasz bohater zajrzał na kolację z kibicami, na którą on, szef klubu, się wybiera. A po odmowie chciał jeszcze, bezczelny, wyjaśnień.

Kogo jeszcze zaprosi na kozetkę Milan? Cantona dawno skończył karierę i zajął się obalaniem Systemu, Tyson chyba nawet na możliwości MilanLabu jest zbyt leciwy, naszemu Małeckiemu jednak trochę brakuje, choć sam pewnie by sądzi inaczej, umiejętności... Najbardziej prawdopodobne zdaje się zwerbowanie Balotellego, innego włoskiego zadymiarza, któremu mediolańscy działacze coraz chętniej kadzą, a on kokietująco się uśmiecha i sugeruje, że warto o niego zabiegać, bo czerwono-czarne barwy nie są mu obojętne.

Owszem, nonkonformizm ani gwałtowne utraty kontroli nad sobą nikogo całkiem z futbolu nie wykluczają, szatnia zniesie pojedynczego świra albo nawet dwóch, niekiedy postrzelony typ wręcz wybitnie się przydaje, by z codziennej rutyny zgraję nudziarzy wytrącać, ożywić, zainspirować. Ale wybuchowych oryginałów zasysać hurtowo!? Nie zalatuje wam to namiętnością wysokiego ryzyka, na wpół samobójczą, troszeczkę jak niepohamowana słabość do materiałów kolekcjonerskich szczególnie u nas niesławnych, zwanych kusząco dopalaczami?

Strategia wygląda Milanu coraz ekstremalniej. Jest zrozumiała o tyle, że jeśli uzależniłeś się od towaru najwyższej jakości, a jesteś gołodupcem - na z San Siro zaciskają pasa, aż boli - to musisz szukać okazji i brać towar wybrakowany, by nie powiedzieć - skażony. Jest szokująca dlatego, że mediolański klub tradycyjnie wyróżniał się familijną atmosferą, prasy nie karmił najdrobniejszymi skandalikami, „piłkarzy kontrowersyjnych” zdrowy organizm w naturalny sposób odrzucał.

A przede wszystkim ekstremalna strategia jest skuteczna. Przynajmniej na razie, przed wprowadzeniem się lokatora Cassano. Trener Massimiliano Allegri nad podwładnymi panuje, dobiera dla nich coraz wydajniejszą taktykę, prowadzi do zwycięstw. Milan w Serie A rządzi.

Po najnowszym wybryku Cassano - brutalnej napaści na przełożonego, który mógłby być jego dziadkiem - można by mieć wątpliwości, czy oferowanie mu kolejnego sutego kontraktu jest etyczne (nie wspominając o estetyce). To jednak zajęcie jałowe, w końcu właściciel klubu Silvio Berlusconi w konkursie na najbardziej kompromitującego rodaków premiera Unii Europejskiej pobiłby konkurencję o kilka długości. (I to nie tylko dlatego, że on, niemal rówieśnik prezesa Garrone, zabawia się na biesiadach zwanych „bunga-bunga” z dziewczętami znacznie młodszymi od Cassano, bo niepełnoletnimi). Dlatego ciekawiej brzmi pytanie: czy to się może udać? Albo inaczej: jaka jest szansa, że szatnia, do której wpychamy tłum nałogowych wywrotowców i/lub patologicznych egocentryków, nie eksploduje?

Jeśli oceniać wyłącznie sportową jakość składników, potrawa pachnie coraz bardziej obiecująco. I nieważne, że Ronaldinho z talerza już wyparował (wspominałem, że widzę w nim raczej byłego piłkarza). Przecież jeśli do wymienionych dołożyć Pato, incydentalne przebłyski ’a Seedorfa oraz nieszablonowe kopnięcia Pirlo, to wychodzi, że w całej Europie więcej ofensywnej wirtuozerii zebrała u siebie tylko Barcelona. Na klubowych obiadkach też na razie idylla, Ibrahimovic z Boatengiem ponoć zasmakowali w sobie do zapomnienia. Ale swojego widelca nie uniósł jeszcze Cassano, kolejny kandydat do podstawowego składu, który życia na ławce rezerwowych raczej sobie nie wyobraża. Ale pikantnie doprawiony Milan nie wpadł jeszcze w żaden poważniejszy kryzys, wcześniej czy później dopadający każdego. Jak zniosą go urodzeni radykałowie, którzy zwykli najpierw machać tasakiem, a dopiero potem sprawdzać, co posiekali?

Tagi: AC Milan
23:38, rafal.stec
Link Komentarze (26) »
czwartek, 16 grudnia 2010

Kto za piłkarską geografią nie przepada, niech da stąd dyla, zanim wlezie w następne zdanie. Inni niech przypomną sobie notkę sprzed rozpoczęcia fazy grupowej Ligi Mistrzów - wrzuciłem wtedy tutaj mapkę, z której czytaliśmy, że granica oddzielająca strefę luksusu od strefy biedy w europejskiej rywalizacji klubów swój najdalej wysunięty na wschód punkt - stadion Bayernu Monachium - nieopodal 12. południka.

Po sezonie 1998/1999, w którym po LM rozbijało się Dynamo Kijów z Szewczenką i Rebrowem, nawet do półfinału nie dotarł żaden klub z obszernie pojmowanego wschodu Europy. Obszernie pojmowanego, bo żelazna kurtyna w wydaniu piłkarskim - odgradzająca wszechpanujące korporacje od pariasów dokazujących tylko w grach wstępnych - przesunęła się na zachód i nędza sportowa (niekoniecznie ekonomiczna) obejmuje znacznie większe terytorium niż kraje byłych demoludów.

W ostatnich 11 latach najdalej wysuniętym na wschód miastem, które widziało półfinał, było właśnie Monachium:

Żelazna kurtyna w europejskiej piłce

Ba, nawet ćwierćfinał jest dla Wschodu niemal niedostępny. Spośród drużyn położonych bardziej na wschód niż Bayern od 2002 roku (lekko odchyloną Rzym przypisuję do tego samego południka) do czołowej ósemki dobili się tylko piłkarze Fenerbahce (przed dwoma laty) i CSKA Moskwa (dwie porażki z Interem minionej wiosny). A Niemcy są dla tej kartograficznej zabawy państwem o tyle kluczowym, że ich stolica - położony na wschodzie Berlin - jest jedyną znaną mi bez pierwszoligowca.

Wkleiłem mapkę ponownie, bo po zakończonej dziś pucharowej jesieni w Europie wyrysowana wyżej kreska nie tyle zachowała aktualność, co krzyczy, by ją pogrubić. Z dwóch powodów.

Pierwszy dają wyniki LM. Wschód wybił się nad Zachód tylko w jednej w grupie, z której do 1/16 finału przebił się - wreszcie, po wielu latach prób - Szachtar Donieck. Do Wschodu moglibyśmy jeszcze, wysilając się, zaliczyć piłkarzy FC Kopenhaga (Monachium leży troszeńkę bardziej na zachód), tyle że oni wyprzedzili... Rosjan i Greków. Generalnie prawa strona mapy poniosła klęskę totalną. Wyjąwszy przypadek doniecki, w żadnej grupie drużyna Wschodu nie zajęła miejsca wyższego od drużyny z Zachodu - Hapoel, Bursaspor, Panathinaikos, Cluj, Żilina i Partizan usiadły na dnie tabel, a sklasyfikowane na trzecich pozycjach Rubin i Spartak Moskwa zostaną na pocieszenie przeniesione do LE także dlatego, że szczęśliwie wylosowały innych przedstawicieli Wschodu.

I właśnie przebieg rywalizacji w Lidze Europejskiej stanowi drugi powód, by linię demarkacyjną pogrubić. Uboższa siostra Ligi Mistrzów staje się rajem dla Wschodu, i to również tego pojętego węziej, według nomenklatury sprzed zawalenia się komuny. Wiosną zagra w niej aż dziewięć klubów z krajów byłych demoludów - BATE Borysow, CSKA Moskwa, Dynamo Kijów, Lech Poznań, Metalist Charków, Rubin Kazań, Sparta Praga, Spartak Moskwa, Zenit St. Petersburg.

Mistrzom Polski i innych byłych krajów spod buta radzieckiego pomaga niekiedy ostentacyjnie pogardliwy stosunek zachodnich rywali do rozgrywek. Wygrywać chcą oni głównie w oficjałkach wygłaszanych na konferencjach. Na boisko wypuszczają tabun rezerwowych, lepsi piłkarze stąpają ostrożnie, by nie ryzykować zadraśnięcia. Na czym Wschód korzysta pod wieloma względami - np. niejaki Kamil Glik w Serie A wciąż nie zadebiutował (rzadko wpuszczają go nawet do rezerwy), a w LE gra dla Palermo w co drugim meczu.

U nas kombinuje się odwrotnie - w Poznaniu usłyszeliśmy ostatnio, że Lech pragnie kontynuować piękną międzynarodową przygodę nawet kosztem dalszych wpadek w naszej tzw. Ekstraklasie.

Uogólniając - Zachód pożąda w pucharach pieniędzy, Wschód pożąda chwały (i transferu na Zachód). Pieniądze oferuje Liga Mistrzów, chwałę oferuje Liga Europejska. Przynajmniej dla niektórych. (Choć ci biedniejsi i LE traktują jak źródło zysków).

Szef UEFA Michel Platini z odświętną miną i wigorem rewolucjonisty ogłaszał reformę międzynarodowych rozgrywek, by podział znieść, a on na razie się umacnia. Teraz sytuacja wygląda tak, że każda ma w pewnym sensie „swój” turniej. Ten mniej prestiżowy od 2005 r. wygrywały m.in. CSKA Moskwa, Zenit St. Petersburg i Szachtar Donieck.

Nie zamierzam wróżyć powrotu do przeszłości i finału w pełni „wschodniego”, jak np. tamten z 1980 roku, w którym piłkarze Dynama Tbilisi wzięli nieistniejący już Puchar Zdobywców Pucharów po zwycięstwie nad enerdowską Carl Zeiss Jeną. Będzie ciężko, późną wiosną silni z drugiej strony mapy, którzy przetrwają i zbliżą się do trofeum, na pewno poczują, że jednak warto za triumf poumierać. Ale na razie, przed jutrzejszym losowaniem par 1/16 finału, powtórzę to, co już napisałem - dla Lecha wziąłbym przeciwnika możliwie najbardziej „zachodniego”. Najchętniej Liverpool. Fatalnie byłoby zderzyć się Zenitem.

22:15, rafal.stec
Link Komentarze (51) »
środa, 15 grudnia 2010

Pracuję nad podsumowaniem futbolowego roku* do świątecznego wydania „Gazety Sport.pl”, więc nie mam czasu blogować sążniście. Wpadam tylko na momencik, by lapidarnie spełnić obowiązek blogowego kronikarza wyczynów naszych piłkarzy w europejskich pucharach.

Dwa drobiazgi. Pierwszy - szkoda, że przed chwilą nie zdołała wyjść z grupy w Lidze Europejskiej Borussia Dortmund, najbardziej polski zagraniczny klub na kontynencie. To, co się w nim dzieje, może mieć dalekosiężne skutki nawet dla naszej reprezentacji - gdyby tercet Lewandowsko-Błaszczykowsko-Piszczkowy zniknął z boisk, moc ofensywna kadry podczas Euro 2012 wyschłaby chyba po najgłębsze podmurawiane wody gruntowe. Dlatego nie tylko rodakom, lecz w ogóle całej niemieckiej drużynie życzymy, by jej się wiodło. A sądząc z przebiegu wydarzeń w Bundeslidze (rosnąca przewaga Borussii nad wiceliderem), wiosną dortmundczycy mieliby komfort, by międzynarodowe zmagania traktować ze szczególną atencją, nawet kosztem punktowych strat w rozgrywkach krajowych.

Drugi drobiazg - właśnie znów dotarło do mnie, jak bezcenny w swojej wyjątkowości jest pucharowy odlot Lecha, zespołu wciąż przynajmniej częściowo obsadzonego przez naszych. Otóż gdyby nie poznaniacy, to do wiosny w europejskich rozgrywkach - czyli w 48 czołowych wedle pucharowego kryterium drużynach kontynentu - przetrwałoby zaledwie dwóch polskich piłkarzy grających w polu - dobiegający trzydziestki Rafał Murawski (Rubin Kazań) oraz Mirosław Sznaucner (PAOK Saloniki), który trzydziestkę już przekroczył.

Słowem, trend się na razie nie odwrócił, opadanie w hierarchii polskich kopaczy trwa. Chyba tylko Borussia daje nadzieję, że w przyszłym sezonie nastąpi przełom i nasi wejdą do elity z czymś naprawdę, jak na nasze standardy rzecz jasna, wystrzałowym.

*Skoro już o tym piszę, to może macie jakieś życzenia w kwestii podsumowania, który byłyby fajnym tematem do podjęcia na łamach?

23:52, rafal.stec
Link Komentarze (40) »
 
1 , 2
Archiwum
Tagi