RSS
czwartek, 31 grudnia 2009

Rok upływał mi nieszczególnie - wiosną na boisku kompletnie pogruchotałem sobie odnóże dolne, do którego jestem przywiązany od małego, do dziś nie wiem, kiedy znów zagram, biegam tylko i na dobrą sprawę wciąż się rehabilituję, a urazy zawodowców zaczęły mi się nierzadko zdawać jakieś takie zwyczajne, do kataru podobne. A jednak trochę, o dziwo, kontuzji zawdzięczam. Bez niej nie obsłużyłbym w roli wysłannika „Gazety” rzymskiego finału Ligi Mistrzów, kuśtykając o kulach, co było i niezapomnianą przygodą, i okupionym bólem (strachem też) wyzwaniem, bez niej nie odkryłbym też w sobie wytrwałości i systematyczności, o które siebie nie podejrzewałem.

Nadwrażliwi na ekshibicjonizm, wybaczcie, poprzez osobisty wstęp zmierzam prędko ku Nowemu Rokowi. Otóż przed 2010 życzę Wam skromnie, na miarę czasów kryzysu:-) - większych nieszczęść unikajcie, a jeśli napatoczą się mniejsze, to podyskutujcie sami z sobą i zdołajcie odnaleźć w nich doświadczenia, które czynią życie pełniejszym.

19:37, rafal.stec
Link Komentarze (9) »

Gdyby wagę wydarzeń roku mierzyć siłą medialnego rozgłosu, bohaterami roku w futbolu zostaliby nie ci, którzy najwięcej wygrywali, ale ci, którzy najwięcej kosztowali. A klubem numer jeden byłby Real Madryt.

Kolejne bariery od lat nie padały, bo Królewskim nie prezesował Florentino Perez, kolekcjoner futbolowych dóbr luksusowych. Teraz wrócił, zaciągnął kredyty, wyłożył 94 mln euro za Cristiano Ronaldo, przyćmiewając poprzednią transakcję wszech czasów - sprowadzenie Zidane'a za 75-78 mln. (Choć rekordu sezonowych zakupów nie ustanowił. Według moich rachub jeszcze bardziej ujemny bilans zysków i strat wypracowała sześć lat temu Chelsea).

To właśnie zakup portugalskiego skrzydłowego i - w mniejszym stopniu - Kaki wywołał moralne wzmożenie przedstawicieli najróżniejszych branż, od polityków przez społecznie zaangażowanych artystów po dostojników Kościoła, którzy biadali nad niemoralnością wydawania fortuny na piłkokopaczy w czasie kryzysu.

Im dalej od sportu komentator przebywa na co dzień, tym mniej logicznie się oburzał, nikt np. nie wytłumaczył, dlaczego zapłacenie za piłkarza 94 mln jest zbrodnią, a wydanie - co powszechne - 20 lub 30 mln już zbrodnią nie jest. Zwłaszcza że owe 94 mln to w zamyśle obiecująca inwestycja, która ma się powieść niezależnie od wyników sportowych. Przejęcie Ronaldo, czyli potężnego wehikułu marketingowego, wcale bardzo się nie różni od przejęcia przez większą spółkę mniejszej spółki. Prowokuje może wręcz mniejsze ryzyko niż powszechne w futbolu kupowanie za kilkanaście milionów graczy na tyle anonimowych, że jeśli zawiodą na boisku, to przyniosą niepowetowaną stratę finansową.

Imponujące sumy transferowe czasem stanowią jedynie odprysk wirtualnych pieniędzy krążących pomiędzy potężnymi korporacjami, czasem ratują przed bankructwem pomniejsze kluby, czasem pozwalają sprzedającym udoskonalić infrastrukturę. Kapitał spływa w dół, przynajmniej częściowo rekompensując biedocie zyski z globalnej popularności dyscypliny, które czerpią przede wszystkim bogacze. Czy gdyby kasy ubyło, gdyby wycofali się finansujący show sponsorzy, zredukowalibyśmy bezrobocie, które zainspirowało hiszpańską lewicę do oburzania się na poczynania Pereza?

Debatę wywołały społeczne skutki kryzysu, pradawne ludzkie przeświadczenie, że sąsiadowi wiedzie się zbyt dobrze, a także ignorancja oraz pogarda dla zawodu sportowca. Sprzeciw wzbudziły pensje piłkarzy, choć domniemane 13 mln euro rocznie C. Ronaldo - przecież jednego z najwybitniejszych przedstawicieli bardzo konkurencyjnego fachu - to wręcz niewiele, skoro hollywoodzkie osobistości w typie Toma Cruise'a czy Willa Smitha biorą więcej za jeden film, mimo że ich aktorską wybitność podważyć łatwiej niż futbolową klasę Portugalczyka. W ogóle dałoby się rzucić kamieniem w zatrzęsienie znanych figur, które żyją w lektykach, a w przeciwieństwie do Messich i Rooneyów nie umieją nic.

Słowem, wie co czyni prezes Joan Laporta, gdy zamiast żądać pieniędzy za logo UNICEF na koszulkach piłkarzy, oddaje 0,7 proc. dochodów Barcelony na milenijne cele ONZ. Danina skromna, zyski wizerunkowe spore. Marka najbardziej romantycznego klubu świata sprzedaje się coraz lepiej.

00:36, rafal.stec
Link Komentarze (27) »
środa, 30 grudnia 2009

Czyli ci, o których nie wspomniałem w notce o superdrużynie roku. Tam upchnąłem najlepszych, tutaj przedstawiam tych, bez których nie byłoby kolorowo. To zmodyfikowana - radykalnie zmodyfikowana, usunąłem rzeczy znane z bloga, wzbogaciłem o nowe - wersja gazetowego „Naj, naj, naj”.

Cudowne dzieci. Zapomnijcie o Raulach Gonzalezach i innych Krkiciach. Wychowanek Athletic Bilbao Iker Muniain miał 16 lat i 289 dni, kiedy w październiku strzelał gola Valladolid jako najmłodszy ligowiec w historii Primera Division. Jesienią Bask zdobył też dwie bramki w Lidze Europejskiej. Muniain to klasyczny hiszpański piłkarz w miniaturce (169 cm), natomiast napastnik Romelu Lukaku z Anderlechtu ma szansę dociągnąć do dwóch metrów - brakuje mu niewiele, a pewnie jeszcze rośnie, jest pół roku młodszy (!) od Muniaina. Ten Belg o kongijskich korzeniach walczy o tytuł króla strzelców ligi, trafiał też już w LE. Kontrakt oferowała Lukaku Chelsea, ale tata się uparł, że syn najpierw skończy szkołę.

Odkrycia. Inaczej mówiąc: młodzi, których mogłem znać już wcześniej, ale dopiero w tym roku zacząłem myśleć, że mają wszystko, by ubiegać się w przyszłości o najcenniejsze zaszczyty. O Gourcuffie pisałem gdzie indziej, mój faworyt numer dwa nazywa się Stefan Jovetić, urodził się w listopadzie 1989 roku, pochodzi z Czarnogóry i udowadniał w Fiorentinie, że zasługuje na etykietkę „następca Kaki” bardziej niż kupiony do Juve za ciężką kasę Diego. Zuchwałość (bezczelność nawet), odwaga, niesamowite parcie na bramkę. Za nim stawiam Mesuta Ozila - choć ten potomek tureckich imigrantów też urodził się niedawno, w 1988 roku, wystarcza mu osobowości, by rządzić na boisku reprezentacją Niemiec i zastępować w Werderze brazylijskiego rozgrywającego Diego. (O Pedro Rodriguezie nie zapomniałem - młodzi szalejący w Barcelonie to zwyczajnie inna kategoria).

Cudowna młodzież bośniacka. Gdyby wiosną Vedad Ibisević (Hoffenheim) nie zerwał więzadeł, zostałby prawdopodobnie sensacyjnym królem strzelców Bundesligi - w debiutanckim sezonie! Niekwestionowanymi gwiazdami, godnymi miejsca w jedenastce sezonu, obwołano też jego rodaków Edina Dzeko (mistrz z Wolfsburgiem, 26 goli, wicekról strzelców), Zvjezdana Misimovicia (również Wolfsburg, rozgrywający, 19 asyst!) oraz Sejada Salihovicia (Hoffenheim). Żadna inna obca nacja nie wygląda w Bundeslidze piękniej. Do wymienionych wypadałoby doliczyć wspaniale utalentowanego 19-latka z Lyonu Miralema Pjanicia, który zachwycał w LM. Zasług bośniackiej myśli szkoleniowej tutaj mało - część z wymienionych to potomkowie uciekinierów wojennych, większość uczyła się na piłkarzy poza ojczyzną.

Skrzydła sewilskie. Gatunek osobny, występujący na trawach Ramon Sanchez Pizjuan, jego ewentualna zdolność do przetrwania w innym ekosystemie niepotwierdzona. Pierwszym dorodnym okazem był niejaki Jose Antonio Reyes, który po wyfrunięciu z rodzimej Andaluzji wielkiego świata (Arsenal, Real Madryt) nie podbił. Jesus Navas podbijać nawet nie próbował, bo nie znosi podróżować - tęsknotę za domem miał kiedyś przezwyciężać na klubowym tournee po Ameryce, choć najpierw w ogóle odmówił wyjazdu, z jej powodu uciekał ze zgrupowań kadry etc (bez chichotów, proszę, to jest poważna choroba). Potem rozpędzał się tragicznie zmarły Antonio Puerta, zastąpił go Diego Capel, którego ostatnio na ławkę rezerwowych zepchnął z kolei argentyński rówieśnik Diego Perrotti (debiutował już u Maradony, oby mu nie zaszkodziło). Czym w tej Sewilli karmią, że skrzydła tak rosną? Przecież obrońcom Daniemu Alvesowi i Sergio Ramosowi własne pole karne też służy głównie do tego, by z niego wyrwać i dopaść drugiego końca boiska...

Żądła holenderskie. Kolejny gatunek endemiczny, tym razem zamieszkujący Holandię. Tamtejsza liga wyróżnia się w skali Europy tym, że nadspodziewanie często bawią się tam nieprzeciętnie płodni snajperzy, którzy potrafią nastrzelać ponad 30 goli w sezonie, by po wyjeździe stracić moc. Tak było z Mateją Kezmanem, Afonso Alvesem, Klaasem-Janem Huntelaarem. Czy kolejny wiecznie nieusatysfakcjonowany napastnik - Urugwajczyk Luis Suarez (jesienią 30 bramek w 26 meczach wszystkich rozgrywek!) - też zostanie ujarzmiony w mocniejszej lidze, czy raczej pójdzie w ślady tego, który szalał wszędzie - van Nistelrooya?

Tatusiowie mediolańscy. 33,73 to średnia wieku w jedenastce Milanu na majowy mecz ligi włoskiej z Juventusem: Kalac (37 lat) - Zambrotta (32), Maldini (41), Favalli (37), Jankulovski (32) - Beckham (34), Pirlo (30), Ambrosini (32) - Seedorf (33), Kaka (27) - Inzaghi (36). Na tym poziomie absolutny rekord.

Dziecko skopane. W lipcu 12-letni Mauricio Baldivieso zadebiutował w lidze boliwijskiej. Ponoć ustanowił rekord globu, na pewno prześcignął Peruwiańczyka Fernando Garcię, który w 2001 roku spróbował profesjonalnego futbolu jako niespełna 14-latek. Mauricio szybko się na boisku rozpłakał, po ostrym wejściu przeciwnika interweniował lekarz. Chłopiec wrócił do gry i dotrwał do ostatniego gwizdka. Powołał go Julio Cesar Baldivieso, ojciec i zarazem trener klubu Aurora, który interweniującego rywala zwyzywał od kryminalisty. „Kryminalistą jeszcze gorszym” obwołał sędziego (ten nie wyjął żółtej kartki). Drugi raz z dorosłymi Mauricio jeszcze nie zagrał. Na jego szczęście tata podał się do dymisji.

Złota jesień piłkarza. Najlepsi oldboje urodzili się w 1973 roku. Dostojny Ryan Giggs uznany za najlepszego piłkarza ligi angielskiej w sezonie 2008/09 i sportową osobowość roku 2009 według BBC. Bezlitosny Filippo Inzaghi wszedł w czwartą setkę goli strzelonych w zawodowej karierze. Niezniszczalny Javier Zanetti znów był w podstawowym składzie we wszystkich ligowych kolejkach, nie opuścił Interu ani razu od przeszło trzech lat.

Zeszli z boiska. Paolo Maldini, czyli anioł, absolutny wzór sportowca. Koszulka z numerem 3 w Milanie zastrzeżona, będzie miał prawo ją założyć tylko syn (starszy Christian już trenuje, młodszy Daniel na razie piłką się tylko bawi). Luis Figo, czyli skrzydłowy nie zwariowany, lecz elegancki. Sportowo zestarzał się nagle - jego ostatnie boiskowe ruchy oglądaliśmy z bólem, Portugalczyk też cierpiał, choć Mourinho robił, ile mógł, by jego rodak do końca zachował godność. Henrik Larsson, czyli 425 goli w karierze, pomimo potwornego złamania, które groziło przedwczesnym końcem kariery. Pavel Nedved, czyli facet, który wysiłku potrzebował jak tlenu. Kończył trening, gdy na opustoszałym stadionie gasły światła. (Zeszli też z boiska Christian Vieri i Dwight Yorke, niech się nie obrażą, że zmieścili się tylko w nawiasie. A niejaki Abel Xavier - pamięta go ktoś jeszcze? - nie tylko zszedł, ale i przeszedł. Na islam. Teraz nazywa się Faisal Xavier).

Upadki. Luca Toni w zeszłym roku był królem strzelców Bundesligi i Pucharu UEFA, tej jesieni prowadzący Bayern Louis van Gaal odbierał mu godność - to aktualny mistrz świata! - spychaniem do gry na tak niskim poziomie rywalizacji, że Włoch przed meczami rozdawał autografy... przeciwnikom z boiska. Slaven Bilić miał natomiast po Euro 2008 podbijać Premier League i w ogóle wywrócić hierarchię trenerów w Europie. Został z kadrą Chorwacji, nie awansował na mundial i... został z kadrą Chorwacji na kolejne dwa lata.

Reprezentant kraju to brzmi coraz dumniej. „Czy czuję się Belgiem? Nawet nie wiem, jak się nazywa obecny premier” – urodzony w Brazylii Igor de Camargo przed lutowym debiutem w kadrze swojej przybranej, hm, ojczyzny.

Liga podstawowym prawem obywatela. Przez 19 lat w Argentynie pokazywały ją kanały płatne, a telewizja publiczna mogła dać gole dopiero w niedzielny wieczór. Aż prezydent Cristina Kirchner skłoniła federację do zerwania umów, a rząd podpisał nową umowę na transmisje w telewizji publicznej. Zadłużone kluby dostaną 155 mln dol. dotacji.

Rekordziści z Tahiti. Na mistrzostwach świata do lat 20 wypocili najskromniejszy bilans punktowy (zero zdobytych) i bramkowy (0-21) w dziejach międzykontynentalnych imprez FIFA. Nigdy przedtem jednak drużyna z mikrokrajów Oceanii nawet do takiej imprezy nie awansowała (rozgrywanej na trawie, plaże to zupełnie inne historia). Nigdy przedtem nie dokonała tego również reprezentacja wysepki zaledwie 178-tysięcznej, czyli ludniejszej od Olsztyna, ale już nie od Bytomia. Brawurowy pomysł na ekspresową edukację polinezyjskich juniorów - zostali dopuszczeni do rozgrywek ligowych, dzięki czemu w każdy weekend mogli ich przećwiczyć dorośli - wypalił. Selekcjoner Lionel Charbonnier (Francuz, seniorski mistrz świata z 1998 roku, choć na mundialu nie zagrał ani minuty) z dumą obserwował, jak jego chłopcy dojrzewają i uczą się „straszyć rywali spojrzeniem wojowników”. Jak przyzwoitą formę odzyskuje nawet ten gracz, któremu - pomińmy nazwisko, odkupił grzechy - wystarczyło kilkanaście dni wolnego, by przytyć o 10 kg.

Trenerscy partacze. Gdyby Diego Maradonie i Raymondowi Domenechowi kazać potrzymać dwie kulki, to jeden by kulkę zepsuł, a drugi zgubił. Argentyna i Francja ledwie awansowały na mundial…

Odpływ mózgów włoskich. Do pracujących z wyspiarskimi reprezentacjami Fabia Capella i Giovanniego Trapattoniego dołączyli Carlo Ancelotti (Chelsea), Luciano Spalletti (Zenit St. Petersburg) i Roberto Mancini (Manchester City). Ich wielki poprzednik Arrigo Sacchi mówi ze smutkiem o ubożeniu Serie A i tłumaczy, że za masową emigracją kryja się nie tylko tłuste pensje, ale też zniechęcenie do podłego, wypełnionego nienawiścią i przemocą klimatu calcio. „Szukają miejsc, w których jest pogodniej” - pisał w La Gazzetta dello Sport.

Dan Petrescu. Gwiazdy Wisły go nie zaakceptowały, bo surowy był, wymagający, wycieńczającymi treningami się naprzykrzał, wyrzeczeń żądał od wielmożnych panów piłkarzy. A Unirea z 17-tysięcznego Urziceni pod jego przywództwem weszła do Ligi Mistrzów, stając się klubikiem z najmniejszego miasteczka w historii rozgrywek. I do ostatniej kolejki walczyła o 1/8 finału! - Bóg futbolu przyprowadził do naszej ligi zagranicznych sędziów. Bez nich najlepsza drużyna znów by nie wygrała - tak Petrescu tłumaczył wiosną przełamanie hegemonii klubów z Bukaresztu, które nie zdobyły nawet wicemistrzostwa Rumunii po raz pierwszy od 1972 r.

Upadek mitu. Liverpool. I piłkarze, i Rafa Benitez zniszczyli reputację najwybitniejszych specjalistów od wyzwań pucharowych. Dotąd to oni zadawali decydujące ciosy wraz z ostatnim tchnieniem, tym razem w aż trzech kluczowych meczach zadawali je przeciwnicy - w 91. minucie (Lyon), w 90. minucie (Lyon w rewanżu) i w 92. minucie (Fiorentina)... I Liverpool odpadł z Ligi Mistrzów.

Od zera do bohatera. Adriano, który miał być najlepszym napastnikiem świata. Wiosną leczył depresję i opowiadał, jak piwem zapija whisky, latem rzucał futbol i uciekał z Włoch do Brazylii, jesienią został z Flamengo mistrzem kraju i królem strzelców ligi.

Nasi bohaterowie z importu. 740 minut minęło między golem Saganowskiego w końcówce kwietniowego meczu z San Marino (10:0) a golem Rybusa na początku listopadowego sparingu z Kanadą (1:0). Przez ten czas nie trafił dla reprezentacji żaden piłkarz wyedukowany w Polsce - drużyna albo w ogóle nie zdobywała bramek, albo zdobywali je ludzie wyszkoleni w Brazylii lub Francji, albo samobójami pomagali jej rywale. W zaledwie 4 z 13 rozegranych w tym roku spotkań (z Litwą, Irlandią Płn., San Marino i Kanadą) gole strzelali gracze własnego chowu. Tylko w dwóch ostatnich dały zwycięstwo. Największym sukcesem selekcyjnym drużyny narodowej było pozyskanie mającego nasze korzenie, lecz francuskiego rozgrywającego Ludovica Obraniaka. To już 4. wyuczony za granicą ofensywny piłkarz reprezentacji Polski w bieżącej dekadzie. Bez goli Olisadebe (Nigeria) nie awansowalibyśmy na mundial w 2002 roku, bez goli Smolarka (Holandia) na Euro 2008, bez gola Rogera (Brazylia) zakończylibyśmy Euro 2008 bez jednego choćby trafienia. Będą następni.

Najlepsi polscy bliźniacy. Marcin Żewłakow został mistrzem Cypru, zdobył Superpuchar Cypru, awansował do Ligi Mistrzów, a potem strzelił w niej gola (na stadionie Chelsea), co jest statystycznym fakcikiem bez znaczenia, ale w minionych pięciu latach udało się jeszcze tylko jednemu Polakowi (Saganowskiemu). Michał Żewłakow został natomiast mistrzem Grecji, a w LM przetrwał do wiosny 2010 roku. To nasz jedyny gracz z pola akceptowany jeszcze w europejskiej elicie. Szkoda, że 22 kwietnia skończy 34 lata. Po Europie rozbijają się właśnie Żewłakowowie, choć to Brożkowie (21 kwietnia skończą 27 lat) byli wielokrotnie mianowani na najzdolniejszych bliźniaków widzianych na naszych boiskach.

Najładniejsza radość. Sinan Bolat biegł, biegł i biegł, przemknął przez całe boisko. I nikt z kolegów nie umiał go doścignąć, choć w pogoń rzucili się wszyscy. Biegł turecki bramkarz niezgrabnie, ewidentnie nie panował nad ciałem. Chwilę wcześniej strzelił gola Alkmaarowi i dał Standardowi Liege - w 95. minucie! - awans do Ligi Europejskiej. To był dlań niesamowity rok. Wiosną ten 21-latek debiutował w klubie, zachował czyste konto w pięciu z siedmiu meczów ligowych, obronił rzut karny, dzięki któremu Standard mógł wygrać z Anderlechtem baraż o mistrzostwo Belgii. Arsenal i MU już składały oferty...

12:59, rafal.stec
Link Komentarze (14) »
wtorek, 29 grudnia 2009

Rekordowej frekwencji Liga Mistrzów nie przyciąga ani na barcelońskim Camp Nou, ani na mediolańskim San Siro. Wielkie europejskie stadiony przebił Teheran.

Do azjatyckiego futbolu wciąż mamy stosunek kpiąco-dobrotliwy, poważnie traktujemy wyłącznie fortunę, jaką można wyłudzić od tamtejszych kibiców zbzikowanych na punkcie lig ze Starego Kontynentu. Dyrektor Realu Madryt Emilio Butragueno chciałby przekładać część meczów hiszpańskiej Primera Division na wczesne godziny popołudniowe - co byłoby naruszeniem świętej tradycji - by widzowie na Dalekim Wschodzie nie musieli zarywać nocy dla transmisji. Włosi z tych samych względów manipulowali kalendarzem wiosną (na razie sporadycznie) i wkrótce znów będą manipulować, latem wysłali Inter i Lazio na spotkanie o Superpuchar do Pekinu, a jesienią podpisali kontrakt na eksport tych meczów w latach 2010-12 - mistrz Serie A będzie grał kolejno w Pekinie, Szanghaju i Guangzhou ze zdobywcą pucharu. Chińczycy płacą 10 mln euro.

Największą furorę robi w Azji jednak niezmiennie Premier League. Anglicy wysyłają już tam na wakacyjne tournée nie tylko potentatów (Manchester latał do Seulu i Dżakarty), lecz także drużyny średnie i lekkopółśrednie - w czwartej edycji towarzyskiego turnieju Barclays Asia Trophy oprócz pekińskiego Guoan (zajął ostatnie miejsce) rywalizowały Tottenham, West Ham oraz Hull. Te więzy będą się jeszcze zacieśniać, bowiem przybywa azjatyckich firm sponsorujących angielskie kluby lub biznesmenów wręcz je przejmujących. Jak Carson Yeung z Hongkongu, który kupił Birmingham.

Europejscy goście nie mieli takiej frekwencji jak teherańscy piłkarze Persepolis (alias Piroozi, czyli zwycięstwo), którzy w 1/8 finału Ligi Mistrzów przegrywali z uzbeckim Bunyodkorem na oczach 95 tys. 225 widzów, bowiem azjatycki futbol też się dynamicznie rozwija. Zwłaszcza finansowo. LM nie dopuszcza klubów niespełniających wymogów organizacyjnych, jej budżet oraz pula nagród rosną o kilkaset procent rocznie, a niebawem wykona następny tygrysi skok, gdyż organizująca rozgrywki Azjatycka Federacja Piłkarska (AFC) wynegocjowała od swego głównego komercyjnego partnera (firmy World Sport Group) kontrakt na miliard dolarów. (Najlepiej opłacany trener świata też pracuje w Azji - Luis Felipe Scolari za prowadzenie Bunyodkoru Taszkient otrzymuje 13 mln euro rocznie, czyli dwa mln więcej od najhojniej opłacanego w Europie Jose Mourinho).

Wspomniany Yeung zapowiadał rozwijanie chińskiego futbolu i eksportowanie do Birmingham chińskich piłkarzy. Azjaci sportowo wciąż jednak odstają od Europy. Cudzoziemców ściągają niewielu i marnych (ich liczbę restrykcyjnie ograniczają, w LM można wystawiać tylko czterech), swoich gwiazd nie wychowują. Koreański zwycięzca LM - Pohang Steelers - składa się głównie z rodzimych graczy, choć trenerem jest były selekcjoner brazylijskich reprezentacji juniorskich Sergio Farias. Czy Azjatów wesprą Europejczycy, którzy zakładają szkółki - jak Chelsea w Hongkongu, MU w Singapurze i Dubaju etc. - i obiecują intensywne wyszukiwanie oraz szlifowanie tamtejszych talentów?

PS Od kilku dni podsumowuję piłkarski rok 2009. Zacząłem tutaj, kontynuowałem tutaj i tutaj, wyżej przeczytaliście czwarty odcinek.

12:11, rafal.stec
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 28 grudnia 2009

Dotąd miewaliśmy przecieki, że z naszym futbolem dzieje się źle, ale też powody, by się łudzić, że nie aż tak źle. Przygnębiająca prawda chlusnęła nam w oczy z pełną siłą dopiero w roku 2009. Czy istotnie był on najgorszy w historii?

Druzgocącą publicystyczną tezę, jakoby spadła na nas kaskada klęsk bezprecedensowa, słyszeliśmy po wielekroć. Zamierzałem zbadać, czy wolno ją uznać za słuszną, analizując nagie fakty, ale z braku narzędzi do porównywania piłkarskich epok to trudne, wręcz niemożliwe. Jak zmierzyć, czy okropniejsze były finalne podrygi zdychającej kadry Beenhakkera, czy epizod ze schyłkowych dni stalinizmu, gdy działacze stchórzyli jeszcze przed eliminacjami? Nasi wylosowali wtedy legendarną węgierską „złotą jedenastkę” i władze piłkarskie poinformowały FIFA, że Polska rezygnuje z udziału w mundialu...

By zbliżyć się do prawdy, postanowiłem tropić w przeszłości lata, w których po raz ostatni działo się tak samo źle lub prawie tak samo źle.

KRYTERIUM PIERWSZE: REPREZENTACJA I MUNDIAL

Rywalizacja o turnieje mistrzowskie to kryterium podstawowe, bowiem kadra zajmuje uwagę najznaczniejszej części kibiców, także niedzielnych, i jej wyczyny przesądzają o nastrojach. Eliminacje współczesne z eliminacjami sprzed dziesiątek lat zestawiać trudno - kiedyś ograniczały się do dwumeczów, potem przeszły rewolucję, liczba federacji zrzeszonych w UEFA niemal się podwoiła.

Spróbować możemy. W tym roku Polska w meczach o punkty pokonała tylko amatorów z San Marino i tylko ich wyprzedziła w grupie. Nad nią były Słowacja, Słowenia, Czechy, Irlandia Płn. By natrafić na bliźniacze okoliczności, musimy cofnąć się do roku 1987 i kwalifikacji do mistrzostw Europy. Reprezentacja trenera Wojciecha Łazarka, dzisiaj czcigodnego przewodniczącego majestatycznej PZPN-owskiej Komisji Wysokiego Wyczynu, również wyprzedziła jedynie absolutnego autsajdera, co gorsza, do bramki Cypru dopchała się zaledwie raz - osławione 0:0 w Gdańsku dało rywalom historyczne punkty w spotkaniach o stawkę, na wyjeździe zemściliśmy się wygraną 1:0. Wtedy jednak rozprawiał się z Polakami przynajmniej jeden kolos - późniejszy złoty medalista ME Holandia, z którymi umieliśmy zremisować w Amsterdamie (pozostałymi byli Grecja i Węgry).

Co uprawnia nas do konkluzji, że odkąd wprowadzono rozbudowane grupy eliminacyjne, nigdy nie wypadliśmy tak marnie jak za kadencji Beenhakkera.

KRYTERIUM DRUGIE: KADRY DZIEŁA WSZYSTKIE

Jeśli zanalizujemy jej występy globalnie, biorąc pod uwagę również mecze towarzyskie, dorobek wygląda ciut lepiej. Statystycznie. Sparingi ostatecznie utraciły prestiż, piłkarze dbają głównie o to, by nie nabić sobie sińców. Tak czy owak nasi kadrowicze odnieśli trzy zwycięstwa - nad słabą Walią, silną Grecją i beznadziejnie słabą Kanadą.

Tutaj do czasów jeszcze uboższych w przyzwoite wyniki docieramy stosunkowo prędko. Dna dotknęliśmy w strasznym roku 1996, który rozpoczął się od 0:5 z Japonią (więcej bramek tracili Polacy tylko w bardzo głębokim PRL-u lub przed wojną), a zakończył odosobnioną wygraną - z Mołdawią. I był prawdopodobnie jedynym bardziej ponurym od obecnego w minionym czterdziestoleciu.

KRYTERIUM TRZECIE: EUROPEJSKIE PUCHARY

Dość oczywista obserwacja, że nasze kluby po raz pierwszy zostały w komplecie wyproszone z wszelkich międzynarodowych rozgrywek jeszcze w trakcie wakacji, brzmi mocno, ale musimy złagodzić ją nieco konstatacją, że zostały wyproszone również wskutek zmian w kalendarzu. Rywalizacja zwyczajnie rusza coraz wcześniej.

Znów - z punktu widzenia statystyki bywało już podlej. I w bieżącej dekadzie, i u schyłku PRL-u. W sezonie 1989/90 Ruch Chorzów, Legia Warszawa, GKS Katowice i Górnik Zabrze nie wygrały żadnego meczu. Losowały jednak niezbyt szczęśliwie, przegrywały nie tylko z CSKA Sofia oraz fińskim Rovaniemi, ale też Barceloną i Juventusem. A minionego lata nasi we wczesnych rundach kilku słabeuszy wyeliminowali. Jeśli prześladuje nas przeczucie, że kluby też wyrżnęły o dno, to głównie z powodu żałosnego numeru wyciętego przez Wisłę Kraków, która przyniosła najwięcej wstydu wśród wszystkich naszych pretendentów do Ligi Mistrzów. I także z jej powodu polska liga wciąż tkwi na 26. miejscu w rankingu UEFA, czyli najniższym w historii. Gorzko pocieszające, że w najczarniejszym scenariuszu spadnie o co najwyżej jedną-dwie następne pozycje, dalej się już zwyczajnie nie da.

KRYTERIUM CZWARTE: NASI NA OBCZYŹNIE

To kryterium bywa obojętne dla marginalnej grupki kibiców, którzy losami futbolowych emigrantów się nie przejmują, uznając, że ci pracują dla cudzego zysku. Zawodnicy dążą jednak za granicą do swych nadrzędnych celów - spełnienia ambicji sportowych i wynegocjowania pensji wielokrotnie wyższej od średniej krajowej pozwalającej nie troskać się o standard życia po zakończeniu kariery.

Powiedzieć, że naszym się ostatnio nie wiodło, to nic nie powiedzieć. Jesienią omawiałem felietonowo stopniowe wymieranie gatunku „polski piłkarz z klasą” (wyjąwszy bramkarzy), zwracając uwagę, że w setce czołowych europejskich klubów etaty znajdują już niemal wyłącznie ostatni Mohikanie urodzeni w latach 70. Nieszczęśnicy edukowani w wolnej Polsce cierpią na deficyt elementarnych kompetencji, są kalecy technicznie, taktycznie, fizycznie i mentalnie.

W tym roku właściwie nikt nie poprawił swojej pozycji na rynku międzynarodowym, nawet bramkarze - jedyni trzymający fason - albo tkwili w miejscu (Fabiański, Kuszczak), albo się cofali (Boruc). Ligowy superman Paweł Brożek rozglądał się błagalnie za kimkolwiek z zagranicy chcącym go zatrudnić, zrozpaczony zmienił zdanie i wyraził zgodę na transfer na Wschód, by rywalizację o posadę w Fulham przegrać z anonimowym, starszym o trzy miesiące Szwedem, który nigdy nie zagrał w reprezentacji. Wręcz symbolicznie zdają się jesienne katastrofy Herthy Berlin i Catanii - tam niedobitki naszych jeszcze się trzymają, ale wiosną zapewne spadną z Bundesligi i włoskiej Serie A.

KRYTERIA POMNIEJSZE

W rankingu FIFA zajmuje reprezentacja Polski 58. pozycję, ciut wyższą od rekordowo niskiej 61. z roku 1998. Notorycznie przegrywają kadry juniorskie, szczególnie zapadając w pamięć meczami straszydłami w typie klęsk z Azerbejdżanem lub Holandią. Zostają wreszcie czysto subiektywne wrażenia z naszej ligi, w której zwłaszcza tzw. szlagiery mniej wytrzymałe jednostki doprowadzają do mdłości. I to nie dlatego, że w meczach między Wisłą, Legią i Lechem rzadko padają gole.

Gdyby kierować się kwestią smaku, musielibyśmy jeszcze przywołać postać wyjątkowo niereprezentacyjnego i niekompetentnego prezesa PZPN, który ilekroć wyda odgłos, tylekroć wywołuje, oględnie mówiąc, zażenowanie. I w ogóle inwazję na związkowe szczyty najtwardszego działaczowskiego betonu, który tworzą m.in. bohaterowie sprzed lat przekonani, że PRL ich wystarczająco nie wynagrodził, więc teraz mają prawo sobie tamten czas zrekompensować.

WNIOSKI

Wspólnej miary dla współczesności i przedwojnia nie znajdziemy, wolno nam co najwyżej powiedzieć, że paskudniej w naszym futbolu nie było - w najlepszym razie - od wczesnych lat 60. Jeśli bowiem nawet odnajdujemy momenty równie kiepskie, to tylko wedle części kryteriów. Kiedy nasi ligowcy w XXI wieku zaczęli przegrywać z prowincjonalnymi klubikami z egzotycznych krajów, celebrowaliśmy awanse na mundiale. Kiedy kadra totalnie rozczarowywała w roku 1996, pocieszaliśmy się w Lidze Mistrzów (wiosną Legią, jesienią Widzewem). Kiedy medaliści mistrzostw Polski przegrywali na masową skalę w trakcie rozbierania komuny, Jan Urban rozstrzeliwał trzema golami Real Madryt.

Słowem, zawsze coś optymistycznego też się działo. Nawet kilka lat temu, już w trakcie postępującego upadku, mamiły nas przyjemne incydenty, które, by tak rzec, nieco fałszowały rzeczywistość, dzięki nim łudziliśmy się, że już za chwileńkę, już za momencik wrócą triumfy. Dziś nikt się nie wyłamuje, krajobraz nędzy widzimy spójny, kompletny, wszechogarniający. Po raz pierwszy odcinali się od PZPN sponsorzy, po raz pierwszy narodziły się oddolne inicjatywy zbuntowanych kibiców - czasem symboliczne (bojkot meczu ze Słowacją), czasem straceńcze (listy do FIFA). Futbol pozostaje najpopularniejszym sportem w Polsce, lecz kopiemy pokracznie, we wszystkich głównych grach zespołowych plasujemy się w światowych rankingach wyżej - od siatkówki i piłki ręcznej, przez hokej na lodzie i na trawie, po koszykówkę, rugby oraz, przepraszam za impertynencję, curling.

I prędko się z marnoty nie wygrzebiemy. PZPN będą doić Lato z poplecznikami, kluby profesjonalizują się opornie, nawet w razie rewolucji w szkoleniu nadrabianie zaniedbań potrwa najmniej dekadę. Nasza piłka przypomina trochę plac budowy (stadiony dają nadzieję!), trochę bezładną rupieciarnię, trochę targowisko z próbującymi opylić towar paserami. Kibice mają alternatywę - albo bronić się przed chandrą ironią i dystansem, albo nauczyć się cieszyć drobiazgami naprawdę maleńkimi. Końca kryzysu nie widać.

PS Od kilku dni podsumowuję piłkarski rok 2009. Zacząłem tutaj, kontynuowałem tutaj, wyżej przeczytaliście trzeci odcinek.

17:15, rafal.stec
Link Komentarze (26) »
niedziela, 27 grudnia 2009

Wiem, świat podniecał się przez rok cały podglądaniem handlu Ronaldami i Kakami, ale ja w ramach tego roku podsumowania proponuję zajrzeć, jak się kupczy graczami podrzędniejszego sortu. Terapię lekturą poniższych akapitów zalecam zwłaszcza zarażonym przekonaniem, że polskimi klubami rządzą nieudacznicy, hochsztaplerzy i oszuści niespotykani nigdzie indziej w Europie. Posłuchajcie.

Prezes Lewskiego Sofia Todor Batkow sądził, że z powodu świńskiej grypy możliwe są transfery „nadzwyczajne”, przeprowadzone poza okresem wyznaczonym przepisami na handel żywym towarem. Ofiarą epidemii padli piłkarze rosyjskiego Rubina Kazań, stąd UEFA miała się zgodzić na wyjątek.

Bułgar wysłał na testy medyczne do Moskwy czterech graczy - rodaka Żiwko Milanowa, Brazylijczyka Ze Soaresa, Marokańczyka Youssefa Rabeha i Macedończyka Darko Tasevskiego. Wysłał zawodników kluczowych, choć nazajutrz drużyna rozgrywała prestiżowe derby stolicy z CSKA, najważniejszy mecz jesieni.

Batkow liczył na 5 mln euro. - Rosjanie twierdzili, że pieniądze leżą w sofijskim banku. Wskazali nawet konkretny sejf - opowiadał potem prezes, po godzinach wzięty prawnik, po meczach ostry recenzent. - Ten brytyjski pederasta zniszczył mecz - rzucił kiedyś po pucharowej porażce z Schalke o arbitrze Mike’u Rileyu.

Co prawda to dość niezwykłe, by klub A przejmował hurtem aż czterech zawodników od klubu B, ale prezes najwyraźniej o tym nie myślał. Cóż, świńska grypa.

W moskiewskim Sheratonie okazało się, że negocjatorzy, którzy namówili Lewskiego na transfer, oferują piłkarzom pensje niższe niż obiecywali. Piłkarze zaprotestowali, przybyły z nimi dyrektor finansowy klubu zadzwonił do Batkowa, a Batkow zadzwonił do prezesa z Kazania, Aleksandra Gusiewa.

Gusiew nic nie wiedział ani o transferze, ani o specjalnej dyspensie od UEFA na kupowanie poza sezonem transferowym. O sprawie nie słyszał też trener Rubina, który stwierdził, że o dodatkowych piłkarzy nie prosił i ich nie potrzebuje.

Gracze Lewskiego wrócili do kraju. Na derby nie zdążyli. Lewski przegrał 0:2.

- Nie umiem tego wyjaśnić - mówił Batkow. - Nie dostałem wcześniej oficjalnego potwierdzenia z Rubina, ale moi ludzie spotkali się z jego wysłannikami, którzy podjęli ich w drogich mercedesach i drogim hotelu. Miałem wątpliwości, ale w razie problemów planowałem zawrócić piłkarzy na derby.

„Wysłannicy” mieli wizytówki i dokumenty z logo Rubina. Ustalono też, że faks zapraszający piłkarzy na testy wysłano z biur kazańskiego klubu. Tylko umieszczony na nim numer telefonu kontaktowego nie miał nic wspólnego z mistrzem Rosji.

Policja wykryła, że Batkow przed transferem dał 200 tys. euro zaliczki niejakiemu Arturowi Oganesjanowi, którego nazwisko okazało się fałszywe.

Hipotez objaśniających, co się stało, jest mnóstwo. Padł zarzut, że na odpowiednim wyniku najbardziej zależało bukmacherom z Azji. Że sam Batkow postawił milion euro na derbową porażkę Lewskiego. Tenże Batkow zwraca uwagę, iż to w sprawie meczu ich rywali, CSKA (z Dynamem Moskwa w Lidze Europejskiej), dochodzenie prowadzą Rosjanie. Wiadomo też, że UEFA rozpracowuje 40 spotkań - głównie z udziałem drużyn ze wschodu kontynentu - w rozgrywkach pucharowych z ostatnich lat, których uczestników podejrzewa o korupcję.

Teoria najbardziej zagmatwana - aferę inspirował główny udziałowiec Lewskiego Michaił Czernoj, który różni się z Batkowem, a dobrze zna się z działaczami Rubina. Chciał obniżyć cenę akcji klubu i wykupić je wszystkie.

Drużynie zaszkodził. Przegrywać zaczęła po feralnym weekendzie seryjnie, w pięciu meczach Ligi Europejskiej nie strzeliła gola. Po derbach wybuchły regularne uliczne zamieszki. Chuligani utożsamiający się z Lewskim niszczyli samochody, autobusy, tramwaje. Policja aresztowała 150 osób.

Batkow walczy. Swoją wiedzę o aferze kazańskiej przekazał Interpolowi, bułgarskiego oficera służby zwalczającej przestępczość zorganizowaną oskarżył o wypuszczenie z kraju armeńskiego kryminalisty, który manipuluje wynikami meczów w ligach bułgarskiej i rosyjskiej.

23:43, rafal.stec
Link Komentarze (4) »
sobota, 26 grudnia 2009

Tym razem najbardziej prestiżowe plebiscyty na najlepszego gracza świata skompromitował Kaka. W mojej jedenastce roku go nie ma. Na ławce rezerwowych też nie.

Jeśli się baczniej przyjrzeć figurom Brazylijczyka, to nie zasłużył nawet, by umieszczać go na sążnistych listach pretendentów do wyróżnień. Zapadł jednak w pamięć w latach minionych, a w futbolu reputacja trwalsza bywa niźli ze spiżu. Zaskakujące wpadki to już doroczna tradycja wielkich plebiscytów.

Kaka wiosną odpadał wcześnie z Pucharu UEFA i przegrywał w lidze włoskiej jako piłkarz Milanu, latem baaardzo średnio wypadł z Brazylią w Pucharze Konfederacji, jesienią nie umiał objąć przywództwa w Realu po kontuzji Ronaldo. Jego największy sukces polegał na tym, że sporo kosztował. Ale dziennikarze głosujący we „France Football” przyznali mu szóste miejsce w Europie, a selekcjonerzy i kapitanowie reprezentacji narodowych upchnęli go w finałowym kwintecie głosowania FIFA.

Ja w swojej superdrużynie miejsca dla niego nie znalazłem. Nawet z rogu ławki rezerwowych. Postawiłem zresztą na klasyczne katalońskie ustawienie 4-3-3, w które nijak nie umiem go wkomponować. I dobrałem więcej graczy z jednego klubu niż kiedykolwiek wcześniej w swoich podsumowaniach roku w „Gazecie”. (Tutaj zeszłoroczna superjedenastka, mogłem ją już włożyć na blog).

BRAMKARZE. Najznakomitsi mieli rok średni, niewolny od wpadek, razili niezdolnością do utrzymania stabilnej formy. Obsada tej pozycji przysporzyła szczególnych kłopotów, nawet Iker Casillas, którego sadzam na ławkę, zaczął jesienią zdradzać ludzką naturę, i to uczłowieczał się w ważnych meczach. Czyżby szkodziły mu nienasycenie, chęć gry zawsze i wszędzie? Żaden inny czołowy bramkarz nie zrzeka się miejsca między słupkami równie rzadko, to musi psychicznie wykańczać.

Dlatego do bramki zapraszam Julio Cesara z Interu Mediolan, który skrada się do najściślejszej czołówki po cichutku, lecz konsekwentnie i od lat. Został mistrzem Włoch i wygrał z kadrą Brazylii Puchar Konfederacji, a w LM nie poszalał przez kolegów z klubu - gdyby dotrzymali mu kroku w meczach 1/8 finału, być może Manchester by wyeliminowali. Julio Cesar sprawia wrażenie dość zwalistego, pełną twarzą przypomina trochę aktora komediowego Johna Goodmana, ale to pozory - jest akrobatycznie sprawny, ramię rozciąga w dowolnym stopniu, byle do słupka, a przede wszystkim imponuje stalowym chwytem, piłkę niezależnie od siły uderzenia łapie, nie odbija. Argument ostateczny: lepszym od siebie obwołał Brazylijczyka jego bramkarska mość Gianluigi Buffon.

ŚRODEK OBRONY. W zeszłym roku rządzili zły glina Nemanja Vidić z dobrym gliną Rio Ferdinandem, których ostatnio rozłożyły urazy. I panowanie nad własnym polem karnym przejęli Carles Puyol z Gerardem Pique. Uczynili je niemal nietykalnym, jesienią pozwolili rywalom Barcy strzelić gola dopiero po 816 minutach gry - w 13 meczach udało się tego dokonać jedynie Deportivo La Coruña, Dynamu Kijów i Estudiantes La Plata. W 12 meczach z inaczej zestawioną parą stoperów Katalończycy stracili aż 11 bramek. Ukoronowaniem perfekcyjnej współpracy były Gran Derbi - bohaterami zostali obaj, w pamięć wbił się Puyol, który trzykrotnie ocalił drużynę, desperackimi padami blokując strzały Realu. Czy Hiszpanie po raz pierwszy pojadą na mundial z najmocniejszą obsadą środka obrony?

W rezerwie oczywiście John Terry, czyli najwybitniejszy grający stoper, który nigdy nie zdobył ani Pucharu Europy, ani mistrzostwa Europy, ani mistrzostwa świata.

BOKI OBRONY. Na prawym będzie się rozbijał Dani Alves, który w reprezentacji Brazylii rywalizuje z twardszym w kryciu Maiconem (u mnie rezerwowym, jako selekcjoner ekipy wirtualnej jestem bardziej beztroski niż Dunga i stawiam na atak), a Barcelonie przydaje wariantów w ofensywie. Im mocniejszy rywal, tym chętniej naciska nań Alves - ostatnio błysnął kluczowymi asystami w szlagierach z Interem i Realem, zazwyczaj nadążając przy tym z neutralizowaniem kontrataków przeciwnika.

Na drugiej flance znacznie mniej rabanu będzie czynił Patrice Evra - i dlatego, że wystawianie na obu skrzydłowych z ducha byłoby lekkomyślnością, i ze względu na swą charakterystykę. Francuzowi nie brakuje mocy i wytrzymałości na eskapady pod obce pole karne, nie brakuje mu też chęci, ale o wynikach w przeciwieństwie do Alvesa nie rozstrzyga. Ostatniego gola w Lidze Mistrzów wyścibolił ponad 2,5 roku temu - nie mógł się wymigać, szaleli wszyscy, Manchester rozbił Romę 7:1. Ostatniego gola w Premier League strzelił ponad 3 lata temu (3:0 z Evertonem). I to by było na tyle, jeśli zatrzymamy się na boiskach angielskich. Dla reprezentacji Francji nie trafił ani razu. Kto chce znaleźć jego trzecią bramkę, musi cofnąć się aż do marca 2002 r. A zaczynał karierę jako lewoskrzydłowy… (Teraz już wiecie, jak odkryłem, że są lewi obrońcy, którzy nie strzelają prawie nigdy, a potem musiałem się wycofywać:-))

ROZGRYWAJĄCY. Znów wybór oczywisty, zręczniejszego wizjonera w środku pola od Xaviego Hernandeza nie uświadczysz. Ucieleśnienie maksymy, że piłkarz na jego pozycji potrzebuje szybkiego umysłu, a nie szybkiego przebierania nogami. Katalończyk jest graczem statycznym, leniwie wytycza na murawie swoje słynne kółka w kształcie aureoli, a im bardziej zwalnia, tym bardziej wiadomo, że za ułamek sekundy - nie, to już się zdarzyło ułamek sekundy temu - kopnie piłkę tam, skąd nie da się nie strzelić gola.

Wspomoże go Yoann Gourcuff. To naprawdę skandal, że Francuz zebrał w plebiscytach ułamek głosów zebranych przez Kakę. Ilekroć nań patrzę, zdaję sobie sprawę, jak ogromny wpływ na całą generację wywarł Zinedine Zidane. Lider Bordeaux wielkiego poprzednika przypomina pod wieloma względami - charakterystycznymi piruetami z piłką, oryginalnością podań, kreatywnością, nawet identycznym wzrostem i wagą. A wydaje się bardziej wszechstronny…

Rezerwa: Andres Iniesta, Ryan Giggs

DEFENSYWNY POMOCNIK. Obu wyżej wymienionych chciałem osłaniać drągalem o gabarytach koszykarskich, ale go nie znalazłem, więc rozstaję się na chwilę ze zdrowym rozsądkiem - a co, wolno mi - wstawiam tutaj kolejnego barcelończyka - i to nie Yaya Touré czy Sergio Busquetsa, lecz bardziej ofensywnie zorientowanego (i lepiej grającego głową) Seydou Keitę. W rezerwie Michael Essien.

SKRZYDŁOWI. Tutaj sprawa jest jasna. Na prawej flance śmiga chyży skrzat Leo Messi, z lewej odpala swoje petardy Cristiano Ronaldo. Odpala, a potem zdejmuje koszulkę, żeby zaprezentować światu, jakie efekty daje 3000 tzw. brzuszków dziennie.

Rezerwa: Wayne Rooney. Gdyby jeszcze doznał pewnego dnia iluminacji i pojął, że na boisku czasem wolno przestać biegać…

NAPASTNIK. W Interze wyglądał Zlatan Ibrahimović jak poeta między księgowymi, w Barcelonie wreszcie odnalazł pokrewne dusze. Utrzymał też rewelacyjną snajperską wydajność, jako pierwszy w historii rozpoczął karierę w katalońskim klubie od goli w czterech kolejnych meczach ligowych. Wiosną został królem strzelców Serie A, w 31 ligowych meczach całego roku uzbierał 26 bramek i 7 asyst. W wielkiej debacie, czy Ibrahimović nie dorasta do wielkich wyzwań, czy Inter nie dorastał do Ibrahimovicia, poważny argument dla zwolenników tej drugiej tezy dał Szwed pięknym golem w Gran Derbi z Realem. Głównym faworytem do najlepszego gracza świata w roku 2010 nie jest z jednego powodu - jego kadra narodowa nie poleci na mundial.

Rezerwa: Samuel Eto’o. W Barcy strzelał nawet na wpół obrażony, na tle piłkarzy Interu widać, że sprowadzanie go do prostego kolekcjonera goli to obelga. (W 37 ligowych meczach całego roku uzbierał 24 gole i 4 asysty).

* Moja bajeczna drużyna stanowi cząstkę obszernego podsumowania piłkarskiego roku 2009, które znajdziecie w poniedziałkowej „Gazecie Sport.pl”. Niektóre teksty będę tutaj w najbliższych dniach wrzucał, część z nich zmodyfikuję lub rozszerzę, stałych czytelników uprzedzam, że pewne frazy słusznie wydadzą im się znajome, pisząc do papieru cytowałem niekiedy - choć zdecydowanie rzadko - samego siebie, czerpiąc z zasobów blogowych. A teraz życzę zdrowego awanturowania się, że nie mam racji:-)

20:58, rafal.stec
Link Komentarze (123) »
piątek, 25 grudnia 2009

Po głośnym szachrajstwie Thierry'ego Henry'ego, który przywiódł Francję do sukcesu w barażu o mundial dwoma subtelnymi dotknięciami piłki ręką, pewien polski sędzia dzielił się ze mną pomysłem, by arbitrzy w razie wątpliwości mieli obowiązek pytać graczy, czy ci popełnili przestępstwo. I delikwent, który skłamie - ewidentnie, detale trzeba by dopracować - byłby srogo karany, np. dyskwalifikacją. Im bezczelniej by oszukał, tym więcej czasu dostawałby na wędrówkę po samym sobie w poszukiwaniu wyrzutów sumienia.

Sędzia Philippe Malige tak właśnie postąpił. W środowym meczu ligi francuskiej Olympique Marsylia - Auxerre najpierw pokazał czerwoną kartkę Bakariemu Kone, którego podejrzewał o uderzenie łokciem Valtera Birsy. Zreflektował się jednak, z gwałtownych protestów gospodarzy wywnioskował, że mógł się pomylić, podszedł do słoweńskiego piłkarza i zapytał, jak było.

Upływała 34. minuta, utrzymywało się 0:0. Czerwona kartka mogła przesądzić o wyniku, marsylczyków dopadł tego wieczora pech, już wcześniej z boiska zeszli ich dwaj powaleni kontuzjami gracze.

Mimo to Valter Birsa - inauguracyjnego gola w reprezentacji strzelił niedawno Polsce - wyjaśnił arbitrowi, że rywal nie wymierzał mu w gniewie sprawiedliwości, lecz nań spadał i jego gesty były przypadkowe.

Sędzia zmienił decyzję. Nie wyrzucił marsylskiego napastnika z boiska, po meczu „po dziesięciokroć” dziękował Słoweńcowi.

U schyłku roku 2009 często rozprawiamy o fair play. Jak nie oszuka Henry, to swoim piłkarzom nakazuje stracić gola trener Ascoli (Giuseppe Pillon naraził się zresztą otoczeniu, tutaj całą sprawę opisywałem). Teraz przyzwoicie zachował się Birsa. Lubię takie drobiazgi wynajdywać i kolportować choćby skromnymi mocami niszowego blogu, wciąż żyję w staroświeckim przeświadczeniu, że umiejętność zaakceptowania porażki i uczciwość w walce są w sporcie tak samo cenne, jak zwycięstwo. Prośba na przyszłość - gdybyście sami natrafili gdzieś na uczciwych odmieńców, to dawajcie o nich znać na forum.

Wesołych!

00:29, rafal.stec
Link Komentarze (18) »
wtorek, 22 grudnia 2009

Historia naprawdę dzieje się bez przerwy. Zaledwie kilka dni temu zebrałem i opublikowałem najlepsze frazy, które w 2009 roku spłynęły z ust celebrytów naszego futbolu, a już mój wybór postanowił zdezaktualizować Jerzy Engel, wśród fanów znany też jako Władysław George. Obdarował nas tym razem nie miniaturą, lecz dziełem rozległym, epickim prawie, a zarazem skondensowanym w jednym akapicie, prawdopodobnie dla odstraszenia mniej wyrobionych czytelników. (Ale my, entuzjaści odmierzanych setkami stron akapitów Thomasa Bernharda, odstraszyć się nie damy).

Zaczyna Władysław George chyba nieco speszony tym, co sam zamierza napisać - od nieśmiałego przypomnienia międzynarodowych laurów, które na niego spadły. „Kiedy stowarzyszenie statystyków piłki nożnej działających pod skrzydłami FIFA ogłosilo ranking trenerski za ostatnie dwanaście lat okazało się, że na 81 miejscu pojawiło się w nim moje nazwisko, jako jedynego szkoleniowca z Polski, zrozumiałem że wszystko co robimy na codzień jest gdzieś zauważane i oceniane”. Potem czytamy o wpływie  Władysława George'a na całą europejską piłkę nożną, rozsyłanych przez PZPN materiałach szkoleniowych na dyskietkach etc. Poznajemy szczegóły - po raz pierwszy razem zestawione! - przeładowanego wyzwaniami roku 2009, który w całości Władysław George poświęcił na pracę nad lepszym jutrem polskiego futbolu. Aż wreszcie, jakby w nagrodę za wysiłek włożony w odbiór dzieła, docieramy do fragmentu hitowego, kluczowego, fundamentalnie doniosłego. Mianowicie: „I warto tu dokonać parafrazy powiedzenia Marii Konopnickiej i sformułować je w następujący sposób, niczegom dzisiaj dla futbolu nie zdziałał dzień to stracony bezużytecznie”.

Fragment mnie wzruszył, bo stanowi kolejny dowód na ścisły związek łączący blog „A jednak się kręci” z witryną www.jerzyengel.pl. Czasem się jego autorzy czubią, czasem okazują sobie czułość, zawsze z uwagą się nawzajem czytają. Czy to przypadek, że Władysława George'a naszedł nastrój refleksyjno-podsumowujący akurat teraz - wtedy, kiedy i mnie naszedł, kiedy kilkakrotnie między wierszami zdradzałem, iż pracuję nad piłkarskim podsumowaniem roku? Czy Władysław George dałby tę urokliwą parafrazę, gdyby nie zanalizował mojego wyboru cytatów roku i nie poczuł się lekko pominięty, obliczywszy, że więcej nominacji uzbierał Antoni Piechniczek?

Bez owej szczególnej, niemal intymnej relacji łączącej mnie z www.jerzyengel.pl, nigdy nie pozwoliłbym sobie na wytykanie Władysławowi George'owi pomyłek. Teraz czuję się niemal w obowiązku, by zasugerować merytoryczną poprawkę w przywoływanym dziele - drobną, nieprzynoszącą ujmy. Otóż autorem słów, które nasz bohater prawdopodobnie parafrazuje („Nikomum dzisiaj dobra nie zdziałał, dzień to stracony bezużytecznie”), jest Tytus Flawiusz. Wyczuje to każdy uważny czytelnik - po cóż Engel miałby cytować tę pisarkę, pensjonariuszkę u sióstr sakramentek? Czyż pezetpeenowskiemu dyrektorowi nie bliżej do rzymskiego cesarza?

Owe piękne słowa przypisuje Tytusowi Flawiuszowi w swoich „Żywotach Cezarów” Swetoniusz. Władca zapamiętany jako łagodny i wyrozumiały miał w trakcie pewnej biesiady skonstatować, że nic dobrego nikomu nie wyświadczył przez cały dzień i krzyknąć „Przyjaciele, straciłem dzień!” (Amici, diem perdidi!). Swetoniusz opisuje go tak tkliwie i ciepło, że nie sposób nie pomyśleć o Władysławie George'u: „Już we wczesnym dzieciństwie zabłysły jego przymioty fizyczne i umysłowe, a potem coraz bardziej wzmagały się z latami: piękny wygląd, na który w równym stopniu składały się powaga i wdzięk, wyjątkowa siła fizyczna - chociaż wzrost miał niewielki i brzuch nieco zbyt wydatny - świetna pamięć, umysł pojętny do wszystkich prawie umiejętności zarówno pokojowych, jak wojennych”.

Cytuje Tytusa również Klemens Janicki w Elegii VII, „O sobie samym do potomności”: Na słowa Tyta pamiętne wiecznie: / „Nikomum dzisiaj dobra nie zdziałał / Dzień to stracony bezużytecznie”.

Zastanawiacie się, jakie doświadczenia lekturowe zwiodły Władysława George'a? Odpowiedź znajdziemy na tym czacie z Trenerem. Otóż wisiała owa maksyma nad wejściem do engelowego liceum, tam ją Władysław George wyczytał i, co najważniejsze, zapamiętał. Ba, stała się ona - jak sam ujawnił - jego życiowym mottem!

Wytropiłem, że zaszczytu wychowania absolwenta Engela dostąpiło III LO we Włocławku. Imienia Marii Konopnickiej właśnie, dlatego też zapewne Władysławowi George'owi się pokiełbasiło i przypisał tamte słowa patronce swojej szkoły średniej.

Autora życiowego motta wypada znać, więc duma mnie przepełnia, że udało mi się wspomóc Władysława George'a w sprawie tak ważnej.

A teraz emocje: poprawi czy nie poprawi?

16:59, rafal.stec
Link Komentarze (45) »
poniedziałek, 21 grudnia 2009

Alex Ferguson, mistrz zarządzania bogatymi zasobami ludzkimi. Mistrz utrzymywania piłkarzy w fałszywej nadziei, wmawiania im, jak niesłychanie są potrzebni, sugerowania, że wciąż zachowują szansę, by stać się najważniejszymi.

Lapidarniej: Ferguson, mistrz karmienia złudzeniami. W wielkim klubie bez szerokiej kadry ani rusz, a trener, który nie potrafiłby lawirować między głowami spragnionych gry podwładnych, miałby szatnię permanentnie zaczadzoną urażonymi ambicjami. Szkot lawiruje z fenomenalnym wyczuciem, dzięki czemu utrzymuje względny spokój i świetnych graczy nawet w głębokiej rezerwie, zdolnych w czasach zarazy - jak obecnie, kontuzje położyły połowę składu - wygrywać w Lidze Mistrzów z Wolfsburgiem.

Gdzie indziej dwóch uznanych bramkarzy wojuje o pozycję numer dwa i jeszcze ze zwycięstw - zawsze małych, krótkotrwałych - czerpie, jak mniemam, satysfakcję? Tomasz Kuszczak i Ben Foster mogli już kilkakrotnie dojść do wniosku, że następcami Edwina van der Sara nie zostaną. Nie doszli, nie stracili wiary, zawsze w trudnych chwilach dostawali w prezencie epizodyczne zaproszenie do podstawowego składu. I wciąż cierpliwie czekali, choć lat im nie ubywa. Zdumiewająco popularną tezę, jakoby Polak cierpiał na deficyt ambicji i zadowalał się wysiadywaniem ławy, zawsze dyskwalifikowałem z powodu jej skrajnej kuriozalności, życzyłem mu osiągnięcia celu chyba mocniej niż jakiemukolwiek rodakowi na obczyźnie, przecież w bramce Manchesteru United mógłby zdystansować w galerii naszych międzynarodowych sław i Jerzego Dudka, i Zbigniewa Bońka. Przynajmniej liczbą oraz wartością zdobytych trofeów.

Dopiero teraz niemal ostatecznie pogodziłem się z tym, że Kuszczak na stałe między słupki nie wejdzie. Pogodziłem się paradoksalnie właśnie w chwilach, w których wystaje między nimi od tygodni, i swoją najdłuższą, odkąd jest w klubie, passę kolejnych występów rozciągnął już do siedmiu meczów. Pomógł mu los, czyli coraz delikatniejsze ciałko chudziny van der Sara.

Choć bowiem w powszechnej opinii broni lepiej niż poprawnie, choć w sobotę błysnął rewelacyjną interwencją po strzale Zoltana Gery i był najlepszy w drużynie, to Ferguson w bramkarzach przebiera bez litości, przywiązuje się wyłącznie do postaci wybitnych - jak Schmeichel czy van der Sar. Kuszczaka, owszem, ceni sobie prawdopodobnie wysoko. Jako „drugiego”. By Polaka zatrzymać, będzie za wszelką cenę utrzymywał go przy nadziei.

A zarazem będzie kontynuował poszukiwania następcy van der Sara. Dziś np. czytam w „La Gazzetta dello Sport”, że od miesięcy sonduje Fiorentinę w sprawie Sebastiena Freya (Francuz ma w kontrakcie klauzulę pozwalającą mu odejść, jeśli ktoś zapłaci zań 18 mln euro). Do transferu oczywiście daleko, Włosi nie będą chcieli oddawać bramkarza przed wiosennymi meczami Ligi Mistrzów. Nic to, istotne, że Ferguson rozgląda się po rynku. Zamiary zdradza na tyle poważne, że florentczycy zabezpieczają sobie przyszłość zabiegami o broniącego w Bolonii Emiliano Vivianiego.

Od Niemców słyszę, że Manchester wypytuje o bramkarza Schalke Manuela Neuera. Od Anglików, że Fergusona dawno temu zauroczył Igor Akinfiejew.

Ma Kuszczak nielekko. Wreszcie solidnie się w bramce napocił, a zarazem muszą docierać do niego informacje o przeczesującym rynek Fergusonie. I jeśli przed powrotem van der Sara nie wykona nagłego niebosiężnego skoku, latem znów stanie pewnie przed alternatywą: zaliczać kilkanaście meczów w sezonie jako rezerwowy MU czy odejść do klubu średniego i tam stać w bramce co mecz.

Wybór wbrew pozorom jest niełatwy. Tim Howard, poprzednik Kuszczaka na Old Trafford, poszedł do Evertonu, jako piłkołap się rozwinął, w klubie go cenią, poza klubem też. Czy jednak wydaje się wam bezdyskusyjnie oczywiste, że sportowo osiąga więcej? Czy uczestnictwo w tak doniosłym, wprost monumentalnym projekcie jak fergusonowy Manchester „tylko” w roli drugoplanowej wolno uznać za misję poniżej godności klasowego bramkarza?

18:55, rafal.stec
Link Komentarze (26) »
 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi