RSS
środa, 31 grudnia 2008

Wiecznie niespełnieni, sezon w sezon rozprawiający, dlaczego znów im się nie powiodło. Reprezentacja Hiszpanii i Manchester United wreszcie odkryły, jak zdobyć najcenniejsze trofea w Europie.

Hiszpanie należą do wąziutkiej elity futbolowych supermocarstw, wychowują niemal wyłącznie pokolenia graczy wybitnych bądź znakomitych, opiewają spektakle uwielbianych na całej planecie Barcelony i Realu. A jednak ich drużyna narodowa przed rokiem 2008 uciułała, podobnie jak Polacy, ledwie dwa medale - złoto i srebro mistrzostw Europy (odpowiednio w 1964 i 1984 roku). Na podium mundialu nie wdrapała się nigdy. Pozostała czempionem sparingów, nawet przez własnych rodaków traktowanym półserio, a przez prasę wręcz pogardliwie.

Manchester United plasuje się w samym czubie hierarchii klubów. Fanów pozyskał na wszystkich kontynentach, skupuje megagwiazdy, do niedawna był najbogatszy na planecie, dziś przebija go kasą tylko Real Madryt. A jednak sięgały „Czerwone Diabły” po Puchar Europy raz na ćwierćwieku, a jednak do finału Ligi Mistrzów przed rokiem 2008 doczłapali zaledwie raz.Hiszpanom od zawsze wytykano wątłość mentalną (że ponoć, mówiąc potocznie, nie mają jaj), a także nieuleczalną beztroskę i nieodpowiedzialność, przez którą w najważniejszych meczach zbyt łatwo tracili gola i trwonili wszystko, co zawdzięczali finezyjnej i wydajnej grze ofensywnej.

Piłkarzom Manchesteru charakteru nikt nigdy nie odmawiał. Im miała szkodzić łapczywość i niecierpliwość, w europejskich pucharach ustępowali rywalom nie rzucającym się do szaleńczej, niekontrolowanej wymiany ciosów, tak modnej w lidze angielskiej.Obie potęgi łączył zatem rodzaj boiskowej nieostrożności - niezdolność do poskromienia temperamentu, zgody na przestoje, wyciszenia i manipulowania rytmem gry. Natura zawsze w końcu zwyciężała, a wraz z nią zwyciężali punktujący Hiszpanię i Manchester przeciwnicy. Bardziej wyrachowani i cwańsi.

Aż przyszedł rok 2008 i nasi bohaterowie wygrali sami ze sobą. Nie wyrzekli się całkiem swej tożsamości, lecz zdołali nad swoimi odruchami zapanować i uczynić swój futbol bogatszym. W nagrodę zdobyli najcenniejsze na kontynencie trofeum reprezentacyjne - mistrzostwo Europy, oraz najcenniejsze trofeum klubowe - Puchar Europy.

Hiszpanie na Euro 2008 wciąż nie chcieli pozbyć się piłki, wciąż bawili się wymienianiem mnóstwa podań, ale zarazem grali powściągliwie, unikali nadmiernego ryzyka, nad brawurę przedkładali odpowiedzialność. Podobnie jak Grecy cztery lata temu w ćwierćfinale, półfinale i finale nie stracili gola. Tyleż dzięki bramkarzowi Ikerowi Casillasowi, co perfekcyjnym chronieniu własnego pola karnego, w którym uczestniczyła cała drużyna kierowana przez dwóch defensywnych przywodców - obrońcę Carlesa Puyola oraz pomocnika Marcosa Sennę. Na bramkę żadnego zespołu na turnieju rywale nie uderzali rzadziej, więc Casillas musiał interweniować tylko okazjonalnie. Tego stylu Hiszpanie trzymali się przez okrągły rok. Choć publika chwali ich za futbol otwarty, zorientowany na strzelanie goli, to skutecznością w żadnym razie się nie wyróżniali. Sprawdziłem, co ile minut czołowa ósemka mistrzostw Europy trafiała do siatki na dystansie minionych 12 miesięcy, biorąc pod uwagę wszystkie mecze, nawet sparingi. Złoci medaliści Euro nie wypadają okazale:

1) Niemcy                     gol co 39 minut

2) Holandia                   gol co 42 minuty

3) Hiszpania               gol co 44 minuty

4) Rosja                       gol co 46 minut

5) Portugalia                 gol co 49 minut

6) Turcja                      gol co 57 minut

7) Chorwacja                gol co 63 minuty

8) Włochy                     gol co 67 minut

Jeśli jednak policzyć, jak często Hiszpanie dawali sobie strzelić gola, ich osiągi stają się wprost niewiarygodne. Piłkę do własnej siatki przepuszczają średnio co pięć godzin, w 16 meczach całego roku przytrafiło im się to zaledwie pięciokrotnie. Nie wystarczy powiedzieć, że są najlepsi, oni konkurencję wprost deklasują:

1) Hiszpania               gol tracony co 294 minuty

2) Holandia                   gol tracony co 106 minut

3) Włochy                     gol tracony co 100 minut

4) Niemcy                     gol tracony co 96 minut

5) Chorwacja                gol tracony co 92 minuty

6) Turcja                      gol tracony co 86 minuty

7) Rosja                       gol tracony co 71 minut

8) Portugalia                 gol tracony co 59 minut

Wbrew pozorom zatem Hiszpanie nie są przesadnie rozpasani w ofensywie, natomiast przed własnym polem karnym ustawiają zasieki nie do przebycia. (Do dziś, bo w czterech jesiennych meczach eliminacji do mundialu stracili zaledwie jednego gola). Co dodatkowo intrygujące, rewolucję zainicjował Luis Aragones, trener 70-letni, który wcale nie podsumował nadzwyczajnej kariery.

To w ogóle był rok dziadków, bo piłkarzom Manchesteru poprzestawiał w głowach 67-letni Alex Ferguson. On z kolei nadał drużynie dwie twarze - krajową, która nakazuje rozpędzać się w pierwszej sekundzie gry i rywali miażdżyć, oraz europejską, która nakazuje wyrzec się szaleńczego tempa, zmieniać je i kontrolować, rozwagą powściągnąć pasję rzucania się przeciwnikom do gardeł, naturę osaczyć organizacyjnym drylem. Jego ludzie, kiedy trzeba, grają futbol cierpliwy i cyniczny. Jakby wyjęty z włoskiego podręcznika dla futbolistów od brudnej roboty. Sir Alex nie uznał, że po sześćdziesiątce pozjadał wszystkie rozumy, lecz wnikliwie zaanalizował wszystko, co dali lidze angielskiej trenerscy technokraci - Mourinho oraz Benitez. I „Czerwone Diabły” zaczęły tracić mniej bramek. Znów proponuję przyjrzeć się statystykom. Najpierw rankingowi ćwierćfinalistów poprzedniej Ligi Mistrzów zhierarchizowanych według snajperskich osiągów z poprzedniej oraz bieżącej edycji rozgrywek:

1) Liverpool                   gol co 41 minut

2) Barcelona                  gol co 45 minut

3) Arsenal                     gol co 48 minut

4) AS Roma                   gol co 53 minuty

5) Manchester             gol co 60 minut

6) Chelsea                      gol co 71 minut

7) Fenerbahce                gol co 86 minut

8) Schalke                      gol co 98 minut

Znów, jak w przypadku Hiszpanów, najlepsza drużyna Europy nie wyróżnia się specjalnie skutecznością, ba, nie tak blisko jej do podium. I znów równie uderzająco prezentuje się dominacja bohaterów roku w klasyfikacji oddającej ich niezłomność defensywną:

1) Manchester              gol tracony co 193 minuty

2) Chelsea                       gol tracony co 118 minut

3) Barcelona                    gol tracony co 116 minut

4) Arsenal                       gol tracony co 103 minuty

5) Schalke                       gol tracony co 98 minut

6) Liverpool                     gol tracony co 97 minut

7) Roma                          gol tracony co 85 minut

8) Fenerbahce                 gol tracony co 67 minut

We wszystkich rachubach uwzględniam cały rok, bowiem tendencja się utrzymuje. Ostatnia tabelka wygląda chyba najbardziej symptomatycznie - przewodzą jej obaj wiosenni finaliści LM, naciskani przez fantastyczną jesienią Barcelonę. Co już dziś w pewnym stopniu uprawnia nas do przypuszczenia, że pieczołowicie zabezpieczające tyły trio ma spore szanse, by w identycznym składzie utrzymać pozycję najmocniejszych na kontynencie również w roku 2009.Niepokoić powinni się jedynie zwolennicy futbolu radosnego, bezkompromisowego, napędzanego szamotaniną od pola karnego do pola karnego i ozdabianego orgią bramek. W Lidze Mistrzów wyraźnie popłaca ostrożność granicząca z bojaźliwością, z czego jej uczestnicy ewidentnie wyciągają wnioski. Przypomnijcie sobie jesienne starcia potęg angielskich z hiszpańskimi, które uchodzą za faworytów rozgrywek. Manchester z Villarrealem przez trzy godziny klinczu nie wypocili jednego marnego gola, Liverpool z Atletico wydłubali remisy 1:1. Czyżby wiosną czekały nas taktyczne biesiady dla koneserów?

00:16, rafal.stec
Link Komentarze (31) »
wtorek, 30 grudnia 2008

Z ogarniętej wojną Bośni uciekł z rodzicami do Szwajcarii. Stamtąd poleciał do USA, by zostać gwiazdką rozgrywek uniwersyteckich. Wpadł w oko wysłannikom Paris Saint Germain i podpisał kontrakt we Francji. Dziś szaleje w niemieckim Hoffenheim.

Nazywa się Vedad Ibisevic, dopiero co awansował z prowincjonalnym Hoffenheim do Bundesligi, w kilka miesięcy stał się jej wielką gwiazdą. 18 goli plus 7 asyst w 17 jesiennych meczach daje skuteczność niespotykaną w tamtych rozgrywkach od lat 70., czyli czasów Gerda i Dietera Müllerów. Mówi biegle po bośniacku, angielsku, francusku i niemiecku. Ucieleśnia zjawisko, którym zajmuję się w futbolowym podsumowaniu każdego roku, potem obiecuję sobie do niego nie wracać, by wreszcie uznać, że wrócić muszę, bo ono wciąż się nasila. Teraz znów przeżyliśmy czas szaleńczego żonglowania paszportami i poplątania totalnego.

Nie tak daleko na południe od wspomnianego Hoffenheim leży Bazylea, w której wylądowałem na początku czerwca, by ruszyć stamtąd w obchód po stadionach Euro 2008. Na lotnisku, przy komorach wypluwających bagaże, zobaczyłem namalowane na ścianie strzałki kierujące mnie do trzech krajów - mogłem wytaszczyć walizę do Francji, Niemiec lub Szwajcarii. Od tubylców usłyszałem, że w Bazylei mieszkają przedstawiciele 150 narodowości, a potem przefiltrowałem ich piłkarską reprezentację. Znalazłem w niej syna Albańczyków z Mitrovicy, kiedyś marzącego o występach dla nieistniejącego jeszcze Kosowa; dzieci imigrantów pochodzących z Wybrzeża Kości Słoniowej, Turcji, Włoch oraz Bośni; piłkarzy urodzonych w Kolumbii i Zielonym Przylądku; nawet Szwajcara, który mógł grać dla Serbii bądź Hiszpanii, bo stamtąd pochodzą jego rodzice.

Wszyscy musieli podjąć decyzję, którą podejmuje stale rosnący odsetek piłkarzy. Reprezentacji nie narzuca ci już miejsce urodzenia, wychowania bądź pochodzenia, wybierasz ją sobie sam. Niekiedy z powodu pokręconych rodzinnych losów, niekiedy z zimnej kalkulacji - jeśli za mocna konkurencja nie daje ci szans na grę dla ojczyzny, szukasz ojczyzny zastępczej.

Wyspiarze rozdyskutowali się nad przypadkiem grającego od lat w londyńskim Arsenalu Manuela Almunii, który wyraził ochotę występów w angielskiej kadrze (w Hiszpanii z Casillasem czy Reiną nie wygra). My próbowaliśmy podprowadzić Włochom wyszkolonego przez nich Roberta Acquafreskę, syna Ewy z domu Murkowskiej. Kosmopolitą z ducha okazał się nasz prezydent, który Rogerowi Guerreiro przyznawał obywatelstwo w nadzwyczajnym trybie. Brazylijczyk zagrał dla nas - i się wyróżniał - na Euro 2008, a od innych importowanych obcokrajowców (zafundowali ich sobie Turcja, Portugalia, Azerbejdżan, Togo etc., absolutnym rekordzistą jest Katar) odróżnia się głównie tym, że adoptowaliśmy go sobie specjalnie na turniej finałowy.

Nasz selekcjoner przysposobił sobie rozgrywającego, bo u nas brakuje lidera środka pola z giętką i szybką stopą, który zamiast pilnować wzrokiem piłki majtającej mu się między nogami, rozgląda się i bada, gdzie ją najlepiej kopnąć. Selekcjoner hiszpański potrzebował pomocnika defensywnego, bo w tamtych okolicach klasyczny defensywny pomocnik niczym nie różni się od ofensywnego. I przygarnął Marcosa Sennę, również Brazylijczyka.

Efekt - mistrzostwo Europy. Następni idą mistrzowie świata. Trener Marcello Lippi być może powoła wkrótce Amauriego, kolejnego rodaka Pelego, a niektórzy Włosi nawet nie udają, że chodzi tu o jakieś patriotyczne uczucia i inne anachroniczne imponderabilia, lecz zalecają napastnikowi zastanowić się, w której reprezentacji będzie miał mocniejszą konkurencję w ataku (grafika wzięta z „La Gazzetta dello Sport”):

Dla kogo zagra Amauri?

15:41, rafal.stec
Link Komentarze (7) »

KWINTET NAJLEPSZYCH ZE WSKAZANIEM NA BROŻKA. Nie podziwialiśmy gwiazdy lśniącej od stycznia do grudnia, lecz gwiazdki rozbłyskujące od czasu do czasu. Artur Boruc znów wybijał się ponad szarość kadry na wielkim turnieju, by jesienią stoczyć się do poziomu skandalisty podatnego na wpadki przesądzające o klęskach. Roger Guerreiro też bladł jesienią z każdym meczem. Kuba Błaszczykowski sporo się leczył i opuścił Euro 2008, zanim został bohaterem wspaniałego zwycięstwa nad Czechami. W sumie wszyscy wypadają remisowo, tytułowe wskazanie Paweł Brożek zawdzięcza za postępy robione przez cały rok (12 goli we wszystkich rozgrywkach wiosną, 17 jesienią). Zabrakło mu tylko ładnego występu na mistrzostwach Europy, na które nie pojechał. Z innych przyczyn na wyróżnienie zasługuje Robert Lewandowski, który zaczął rok w drugiej lidze, natychmiast błysnął w pierwszej, strzelał gole w debiutanckich meczach reprezentacji, wreszcie poszalał w Pucharze UEFA. Tak niespodziewanej eksplozji talentu tak młodego polskiego napastnika nie widzieliśmy od czasów Wojciecha Kowalczyka.

TRENER BEZ KOMPLEKSÓW - FRANCISZEK SMUDA. Najstarszy w polskiej lidze, ostatni z pokolenia urodzonych w latach 40., otwarcie kpiący z efekciarskiej nowoczesności młodych wilków szpanujących laptopami. Zakasował wszystkich. Zrobił z Lecha Poznań lidera, przeprowadził go do wiosny w Pucharze UEFA, znów powtarzał swój stary refren, że polscy piłkarze przegrywają w europejskich pucharach głównie wskutek swoich kompleksów. I ze względu na jego własny bilans w międzynarodowych rozgrywkach, o którym już tutaj pisałem, nie wypada go za ten odważny sąd obśmiewać, nawet jeśli wyda się nam, że kardynalnie się myli.

MŁODZIEŻ MŁODA W SKALI EUROPY. Wśród drużyn klubowych zdarzają się zbieraniny niemal juniorskie, jak na standardy narodowych reprezentacji Leo Beenhakker zebrał ekipę naprawdę młodziutką. Popatrzcie na zestaw tworzący dziś pomoc i atak podstawowej jedenastki: Murawski (27 lat), Mariusz Lewandowski (29) - Błaszczykowski (23), Roger Guerreiro (26), Smolarek (27) - Brożek (25). A potem pomyślcie, że pierwszym zmiennikiem napastnika jest Robert Lewandowski (20). To fenomen na skalę europejską, niewiele jest drużyn na kontynencie bez żadnego trzydziestolatka w pomocy i ataku. (A może nawet żadnej? Hiszpanie mają Sennę, Niemcy - Ballacka czy Klosego, Francuzi - Vieirę czy Henry'ego, Anglicy - Lamparda, Beckhama czy Heskeya, Portugalczycy - Deco czy Maniche'a, całej kupy podstarzałych Włochów nie chce mi się nawet wymieniać etc. Rzucam przykłady pierwsze z brzegu, które akurat wpadają do głowy. Ktoś zna jakąś reprezentację obalającą moje przypuszczenie?)

ZŁOTOUŚCI PREZESI. Michał Listkiewicz mężnie zniósł koniec rządów w PZPN. Harował dla dobra polskiej piłki z pasją, mimo że otoczenie permanentnie go oszukiwało, wymieniając się za jego plecami łapówkami i ustalając wyniki jeszcze przed rozpoczęciem meczów. Prezes odchodzący lubił też udzielać wywiadów i przez całą kadencję gadał jak najęty. Prezes przychodzący - Grzegorz Lato - mówi mało, ale jak już palnie, to z grubej i brudnej rury. Mimo wsparcia specjalistów od wygładzania chropowatych powierzchowności nowy ojciec chrzestny naszego futbolu każdym brawurowym kłapnięciem wywołuje poruszenie - albo zrezygnuje z usług Ukrainy i zaproponuje organizację Euro 2012 Niemcom, albo zdziwi się, że wydrukowanie meczu za kilo kiełbasy lub pół litra wódki kogoś oburza. Aż strach pomyśleć, jak zareagują giełdy na jego pierwszy wywiad rzekę.

NAJWAŻNIEJSZY TELEFON. Wykonał go pan profesor prezydent głowa państwa Lech Kaczyński po zwycięstwie Lecha nad Austrią Wiedeń, by całą powagą urzędu pogratulować trenerowi Smudzie awansu do fazy grupowej Pucharu UEFA. Sukces tej rangi nie został prawdopodobnie tak doceniony nigdzie w Europie, tym bardziej chwali się panu profesorowi prezydentowi głowie państwa, że akurat mecz oglądał. Jego radość jest zrozumiała, wcześniej ciężko przeżył niepowodzenie na Euro 2008 Borubara, Parejro i Benhałera. Nic nie wiadomo, czy Smuda odebrał również telefon z pałacu po wygranej w Rotterdamie, czy sukcesy Lecha w rundzie grupowej ocenił pan profesor prezydent głowa państwa surowiej i bezlitośnie je zignorował.
01:30, rafal.stec
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 29 grudnia 2008

Jedną już szef UEFA przeprowadził, ale to rewolucja pozorna. Nad drugą usilnie wraz z szefem FIFA pracuje, a jeśli im się uda, postawi futbol klubowy na głowie.

Nad reformą Ligi Mistrzów - ogłoszoną w roku odchodzącym, obowiązującą od roku nadchodzącego - nie warto się długo pochylać, bowiem wyważa ona otwarte drzwi. By naruszyć hegemonię krezusów z bogatszej części kontynentu, Platini przeforsował zmiany, dzięki którym zagwarantowany awans do fazy grupowej będzie miało pięciu mistrzów krajów sklasyfikowanych w rankingu UEFA poniżej miejsca 15. Tymczasem już w tym sezonie jest ich czterech, do elity przebiła się grupa debiutantów (Anorthosis, Cluj, BATE Borysów, Aalborg, Zenit St. Petersburg), a ligi wschodnioeuropejskie konsekwentnie wspinają się w tabeli, kosztem osuwających się zachodnioeuropejskich. Co miało się stać po zmianach, stało się przed nimi.

Problem - jeśli to w ogóle jest problem - tkwi gdzie indziej. Rośnie przepaść między elitą elit, czyli garstką supermocarstw angielskich, hiszpańskich oraz włoskich, a średniakami. To wsparcie właśnie dla nich miałoby wyraźniejszy skutek, bo biedota w eliminacjach radzi sobie nieźle, natomiast klasie średniej nie wystarcza środków, by zapewnić kibicom jakiekolwiek niespodzianki, nie mówię już o sensacjach, w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Tej jesieni nie przeżyliśmy ani jednej, awansowali wszyscy ci, którzy mieli awansować.

Platini zatem tylko podymił, podpalić pałaców najbogatszych nie zdołał, zawziął się jednak, by im zaszkodzić inaczej. Wraz z Seppem Blatterem, który ideę podrzucił, chcą zmusić kluby do wystawiania w każdym meczu co najmniej sześciu graczy wychowanych w kraju. „Co najmniej wychowanych w kraju”, nie zaś „co najwyżej pięciu obcokrajowców” - ten niuans ma ułatwić negocjacje z Unią Europejską, która zniosła granice między państwami członkowskimi, a wśród swych nadrzędnych wartości wymienia wolność zatrudnienia. Politycy są niechętni, lecz argumentacja szefów futbolu - oparta na idei sportu jako dziedziny osobnej, której zaszkodzą prawa regulujące normalną działalność gospodarczą - coraz częściej ich przekonuje. W listopadzie 27 ministrów sportu z krajów poprosiło Komisję Europejską, by przyjrzała się koncepcji bliżej i ewentualnie zrobiła dla niej specjalny wyjątek.

Do realizacji pomysłu jeszcze daleko, unijni decydenci intuicyjnie się jej sprzeciwiają, więc na razie będziemy się cieszyć Ligą Mistrzów par excellence elitarną, w której grają piłkarze najlepsi, a nie dysponujący odpowiednimi paszportami. Ryzykujemy co najwyżej tyle, że działacze wpadną na ideę zbliżoną do swojej, lecz nie kolidującą z europejskimi pryncypiami. I postawią szlaban dla piłkarzy z innych kontynentów, którzy już dzisiaj nie mają pełnego dostępu do europejskich rynków (ograniczenia są w Anglii, Hiszpanii czy Włoszech, tylko PZPN jak zwykle się zapomniał i umożliwił Antoniemu Ptakowi zamianę Pogoni Szczecin w brazylijski cyrk).

Taki częściowy - obejmujący import graczy najbardziej egzotycznych - zakaz prawdopodobnie wywołałby pożądany przez działaczy skutek, ponieważ od kilkunastu miesięcy nasilił się trend najnowszy, w dziejach transferowych przesunięć bezprecedensowo ekstremalny. Na drużyny złożone wyłącznie z obcokrajowców nikt już nie zwraca specjalnej uwagi, teraz wyróżniać się zaczynają drużyny ograniczające do minimum rolę zawodników ze Starego Kontynentu. Moje prognozy z lata 2007 roku, że niebawem zobaczymy pierwszego uczestnika Ligi Mistrzów bez jednego choćby Europejczyka w składzie, wciąż się nie sprawdziły, ale Inter Mediolan od rekordu coraz częściej dzielą jedno-dwa nazwiska. Popatrzcie na jedenastkę mistrzów Włoch, którą można uznać za podstawową (choć spodziewam się wątpliwości wokół Cruza): Julio Cesar - Maicon, Cordoba, Samuel, Maxwell - Zanetti, Cambiasso, Muntari - Stankovic - Cruz, Ibrahimović. Można ją zapisać też tak: Brazylia - Brazylia, Kolumbia, Argentyna, Brazylia - Argentyna, Argentyna, Ghana - Serbia - Argentyna, Szwecja. W tej grupie Europejczyków ostało się dwóch, lecz trener José Mourinho często wystawia jednego, w dodatku na ławce rezerwowych siadają: Adriano (Brazylia), Burdisso (Argentyna), Mancini (Brazylia), Jimenez (Chile), Obinna (Nigeria), Rivas (Kolumbia), Crespo (Argentyna). Większość tubylców jest na wyginięciu - Włoch Toldo ma 37 lat, jego rodak Materazzi 35, Portugalczyk Figo 36, Francuz Vieira 32. Młodsi są tylko Rumun Chivu (28), włoski syn imigrantów z Ghany Balotelli (18) i Portugalczyk Quaresma (25), a przyszłość w klubie dwóch ostatnich pozostaje w dodatku niepewna.

Nawet jeśli Inter wciąż trzeba uznawać za przypadek skrajny, to inwazja na Europę trwa, mimo hamujących ją przepisów przybiera na sile, zdobywa kolejne niezdobyte dotąd tereny. Ostatnia bariera padła w Anglii (stawia obcokrajowcom wysokie wymagania - daje pozwolenie na pracę tylko reprezentantom swoich krajów), która wreszcie zaufała Brazylijczykom. Do niedawna do Premier League, zwłaszcza do ścisłej czołówki, „Canarinhos” właściwie nie mieli wstępu, teraz zatrudnia ich prawie każdy klub z ambicjami - Manchester Utd (Anderson, bracia Rafael i Fabio da Silva, Possebon), Manchester City (Robinho, Elano, Jo), Liverpool (Lucas, Fabio Aurelio), Chelsea (Alex, Belletti i mimo wszystko Deco), Tottenham (Gomes, Gilberto), Arsenal (Denilson), Newcastle (Cacapa) etc.

Co wobec zabiegów egzotycznego sojuszu Blattera z Platinim prowokuje do jeszcze jednego pytania - czy po zmianie przepisów Inter i inne potęgi (w niedawnym hicie Arsenalu z Liverpoolu wystąpiło dwóch Anglików) musiałyby z dnia na dzień wystawić na sprzedaż 20 piłkarzy i kadrę budować niemal od zera?

16:42, rafal.stec
Link Komentarze (31) »
niedziela, 28 grudnia 2008

Kraina to, trzeba koniecznie dodać, szczęśliwa i pełna dobrobytu, dzięki trwającej od lat hossie zakochana w samej sobie. Polskim siatkarzom brakuje co najwyżej tylko drobiazgów. Niestety, wciąż tych najważniejszych.

O potędze detalu w wyczynowym sporcie na najwyższym poziomie, ze szczególnym uwzględnieniem siatkówki, znów przekonaliśmy się najboleśniej, czyli na własnej skórze. Po przegranym ćwierćfinale igrzysk olimpijskich w Pekinie jak zwykle wzdychaliśmy nad okrucieństwem losu. Dlaczego dramatyczny tie-break wygrali akurat Włosi? Dlaczego pojedyncze muśnięcia piłki wreszcie nie sprzyjały Polakom? Jak pogodzić się z porażką, gdy od zwycięstwa odróżnia ją niedostrzegalne, a rzecz dzieje się w dyscyplinie skażonej zatrzęsieniem nieuniknionych sędziowskich wpadek, bo ludzkie oko wciąż nie umie zatrzymać ruchu piłki stopklatką i ustalić jej położenia z milimetrową precyzją?

Do gonitwy myśli wykrzywionych żalem uprawniała dramaturgia chwili, z czasem wspomnienie porażki nabrało cierpkiego smaku. Skoro decydują niuanse, nie wolno doprowadzić do piątego seta w meczu z rywalem, który żyje przeszłością (supermocarstwem był w latach 90.), a na igrzyska przywiózł drużynę podstarzałą i schorowaną, żeby nie powiedzieć - ledwie dyszącą. Nie wolno zwłaszcza grupie doskonale przygotowanej do turnieju, wygłodniałej, rozpieranej energią i ambicjami. Zbyt łatwe pogodzenie się z kolejnym niepowodzeniem grozi wątpliwościami bliskimi rozpaczy - jeśli się nie udało, gdy polscy siatkarze mieli wszystko, dlaczego sądzić, że kiedykolwiek się uda?

Od lat wszyscy goście zza granicy rozglądają się po siatkarskiej Polsce jak po raju. Nie z kurtuazji, wcale nie muszą udawać - nasza liga kwitnie, kasa płynie szerokim i głębokim nurtem, sponsorzy dopisują, FIVB przyznała nam organizację mundialu, telewizja pokazuje siatkówkę na żywo niemal codziennie (co czyni nas prawdopodobnie światową awangardą), renomowani obcokrajowcy (gracze i trenerzy) przyjeżdżają coraz chętniej, kibice oblegają hale i na grę reagują niemal ekstatycznie. Idylla. Idylla doprawiona jeszcze satysfakcją - niekiedy z trudem skrywaną satysfakcją - z kłopotów konkurencji. Piłka nożna jest przecież słabsza sportowo i zmaga się ze stadionowym chuligaństwem, o koszykówce ludzie prawie zapomnieli, piłka ręczna długo nie doścignie najpopularniejszych gier etc. Siatkówka z wielu względów ma prawo czuć się królową dyscyplin zespołowych, a zarazem popaść w samouwielbienie. I bez profesury z psychologii wiadomo przecież, że nic tak nie utwierdza w przekonaniu o własnym bogactwie, jak bieda sąsiadów.

Na szczęście bez stale przywożonych drobiazgów w kolorach złotym, srebrnym lub brązowym wciąż czujemy niedosyt. Na szczęście, bowiem miarą statusu męskiej siatkówki pozostaje także skala niedosytu po prestiżowych turniejach, na których Polacy nie zdołali doskoczyć do podium.

W roku 2008 nie doskoczyli ani razu. Na igrzyskach przynajmniej pozostawili dobre wrażenie, przez resztę czasu nie było ani wyników, ani stylu. Mizernie wypadł turniej finałowy Ligi Światowej, do którego przeturlali się przez skandalicznie słabą grupę eliminacyjną, mizernie wyglądały kwalifikacje do mistrzostw Europy, w których naszych zamęczyli skandalicznie słabi Estończycy i Czarnogórzanie, a w barażach napędzili im stracha tylko trochę bardziej zaawansowani siatkarsko Belgowie. Całość składa się więc z osłodzonego ładną grą i emocjami rozczarowania olimpijskiego, występów zanudzająco przeciętnych oraz serii mniej lub bardziej przykrych wpadek.

Równolegle przez okrągły rok przekonywaliśmy się, że nie wystarczy do elity aspirować, by zachować godną elity klasę poza boiskiem. Wokół reprezentacji Polski powietrze psuło wiele incydentów i incydencików - znów te przeklęte drobiazgi! - wywołujących oburzenie, niesmak lub, w najlepszym razie, zażenowanie, a ich bohaterami byli i ważne osobistości PZPS, i były już selekcjoner kadry.

Atmosferę truła narastająca wrogość między Raulem Lozano a działaczami (nikt nigdy nie sprawdzi, czy i jak wpłynęła na wyniki), współpraca skończyła się w kiepskim stylu z winy obu stron, Argentyńczyk na pożegnanie oskarżył siatkarzy o dezercję, Mariusz Wlazły w odpowiedzi wyrzucił z siebie frazy, które każą sądzić, że w drużynie od dawna nie czuł się dobrze. Potem ruszył tzw. konkurs na nowego selekcjonera, też wywołujący wrażenie - nazywam rzeczy ze świąteczną powściągliwością - co najmniej niepoważnego. Brał w nim trener, który w ogóle się nie zgłosił, lecz PZPS dzwonił do niego po prośbie, teraz uczestniczy w nim - zdaniem prominentnych postaci naszej siatkówki (Waldemar Wspaniały) - trener, którego nie ma nawet na liście uczestników. Ba, mają się toczyć z tymże Ferdinando de Giorgim sekretne negocjacje, choć oficjalnie do finału przeszli zupełnie inni fachowcy. Wreszcie w komisji oceniającej kandydatów zasiada prezes Skry Bełchatów, czyli człowiek pozostający w ewidentnym konflikcie interesów - o posadę selekcjonera ubiega się jego obecny podwładny.

Siatkówka detalami stoi, więc znów detale wyliczam, kierowany głębokim przekonaniem, że i tym razem mogą przesądzać o wynikach - także w stosunkowo odległej przyszłości, w której już nie będziemy o minionych sprawach pamiętać. Detale w swoim nagromadzeniu o tyle niepokojące, że wybór i ułożenie sobie współpracy z selekcjonerem reprezentacji to misja zbyt delikatna i newralgiczna, by już na wstępie ubabrać ją niejasnościami i kontrowersjami. Kibicowski entuzjazm też się kiedyś wyczerpie, a koniunktura - o czym obracający milionami siatkarscy decydenci powinni wiedzieć - osłabnie, jeśli za marketingową dmuchawą nie przyjdzie bezdyskusyjny sportowy sukces. Zwłaszcza gdy moc odzyskają - co wydaje się prędzej czy później nieuniknione - konkurencyjne dyscypliny.

Na razie siatkówka utrzymuje wyraźną przewagę, po wyborze selekcjonera kadry PZPS-owi wystarczy pochylić się nad ostatnią zaniedbaną działką - szkoleniem. Gdyby zbudował nowoczesny system, miałby szansę zachować prekursorską pozycję w całym polskim sporcie i rozpocząć niebawem kolekcjonowanie owych ostatnich niezbędnych drobiazgów - medali imprez rangi mistrzowskiej. Presja będzie rosła. Kraina wiecznego niedosytu nie chce więcej rozpamiętywać jednego wypadu na podium przez ćwierć wieku, ani pocieszać się, że igrzyska w Pekinie mimo wszystko wypadły lepiej niż jakiekolwiek inne od wielu, wielu lat. Dlatego przed rokiem 2009 życzę siatkówce, byśmy nigdy nie mieli powodu westchnąć, że Niemcom oddaliśmy selekcjonera lepszego (Raula Lozano), a zatrudniliśmy gorszego.
23:11, rafal.stec
Link Komentarze (6) »

Dark Side of the Moon 

Dwa dramatyczne, bezprecedensowe epizody, jeden fantastyczny mecz, tradycyjna smuta po wielkim turnieju, wpadki sfrustrowanego selekcjonera - to był reprezentacji Polski rok pod wysokim napięciem.

Epizod pierwszy: Howard Webb dyktuje rzut karny w ostatnich minutach meczu Euro 2008 z Austrią, Polacy remisują 1:1, zamiast wygrać, kibice uznają decyzję sędziego za, eufemizując, kontrowersyjną. Kraj wrze, najmężniejsi patrioci chcą najeżdżać włości brytyjskiego arbitra, napięcie eskaluje nawet premier Tusk. Reprezentacja kraju po raz pierwszy w swojej historii traci punkty w ważnym turnieju wskutek domniemanej pomyłki sędziego w ostatniej akcji.

Epizod drugi: piłkarze Beenhakkera w mgnieniu oka (i znów w końcówce!) trwonią prowadzenie ze Słowacją, zamiast wygrać na wyjeździe 1:0, przegrywają 1:2. Reprezentacja przeżywa traumę, która dopada każdą drużynę świata, lecz naszą jakoś dotąd omijała - nigdy wcześniej nie przegraliśmy spotkania o wysoką stawkę w równie okrutnych okolicznościach, po niewyjaśnionym spiętrzeniu pecha i nieudolności na dystansie kilkudziesięciu sekund, jak na złość tuż przed ostatnim gwizdkiem, by nie było czasu na ochłonięcie i odrabianie strat.

Oba epizody miały znaczenie nie do przecenienia. Zwycięstwo nad Austrią dałoby piłkarzom silnego motywacyjnego kopniaka, bo zachowaliby realne szanse na wyjście z grupy i czekałoby ich starcie z Chorwacją o awans - sensacyjny awans - do ćwierćfinału mistrzostw Europy. Zwycięstwo nad Słowacją dałoby pozycję lidera i w ogóle nadzwyczaj komfortową sytuację w eliminacjach do mundialu.

Co oczywiście nie znaczy, że należy lamentować wyłącznie nad pechem i ogłaszać, że bez papieża Polaka nie możemy więcej liczyć na dobre układy w niebie. Na wygranie z Austrią kadra z przebiegu gry raczej nie zasługiwała (swojego gola strzeliła ze spalonego), a wpadkę słowacką sprowokował kardynalny błąd Artura Boruca, który był logicznym następstwem jego postępującego sportowego upadku.

Po Euro 2008 naród się po części rozszlochał, a po części wściekł. Choć Polacy obudzeni w środku nocy i na wpół nieprzytomni wyrecytują diagnozę o zapaści okolicznego futbolu, to przed każdym turniejem przeczuwają niesłychany sukces. Ba, żądają niesłychanego sukcesu.

Mnie nie wypada dziś psioczyć, bo w przededniu mistrzostw zadeklarowałem na łamach oczekiwania skromne, na miarę naszych możliwości. Chciałem, by piłkarze wreszcie dali nam trochę emocji, nie przygnębili beznadzieją już w pierwszym meczu, zdobyli jakieś punkty przed odpadnięciem z rywalizacji (na poprzednich mundialach wygrywali - z USA i Kostaryką - dopiero, gdy nie zostało nic do wygrania), utrzymali się w grze po ostatnią kolejkę. I swoje dostałem.

Ale satysfakcji nie. Głęboki zawód sprawił zwłaszcza ostatni mecz, z pewną już awansu do ćwierćfinału Chorwacją, który Polacy przegrali po niechlujnych boiskowych wypocinach, wykazując co najwyżej śladową wolę walki. Chcieli bić się z późniejszymi wicemistrzami Europy Niemcami, zabrakło im sekund do zwycięstwa nad potwornie zdeterminowaną Austrią, by z turniejem pożegnać się w stylu zawstydzającym. Do czego przyczynił się uchodzący za znakomitego motywatora Beenhakker. Po remisie z gospodarzami załamany obwieścił, że stracił wiarę w awans. I ognia kadra już nie odzyskała.

Gdybym miał zgłaszać swoje pretensje do selekcjonera za miniony rok, wytknąłbym mu właśnie nagłą woltę w jego narracji o polskiej piłce. Spoglądający ponoć wyłącznie na jasną stronę księżyca Holender przestał opowiadać bajki, że polski piłkarz potrafi, a zaczął narzekać - jeszcze podczas mistrzostw - że nie potrafi.

Niesatysfakcjonujący poziom gry reprezentacji na Euro 2008, chyba ustępujący poziomowi z eliminacji, zrozumieć stosunkowo łatwo. Wiosną zespół się stopniowo rozpadał, na życiowo-sportowych zakrętach nie wyrobili nawet kapitan Żurawski i najważniejszy napastnik Matusiak, w klubie przestały grać gwiazdy Krzynówek i Smolarek, przed turniejem kontuzji doznał Błaszczykowski etc. Na kadrę spadły nokautujące, przetrącające jej kręgosłup ciosy, których nie musiały znosić grupy Jerzego Engela i Pawła Janasa przed mundialami w 2002 i 2006 roku. Nie posłaliśmy na turniej dania przyrządzanego w eliminacjach, lecz niezjadliwą papkę upichconą z ocalałych ochłapów. (Mogło być jeszcze gorzej - gdyby Beenhakker posłuchał rozegzaltowanych podpowiadaczy i dokonał kadrowej rewolucji totalnej).

Właściwie nie powinienem narzekać, że selekcjoner przestał śpiewać o nieskończonym talencie polskich kopaczy, skoro nigdy mu nie wierzyłem. Wierzyli mu jednak piłkarze i kibice, wypracował sobie Beenhakker wizerunek doświadczonego fachowca z innego świata, który widzi w naszym futbolu więcej niż my, po czym przekonuje do swoich racji wynikami. Przez zaskakujące publiczne tyrady o okolicznym dziadostwie, skądinąd merytorycznie trafne, wyszedł z roli. I osłabił swoją wiarygodność.

Spójny dotąd wizerunek osobistości wyrastającej ponad nędzę polskiego środowiska piłkarskiego naruszał Holender także wcześniej oraz później. Gdy wybuchła debata o nadzwyczajnym trybie naturalizacji Rogera, wpychał sceptyków do drewnianych chatek, czyli, mówiąc po naszemu, do ciemnogrodu. Gdy po Euro 2008 dostawał trudne pytania od dziennikarzy, reagował agresją. Gdy zaczął być po chamsku atakowany w mediach, zniżał się niekiedy do poziomu adwersarzy. Wreszcie jesienią wdawał się w pyskówki z działaczami, Antoniego Piechniczka musiał wręcz przepraszać.

Frustrację Beenhakkera można poniekąd zrozumieć - pracuje w otoczeniu modlącym się o jego klęskę, wielu typów o marnej reputacji na wyścigi obrzuca go gnojem. Ale skaz na jego wizerunku, wcześniej prawie nieskazitelnym, tak czy owak przez cały rok 2008 przybywało.

Na szczęście dla reprezentacji zaawansowaną jesienią - po kiepskim, niepokojącym lecie - selekcjoner obronił się sportowo. Piłkarze robili błyskawiczne postępy, podarowali nam fantastyczny triumf nad Czechami, zakończyli rok okazałymi sparingami i gdyby nie owe nieszczęsne kilkadziesiąt sekund na Słowacji, zaliczyliby połówkę sezonu bliską ideału. Jeśli trend się utrzyma, będziemy świadkami zjawiska niezwykłego. Kompletnej pokoleniowej zmiany w reprezentacji, która, choć przeprowadzana w alarmowym trybie i ekspresowym tempie, odbyła się niemal bezboleśnie. I dała fundament drużynie zdolnej przetrwać do Euro 2012.

Schyłek roku w ogóle dał nadzieję, bo naszych przedstawicieli w europejskich rozgrywkach wreszcie nie wygrzmocili bliżej niezidentyfikowani rywale z futbolowych peryferiów. Najmocniejszy Lech przetrwał nawet do wiosny, przyzwoitym przeciwnikom w fazie grupowej Pucharu UEFA albo odbierając punkty (Nancy, Deportivo La Coruña, Feyenoord), albo przegrywając z nimi minimalnie (CSKA Moskwa). A najpierw poznaniacy powalili Austrię Wiedeń w ostatniej minucie dogrywki, dzięki czemu wiemy, że nie ma mowy o spisku mocy nadprzyrodzonych - jeśli Polacy grają z klasą, horrory w końcówkach i dla nich mogą się kończyć wspaniale.
10:29, rafal.stec
Link Komentarze (24) »
sobota, 27 grudnia 2008

Najpierw wizją stadionów zarezerwowanych dla najbogatszych kibiców straszyła Anglia. Naśladowców jednak przybywa. Nawet w Brazylii.

Po wygraniu mistrzostw stanu (odbywają się wiosną) szefowie Palmeiras zażądali za najtańszy bilet na mecz otwierający ligę ogólnokrajową (trwa przez resztę roku) 40 reali, co oznaczało podwyżkę o 30 proc. w stosunku do poprzednich spotkań i podwyżkę o 100 proc. w stosunku do cen sprzed roku. - To sposób na selekcjonowanie publiczności i wyższe przychody - wyjaśniał wiceprezes Ebem Gaultieri. - Drużyna gra dobrze, tylko dwa razy w miesiącu występuje na swoim stadionie.

Fani się wściekli. Kibicowska organizacja Mancha Verde zbojkotowała mecz z Internacionalem, na który przyszło 10 tys. ludzi - najmniej w sezonie. Na jej siedzibie zawisnął transparent z napisem „Futbol jest dla ludzi”.

Palmeiras nie złamało żadnego tabu, trend zagarniania na stadiony tylko najzamożniejszej warstwy społeczeństwa ogarnia cały tamtejszy futbol. Przykład dała brazylijska federacja, która ograniczyła dostęp do meczów reprezentacji kibicom marnie zarabiającym, lecz rozśpiewanych i roztańczonych przez pełne 90 minut. Oni coraz częściej muszą zadowolić się oglądaniem na żywo treningów Selecao. Korespondent „World Soccera” Brian Homewood pisał przed kilkoma miesiącami: „Zamiast odstraszającego ryku tłumu, który wita rywali wbiegających na boiska w Argentynie, Urugwaju czy Paragwaju, wymachujący cyfrowymi kamerami brazylijscy fani wydają z siebie jęk osiągający szczyt, gdy piłki dotyka Kaka. Gwizdać zaczną, kiedy po półgodzinie ich piłkarze nie będą prowadzić 3:0, szydząc z przeciwnika zagraniami piętą i strzałami z przewrotki”.

Pęd do wyższych przychodów z meczu zagroził także lokalnym stacjom radiowym. Atletico Paranaense zaczęło pobierać kilkanaście tysięcy reali za prawo do transmisji jednego meczu, rzucono pomysł, by zabronić biegania wzdłuż boiska popularnym tam reporterom, którzy wyciągają mikrofony w kierunku gracza fetującego strzelenie gola, by słuchacze poczuli jego radość. Te ruchy pozbawiłyby frajdy miliony kibiców, których nie stać na płatną telewizję lub po prostu lubią słuchać komentarza radiowego w trakcie oglądania transmisji.

Brazylijscy działacze czerpią wzory z namiętnie podglądanej Premier League. Czerpią wybiórczo. O ile Anglicy importują piłkarzy najwyższej klasy światowej i podnoszą standard stadionów, o tyle niemal wszyscy najzdolniejsi, bardzo zdolni i średnio zdolni następcy Pelego uciekają do Europy, a na porzuconych przez nich obiektach wciąż stoi się albo siedzi na betonowych blokach. Tamtejsze kluby nie umieją nawet zorganizować sprzedaży wejściówek. Właśnie kibice Palmeiras spędzili wiosną całą noc pod kasami, by dostać się na stanowy finał z Ponte Preta. Rano dowiedzieli się, że bilety wyprzedano, i sfrustrowani starli się z policją.

Drożyzna jest metodą, by noce spędzali w domach. Wkrótce w wielu zakątkach świata pokaźna część kibiców będzie musiała chyba zaciągać kredyty, by pójść na mecz. Tylko jaki bank kredyty im dzisiaj przyzna?

PS To kolejny wyimek z piłkarskiego podsumowania roku, które przeczytacie w najbliższej „Gazecie Sport”. Inne są tutaj, tutaj i tutaj. Następne w przygotowaniu.

11:53, rafal.stec
Link Komentarze (29) »
środa, 24 grudnia 2008

Zgodnie z obietnicą daję tutaj kolejny fragment z piłkarskiego podsumowania roku, które w całości znajdziecie w najbliższym wydaniu „Gazety Sport”. Tym razem proponuję swoją drużynę marzeń, zapewne miejscami dyskusyjną, bowiem nie sposób znaleźć piłkarzy utrzymujących zachwycającą formę przez pełne 12 miesięcy - od zimy do zimy.

Doborową jedenastkę układam w sposób chyba wciąż najpopularniejszy w europejskiej piłce, choć oczywiście przedstawiona taktyka 4-2-3-1 bywa modyfikowana i przybiera wiele wariantów pokrewnych. Moja propozycja jest, pomimo miejsca dla aż dwóch defensywnych pomocników, ma wskroś ofensywna, bowiem żaden z wyróżnionych graczy drugiej linii nie należy do gatunku skupionego wyłącznie na rozbijaniu natarć przeciwnika. Chciałem jednak uhonorować maksymalną liczbę piłkarzy, którzy najbardziej na pochwały za miniony rok zasłużyli, a gdybym miał ich wypuścić na boisko, liczyłbym, że będą bez końca utrzymywać się przy piłce.

Wśród bramkarzy konkurencji nie miał Iker Casillas. Bez niego Real Madryt nie zdobyłby mistrzostwa kraju, bez niego Hiszpanie nie zdobyliby mistrzostwa Europy. W lidze był najbardziej zapracowanym golkiperem sezonu (licząc i obronione strzały, i w ogóle wszelkie ważne interwencje, musiał reagować częściej nawet od golkiperów spadkowiczów!), na Euro 2008 nie puścił gola w fazie pucharowej, w ćwierćfinale wygrywając prestiżowy pojedynek z Gianluigim Buffonem. Jesienią wypadał słabiej, choć i ją zwieńczył spektakularnym popisem na Camp Nou, broniąc rzut karny i zapobiegając wysokiemu zwycięstwu Barcelony. Skończył ledwie 27 lat, już zasłużył na miano najlepszego bramkarza w dziejach hiszpańskiego futbolu, na finiszu kariery ma szansę uzbierać stos zaszczytów wyższy od Santiago Bernabeu. Z absolutnego szczytu zamierza nie zejść do roku 2017... Rezerwa: Edwin van der Sar.

Na prawej obronie wystawiam Maicona, w mojej superekipie jedynaka z przeżywającej chudszy okres włoskiej Serie A. Brazylijczyk występuje w niemal wszystkich meczach Interu Mediolan, potrafi niekiedy zasłużyć się dla trzech z czterech zdobytych goli (4:2 z Chievo), kiedy pewnej niedzieli kibice go wygwizdali, to szybko zrobiło im się głupio, bo wygwizdany okazał się grać z ciężką kontuzją, na własną prośbę, mimo sprzeciwu lekarzy nie dowierzających, że wytrzyma. No i ten fantastyczny finisz - ilu znacie bocznych obrońców, którzy strzelili ostatnio dwa gole (jak Brazylijczyk w sobotnim meczu w Sienie) i dali drużynie zwycięstwo 2:1? Rezerwa: Dani Alves (rodak Maicona, w przeciwieństwie do mistrza Włoch nie zdobył żadnego trofeum).

Na środek defensywy wkładam Rio Ferdinanda i Nemanję Vidicia z Manchesteru Utd. To duet, powiedziałbym, klasyczny: dobry policjant obok złego, czysto grający elegant obok nieprzebierającego w środkach, szorstkiego nieokrzesańca. Razem wzięci nie do przejścia, zwłaszcza dośrodkowanie piłki nad ich głowy nie ma żadnego sensu, bo zawsze dopadną jej pierwsi i wybiją. Twardsza ludzka tarcza nie chroni żadnego bramkarza w Europie, choć pojedynczych obrońców dorównujących im klasą znaleźć się da. Carles Puyol i Giorgio Chiellini (obaj znakomici na Euro 2008) siadają jednak na ławce rezerwowych.

Obsadzenie lewej flanki na tyłach sprawiło mi najwięcej kłopotu. Ta pozycja, niegdyś zdominowana przez Roberto Carlosa, nie ma osobowości formatu szalejących po drugiej stronie Maicona oraz Daniego Alvesa. Metodą eliminacji najłatwiej pozbyłem się Philipa Lahma i Jurija Zirkowa (bohaterów ME), po czym wybierałem między Erikiem Abidalem z Barcelony oraz Patricem Evrą z MU. Pierwszy jest bardziej uniwersalny (grywa także w środku), drugi huczniej hasa w ataku, więc niezdecydowany chciałem odwołać się do osądu prowadzącego reprezentację Francji - selekcjonera zresztą beznadziejnego - Raymonda Domenecha. Nie pomaga, wystawia obu, choć Abidala właśnie w centrum. Dlatego ja też wybieram obu. Będzie decydować, jak mówią trenerzy, dyspozycja dnia (słabszy wyląduje w rezerwie), z przewagą Evry w dniach, w których potrzeba będzie frontalnego ataku. I pomyśleć, że Barcelona widzi w krytykowanym za nieśmiałość w grze ofensywnej Abidalu słabsze ogniwo drużyny i szuka następcy...

Tuż przed defensywą będą u mnie panoszyć się Xavi oraz Steven Gerrard, czyli przywódcy o zupełnie odmiennych właściwościach. Hiszpan kierował grą i kontrolował jej tempo u mistrzów Europy oraz bohaterów jesieni z Barcelony, pełniąc funkcję lidera - używam tego słowa z rozmysłem skażonym lękiem przed narażeniem się na śmieszność - intelektualnego, dbającego o równowagę w drużynie i wybór optymalnych opcji ataku. Anglik ustępuje mu techniką i talentem organizacyjnym, natomiast zdaje się panować nad emocjami wszystkich kolegów z drużyny. Rozpala je lub schładza, w zależności od potrzeb, a gdy sytuacja robi się zła, bierze sprawy we własne nogi i samodzielnie rozstrzyga mecze Liverpoolu. Rezerwa: Marcos Senna i Cesc Fabregas. (Hmm, zaczyna we mnie kiełkować herezja, że tak wyposażeni Hiszpanie mogą powalczyć o mistrzostwo świata...)

Kwartet biegający najbliżej bramki przeciwnika oddałby się rozkoszom totalnej wymienności pozycji, wzorowanej na stylu Romy Luciano Spalettiego z jej najlepszego okresu. O skrzydłowych Cristiano Ronaldo oraz Leo Messim nie napiszę ani słowa, bo ogólnoplanetarna polemika, kto lepszy, wyczerpała już wszystkie istniejące argumenty. Są doskonali i basta, a kontrast między potworną mocą strzału Portugalczyka oraz delikatnymi trąceniami piłki Argentyńczyka żadnemu nie ubliża, lecz wzmaga zachwyt na bogactwem najfajniejszej z gier. W rezerwie dla obu wirtuozów trzymałbym Francka Ribery'ego oraz Arjena Robbena.

Między skrzydłowymi hulałby Andriej Arszawin, triumfator Pucharu UEFA oraz gwiazdka mistrzostw Europy, który wciąż nie wyjechał z Sankt Petersburga tylko dlatego, że Rosjanie zastosowali brutalne metody szantażu - faraońską pensję, podstawianą na skinienie limuzynę i wszelkie inne dostępne luksusy. Fernando Torres natomiast wreszcie wyrwał się z madryckiego Atletico - jeszcze w roku 2007 - by wiosną skończyć debiutancki sezon w lidze angielskiej w glorii wicelidera klasyfikacji strzelców. Nie potrzebował kwarantanny, piekielnie konkurencyjne rozgrywki wziął szturmem, nawiązał wspaniałą współpracę z Gerrardem, by latem przyłożyć gola w finale Euro 2008. (Naprawdę, pomyślcie chwilę, Hiszpanom do mundialowego odlotu nie brakuje niczego...)

Tandem na szpicy zmienników miałby w spryciarzu Davidzie Villi z Valencii, a także postrzelonym Zlatanie Ibrahimoviciu ze Interu, wirtuozie z najsprawniejszą piętą wśród futbolistów (zawdzięcza jej gole, asysty, kluczowe podania i sprawne obieranie cebuli pewnie też). Jeśli dojrzeje i wraz z trenerem Jose Mourinho wreszcie zainspiruje klub do międzynarodowego sukcesu, stanie się poważnym pretendentem do nagrody piłkarza roku 2009 - roku bez wielkiego turnieju reprezentacyjnego, więc nawet przeciętność jego szwedzkich kumpli z reprezentacji kraju nie będzie kulą u nogi.

Jak już poświętujecie, to oczywiście czekam na wasze propozycje superjedenastki (koniecznie wraz z ustawieniem taktycznym).

Dream Team 2008

15:59, rafal.stec
Link Komentarze (97) »
wtorek, 23 grudnia 2008

Szkoda Cesca Fabregasa (21 lat), który kontuzję kolana będzie leczył niemal do końca sezonu, szkoda całego Arsenalu, na którego w 2008 roku spadła cała kupa nieszczęść - od ciężkich urazów Eduardo (25) i Rosicky'ego (28), przez notoryczne urazy van Persiego (25) i utratę (bez finansowej rekompensaty) Flaminiego (24), po wyskoki niesubordynowanego Gallasa (31), wynoszącego z szatni brudy i piorącego je na łamach prasy. Wszyscy wymienieni biją dziecięce gwiazdki londyńczyków doświadczeniem - wynikającym albo z wieku, albo ze stażu w lidze angielskiej - i mam wrażenie, że ich stała obecność na boisku dałaby drużynie wyższe miejsce w tabeli niż piąte. Odetchnąłby też trener Arsene Wenger, poddawany zmasowanej krytyce za uparte eksperymentowanie z chłopcami posyłanymi do walki z dorosłymi mężczyznami.

Jeszcze przed kontuzją Fabregasa, najważniejszego piłkarza drugiej linii Arsenalu, francuski szkoleniowiec nasłuchał się, że powinien czym prędzej pozyskać klasowego środkowego pomocnika - otrzaskanego z poważnym futbolem, nie takiego, którego trzeba przysposabiać do grania między Lampardami i Gerrardami. Czy teraz wypadałoby kupić aż dwóch?

Na razie angielskie gazety huczą od plotek o niechybnym transferze Andrieja Arszawina (27 lat), gwiazdy reprezentacji Rosji oraz Zenitu Sankt-Petersburg. Piłkarza od nieco innych zadań, w dodatku prowokującego spore ryzyko. Rosjanie niespecjalnie aklimatyzują się na Zachodzie, po Aleksandrze Mostowoju, niegdysiejszym idolu kibiców Celty Vigo, znaczącej kariery nie zrobił nikt.Sprawa intryguje z innego względu. Choć szefowie Zenitu pogodzili się już z utratą wyrywającego za granicę Arszawina, to żądają za niego 20 mln funtów. Gdyby Wenger je wyłożył, pobiłby klubowy rekord i wyparł się swojej świętej zasady, że Arsenal nigdy nie epatuje transferowymi megahitami, czyli nie płaci nieprzyzwoicie dużych pieniędzy za ukształtowanych już graczy.

To byłaby druga w ostatnim czasie sensacyjna wolta Francuza, który na początku grudnia ogłosił, że w Pucharze Anglii nie będzie ryzykował z wystawianiem gołowąsów, bowiem po trzech sezonach bez trofeum wreszcie chciałby jakieś zdobyć. Od tamtego czasu nie powtarza już swojej ulubionej tezy, iż meczów nie wygrywa się metryce, lecz inteligencji.

Jeśli Wenger rzeczywiście wznieca rewolucję we własnej głowie, Arsenal - poważnie zagrożony sezonem 2009/2010 bez Ligi Mistrzów - może tylko zyskać (choć mam wątpliwości, czy akurat dzięki Arszawinowi). Sam trener zresztą też - w tym zawodzie elastyczność i gotowość do zmiany poglądów to zalety bezcenne.

18:07, rafal.stec
Link Komentarze (23) »
niedziela, 21 grudnia 2008

Śmiertelna choroba przenoszona drogą pucharową dopada ostatnio każdego, kto soczyście wycałuje trofeum przyznawane po finale Ligi Mistrzów, zwane pieszczotliwie Wielkimi Uszami. Jego zdobywcy w następnym sezonie wyglądają wiotko, blado, prawie suchotniczo. I osiągają wyniki poniżej poziomu elementarnej przyzwoitości.

O obronie tytułu szkoda w ogóle gadać, po 2004 roku żadna drużyna pozująca na najlepszą w Europie nie dobiła do marnego ćwierćfinału. Odpadło w 1/8 finału Porto, odpadł Liverpool, odpadła Barcelona, odpadł Milan. Z różnych przyczyn i w różnych okolicznościach, każdy przypadek miał osobną historię.

Zarazki dodatkowo infekujące piłkarzy objedzonych sukcesem w Pucharze Europy postanowił rozpylać - zawsze przed świętami - Sepp Blatter. Szef FIFA przed trzema laty przywrócił do życia klubowe mistrzostwa świata, rozgrywki o szyldzie cudacznie napuszonym w stosunku do ich rzeczywistej rangi oraz niziutkiej sportowej klasy większości uczestników. On, moralista ze świętym oburzeniem potępiający komercjalizację futbolu, przyrządził turniej potworka, dzięki któremu zarabia kupę szmalu, a europejskie i południowoamerykańskie drużyny wybija z uderzenia, zmuszając do eskapady na drugi koniec świata.

Owszem, z tym „zmuszaniem” lekko przesadzam, bo szefowie Manchesteru doceniają marketingowy wymiar wyprawy do zakochanych w Premier League Japończyków. Ale ja myślę przede wszystkim o kryteriach sportowych. Kiedy istniał jedynie Puchar Interkontynentalny, czyli pojedynczy mecz najlepszymi klubami Europy i Ameryki Południowej, można było przylecieć, zagrać i wrócić. Teraz tradycyjne 90 minut rozdęto do całego turnieju, faworyci rozgrywają tzw. półfinał, czyli odpokutowują czystą formalność, muszą zaaklimatyzować się w innej strefie czasowej, by później wracać do domów i znów się przystosowywać. (Dlaczego zawsze grają w Jokohamie, dlaczego FIFA nie przyznaje organizacji zawodów także innym kontynentom, w tym Europie czy nieodległej Afryce? Oczywiście pytam retorycznie - kasa, Misiu, japońska kasa).

Piłkarze z naszych okolic wygrywają - albo przegrywają - finał rzekomych MŚ, a potem płacą za tę przyjemność słony rachunek w Europie.

Barcelona po grudniu 2006 roku ewidentnie osłabła w lidze hiszpańskiej. W 14. kolejkach przed klubowym mundialem zebrała 33 punkty. W 14. kolejkach po mundialu - zaledwie 23 punkty. No i błyskawicznie odpadła z LM.

Ludzie Milanu przez cały miniony sezon narzekali, że wyprawa na Daleki Wschód kompletnie ich rozbiła i wyczerpała psychofizycznie. Rozgrywki Serie A skończyli na piątym miejscu, z LM wylecieli, powtórzmy, w 1/8 finału.

Teraz padło na Manchester, przedstawiciela ligi angielskiej, która na domiar złego nie odpoczywa nawet w czasie świąteczno-noworocznym. Trener Alex Ferguson wie, co go czeka. Przed zakończonym kilka godzin temu meczem z ekwadorskim Liga de Quito w Jokohamie mówił: - Zdaję sobie sprawę, że ten turniej może nas drogo kosztować. W półfinale efekt jet lagu działał mocniej niż się spodziewałem [Manchester prowadził z Gamba Osaka 5:1, by stracić dwie bramki w końcówce - red.], a wielu piłkarzy jeszcze do dzisiaj nie potrafi nocą zasnąć.

Ferguson dodał też, że nie ma pojęcia, jak obolałe głowy piłkarzy - już mający całkiem sporą stratę do liderującego Premier League Liverpoolu - zniosą granie natychmiast po przylocie do Anglii. Dziś się uśmiechał, bo finałowe zwycięstwo odnieśli w naprawdę ładnym stylu. Powrót na ziemię czeka jego drużynę w piątek. Wczesnym popołudniem stoczą wyjazdowy bój w Stoke.

A w lutowej 1/8 finału Ligi Mistrzów - owej przeklętej dla obrońców trofeum barierze nie do przejścia - czyha Inter Mediolan z niejakim Jose Mourinho, który wroga na wpół omdlałego ubiłby ze specjalną uciechą.

15:06, rafal.stec
Link Komentarze (40) »
 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum
Tagi