RSS
poniedziałek, 31 grudnia 2007

Niech wasze ulubione drużyny przegrywają, ale tylko czasem, rzadziutko, najwyżej raz, by nieustające sukcesy wam nie spowszedniały.

Niech wasze ulubione drużyny zagrają niekiedy byle jak albo nawet upiornie brzydko, byście w pełni docenili te niezapomniane wieczory, w których wypadną oszałamiająco.

Niech sportowcy - wszyscy, nie tylko wasi ulubieni - nawet jeśli polegną w boju o złoto lub wręcz wylądują na okropnym czwartym miejscu, znajdą pocieszenie w uczuciu satysfakcji, że zrobili ciut więcej niż mogli, więc wygrali bez względu na wynik.

A wy, stali i przypadkowi bywalcy tego bloga, wygrywajcie zawsze. Oczywiście poza tymi chwilami, w których pokona was ktoś, kogo radością ze zwycięstwa będziecie się cieszyć mocniej niż swoim własnym triumfem.

Albo prościej - niech następny rok będzie jeszcze lepszy.

Teraz - przed ogólnoświatowym terrorem obowiązkowego balowania uciekając jak zwykle do kina - zostawiam was z kawałkiem futbolowej poezji śpiewanej w stylu punk. Do zobaczenia (przeczytania?) w Nowym Roku, czyli - mam nadzieję - do jutra.

19:02, rafal.stec
Link Komentarze (6) »

Niby w angielskiej piłce nic nowego się nie wydarzyło, kaca jej gwiazdy nigdy się specjalnie nie bały, ale narodowi dumnemu z nieśmiertelnej tradycji bicia pijackich rekordów zawsze warto przypomnieć, że nie tylko Polak golnąć sobie potrafi. Ryzykuję i zakładam, że nie wszyscy dotarli jeszcze do szczegółów bożonarodzeniowego przyjęcia zawodników Manchesteru United, bo ja dotarłem z opóźnieniem - dopiero przed chwilą. I wyczytałem w „Daily Telegraph”, że 80 pań dołączyło do zabawy dopiero, gdy boiskowi gladiatorzy wchodzili w - uwaga - „15. godzinę alkoholowego maratonu.”

Nie mam zamiaru prawić morałów ani tym bardziej rozstrząsać, czy piłkarze Premier League oskarżani w ostatnich latach o gwałt rzeczywiście zawsze próbowali gwałcić, czy niekiedy byli obwiniani niesłusznie. By jednak wprowadzić w klimat wyspiarskich zabaw pozaboiskowych, dam passus podprowadzony „Guardianowi”, który przyznał swoje futbolowe wyróżnienia roku w najrozmaitszych kategoriach. (Wybaczcie, że w oryginale, ale naprawdę nie znajduję przyjemności w szukaniu polskiego odpowiednika dla czasownika „roast” użytego w tym akurat kontekście.)

Oto wyimek z „Guardiana”:

BEST ROASTING

Tough category - so let's try a threesome..:

September The Sun: 'Two of the five hookers who romped with United ace Cristiano Ronaldo and pal Anderson at Ronaldo's £3m mansion said the players had "no morals". "They made me feel cheap," said Tyese, 18. "I've slept with 200 clients and I've never been treated with such little respect!'"

October The Sun: 'Shaun Wright-Phillips is indulging his favourite hobby with his massive wages - PORN. The England star has ploughed £20,000 into porn channel Babe Central. "Shaun has been dropping in at Babe Central with his pals," says an insider. "The girls writhe around for the cameras while Shaun drinks his champagne."

December The Sun: 'The girl roasted by THREE Man United stars at their rape-claim Christmas party bragged about it afterwards to a sickened party guest. The guest said: "The men were shrieking like hyenas - it was vile. I asked the girl if she was OK and she said "Yeah, of course, why wouldn't I be? They said I was great shag!" Then she hobbled off down the corridor.'

BEST ASSIST

So where's Rio - S&D man of the year two years running - in all this? The Mirror, 3 December: 'Rio Ferdinand has collected £4,000 from EACH United player to organise the lads' Christmas party - and rounded up 100 gorgeous females to keep them company. Boss Sir Alex Ferguson has warned them not to get into any trouble...

Powtarzam: nie chcę wygłaszać kazań ani oceniać pozaboiskowych zainteresowań wyspiarskich bożyszczy tłumów. Do tej notki popchnął mnie mielony przez setki portali hitowy news, że trener Alex Ferguson ukarał piłkarzy uczestniczących w Christmas party rekordową grzywną w historii ligi angielskiej.

Ów „rekord” wzbudził moje zainteresowanie, bo chyba wszystkie kary finansowe w piłce nożnej, o jakich słyszałem, wydawały mi się śmieszne bądź żałosne. Nigdy np. nie zapomnę, jak Real Saragossa musiał wykrwawić się z 600 euro, bo hiszpańskie władze nałożyły nań grzywnę za rasistowskie wybryki kibiców (obrażali Samuela Eto'o). Uff, musieli pewnie zacisnąć potem w klubie pasa.

Teraz piłkarze Manchesteru zapłacą okrągły milion funtów. Prasa szacuje, że ukaranych może być nawet 30 osób. Ale OK, załóżmy, że będzie ich 25. Na głowę wyjdzie wówczas po 40 tys. funtów grzywny.

Wszystko dzieje się w lidze, w której średnia roczna pensja przekroczyła niedawno milion funtów rocznie, czyli zbliża się do 20 tys. tygodniowo. A w Manchesterze, co naturalne, jest znacznie wyższa.

Słowem, narzeczone i żony piłkarzy z Old Trafford wejdą w Nowy Rok z ostrym bólem głowy. Oczywiście tylko dlatego, że mężowie tym razem przyniosą do domu mniej.

02:23, rafal.stec
Link Komentarze (6) »
sobota, 29 grudnia 2007

Znów dzisiaj zazdrościłem Bułgarom (zazwyczaj zazdroszczę okolicznym nacjom pokomunistycznym, innym jakoś mniej), że oni opiewają wzloty Dymitara Berbatowa (cztery gole dla Tottenhamu!), a polscy kibice mogą co najwyżej zaciskać kciuki za ofensywne akcje rywali Manchesteru i Celtiku, by Kuszczak i Boruc dostali szansę wykazania się. Żaden bohaterem nie został, ale też żaden niczego nie spartaczył. Czyli letnio.

Zazdrościłem więc Bułgarom, a w trakcie zazdroszczenia znów zadałem sobie sakramentalne, zawarte w tytule pytanie: możemy między słupkami czuć się jak mocarstwo, czy jednak nie? I zajrzałem, by nie opierać się wyłącznie na subiektywnych wrażeniach i odczuciach, do kadr klubów, które przetrwały fazę grupową Ligi Mistrzów. Najwięcej znalazłem tam golkiperów hiszpańskich, ale pełna klasyfikacja wygląda okazale i z polskiego punktu widzenia (tym bardziej, że nie mamy swoich klubów w tych rozgrywkach):

1) Hiszpania    9

2) Włochy       6

3) Brazylia      5

4) POLSKA        4

5) Francja       4

6) Grecja        3

7) Niemcy       3

8) Portugalia   3

9) Turcja         3

10) Anglia       2

Niżej uplasowały się jeszcze kraje z jednym bramkarzem w „16” najmocniejszych klubów w Europie (Australia, Chorwacja, Czechy, Holandia, Irlandia Płn., Szkocja). Co z tych statystyk wynika? Niby każdy futbolowy ranking, w którym Polska czai się tuż poza podium, powinien nas porywać, ale tutaj łatwo narazić się na oczywisty zarzut, że umiejętnie manipulując statystykami da się udowodnić wszystko.

Wypatrujący w życiu szklanek w połowie pustych prychną, że spośród kwartetu naszych ludzi - Boruc, Dudek, Fabiański, Kuszczak - tylko pierwszy rzeczywiście regularnie broni, a on akurat strzeże bramki najsłabszego spośród „polskich klubów”, rywalizującego w kiepskiej lidze szkockiej Celtiku Glasgow.

Natomiast wypatrujący szklanek w połowie pełnych, przypomną, że Arsenal, Manchester United i Real Madryt nawet rezerwowych biorą doskonałych, i nakażą przyjrzeć się, obok kogo na ławkach siedzą Fabiański, Kuszczak i Dudek. (Choć dziś pierwszy usiadł na trybunach, a drugi znów, wskutek kontuzji van der Sara, grał.)

Co gorsza, obie tezy brzmią logiczne i wydają się trudne do podważenia. Czyli mamy klasyczną kwadraturę polskiej piłki - nawet jak coś wychodzi, zaraz podniosą się ludzie, którzy udowodnią, że wcale nie wychodzi.

I, znów - co gorsza, mogą mieć rację.Bo w sprawie poszukiwania ostatecznej odpowiedzi na doniosłe pytanie zawarte w tytule tej notki wiemy na razie tyle, że nic nie wiemy.

Przed rokiem 2008 wątpliwości nie pozostawia tylko przyszłość Dudka - z Realu raczej odejdzie, a gdyby nie odszedł, to odsiedzi swoje na ławce rezerwowych. Czy natomiast Boruc znajdzie odpowiadający jego aspiracjom klub, skoro potentaci bramkarzy nie szukają, ewentualnie szukają gdzie indziej? (Milan ponoć postanowił zastąpić wreszcie Didę, ale chce Freya z Fiorentiny, o Polaku ani słowa.) Czy Fabiański utrzyma się w Arsenalu, który w każdym sezonie wypróbowuje pęczek nastolatków, po czym niektórych oddaje ich na wypożyczenie, by z czasem zarobić na transferze definitywnym? Czy Kuszczak rozkocha w sobie Aleksa Fergusona, którego łaska w kwestii bramkarskiej na baaaardzo pstrym koniu jeździ?

Dopiero jeśli na co najmniej dwa z trzech powyższych pytań odpowiedź będzie pozytywna, wszelkie rankingi, nieczyste statystyczne chwyty i inne kombinacje stracą sens. Bo "polski bramkarz" będzie dla świata oznaczało "świetny bramkarz".

23:49, rafal.stec
Link Komentarze (31) »
piątek, 28 grudnia 2007

l 

Zaczęło się na początku grudnia. Piłkarze Fiorentiny po przegranym 0:2 meczu z Interem zatrzymali się w drodze do szatni, utworzyli szpaler i uścisnęli rywalom dłonie, gratulując im zwycięstwa.

Potem powtórzyli ceremonię po spotkaniu Pucharu UEFA z Mladą Boleslaw.

Następni, w wigilię wigilii, byli gracze Interu. Nie czekali nawet do ostatniego gwizdka, lecz złożyli przeciwnikom hołd przed pierwszym - a popołudnie nie było jak każde, bo właśnie miały się rozpocząć derby Mediolanu. Przeciwników oklaskiwali za zdobyte tydzień wcześniej klubowe mistrzostwo świata.

Włoskie media przyjęły incydenty z entuzjazmem i nazwały ideę „trzecią połową”, nawiązując do obyczajów znanych z boisk rugby. A władze ligowe postanowiły właśnie uczynić uściskiwanie sobie dłoni po meczu obowiązkiem, tyle że rytuał ma przypominać raczej scenki z hal siatkarskich - piłkarze, także rezerwowi, oraz trenerzy ustawią się w linii i każdy pożegna się z każdym.

Szczegóły pozostają do doprecyzowania, nowe prawo wejdzie w życie 13 stycznia.

Ciekawe, jak nowy savoir-vivre zniosą włoscy piłkarze, u których - jak wiadomo - z manierami i samokontrolą bywa rozmaicie. W siatkówce zawodnicy nie wchodzą w fizyczne zwarcie i nie zdarza się, by ktoś - jak zdarzyło się pewnego wiosennego wieczoru piłkarskiej Ligi Mistrzów, kibice Interu świetnie pamiętają - zerwał się z ławki rezerwowych i przemierzył pół boiska tylko po to, by przyłożyć rywalowi pięścią w twarz. Po szarpaninie na murawie czasem upływa trochę czasu, zanim się ochłonie.

Calcio - wstrząsane skandalami korupcyjnymi i (wokół)stadionowym chuligaństwem - promuje fair play, bo chce uładnić swój wizerunek. Jeśli pomysł uda się zrealizować, Włosi mogą wygrać. Jeśli Materazzi, Gattuso czy de Rossi nie wytrzymają, reszta świata pęknie ze śmiechu.

Dla mnie bardzo pomysł OK, oczywiście pod jednym warunkiem: jeśli za niepodanie ręki nie będzie żadnych sankcji.

19:09, rafal.stec
Link Komentarze (51) »
czwartek, 27 grudnia 2007

Michał Pol pyta, czy Manuel Almunia - hiszpański bramkarz mający szansę zagrać dla reprezentacji Anglii - otworzy Wyspiarzy na świat, i przepowiada rewolucję, którą ten zaskakujący transfer zainicjuje.

Chętnie odpowiadam: dwa razy nie.

Anglia nie może się na świat otworzyć, bo wyrwane razem futryną drzwi zdołałby jeszcze raz otworzyć tylko David Copperfield, a on ściemnia, więc i tak nikt mu już nie wierzy. Angielskie kluby należą do Rosjan, Islandczyków, Amerykanów, izraelskich pół-Francuzów, Tajlandczyków i innych Egipcjan; czołowe angielskie drużyny prowadzą trenerzy ze Szkocji, Francji, Izraela, Hiszpanii i Szwecji; ich asystenci pochodzą z tych samych krajów, chyba że pochodzą akurat z Portugalii lub Holandii; polecający im piłkarzy skauci przyjeżdżają z Holandii, Danii, Hiszpanii, podobnie jak szkolący juniorów szlifierze talentów, którzy z kolei rekrutują się także spośród Holendrów, Szkotów oraz Irlandczyków.

Dla jasności dodam, że nie opisałem całej mapy upchniętej w Premier League - rzuciłem nazwy tych narodowości, które natychmiast przyszły mi do głowy, bo skojarzyłem najbardziej znane postaci. Dłuższego namysłu i głębszego researchu wcale jednak nie trzeba, by wiedzieć, że liga angielska pozostaje angielską z jednego powodu: jej mecze rozgrywa się na stadionach położonych w Anglii dla siedzących na trybunach Anglików (choć to już nie zawsze).

Almunia nie zainicjuje też rewolucji, bo moda na wybieranie sobie ojczyzny zapanowała milion lat temu. Grających dla trzech krajów - jak Alfredo di Stefano reprezentujący kilka dekad temu Argentynę, Kolumbię i Hiszpanię - na szczęście nie ma, ale podwójnie zobowiązanych uzbierałoby się od groma.

Znów wymieniam z pamięci, wyłapując pierwsze skojarzenia: dla nas strzelał Nigeryjczyk Olisadebe, Chorwatom pomagał wyeliminować z Euro 2008 Anglików Brazylijczyk Eduardo, Portugalię wspierał Brazylijczyk Deco, mistrzostwo świata z Włochami zdobył Argentyńczyk Camoranesi, Hiszpanie namówili Brazylijczyka Marcosa Sennę, Turcy - jego rodaka Marco Aurelio (obecnie Mehmeta Aurelio) etc. W wyliczance świadomie pomijam zresztą przypadki klasycznie emigranckie, kiedy kopiący futbolówkę dzieciak jedzie na drugi koniec świata z rodzicami i potem rzeczywiście może czuć się przywiązany do dwóch ojczyzn, jak urodzony w Ghanie Gerald Asamoah czy kilku jego rodaków o znajomo nam brzmiących nazwiskach.

Dlaczego zatem rewolucji nie będzie? Bo nic nie stanie się nagle, raczej kropla, jak drążyła, tak drążyć będzie skalę. Ulice Londynu wypełnia gwar we wszystkich językach globu, to i szatnia reprezentacji będzie rozbrzmiewać wszystkimi językami. FIFA może sobie wymyślać obostrzenia, ale naturalnego ciągu wydarzeń nie powstrzyma - reprezentacje rzeczywiście upodobnią się do klubów, może nawet bogate federacje zaczną kusić zagranicznych piłkarzy sutymi kontraktami.

Dlatego ja stawiam inne pytanie. Jaki sens będzie miał wówczas mundial?

PS Ponieważ nawiązuję do wpisu Michała, idę w jego ślady i ogłaszam minikonkurs: temu, kto pierwszy przypomni sobie, jaki ANGIELSKI piłkarz reprezentował na ubiegłorocznych MŚ inną reprezentację, wyślę swoją książkę „Piłka sss... kopana”.

21:19, rafal.stec
Link Komentarze (48) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Archiwum
Tagi