RSS
poniedziałek, 31 grudnia 2007

Niech wasze ulubione drużyny przegrywają, ale tylko czasem, rzadziutko, najwyżej raz, by nieustające sukcesy wam nie spowszedniały.

Niech wasze ulubione drużyny zagrają niekiedy byle jak albo nawet upiornie brzydko, byście w pełni docenili te niezapomniane wieczory, w których wypadną oszałamiająco.

Niech sportowcy - wszyscy, nie tylko wasi ulubieni - nawet jeśli polegną w boju o złoto lub wręcz wylądują na okropnym czwartym miejscu, znajdą pocieszenie w uczuciu satysfakcji, że zrobili ciut więcej niż mogli, więc wygrali bez względu na wynik.

A wy, stali i przypadkowi bywalcy tego bloga, wygrywajcie zawsze. Oczywiście poza tymi chwilami, w których pokona was ktoś, kogo radością ze zwycięstwa będziecie się cieszyć mocniej niż swoim własnym triumfem.

Albo prościej - niech następny rok będzie jeszcze lepszy.

Teraz - przed ogólnoświatowym terrorem obowiązkowego balowania uciekając jak zwykle do kina - zostawiam was z kawałkiem futbolowej poezji śpiewanej w stylu punk. Do zobaczenia (przeczytania?) w Nowym Roku, czyli - mam nadzieję - do jutra.

19:02, rafal.stec
Link Komentarze (6) »

Niby w angielskiej piłce nic nowego się nie wydarzyło, kaca jej gwiazdy nigdy się specjalnie nie bały, ale narodowi dumnemu z nieśmiertelnej tradycji bicia pijackich rekordów zawsze warto przypomnieć, że nie tylko Polak golnąć sobie potrafi. Ryzykuję i zakładam, że nie wszyscy dotarli jeszcze do szczegółów bożonarodzeniowego przyjęcia zawodników Manchesteru United, bo ja dotarłem z opóźnieniem - dopiero przed chwilą. I wyczytałem w „Daily Telegraph”, że 80 pań dołączyło do zabawy dopiero, gdy boiskowi gladiatorzy wchodzili w - uwaga - „15. godzinę alkoholowego maratonu.”

Nie mam zamiaru prawić morałów ani tym bardziej rozstrząsać, czy piłkarze Premier League oskarżani w ostatnich latach o gwałt rzeczywiście zawsze próbowali gwałcić, czy niekiedy byli obwiniani niesłusznie. By jednak wprowadzić w klimat wyspiarskich zabaw pozaboiskowych, dam passus podprowadzony „Guardianowi”, który przyznał swoje futbolowe wyróżnienia roku w najrozmaitszych kategoriach. (Wybaczcie, że w oryginale, ale naprawdę nie znajduję przyjemności w szukaniu polskiego odpowiednika dla czasownika „roast” użytego w tym akurat kontekście.)

Oto wyimek z „Guardiana”:

BEST ROASTING

Tough category - so let's try a threesome..:

September The Sun: 'Two of the five hookers who romped with United ace Cristiano Ronaldo and pal Anderson at Ronaldo's £3m mansion said the players had "no morals". "They made me feel cheap," said Tyese, 18. "I've slept with 200 clients and I've never been treated with such little respect!'"

October The Sun: 'Shaun Wright-Phillips is indulging his favourite hobby with his massive wages - PORN. The England star has ploughed £20,000 into porn channel Babe Central. "Shaun has been dropping in at Babe Central with his pals," says an insider. "The girls writhe around for the cameras while Shaun drinks his champagne."

December The Sun: 'The girl roasted by THREE Man United stars at their rape-claim Christmas party bragged about it afterwards to a sickened party guest. The guest said: "The men were shrieking like hyenas - it was vile. I asked the girl if she was OK and she said "Yeah, of course, why wouldn't I be? They said I was great shag!" Then she hobbled off down the corridor.'

BEST ASSIST

So where's Rio - S&D man of the year two years running - in all this? The Mirror, 3 December: 'Rio Ferdinand has collected £4,000 from EACH United player to organise the lads' Christmas party - and rounded up 100 gorgeous females to keep them company. Boss Sir Alex Ferguson has warned them not to get into any trouble...

Powtarzam: nie chcę wygłaszać kazań ani oceniać pozaboiskowych zainteresowań wyspiarskich bożyszczy tłumów. Do tej notki popchnął mnie mielony przez setki portali hitowy news, że trener Alex Ferguson ukarał piłkarzy uczestniczących w Christmas party rekordową grzywną w historii ligi angielskiej.

Ów „rekord” wzbudził moje zainteresowanie, bo chyba wszystkie kary finansowe w piłce nożnej, o jakich słyszałem, wydawały mi się śmieszne bądź żałosne. Nigdy np. nie zapomnę, jak Real Saragossa musiał wykrwawić się z 600 euro, bo hiszpańskie władze nałożyły nań grzywnę za rasistowskie wybryki kibiców (obrażali Samuela Eto'o). Uff, musieli pewnie zacisnąć potem w klubie pasa.

Teraz piłkarze Manchesteru zapłacą okrągły milion funtów. Prasa szacuje, że ukaranych może być nawet 30 osób. Ale OK, załóżmy, że będzie ich 25. Na głowę wyjdzie wówczas po 40 tys. funtów grzywny.

Wszystko dzieje się w lidze, w której średnia roczna pensja przekroczyła niedawno milion funtów rocznie, czyli zbliża się do 20 tys. tygodniowo. A w Manchesterze, co naturalne, jest znacznie wyższa.

Słowem, narzeczone i żony piłkarzy z Old Trafford wejdą w Nowy Rok z ostrym bólem głowy. Oczywiście tylko dlatego, że mężowie tym razem przyniosą do domu mniej.

02:23, rafal.stec
Link Komentarze (6) »
sobota, 29 grudnia 2007

Znów dzisiaj zazdrościłem Bułgarom (zazwyczaj zazdroszczę okolicznym nacjom pokomunistycznym, innym jakoś mniej), że oni opiewają wzloty Dymitara Berbatowa (cztery gole dla Tottenhamu!), a polscy kibice mogą co najwyżej zaciskać kciuki za ofensywne akcje rywali Manchesteru i Celtiku, by Kuszczak i Boruc dostali szansę wykazania się. Żaden bohaterem nie został, ale też żaden niczego nie spartaczył. Czyli letnio.

Zazdrościłem więc Bułgarom, a w trakcie zazdroszczenia znów zadałem sobie sakramentalne, zawarte w tytule pytanie: możemy między słupkami czuć się jak mocarstwo, czy jednak nie? I zajrzałem, by nie opierać się wyłącznie na subiektywnych wrażeniach i odczuciach, do kadr klubów, które przetrwały fazę grupową Ligi Mistrzów. Najwięcej znalazłem tam golkiperów hiszpańskich, ale pełna klasyfikacja wygląda okazale i z polskiego punktu widzenia (tym bardziej, że nie mamy swoich klubów w tych rozgrywkach):

1) Hiszpania    9

2) Włochy       6

3) Brazylia      5

4) POLSKA        4

5) Francja       4

6) Grecja        3

7) Niemcy       3

8) Portugalia   3

9) Turcja         3

10) Anglia       2

Niżej uplasowały się jeszcze kraje z jednym bramkarzem w „16” najmocniejszych klubów w Europie (Australia, Chorwacja, Czechy, Holandia, Irlandia Płn., Szkocja). Co z tych statystyk wynika? Niby każdy futbolowy ranking, w którym Polska czai się tuż poza podium, powinien nas porywać, ale tutaj łatwo narazić się na oczywisty zarzut, że umiejętnie manipulując statystykami da się udowodnić wszystko.

Wypatrujący w życiu szklanek w połowie pustych prychną, że spośród kwartetu naszych ludzi - Boruc, Dudek, Fabiański, Kuszczak - tylko pierwszy rzeczywiście regularnie broni, a on akurat strzeże bramki najsłabszego spośród „polskich klubów”, rywalizującego w kiepskiej lidze szkockiej Celtiku Glasgow.

Natomiast wypatrujący szklanek w połowie pełnych, przypomną, że Arsenal, Manchester United i Real Madryt nawet rezerwowych biorą doskonałych, i nakażą przyjrzeć się, obok kogo na ławkach siedzą Fabiański, Kuszczak i Dudek. (Choć dziś pierwszy usiadł na trybunach, a drugi znów, wskutek kontuzji van der Sara, grał.)

Co gorsza, obie tezy brzmią logiczne i wydają się trudne do podważenia. Czyli mamy klasyczną kwadraturę polskiej piłki - nawet jak coś wychodzi, zaraz podniosą się ludzie, którzy udowodnią, że wcale nie wychodzi.

I, znów - co gorsza, mogą mieć rację.Bo w sprawie poszukiwania ostatecznej odpowiedzi na doniosłe pytanie zawarte w tytule tej notki wiemy na razie tyle, że nic nie wiemy.

Przed rokiem 2008 wątpliwości nie pozostawia tylko przyszłość Dudka - z Realu raczej odejdzie, a gdyby nie odszedł, to odsiedzi swoje na ławce rezerwowych. Czy natomiast Boruc znajdzie odpowiadający jego aspiracjom klub, skoro potentaci bramkarzy nie szukają, ewentualnie szukają gdzie indziej? (Milan ponoć postanowił zastąpić wreszcie Didę, ale chce Freya z Fiorentiny, o Polaku ani słowa.) Czy Fabiański utrzyma się w Arsenalu, który w każdym sezonie wypróbowuje pęczek nastolatków, po czym niektórych oddaje ich na wypożyczenie, by z czasem zarobić na transferze definitywnym? Czy Kuszczak rozkocha w sobie Aleksa Fergusona, którego łaska w kwestii bramkarskiej na baaaardzo pstrym koniu jeździ?

Dopiero jeśli na co najmniej dwa z trzech powyższych pytań odpowiedź będzie pozytywna, wszelkie rankingi, nieczyste statystyczne chwyty i inne kombinacje stracą sens. Bo "polski bramkarz" będzie dla świata oznaczało "świetny bramkarz".

23:49, rafal.stec
Link Komentarze (31) »
piątek, 28 grudnia 2007

l 

Zaczęło się na początku grudnia. Piłkarze Fiorentiny po przegranym 0:2 meczu z Interem zatrzymali się w drodze do szatni, utworzyli szpaler i uścisnęli rywalom dłonie, gratulując im zwycięstwa.

Potem powtórzyli ceremonię po spotkaniu Pucharu UEFA z Mladą Boleslaw.

Następni, w wigilię wigilii, byli gracze Interu. Nie czekali nawet do ostatniego gwizdka, lecz złożyli przeciwnikom hołd przed pierwszym - a popołudnie nie było jak każde, bo właśnie miały się rozpocząć derby Mediolanu. Przeciwników oklaskiwali za zdobyte tydzień wcześniej klubowe mistrzostwo świata.

Włoskie media przyjęły incydenty z entuzjazmem i nazwały ideę „trzecią połową”, nawiązując do obyczajów znanych z boisk rugby. A władze ligowe postanowiły właśnie uczynić uściskiwanie sobie dłoni po meczu obowiązkiem, tyle że rytuał ma przypominać raczej scenki z hal siatkarskich - piłkarze, także rezerwowi, oraz trenerzy ustawią się w linii i każdy pożegna się z każdym.

Szczegóły pozostają do doprecyzowania, nowe prawo wejdzie w życie 13 stycznia.

Ciekawe, jak nowy savoir-vivre zniosą włoscy piłkarze, u których - jak wiadomo - z manierami i samokontrolą bywa rozmaicie. W siatkówce zawodnicy nie wchodzą w fizyczne zwarcie i nie zdarza się, by ktoś - jak zdarzyło się pewnego wiosennego wieczoru piłkarskiej Ligi Mistrzów, kibice Interu świetnie pamiętają - zerwał się z ławki rezerwowych i przemierzył pół boiska tylko po to, by przyłożyć rywalowi pięścią w twarz. Po szarpaninie na murawie czasem upływa trochę czasu, zanim się ochłonie.

Calcio - wstrząsane skandalami korupcyjnymi i (wokół)stadionowym chuligaństwem - promuje fair play, bo chce uładnić swój wizerunek. Jeśli pomysł uda się zrealizować, Włosi mogą wygrać. Jeśli Materazzi, Gattuso czy de Rossi nie wytrzymają, reszta świata pęknie ze śmiechu.

Dla mnie bardzo pomysł OK, oczywiście pod jednym warunkiem: jeśli za niepodanie ręki nie będzie żadnych sankcji.

19:09, rafal.stec
Link Komentarze (51) »
czwartek, 27 grudnia 2007

Michał Pol pyta, czy Manuel Almunia - hiszpański bramkarz mający szansę zagrać dla reprezentacji Anglii - otworzy Wyspiarzy na świat, i przepowiada rewolucję, którą ten zaskakujący transfer zainicjuje.

Chętnie odpowiadam: dwa razy nie.

Anglia nie może się na świat otworzyć, bo wyrwane razem futryną drzwi zdołałby jeszcze raz otworzyć tylko David Copperfield, a on ściemnia, więc i tak nikt mu już nie wierzy. Angielskie kluby należą do Rosjan, Islandczyków, Amerykanów, izraelskich pół-Francuzów, Tajlandczyków i innych Egipcjan; czołowe angielskie drużyny prowadzą trenerzy ze Szkocji, Francji, Izraela, Hiszpanii i Szwecji; ich asystenci pochodzą z tych samych krajów, chyba że pochodzą akurat z Portugalii lub Holandii; polecający im piłkarzy skauci przyjeżdżają z Holandii, Danii, Hiszpanii, podobnie jak szkolący juniorów szlifierze talentów, którzy z kolei rekrutują się także spośród Holendrów, Szkotów oraz Irlandczyków.

Dla jasności dodam, że nie opisałem całej mapy upchniętej w Premier League - rzuciłem nazwy tych narodowości, które natychmiast przyszły mi do głowy, bo skojarzyłem najbardziej znane postaci. Dłuższego namysłu i głębszego researchu wcale jednak nie trzeba, by wiedzieć, że liga angielska pozostaje angielską z jednego powodu: jej mecze rozgrywa się na stadionach położonych w Anglii dla siedzących na trybunach Anglików (choć to już nie zawsze).

Almunia nie zainicjuje też rewolucji, bo moda na wybieranie sobie ojczyzny zapanowała milion lat temu. Grających dla trzech krajów - jak Alfredo di Stefano reprezentujący kilka dekad temu Argentynę, Kolumbię i Hiszpanię - na szczęście nie ma, ale podwójnie zobowiązanych uzbierałoby się od groma.

Znów wymieniam z pamięci, wyłapując pierwsze skojarzenia: dla nas strzelał Nigeryjczyk Olisadebe, Chorwatom pomagał wyeliminować z Euro 2008 Anglików Brazylijczyk Eduardo, Portugalię wspierał Brazylijczyk Deco, mistrzostwo świata z Włochami zdobył Argentyńczyk Camoranesi, Hiszpanie namówili Brazylijczyka Marcosa Sennę, Turcy - jego rodaka Marco Aurelio (obecnie Mehmeta Aurelio) etc. W wyliczance świadomie pomijam zresztą przypadki klasycznie emigranckie, kiedy kopiący futbolówkę dzieciak jedzie na drugi koniec świata z rodzicami i potem rzeczywiście może czuć się przywiązany do dwóch ojczyzn, jak urodzony w Ghanie Gerald Asamoah czy kilku jego rodaków o znajomo nam brzmiących nazwiskach.

Dlaczego zatem rewolucji nie będzie? Bo nic nie stanie się nagle, raczej kropla, jak drążyła, tak drążyć będzie skalę. Ulice Londynu wypełnia gwar we wszystkich językach globu, to i szatnia reprezentacji będzie rozbrzmiewać wszystkimi językami. FIFA może sobie wymyślać obostrzenia, ale naturalnego ciągu wydarzeń nie powstrzyma - reprezentacje rzeczywiście upodobnią się do klubów, może nawet bogate federacje zaczną kusić zagranicznych piłkarzy sutymi kontraktami.

Dlatego ja stawiam inne pytanie. Jaki sens będzie miał wówczas mundial?

PS Ponieważ nawiązuję do wpisu Michała, idę w jego ślady i ogłaszam minikonkurs: temu, kto pierwszy przypomni sobie, jaki ANGIELSKI piłkarz reprezentował na ubiegłorocznych MŚ inną reprezentację, wyślę swoją książkę „Piłka sss... kopana”.

21:19, rafal.stec
Link Komentarze (48) »
środa, 26 grudnia 2007

Pracowałem właśnie nad piłkarskim podsumowaniem roku 2007 do sylwestrowej „Gazety Sport”, kiedy obaj (anty)bohaterowie mojego hasła „Upadek” trafili na czołówki internetowych portali. Andrij Szewczenko zagrał - wreszcie! - znakomicie w porywającym ponoć meczu Chelsea - Aston Villa, który BBC typuje na wydarzenie sezonu, a nazwisko Macieja Żurawskiego wylądowało na szczycie newsów Sport.pl, bowiem Celtic Glasgow najwyraźniej chciałby się Polaka pozbyć za wszelką cenę.

Dlatego nie będę czekał i refleksją o największych rozczarowaniach mijającego roku podzielę się już teraz.

Szewczenki i Żurawskiego od miesięcy żałuję specjalnie, bowiem obaj powinni być królami strzelców lig, w których grają, a obu menedżerowie lub brukowce usiłowały już wyeksportować do ligi amerykańskiej, co dla piłkarzy ledwie 31-letnich (są rówieśnikami, Polak urodził się 17 dni wcześniej), czyli znajdujących się u szczytu sił witalnych, powinno być upokorzeniem. (Rozmawiamy o sporcie, emigracja Beckhama to zupełnie inny biznes.)

Dramat obu przebiegał w dodatku w sposób zaskakujący dla wszystkich, którzy śledzili ich kariery od wielu lat.

lUkrainiec, do Londynu zaciągnięty ponoć przez wygłodniałą zakupowych eskapad żonę, zdawał się być typem zawodnika uniwersalnego, zdolnego do błyskawicznej aklimatyzacji w każdych rozgrywkach. Przecież jako pierwszy obcokrajowiec debiutant po Platinim został najskuteczniejszym piłkarzem ligi włoskiej, a stało się to w czasach, gdy napastników nigdzie nie kryto tak ściśle jak w Serie A. Nie miewał też kłopotów poza boiskiem - uchodził za sympatycznego i otwartego, był lubiany w szatni i poza nią, także przez dziennikarzy, którym już po kilku tygodniach pobytu w Mediolanie udzielał wywiadów po wlosku.

W Anglii Szewczenko tak dobrze nigdy się nie poczuł - ani wśród kolegów z Chelsea (uchodząc za pupilka Romana Abramowicza), ani na boiskach. Gole strzela rzadko i zazwyczaj kiepskim drużynom, ostatniego naprawdę ważnego udało mu się wepchnąć do bramki Valencii w kwietniu. Zawstydzająco mało jak na najwybitniejszego niegdyś napastnika świata.

lZ Żurawskim było kompletnie inaczej. O adaptacyjną zdolność byłego Wiślaka (w przeciwieństwie do Szewczenki do Glasgow poleciał bez żony) baliśmy się potwornie. On nawet po przeprowadzce z Poznania do Krakowa długo wtapiał się w nowe otoczenie, często też narzekał w wywiadach, że do Zeliga mu daleko - wszędzie na początku czuje się niezbyt pewnie. Ale, paradoksalnie, w bramki ligi szkockiej wstrzelił się natychmiast. I niemal z dnia na dzień został bożyszczem tłumu z Celtic Park.

Niestety. Nagle, z niewyjaśnionych przyczyn zgasł. Ostatnie gole strzelił w styczniu. Trzecioligowemu Dumbarton.

Paradoksalne losy obu moich ulubieńców - Szewczenki oraz Żurawskiego - przypominają, że w piłkę nożną, nawet tę na najwyższym poziomie, grają jednak zwykli ludzie, którzy się zmieniają, nie przypadają sobie do gustu, a czasem sami nie mają pojęcia, czemu gdzieś czują się kiepsko. Nawet najwnikliwsza analiza ich przeszłości nie wystarczy, by celnie wywróżyć przyszłość. Zwłaszcza analiza skupiona nade wszystko na wydarzeniach boiskowych, nie obejmująca scen z życia prywatnego - w klubie, wśród kolegów z szatni, zwierzchników, znajomych, przyjaciół, rodziny.

Gdyby bowiem mierzyć wyłącznie umiejętności piłkarskie, to wciąż nie mam wątpliwości: Szewczenko powinien być królem strzelców ligi angielskiej, a Żurawski - królem strzelców ligi szkockiej.

Dlatego dziś kompletnie nie wiem, czy cieszyć się, czy jednak lamentować.

Szewczenko strzelający dwa gole, w tym jednego wspaniałego, oraz zaliczający asystę w meczu z Aston Villa? Palce lizać.

Żurawski w Maccabi? Brrr. Aż się boję pomyśleć o innych ofertach, które ponoć dostał. A najsmutniejsze jest to, że jeśli chce ratować formę przed Euro 2008, wkrótce znajdzie się pewnie w sytuacji bez wyjścia.

PS Gdyby kogoś interesowało - tutaj pisałem, w jakim klubie chciałbym dziś widzieć Żurawskiego.

18:12, rafal.stec
Link Komentarze (18) »
poniedziałek, 24 grudnia 2007

l

Obaj mają surinamskie korzenie, dorastali razem - w Amsterdamie. Z trenerem Frankiem Rijkaardem rozumieli się w Barcelonie doskonale. I doskonale się uzupełniali.

To on bywał złym gliną. To często właśnie on podnosił głos w szatni. To jego posyłano, by poinformował piłkarza, że nie dostanie podwyżki, że czeka go dłuższy przysiad na ławce rezerwowych, że na dobrą sprawę powinien rozejrzeć się za innym klubem. Ani się nie bał podejmować niepopularnych decyzji, ani się nie bał udawać, że je podejmuje.

Potrafił też, jeśli była potrzeba, z zawodnikiem się zaprzyjaźnić - jak z Samuelem Eto’o, który z kolei nigdy nie kochał się z Rijkaardem. W ogóle, mimo niewdzięcznej niekiedy roli, był lubiany.

To on prowadził wiele treningów; dbał, by gracze słuchali na boisku swego ofensywnego instynktu. Ba, niektórzy nazywali go wręcz taktycznym mózgiem Rijkaarda.

Pracę w Katalonii rozpoczął w 2003 roku, a skończył w 2006. Przez cały ten okres drużyna stale rosła, aż wygrała na raz i Ligę Mistrzów, i ligę hiszpańską. Po taki dublet w minionych sześciu sezonach zdołało sięgnąć jeszcze tylko Porto, rywalizujące jednak w znacznie mniej konkurencyjnych rozgrywkach.

Kiedy odszedł do Ajaksu Amsterdam, w Barcelonie robiło się już tylko gorzej. Piłkarze grali coraz mniej efektownie i efektywnie, choć klub prowadził wzorcową politykę transferową i do dziś uzbierał kolekcję gwiazd, jakiej nie miał od ery cruyffowskiego Dream Teamu.

Teraz, po epizodzie w Ajaksie Amsterdam, Henk Ten Cate pracuje w Chelsea. Nazywany najwybitniejszym wśród „drugich” trenerów zarabia 1,8 mln funtów rocznie.

Opłaca się. Odkąd jest w klubie, londyńczycy - choć przeżyli wstrząs po rozstaniu z Jose Mourinho, a ostatnio drużynę dziesiątkują kontuzje - przegrali zaledwie jeden z 15 meczów (wyjazdowy z Arsenalem). I tylko dwaj przeciwnicy zdołali im strzelić gola - Everton oraz właśnie Arsenal.

Czy Ten Cate zdążył w tak krótkim czasie radykalnie wpłynąć na drużynę? Czy wpłynął na nią pierwszy trener - sprawiający wrażenie pozbawionego charyzmy Avram Grant? Czy wpływać nie musiał żaden z nich, bo Chelsea ma fantastycznych piłkarzy?

Nie wiem. Pamiętam za to opowieść piłkarza Barcelony, który po triumfie w Lidze Mistrzów rozdzielał zasługi tak: 50 proc. - zawodnicy, 25 proc. - Frank Rijkaard, 25 proc. – Henk Ten Cate.

Pamiętam też, że właściciel Chelsea Roman Abramowicz chorował (choruje?) na Ronaldinho i oferował za niego kosmiczne pieniądze.

I zastanawiam się, czy dziś, kiedy sfrustrowanego Brazylijczyka wszyscy obwiniają za porażkę z Realem Madryt, Barcelona nie ubiłaby świetnego interesu, oddając go nawet za darmo.

Oczywiście pod jednym warunkiem - że ponownie przechwyciłaby trenerskiego asystenta z Holandii. A niechby zarabiał nawet tyle, co Ronaldinho.

23:54, rafal.stec
Link Komentarze (57) »
niedziela, 23 grudnia 2007

Obejrzałem derby Mediolanu i znów od pewnego momentu nie mieściło mi się w głowie, że zwycięzca Ligi Mistrzów pozwala sobie na trzymanie między słupkami bramkarza, który od lat pozostaje absolutnie niezdolny do stałego utrzymywania przyzwoitej formy. Bywa Dida najlepszy na świecie, ale bywa i najgorszy. Czasem broni genialnie, czasem beznadziejnie. I tak w kółko, sezon w sezon.

Teraz zawalił dla Milanu mecz świętość, czyli starcie z Interem. Przy pierwszym golu rywali zachował się, delikatnie mówiąc, niepewnie. Przy drugim zawiódł na całego. Gdyby nie jego - jak powiedziałby Jan Tomaszewski - "wielbłąd", rossoneri - choć grali słabiej - nie musieliby derbów przegrać.

Dida wycina takie numery notorycznie. Nigdy nie wiadomo, co i kiedy wymyśli.

Milan jednak nie tylko go nie zwalnia, ale przedłuża z nim kontrakt i nie sprowadza nawet groźnego konkurenta. Milan, czyli - jak chcą jego szefowie - marka globalna, mająca prawo do porażek z przeciętniakami z ligi włoskiej, ale zobowiązana do nieustającego wygrywania szlagierów, którym przygląda się cała planeta.

W żadnym innym europejskim potentacie bezkarność Didy nie byłaby możliwa, ale w firmie Silvio Berlusconiego mają koncepcję prowadzenia biznesu osobną. Promują klub jako przedsiębiorstwo rodzinne, w którym pracowników wpadających w tarapaty się przytula i wspiera. Piłkarzy się nie wyrzuca, umowy przedłuża się nawet z gwiazdami mocno podstarzałymi. W całej Serie A ma Milan reputację klubu, który zawodników bardzo szanuje i bardzo dobrze traktuje.

Ładne to, choć mnie intryguje, czy istnieją jakieś granice tej bezbrzeżnej miłości bliźniego. Gdyby być konsekwentnym do bólu, trzeba by przecież tym intensywniej gracza pocieszać, im gorzej mu się wiedzie. Czyli coraz większe wpadki prowadziłyby do coraz większej życzliwości wobec faceta, któremu jest coraz bardziej przykro.

Dlaczego jednak nie, jeśli przy okazji - pomimo Didy - wygrywa się Ligę Mistrzów?

Kto by pomyślał, że to właśnie we współczesnym futbolu - świecie uchodzącym za modelowy przykład krwiożerczego, pozbawionego skrupułów kapitalizmu, gdzie cel uświęca wszystkie środki - ziści się idea korporacji z ludzką twarzą.

19:30, rafal.stec
Link Komentarze (13) »
piątek, 21 grudnia 2007

Chyba najpowszechniejszym zarzutem wymierzonym w Ligę Mistrzów jest - obok rytualnych lamentów o komercjalizacji - teza, że grają w niej ze sobą wciąż te same drużyny, że generalnie wszystko prze ku przeraźliwie nudnej przyszłości, w której będziemy oglądać w kółko ten sam mecz. (Choć zarazem nikt nie narzeka, że Barcelona zagra w niedzielę z Realem Madryt po raz 248., a kilka godzin wcześniej odbędą się 267. derby Mediolanu.)

No to marudy dostały prezent. Arsenal z Milanem nie spotkał się w Lidze Mistrzów nigdy. A w ogóle zagrał tylko raz, w dwumeczu o Superpuchar Europy w 1995 roku.

Tym razem nie było wyboru. Kiedy obie drużyny na siebie wpadały, losowanie na moment przestało być losowaniem. Wcześniej cała sala w Nyonie ziewała z nudów, bo sekretarz generalny UEFA chyba z kwadrans tłumaczył regulaminowe niuanse. Teraz wszyscy wiedzieli, że Arsenal nie może trafić na Chelsea, bo nie może trafić na inny angielski klub. Nie może też trafić na Sevillę, bo nie może trafić na rywala, z którym grał w fazie grupowej. A poza nimi wśród niewylosowanych drużyn ostał się już tylko obrońca trofeum.

I całe szczęście. Dzięki temu czekają nas fascynujące starcia w 1/8 finału. Doświadczenie nałogowych kolekcjonerów trofeów z Milanu kontra wigor i fantazja cudownych dzieciaków z Arsenalu - same delicje, palce lizać. Dziennikarze też zacierają ręce, bo atrakcyjniejszej fabuły nie dostarczyłaby im chyba żadna inna para.

Mniej zadowoleni są zapewne - niezależnie od publicznych wypowiedzi - przedstawiciele obu klubów.

Arsenal został poniekąd „ukarany” za to, że w listopadzie trochę zlekceważył Slavię i nie zabrał do Pragi Fabregasa, Toure, Rosicky'ego oraz Hleba. Mecz zremisował i dlatego nie wygrał swojej grupy.

A Milan, gdyby przegrał rywalizację z londyńczykami, zostałby poniekąd „ukarany” za swoją filozofię nakazującą mu lekceważyć włoską Serie A, by wszystkie siły rzucać na Ligę Mistrzów, czyli rozgrywki, w których istnieje ryzyko odpadnięcia wskutek odosobnionego pechowego wieczoru. (Po ewentualnym beznadziejnym wyniku w Londynie niełatwo byłoby odrobić straty w rewanżu, a beznadziejny wynik na stadionie Arsenalu może się przytrafić każdej drużynie świata). To jest strategia ekstremalna, grożąca katastrofą po jednym fałszywym ruchu. Jeśli bowiem mediolańczycy przegrają, zostaną prawdopodobnie z pustymi rękami - mistrzostwa Włoch nie sposób zdobyć, jeśli się przez pół roku nie wygrywa meczu u siebie.

Tak czy owak szykujmy się na wyśmienite hity. To mogą być - biorąc pod uwagę styl gry Arsenalu i pasję Milanu do wielkich spektakli - najpiękniejsze i najbardziej porywające mecze całej tegorocznej Ligi Mistrzów.

19:17, rafal.stec
Link Komentarze (27) »
środa, 19 grudnia 2007

lZ pomysłem, by za transfer wybitnego piłkarza zapłacili kibice, mógł wystrzelić tylko prezes Milanu Slvio Berlusconi. Łapczywy, obracający w palcach każde euro biznesmen, a zarazem wielki innowator, który propagował likwidację limitów na obcokrajowców w zespołach klubowych, zbudował na odludziu drugi dom dla zawodników (Milanello), inspirował zaprzegnięcie nauki i hi-tech (MilanLab) etc.

„Mam pomysł. Zorganizujmy zrzutkę wśród fanów. W ten sposób zrobią sobie i swojemu prezesowi wspaniały prezent pod choinkę” - wypalił z właściwą mu skromnością w radiu Rtl 102,5. I dodał na zachętę, że z jego informacji wynika, iż Ronaldinho przeżywa teraz w Barcelonie bardzo ciężkie chwile.

Na apel pierwsi zareagowali mediolańscy radni. (Oczywiście nie ci, którzy trzymają z Interem.) Ogłosili, że są gotowi dobrowolnie się opodatkować - oddając tysięczną część rocznych zarobków - jeśli przykład da Berlusconi.

Z pomocą natychmiast przyszli badacze z uniwersytetu Navarry, którzy sobie tylko znanymi metodami szacują rynkową cenę piłkarzy, biorąc pod uwagę ich umiejętności, wiek, aktualny zarobki, długość kontraktu, sytuację w klubie oraz wartość marketingową nazwiska. Ronaldinho ponoć nie kosztuje już 80 mln, lecz 66 mln euro.

I tyle jednak uzbierać nie byłoby łatwo. Berlusconi w zeszłym roku zarobił - przynajmniej oficjalnie - 28,03 mln euro. Promil jego dochodu nie dałby nawet 30 tys. euro, czyli nie starczyłby nawet na tygodniówkę Brazylijczyka. A kibice? Milan ma ich miliony, ale załóżmy, że w zbiórce bierze udział robi 80 tys. tych, którzy wypełniają San Siro na największych szlagierach. Każdy musiałby wyłożyć, bagatela, 825 euro.

A przecież żaden nie miałby pewności, czy za rok lub dwa Ronaldinho znów nie zechce zmienić klubu. Za okaz lojalności przestali go już uważać najbardziej bezkrytyczni kibice... Sprzedać Brazylijczyka mógłby też zechcieć Milan. I gdyby właściciel Chelsea zaoferował, powiedzmy, 100 mln, kto miałby podjąć decyzję o transferze? Czy klub miałby moralny obowiązek przeprowadzić sondaż wśród kibiców?

Możemy się pobawić i poteoretyzować, ale dla mnie całe to wokółronaldiniowe rozdzielanie włosa na czworo przez obrzydliwie bogatego Berlusconiego jest chyba najmocniejszym dotąd sygnałem, że era transferowych rekordów minęła. Jeszcze niedawno ewentualne 66 mln - myślę, że za tyle Barca rzeczywiście by swój skarb oddała - za ledwie 27-letnią megagwiazdę (przede wszystkim pod względem marketingowym) byłoby kwotą absolutnie do przyjęcia.

Zidane, gdy Turyn zamieniał na Madryt, był dwa lata starszy. Ale to było dawno, dawno temu. W ostatnich pięciu sezonach chyba tylko za Szewczenkę i Rooneya trzeba było zapłacić cenę zbliżoną do rekordów wszech czasów.

Teraz na placu gry zostali najpewniej już tylko Abramowicz i Berlusconi. Kibice nowego rekordu raczej nie ustanowią.

20:18, rafal.stec
Link Komentarze (18) »
 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi