RSS
sobota, 17 listopada 2018

Polska, Niemcy, reprezentacja Polski, Jerzy Brzęczek, Joachm Low

Dopiero dzisiaj, z perspektywy czasu, wyraźnie dostrzegamy przełomowość roku pańskiego 2014. Roku, w którym my, Polacy, wreszcie wzlecieliśmy w piłce nożnej na poziom Niemiec – wystrzeliliśmy na mistrzowski nieboskłon znienacka, po dekadach nieprzerwanego poddaństwa, podczas których nigdy, przenigdy, nie byliśmy w stanie nawet śmielej spojrzeć im w oczy.

Zniszczyli ich nasi piłkarze wtedy na Narodowym dwa do jaja, rozpoczynając pomyślne eliminacje Euro 2016, zakończone idealnym remisem – w rewanżu we Frankfurcie rywale wygrali, doprowadzając w dwumeczu do wyrównania. Zrobiło się 3:3.

Podczas turnieju finałowego spotkaliśmy się w fazie grupowej. 0:0, ze wskazaniem na drużynę Adama Nawałki – w dość zgodnej opinii obserwatorów była bliżej zwycięstwa. W tabeli po siedem punktów.

Następnie odróżniły nas od sąsiadów ostatnie sceny ćwierćfinału. Dla piłkarzy z obu stron granicy na Odrze i Nysie remisowego, tyle że Polacy serię rzutów karnych przegrali (z Portugalią), a Niemcy jak zwykle wygrali (z Włochami). Znów prawie równowaga.

W 2017 roku wróciliśmy do relacji idealnie remisowej. Zarówno tamci, jak i nasi triumfowali w grupie eliminacji mistrzostw świata.

Z mundialu w Rosji solidarnie poszliśmy sobie precz w fazie grupowej. Tyle że tym razem – w przeciwieństwie do mistrzostw kontynentu – maleńki plusik po stronie Polaków, bo od dającej awans do 1/8 finału pozycji wicelidera dzieliło ich mniej punktów. No ale fakty są takie, że obie reprezentacje rozłożyły się na dnie tabeli. I obie podobnie przerżnęły turniej, nie zgrywajmy lepszych.

Aż wreszcie nastała jesień 2018 i nowo wymyślona Liga Narodów. Wymyślona prawdopodobnie po to, żeby ostatecznie potwierdzić braterską równość sąsiadów. Zarówno Polacy, jak i Niemcy uciułali na razie po punkciku i jeszcze przed rozegraniem ostatniego meczu stoczyli się z dywizji A do dywizji B. Zresztą w całym roku kalendarzowym przegrali po sześć meczów.

Idziemy łeb w łeb. Łeb w łeb z piłkarzami najbardziej utytułowanej w historii reprezentacji w Europie! Malkontenci oczywiście wyjęczą, że to oni zniżyli się do poziomu Polaków, może nawet zostali zarażeni klęskowym wirusem (wtedy na Narodowym), ale przebieg wypadków zdecydowanie temu przeczy – Niemcy, którzy przecież uchodzą za znawców futbolu, nie zwolnili selekcjonera, przeciwnie, Joachim Löw przemawia, jakby był przekonany, że nikt mu stołka spod pupy nie wykopie. Znaczy pełna kontrola sytuacji. A już we wtorek decydujące starcie – ich mecz z Holandią i nasza wyprawa do Portugalii rozstrzygną, kto zwali się do drugiego koszyka w losowaniu eliminacji Euro 2020. Choć uczciwie się przyznam, że wolałbym ustalić to w bezpośredniej rozgrywce barażowej. Z nikim nam tak ostatnio nie wychodzi, jak z nimi.

środa, 14 listopada 2018

Czechy

Czwartkowi rywale reprezentacji Polski czują, że ich piłka nożna osunęła się ostatnio w studzienny kryzys, i cieszą się każdym udanym drobiazgiem. Ale i tak pod wieloma względami chcielibyśmy być jak oni.

Jeśli przejrzeć nazwiska, jakimi obsadzają reprezentację, powinniśmy spoglądać na nich z wyższością. Na sparing w Gdańsku trener Jaroslav Šilhavý powołał ledwie jednego napastnika, bo bogatego wyboru nie ma – rozważał nawet wzięcie Zdenka Ondráška z Wisły Kraków. Wyróżniony Patrick Schick, który błyszczał w Sampdorii, też zresztą przygasł po transferze do Romy.

To najbardziej rozpoznawalny obecnie czeski piłkarz. Otaczają go w najlepszym razie zatrudnieni w niemieckich czy angielskich klubach spoza europejskich pucharów, a opaskę kapitana zakłada Bořek Dočkal, który z chińskiego Henan Jianye został wypożyczony do amerykańskiego Philadelphia Union. Egzotyka, jakiej do reprezentacji Polski pomimo kłopotów już nie wpuszczamy. Czesi reagują więc jak my w mrocznej drugiej połowie lat 90., w której w mediach zauważaliśmy lub wręcz fetowaliśmy każdy pełen mecz rozegrany przez rodaka w porządnej zachodniej drużynie.

Wyniki reprezentacji też wyglądają marnie. Niedawno przyjęła pięć goli na wyjeździe od Rosji, nie awansowała na trzy ostatnie mundiale, w Lidze Narodów dwukrotnie uległa Ukrainie i wygrała na Słowacji.

Już kluby jednak dokonują bezapelacyjnie więcej od polskich. I działają sensowniej. Jeśli zanalizować całokształt twórczości, to nie mamy z Czechami szans – i to nie tylko pod względem czystego wyniku. Oni nie chorują na przesadne ambicje, nie przepłacają piłkarzy, nie krzyczą o futbolu jako narodowym sporcie, bo mają jeszcze hokej. A i tak kopią z generalnie lepszym skutkiem niż Polacy.

Kiedy latem 2012 roku Viktoria Pilzno rozprawiała się (7:0 w dwumeczu) z Ruchem Chorzów w eliminacjach Ligi Europy, stał za nią budżet na poziomie nizin nadwiślańskiej tzw. ekstraklasy, a cel osiągnęła nogami piłkarzy rodzimych i pochodzących z sąsiedniej Słowacji. Od tamtej pory pieniędzy przybyło – wraz ze zwycięstwami – jednak strategia się nie zmieniła. Właściciel klubu powtarza, że stać go na transfery za milion euro, ale do triumfu w rozgrywkach krajowych ich nie potrzebuje, a awansu do Ligi Mistrzów nie zagwarantują.

Do tej ostatniej znów się zresztą Viktoria dostała – po raz trzeci (!) w bieżącej dekadzie. A ponieważ w „gorszych” latach w tym okresie wpraszała się do LE (cztery razy!), ponieważ wiosną dopiero po dogrywce uległa lizbońskiemu Sportingowi w walce o ćwierćfinał, to jej losy przypominają sen na jawie prezesa polskiego klubu. I do wszystkiego doszła własnymi siłami, z perspektywy ekstraklasy struktura narodowościowa kadry szokuje – 20 Czechów, czterech Słowaków i jeden Nigeryjczyk (raczej rezerwowy), nad którymi czuwa Pavel Vrba, czyli rodzimy trener (jak wszyscy poprzedni z wyjątkiem epizodu ze Słowakiem Romanem Pivarnikiem). Jeszcze raz: właściciel Legii Warszawa, gdyby zechciał, mógłby przed kilkoma laty wykupić całą pilzneńską materię ożywioną, od menedżerów po psa ogrodnika. Ba, wydałby mniej niż przeznaczył na ludzi, którzy zawalają mu dwumecze z luksemburskim Dudelange czy Spartakiem Trnava.

Nasza efektownie opakowana, rozgrywana na nowoczesnych stadionach i bogatsza liga to na tle czeskiej kolosalny przerost formy nad treścią. W rankingu UEFA stoczyła się właśnie 25. miejsce (za rozgrywki z Kazachstanu), tymczasem Czesi trzymają się dzielnie na pozycji 17., a tej jesieni poza Viktorią Pilzno w LM dopingują jeszcze FN Jablonec (ostatnio dziewięciu Czechów w podstawowym składzie i Slavię Praga (ośmiu) w Lidze Europy. To wszystko w kraju ledwie 10-milionowym, w którym wciąż mówi się, że na piłkarza idzie ciamajda niezdolny do hokeja. Ta ostatnia dyscyplina jest tam w sensie ścisłym masową, kijem wymachiwał w dzieciństwie zarówno wspomniany Ondrášek z Wisły, jak i prawdopodobnie każdy inny czeski gracz zatrudniony w ekstraklasie. Choć wbrew stereotypowi u południowych sąsiadów ganianie za piłką dorównuje popularnością zasuwaniu za krążkiem, to dzięki potędze hokeja porażki futbolowe nie wywołują histerii. Czeski futbol jawi się jako królestwo zdrowego rozsądku, umiarkowania i efektywności.

Efektywności, która reprezentacji w bieżącej, czyli kryzysowej dekadzie daje ćwierćfinał mistrzostw kontynentu. W poprzedniej – półfinał. W jeszcze wcześniejszej, zamykającej poprzednie stulecie – finał. Chcielibyśmy tyle osiągnąć od upadku komuny. 

21:32, rafal.stec
Link Komentarze (25) »
piątek, 09 listopada 2018

Magnus Carlsen - Fabiano Caruana, Carlsen - Caruana, szachy

Magnus Carlsen zaczyna dzisiaj grać o szachowe mistrzostwo świata w meczu z Fabiano Caruaną. W moim prywatnym rankingu to największe sportowe wydarzenie jesieni.

Tytułu broni Norweg – po raz trzeci, przed dwoma laty pokonał próbującego go obalić Siergieja Karjakina, co relacjonowałem w gazetowym tekście „Koniec wojny umysłów”. O kolejnej burzy dwóch potężnych mózgów też napisałem dzisiaj spory kawałek (polecam fragment o przesuwaniu łóżka), usiłując uzmysłowić również tym czytelnikom, którzy mają skromne pojęcie o królewskiej grze, że to rywalizacja wbrew pozorom potwornie dynamiczna, szarpiąca za emocje, daleka od stereotypowych wyobrażeń o chuderlawych okularnikach, którzy leniwie przesuwają figurki po szachownicy i patrzą na skaczącego po niej konika składającego się z samego łba. W każdym razie ja się jaram jak cholera. No i zaobserwowałem pod notką o polskich prawie złotych szachistach, którzy próbowali niedawno sensacyjnie zatriumfować na olimpiadzie, że wśród stałych bywalców bloga tłoczno od wielbicieli 64 pól, a wywiad z naszym młodym arcymistrzem, Janem Krzysztofem Dudą, cieszył się sporym zainteresowaniem na portalu.

Faworytem meczu w Londynie jest Carlsen, ale on ostatnio nieco podupadł i przydarzają mu się grube pomyłki, oczywiście jak na jego standardy – starsza siostra Ellen zaszokowała środowisko wywiadem, w którym oświadczyła, że choć brat czuje się równie mocny jak przed pięcioma laty, to nie gra równie dobrze, zatracił flow, ta świadomość go wykańcza, ewentualna utrata tytułu mistrza świata grozi przynajmniej czasowym zawieszeniem kariery. Sam Magnus też zresztą ze zdumiewającą otwartością opowiadał, jak bardzo boi się porażki. Zdumiewającą i dlatego, że wybitni szachiści bywają raczej w swej pewności aroganccy, i dlatego, że się przed rywalem obnaża, może nawet daje mu psychologiczną przewagę.

Natomiast Caruana osiągnął życiową formę – i rankingu dzieli ich różnica minimalna.

Za to pod każdym innym względem dzieli ich otchłanna przepaść. Choć Norweg jest ledwie 20 miesięcy starszy, to wieczność temu zyskał globalną sławę, od zawsze był skazany na wszechsukces, „Cosmopolitan” umieszczał go nawet w rankingu najseksowniejszych ludzi na świecie, tymczasem rozpoznawalność Amerykanina nie sięga poza szachowy mikrokosmos. Kiedy mierzyli się przed dwoma miesiącami, Carlsen jak zwykle rozdawał autografy i musiał wymijać transfery, a Caruana opuszczał halę nieniepokojony.

Rywale za sobą nie przepadają. Wymieniają najkrótsze możliwe w uściski dłoni, na czwartkowej konferencji unikali kontaktu wzrokowego. Trochę bardziej kibicuję chyba temu Caruanie, z egoistycznych pobudek. Gdyby zatriumfował, miałbym więcej frajdy z tworzenia jego sylwetki do gazety – o obrońcy tytułu napisano wszystko, sam wklawiaturowałem już trochę zdań na jego temat. Amerykanin włoskiego pochodzenia to natomiast, jako się rzekło, terytorium nieznane, postać dla przeciętnego czytelnika anonimowa.

A dla mnie intrygująca. Lubię np. opublikowane w „Timesie” zeznanie Dominica Lawsona, szefa angielskiej federacji szachowej, który podczas styczniowego turnieju w Gibraltarze podsłuchał, jak Caruana zwierza się indyjskiej szachistce Tanii Sachdev w te słowa: „Czerpię pewną sadystyczną przyjemność z oglądania, jak moim rywalom nie idzie. Zdecydowanie nie jestem szczęśliwy, kiedy im wychodzi. Lubię widzieć, jak przegrywają. Wiem, brzmi sadystycznie, ale nic na to nie poradzę”. Neurony i hormony trochę buzują, prawda?

Tagi: szachy
01:06, rafal.stec
Link Komentarze (46) »
sobota, 03 listopada 2018

Legia Warszawa - Górnik Zabrze. Fot. uba Atys

Najgorsze, że środowisko piłkarskie całkiem się już przyzwyczaiło. Zobojętniało. Przerwali mecz, trudno. Mieli ochotę zadymić stadion, to wygonimy piłkarzy do szatni i po prostu przeczekamy, aż się przejaśni.

Dzisiejszy ligowy klasyk, spotkanie Legia Warszawa - Górnik Zabrze, poprzedziły uroczystości związane ze stuleciem odzyskania niepodległości. Gdy wybrzmiewał hymn, przemknęło mi przez głowę, że może tym razem władcy stadionów się wstrzymają, ale nic z tego. Zasyfili wieczór już kilka minut później.

Kiedyś sporo pisałem o problemie i chyba nawet przyczyniłem się do popularyzacji słowa „kibol” jako swoistego antonimu do mającego pozytywny wydźwięk „kibica” (kulawego antonimu, bo np. w Wielkopolsce „kibol” to po prostu „kibic”). Wielokrotnie je definiowałem, dzisiaj skrótowo bym powiedział, że to stadionowy bywalec, który ma w pogardzie wszystkich innych zainteresowanych. Gardzi kibicami (to ci lubiący sport), gardzi piłkarzami, gardzi ludźmi, którzy organizują widowisko. Co ciekawe, często uważał się za uciśnionego - choć było wręcz przeciwnie - i zawsze znajdował sojuszników, zazwyczaj wykorzystujących jego figurę w celach politycznych.

Lata mijają i kibole, którzy uważa się za lepszych od „zwykłych” kibiców, wciąż są uprzywilejowani czy raczej hołubieni. Do nich należą stadiony. Mogą łamać prawo ze świadomością, że pozostaną bezkarni, a kluby chętnie płacą grzywny za ich wybryki. Uciążliwą nowością ostatnich sezonów stało się jednak właśnie wyganianie piłkarzy z boiska - rzucaniem rac, zadymianiem czy inną dziecinadą. Zmuszali sędziów do przerywania meczu również w przeszłości, ale teraz zmuszają ich notorycznie, długimi okresami kolejka w kolejkę, według mojej wiedzy częściej niż gdziekolwiek w Europie. Wiosną nie oszczędzili nawet meczu decydującego o tytule, który zakończył się skandalem. Ściślej - nie zakończył się, więc Legia wygrała z Lechem walkowerem.

Zaraza tak się rozniosła, że narzekać zaczęli już nawet dziennikarze sportowi, którzy swego czasu tzw. oprawy wielbili. Ale polska piłka jak była, tak jest zakładnikiem uprzywilejowanej mniejszości. Nie mam pojęcia, jak temu zaradzić, jeszcze bardziej niż kiedyś - w końcu żyjemy w czasie bezwstydnego łamania jakichkolwiek reguł gry, także w dziedzinach ważniejszych niż rozgrywki sportowe. Czuję bezradność, obawiam się, że za kultywowane obyczaje znów słono zapłacimy w europejskich pucharach. A bloguję tylko dla higieny - niech w jakiejś niszy stanie napisane, że znów było paskudnie, nikt inny afery z tego nie zrobi.

22:40, rafal.stec
Link Komentarze (26) »

 Superliga, Liga Mistrzów, WikiLeaks, Real Madryt, FC Barcelona, Bayern monachium

Żeby zrozumieć, dlaczego wielka futbolowa oligarchia lgnie do stworzenia zamkniętej, ekskluzywnej Superligi, trzeba wreszcie uświadomić sobie, jak nędznie zarabiają najbogatsze kluby. Wcale nie ironizuję – zarabiają nędznie.

O nieuchronności powstania rozgrywek tylko dla wybranych, z których uprzywilejowani nigdy nie spadną, nie tylko ja piszę od lat (one zresztą powstają na naszych oczach, a my jesteśmy naiwni jak gotująca się żaba), ale z materiałów ujawnionych właśnie przez FootballLeaks wynika, że proces przyspieszył. W zmowie mającej obalić aktualny porządek uczestniczy 11 klubów planujących założenie spółki, która zorganizuje ligę poza UEFA: Real Madryt (największy akcjonariusz, weźmie 18 proc. udziałów), FC Barcelona, Juventus, AC Milan, Manchester United, Manchester City, Liverpool, Chelsea, Arsenal, Bayern Monachium oraz Paris Saint-Germain. Spiskowcy zamierzają też dopraszać drużyny z zewnątrz, w inauguracyjnym sezonie do zaszczytu kandydują Atlético Madryt, Inter Mediolan, AS Roma, Borussia Dortmund, Olympique Marsylia i może jeszcze ktoś. Skład oczywisty: 16 klubów pochodzi z pięciu czołowych lig na kontynencie. Cel równie oczywisty: wycisnąć z piłki więcej szmalu, nie dzielić się z resztą Europy.

Pomyślicie, że przebrzydła chciwość i ja chętnie wam przyklasnę, ale rządzące zabawą menedżerstwo na pewno wyliczyło sobie, że wręcz przeciwnie. Zresztą sami zobaczcie.

Liderujące rankingowi najbogatszych Manchester United i Real Madryt osiągnęły w ostatnim analizowanym sezonie odpowiednio 676,3 i 674,6 mln euro przychodu. Czyli po około 2,9 mld złotych. To w zestawieniu „Wprost” klasyfikującym polskie przedsiębiorstwa dało by im ledwie miejsca 49. i 50. – tuż nad Impexmetalem. Dociera? Najwspanialsze futbolowe firmy wyciągają tyle samo, co wytwórnia blach, taśm do produkcji listew budowlanych i innych łożysk.

Barcelona, pod której flagą czaruje sam Leo Messi, znajduje się nawet za Impexmetalem. Wydłubuje ledwie 2,7 mld zł rocznie.

Bayern Monachium uciułał w ostatnim okresie rozliczeniowym troszeczkę ponad 2,5 mld zł. Przychód równy przychodowi Amiki – pewnie słyszeliście, ta firma z miasteczka Wronki, która robi piekarniki, zmywarki, lodówki etc.

Sklasyfikowany na dziesiątym miejscu w futbolowym biznesie Juventus zarabia 1,7 mld zł. Czyli operuje na poziomie Ferm Drobiu Woźniak. Wśród nadwiślańskich firm zajmowałby 78. pozycję.

Borussia Dortmund wypracowała ostatnio 1,4 mld zł. To z kolei pułap Okręgowej Spółdzielni Mleczarskiej w Łowiczu (co ciekawe, jej zacne zręby powstały w 1906 roku, trzy lata przed założeniem niemieckiego klubu).

Przychód Atlético Madryt nie sięgnął nawet 1,2 mld zł, więc nie może się równać ani z biurem podróży Rainbow, ani z Zakładami Mięsnymi Henryk Kania. W najnowszym rankingu „Wprost” wystarczyłoby ledwie na 108. miejsce. AC Milan? 821 mln i 141. pozycja w Polsce, niedaleko za Miejskimi Zakładami Autobusowymi w Warszawie.

Takie to z futbolowych superklubów finansowe imperia, jeśli wolno mi w tak poważnej sprawie przymrużyć oko.

Wiadomo, że na piłce nożnej zarobić trudniej niż na, dajmy na to, jajkach, których potrzebują wszyscy bez względu na wyznanie, tożsamość seksualną i kolor skóry (mój rekord życiowy: jajecznica z dziesięciu). Ale mimo wszystko da się wyciągnąć więcej – zwłaszcza jeśli zauważymy, że przychód ligi futbolu amerykańskiego (NFL) to niemal 500 proc. przychodu popularnej we wszystkich strefach klimatycznych UEFA Champions League. Przywyczailiśmy się myśleć o Realach Madryt i Barcelonach jako gigantach, władających wszystkimi oceanami Lewiatanach, którym wystarczy dmuchnąć, by odepchnąć Księżyc do sąsiedniej galaktyki, tymczasem one dopiero zaczęły rosnąć – współtworzą przemysł rozrywkowy znajdujący się w fazie wczesnego rozwoju, z olbrzymimi perspektywami komercyjnymi. Tak przynajmniej sądzą biznesmeni, którzy nim kierują. I musieliby zgwałcić własną naturę, by swoją żądzę zysku powstrzymać. To byłoby wręcz niemoralne.

Mnie niezbyt chce się wierzyć, że czołowe kluby całkiem zrezygnują z rywalizacji w kraju, co też się sugeruje – nie zrezygnują nie ze względu na ideały, lecz własny interes, w końcu jak długo przykładowy Bayern zniósłby seryjne zajmowanie czwartych albo piątych miejsc, które w europejskiej rywalizacji mogą zdarzyć się każdemu? Brzydko by to wyglądało, wypada przynajmniej wystroić się w trofeum za Bundesligę. Ale Superliga musi zaistnieć. Jeśli ktoś wciąż w to wątpi, to zwyczajnie brakuje mu wyobraźni. Nasza cywilizacja oferuje mnóstwo pieniędzy do zarobienia, trzeba tylko się schylić.

14:31, rafal.stec
Link Komentarze (8) »
Archiwum
Tagi