RSS
środa, 30 listopada 2016

Andres Iniesta, biografia, Cristiano Ronaldo, książka

Na sobotni hit, od lat utrzymujący pozycję najważniejszej futbolowej superprodukcji na świecie, obaj hiszpańscy giganci przylecą z bardzo odległych od siebie galaktyk. Zbyt odległych, by uznać okoliczności za normalne.

Tam, skąd przybywa Real, jest cieplusieńko, śpiewają ptaszki i w ogóle oddycha się sielanką – nie przegrali madryccy piłkarze od 31 meczów (czyli od blisko ośmiu miesięcy), podczas gdy żaden inny europejski klub rywalizujący w poważnej lidze nie wytrzymuje aktualnie bez porażki od choćby 20 spotkań.

Ich rywal przeciwnie, tkwi w cmentarnym mroku i chłodzie, z barcelońskiej krypty wydobywa się skowyt ludzi, których boli, że żyją. I to nie dlatego, że przywoływanym okresie przegrali aż sześciokrotnie. Nie, oni rzężą tu i teraz. W niedzielnym meczu z San Sebastian dotknąć piłki we wrogim polu karnym zdołali dopiero tuż przed przerwą, sami natomiast wielokrotnie pozwalali przeciwnikowi rozwinąć skrzydła, nie znajdując żadnego sposobu na jego agresywny, wysoki pressing. Chwilami nawet Leo Messi sprawiał wrażenie tak bezradnego, że niechętnie odbierającego podania, wręcz schowanego. Co gorsza, gwiazdom Barcelony wcale nie przytrafił się odosobniony fatalny wieczór – ledwie uratowany remis spuentował miesiąc gry jak na jej standardy szokującej, z marnymi siedmioma golami strzelonymi w siedmiu meczach i otępiałą, wyzutą z kreatywności drugą linią. Skoro już nawet występy Sergio Busquetsa, piłkarza w sensie boiskowym wybitnie inteligentnego i bodaj najznakomitszego na świecie wśród drugoplanowych, dzielimy na średnie, słabe i beznadziejne, to wiadomo, że katalońskie państwo się wali.

Wali się akurat wtedy, gdy w rozkołysanym Madrycie świętują, mają jeszcze świeżo w pamięci spektakularne 3:0 w derbach z Atlético.

Czy to oznacza, że Real od miesięcy demonstruje futbol na poziomie dla Barcelony niedostępnym? Skądże znowu, zasadnicza różnica polega raczej na to, że Real potrafi postawić na swoim nawet w słabszym dniu, gromadząc punkty z morderczą regularnością, tymczasem Barcelona potrzebuje gry doskonałej, by zamienić ją na konkret pozytywnego wyniku. Madrycki trener Zinedine Zidane okazuje się zupełnie inny od piłkarza Zinedine’a Zidane’a, stroniącego przed laty od ruchów innych niż wirtuozerskie – pragmatyczny, rozważny, na notoryczne kontuzje kluczowych graczy odpowiadający mądrymi korektami ustawienia. Nawet dziesięciotygodniowa utrata Casemiro, niezastąpionego ponoć łącznika defensywy z ofensywą, nie naruszyła równowagi w drużynie.

Barcelonę być może rozbroiła natomiast nieobecność Andrésa Iniesty, który jest jednym z powodów powstania niniejszej notki. Właśnie ukazała się bowiem jego biografia, ukazała się też po polsku kolejna opowieść o Cristiano Ronaldo – zaraz niechybnie zgarnie kolejną Złotą Piłkę, pościg za Messim trwa – a ja mogę rozdać po dwa egzemplarze każdej z nich.

Otrzymają je zwycięzcy zabawy, którą stali bywalcy bloga „A jednak się kręci” znają od lat. Zabawy w jasnowidza, choć w wersji mini i o nieco zmodyfikowanych regułach. Pytanie podstawowe jest najprostsze z możliwych: Jaki będzie wynik sobotniego El Clásico?

Ale jest i pytanie dodatkowe: W której minucie padnie pierwszy gol?

Ważniejsze jest pierwsze i ono rozstrzygnie, ale należy odpowiedzieć na obydwa, bo drugie przyda się, żeby uniknąć dogrywki – wygrywa ten, kto będzie bliżej prawdy. Może zresztą nikt nie trafi wyniku, wtedy zadecyduje wyłącznie drugie pytanie. Typujemy do godz. 23.59 w piątek, decyduje czas opublikowania komentarza na blogowym forum.

wtorek, 29 listopada 2016

Korea Północna. Fot. Tracy Seeley/CBC News

Żeby domyślić się – można się tylko domyślać – ile znaczy dla Korei Północnej dzisiejsze zwycięstwo piłkarek nad USA – nawet odniesione na mundialu do lat 20 – trzeba wiedzieć, jak przedstawia Amerykanów propaganda tej zbrodniczej dyktatury. I wiedzieć, jak reżim mści się na sportowcach za porażki.

Skromną wiedzę zawdzięczamy nielicznym śmiałkom w typie Suki Kim, nowojorczanki koreańskiego pochodzenia, która przez pół roku uczyła angielskiego dzieci partyjnych notabli na uniwersytecie w Pjongjangu, potajemnie zbierała informacje, po powrocie do kraju spisała wspomnienia. Albo w typie rosyjskiego reżysera Witalij Manski, twórcy porażającego dokumentu „Pod opieką wiecznego słońca”, który najpierw uzgodnił z reżimem scenariusz, by potem co innego filmować oficjalnie, a co innego ukrytą kamerą.

Wedle ich relacji poddani Kim Dżong Una – Kim Dżong Ila – zindoktrynowani w stopniu dla nas wprost niewyobrażalnym, naprawdę wierzą, że USA to śmiertelny wróg, winny wszelkich niepowodzeń północnokoreańskiego narodu, z jakichś tajemniczych powodów życzący mu zagłady. Przez knowania Amerykanów wybucha głód, przez knowania Amerykanów każdego dnia trzeba być gotowym na wojnę.

Dlatego jeśli sportowcy Korei Północnej rywalizują z USA, to ich niesłychana pasja i zapamiętanie w walce płyną z głębi serc. Także młodych piłkarek, które mundialowy mecz – półfinałowy, teraz zagrają o złoto! – rozstrzygnęły w dogrywce.

I niewykluczone, że północni Koreańczycy ich wyczyn obejrzą. To rzadkość, relacjonowania na żywo międzypaństwowych meczów tradycyjnie się w tym kraju unika. Na wszelki wypadek, by obywatele nie doznali przykrości oglądania przegrywających rodaków – to mogłoby obniżyć morale narodu. Gazety także relacjonują niemal wyłącznie mecze zwycięskie.

Tak miało być też podczas mundialu w 2010 roku, czyli jedynego w minionym półwieczu, na który północni Koreańczycy zdołali awansować. Władza zmieniła zdanie dopiero wtedy, gdy piłkarze podczas inauguracji turnieju dzielnie opierali się wielkiej Brazylii. Wprawdzie ulegli faworytowi, ale tylko 1:2. Niestety, na pierwszą w historii transmisję zezwolono w nieszczęśliwym momencie. Cały kraj patrzył, jak reprezentacja przegrywa z Portugalią 0:7 – ponosi porażkę w rozmiarach na mundialach niemal niespotykanych.

Reakcja władz była stanowcza. Przynajmniej z naszej perspektywy, ponieważ południowokoreańskie media określiły ją jako umiarkowaną. Zaraz po powrocie do kraju wszyscy członkowie reprezentacji stanęli na scenie w stołecznym Pałacu Kultury, by złożyć samokrytykę przed 400 urzędnikami państwowymi, studentami i dziennikarzami. Przepraszali, że zawiedli w „ideologicznej batalii”, zostali też zmuszeni, by winą obciążyć selekcjonera Kima Jonga Huna. Ten został ukarany za zdradę – wyrzucono go z partii, zdegradowano do pracy na budowie. Sankcje były o tyle łagodne, że wcześniej rozczarowujących piłkarzy i trenerów, jak donosił południowokoreański wywiad, zsyłano do obozów pracy, przypominających raczej obozy koncentracyjne. Reżim docenił prawdopodobnie sam awans na turniej. Dopiero drugi w historii, po wywalczonym w 1966 r.

Całej prawdy naturalnie nie znamy, nawet FIFA podczas MŚ sprzed sześciu lat dopiero w ostatniej chwili zorientowała się, że wbrew przepisom Korea Płn. próbowała zgłosić w kadrze nie trzech, lecz dwóch bramkarzy. Jak już wspominałem, to kraj ewenement nawet wśród krajów totalitarnych – jeśli ktokolwiek z zewnątrz próbuje się o nim czegokolwiek dowiedzieć, musi sporo ryzykować, tamtejszy internet jest w istocie intranetem ograniczonym do 28 witryn etc. W każdym razie ilekroć widzę choćby wynik meczu przegranego przez tamtejszą reprezentację – seniorzy eliminacje do najbliższego mundialu już zdążyli nieodwracalnie zawalić – przemyka mi przez głowę pytanie, jaką sportowcy poniosą karę. Ilekroć natomiast widzę północnych Koreańczyków zwycięskich, odczuwam nieprzyjemny dysonans. Wybitni atleci z okolic, w których ludzie zasadniczo nie dojadają?!

Dwudziestoletnie piłkarki przez trwający mundial wprost przefruwają. Zanim pokonały amerykańskie imperium zła, uporały się w ćwierćfinale z Hiszpanią (3:2, również po dogrywce), a w fazie grupowej rozbiły Papuę-Nową Gwineę (7:1), Szwecję (2:0) i Brazylię (4:2). Tym razem publicznego samobiczowania nie będzie.

15:07, rafal.stec
Link Komentarze (4) »
niedziela, 27 listopada 2016

Chciałem złożyć mu hołd od baaardzo dawna, wożę się z tym zamiarem bodaj od stycznia, ale jakoś nie wyszło. Nadrabiam zaległości, cotygodniowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

czwartek, 24 listopada 2016

Napoli, Arkadiusz Milik

Kiedy rozbrzmiał gwizdek kończący bezbramkową mordęgę Napoli z Dynamem Kijów, publika na San Paolo – trybunach ognistych, potrafiących dać popalić rozczarowującym piłkarzom – skupiła się na komunikacie w pewnym sensie pozytywnym. Zaczęła skandować nazwisko Arkadiusza Milika. Na boisku w środowy wieczór nieobecnego, odbywającego rehabilitację po rekonstrukcji zerwanych więzadeł.

Latem witano polskiego napastnika z niepokojem, zawartym w pytaniu, czy podoła wyzwaniu zastąpienia w ataku Gonzalo Higuaina. Króla strzelców minionego sezonu włoskiej Serie A, pochłoniętą snajperską kanonadą o intensywności, jakiej w tych rozgrywkach nie widziano nigdy. A żegnano Polaka – na kilka miesięcy, kiedy padł z kontuzją – z jeszcze większym niepokojem. Bo Milik przybył, zobaczył, zwyciężył. Na stole chirurgicznym kładł się jako wicelider klasyfikacji strzelców i w lidze włoskiej, i w Lidze Mistrzów.

Od tamtej pory Napoli zmarniało wszędzie. W kraju z drużyny rzucającej wyzwanie panującemu Juventusowi zmalało do drużyny ledwie szóstej w tabeli, w Champions League – z drużyny mającej szansę awansować do 1/8 finału rekordowo szybko do drużyny zagrożonej odpadnięciem z rozgrywek.

A ludzie swój rozum mają i widzą, co się dzieje. Właśnie dotarli do momentu, w którym sezon można podzielić na pół – na dziewięć meczów z Polakiem i dziewięć meczów bez Polaka. Pierwsza połowa jesieni była pogodna, ozdobiło ją 20 goli wbitych przez Napoli. Druga była pochmurna, ba, zachmurzenie cały czas gęstnieje – dla Napoli padło tylko 12 goli.

Co i tak nie oddaje całej prawdy o doniosłości kopnięć Milika, który przecież, zanim zrobił sobie krzywdę, siadał niekiedy w rezerwie. Jeśli zmierzymy bowiem skuteczność drużyny w zależności od jego (nie)obecności, różnica jeszcze się powiększy. Oto Napoli z Polakiem na środku ataku zdobywało bramkę średnio co 30 minut. Bez niego zdobywa natomiast co 75 minut. Ile trzeba cię cenić, ten tylko się dowie, kto cię stracił.

Rzucam podstawowe dane, one czasami fałszują rzeczywistość. Cała drużyna mogła zdechnąć i nie sposób sprawdzić, czy akurat obecność Milika zapobiegłaby kryzysowi. Tyle że neapolitańczycy, już w inauguracyjnym sezonie trenera Maurizio Sarriego natchnieni ofensywnie, wcale nie zwolnili w obleganiu wrogich pól karnych. Przeciwnie, jeszcze wzmogli kanonadę. W pierwszych dziewięciu meczach oddali 142 strzały, w drugich dziewięciu – 158. Plan gry wciąż działa.

Funkcjonalność odebrała mu tylko utrata jednego elementu. Niezbędnego, żeby zgrabny scenariusz podsumowała zgrabna puenta. Ofensywne akcje należącego do Aurelio De Laurentiisa – zajmującego się również produkcją filmową – Napoli przypominają porządne kino, któremu ktoś obciął nadające sens całości zakończenie. Przy uziemionym Miliku brakuje napastnika, który ucieka obrońcom pół metra dalej, mądrzej dobiera właściwy moment na oddanie strzału, zręczniej ustawia stopę, precyzyjniej trafia w piłkę głową. Reaguje z zimną krwią.

Neapolitańczycy rozglądają się za klasowym zmiennikiem, być może zimą znów wydadzą miliony. Ale zanim go pozyskają, muszą minimalizować straty. Na przykład – przetrwać w LM. Pytali już, co Milik może zrobić dla nich, teraz pada pytanie, co oni mogą zrobić dla niego. By już razem spróbować zabawić się w Champions League wiosną.

W każdym razie w wielkiej piłce nie znajdziemy chyba dzisiaj napastnika, za którym kibice, koledzy i trener tęsknią bardziej niż Neapol tęskni za Milikiem.

wtorek, 22 listopada 2016

Borussia - Legia

To jest jesień sensacyjna, a zarazem absurdalna. Legia przez 2 minuty prowadzi z Realem Madryt (broniącym trofeum!), Legia przez 7 minut prowadzi w Dortmundzie (oberwał tam przed chwilą Bayern!), skazywana na ujemny bilans punktowy Legia do ostatniej kolejki ma szansę na przeniesienie z Ligi Mistrzów do Ligi Europy. Gadajcie, co chcecie, miesiąc temu nikt z was nie umiałby nawet o tym pomyśleć.

No i jeszcze dzisiejszy bramkowy wodospad. Goleada absolutnie unikalna, przez pół godziny wyczarowywana z tak radosną konsekwencją, jakby piłkarze obu drużyn postanowili dotrzeć do końca piłki nożnej i sprawdzić, co będzie potem. Jeśli słynna maksyma włoskiego poety Gianniego Brery głosi, że idealny mecz powinien zakończyć się wynikiem 0:0 – nikt nie popełnił błędu – to dzisiejszy wyglądał jak wyjęty ze snów czesko-włoskiego trenera Zdenka Zemana, kultowego orędownika gry ultraofensywnej, który pożądał w futbolu wyników nie tyle hokejowych, ile koszykarskich.

Ubawiliśmy się po pachy, pozostając świadomymi brutalnej prawdy: Legia miała z ostatnich wieczór w Champions League sporo przyjemności, ponieważ rywale skrajnie ją zlekceważyli. Real i Borussia ostentacyjnie zignorowały grę defensywą, pomocnicy żadnej z tych drużyn nie zamierzali nawet skinąć, żeby wesprzeć obrońców. Co więcej, dortmundczycy odfajkowywali rewanżowe spotkanie z warszawiakami głębokimi rezerwami, w podstawowym składzie ocalało tylko dwóch zawodników z jedenastki, która w sobotę przetrwała wycieńczającą, toczoną w szalonym tempie batalię z Bayernem. A i tak przyłożyli Legii w dwumeczu 14 golami.

To niejedyna przykra skrajność. Mistrzowie Polski stracili już bowiem w fazie grupowej 24 bramki i wyrównali niechlubny rekord rozgrywek należący do BATE Borysów. Oni też biegają po boisku nienękani jakąkolwiek presją – od początku nikt niczego od nich nie wymagał, a po wizycie w Warszawie Realu to już w ogóle zagwarantowali sobie pełne bezpieczeństwo, przecież nikt nie ośmieli nazbyt surowo zrecenzować zawodników, którzy urwali punkt najlepszej drużynie w Europie. Najlepszej i najdłużej niepokonanej. Za ten wyczyn należy się szacunek.

Dlatego przypuszczam – pewności mieć nie mogę, nie czytam w cudzych głowach– że wśród polskich kibiców dominują nastroje dobre, że w pamięć zapadną im epizody przyjemne, jak piękne gole Vadisa Odjidjy-Ofoe czy Aleksandara Prijovicia. Ja też długo miałem uciechę, choć dzisiaj poczułem również konsternację. Jakaś ta Liga Mistrzów niepoważna, pomyślałem. Niepoważna dzięki temu, że polskiego reprezentanta w tych rozgrywkach nie ma sensu traktować poważnie.

niedziela, 20 listopada 2016

AC Milan - Inter Mediolan

Zarządziłem sobie przerwę w blogowaniu, ale wpadam chwilunię, szybciutkie cztery akapiciki, bo dzisiejsze derby Mediolanu, który były już wygrane, właśnie w ostatnich sekundach zostały zremisowane.

Jako kibic Milanu pozostanę oczywiście zdeprawowany do samego końca – mediolańskiego klubu lub mojego – i byle czym się nie zadowolę, nie spocznę w marudzeniu dopóty, dopóki Milan nie wróci tam, gdzie jego miejsce, czyli na europejski szczyt.

Dlatego grymasiłem dzisiaj, grymaszę też przez całą jesień. Dzisiaj dlatego, że gospodarze długo grali zbyt biernie, że długo ustępowali agresywniejszemu Interowi fizycznie, że w ogóle całym derbom brakowało jakości (choć nie brakowało intensywności). A generalnie grymaszę dlatego, że pozycja mediolańczyków w lidze – pozycja równa punktowo rzymskiemu wiceliderowi – podoba mi się znacznie bardziej niż ich popisy na boisku. Tęsknię za większą kreatywnością, umiejętnością dłuższego kontrolowania piłki, bogatszą niż wiara w kontrataki i uderzenia spoza pola karnego ofensywą, która pozwalałaby oddawać więcej strzałów – przed zakończonymi właśnie derbami piłkarze rossonerich zajmowali pod tym względem dopiero, nie mieści się w głowie, 33. miejsce w pięciu czołowych ligach europejskich. Tęsknię, ponieważ, jak zaznaczyłem na wstępie, wciąż nie przywykłem i ani myślę przywyknąć do dopingowania drużyny, która od kilku sezonów pałęta się między siódmym a dziesiątym miejscem w Serie A. Nawet na Carlosa Baccę, także w okresach, gdy Carlos Bacca ładuje gola za golem jak opętany, narzekam, bo chciałbym na środku ataku napastnika bardziej uniwersalnego, wszechstronnego. Zbyt prosta konstrukcja tej spluwy jak na moje wyrafinowane potrzeby.

Co powiedziawszy, przyznaję, że z każdym tygodniem bieżącego sezonu znajduję więcej frajdy w oglądaniu dzieła tworzonego – obym w przyszłości mógł napisać: „stworzonego” – przez Vincenzo Montellę. Drużyny uboższej w indywidualny talent niż Inter (trener jest tu niewinny), lecz mocniejszej mentalnie, wreszcie zdolnej wydostać się poważnych boiskowych tarapatów, nie ugiąć się przed faworytem pokroju mistrzów z Turynu, przetrwać pomimo słabej gry. Tego przez lata beznadziei nie widziałem wcale, zresztą przez minione lata nie widziałem niczego poza chaosem. A teraz jeszcze Milan znienacka zaczął oferować scenariusze do zapamiętania i przeżywania – jak powstanie z martwych w zwycięskim 4:3 z przeklętymi prześladowcami z Sassuolo czy dzisiejszy wieczór. Co więcej, Milan stawia się każdemu, kilkadziesiąt sekund dzieliło piłkarzy od pokonania w rundzie jesiennej obu najważniejszych rywali, czyli Juventusu oraz Interu.

Gdyby im się powiodło, dokonaliby czegoś niewidzianego od schyłku lat 80., czyli złotej ery Arrigo Sacchiego. Może zatem nawet w jakimś sensie dobrze się stało, że Inter ostatecznie wbił wyrównującego gola. Włosi by się rozcmokali, wysłuchiwalibyśmy historycznych porównań aż do mdłości, oni umiaru – jak wiadomo – nie znają. A na hołdy za wcześnie. Taki mamy czas – my, kibice Milanu – że optymizm budujemy w sobie powoli, okruch dokładając do okruchu. Nadal sądzę, że dzieje się nieźle.

niedziela, 13 listopada 2016

Michał Pazdan, obrońca pancerny

Nasi piłkarze rozegrali ostatni przed zimą mecz o stawkę, więc można już podsumowywać rok w futbolu reprezentacyjnym. I zastanowić się, gdzie w europejskiej hierarchii się znajdują. Cotygodniowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.



piątek, 11 listopada 2016

To było panowanie nad sytuacją totalne. Minęło 20 minut z okładem, zanim bramkarz Łukasz Fabiański musiał pierwszy raz zareagować - wyłapać piłkę po dośrodkowaniu, które Rumuni zawdzięczali niesłusznie odgwizdanemu rzutowi rożnemu. A strzał bronił do przerwy tylko jeden, ponieważ jego koledzy działali z lodowatym spokojem profesjonalistów, którzy są świadomi, że grają w piłkę lepiej, i bezlitośnie tę przewagę udowadniają.

Rywale też zresztą znali hierarchię, tamtejsi komentatorzy wzdychali przed meczem, że w Rumunii nikt nie ma złudzeń - nawet kibice oczekują, że gospodarze oddadzą piłkę i będą przez 90 minut modlić się o remis. Takie czasy, że reprezentantowi Polski coraz trudniej wylądować w okolicy, w której nie uznają go za faworyta. Szanują ludzi Adama Nawałki wszędzie.

My też, choć tej jesieni nie tylko dzięki aferze trunkowej kadra narodowa trochę nam znormalniała, spadła z obłoków. Wcześniej była tak regularna i uporządkowana, że wręcz obca, nieprzystająca do potarganych realiów polskiego futbolu, a tu wreszcie wyszło na jaw, że tworzą ją ludzie, którzy miewają słabości i wpadki. Ba, zgłaszaliśmy do nich pretensje po każdym meczu – za punkty zgubione w Kazachstanie, za roztargnienie w starciu z Danią, za beznadziejną długimi okresami mordęgę z Armenią.

Tym razem marudzić zwyczajnie nie wypada. Należy raczej rozkoszować się przewidywalnością Kamila Grosickiego, który jak zwykle, taki ma odruch, wybił się na niepodległość w trybie turbo; twórczą aktywnością rozgrywającego Piotra Zielińskiego; wprost perfekcyjną wszechobecnością Łukasza Piszczka; wreszcie powrotem Michała Pazdana, który przywrócił harmonię w linii obronnej. Popisy indywidualne bardzo dobre i dobre zsumowały najcenniejsze wyjazdowe zwycięstwo w meczu o punkty od zwycięstwa nad Belgią przed 10 laty. I najbardziej efektowne wyjazdowe, biorąc pod uwagę klasę przeciwnika, we wszelkich eliminacjach w XXI wieku. Bo takie wyzwania nawet teraz, w czasach prosperity, sprawiały Polakom olbrzymie kłopoty - w poprzednich eliminacjach na obcych stadionach pokonali tylko Gruzję i Gibraltar.

W Bukareszcie też zdarzały się momenty niepokoju, choćby na początku drugiej połowy, gdy nasi piłkarze ulegli wściekłemu naporowi gospodarzy. Ale też trudno żądać, by Polacy nie zwalniali nigdy - już to, jakich drobiazgów musimy wypatrywać, żeby cokolwiek im wypomnieć, jest komplementem. Przecież Fabiański w istocie ani razu nie wpadł w prawdziwe tarapaty!

W ogóle w tarapaty nasza reprezentacja wpada już właściwie tylko umownie. Prawie już nie pamiętamy, jak to jest, kiedy rywale - w meczach o stawkę, pomijam sparingi - obejmują prowadzenie. Doznawali Polacy tej przykrości ostatnio ponad rok temu w Glasgow (remis ocalili wówczas cudem), a od tamtej pory upłynęło 960 minut gry. Bite 16 godzin walki z Irlandią, Irlandią Północną, Niemcami, Ukrainą, Szwajcarią, Portugalią, Kazachstanem, Danią, Armenią i Rumunią. Porażka nie groziła im przez ten czas nigdy.

Tak, dochowaliśmy się drużyny pod pewnymi względami unikalnej w skali Europy. Święto narodowe zachęca nawet, by ogłosić, że piłkarska reprezentacja to dzisiaj jeden z najładniejszych polskich wyrobów eksportowych.

niedziela, 06 listopada 2016

Tydzień temu pisałem o skrajnie znienawidzonym piłkarzu, a teraz napisałem – tak się złożyło – o skrajnie znienawidzonym klubie. Klubie, który przedwczoraj nie istniał, wczoraj zadebiutował w Bundeslidze, a dzisiaj został jej współliderem. Felieton do poniedziałkowej „Gazety” przeczytacie tutaj.

Tagi: bundesliga
17:51, rafal.stec
Link Komentarze (40) »
środa, 02 listopada 2016

Kilka minut dzieliło nas od największej sensacji wywołanej przez polską drużynę w XXI wieku.

Owszem, piłkarze Adama Nawałki wygrali z Niemcami, którzy przylecieli do Warszawy w glorii mistrzów świata. Ale w rywalizacji reprezentacji narodowych, trenujących ze sobą od święta, potentaci mają znacznie mniejszą przewagę nad słabymi. Kluby, czyli kolekcje supergwiazd warte setki milionów euro, to zupełnie inna galaktyka. Gdyby Legia - wracająca do Champions League po dwóch dekadach wygnania - pobiła Real Madryt, to również pobiłaby mistrza świata. Tyle że mistrza wyłonionego w jeszcze bardziej wymagającej konkurencji.

Nie udało, ale i tak jesteśmy wniebowzięci. Próbowałem wyszukać, kiedy ostatnio Real równie sensacyjnie tracił punkty w Europie. Może 14 lat temu, gdy remisował z Lokomotiwem Moskwa? Trudno porównać. Bezpieczniej powiedzieć, że w tym stuleciu nie zdarzyło mu się to nigdy. A za kadencji trenera Zinedine’a Zidane’a nikt nie przyłożył mu trzema golami. Do dzisiaj, do przylotu madrytczyków do Warszawy.

To był chyba najbardziej dziwaczny, a na pewno jeden z najbardziej niezapomnianych meczów, jakie oglądałem w życiu. Zwoje mózgowe wykręcił mi już stadionowy spiker - normalnie raczej go nie słyszę - który na pół godziny przed gwizdkiem nie wiedzieć czemu, chyba odruchowo, poinformował (nie)zebranych, że Liga Mistrzów daje niepowtarzalną okazję, by zobaczyć najlepszych piłkarzy w Europie.

Nie nam. Nam daje okazję, by zaprezentować się światu jako barbarzyńcy. Nasz autorski pomysł na LM jest taki, żeby mecz z Borussią ozdobić atakiem na kibiców z Dortmundu; szlagier w Madrycie ozdobić najazdem na ulice Madrytu; rewanż z Realem ozdobić hałasem w natężeniu cmentarnym. Kiedy na stadion powinno naprzeć milion chętnych fanów, zredukowaliśmy widownię do zera. A przecież przyjmowaliśmy drużynę numer jeden na świecie. Broniącą najcenniejszego trofeum w klubowym futbolu, utrzymującą pozycję lidera w najsilniejszej pośród wszystkich lidze hiszpańskiej, jedyną w czołówce niepokonaną w całym bieżącym sezonie, prężącą się na szczycie rankingu UEFA. Więcej szlachectwa wnieść na murawę nie sposób.

Od tygodni każdy mecz w LM obwoływano bezcenną lekcją dla Legii, która powinna chłonąć każdy ruch rywali, odczuwać narzucane przez nich tempo zagrań, starać się im zapobiegać. Ja trochę wątpiłem w ten pedagogiczny wymiar zderzeń akurat z Realem, tak jak wątpię w skuteczność wysyłania na MiT wyciąganych za uszy gimnazjalnych trójkowiczów z fizyki. Przepaść jest zbyt duża. Ba, na Santiago Bernabeu wszystko przebiegało tym marniej, że profesor kompletnie nie przykładał się do zajęć. A w Warszawie miało być - i najpewniej było - podobnie.

Do przerwy zanotowałem dwa wybitnie charakterystyczne momenty gry. Pierwszy to kontratak gospodarzy, podczas którego pięciu (!) piłkarzy Realu zostało na warszawskiej połowie boiska i do końca - aż po oddanie strzału na bramkę Keylora Navasa - patrzyło, jak Legia sama się wykończy. Drugi to „próba” przechwycenia piłki przez Bale’a, który ruszył zbyt leniwie, wywrócił się, pociesznie spadł na pupę. Tyle wrażeń sportowych wyniosłem z tego widowiska w martwej ciszy. Nieliczni sąsiedzi na trybunach cmokali, że Legia próbuje, że podaje seriami z pierwszej piłki, że strzeliła ładnego gola, a ja zastanawiałem się, czy nie dzieje się czasem tak, że w okolicznościach wybitnie treningowych faworytom chce się jeszcze mniej niż chciałoby im się w jazgocie trybun. Zwłaszcza że nieprzesadnie poważne traktowanie przeciwnika Zidane okazał już wyborami personalnymi - wystawił obok siebie, co się nie zdarza, Karima Benzemę i Alvaro Moratę, a także zmieścił w składzie dawno skreślonego Fabio Coentrao, w tym roku wpuszczonego na boisko tylko w gierce z trzecioligowym Cultural Leonesa. I jeszcze to ustawienie 4-2-4...

Czy tętno madrytczyków jeszcze bardziej obniżył gol wbity już w 57. sekundzie, rekordowy szybki dla nich w rozgrywkach? Czy kiedy stracili gole, trudno już było im wrócić na normalny poziom intensywności gry, natomiast Legię niosła euforia? Nigdy się nie dowiemy i nie ma to śladowego znaczenia. Emocji nikt nam nie odbierze, chwały piłkarzom też nie. Jeszcze przed chwilą marzyliśmy przecież, by LM nie pożegnała Legii jako najgorszego uczestnika fazy grupowej w dziejach rozgrywek.

Na razie żegnają ją superbohaterowie z Madrytu. Żegnają z westchnieniem ulgi, że ocalili w Warszawie punkt.

 
1 , 2
Archiwum
Tagi