RSS
poniedziałek, 30 listopada 2015

Złota Piłka, Leo Messi, Robert Lewandowski

Leo Messi, Cristiano Ronaldo i Neymar zostali finalistami Złotej Piłki. Nagrody dla gracza roku na świecie, który w coraz większym stopniu jest przesyconym polityką plebiscytem popularności.

Zanim nadwiślański kibic – od tygodni odurzany medialnym jazgotem o Polaku, który właściwie już stoi na podium, inaczej będzie skandal – zacznie węszyć spisek lub zaledwie się wściekać, niech pochyli się nad wyborem samego Roberta Lewandowskiego, który oddawał głos jako kapitan reprezentacji. Napastnik Bayernu przyznał, że punkty rozdzielił między klubowych kolegów (najwięcej dał Manuelowi Neuerowi), bo woli stawiać na tych, z którymi „trenuje i dostrzega ich klasę na co dzień”. Nie złożył plebiscytowego hołdu gwiazdom Barcelony, choć ich wirtuozerię też podziwiał z bliska, gdy monachijczycy byli zrównywani z murawą na Camp Nou (0:3) i odpadali wiosną z Ligi Mistrzów.

To na pewno drużynotwórcze i lojalne, zapewne zostanie docenione w klubowej szatni. Ale zarazem nieco absurdalne. Jak można zignorować liderów drużyny, od której samemu ostro się oberwało, która zdobyła trzy najważniejsze trofea, której fenomenalni napastnicy – Messi, Neymar i Luis Suarez – strzelili w mijającym roku aż 125 goli, czyli tyle samo, ile CAŁY Bayern? I więcej niż wszystkie inne całe drużyny na świecie?

Słowa Lewandowskiego przypominają o czymś jeszcze. Otóż piłkarze niekoniecznie pasjami oglądają popisy innych piłkarzy, przypomnijmy sobie choćby wyznanie Cristiano Ronaldo, który przed meczami z Borussią w LM przed czteroma laty nie miał pojęcia, kim jest Mario Götze, choć idol dortmundzkich kibiców uchodził już za największą nadzieję niemieckiego futbolu. Tymczasem o wynikach Złotej Piłki w jednej trzeciej rozstrzygają właśnie zawodnicy (pozostali jurorzy to selekcjonerzy reprezentacji, którzy też muszą rozdawać głosy dyplomatycznie, oraz dziennikarze, po jednym z każdego kraju należącego do FIFA). I pewnie nie analizują wnikliwie wydarzeń całego roku, nie zastanawiają się, za jaki okres nagradzają nominowanych kolegów, polegają na tym, co najmocniej zapadło im w pamięć. Działa też medialno-marketingowa maszyneria, z dopalaczem w postaci wirujących na ekranach spotów reklamowych, przed którą nie obroni się nikt.

Jeśli wierzyć bukmacherom, Lewandowski zajmie w plebiscycie czwarte miejsce. Znakomite, potwierdzające, że należy do elity elit graczy najwybitniejszych. Jak sam mówi, „przebywa już na tej samej planecie, co Messi”. Pomogło mu to, że swój wystrzałowy, być może szczytowy okres w karierze miał tuż przed rozpoczęciem zabawy. Serię rozpoczętą pięcioma golami wbitymi w dziewięć minut  Wolfsburgowi – 15 bramek w sześciu meczach Bayernu i eliminacji Euro 2016 – zakończył 11 października, tymczasem głosowanie wystartowało 20 października. Szkoda tylko, że właśnie wtedy zwolnił i w kolejnych pięciu spotkaniach klubu trafił ledwie raz.

Ta buchalteria ma sens, bo lista finalistów niemal pokrywa się z czołówką najskuteczniejszych piłkarzy roku, w którym Messi i Ronaldo strzelili na razie po 48 goli, Lewandowski – 46, a Neymar – 45. Tę regułę mógł zaburzyć jedynie Suarez (już raz zdarzyło się podium obsadzone wyłącznie Barceloną), ale wieczór spektakularnie udowadniający, że katalońska drużyna znów uciekła konkurencji w inny wymiar przeżyliśmy z kolei zbyt późno. El Clásico odbyło się 21 listopada, nazajutrz po zakończeniu głosowania. A olśniewające 6:1 z Romą 24 listopada.

Plebiscyt niemal na pewno wygra (po raz piąty, to rekord) Messi, który po dwóch latach panowania zdetronizuje Cristiano Ronaldo (trzy trofea, drugie miejsce w tabeli wszech czasów wraz z Johanem Cruyffem, Michelem Platinim, Marco van Bastenem). Obaj zmieniają się na szczycie od 2008, i to niezależnie od tego, czy ich oszałamiające popisy przynoszą trofea drużynom. Duopol jest jednak zagrożony. I ze względów sportowych, i marketingowych. Niespełna 31-letni Ronaldo będzie powoli zmierzał ku schyłku kariery. Być może efektownego, ale jednak schyłku. A koncern Nike według doniesień francuskiego dziennika „L’Equipe” odbierze mu pozycję głównego ambasadora marki i przekaże ją 23-letniemu Neymarowi. Uczyni to ponoć w czerwcu 2016 roku, by wykorzystać jego popularność przed igrzyskami w Rio, na których napastnik Barcelony będzie grał dla mierzącej w złoto reprezentacji Brazylii.

Wcześniej Lewandowski poleci na Euro 2016. Żeby wybić się jeszcze wyżej w plebiscycie, musiałby pewnie zdobyć tam z drużyną Adama Nawałki medal – jak Zbigniew Boniek na mundialu sprzed 33 lat, ostatni Polak na podium plebiscytu. Alternatywą jest triumf w Lidze Mistrzów. Wtedy stałby się jeszcze poważniejszym faworytem, bo w upływającym roku osiągnął jednak coś wielkiego – z jednej z wielu gwiazd Bayernu rozbłysnął na najjaśniejszą.

niedziela, 29 listopada 2015

Tytułowe pytanie jest zasadnicze, ale niespecjalnie lubimy je zadawać – my, czyli całe środowisko, łącznie z dziennikarzami – o czym zresztą już kilkakrotnie pisałem. Teraz, niestety, znów pojawił się powód. Doping wykryty w Lidze Mistrzów. Felieton do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

23:02, rafal.stec
Link Komentarze (7) »
piątek, 27 listopada 2015

Żyjąca planeta, unrecognized pattern i inne takie

Kiedy oglądam Barcelonę z listopada 2015, przypominają mi się te wszystkie fantastyczne opowieści o obcych cywilizacjach – od Lema po Wattsa – których przedstawicieli nie widać, nie słychać ani nie czuć, więc nie mamy całkowitej pewności, czy właśnie wiszą nam na uszach, czy może w ogóle nie istnieją. Są niedostępni zmysłom, kontakt jest niemożliwy.

Tak, wiem, hołdy składane Barcelonie poprzez kosmiczne metafory bardzo się zużyły, ale nic nie poradzę, gruba przesada jest tu niezbędna, jej ostatni rywale zwyczajnie nie nadążają, nie rozpoznają wzorców i nie rozumieją niczego, co się wokół nich dzieje, kataloński styl ma zbyt odmienną naturę. Nie tyle przegrywają, ile właśnie nie umieją nawiązać kontaktu. Idea futbolu z Camp Nou to szczytowa techniczna wirtuozeria pomnożona przez szczytowo intensywną, nieczytelną dla przeciwnika grę bez piłki pomnożona przez szczytowe tempo przeprowadzania akcji. Wynik tego równania musi być szczytowo abstrakcyjny. Ergo nierozpoznawalny dla najdoskonalej zorganizowanych przeciwników.

Odkąd istnieje nowożytna Liga Mistrzów, grę tak bliską perfekcji podziwiamy chyba po raz trzeci. W latach 90. od ziemi nie odrywał się nikt, w następnej dekadzie też nikt nie stworzył czegoś aż tak niepojętego – nawet tamten (nie)galaktyczny Real Madryt, zanim rozmontował go Florentino Perez, polegał raczej na wybitnych jednostkach niż wybitnej synchronizacji ruchów grupy. A potem objawiły się Barcelona według Pepa Guardioli oraz Bayern według Juppa Heynckesa, który wieńczył dzieło Louisa van Gaala.

Obie obwoływaliśmy drużynami wszech czasów. Nie przez terror nowoczesności, która żąda codziennego ogłaszania nowych rekordów, lecz z powodu twardych danych, wyrażanych liczbami – Barcelona oraz Bayern totalnie dominowały i w pojedynczych meczach, i w całych sezonach. A ich poprzednicy z minionych dekad sporo tracili, gdy wracaliśmy do wideo z ich popisami. Bo futbol retro toczył się w rozczulająco wolnym tempie.

I dziś znów musimy się wyzbywać wszelkiej powściągliwości. Bo Barcelona nie znęca się nad byle kim, lecz w kilka dni wkłada 10 goli wicemistrzowi Hiszpanii i wicemistrzowi Włoch. Bo potwór Luisa Enrique, wciąż docenianego zaskakująco umiarkowanie, wygląda na reprezentanta jeszcze wyższego stadium ewolucji niż potwór Guardioli, co także tym razem widać w nagich faktach. Piłkarze tamtego trenera w pierwszych 81 meczach jego kadencji wygrali 56 razy, a obecnego – aż 65. Piłkarze tamtego zdobyli 202 bramki, a obecnego – 224. Piłkarze tamtego stracili ich 65, a obecnego – ledwie 62. Obłęd.

Tamtej Barcelonie wyrzucano niekiedy, że oferuje futbol zbyt jednostajny, po pewnym czasie nużący. Obecna zmienia tempo jak opętana, dysponuje jeszcze bogatszym arsenałem ofensywnym. Tamtej wytykano, że bez Leo Messiego więdnie, a obecna bez swojego lidera nie dość, że przetrwała bardzo trudny okres, to jeszcze rozbiła Real Madryt. Tamta wyglądała na niezdolną do zaakceptowania jakiekolwiek środkowego napastnika (z czasem problem się nasilał), a w obecnej Luis Suarez spotężniał do najlepszego na tej pozycji na świecie, oczywiście obok Roberta Lewandowskiego.

I tercet barcelońskich atakujących też niechybnie usłyszy, że przelicytował wszystko, co kiedykolwiek widziała piłka nożna. Messi, Suarez i Neymar – wszyscy dalecy od schyłku kariery! – wbili w bieżącym roku nieprawdopodobne 121 goli, więcej niż CAŁY Real Madryt (110) czy CAŁY Manchester City (89). Minimalnie ustępują tylko całemu Bayernowi Monachium (123), czyli w zgodnej opinii jedynemu rywalowi gotowemu nawiązać kontakt z Barceloną.

Przyznam, że mam wątpliwości, wywołane strategią Guardioli. Monachijski trener w wielu meczach ustawia drużynę ryzykancko i w formule maksymalnie, by tak rzec, udziwnionej – wejrzyjcie na te jedenastki z trójką skrzydłowych, dwójką napastników i ledwie jednym środkowym pomocnikiem. Albo na rezygnowanie ze stoperów. Trzyma się też Pep bardzo odsuniętej od własnej bramki defensywy, czyli rozwiązania w zderzeniu z Messim, Suarezem i Neymarem potencjalnie samobójczego. I nie ćwiczy wariantów, w których widzielibyśmy założenie, że Barcelona najzwyczajniej w świecie wnosi na boisko więcej wirtuozerii, że nawet bohaterowie Bayernu wyglądają przy bohaterach z Camp Nou, znów przepraszam za hiperbolę, na piłkarzy pospolitych.

Choć oczywiście Guardiola musi widzieć i wiedzieć więcej, a jego zamysły mogą być dla nas prawie tak samo nieprzeniknione, jak dla piłkarzy Realu i Romy nieprzeniknione były zamiary Barcelony.

16:39, rafal.stec
Link Komentarze (14) »
wtorek, 24 listopada 2015

Pavel Nedved, Juventus

Z laureatem Złotej Piłki z 2003 roku spotkałem się pod Turynem. To czeska wersja Zbigniewa Bońka – awansował z Juventusem do finału Ligi Mistrzów (nie wystąpił w nim, zdyskwalifikowały go żółte kartki) i dwukrotnie wygrywał włoską Serie A. Różni ich to, że prezes PZPN pod koniec kariery zamienił Turyn na Rzym – w terminologii kibiców „zdradził” – a Pavel Nedvěd przebył odwrotną drogę, do Juve przyszedł z Lazio. Zmianę bardzo sobie chwalił, tłumacząc, że stolica była dla niego zbyt dzika i hałaśliwa i dopiero w mieście Fiata odnalazł miejsce odpowiadające jego temperamentowi.

Przez fanów jest ubóstwiany do dzisiaj. Dlatego że klubu nie porzucił nawet po karnej degradacji do Serie B (pokłosie korupcyjnej afery Calciopoli), ale także przez swój styl gry. Był bowiem lewoskrzydłowym pracoholikiem, który nigdy nie tracił tchu, choć do każdej akcji wkładał tyle serca i wysiłku, jakby wykonywał ostatni sprint w życiu. Włosi obwołali go „Furia Ceca”, czyli „Czeską furią”.

W Italii mieszka od 1996 r. Jego dzieci mówią po czesku już tylko do rodziców, ze sobą rozmawiają po włosku. Po zakończeniu kariery prezes Andrea Agnelli uczynił Nedvěda członkiem zarządu, miesiąc temu Czech został wiceszefem klubu. Mówi, że teraz jeszcze trudniej opędzić mu się na ulicy od kibiców niż wtedy, gdy grał, bo kiedyś ludzie widywali go częściej i nie byli aż tak spragnieni kontaktu. A on stara się wieść proste i normalne życie zwykłego człowieka, o czym obszernie opowiada w wydanej także po polsku autobiografii. Mieszka nieopodal La Mandrii, leżącego pod Turynem, otoczonego 35-kilometrowym murem największego parku w Europie. Po godzinach relaksuje się w pobliskim klubie golfowym – to tam rozmawialiśmy nazajutrz po sobotnim zwycięstwie Juventusu z Milanem, przed którym trybuny zgotowały nowemu wiceprezesowi Nedvědowi burzliwą owację. Wywiad poniżej.

Real Madryt został właśnie rozbity przez Barcelonę, z którą Juventus przegrał wiosną finał Ligi Mistrzów. Czy on w ogóle mógł się zakończyć innym wynikiem, czy katalońska drużyna jest dzisiaj niemal nietykalna?

– Wiadomo, że na przykład przy wyniku 1:1 mogliśmy objąć prowadzenie. W pojedynczym meczu na tym poziomie da się pokonać każdego. Ale kiedy spojrzymy szerzej, na jakość drużyny, to Barcelona robi się nieprawdopodobnie mocna, a takie zespoły grają tym lepiej, im wyższa jest stawka.

Trójkąt Messi – Neymar – Suárez to najlepszy atak na świecie.

– Tak. Ale nie redukowałbym Barcelony do tej formacji. El Clásico pokazało, że jej sukces polega na doskonałej organizacji gry całej drużyny, a tę Katalończycy zawdzięczają trenerowi. Luisowi Enrique należy się najwyższe uznanie.

Ale niektórzy twierdzą, że wspomniany atak jest wręcz najlepszy w całej historii piłki nożnej...

– Bardzo trudno porównywać różne epoki, bo futbol bardzo się zmienia, więc zmieniają się też role napastników. Jeśli jednak zawęzimy pytanie do szeroko pojętej nowożytności, to myślę, że Messi, Neymar i Suárez nie mają konkurencji. Wystarczy popatrzeć, ile strzelają goli. Ile i jak. Na mnie robią niesamowite wrażenie.

Juventus po latach totalnej dominacji we Włoszech i niemal perfekcyjnym poprzednim sezonie (mistrzostwo i puchar kraju, finał LM) jesienią wystartował bardzo słabo, zajmuje dopiero szóste miejsce, do prowadzącego Interu traci aż dziewięć punktów. Co się stało?

– Po pierwsze, kontuzje. Zaszkodziły nie tylko dlatego, że schorowanych piłkarzy brakowało na boisku, ale także dlatego, że negatywnie wpłynęły na przygotowania do sezonu. Jedni odeszli, inni przyszli, więc tak czy owak, czekałoby nas wiele pracy, by zaadaptować się do nowych okoliczności, a urazy jeszcze wszystko skomplikowały. I zdawaliśmy sobie sprawę, że będzie trzeba się skonfrontować z zupełnie nowymi problemami. Stopniowo się jednak podnosimy, wyniki są coraz lepsze, a sezon potrwa długo. I nie rozstrzygnie się jesienią, lecz jak zawsze – w lutym, marcu, może nawet później. Dzisiejsza pozycja w tabeli nie ma znaczenia.

Czyli dzieje się to, czego się spodziewaliście po utracie Pirlo, Téveza i Vidala?

– Tak. Wiedzieliśmy, co nas czeka, bo nie odeszli od nas zwykli gracze, lecz wielcy mistrzowie. A takich sytuacjach zawsze trzeba sporo czasu, by ich zastąpić, i to niezależnie od jakości transferów.

Czyje odejście było najbardziej bolesne z punktu widzenia poziomu gry?

– Nie wybiorę jednego, bo się nie da, wszyscy razem współtworzyli mechanizm, który przestał istnieć. I jestem pewien, że problemy z zastąpieniem piłkarzy tak wybitnych miałaby każda drużyna na świecie. Znów – niezależnie od jakości transferów. Pewnych strat nie sposób zrekompensować z dnia na dzień.

We Włoszech trwa burzliwa dyskusja o Paulo Pogbie, który zdaniem krytyków – licznych – nie potrafi zostać prawdziwym liderem. Francuz nie wytrzymuje presji? Wymagamy zbyt wiele od gracza tak młodego?

– To drugie. Bezdyskusyjnie. Nigdy nie widziałem lidera czołowego zespołu w Europie, który miałby 22 lata. My jesteśmy absolutnie usatysfakcjonowani poziomem jego gry, bo wiemy, w jakim jest wieku. Spokojnie patrzymy na jego rozwój i jesteśmy przekonani, że ma wszystko, by w przyszłości zostać piłkarzem wybitnym. Potrzebuje tylko czasu, jak każdy 22-latek.

Na drugim końcu skali jest Gianluigi Buffon. Najstarszy w drużynie (rocznik 1978), w ubiegłym tygodniu minęło 20 lat od jego ligowego debiutu, wciąż uchodzi za czołowego bramkarza na świecie. Jak wytłumaczyć jego fenomen?

– Niezwykłym talentem. Oczywiście trzeba ciężko pracować, by tyle osiągnąć, i Gigi ciężko pracuje, ale najpierw musi być niezwykły talent. To najlepszy bramkarz, jakiego w życiu widziałem. I uważam, że zasługuje na jeszcze większe uznanie, że powinien mieć w dorobku więcej nagród indywidualnych.

Numer jeden w historii futbolu?

– Wracamy do tego samego problemu: trudno porównywać różne epoki. Dlatego nie ustaliśmy, czy jest numerem jeden, ale jestem pewny, że należy do wąziutkiej grupki najlepszych.

Buffon i pan nie opuściliście Juventusu po degradacji do Serie B. Piękny dowód lojalności, ale nie obawiał się pan, że zrujnuje swoją karierę?

– Nigdy nie myślałem w tych kategoriach. Jak chyba każdy, kto postanowił wtedy zostać. Traktowaliśmy to jako swoisty obowiązek wobec klubu, któremu tyle zawdzięczamy. Juventus dawał nam zawsze wszystko, co mógł, więc czuliśmy, że musimy się odwdzięczyć. Wbrew pozorom to była bardzo prosta decyzja. Pamiętajmy zresztą, że Juve wciąż pozostało wielką firmą, z milionami kibiców nie tylko we Włoszech, statusu nie traci się z dnia na dzień. To nie było poświęcenie, gra w tej koszulce sprawiała mi przyjemność nawet w Serie B.

Jest pan z nimi związany od 14 lat i stał się bliskim współpracownikiem Andrei Agnellego. Czuje się pan członkiem najpotężniejszej rodziny we Włoszech?

– Przede wszystkim służę klubowi. Wyjątkowemu. Polega to także na tym, by uświadamiać każdemu piłkarzowi, który tu przychodzi, gdzie trafił. Tym się zajmuję.

Ale wiadomo, że z prezesem jesteście bardzo blisko, odwiedził pana nawet tam, gdzie zaczynał pan grać w piłkę – w czeskiej Skalnej.

– Owszem, przyjaźnimy się i rzeczywiście przyjechał w moje rodzinne strony, trzy lata temu uczestniczyliśmy tam razem w sparingu – nasza drużyna z Turynu, w której grywam razem z Andreą, kontra lokalny klub. To było wielkie wydarzenie w maleńkiej Skalnej [liczącej 1,5 tys. mieszkańców].

Agnelli jest sfrustrowany poziomem włoskiego futbolu, narzeka, że w lidze tylko Juventus robi prawdziwy postęp, że przez przemoc wokół stadionów potęgi Serie A nigdy nie dościgną finansowo Barcelony, Realu, Manchesteru United...

– To nie frustracja, tylko poczucie odpowiedzialności człowieka z wizją, który wie, jak tutejsza piłka mogłaby się zmienić. Rzuca pomysły, by rozwijali się wszyscy, bo to leży również w interesie Juve. Choć Serie A wciąż ma swój urok, to przestała być czyimkolwiek celem, każdy piłkarz z ambicjami traktuje ją jako krok w karierze, spełnienia szuka gdzie indziej. Aby odzyskać dawną potęgę, trzeba unowocześnić stadiony i załatwić mnóstwo innych spraw.

Z zagranicznymi właścicielami klubów w Europie, którzy dysponują majątkami bez granic, trudno będzie konkurować. Czy to dobrze dla piłki, że ich przybywa?

– Nie widzę w tym nic negatywnego, uważam, że podnoszą poziom całej dyscypliny. Ale dzięki nim czuję jeszcze większą dumę z Juventusu, który jest biznesem rodzinnym, należącym do Agnellich od dekad. To czyni nas zjawiskiem coraz bardziej wyjątkowym.

W sensie sportowym najbardziej wyjątkowa jest Barcelona. W dekadę wygrała Ligę Mistrzów aż cztery razy...

– I może być pierwszą drużyną, która obroni tytuł. Potęga, jaką widziałem w El Clásico, po prostu mnie przeraża. Tempo ataku, poziom techniczny. Barcelona nie tylko wygrywa, pokazuje też, jak się powinno grać w piłkę. Perfekcja.

Złota Piłka dla Messiego jest bezdyskusyjna?

– Tak.

Gdyby pan głosował, komu przyznałby pan punkty?

– Na pewno Messiemu i Ronaldo. A kto trzeci? [Długi namysł]. Ibrahimoviciowi. Nie tylko za to, co robi w Paris Saint-Germain, ale za to, że wciągnął Szwecję na Euro 2016.

22:37, rafal.stec
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 23 listopada 2015

Kiedy do niego zadzwoniłem, żeby umówić się na wywiad i „wspólnie poszukać lewego obrońcy dla reprezentacji Polski”, zgodził się od razu, ale natychmiast po odłożeniu słuchawki wstukał do gugla „Wawrzyniak + Stec”. Chciał sprawdzić, co o nim wypisywałem, bo „lubi mieć wszystko pod kontrolą”. O tym wszystkim dowiedziałem się od osoby trzeciej, więc w hotelu najpierw zapytałem go o wyniki śledztwa. „O, raz grubo pojechałeś” – rzucił tylko.

Jeśli tak, to znaczy, że i ja uległem owczemu pędowi, któremu na pewno ulegliście również wy, Wawrzyniak urósł u nas do pierwszego futbolowego fajtłapy, jak niegdyś Grzegorz Rasiak. Właśnie to skłoniło mnie do umówienia się na wywiad, chciałem właściwie zadać tylko jedno nękające mnie od dawna pytanie: „Czy miewasz refleksje: Cholera, przecież ja w swoim fachu należę do najlepszych w kraju. Ciekawe, czy ci, którzy się ze mnie wyśmiewają, też są w swojej dziedzinie czołowymi specjalistami w kraju?”

Pytań padło oczywiście więcej, zadawaliśmy je wspólnie z Michałem Szadkowskim. Wywiad przeczytacie tutaj, wszelkie komentarze na forum widziane chętniej niż zazwyczaj:-)

Gianluigi Buffon kontra Gianluigi Donnarumma. O niezwykłym spotkaniu, któremu się przyglądałem z trybun Juventusu, napisałem cotygodniowy felieton do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra”. Przeczytacie go tutaj.

00:08, rafal.stec
Link Komentarze (4) »
czwartek, 19 listopada 2015

Bartosz Kapustka, transfer

Rewelacyjnym reprezentacyjnym debiutantem ponoć interesuje się Borussia Dortmund, Cracovia ponoć mogłaby zarobić na sprzedaży 4-5 mln euro. Biorąc pod uwagę wiek (18 lat) Bartosza Kapustki, byłby to interes w polskim futbolu niezwykły, jeszcze nikt nigdy nie zapłacił tyle za chłopca tak niedoświadczonego, choć oczywiście nie mówimy tu o niemowlaku, wystarczy spojrzeć na jego seniorski staż – dla klubu zagrał już 43 razy.

Zbigniew Boniek już odpowiedział na tytułowe pytanie, stanowczo się prędkiemu wyjazdowi młodzieńca sprzeciwiając. Natychmiast ripostował Cezary Kucharski, który ogłosił, że gdyby nasi reprezentanci nie uciekali wcześnie za granicę, nie byłoby awansu na Euro 2016. A potem rozdyskutował się Twitter, planowanie Kapustce kariery uzasadniając naturalnie doświadczeniami innych polskich piłkarzy.

Też się wypowiem, inaczej chyba nie wypada, kto się dzisiaj nie wypowie, to nie istnieje, 140 znaków wystarcza już nawet do podawania recept na rozwiązanie najbardziej skomplikowanych problemów współczesności. A zatem do dzieła.

Spójrzmy na Arkadiusza Milika – wyfrunął w świat jako 18-latek i pomimo rozmaitych perypetii mu się powiodło, oto niezbity dowód, że należy wyjeżdżać wcześnie. Spójrzmy na Grzegorza Krychowiaka – wyfrunął jako 16-latek i wyszedł na ludzi, oto kolejny niezbity dowód, że należy wyjeżdżać wcześnie. I na Piotra Zielińskiego – wyfrunął jako 17-latek i dziś walczy o podstawowy skład polskiej kadry, znów dowód, że warto wyjeżdżać wcześniej. I na Kamila Glika – wyfrunął jako 18-latek i choć potem wracał, to niewykluczone, że zbierane w różnych kulturach doświadczenie pomogło mu dochrapać się opaski kapitana Torino. I na Wojciecha Szczęsnego – odfrunął do Arsenalu jako 16-latek, by szybko wyrosnąć na bramkarza regularnie broniącego w Lidze Mistrzów. Wygląda na to, że dzisiejsza reprezentacja Polski faktycznie stoi piłkarzami, którzy odlatywali do cieplejszych krajów jako pisklęta, część wręcz nie zdążyła skubnąć murawy naszej ligi.

Ale spójrzmy na Dawida Janczyka – wyjechał jako 19-letni gwiazdor młodzieżówki i przepadł. Spójrzmy na Rafała Wolskiego – wyjechał jako 20-latek i przepadł. Na Bartłomieja Pawłowskiego – wyjechał jako 20-latek, przepadł i wrócił do kraju, dziś błąka się od wypożyczenia do wypożyczenia. Na Gracjana Horoszkiewicza – wyjechał jako 16-latek w glorii kapitana reprezentacji juniorskich, też wrócił i całkiem przepadł.

Sprawa jest zatem rozstrzygnięta, z zebranych tu argumentów jasno wynika, że wyjeżdżanie w nieprzyzwoicie młodym wieku gwarantuje ładną karierę, a zarazem gwarantuje załamanie kariery, każdy może sobie z tego wora wyjąć, czego dusza zapragnie. Ponieważ jednak zebrałem aż tyle materiału dowodowego, pozwolę sobie przedstawić własny pogląd – lojalnie uprzedzam, że będzie kontrowersyjny.

Mój pogląd mianowicie jest taki, że nie istnieje idealny model, według którego powinien podążać każdy młody zdolny. Ani nawet zarys modelu. Jedni rozwijają się szybko, inni powolutku. Jedni zaczynają szarogęsić się w nowej szatni po pięciu minutach od wejścia, inni nie podniosą wzroku nawet błagani o podniesienie. Jedni po zagranicznym transferze poczują się spełnieni i im odbije, dla innych transfer będzie początkiem i inspiracją do jeszcze cięższej pracy. Jedni wszędzie czują się dobrze, inni wszędzie muszą się aklimatyzować (i czasem trudno ocenić, kto do jakiego należy gatunku). Jedni od razu przypadną do gustu trenerowi, inni prędko się mu narażą. Jedni spotkają szkoleniowca wychowawcę, który uwielbia rzeźbić w nieociosanym budulcu, inni wpadną na szkoleniowca wynikowca, którego interesuje dziś, może jutro, najdalej pojutrze. Jednym będą sprzyjać okoliczności (np. ciężka kontuzja konkurenta do miejsca w składzie), innym zawsze będzie wiało w twarz (np. zderzą się z konkurentem do miejsca w składzie zjawiskowo utalentowanym).

Jeszcze raz: nie istnieje ogólna teoria kariery. Każdy przypadek trzeba badać osobno. Ocenić potrzeby, zalety i wady piłkarza, oczywiście mentalne, fizyczne i psychiczne. Sprawdzić sytuację kadrową (i nie tylko) w nowym klubie. Zanalizować styl gry uprawiany w obcej lidze. Zlustrować przyszłego trenera. Ba, podczas negocjacji najlepiej byłoby też prześwietlić intencje kupujących. Rolę odgrywa tu mnóstwo czynników oraz okoliczności, które znają i rozumieją – lub mogą znać lub rozumieć – tylko bezpośrednio zaangażowani w sprawę.

Co prowadzi mnie do jedynego słusznego wniosku w kwestii transferu zagranicznego Kapustki. Otóż jestem absolutnie za, a nawet radykalnie przeciw.

Tagi: transfery
21:21, rafal.stec
Link Komentarze (35) »
wtorek, 17 listopada 2015

Polscy piłkarze pożegnali go efektownym zwycięstwem nad Czechami 3:1. A rok był piękny, reprezentacja tak poprawiła swoją reputację, że zaczęła uchodzić za murowanego faworyta do wyjścia z grupy na Euro.

Najpierw gwałtownie protestowali kibice, którzy uznali, że zapłacili za bilety na drużynę narodową, a dostaną jej atrapę. Gdy selekcjoner ogłosił, że zgrupowanie przedwcześnie opuszczają gwiazdy – Robert Lewandowski i Grzegorz Krychowiak – co bardziej porywczy żądali zwrotu pieniędzy.

Jeśli jednak dotarli na stadion, musieli prędko złagodnieć. Bo Bartosz Kapustka uparł się, by zostać najbardziej zuchwałym debiutantem w historii reprezentacji. Gibraltarowi we wrześniu przyłożył golem po 11 minutach gry. Islandii w miniony piątek – po kilkudziesięciu sekundach. A wczoraj już w trzeciej minucie przeciął czeskie podanie i puścił się w kilkudziesięciometrowy sprint lewym skrzydłem, by dać asystę Arkadiuszowi Milikowi. Początek eksplozja. I wrocławskiego sparingu, i reprezentacyjnej kariery Kapustki, który nie obchodził jeszcze 19. urodzin. Nawet Lewandowski, pomimo gola strzelonego w debiuciu San Marino, rozkręcał się w biało-czerwonej koszulce wolniej.

Nie minął kwadrans, a Polacy strzelili Czechom kolejnego gola i choć potem pozwolili się przygnieść do pola karnego, choć irytowali rozgardiaszem w środku pola, to sparing był adekwatnym, przyjemnym podsumowaniem roku. Roku poplamionego ledwie jedną porażką (z mistrzami świata Niemcami). Roku, który przebiegał perfekcyjnie jak wczorajszy ponaddźwiękowy kontratak poprzedzający bramkę na 3:1.

Właściwie trudno wskazać cokolwiek, co trenerowi Adamowi Nawałce nie wyszło. Na Euro reprezentacja awansowała bez zbędnego stresu w barażach. Strzelała przeciętnie trzy gole na mecz, co imponuje nawet w skali historycznej – by odnaleźć bilans okazalszy, trzeba cofnąć się aż do roku 1975, który piłkarze Kazimierza Górskiego przeżyli niepokonani i ze średnią 3,27 bramki na spotkanie. Przełamali też Polacy serię remisów z poważniejszymi rywalami, w rozstrzygającej batalii o Euro wygrywając z Irlandią, a następnie rozbijając towarzysko Islandię (4:2) oraz Czechy. To też zupełnie nowa jakość – podwładni trenerów Leo Beenhakkera, Pawła Janasa i Jerzego Engela po zwycięskich eliminacjach odprężali się i wyglądali w sparingach coraz marniej, a po grupie Nawałki wcale nie widać, by mobilizacja zelżała, tym razem nikt nie myśli o wydawaniu okolicznościowych książek ani innym lansowaniu się przed kamerami.

Kadra konsekwetnie wzbogacała się też personalnie. Mijająca jesień to nie tylko wspomniane rozbłyśnięcie Kapustki, ale także przebudzenie 21-letniego Piotra Zielińskiego (wreszcie kandydat na rasowego rozgrywającego!) czy awans do podstawowego składu 20-letniego Karola Linetty’ego. Dlatego doczekaliśmy się reprezentacji jak na nasze standardy zdumiewająco kompletnej. O wyraźnych kształtach i tożsamości. Z klarowną hierarchią na wszystkich pozycjach. Otwartą na młodych zdolnych, a zarazem stabilną, przyjmującą wyłącznie nowych zasłużonych ciężką pracą w ekstraklasie. Z podstawową jedenastką bez nikogo, może poza Kubą Błaszczykowskim, u schyłku kariery. Z jedenastką, która nie musi polegać na piłkarzach osadzonych na co dzień w rezerwie – nawet zmarginalizowany w Dortmundzie Łukasz Piszczek rozegrał w tym sezonie dla Borussii aż 12 spotkań, nawet Kamil Grosicki, choć rozpoczyna klubowe mecze na siedząco, jako jedyny w Stade Rennes wystąpił we wszystkich kolejkach ligi francuskiej. Nawiasem mówiąc, ten ostatni przed Nawałką w 22 meczach dla Polski nie wbił ani jednego gola. A z Nawałką – nastrzelał sześć w 13 meczach.

Nikt w reprezentacji nie musi też rozpaczliwie szukać zimą klubu, by przetrwać do Euro, nikomu raczej nie grozi nagłe osadzenie w rezerwach. Spokój, jakiego nie było. Selekcjonerowi pozostaje tylko polerować detale, czuwać nad młodymi zagrożonymi uderzeniem wody sodowej (odwiedza ich w klubach regularnie), planować logistykę mistrzostw Europy.

Mistrzostw, na które Polacy nie polecą jako byle kto. Sami są sobie winni, i to nie tylko dlatego, że sezon zakończyli trzema wygranymi z rzędu – z trzema uczestnikami francuskiego turnieju.

Poprzedni rok, również popsuty ledwie jedną porażką, żegnaliśmy przyjemnie zdumieni, ale też nękani wątpliwościami, czy drużynę Nawałki aby na pewno stać na tyle, ile sugerował historyczny triumf nad Niemcami. Rok bieżący żegnamy już z reprezentacją cenioną na kontynencie, którą bukmacherzy w rankingu faworytów Euro 2016 lokują na dziesiątym miejscu, zaraz za Chorwacją. Tak, dzieje się niesamowite – przed grudniowym losowaniem nikt nie będzie marzył, by wpaść akurat na Polskę.

niedziela, 15 listopada 2015

Pierwszy raz mam wrażenie, że wojna z dopingiem została definitywnie przegrana, że najnowszy wróg jest nie do pokonania. Cotygodniowy felieton do „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

23:07, rafal.stec
Link Komentarze (11) »
piątek, 13 listopada 2015

Kiedy przed dwoma tygodniami pisałem o Piotrze Zielińskim jako brakującym elemencie reprezentacyjnej mozaiki – rozgrywającym z prawdziwego zdarzenia – przypuszczałem, że Adam Nawałka będzie chciał go uczynić jednym z trzech środkowych pomocników, zastępując nim jednego ze skrzydłowych. Ale w sparingu z Islandią selekcjoner zaryzykował z wariantem znacznie odważniejszym, może wręcz brawurowym. Piłkarza Empoli, znanego dotąd wyłącznie z walorów ofensywnych, ustawił obok Grzegorza Krychowiaka. Jako jedynego partnera dla jedynego piłkarza w pomocy typowo obronnego, przyzwyczajonego do bycia żywą tarczą osłaniającą pole karne.

To gest zamaszysty, na miarę mentalnego przełomu. Dowód, że selekcjoner coraz wyżej wycenia możliwości swoich ludzi. Że należy poważnie traktować jego deklarację, iż Polacy mają ewoluować w kierunku drużyny przejmującej piłkę, a tym samym – kontrolę nad meczem. Nawałka wykonał ruch trenera świadomego siły podwładnych, ruch wbrew naszemu odwiecznemu przekonaniu, że futboliści znad Wisłą są genetycznie zaprogramowani na kontratak.

Przypomnijmy sobie, jak obsadzali środek pola poprzedni selekcjonerzy, którzy awansowali na mistrzowskie turnieje. Leo Beenhakker – pracusiem bez wyobraźni Mariuszem Lewandowskim i wręcz prymitywnym w stylu gry Dariuszem Dudką, Paweł Janas – podobnie zorientowanymi Radosławem Sobolewskim i Arkadiuszem Radomskim, Jerzy Engel – Radosławem Kałużnym i Piotrem Świerczewskim, również piłkarzami defensywnymi. Wszyscy porywali się zazwyczaj na kilkumetrowe podania, wymyślić przeszywające obronę rywala zagranie potrafił niekiedy tylko ostatni wymienionych.

Na tle poprzedników Nawałka wygląda zatem niemal na rewolucjonistę. Oto pierwszy śmiałek, który uznał, że Polak potrafi. Czy ma rację, nie wiemy, odpowiedź zależy od Zielińskiego. To w pewnym sensie dla niego był wczorajszy wieczór.

I znów przebiegał – któryż to już raz? – jak w scenariuszu wyjętym z głowy selekcjonera. Rozgrywający Empoli początkowo zbyt często był poza grą, ale po otrzymaniu piłki, starał się przesuwać drużynę do przodu. To on zainicjował akcję, po której pierwszy raz uderzał Robert Lewandowski. I tę, po której pierwszy raz próbował Maciej Rybus. To on podawał do Grzegorza Krychowiaka (akurat w poprzek), gdy ten oddawał swój jedyny strzał, zresztą celny. A po przerwie dał asystę do wyrównującego gola i od tamtej pory uczestniczył już w niemal wszystkich natarciach Polaków.

Owszem, sparing długo był frustrujący. Uzmysłowił, że jeśli od wieczności cierpisz na niepełnosprawność ataku pozycyjnego, to nie wyleczysz się natychmiast po podjęciu decyzji, by podjąć terapię. Islandia prędko przyczaiła się na własnej połowie, a Polacy nie mieli pojęcia, jak zabrać się za rozbieranie jej defensywnych zasieków. Ale Zieliński (wciąż zaledwie 21-latek) daje małą nadzieję, że polski środek pola nie musi siać tylko niszczenia. Że może tam także wykiełkować myśl ofensywna.

A cała reprezentacja wciąż pozostaje pod opieką najwydajniejszego psychologa sportowego. Na imię mu zwycięstwo lub, w najgorszym razie – brak porażki. Polacy powoli zapominają, co to znaczy przegrać. W ostatnich 15 meczach ulegli ledwie raz, na wyjeździe Niemcom, a to bilans, którym pochwalić się możę jeszcze tylko jeden finalista Euro 2016 – Austria. Ba, nawet tamto niepowodzenie we Frankfurcie miało słodkawy posmak, bo w kraju wszyscy rozcmokali się nad zajadłością, z jaką piłkarze Nawałki przeciwstawiali się mistrzom świata.

I piłkarze rośli w swoich oczach, tak jak rosną w oczach selekcjonera. Nawet Jakub Wawrzyniak, reprezentant notorycznie rozczarowującej Lechii Gdańsk, zapytany, z kim z najwyższego koszyka chciałby zagrać na mistrzostwach (wywiad w poniedziałkowej „Wyborczej”), bez wahania rzucił, że z Niemcami. „Ja z nimi jeszcze nie przegrałem” – wyjaśnił. I należy podejrzewać, że graniczącej z bezczelnością pewności siebie jeszcze naszym przybędzie. Bo wychodzi im wszystko. Wiecie, że Lewandowski strzelił Islandii 45. gola w bieżącym roku i doścignął najskuteczniejszych dotąd na świecie – Messiego oraz Ronaldo?

 
1 , 2
Archiwum
Tagi