RSS
sobota, 29 listopada 2014

Cristiano Ronaldo, Manuel Neuer, King Kong. Godzilla

Zwierzałem się parę chwil temu na Twitterze, że od tygodni hamletyzuję, nie umiem sam ze sobą ustalić, czy najlepszy był w roku 2014 portugalski superbohater z Madrytu, czy jednak niemiecki superbohater z Monachium. Ilekroć oglądam Real, życzę Złotej Piłki Cristiano Ronaldo. A ilekroć wpadnie mi w oko Bayern, zaczynam mimowolnie sprzyjać Manuelowi Neuerowi. Znane zjawisko – czytasz Lema, to myślisz, że najfajniej po polsku pisał Lem, zajrzysz do Gombrowicza, to nie masz wątpliwości, że Gombrowicz.

Dzisiaj obaj giganci futbolu bawili się jak zwykle. Portugalski atakujący wprawdzie wyjątkowo nie wbił gola, ale przy obu strzelonych Maladze asystował (i doścignął pod tym względem ligowego lidera Koke). A niemiecki bramkarz wykonał więcej podań niż jakikolwiek piłkarz Herthy, tradycyjnie też brykał sobie poza polem karnym, czasami seryjnie główkując.

Za oboma przemawiają arcymocne argumenty. Kto uważa, że naczelnym kryterium przy wybieraniu najlepszych jednostek powinny być zdobywane grupowo najcenniejsze trofea, ten ma triumf w Lidze Mistrzów Ronaldo kontra złoto mundialu Neuera. A kto lubi analizować „indywidualne” statystyki, ten ma 20 goli strzelonych w 12 meczach ligi hiszpańskiej kontra 1 gol puszczony w ostatnich 1018 minutach (blisko 17 godzin!) gry w Bundeslidze. To oczywiście liczby najświeższe, mógłbym rozsypać mnóstwo innych – ale mi się nie chce, właściwie to mnie już nużą, marzę o tygodniu w piłce nożnej, podczas którego nikt nie pobije żadnego rekordu.

I niestety, są te liczby również nieporównywalne. Wyczyny obu opisują dane wprost absurdalnie imponujące, ale nie istnieje – a może coś przegapiłem? – metoda pozwalająca zmierzyć, które są imponują absurdalniej. Nie ustalimy, czy bardziej potęgą są Himalaje, czy Ocean Spokojny. Czy genialniejszy był Mozart, czy Michał Anioł. Czy więcej nieba w gębie daje chianti, czy kaczka po pekińsku.

Nawet w bezpośrednich starciach idealny remis. W Lidze Mistrzów upokarzający wieczór przeżył Neuer, gdy Bayern obrywał od Ronaldo i całego Realu 0:4. Na mundialu bezradnie szamotał się Ronaldo, gdy Portugalia obrywała 0:4 od Neuera i całych Niemiec. No nie da się, do cholery. Obaj reprezentują zbyt odmienne żywioły, by jakoś zapanować nad nimi naszymi nędznymi móżdżkami i je zhierarchizować.

Dlatego jedyne rozwiązanie widziałbym w rozdzieleniu plebiscytu FIFA na dwie kategorie – najlepszemu piłkarzowi wręczalibyśmy Złotą Piłkę, a najlepszemu bramkarzowi Złotą Rękawicę. Nie musielibyśmy wreszcie ślęczeć nad kwadraturą koła i badać, czy marniej w bieżącym roku grał Iker maślane ręce Casillas, czy Andrés Iniesta (tak, obu jacyś myśliciele nominowali). Uhonorowalibyśmy i superbramkarza, i supersnajpera. A także wylansowali na jaśniejsze gwiazdy bramkarzy, od zawsze dyskryminowanych – nagrodę „France Football” dostał jeden Lew Jaszyn, i to w czasach, gdy nad boiskami prawdopodobnie łopotały jeszcze pterodaktyle.

Aż podejrzane, że nikt na to nie wpadł, niucham antybramkarski spisek. W każdym razie dobrze, że nie muszę głosować. Zwycięzcę pojedynku Neuer – Ronaldo wyłoniłbym chyba w losowaniu.

czwartek, 27 listopada 2014

Od dawna zdumiewa mnie, że poza Brazylią prawie się o nim nie pisze ani nie gada. Przecież cały składa się z powodów, by o nim pisać do powyłamywania paluchów i gadać do powywrywania strun głosowych. Zresztą sami spójrzcie:

Strzelił Rogério Ceni już w karierze 126 goli. Niemal dwa razy więcej (!) niż drugi najskuteczniejszy bramkarz w historii, José Chilavert. I niemal trzy razy więcej niż następni w rankingu Dimitar Iwankow oraz René Higuita. Ciekawe, prawda?

A rękawice ma Rogério Ceni pełne roboty. W tym roku rozegrał już 62 mecze, a zdarzało mu się rozgrywać ich blisko 80 – to skutek horrendalnie rozdętego systemu brazylijskich rozgrywek, podzielonych na regionalne i ogólnokrajowe. Nie uziemiły go nawet poważne, odniesione w minionych latach kontuzje, które wymagały poważnego chirurgicznego gmerania w stawie skokowym, kolanie i barku. Ciekawe, prawda?

Spomiędzy słupków nie wychodzi – chyba że akurat ma bić rzut wolny lub karny – od dwóch dekad, w styczniu skończy, uwaga, 42 lata. Ciekawe, prawda?

Całą niekończącą się karierę spędził Rogério Ceni w jednym klubie, São Paulo FC. Wystąpił w 1145 meczach, w przeszło dziewięciuset z nich paradował w opasce kapitana. To powody, dla których trafił – w trzech różnych miejscach – do Księgi Rekordów Guinessa. Ciekawe, prawda? Niech się Giggs ze swoimi rekordzikami w Manchesterze United schowa.

W reprezentacji zagrał ledwie kilkanaście razy, ale hołdów naskładali mu rodacy (i nie tylko oni) całkiem sporo. Sześciokrotnie odbierał Srebrną Rękawicę dla najlepszego bramkarza ligi, ogłaszano go też jej najlepszym piłkarzem. Zdobywał najcenniejszą w południowoamerykańskim futbolu klubowym Copa Libertadores, a także wygrywał klubowe mistrzostwa świata – bronił wtedy fantastycznie, dostał nagrodę dla najbardziej wartościowego uczestnika turnieju. Ciekawe, prawda?

W goleadora zaczął zabawiać się późno, gdy miał już 24 lata i kilkadziesiąt meczów dla São Paulo w dorobku. – Nie było wśród nas nikogo, kto umiałby uderzać z rzutów wolnych, więc zacząłem przychodzić na treningi pół godziny wcześniej i próbować. Wkopywałem do siatki ze 20 piłek – wspominał po zdobyciu setnej bramki w karierze. – Nie miałem muru, więc ustawiałem ruchomą barierkę i celowałem w słupek. Uznałem, że jeśli w niego trafię, to tym łatwiej będzie trafiać w bramkę.

A jak już się nasz snajper rozbujał, to nigdy nie przestał. W zwycięskim dla jego klubu Copa Libertadores 2005 należał do najskuteczniejszych zawodników całych rozgrywek, w całym roku uzbierał wówczas aż 21 goli. To jego rekord. Słynny specjalista od kopania nieruchomej piłki Zico ogłosił kiedyś, że bramkarz São Paulo opanował tę sztukę lepiej od niego. Ba, nawet rzuty karne pozwalał sobie Rogério wykonywać – w cholernie ważnych momentach! – wirtuozersko. Tej podcinki nie powstydziłby się Andrea Pirlo:

Przed meczami Rogério Ceni też strzelał. Słowami. Tutaj możecie pooglądać i posłuchać, jak motywuje drużynę.

Bieżący rok jest dla bramkarzy wyjątkowy, o czym napisałem w październiku obszerny felieton „Wielkie trzęsienie słupków”. I ze względu na osobność Manuela Neuera, i ze względu na pamiętną zmianę Jaspera Cillessena na Tima Krula, i ze względu na luksusowych rezerwowych w typie Petra Cecha czy Keylora Navasa, i ze względu na snajperską indolencję w lidze włoskiej, w której jesienią tylko 60 proc. rzutów karnych daje gola. Być może jednak do najdonioślejszego wydarzenia pomiędzy słupkami dojdzie 7 grudnia, kiedy Rogério Ceni rozegra ostatni mecz w karierze.



Tagi: Bramkarze
21:55, rafal.stec
Link Komentarze (7) »
wtorek, 25 listopada 2014

Lusail, Katar

Chwyćcie chusteczki, bo trochę się już tego nazbierało.

Mecz Juventusu z Napoli o futbolowy Superpuchar Włoch odbędzie się 22 grudnia w stolicy Kataru.

Mistrzostwa świata w pływaniu na krótkim basenie rozpoczną się w przyszłym tygodniu w Katarze.

Najbliższe mistrzostwa świata piłkarzy ręcznych odbędą się w styczniu w Katarze.

Mistrzostwa świata 2015 w boksie odbędą się w Katarze.

Mistrzostwa świata w kolarstwie 2016 odbędą się w Katarze.

Mistrzostwa świata w szermierce 2017 się w Katarze wyjątkowo nie odbędą, bo Katar się zreflektował, że pospraszał zbyt wielu sportowców, i wycofał kandydaturę z rywalizacji.

Mistrzostwa świata 2018 w gimnastyce artystycznej odbędą się w Katarze.

Mistrzostwa świata w lekkoatletyce 2019 odbędą się w Katarze

Mistrzostwa świata 2022 w piłce nożnej odbędą się w Katarze. Z finałem w mieście, które jeszcze nie istnieje (patrz zdjęcie).

Każdego roku w Katarze odbywają się ponadto: turniej WTA tenisistek, turniej ATP tenisistów, turniej Masters golfistów, mityng lekkoatletycznej Diamentowej Ligi, wyścig Grand Prix motocyklistów. Katar organizował też cztery razy z rzędu klubowe MŚ siatkarzy, a w międzysezonowych przerwach usiłuje zapraszać do siebie wielkie kluby piłkarskie – minionej zimy zabawiali tam gwiazdorzy Bayernu Monachium.

Słowem, państewko o rozmiarach województwa świętokrzyskiego urosło do największego stadionu świata.

Równocześnie Katar rozszerza sponsoring w europejskim futbolu. Należący do tamtejszego rządu Paris Saint Germain podpisał właśnie umowę o partnerstwie z katarską kliniką ortopedyczną Aspetar, która za korzystanie z jej usług zapłaci francuskiemu klubowi... 8 mln euro rocznie, więcej niż jakakolwiek drużyna Ligue 1 wyciąga z reklamy na koszulkach. (Tak się omija osławione Finansowe Fair Play). Katar płaci też za logo swojej fundacji Barcelonie, opłaca ambasadorów Pepa Guardiolę oraz Zinedine’a Zidane’a, zatrudnia syna prezesa UEFA Michela Platiniego, aktualnie negocjuje przejęcie włoskiej Parmy. Przy okazji dynamicznie rozwija też Katar swój futbol juniorski. W październiku pierwszy raz w historii sięgnął po mistrzostwo Azji do lat 19, reprezentację tworzyli młodzieńcy dorastający w szkółkach Realu Madryt, Atlético Madryt, Sevilli i Villarrealu. A działająca od siedmiu lat Aspire Academy, rekrutująca utalentowanych piłkarzy z całego świata, zlustrowała już możliwości 3,5 mln chłopców. Zwłaszcza chłopców z biednych krajów, Katar reklamuje tę działalność jako charytatywną. Rzadziej chwali się, że nabył również belgijski KAS Eupen, by promować tam w przyszłości najzdolniejszych wychowanków.

Dla przypomnienia: mówimy o programowo łamiącej prawa człowieka dyktaturze, która kwitnie m.in. dzięki niewolnictwu (według Global Slavery Index wyższe jest tylko w Haiti, Uzbekistanie i Mauretanii); w której 1,7 mln okrutnie traktowanych imigrantów obsługuje 300 tys. lokalnych paniczów; w której zagranicznych piłkarzy oczekujących wypłacenia pensji się więzi; w której w trakcie budowy mundialowej infrastruktury zginie kilka tysięcy robotników, którą oskarża się o finansowanie organizacji terrorystycznych; która gejów wtrąca do więzienia.

W każdym razie Katar najwyraźniej umie myśleć strategicznie, więc światowy sportowy oddajemy w bezpieczne ręce. I zwycięskie. Przegrał Katar chyba tylko rywalizację o letnie igrzyska olimpijskie.

Tak, przegrał. Na razie.

20:02, rafal.stec
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 24 listopada 2014

Do dzisiejszej „Gazety Wyborczej” nie napisałem felietonu – jestem na niechcianym urlopie – ale daliśmy z Aną Brzezińską opowieść o kobiecie, która ośmieliła się najechać na terytorium mężczyzn. Przeczytacie ją tutaj.

09:04, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
niedziela, 23 listopada 2014

AC Milan, San Siro, Rafał Stec

Postanowiłem rzucić parę słów przed, a nie po dzisiejszym meczu. Po pierwsze – żeby wytracić czas. Po drugie – żeby zwolnić się z blogowania późniejszego, gdy będę na emocjonalnym deficycie.

Bo, owszem, będę oglądał derby z przejęciem, wyczekuję ich niecierpliwie nie od dziś, jako kibic Milanu martwię się, czy przeżyjemy bez Nigela De Jonga – bezdyskusyjnie najważniejszego w drużynie, wychodzić bez niego na jakiegokolwiek przeciwnika to pchać się pod gęsty ostrzał bez kamizelki kuloodpornej i z podniesioną głową. Zwłaszcza że Inter najgroźniejszy jest w osobie Mateo Kovacicia. Kolejnego arcyzdolnego chorwackiego rozgrywającego, być może najlepszego w tym sezonie 20-latka na europejskich boiskach, od którego pod bramką przeciwnika częściej podają w czołowych ligach tylko Leo Messi i Eden Hazard. To jedyny wśród uczestników derbów kandydat na wielką gwiazdę futbolu.

No więc nadal czuję napięcie i mi zależy, ale ogólnego stanu ducha to nijak nie zmienia. Ostatnio zreflektowałem się, że od wielu miesięcy – może z krótką przerwą na euforię wywołaną zatrudnieniem trenera Seedorfa, oczywiście już wylanego – obezwładnia mnie poczucie wszechogarniającej bezcelowości. Nowy wymiar kibicowania odkrywam nie dlatego, że mediolańczykom idzie źle, ale dlatego, że idzie im średnio. Kiedy staczali się z europejskiego szczytu, była wściekłość, było cierpienie, była głęboka niezgoda na rzeczywistość. Kiedy już się stoczyli i ułożyli w przeciętności, pozostało głównie zobojętnienie (Całe szczęście, że ostał się w szatni nieszczęśnik Bonera, dzięki niemu przynajmniej człowiek wpada jeszcze w furię). Odkąd ćwierć wieku temu wybrałem Milan – czy raczej: Milan wybrał mnie – zdarzały mu się okresy chaosu i beznadziei, jednak zawsze była też nadzieja, że Berlusconi zaraz zafunduje nam jakiegoś Szewczenkę, że następny trener okaże się doskonałym wyborem, że sezon fatalny nie przekreśla szans na fantastyczny sukces w sezonie następnym. Zawsze sięgało się ambicjami bardzo wysoko.

Aż zapadła ciemność, w której widać niczego. Wczoraj było miejsce w lidze ósme, a jutro będzie miejsce w sąsiedztwie ósmego, nie łudźmy się, punkty w tabeli tylko zafałszowują sytuację, Napoli wlokące się na podium za Juve i Romą na dłuższym dystansie jest nie do ruszenia. Do Champions League prędko Milan nie wróci, szans na grubszą inwestycję w drużynę nie ma, o pozwalającym rozwijać biznes stadionie tylko się od lat gada, spieniężyć można co najwyżej Mattię de Sciglio i Stephana El Shaarawy’ego (choć jego rynkowa wartość drastycznie zmalała), wokół nich truchtają głównie podstarzali weterani wykopani z bogatszych firm. Nie wiadomo, jaką przyjąć strategię mentalną – znaczy: jak kibicować – skoro nie istnieje nie tylko teraźniejszość, nie istnieje także przyszłość. Chwilami wręcz zazdroszczę modlącym się utrzymanie. Oni mają przynajmniej cele, i to cele niekłamanie wzniosłe.

W bezbarwnej bylejakości musisz sobie wmawiać, że je masz. Naturalnie jeśli spadłeś w czeluść z wyżyn świata, czujesz się zdeklasowany, strącony między rywali urągających godności klubu. Ja spoglądam na transmisje zdezorientowany, gdybym był piłkarzem, słyszałbym zapewne oskarżenia, że przechodzę obok meczów. To nawet bardziej jałowe niż czekanie na Godota, przecież wiadomo, że żaden Godot nie przyjdzie. Dzisiaj może być fajnie, oczywiście jeśli Milan akurat wygra – może nawet tuj zajrzę i dopiszę kilka zdań pod notką – ale przecież zaraz znów oberwę po łbie od jakiegoś Palermo. Tak, w odmiennym stanie świadomości, jeszcze potkwimy. A psychodeliczność tego osobliwego letargu najlepiej oddaje chyba tamta „rada” Mino Raioli, żeby oba kluby z San Siro zlały się w jeden i wspólnie spróbowały rzucić wyzwanie Europie. Mediolan, miasto upadłe.

19:03, rafal.stec
Link Komentarze (22) »
piątek, 21 listopada 2014

Neymar, Thiago Silva

Tej funkcji dochrapuje się niewielu piłkarzy – jeden przypada przecież na 20-30 tworzących drużynę – ale jeszcze mniej jest nieszczęśników, którzy kapitańską opaskę tracą. To zazwyczaj zaszczyt „dożywotni”, nowego przywódcy szatni szuka się, dopiero gdy aktualny tę szatnię nieodwołalnie opuszcza. Ewentualnie po wpuszczeniu do niej trenera, który dokonuje radykalnej zmiany.

Ta przykrość dotknęła niedawno piłkarza wybitnego, być może najwybitniejszego obok Zlatana Ibrahimovicia wśród aktywnych, który nie wygrał ani Ligi Mistrzów, ani mundialu – uchodzącego za czołowego obrońcę w świecie Thiago Silvę. Pierwsze jesienne zgrupowanie reprezentacji Brazylii opuścił wprawdzie z powodu urazu mięśni uda, więc ktoś zastąpić go musiał, ale kiedy wyzdrowiał, nowy selekcjoner „Canarinhos” Dunga ogłosił, że kapitanem pozostanie Neymar. Gwiazdor młodociany, bo ledwie 22-letni, jednak wielokrotnie sprawdzony jako lider, i to lider zjawiskowo wydajny ofensywnie – rozegrał już 60 meczów dla kraju, strzelił 42 gole i miał 24 asysty, więc niemal na pewno pobije wszelkie statystyczne rekordy, a podczas mundialu właściwie samotnie ciągnął Brazylię od meczu do meczu. Kiedy uziemiła go kontuzja, gospodarze mundialu runęli na historyczne dno – półfinał przerżnęli z Niemcami 1:7, a mecz o brąz z Holandią 0:3. Neymar zatem nie zawinił, natomiast osiem lat starszemu Thiago Silvie już w trakcie mistrzostw wypominano, że zupełnie nie po oficersku rozpłakał się w trakcie rzutów karnych w 1/8 finału z Chile, a wcześniej poprosił trenera, by go ze strzelania z jedenastu metrów zwolnił. Regularny mazgaj. I choć on również nie podpisał swoim nazwiskiem półfinałowego poniżenia, to wyglądało, że padł ofiarą czystki nowego starego selekcjonera.

Przed wtorkowym sparingiem z Austrią znów ujawnił emocje: – Jestem smutny i wściekły. To niemiłe stracić coś, co uważałeś za swoje, czujesz się obrabowany. Z Neymarem o tej sprawie nie rozmawialiśmy, ale nie sądzę, bym to ja miał wykazać inicjatywę. A on siedział cicho, nie podobało mi się to. Kiedy mi w przeszłości po raz pierwszy opaskę zaproponował Robinho, odmówiłem, sądząc, że są bardziej zasłużeni z racji wieku, np. Dani Alves. Dopiero później, gdy o przyjęcie funkcji kapitana poprosił mnie trener Menezes, zgodziłem się. I naprawdę źle mi z tym, że teraz opaskę straciłem. Że nikt nie pofatygował się, by wytłumaczyć mi, jak się sprawy mają – mówił zdegradowany Thiago Silva.

Zabrzmiało groźnie, jak zapowiedź rozłamu w reprezentacji, która po mundialu płynie od zwycięstwa do zwycięstwa, ale nazajutrz problem zniknął. Tak przynajmniej twierdzą trener Dunga i obaj piłkarze. Kiedy w ostatnich sekundach sparingu z Austrią Neymar schodził z boiska, opaskę przekazał Thiago Silvie. A wcześniej obaj przysięgli, że wszystko sobie wyjaśnili i wciąż się przyjaźnią; obrońca Paris Saint Germain tłumaczył, że jego słowa zostały źle zinterpretowane, i przypomniał, że traktuje napastnika Barcelony jak młodszego brata; ten ostatni zdradził natomiast, że zalecił koledze, by bardziej uważał na słowa w trakcie rozmów z prasą. Wszystko zostało poparte wklejonym wyżej zdjęciem roześmianych piłkarzy umieszczonym na Instagramie.

Ile w pojednaniu prawdy, a ile teatru, nie wiadomo, opowiastkę przytaczam, bo przypomina – uderzając w głowę wielkimi nazwiskami – że kapitańska opaska bywa dla piłkarzy czymś więcej niż bibelotem informującym o tym, kto pierwszy wchodzi na boisko. Że prestiżowe trofeum widzą w niej także gwiazdorzy, którzy powinni się czuć ze wszech miar dopieszczeni.

A my, jak wiadomo, też znamy się bliżej z pewną reprezentacją, która straciła z powodu kontuzji kapitana, zyskała nowego i zaczęła – co może być zbiegiem okoliczności, pamiętajmy – seryjnie tłuc punkty w eliminacjach do Euro 2016.

Lewandowski, Błaszczykowski

20:44, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
wtorek, 18 listopada 2014

reprezentacja Polski, piłka nożna

Dzisiejszy sparing ze Szwajcarią miał donioślejsze cele niż wynik. Sprawdzenie, czy Piotr Zieliński – do niedawna uważany za najzdolniejszego polskiego 20-latka, który przeżył obiecujące miesiące w Udinese, ale potem osiadł w rezerwie – nadaje się już do roli rozgrywającego reprezentacji. I czy Thiago Cionek nadaje się do zastąpienia Kamila Glika, gdy temu sędzia wlepi trzecią żółtą kartkę w eliminacjach Euro 2016.

Gdyby wnioskować z dzisiejszych popisów, to nie nadaje się żaden, ale generalnie piłkarze znów dostarczyli nam trochę przyjemności – obrazem wręcz ikonicznym dla tej jesieni pozostanie dla mnie wariacka radość Artura Jędrzejczyka, który po zdobyciu wyrównującej bramki wskoczył w ciżbę kibiców. A Polacy utrzymali swój fantastyczny bilans w 2014 roku, skażony jedynie wiosenną wpadką w sparingu ze Szkocją. Dlatego postanowiłem zbadać, gdzie plasują się w kontynentalnej hierarchii w kończącym się roku.

Ponieśli ledwie jedną porażkę, co od lat 70. udało się Polsce tylko raz, za kadencji Jerzego Engela. W eliminacjach mistrzostw Europy strzelili najwięcej goli pośród wszystkich ich uczestników, najczęściej też obijali słupki i poprzeczki. Odnieśli bezprecedensowe zwycięstwo nad Niemcami, wychłostali Gibraltar, zaserwowali Gruzji jej najwyższą w historii przegraną na własnym stadionie. Znów: od ideału dzieli ich tylko remis ze Szkocją.

Od ideału w grze dzieli ich znacznie więcej, od awansu na Euro 2016 również – wystarczy nieszczęście w marcowym meczu w Irlandii, by w tabeli się zakotłowało i rozgorzała zażarta awantura o każdy punkt. Ale biorąc pod uwagę, że rok temu, po przerżniętych w beznadziejnym stylu eliminacjach do mundialu, klasyfikowaliśmy reprezentację na historycznym dnie – szarym końcu trzeciej, może nawet w czwartej dziesiątce na kontynencie – to minione miesiące przypominają futbolową wersję cudu na Wisłą. Widać to przede wszystkim w rankingu FIFA. W listopadzie 2013 Polacy zajmowali 78. miejsce – najniższe, odkąd ranking istnieje. Dziś zajmują 44., a zaraz jeszcze awansują i podfruną na pułap niedostępny od najlepszych czasów Leo Beenhakkera.

A jeśli podsumowywać tylko bieżący rok, zwieńczony wczorajszymi sparingami? Na pewno najwyżej musimy wycenić zwycięstwa na mundialu – choć samego udziału już nie honorujemy, on został wywalczony wcześniej. Dlatego najlepsi w Europie byli: medaliści Niemcy i Holandia, ćwierćfinaliści Francja i Belgia, uczestnik 1/8 finału Szwajcaria oraz drużyny, które odnosiły pojedyncze zwycięstwa, a zarazem przyzwoicie wystartowały w eliminacjach Euro – Chorwacja, Włochy, Portugalia i Hiszpania. Greków z czołówki dyskwalifikujemy, bowiem wspomnienie niezłego występu na MŚ zatarli porażającą jesienią – leżą na ostatnim miejscu w tabeli, przegrali nawet z Wyspami Owczymi, zdążyli już przepędzić trenera Claudio Ranieriego. To najbardziej dramatyczny upadek w Europie, drużyna świetnie zorganizowana i przez to zdolna stawiać opór najsilniejszym z dnia na dzień stoczyła się na poziom wszechogarniającego bezhołowia. Beznadziejniej w eliminacjach wyglądają tylko Andora i debiutujący Gibraltar. Koszmar.

Pod wymienioną ósemką najlepszych wybieramy między Anglią, która po tradycyjnej klęsce mundialowej natłukła komplet punktów w walce o Euro 2016, a grupką rewelacji z sąsiadujących ze sobą krajów – Słowacji, Czechom, Austrii i Polski. Bo trwające kwalifikacje różnią się od poprzednich tym, że zniknęły supermocarstwa zgarniające niemal 100 proc. punktów (Niemcy, Hiszpania, Holandia), że na szczytach grup rozsiedli się dotychczasowi średniacy lub słabeusze, że futbol reprezentacyjny wygląda na bardzo rozchwiany, sensacja goni sensację. Co zresztą powinno stanowić przestrogę dla nas, rozanielonych wyśmienitym dorobkiem Polaków.

Drobiazgowa analiza dziewiąte miejsce w Europie nakazuje oddać Słowakom. Oni też, jak piłkarze Adama Nawałki, pokonali rywala z elity elit – Hiszpanię – do czego jednak dołożyli jeszcze cenne zwycięstwo na Ukrainie i generalnie nie zgubili żadnego eliminacyjnego punktu. Ba, gdyby nie wiosenne towarzyskie 0:1 w Rosji, wygraliby w bieżącym roku wszystkie mecze!

Za naszymi południowymi sąsiadami możemy już z czystym sumieniem umieścić Polaków. Na dziesiątej pozycji, czyli nad Anglią, która poniosła więcej porażek i nie uporała się z żadnym przeciwnikiem choćby zbliżonym klasą do Niemców. Co uprawnia nas do tezy, że Polska to główna kandydatura do nieoficjalnego tytułu największego reprezentacyjnego objawienia w europejskim futbolu AD 2014. Słowakom może lekko ustępować, ale startowała z wyraźnie niższego poziomu. Jak Grecy doświadczyli najdrastyczniejszego upadku, tak nasi piłkarze wykonali największy postęp. 

poniedziałek, 17 listopada 2014

Przykrym skutkiem ubocznym aresztowania oskarżonych o łapówkarstwo szefów PZPS jest aureola, która rozbłysnęła nad głową Janusza Biesiady. Były prezes wyrósł na pierwszego moralistę w środowisku siatkarskim dzięki temu, że prokuratura oskarżyła go przed laty m.in. o oszustwa, ale sąd nie przyznał jej racji. W wywiadach Biesiada nie przypomina tylko, że wpędził PZPS w finansową zapaść; że popadł w rażący konflikt interesów, bowiem na podstawie kuriozalnego kontraktu menedżerskiego jako sekretarz generalny wystawiał faktury samemu sobie, czyli firmie Janusz Biesiada; że nie wypłacił siatkarkom obiecanych premii za zdobycie mistrzostwa Europy; że inny sąd zawiesił zarząd z nim na czele, bo związek nie rozliczył się z państwowych dotacji. Wyliczankę można by ciągnąć, w każdym razie Biesiada zarządzał związkiem skandalicznie. Sukces osiągnął głównie taki, że usłyszał uniewinniający wyrok w procesie karnym.

Podać się do dymisji powinien był wówczas również dlatego, że prokuratura postawiła mu poważne zarzuty, co rujnowało wizerunek polskiej siatkówki. Nie podał się, odszedł po przegraniu wyborów.

Dziś podać się do dymisji powinni Mirosław P. i Artur P. Ich sytuacja jest jeszcze bardziej ewidentna – skoro sąd zgodził się na trzymiesięczny areszt, to znaczy, że argumenty prokuratury uznał za „wysoce uprawdopodobnione”. A zza krat też można zrezygnować. Wystarczy przekazać oświadczenie adwokatom.

Skala przewinień panów P. – jeśli zarzuty się potwierdzą – jest inna niż ich poprzednika, ale generalnej konstatacji to nie zmienia – odkąd piszę jako dziennikarz o polskiej siatkówce, rządzą nią ludzie, którzy rządzić nie powinni. A paradoks polega na tym, że przez te kilkanaście lat dyscyplina wspaniale się rozwijała. Rewolucję wzniecił Biesiada, który wprosił się z Polską do Ligi Światowej, a zakończyli jego następcy, wynosząc naszą siatkówkę na światowy szczyt – organizacyjny i sportowy. Co przypomina mi o pewnej formacji mentalnej, nader częstej wśród działaczy sportowych. O specyficznej moralności, która daje „prawo” dogadzania sobie finansowo w zamian za sukcesy menedżerskie. Czasami w sposób sprzeczny z prawem, czasami balansujący na granicy, a czasami tylko nieprzyzwoity. Działacze czują się w porządku, zwłaszcza że biorą pieniądze sponsorskie lub publiczne, czyli niczyje.

Zanim P. wygrał w 2004 roku wybory na prezesa, mówił: „Jestem fanatycznym kibicem siatkówki, sam do dziś gram i nie zamierzam na niej zarabiać, zresztą jako przedsiębiorca w wielu branżach mam z czego żyć. Będę prezesem społecznym”. Obiecywał też regularne audyty, których potem albo nie przeprowadzał, albo ich wyników nie upubliczniał. Trochę jak FIFA, która wynajęła renomowanego śledczego, by tropił domniemaną korupcję przy wyborach organizatorów mundiali, a potem pomimo jego protestów ujawniła z raportu tylko tyle, ile jej pasowało.

O znikających pieniądzach w PZPS pisałem już rok temu, gdy prezes P. apelował o dodatkowe 16 mln zł z budżetu państwa, strasząc, że wprawdzie bez nich uda się rozegrać MŚ w Polsce, ale będzie „szaro, buro i ponuro”. Nie podejrzewałem nikogo o łapówkarstwo, ale zdawałem sobie sprawę, że naszym sportem kręcą czarodzieje potrafiący rozpuścić w powietrzu każdą górę pieniędzy. Strukturę magicznych technik znamy – oplatają się gęstą siecią spółek i usług konsultingowo-organizacyjnych, które bywają mniej lub bardziej zbędne, zbyt kosztowne, obsadzane przyjaciółmi i znajomymi królikami. Granice wyznacza tutaj wyłącznie wyobraźnia, nie sposób precyzyjnie ustalić, ile homarów powinno przypadać na uczestnika pomeczowych bankietów, a ile kasy można nadmuchać w baloniki fruwające nad podium dla zwycięzców. A nawet jeśli zdrowy rozsądek podpowiada, że działacze doją podatnika, to niekoniecznie udowodnimy im łamanie prawa.

Zarząd PZPS zamierza w środę zawiesić obu prezesów, zadeklarował też zlecenie niezależnej, renomowanej firmie przeprowadzanie audytu organizacji MŚ. To posunięcia oczywiste, choć zbyt skromne – trzeba ogłosić nowe wybory, a zewnętrzni kontrolerzy powinni przeanalizować każdą wydaną przez związek złotówkę. Siatkówkę w końcu finansujemy w sporej mierze z dotacji oraz sponsorskich pieniędzy spółki skarbu państwa. Inne dyscypliny zresztą też, więc wszystkie związki sportowe wypadałoby wreszcie zmusić – prawnie – do corocznego wywieszania w internecie audytu ich działalności.

Tagi: siatkówka
21:35, rafal.stec
Link Komentarze (6) »

Z pozoru pytanie absurdalne, w końcu to bezdyskusyjnie najlepszy piłkarz reprezentacji w ostatnich latach. Ale reprezentacja fantastyczny rok ma teraz – 2014 – gdy byłego (?) kapitana nie ma. Mój felieton przeczytacie tutaj.

piątek, 14 listopada 2014

Gol wbity niemieckim mistrzom świata; wirtuozerskie, pamiętne rozegranie, które powinno zostać zwieńczone bramką w meczu ze Szkocją; dzisiejszy rzut rożny poprzedzający pierwszy cios zadany Gruzinom, a następnie przepyszne uderzenie z dystansu. Sebastian Mila chyba rozwiał resztki wątpliwości. To on jest naszym piłkarzem roku 2014, to on zasługuje na hołdy w plebiscytach i rankingach. Wczoraj uchodził za kolejny zmarnowany talent, dzisiaj wypiękniał do bohatera tym bardziej zdumiewającego, że reprezentującego ligę nie zagraniczną, lecz polską.

I naprawdę nie ma żadnego znaczenia, że Polacy w Tbilisi znów długo kopali się po czołach. Jako człowiek urodzony w drugiej połowie lat 70. nigdy nie widziałem reprezentacji atakującej pozycyjnie i już dawno pogodziłem się z tym, że tego zjawiska nie ujrzę, że nasi piłkarze prędzej opanują klingoński niż zdołają na tyle kontrolować mecz, by decydować, jak on przebiega. Pal licho, w futbolu można na szczęście zwyciężać na rozmaite sposoby, przecież Polacy nie prowadzili gry ani z Niemcami, ani ze Szkocją – nawet Gibraltar długo dzielnie się opierał – a jednak uzbierali już sensacyjne 10 punktów. I jeszcze na starcie eliminacji rozstrzelali się jak nikt w całej Europie! 15 goli w 4 meczach. Niewiarygodne.

Gruzji też nie przygnietli do jej pola karnego, przeciwnie, gra do przerwy wyglądała tak, jak chcieli gospodarze – akcje były poszarpane i organizowane przez rykoszety, piłka często fruwała wysoko, więcej obejrzeliśmy wykopów na oślep niż precyzyjnych podań z sensem. Ale naprawdę nie wypada stękać. Wspomnijcie ubiegłą jesień, jakże smętną dla obu naszych eksportowych drużyn – obrywała od wszystkich poza San Marino reprezentacja kraju, obrywali od wszystkich mistrzowie kraju z Legii, którzy długo nie umieli wydusić z siebie choćby pół gola. A teraz? Bije wszystkich reprezentacja, bije wszystkich Legia, która w Lidze Europejskiej dla odmiany sama goli nie traci, wspinamy się w górę klubowego rankingu UEFA. Jakby znienacka wystrzeliło nas w alternatywną rzeczywistość. Bardzo alternatywną.

Trwa rok, jakiego polski futbol w XXI wieku nie przeżył. Zdarzały się lata eliminacyjnych sukcesów drużyny narodowej, zdarzały się też udane międzynarodowe popisy klubów, ale nie zdarzyło się, byśmy te cuda podziwiali jednocześnie. A wyjątkowość bieżącego sezonu potęguje jeszcze konstatacja, że niemal cała jesień składa się z okruchów nadziei dla naszego piłkarstwa.

Jeszcze przed chwilą wzdychaliśmy, że Robert Lewandowski to wśród nadwiślańskich napastników wybryk natury – bez szans na adaptację do specyficznego ekosystemu reprezentacji Polski – tymczasem na zyskującego coraz większą rozpoznawalność snajpera dorodnieje Arkadiusz Milik. W 13 meczach Ajaxu Amsterdam wbił 13 goli, ćwiczy pod opieką wirtuozerskiego niegdyś atakującego Dennisa Bergkampa. Znaczącego piłkarza w arcywymagającej technicznie lidze hiszpańskiej wypatrywaliśmy od kilkunastu lat, tymczasem Sewillę podbija Grzegorz Krychowiak. W Bundeslidze marną reputację Polaków ratował jedynie tercet dortmundzki, tymczasem „Kicker” obwołał właśnie bohaterem idealnego transferu Pawła Olkowskiego – i w rankingu najlepszych piłkarzy rozgrywek umieszcza go na razie ponad Lewandowskim oraz Piszczkiem. Biorąc pod uwagę dotychczasowe standardy, nasi suną ławą. Ba, w europejskich pucharach godność zachował nawet biedny jak mysz kościelna Ruch Chorzów, do ostatniej kropli potu bijący się o awans do LE! Ba, nawet nasze reprezentacje juniorskie – o czym opowiadał niedawno trener Marcin Dorna – wyglądają lepiej niż kiedykolwiek w minionych kilkunastu latach.

Seniorska wciąż kłuje mnóstwem wad – lansowany przez selekcjonera Krzysztof Mączyński sprawiał wrażenie zagubionego nawet wśród Gruzinów, Kamil Grosicki nie zabiera na boisku rozumu etc. – ale zwycięża lub co najmniej remisuje już seryjnie. Jeśli we wtorek nie pozwoli pokonać się we wrocławskim sparingu Szwajcarii, przeżyje pierwszy od 2001 rok z ledwie jedną porażką.

 
1 , 2
Archiwum
Tagi