RSS
czwartek, 28 listopada 2013

Mam kolegę, który sam przedstawiał się zawsze jako klasyczny kibic niedzielny, na mecze kopane patrzący okazjonalnie. Kolega ów, zanim całkiem zerwał kontakt z rodzimym futbolem, oglądał wyłącznie – taki miał zwyczaj – jego starcia z futbolem zagranicznym. Nadwiślańską ligę zasadniczo ignorował, zasiadał przed meczami polskiej reprezentacji oraz polskich klubów w europejskich pucharach.

Gdyby zwyczaju nie porzucił, jego najświeższe doświadczenia – podziwiałby Polskę oraz Legię – wyglądałyby tak: 0:2 z Lazio, 0:0 z Irlandią, 0:2 ze Słowacją, 0:2 z Trabzonsporem, znów 0:2 z Trabzonsporem, 0:2 z Anglią, 0:1 z Ukrainą, 0:1 z Apollonem Limassol, 0:1 z Lazio. Od połowy września polskie drużyny rozegrały 810 minut meczu z resztą świata, przeciwników z czołówki nie napotkali. Gola nie strzelili nikomu. Po raz ostatni tę drobną przyjemność mieli w San Marino. Potem 13,5 godziny o suchym pysku.

Jeśli lubicie dobijać konie, to analizujcie, kto mógł kopnąć trochę bardziej w lewo, a kto trochę bardziej w prawo, kogo jeszcze trzeba było powołać lub wystawić, gdzie należało skorygować taktyczną, przepraszam za słowo, strategię, żeby coś gdzieś kiedyś nam wpadło. Ja przypomniałem sobie dziś drużynę – z Bolzano, to kilkaset kilometrów od tak szczęśliwego dla naszych San Marino – znaną we Włoszech jako najgorsza. W Gruppo Sportivo „Excelsior” zasadą jest, że każdy piłkarz gra w trakcie sezonu przez identyczną liczbę minut. Nie istnieje podstawowa jedenastka, nie istnieje status rezerwowego, każdy ma mieć tyle samo frajdy. Sądzicie, że gdybyśmy zastosowali ten manewr w reprezentacji Polski i mistrzu Polski, to bilans minionych 810 minut wyglądałby marniej niż 0:13?

środa, 27 listopada 2013

siatkówka, mundial 2014, PZPS, pieniądze

Propaganda sukcesu trwa od lat. Każdy, kto rozpacza nad kryzysem polskiego sportu, wielokrotnie wysłuchiwał, że siatkówka jest zieloną wyspą. Kwitnącą - i dzięki medalom reprezentacji, i finansowo, i organizacyjnie. Dlaczego zatem jej szef wyciąga rękę po publiczne pieniądze, strasząc, że bez 16 mln złotych wprawdzie uda się rozegrać przyszłoroczny mundial w Polsce, ale będzie „szaro, buro i ponuro”?

Mirosław Przedpełski argumentuje - jak wszyscy sportowi działacze, którzy chcą, by podatnicy zafundowali im igrzyska - niech państwo dołoży, bo na mistrzostwach „mocno się promuje”. Niestety, prezes PZPS fantazjuje. Siatkówka pozostaje dyscypliną w skali globalnej niszową. Większość meczów odbywa się w głuchej ciszy lub przy garstce kibiców, a prawo do organizacji najważniejszych turniejów nie jest towarem ekskluzywnym, nie zdobywa się go w zaciekłej międzynarodowej walce - jak w wypadku igrzysk olimpijskich czy imprez futbolowych - lecz wciska każdemu, kto zgodzi się zapłacić. Stąd bezprecedensowe stężenie siatkówki w Polsce, która od 2001 roku przyjmowała m.in.: mistrzostwa Europy kobiet i mężczyzn, trzy finały Ligi Światowej, cztery finały Ligi Mistrzów. Dołączyliśmy do Japonii, jedynego innego kraju, który bierze wszystko.

Kameralność tego światka sprawia, że jego najpotężniejszym graczem stał się Polsat, stacja o zasięgu zaledwie lokalnym. Światowej federacji (FIVB) wyłożył ponoć około 100 mln zł - za prawo do organizacji mundialu, ale także wieloletnie prawa marketingowe i telewizyjne do największych imprez (obejmują cały świat poza Brazylią i Japonią!). PZPS zmalał do skromnego pośrednika, nad którym interesy ubijają więksi. Może co najwyżej mnożyć mecze, by maksymalizować zyski z biletów - w absurdalnie rozdętym turnieju czołowe drużyny zagrają prawdopodobnie aż 13 razy, o trzy więcej niż na poprzednim. Nawiasem mówiąc, wystarczyłoby nieco go odchudzić, by obniżyć koszty.

Nie wiem, jak przyjąłby to Polsat - ubyłoby mu transmisji. W każdym razie Zygmunt Solorz nie inwestuje byle gdzie, na całej transakcji na pewno nie straci. W jego krótkim, acz burzliwym związku z piłkarskim Śląskiem Wrocław zobaczyliśmy nie namiętnego mecenasa sportu, lecz lodowatego biznesmena.

Dobrze, że państwo dotuje szkolenie siatkarskiej młodzieży. Nie istnieje jednak żaden społeczny interes, dla którego miałoby dopłacać do igrzysk wyczynowców. Wystarczy, że samorządy Bydgoszczy, Gdańska, Katowic, Krakowa, Łodzi i Wrocławia uwierzyły w bajki o promocji i podarowały związkowi 37 mln zł. Niech mistrzostwa mają tyle luksusu, na ile stać dyscyplinę. Wszystko w głowach działaczy dysponujących wszak najwyższym budżetem - 60 mln, także od prywatnych sponsorów - wśród polskich związków sportowych.

Dziurą w tym budżecie państwo już interesować się powinno. Intensywnie.

Polskim sportem zarządzają, jak wiadomo, czarodzieje potrafiący rozpuścić w powietrzu każdą górę pieniędzy. Strukturę magicznych technik też znamy - oplatają się gęstą siecią spółek i usług konsultingowo-organizacyjnych, które bywają mniej lub bardziej zbędne, zbyt kosztowne, obsadzane przyjaciółmi i znajomymi królikami. Granice wyznacza tutaj wyłącznie wyobraźnia, nie sposób precyzyjnie ustalić, ile homarów powinno przypadać na uczestnika pomeczowych bankietów, a ile kasy można nadmuchać w baloniki fruwające nad podium dla zwycięzców. A nawet jeśli zdrowy rozsądek podpowiada, że działacze doją podatnika, to niekoniecznie udowodnimy im łamanie prawa. Kiedy przed laty w gigantyczne długi wpędził PZPS prezes Janusz Biesiada, prokuratura oskarżyła go m.in. o oszustwo. W sądzie przegrała, co nie oczyszcza go z zarzutu nieobjętego kodeksem - zarządzał skandalicznie, powinien był odejść.

Obecni szefowie PZPS na sztandarach nieśli hasła o totalnej przejrzystości związku, obiecywali regularne audyty i upublicznianie ich wyników. Gdyby dotrzymali słowa, nie musielibyśmy dziś - gdy nie wiadomo, jak znikają pieniądze - polegać wyłącznie na ich słowach. Zresztą związki sportowe, obciążone bogatymi tradycjami przekrętów, generalnie powinny podawać szczegółowo, na co ile wydają.

Przedpełski i jego świta sami się zobowiązywali, że będą wprowadzać nowe standardy. Kłamali.

Tagi: siatkówka
01:31, rafal.stec
Link Komentarze (21) »
poniedziałek, 25 listopada 2013

Wypadało wreszcie złożyć hołd tzw. ekstraklasie, która nie ulega presji współczesnego świata, nie czerpie ze złych wzorców, reprezentuje kapitalizm z ludzką twarzą. A skoro wypadało, to natrudziłem się i złożyłem. Felieton z dzisiejszej „Gazety” przeczytacie tutaj.

07:32, rafal.stec
Link Komentarze (13) »
sobota, 23 listopada 2013

Bayern, Bundesliga, Liga Mistrzów, Pep Guardiola

Wyrzucaliście mi swego czasu, że zbyt łatwo rozdaję tytuły „kandydata na drużynę wszech czasów”. Klękałem przed Barceloną według Guardioli, potem nie zdążyłem jeszcze wrócić do pionu, gdy padłem przed Bayernem według Heynckesa.

Ale jak uniknąć spektakularnych gestów, skoro trafił nam się akurat taki moment w historii futbolu? Gdy ci, którzy dorwą się do wygrywania, nie wygrywają tak po prostu, lecz uprawiają wygrywanie masowego rażenia, o zasięgu dla nikogo wcześniej niedostępnym? To nie był PR, Barcelona naprawdę wzięła bezprecedensowe sześć trofeów z rzędu, naprawdę odebrała rywalom piłkę na pełne 90 minut, naprawdę biła rozmaite rekordy w lidze hiszpańskiej.

Aż nastał Bayern. I zaczął wyglądać jeszcze potężniej. Nie dlatego, że wiosną w półfinale Ligi Mistrzów wychłostał Katalończyków siedmioma golami – tamtą klęskę mogliśmy traktować jako symboliczne przejęcie (gwałtem) władzy, ale to była już inna, słabsza Barca, która nawet nie broniła trofeum. Monachijczycy chwilami przerażają, bo zdają się jeszcze bardziej nietykalni, jeszcze bardziej nieskazitelni w każdej formacji, aż po bramkę – między katalońskimi słupkami stoi świetny Victor Valdes, między bawarskimi stoi najlepszy na świecie Manuel Neuer. No i w minionym sezonie wydajność podnieśli na pułap, jak wyliczyliśmy wiosną, nieosiągalny dla nikogo w powojennym futbolu poza Ajaxem Amsterdam. To nie noty za wrażenia estetyczne, to fakty.

Jesienią nie zawsze faworyci zachwycają, ale chyba wypada się posłuchać Matthiasa Sammera, który poucza, że „dobry koń skacze tylko tak wysoko, jak musi”. Najwyżej wznieśli właśnie wtedy, gdy poprzeczka miała wisieć najwyżej – w wyjazdowym meczu Ligi Mistrzów z Manchesterem City. Dzisiejszemu, najtrudniejszemu wyzwaniu krajowemu podołali na miarę imponującego wyjazdowego 3:0 – owszem, z pokiereszowanej kontuzjami Borussii ostała się połowa, ale wszechmoc Bayernu polega właśnie na tym, że nie zauważa nawet nieobecności Ribery’ego, jednego z faworytów plebiscytu Złota Piłki. Wreszcie w dwóch meczach zremisowanych monachijczycy pogubili punkty dość pechowo – Bayer wyrównał dzięki jedynemu celnemu strzałowi (niecelnego nie oddał), Freiburg wtłukł gola w końcówce jednej z inauguracyjnych gier pod Guardiolą. Efekty są oczywiście historyczne. Bayern śrubuje kolejny rekord Bundesligi – nie przegrał od 38 kolejek, czego zresztą Barcelona ani w ogóle nikt poza Realem Sociedad z sezonu 79/80 w lidze hiszpańskiej jeszcze nie dokonał...

Zewsząd słychać, że Guardiola przyszedł na gotowe, ja sądzę, że wręcz przeciwnie – nieprzypadkowo triumfatorzy Ligi Mistrzów nigdy tytułu nie obronili, tymczasem Bayern dodatkowo nasycił się zwyciężaniem obfitszym niż jakiekolwiek znane nam na tym poziomie rywalizacji. Trwa zatem rekonstruowanie drużyny, podczas którego trzeba uważać, by unikać wpadek, każda byłaby wszak rozdmuchana ponad zdrowy rozsądek. Na razie się udaje, więc mecze są raczej ciekawe niż emocjonujące. Podziwiamy taktyczną elastyczność drużyny, np. dzisiejsze zmiany w Dortmundzie, które jakby zmierzały ku domniemanemu ideałowi tiki-taki, czyli ku jedenastce złożonej wyłącznie ze środkowych pomocników – Götze i Thiago Alcantara zastąpili środkowego napastnika i stopera. Zaintrygowani obserwujemy także, jak trener przemodelowuje Phlippa Lahma, reklamując go zarazem w wywiadach jako najinteligentniejszego gracza, z jakim pracował.

By całkiem zniechęcić przeciwników, najważniejszy cios zadał dziś Borussii wydarty jej Götze. Ależ to musi być czasami beznadziejne uczucie, konkurować w Bundeslidze z Bayernem. Jak walka o przetrwanie z ludożercą. Obaj szukacie pożywienia, tyle że on ma chrapkę również na ciebie. I wystarczy mu wyciągnąć łapę.

W poniedziałek minie 60 lat od meczu, który oświecił imperium. Polski remis na Wembley to epizodzik przy triumfie na Wembley Węgrów, który zdobyli je, gdy wciąż było niezdobyte. O cudzie, który zdarzył się dzięki centralnemu planowaniu – w demokratycznym ta historia byłaby niemożliwa – napisałem do dzisiejszego magazynu świątecznego „Gazety”. Tekst jest tutaj, leży za płatną ścianą.

10:16, rafal.stec
Link Komentarze (6) »
czwartek, 21 listopada 2013

Cristiano Ronaldo, Złota Piłka

Cyferki sypią się i sypią, niedługo spod opisujących mecze statystyk nie będzie już wystawać żaden skrawek boiska, więc nie wątpię, że za parę miliardów lat, kiedy nasi następcy będą się od nas różnić tak bardzo, jak my dziś różnimy się od bakterii, powstanie wreszcie wzór, który zrewolucjonizuje Złotą Piłkę. Przestaniemy głosować na najlepszego futbolistę świata, będziemy obliczać, kto był najlepszy. Może nawet cały rok potrwa relacja na żywo? Stale aktualizowany ranking? Wyobrażacie sobie te zapowiedzi El Clásico, przed którymi w jednej tabeli Barcelona wyprzedza Real, a w drugiej madrycki gwiazdor Ronaldocop – cyborgizacja sportu zdaje mi się nieuchronna – wyprzedza barcelońskiego gwiazdora Messinoida?

Na razie jednak nie wyszliśmy z jaskiń, kiedy zatem awanturujemy się o to, kto był najlepszy, bezradni sprawdzamy np., ile turniejów powygrywali kandydaci. Co oczywiście ma wątpliwy sens – zamiast w konkursie indywidualnym brać pod uwagę sumę indywidualnych zagrań, wliczamy do dorobku piłkarzy trofea, którymi wynagrodziliśmy wysiłek zbiorowy. Nasza ułomność powoduje też, że w zainteresowanym plebiscytem klubie lub jego otoczeniu medialnym, musi niekiedy zapaść decyzja, kogo warto promować na przyszłego laureata.

Wyobraźmy sobie – to nietrudne – że w Lidze Mistrzów triumfuje Bayern Monachium. Potwór wielogłowy, drużyna doskonale wyposażona wszędzie, po ostatni fotelik dla rezerwowych, pozbawiona jednak solisty ponad wszystkich, którego nagła utrata powodowałaby drastyczną utratę jakości i/lub wywołała niekorzystny efekt psychologiczny. Pamiętam, że podczas lutowego meczu Bawarczyków z Borussią kompletnie zapomniałem o nieobecności Francka Ribéry’ego, oświeciło mnie dopiero po ostatnim gwizdku. Kiedy więc w LM zwycięża Bayern, istnieje ryzyko, że spontanicznie głosujący kapitanowie i selekcjonerzy reprezentacji oraz dziennikarze rozdzielą przyznawane punkty na wiele głów. Jeden doceni Ribéry’ego, drugiemu staną przed oczami finałowe piruety Arjena Robbena, trzeci przypomni sobie manewrującego jak niewykrywalny myśliwiec Thomasa Müllera, czwarty złoży hołd chwalonemu do zatracenia przez trenera Guardiolę Philipa Lahma... Efekt może być taki, że na szczyt spłaszczonej klasyfikacji wyskoczy ktoś zupełnie niemonachijski.

Dlatego trzeba wybrać jednego kandydata i dbać o to, by jako faworyta wymieniano wyłącznie jego. Tygodniami, miesiącami, byle przebić się do najbardziej tępych łbów.

W tym roku namaszczano Ribéry’ego, aż w wieczór mundialowych baraży nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji. FIFA ogłosiła, że przedłuża głosowanie – miało się zakończyć w miniony piątek, zakończy się 29 listopada. Czy rzeczywiście otrzymała niewiele formularzy z odpowiedziami, jak nas poinformowano? Czy ktoś przestraszył się mundialu – Francja była zagrożona – bez zdobywcy Złotej Piłki? A może uległ urokowi Cristiano Ronaldo, który akurat dawał show w Szwecji?

Snucie spiskowych teorii pozostawiam innym, sam wyznam tylko, że zmiana na liście faworytów bukmacherów – skrzydłowy Realu wyfrunął nad skrzydłowego Bayernu – wcale mnie nie uwiera. Nie przeszkadza mi, że nie zdobył żadnego trofeum, tak jak po ogłoszeniu wyników poprzedniej edycji Złotej Piłki nie przeszkadzało mi, że ówczesny triumfator Leo Messi w 2012 roku nie wygrał ani Ligi Mistrzów, ani ligi hiszpańskiej. Wystarczało mi wrażenie, że Argentyńczyk – choć w sensie estetycznym nie jest wirtuozem z moich snów – bezdyskusyjnie przewyższał wszystkich innych futbolowych solistów.

Teraz mam to samo z Ronaldo. Ten wyżyłowany rewolwerowiec zwyczajnie zasłania wszystkich. Wielomiesięczną kanonadę właśnie zwieńczył strzelaniną na szczycie. Ze Zlatanem Ibrahimoviciem, którego życiową misją jest chyba udowadnianie, iż futbol można zamienić w grę solową. Pisałem już na Twitterze: nigdy tego nie udowodni, ale jestem wdzięczny, że próbuje.

Tak, zauważyłem zagrania Moutinho, zasłużył się we wtorkowym barażu znaczniej niż jako bierny świadek popisów sławniejszego kolegi. Wszystkich wielkich otaczają świetni piłkarze ­– Ribéry’ego i Messiego też. Ponieważ jednak nadal nie dysponujemy narzędziem do pomiaru indywidualnych zasług, to ewentualnych dyskutantów, którzy się ze mną nie zgadzają, znów muszę spławić przy pomocy mojego ulubieńca Franza Fiszera, niekoronowanego króla kawiarnianych dyskusji w przedwojennej Warszawie. W styczniu, gdy broniłem uhonorowania Messiego, pożyczyłem od niego pytanie zamykające usta szczególnie namolnym polemistom, teraz pożyczę pytanie z jego telegramu do Juliana Tuwima. Proszę o przekonującą odpowiedź, zanim ośmielicie się kwestionować mój prywatny głos na Ronaldo: „Czy abrakadabryczne elukubracje immanentnej negacji transcendentalizują nicość samą w sobie?”

wtorek, 19 listopada 2013

No i była rewolucja. Na razie w kalendarzu meczów towarzyskich, rozłupanym dotąd na sparingi kategorii wyższej – cenione ze względu na rzadkość występowania, rozgrywane w tzw. terminach FIFA, można zaciągać piłkarzy z klubów zagranicznych – oraz niższej – poza oficjalnym nurtem, zazwyczaj z miernymi, egzotycznymi przeciwnikami, z kopaczami z ligi polskiej, z których większość już nigdy do reprezentacji nie wraca.

Nawałka wprowadził nowe porządki. Pożenił obie kategorie, wyższą ściągając na pułap niższej. Ze Słowacją i Irlandią pogrywały drużyny o kształtach wręcz surrealistycznych – naznaczonych Górnikiem, Lechem, Cracovią, Jagiellonią, Pogonią, czyli klubami po traumatycznych przejściach w kontaktach z Europą lub bez żadnych kontaktów z Europą – a dzisiejszy mecz kończyła jedenastka bez ani jednego nominalnego pomocnika. Nie pamiętam, kiedy ostatnio jakikolwiek trener porwał się na podobną ekwilibrystykę w sparingu, w którym mógł mieć każdego, kogo chciał. Owszem, próbowaliśmy jednego nowicjusza albo dwóch. Ale nigdy wszystkich naraz. Nawet fantazjujący o nieprzebranym talencie polskich muraw Leo Beenhakker nie dostrzegł na nich tyle pokładów „international level”.

Czy 31-letni Robak lub 30-letni Kosznik, którego talent nasza tzw. ekstraklasa odkryła dopiero kilka miesięcy temu (karierę spędził w niższych ligach), kiedykolwiek się kadrze na cokolwiek przydadzą? Czy rzeczywiście potrzebowaliśmy przeputać dwa sparingi wyższej kategorii, żeby bohaterów tzw. ekstraklasy zdyskwalifikować jako ewentualnych reprezentantów Polski? (Selekcjoner wspominał, że niektórzy odstają nawet na treningach).

Może trener bardziej doświadczony wiedziałby więcej już przed wejściem do laboratorium, może Nawałka łudził się, że ci, którzy kopią z sensem krajowo, pokopią z sensem również międzynarodowo. To już nieważne i nie do sprawdzenia, poza tym nikt przytomny nie będzie rozliczał selekcjonera ze wstępnych gierek na blisko rok przed eliminacjami MŚ. Sam jeszcze przy powołaniach apelowałem na Twitterze, by politycznym obyczajem dać mu 100 dni spokoju. I niech ma spokój, wszak dzięki dwumeczowi dostał mnóstwo sławnego „materiału do przemyśleń”, jedynego bogactwa naturalnego, którego nasze trenerstwo ma mnóstwo.

Jeśli z tego „materiału do przemyśleń” wyłoni się choć jeden piłkarz, który przyczyni się do awansu na Euro 2016, to znaczy, że było warto. Ja dostrzegłem w tym materiale nade wszystko pięciu byłych i obecnych graczy Górnika – kto jeszcze kilka tygodni temu wyobraziłby sobie, że aż tylu będziemy w stanie upchnąć w dwóch meczach reprezentacji?! I przypomniało mi się, ile insynuacji spadało kiedyś za nieoczywiste powołania na holenderskiego przybłędę Beenhakkera – skoro wpuszczał do reprezentacji Pazdana i jemu podobnych, to musiał mieć w tym jakiś ciemny interes. Obecnego selekcjonera oczywiście o nic nie podejrzewam, ale po wstępnych pokazach jego możliwości moje oczekiwania zeskromniały. Chciałbym na początek przekonać się, że jego futbolowe horyzonty wykraczają poza Zabrze.

poniedziałek, 18 listopada 2013

Mój dzisiejszy felieton z „Gazety Sport.pl Extra” znajdziecie tutaj, jak każdy poniedziałkowy jest za płatną ścianą.

Tagi: doping
19:59, rafal.stec
Link Komentarze (4) »
sobota, 16 listopada 2013

Jak już zapewne wiecie, mityczni bohaterowie boisk z lat 70. są więcej niż podejrzani o to, że swoje powodzenie zawdzięczają m.in. ostrej szprycy. Doniosła sprawa, aż dziw, że nieniderlandzkie media ją właściwie zignorowały, w końcu bez „futbolu totalnego” nie byłoby ani srebrnej ery reprezentacji Holandii, ani hegemonii Ajaxu Amsterdam, ani barcelońskiej tiki-taki. To fundament przeszłości i teraźniejszości tego sportu.

Do tematu wrócę w felietonie do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Extra”, teraz tylko jeden drobiażdżek. Kiedy mianowicie wspominamy, np. w archiwalnych migawkach, Johana Cruyffa i jego kumpli, zazwyczaj skupiamy się nad tym, co wyczyniali z piłką przy stopach. Byli oni tymczasem także prekursorami nowoczesnego pressingu, legendarny trener Rinus Michels żądał, by zawodnicy naciskali rywala także wtedy, gdy to on przejmuje piłkę – z fantastycznym defensywnym skutkiem, przed finałem MŚ 1974 Holendrzy stracili ledwie jednego gola (samobója bez znaczenia, w wygranym 4:1 meczu z Bułgarią). Co wymagało oczywiście końskiego zdrowia... Rozglądałem się za pojedynczymi dowodami rzeczowymi, gdy znów się okazało, że w internecie jest wszystko. Poniższa mozaika wyimków z mundialowego zwycięstwa nad Argentyną bardzo sugestywnie, acz nie kradnąc wiele czasu, utwierdza w bardzo ponurych odpowiedziach na pytanie, czy doping rzeczywiście mógł mieć dla holenderskiego cudu znaczenie zasadnicze...

piątek, 15 listopada 2013

Niezwykła jest ta nasza więź z futbolową reprezentacją. Frustruje notorycznie, być może na skalę unikalną w Europie, ale gdy przychodzi mroźny listopadowy wieczór i towarzyska gierka bez znaczenia, na stadion wchodzi 42 tys. ludzi.

Oni mimo wszystko wciąż zaskakują, piłkarze zachęcają, by o nich pomilczeć. Jaki jest sens znęcać się nad podstarzałymi debiutantami Kosznikami i całą resztą rozdygotanych Kamińskich, skoro wszyscy wnieśli na wrocławski sparing właśnie to, co Adam Nawałka zamówił? Znaczy – typowy wyrób niskoligowy?

Regularnie oglądamy, jak wyglądają w zderzeniu z Europą mistrzowie kraju z warszawskiej Legii, tymczasem nowy trener defensywę na Słowację uszył z materiału jeszcze pośledniejszego gatunku. Poznańskiego, który wsławił się m.in. obciachem w letnim dwumeczu z Żaligirisem Wilno, oraz zabrzańskiego, który nie wsławił się niczym, bo nie miał okazji. I zamiast defensywy miernej, jak wystawiana w eliminacjach mundialu, mieliśmy defensywy karykaturę. Słowacja skwapliwie skorzystała – gdyby nie polska uprzejmość, rok 2013 zakończyłaby z zaledwie jednym zwycięstwem. Jeszcze chwila, a rywale z całego świata zauważą prawidłowość – załapałeś doła, to prędko umów się na grę z Polakami. Antydepresant idealny.

Jak nisko upadliśmy, uświadamiały już entuzjastyczne recenzje inauguracyjnych treningów Nawałki. Selekcjoner zaimponował, bo nie przestraszył się reprezentacyjnych gwiazd. Bo przemawiał podniesionym tonem, nawet krzyczał. Bo zaprowadził porządek. Bo zajęcia są zorganizowane, a nie chaotyczne. Treningi się udały, oto właściwy człowiek na właściwym miejscu. Oczekiwania na tyle zmalały, że nie potrzeba było meczu, by reporterzy odczuli podekscytowanie.

Oczekiwania są minimalne, tymczasem ze słów trenera wynikało, że porywa się na zadania maksymalne. Chce ponoć wdrukować reprezentacji styl gry wybitnie nowoczesny – ułamek sekundy po stracie piłki ma przegrupowywać się do agresywnej defensywy, także na połowie przeciwnika, aż strach wymieniać nazwy wielkich drużyn, które to stosują. Drużyn raczej klubowych, bo taka strategia wymaga synchronizacji ruchów niełatwej do wytrenowania na reprezentacyjnych zgrupowaniach. W dodatku zamarzyło się Nawałce, by bardziej niż poprzednicy zaufać rodzimej lidze. Czyli nadzwyczajnie ambitny cel chciałby osiągnąć z piłkarzami nienadzwyczajnych rozgrywek, których ambicje w europejskich pucharach giną, jak ustaliliśmy, już w rundach wstępnych.

Każdy selekcjoner zaczyna z własną „wizją”, niemal każdy próbuje początkowo ustalić sztywne zasady powołań. Jeden ostrzega, że będzie ignorował graczy tkwiących w klubowych rezerwach, inny ogłasza rezygnację z drugoligowców, jeszcze inny obiecuje otwarcie na rodzimą ekstraklasę. A potem każdy zderza się z brutalną rzeczywistością. I ze wszystkiego się powoli wycofuje, wraca do tych samych, wytartych nazwisk. Jak Waldemar Fornalik, który na swoje selekcjonerskie ostatki zaprosił zapomnianego Mariusza Lewandowskiego.

Zaapelowałbym, żeby nie panikować z powodu wstępnych towarzyskich podrygów. Nawałka lojalnie uprzedzał, że w listopadowym dwumeczu poeksperymentuje, niech zatem eksperymentuje, niech go oświeci w kwestii poziomu naszej ligi, wypatrywać postępów – a jak nie postępów, to czegokolwiek – będziemy w przyszłym roku. Na razie wiemy co najwyżej tyle, że piłkarzy od pierwszego wejrzenia nie uwiódł. Zaapelowałbym więc o spokój, gdybym nie wiedział, że paniki nie będzie. Ani nawet przygnębienia.

Z futbolową reprezentacją Polski pozostajemy bowiem w związku, by tak rzec, sadomasochistycznym. Oglądanie sprawia ból, ale oglądać nie przestajemy, i już nawet nie złorzeczymy, lecz mścimy się na piłkarzach szyderstwem. Potrzebujesz kogoś, komu idzie gorzej niż tobie? Masz reprezentację Polski. Antydepresant idealny. Aż się chwilami zastanawiam, czy piłkarze czasem nie przyjmują już kolejnych powołań jak wezwań na salę tortur.

Zastąpienie osławionych polskich nierzutów rożnych rzutami rożnymi? Wygrywanie z kimś powyżej San Marino? Awans na Euro 2016? Stosunek kibiców do polskiej drużyny jest już tak perwersyjny, że nie wiem, czy z takimi sukcesami poradziliby sobie psychicznie.

 
1 , 2
Archiwum
Tagi