RSS
piątek, 30 listopada 2012

Jurgen Klopp, Borussia Dortmund

Polakom z mistrzowskiego Dortmundu, który zmierzy się dziś w Monachium z Bayernem, niesłychanie się w życiu poszczęściło. Spadł im z nieba i dostrzegł ich talent Jürgen Klopp, być może najjaśniejsza ze wschodzących trenerskich gwiazd ostatnich lat.

W grę wkłada nie mniej energii niż piłkarze, przy linii bocznej wiruje rozszalały od pierwszego do ostatniego gwizdka.

Gola Ivana Persicia fetował w tak gwałtownym sprincie, że naderwał mięsień. Po zwycięstwie nad Köln odniesionym w doliczonym czasie roztańczył się na krzesełkach tak nieprzytomnie, że zapłacił grzywnę. Sędziego technicznego we Frankfurcie przekonywał do swoich racji tak sugestywnie, że główny wyrzucił go na trybuny. Klopp przyznał mu potem rację, ale czuł się ukarany za nieświadomie agresywną mimikę. - Nie obraziłem arbitra, poinformowałem tylko o przeoczonym faulu. Jeśli można przeprosić za swój wyraz twarzy, to przepraszam - tłumaczył. Innego arbitra próbował zaatakować głową. Zreflektował się w ostatniej chwili, uderzył go jedynie brzegiem bejsbolowej czapeczki. - Jestem idiotą - zrecenzował samego siebie na konferencji.

Nie wiadomo, czy wszystkie eksplozje ekspresji wynikają z jego naturalnej spontaniczności i pasji, bo niemiecki trener spełnia się też jako showman. Kiedy wydobył Mainz z drugiej ligi, by natychmiast po awansie wypchnąć je jeszcze wyżej, do europejskich pucharów, na eksperta wzięły go telewizje. Najpierw publiczna ZDF, potem komercyjny RTL. Komentował MŚ w 2006 r., Euro 2008, MŚ 2010, za swoje popisy był nagradzany. Kompetencja, elokwencja, chłopięcy urok - miał Klopp wszystko, by zostać gwiazdą ekranu.

Zwłaszcza że wygłaszane opinie uwiarygadniał własną karierą. W przeciwieństwie do wielu wygadanych trenerów - zjawisko powszechne i w Polsce - którzy krążą od stacji do stacji, by oceniać pracę kolegów, ale sami umieją mniej niż oceniani.

Klopp może sobie pozwolić na wiele i nie zabrzmi śmiesznie, wspiął się bowiem na szczyt w sposób w najbogatszych ligach już niemal niespotykany. Dziś panują albo renomowane firmy, w których drużynę zasila wydajny moloch marketingowy, albo kluby dorobkiewicze, którym spadli z nieba rozrzutni do obłędu właściciele zagraniczni. I jeden przypadek osobny, czyli fantastycznie edukująca piłkarzy Barcelona. Dortmundzka drużyna nie przystaje do żadnej z podanych kategorii, jest nade wszystko dziełem wyrzeźbionym własnymi rękami przez trenera, i to wyrzeźbionym w skandalicznie tanim na tym poziomie materiale.

Całkiem autorskie projekty w nowoczesnym futbolu - przynajmniej w czołówce - nie istnieją, ale jeśli komuś udało się zbliżyć do ideału, to właśnie Borussii. Nawet Josep Guardiola, choć rozpoczął karierę trenerską fenomenalnie, polegał również na wieloletniej strategii i filozofii klubu z Camp Nou. Klopp zastał latem 2008 roku w Dortmundzie pustkę - piłkarze zajęli właśnie 13. miejsce w Bundeslidze, stracili najwięcej goli w stawce, sezon wcześniej poczuli wręcz zagrożenie degradacją.

Ożywiał potęgę transferami z okolic co najmniej podejrzanych. Jak boiska polskie, z których niemieckie kluby całkiem przestały importować, choć przez dekady importowały w ilościach hurtowych.

Napastnika przyzwoitej europejskiej klasy nie wychowaliśmy od czasów Krzysztofa Warzychy, ale Klopp wziął Roberta Lewandowskiego. Łukasza Piszczka wyciągnął z beznadziei upadłej do drugiej ligi Herthy. Shinjiego Kagawę wyłowił z drugiej ligi japońskiej. Odzyskiwał wypędzonych pochopnie wychowanków - jak np. Kevina Großkreutza kopiącego w prowincjonalnym Rot Weiss Ahlen.

Gdyby potraktować piłkarzy jak papiery wartościowe i odpalać Kloppowi prowizję od ich rosnącej wartości, urósłby do fenomenalnie efektywnego inwestora. Kagawę kupił za 350 tys. euro, by sprzedać Manchesterowi Utd za 20 mln. Lewandowski kosztował 4 mln, dziś klub żąda za niego - i nie przesadza - co najmniej 25 mln. Wychowanego w klubie Maria Götze wycenia się na co najmniej 30 mln. Jeśli ktokolwiek zdoła wyrwać z Dortmundu Matsa Hummelsa, podebranego z akademii Bayernu za skromne 4 mln, uczyni go niemal na pewno jednym z najdroższych stoperów w historii.

Wszyscy spotężnieli już do gwiazd, ale kiedy patrzymy na Borussię, najpierw nie rzuca się nam w oczy detal, czyli pojedynczy piłkarze, lecz plan ogólny, czyli grupa. Zsynchronizowana, rozwijająca akcje w wariackim tempie, podporządkowana mottu: „Wiem, co zrobię z piłką, zanim ją przyjmę”. Do Barcelony porównywana - to dziś szczytowy i dyżurny zarazem komplement - niesłusznie, skoro natarć nie wydłuża, woli strzelić gola wcześniej niż później. Nasz Piszczek doskonale spełnia oczekiwania szefa, ponieważ nigdy nie traci tchu. Umie wytrzymać tempo gry i nacisk na rywala wymagane przez trenera, który wielonogą maszynerię napędza osobliwymi wynalazkami - a to poprawiającymi koordynację zajęciami „Life-Kinetik” (Klopp: „Pozornie niemające nic wspólnego z futbolem, w istocie poprawiające komunikację między mózgiem a ciałem”), a to ćwiczeniami w klatce zwanej Footbonaut (wystrzeliwuje piłki z różnych stron, gracz ma możliwie prędko kopać je w jeden z 72 paneli wyróżniony sygnałem świetlnym). Im szybciej dortmundczycy nauczą się reagować, tym trudniej będzie zapanować nad ich manewrami rywalom.

Manewrami w możliwie najpełniejszym tego słowa znaczeniu zbiorowymi. Mistrzowie Bundesligi przystają każdego lata na odejście maksymalnie jednego gracza nie z obawy o utratę jego indywidualnej klasy, ale awarię systemu. Gdy spoglądamy na Lewandowskiego, również bardziej niż snajpera podziwiamy w nim atletę stanowiącego punkt ciężkości całej gry ofensywnej Borussii. I korzystającego, podobnie jak jego partnerzy, z bezcennego w futbolu efektu synergii - kiedy działają razem, produkują moc większą, niż wskazywałaby na to prosta suma ich umiejętności.

Szef składa ich w schemat, ale nie odczłowiecza. Często demonstruje emocje, wpada podwładnym w ramiona, z każdym stara się wejść w osobistą relację. - Możesz mu powiedzieć o wszystkim, umie słuchać. Inaczej rozmawia z nastolatkiem, a inaczej ze mną - mówił magazynowi „Stern” 32-letni bramkarz Roman Weidenfeller. I dodał, że jego trener nie znosi zbyt dużego wpływu na piłkarza jego agenta i innych doradców przeszkadzających mu w budowie intymnego kontaktu.

Ponieważ Klopp silnie oddziałuje charyzmą i skupia się wyłącznie na pozytywach - szuka ich w każdym zdarzeniu, także niepomyślnym - długo uchodził głównie za nieprzeciętnego motywatora. Dopiero z czasem dostrzeżono ów efekt synergii, którego jest źródłem (dyrektor sportowy Michael Zorc nazywa pozyskanie trenera „transferem życia”). I który może mieć znaczenie dla karier piłkarzy Borussii po ewentualnej zmianie barw. Nuri Şahin uciekał z Dortmundu w glorii najlepszego piłkarza Bundesligi. W Realu Madryt zginął w rezerwie, teraz próbuje wrócić między żywych na wypożyczeniu w Liverpoolu. Na transferze zyskała tylko Borussia, która sprzedała wychowanka za 10 mln euro.

środa, 28 listopada 2012

Liga Mistrzów, rzut karny, Premier League, ekstraklasa

Wstrzymam się jeszcze ze stawianiem dramatycznych tez, że piłkarze delikatnieją, że ich jaja są już jak bańki mydlane, a zaraz całkiem znikną, ale o osobliwym trendzie wypada powiedzieć, zanim zrobi się za późno (na pichcenie leczniczej mikstury). Oto liczni wrogowie Manchesteru United zanoszą się rechotem po seryjnie marnowanych przez drużynę z Old Trafford rzutach karnych, nic dziwnego, korowód patałachów złożony z Wayne’a Rooneya, Robina van Persiego, Javiera Hernandeza i Naniego wygląda doprawdy przezabawnie, a jeśli wspomnieć jeszcze pudła z wakacyjnego sparingu z Barceloną, to okaże się, że „Czerwone Diabły” zamieniły na gole ledwie trzy z ostatnich dziesięciu jedenastek. Uciechę mają też nieliczni wrogowie Polonii Warszawa, choć ci poprzestają raczej na kpiącym półuśmieszku - stereotypowo kojarzą naszych ligowców z wyczynowymi niedorajdami, zatem nieudany czteropak podpisany przez Brzyskiego, Dwaliszwilego, Wszołka i Teodorczyka tylko utrwala ich wizję świata. Dławimy się do rozpuku, a przecież choroba krzywokopania nie rozłożyła pojedynczych graczy, mamy do czynienia z epidemią, rozszerzającą się do tego stopnia międzynarodowo, że morderczym rzeczownikiem „pandemonium” nie epatuję jedynie z obawy przed wywołaniem paniki.

Kiedy w poniedziałek podchodził do leżącej na wapnie piłki Irek Jeleń, to zwyczajnie wiedziałem, że mi Podbeskidzia w meczu z Lechem nie uratuje, zdaję sobie sprawę, co się dzieje na sławniejszych stadionach, zauważyłem, że coraz trudniej załapać się na zobaczenie karnego rozumianego jako wykonanie wyroku. Zaczęło wiać w oczy strzelcom wiosną, jesienią wichura się wzmogła. Spoglądam na dane z angielskiej Premier League - w bieżącym sezonie zmarnowali tam 26 proc. jedenastek, a w minionym aż 28 proc., choć we wcześniejszych ten wskaźnik chybotał wokół skromnych 20 proc. Badam sytuację w naszej tzw. ekstraklasie i wyskakują mi przed oczy liczby wstrząsające, to już modelowy zapis rozszerzania się zarazy - oto w sezonie 2009/2010 nadwiślańscy kopacze spartolili 20, w kolejnym 23, w minionym 25., a w obecnym niewyobrażalne 36 proc. rzutów karnych! Nie, nie walnąłem byka, kop z jedenastu metrów przestał być skuteczny jak gilotyna, coraz częściej podchodzi doń ofiara, a nie kat.

Że nadeszł czas niezwykły, poczułem we wrześniu, kiedy startowały Liga Mistrzów oraz Liga Europejska. We wtorkowy wieczór karne zmarnowały Borussia Dortmund i Schalke Gelsenkirchen. W środowy - Bayern Monachium. W czwartkowy - Borussia Mönchengladbach. Nawaliły WSZYSTKIE drużyny z Niemiec, kraju egzekutorów wręcz legendarnie bezlitosnych. Jeśli nie oni, to kto!? Majowie się nie mylili, koniec świata dzieje się już?

Jeszcze bardziej traumatyczną jesień przeżywają snajperzy w Serie A. Tam ślepakami strzelało aż 38 proc. piłkarzy, którzy odpalali w tym sezonie z jedenastu metrów. A był moment, w którym zmarnowanych karnych było więcej (12) niż wykorzystanych (11). Włosi spiskowe teorie snują pasjami, jeszcze kilka pudeł, a dopatrzą się rozpylanej nad polami karnymi sztucznej mgły, zapamiętajcie moje słowa, społeczne konsekwencje wszechogarniającej snajperskiej indolencji mogą okazać się zabójczo nieodwracalne, gdzieś strzelać trzeba, jak ludzie nie postrzelają albo nie pooglądają strzelania na boisku, to nie wiemy, czy nie spróbują na ulicy.

Zanim dokończę przegląd statystyk, uniżenie i serio apeluję, żebyście ich zbyt intensywnie nie nagłaśniali. Przystąpiłem do spisywania niniejszej notki z duszą na ramieniu, rozdarty między poczuciem obowiązku bicia na alarm a lękiem przed spotęgowaniem problemu. Umiejętne kopnięcie z rzutu karnego wymaga oczywiście techniki strzału, ale nade wszystko zależy od psychiki - bramkarz może zostać bohaterem, jego rywal może zostać ostatnią melepetą albo co najwyżej odbębnić formalność. Piłkarze zatem najwyraźniej psychicznie zmiękli, a skoro im się duszyczki poroztapiały, to uświadomieniem im, że rzuty karne ze wspaniałej okazji niepostrzeżenie przeobraziły się w śmiertelne niebezpieczeństwo, ryzykujemy dalsze spustoszenia w ich niespokojnych głowach. Zwyczajnie się obawiam, że zaczną podchodzić do karnych jak skazańcy, spróbują ich unikać, będą grali coraz bardziej sparaliżowani, może przytłoczeni wręcz zapomną o udawaniu, że zostali sfaulowani, stracą przyjemność z gry, najwrażliwszych dopadnie depresja, zaniedbają kupowanie nowych samochodzików i innych dóbr luksusowych, recesja jeszcze się pogłębi, wszyscy przejdziemy na dietę grecką. Powtarzam: skutki mogą okazać się zabójczo nieodwracalne.

Próbowałem jeszcze odwołać się do najwyższej instancji. Niestety, zamiast złagodzenia wyroku dostałem brutalne potwierdzenie, że przypadłość nie oszczędziła nawet najwybitniejszych. W sezonie 2008/2009 uczestnicy Ligi Mistrzów zmarnowali 11 proc. rzutów karnych. W trzech następnych współczynnik oscylował wokół 20 proc. W bieżącym wzrósł do szokujących 35 proc. Jesienne granie jeszcze trwa, tymczasem piłkarze zepsuli już tyle karnych, ile w całej poprzedniej edycji Champions League.

poniedziałek, 26 listopada 2012

Stoke City, Rory Delap, Premier League

Bronią fortecy trudniejszej ostatnio do sforsowania niż stadiony Manchesterów, Reali, Bayernów i wszystkich innych drużyn z najsilniejszych lig europejskich. Uprawiają futbol oryginalny i bezkompromisowy, to w żadnym razie nie są ludzie bez właściwości, jakich pełno w stanach średnich ligowych tabel. Zapraszam do Stoke, felieton z dzisiejszej „Gazety” znajdziecie tutaj.

20:55, rafal.stec
Link Komentarze (28) »
niedziela, 25 listopada 2012

Drobiażdżek, ale wypada zamieścić, ostatecznie wszyscy czekaliśmy, kiedy katalonizowanie Barcelony osiągnie swoją kulminację. Dzisiaj nie było jeszcze spodziewanej podstawowej jedenastki w pełni swojskiej, czyli złożonej wyłącznie z ludzi przećwiczonych w La Masii, ale i ona zdaje się coraz bardziej nieunikniona. Po zmianie Daniego Alvesa na Montoyę wyglądała w meczu z Levante tak (wklejam również dla siebie, już wspominałem, że zacząłem traktować blog jako prywatne archiwum):

FC Barcelona, La Masia

Co nie bez znaczenia- do końca kariery zbliżają się tylko Puyol i Xavi, zresztą pewności nie mamy, dreptanina rozgrywającego nie wygląda na wycieńczającą, być może potrwa jeszcze ze ćwierć wieczności. Wyobrażacie sobie namalowaną wyżej jedenastkę w finale Ligi Mistrzów?

23:36, rafal.stec
Link Komentarze (26) »
sobota, 24 listopada 2012

Robert Lewandowski

1) Przede wszystkim wejrzyjcie na internetowe wideogalerie i popodziwiajcie, jak przyjął dzisiaj piłkę, zanim wbił zwycięskiego gola. Perła, której snajperskie rankingi ani inne statystyczne piramidy nie uwzględniają.

2) Na rankingi też warto zerknąć. Robert Lewandowski wskoczył dziś na pozycję współlidera wśród najskuteczniejszych piłkarzy Bundesligi. Gdyby ją utrzymał, dokonałby tego jako pierwszy Polak - dotąd najwyżej wdrapał się Jan Furtok, który w 1991 roku został wicekrólem strzelców niemieckich rozgrywek. Królem strzelców w czołowej lidze europejskiej nie został żaden nasz gracz.

3) Kiedy Bundesliga po raz ostatni eksportowała swojego najlepszego snajpera, sprzedawany Edin Dzeko zbliżał się do 25. urodzin. Kosztował 32 mln euro, płacił Manchester City. Lewandowski po zakończeniu bieżącego sezonu też będzie miał 25 lat.

4) Najwyższa średnia goli na mecz w Bundeslidze polskich piłkarzy: Lewandowski 0,49; Furtok 0,36; Smolarek 0,31; Juskowiak 0,30; Tobolik 0,29.

5) Najskuteczniejsi w mocnych futbolowo krajach tej jesieni, sumuję mecze w ligach krajowych i europejskich pucharach: Messi 22 gole w 17 meczach; Ronaldo 17/18; Cavani 14/15; Ibrahimovic 14/16; Falcao 13/12; Lewandowski 13/17; Suarez  12/17; El Shaarawy 12/18; Di Natale 11/16; Van Persie 11/16; Aduriz 10/14; Mandzukic 9/16.

Kilku goleadorów jeszcze Polaka wyprzedza. W listopadzie nawet Messi strzelił jak dotąd jednego mniej.

czwartek, 22 listopada 2012

Stephan El Shaarawy

Czasy kryzysu kochają młodych piłkarzy. Naprawdę młodych, jak Włoch egipskiego pochodzenia Stephan El Shaarawy, najskuteczniejszy dziś młodzieniec w Europie.

To była liga dla starych ludzi. Jeśli gdzieś miał rozkwitnąć napastnik, który jeszcze nie zdążył wydorośleć, to wszędzie, tylko nie na murawach włoskich, w tym królestwie pięknych trzydziestoparoletnich lub wręcz czterdziestoletnich. A jeśli już koniecznie musiał rozkwitnąć w Italii, to wszędzie, tylko nie w Milanie, klubie wydłużającym kariery aż po granice nieśmiertelności, jeszcze niedawno wystawiającym najbardziej zaawansowaną wiekowo jedenastkę, jaką kiedykolwiek widział futbol na najwyższym poziomie.

Kiedy w minionym roku El Shaarawy wszedł do mediolańskiej szatni, natychmiast poczuł, że rządzą nią stateczni wyczynowcy, a nie utracjusze z psychiką zwichrowaną wielomilionowymi kontraktami. Znanego z profesjonalizmu weterana Gennaro Gattuso - dziś truchtającego do końca kariery w Szwajcarii - zirytowały jego przycięte brwi, polecił chłopcu zaprzestać zabiegów upiększających i skupić się na sporcie. Stephan przeniósł się właśnie z Genoi, w której grał już niedługo po 16. urodzinach, jako jeden pięciu z najmłodszych debiutantów w historii Serie A.

W Milanie prędko mógł wyglądać wedle potrzeb swojej wyobraźni, bowiem starszyzna dostrzegła i doceniła, że pracuje wytrwale, ciężko, z pasją. W minionym sezonie w rozgrywkach dla bardzo twardych mężczyzn się aklimatyzował, w bieżącym eksplodował. Latem Massimo Ambrosini już tylko żartował, że zetnie koledze irokeza. Na poważnie obiecał, że opłaci mu wakacje w górach, jeśli El Shaarawy do grudnia ustrzeli siedem goli. Zakład był niemal rozstrzygnięty już w październiku, zatem kapitan drużyny podniósł stawkę - wakacje na Karaibach za dziesięć bramek.

Też właśnie przegrał, włoski napastnik stał się najskuteczniejszym jesienią nastolatkiem (20. urodziny obchodził przed trzema tygodniami) w całej Europie. Prowadzi w snajperskiej klasyfikacji Serie A, w sobotę dwiema bramkami ocalił bezcenny remis w Neapolu (było już 0:2!), bez niego przyduszeni koniecznością cięcia kosztów mediolańczycy leżeliby pewnie w strefie spadkowej. A w Lidze Mistrzów nie przetrwaliby jesieni. W październiku El Shaarawy wbił gola w meczu z Zenitem (jako najmłodszy w historii gracz Milanu), na który do St. Petersburga poleciała z nim cała podekscytowana rodzina - pochodząca z Savony mama Lucia, pochodzący z Kairu tata Sabri (z wykształcenia psycholog), brat Manuel. W środę podziwiali już w telewizji, jak Stephan zostaje bohaterem wyjazdowego zwycięstwa nad Anderlechtem, które dało drużynie awans do 1/8 finału.

Komentatorzy zastanawiają się, kiedy padnie od szaleńczego tempa, a on nadal przyspiesza, w niedzielę znów będzie największą nadzieją na złamanie Juventusu. Miał powoli oswajać się z wielkim sportem, urósł na jedynego gracza godnego marki „Milan”, jeszcze przed chwilą uszlachetnianej triumfami w Champions League. Urósł z dnia na dzień i w środowisku pełnych trenerów, którzy z zasady nie pozwalali młodym dojrzewać, hodując piłkarskie odpowiedniki osławionych „bamboccioni”, czyli podstarzałych maminsynków, którzy boją się wyprowadzić z domu przed osiągnięciem wieku średniego.

El Shaarawy’emu groziłby podobny los, gdyby nie kłopoty finansowe firm Silvia Berlusconiego, wstrzymanie inwestycji, totalna wyprzedaż transferowa. Kryzys dotknął Milan, ale i całą Serie A, wywołując istną rewolucję kulturalną. Pozbawieni alternatywy trenerzy promują młodych z niespotykaną tam wcześniej werwą, a młodzi z entuzjazmem przechodzą ekspresowe kursy dojrzałości. Jak Erik Lamela - również 20-latek, rewelacyjny w Romie.

Bohater z San Siro na boisku przyciąga uwagę szybkością, zdecydowaniem, skłonnością do poświęcania się dla drużyny, prowadzeniem piłki zespolonej ze stopą, precyzją strzału i instynktem drapieżcy (Anderlechtowi przyłożył golem już po pierwszym wtargnięciu w pole karne), a także kondycją, którą sam nazywa „bawolą”, zresztą często pokonuje większy dystans niż jakikolwiek inny uczestnik meczu. Na treningu sumienny, ambitny i żądny zdobywania nowych kompetencji, w lidze nie zawiódł nawet wrzucony na bok obrony. W siłowni rwie się do rzeźbienia muskulatury, aż trzeba go mitygować, by nadmierny rozrost masy nie odebrał mu naturalnej zwinności. Wypytywany o przyszłość deklaruje, że zamierza studiować ekonomię, jak brat. Poruszony śmiercią (na boisku) Piermario Morosiniego funduje defibrylator klubikowi Legino, w którym uczył się kopać piłkę.

W życiu prywatnym bawi się do upadłego, ale bez używek. Choć otoczenie widzi w nim spadkobiercę Kaki, przykładnego męża demonstrującego podkoszulek z napisem „Należę do Jezusa”, El Shaarawy lubi oddawać się tym, którzy nie chodzą po wodzie. Pielęgnuje pióropusz na czubku głowy, by podobać się dziewczynom, i mówi, że nie zetnie go nawet na życzenie Berlusconiego; opowiada zachwycony, że kariera w Serie A pomnożyła jego życie erotyczne dziesięciokrotnie; entuzjazmuje się erą Facebooka, na którym „poznaje wszystkie swoje kobiety”.

W ogóle jest pełnokrwistym dzieckiem pokręconej współczesności, swoją tożsamość zszywa ze skrawków wyjętych z różnych światów. Kiedy fetuje gola, lubi poimitować gesty koreańskiego rapera Psy’a. Zapewnia, że czuje się stuprocentowym Włochem, a zarazem prosi, by pisać o nim „Mały Faraon” - dumny, że sam przezwisko wymyślił. Gra w reprezentacji narodowej, dla niej też strzelił gola, współpracował w napadzie z Mario Barwuahem Balotellim, adoptowanym przez lombardzką rodzinę potomkiem imigrantów z Ghany. Wczoraj trybuny ryczały, że „czarni Włosi nie istnieją”, dziś oklaskują atak przyszłości, który w całości wywodzi się z Afryki.

środa, 21 listopada 2012

Liga Mistrzów, Borussia Dortmund, Robert Lewandowski

W Dortmundzie już wiosna. Robert Lewandowski zdobył w Amsterdamie dwie bramki, a Borussia rozbiła Ajax 4:1 i awansowała do 1/8 finału Ligi Mistrzów. I to w sensacyjnie imponujących okolicznościach - na kolejkę przed końcem wygrała całą grupę śmierci oraz rozstawienie w losowaniu.

Kto ogląda drużynę od dwóch sezonów panującą w Bundeslidze przez filtr odsączający wszystkich graczy, którzy nie mówią po polsku, dzisiaj nie mógł już nie zostać oślepionym blaskiem również niemieckim. Wieczór w roli mistrza ceremonii przeżył wreszcie Mario Götze, przez naszych zachodnich sąsiadów wywyższony ponad wszystkie tamtejsze talenty. Najpierw asystował przy golu rodaka Marca Reusa, następnego wbił sam, trzeci nie padłby bez jego uderzenia z dystansu.

Bramkarz Kenneth Vermeer tamten strzał obronił, nie zatrzymał dopiero dobitki Roberta Lewandowskiego, który tym razem nie odciskał aż tak wyraźnego piętna na grze dortmundczyków, jak mu się to zdarzało w poprzednich kolejkach LM, ale potwierdził, że rozpędza się snajpersko. Po przerwie jego kopnięcie - poprzedzone oczywiście asystą natchnionego Götzego - poprawiło wynik na 4:0.

To był jego czwarty gol w tej edycji rozgrywek - najskuteczniejszym Messiemu, Ronaldo, Alanowi i Burakowi Yilmazowi ustępuje zaledwie jednym. A przecież w sobotę Polak strzelił siódmego w bieżącym sezonie Bundesligi - do najskuteczniejszego tam Mario Mandzukicia brakuje mu dwóch trafień.

Jego kanonadzie towarzyszy harmider medialny, który nie pozostawia wątpliwości, że Lewandowski rozgrywa ostatni sezon w Borussii. Jeśli nie zaakceptuje oferowanych mu 3,5 mln euro rocznie, to zwyczajnie nie zmieści się w biznesplanie klubu pedantycznie skrupulatnego w rachunkach, bo prześladowanego wspomnieniem niedawnej rozrzutności, za którą omal nie zapłacił bankructwem.

A skoro transfer staje się nieunikniony, to każdy gol Lewandowskiego waży teraz podwójnie - i dla klubu, i dla piłkarza, i dla jego agentów. Z każdym rosną: jego przyszła cena, przyszła pensja, przyszła prowizja dla reprezentujących interesy napastnika Cezarego Kucharskiego oraz Maika Barthela.

Polski rekord padnie na pewno. Nikt dotąd nie wyłożył za naszego piłkarza sumy ośmiocyfrowej, a nikt nie sprzedaje taniej dwukrotnego mistrza Bundesligi, który 67 meczów Borussii w sezonach bieżącym i poprzednim ozdobił 42 golami. No i zaczyna liczyć się w rywalizacji o tytuł króla strzelców w obu bardzo silnych turniejach - krajowym i międzynarodowym. Niemiecka prasa podaje, że szefowie Borussii zażądają za Lewandowskiego przynajmniej 25 milionów euro. Dotąd najdroższym Polakiem był Jerzy Dudek - w 2001 roku Liverpool dal za niego Feyenoordowi 4,8 mln funtów.

Wcześniej jednak dortmundczycy spróbują podbić Champions League. W ubiegłej edycji wyglądali między arystokratami futbolu jak kloszardzi, teraz przyćmili królewską parę - mistrzów lig hiszpańskiej i angielskiej, najwyżej sklasyfikowanych w rankingu UEFA. Do ostatniej kolejki przystąpią w pełnym komforcie, na Manchester City wolno im posłać głębokich rezerwowych, a ewentualna wpadka i tak nie zepchnie ich z pozycji lidera, dzięki której w losowaniu unikną np. Barcelony.

A nawet gdyby się z nią zderzyli, spojrzeliby na katalończyków bez lęku, tej jesieni musieli nabrać pewności siebie, o jakiej być może siebie nawet nie podejrzewali. Przez Ligę Mistrzów kroczą wyprężeni, tymczasem wynoszony ponad wszystkich faworytów Real Madryt, owładnięty obsesją wzięcia dziesiątego trofeum, zatacza się od remisu do porażki.

wtorek, 20 listopada 2012

Trwa szalony rok londyńczyków. Szalony nie tylko dzięki triumfowi w Lidze Mistrzów, który spadł im z nieba akurat wtedy, kiedy utracili reputację dyżurnych faworytów, i to spadł po hipnotyzujących zjawiskach atmosferycznych - odniesionych w cudownych okolicznościach zwycięstwach nad Napoli i Barceloną. Działo się i dzieje na Stamford Bridge znacznie więcej, nie ma na europejskich szczytach klubu, którym tarmosiłyby porównywalnie radykalne zmiany.

Wykatapultowanie Didiera Drogby poza mur chiński oraz postępujące marginalizowanie Franka Lamparda rozbiły trójcę najświętszą, którą wymienieni tworzyli z kapitanem Johnem Terrym, też ostatnio nieobecnym, bo złamanym przez kontuzję. Wraz z innymi ruchami - od zakupu Hazarda (21 lat), Oscara (też 21), Mosesa (22) i Azpilicuety (23), przez odepchnięcie od boiska Maloudy, po sprzedaż Kalou czy Bosingwy - te manewry przeobraziły drużynę uchodzącą za podstarzałą w grupę chyba najmłodszą w kontynentalnej czołówce. A wszystkie kadrowe konwulsje sprowokowały do poszukiwania nowego stylu gry. Bardziej uwodzicielskiego niż poprzedni, opartego na intensywniejszym trzymaniu futbolówki i nadpobudliwej ruchliwości rozdryblowanych graczy ofensywnych, o jakże odmiennych kształtach niż gladiator z Wybrzeża Kości Słoniowej, który oddziaływał jak silne pole magnetyczne, przyciągające piłkę w niemal każdym natarciu.

W Turynie piłkarze Chelsea zachowywali się chwilami jakby zatęsknili do udanej kampanii wiosennej, z której pamiętamy ich przede wszystkim z heroicznych walk o przetrwanie. Zarazem jednak trener Roberto Di Matteo wepchnął ich w zupełnie nowe ustawienie - być może najbliższe konfiguracji 4-3-2-1, z Azpilicuetą raczej w roli półprawego pomocnika niż prawoskrzydłowego. Jak szalejemy cały rok, to poszalejmy i w kluczowym meczu jesieni.

Tak czy owak londyńczycy nawet przez moment nie wyglądali na ludzi, którzy wiedzą, jak przeciwstawić się Juventusowi. Zwłaszcza na tle akurat tego rywala rzucało się w oczy, że nie odgrywają ćwiczonych do śmierci z zanudzenia schematów, tymczasem gospodarze operują w sposób wybitnie zaplanowany. Chelsea wygrała jesienią sporo meczów, ale wygrała je w sporej mierze dzięki indywidualnej klasie swoich gwiazd, moim zdaniem wyraźnie jaśniejszych niż turyńskie, zresztą także dziś jej piłkarze wypadali okazalej w pojedynkach indywidualnych. Kiedy zderzała się międzynarodowo, z przeciwnikiem doskonale zorganizowanym, robiło się źle (1:4 z madryckim Atletico w reżyserii Diego Simeone, bardzo szczęśliwie zremisowany dwumecz z Szachtarem obmyślonym przez Mirceę Lucescu).

0:3 z Juve to szokująca kulminacja czarnej passy. Turyńczycy oddali na londyńską bramkę 13 strzałów, więcej niż ktokolwiek inny w pojedynczym meczu w bieżącej edycji Ligi Mistrzów. Chelsea utrzymuje formę w tym sensie, że nadal wpycha kibiców w stany ekstremalne. I już zaraz prawdopodobnie dotknie granic. Jeśli bowiem w Doniecku nie dojdzie do kolejnej klęski żywiołowej - remis Szachtara z Juve daje awans obu stronom - to piłkarze Roberto Di Matteo będą pierwszymi obrońcami trofeum, który nie przetrwa w Lidze Mistrzów jesieni. A włoski trener, jak każe nam sądzić wspomnienie odruchów Romana Abramowicza, zostanie wylany. Kilka miesięcy po triumfie w Champions League. Tego też jeszcze nie było.

niedziela, 18 listopada 2012

Lech Poznań, Legia Warszawa

Rozmarzony Mariusz Walter zwierzał się przed trzema laty, że w wyobraźni podziwia już wychowanego w Legii piłkarza z Powiśla, który w przyszłości rozbłyśnie na gwiazdę drużyny, a ja miałem ochotę dodać: on na pewno nie rozbłyśnie na gwiazdę, to zbyt skromne słówko, wybitnie grający chłopak z sąsiedztwa stanie się tłumów bożyszczem, jakiego warszawski klub nie miał od dekad. Prezes Lecha Jacek Rutkowski do sentymentów się nie odwołuje, przemawia bardziej jak biznesmen, deklarując, że skoro polskiej ligi nie stać na wielomilionowe transfery, to musi graczy wartych miliony sama wyszkolić, inaczej z zagranicznymi firmami konkurować nie zdoła. I rzeczywiście, obaj potentaci wreszcie energicznie zabrali się do pracy u podstaw, dzięki czemu obejrzeliśmy dzisiaj w Poznaniu szlagier, jakie się u nas nie zdarzały, w każdym razie nie zdarzały się za mojego dorosłego życia.

To był istny festiwal młodzieży, na chwałę gospodarzy biegali: 20-letni Kamiński, 17-letni Linetty, 21-letni Możdżeń oraz 22-letni Tonew, walczyli z nimi: 20-letni Furman (pierwszy raz w podstawowym składzie, cichy bohater popołudnia), 20-letni Żyro, 22-letni Kosecki, 21-letni Kucharczyk, 21-letni Łukasik oraz 20-letni Salinas, w rezerwie czyhali: 19-letni Drewniak, 20-letni Bereszyński oraz 21-letni Jałocha, a przecież Warszawa nadal niecierpliwie czeka, aż wyleczy się 20-letni Wolski. Nie wolno ich traktować jak wychowanków wyłącznie Lecha i Legii, bo najczęściej wstępne kopnięcia wykonywali gdzie indziej, ale niemal wszyscy – poza obcokrajowcami – przez obie akademie przeszli do tzw. ekstraklasy, debiutowali w niej jako nastolatkowie, wcześnie rozsmakowywali się w presji dorosłego futbolu.

Promowanie młodych jako fundamentu kadrowej strategii to rewolucja, która może wyplenić zarazę przetrzymywania zdolnych juniorów z dala od rywalizacji seniorskiej. Chłopcy stawali się mężczyznami, lecz nadal wegetowali w rezerwie, niewinni jak niemowlęta i upupiani w swej domniemanej niedojrzałości. Przecież nawet Paweł Brożek, który talent w najwyższej lidze ujawnił jako niepełnoletni, przed ukończeniem 20. roku życia do podstawowego składu Wisły Kraków dopchał się raz. Nic dziwnego, że do reprezentacji został wpuszczony jako napastnik o cztery sezony starszy niż oswajany z nią właśnie Arkadiusz Milik, który zdążył już poczuć na własnych nogach, jak trudno opanować piłkę w zderzeniu z Diego Lugano, urugwajskim obrońcą Paris Saint-Germain.

Szefowie poznańscy i warszawscy chcieliby obsadzać wychowankami połowę swoich drużyn, ale to cel skrajnie ambitny, prawdopodobnie nieosiągalny. I niekoniecznie trzeba go osiągnąć, by działająca na wysokich obrotach akademia miała sens. Jej utrzymywanie ma sens czysto ekonomiczny, to zwyczajnie doskonały interes, o czym wiedzą także najpotężniejsze korporacje, które coraz obficiej inwestują w prywatne uniwersytety.

Wielu właścicieli zainspirowała Barcelona – niedościgniony ideał, którego ostatecznym spełnieniem będzie ważny mecz, być może nieuchronnie nadciągający, rozegrany wyłącznie przez wychowanków. Katalończycy zasłaniają całą konkurencję trochę niesprawiedliwie, wydajne fabryki świetnych wyczynowców założyło wiele wielkich klubów. Zazdrośni fani z Madrytu rozpaczają, że gdyby nie Casillas, to od pożegnania z Raulem nikt ze szkółki Realu nie przedarłby się do podstawowej jedenastki, tymczasem jej absolwenci znajdują zatrudnienie w czołowych ligach europejskich częściej niż absolwenci jakiejkolwiek innej. Jakością „Królewscy” Barcelonie ustępują, ilością ją przewyższają. Miliony euro inwestują w szkolenie również krezusi z obu firm manchesterskich (City chce wyłożyć 100 mln funtów na 16-boiskowy raj dla 400 chłopców), w Bundeslidze wszystkich zmuszają do tego rygorystyczne przepisy licencyjne, Bayern odsetkiem wystawianych wychowanków zbliża się momentami do lidera z Katalonii. Nawet Chelsea, przez przeciętnego fana kojarzona wyłącznie z kompulsywnym wydawaniem pieniędzy właściciela, wypuściła kilku przyzwoitych graczy – jak reprezentant Słowacji Miroslav Stoch (oddany za 5,5 mln do Fenerbahce) czy reprezentant Włoch Fabio Borini (przedtem w Romie, teraz w Liverpoolu). Sztuka polega na tym, by wychowankami umiejętnie handlować.

Czasem najwięcej zarobią inni, w Realu pewnie rozżaleni westchnęli, gdy Valencia przytulała blisko 30 mln euro za wyedukowanego w Madrycie Juana Matę. Własnoręczne lepienie graczy pomimo przykrych skutków ubocznych wciąż się jednak opłaca, i to przy umiarkowanej ledwie wydajności. Lech przeznacza na akademię rocznie 610 tys., Legia milion euro. A niechby i nakłady podniosły, po podniesieniu nadal będą ryzykowali niewiele, to wciąż drobne przy kwotach przelewających się przez rynek transferowy. Wystarczy co dwa sezony sprawnie opchnąć jednego piłkarza, by włożone pieniądze odzyskać z nawiązką. Toż Ariel Borysiuk odszedł za dwa miliony euro, Maciej Rybus kosztował wręcz trzy, a obu wzięły kluby przeciętne nawet na tle krajowej konkurencji.

Ceny jeszcze wzrosną, byleśmy wytworzyli modę na piłkarzy z naszych okolic. Bundesliga znów się do nich przekonała, rozkwit tercetu dortmundzkiego sprowokował nagłą serię transferów obejmującą zarówno gwiazdy – patrz Artjom Rudniew – jak i młodzieńców z mizernym seniorskim doświadczeniem – jak Artur Sobiech, Mateusz Klich czy Jakub Świerczok. Ten rynek nie działa zresztą całkiem racjonalnie, wystarczy wspomnieć 5,25 mln euro rzucone przez Trabzonspor na Adriana Mierzejewskiego, gracza już ukształtowanego, z nieefektownym CV, niemłodego.

Rzucone przez prezesa Rutkowskiego motto: „Jesteśmy biedni, więc musimy szkolić”, nie odpowiada prawdzie, bogaci też szkolą, ba, coraz mocniej się do szkolenia przykładają. Jeśli nasze potęgi chcą ich model skopiować, muszą wznieść piramidę – na czubku znajdą się nieliczni wyeksportowani za miliony, trochę liczniejsi zasłużą się w podstawowej jedenastce albo przydadzą jako rezerwowi, jeszcze liczniejsi rozpełzną się po innych polskich klubach, w miarę możliwości przekazani za satysfakcjonującą, choć nieimponującą rekompensatę. Akademia to nie kosztowny wysiłek, lecz żyła złota.

zwierzałem się już na  blogu, że gdybym miał wskazać gatunek kopiących u nas piłkarzy, którego szczególnie nie lubię, wetknąłbym palucha w oczodół „zawodowego ligowca”. Metkę naklejam na bezlik kopaczy, którzy: nie pamiętają już młodości, ale niekoniecznie jutro skończą karierę; brali fuchę w całej kupie klubów, ale nigdzie nie osiągnęli sukcesu ani dostrzegalnie się nie zasłużyli; grają jak na nasze standardy w miarę przyzwoicie, ale wieczność temu stracili złudzenia, że wyrosną na futbolistów wartych zapamiętania, znaczy rozstali się również z ambicjami; „z niejednego pieca chleb jedli”, ale sami nie dadzą już żadnego wypieku, od którego poczujemy niebo w gębach. Ot, doświadczeni wyczynowcy sprawnie lawirujący po rynku. Perfekcyjni przeciętniacy.

Z ligowych szczytów owi „zawodowcy” niemal już zniknęli, ewentualnie ostali się nieliczni. Promowania nastolatków nie fetyszyzuję, ale podoba mi się nowa wysokoligowa demografia – mieszanie nieprzeciętnych obcokrajowców i rodzimych weteranów z przeszłością reprezentacyjną ze stadem żółtodziobim. W Legii młodzieńcy otaczają rdzeń Kuciak – Żewłakow (wiem, gaśnie) – Astiz – Vrdoljak – Ljuboja – Saganowski (wiem, choruje); w Lechu biegają wokół Buricia, Arboledy (wiem, zerwał więzadła) i Murawskiego. Wielu mężniało w Młodej Ekstraklasie, wynalazku znakomitym, acz chyba trochę niedocenionym. Teraz potrzebujemy jeszcze ruchu reformatorów z PZPN, którzy odpowiadają za rozgrywki trampkarzy i juniorów – chłopcy z Lecha i Legii wygrywają tam zazwyczaj każdy mecz, regularnie urządzają sobie ostre bramkobicie, przeciwników najsłabszych śród słabych okładają kilkunastoma golami. Pląsają w uwsteczniającej abawie dla dzieci, a w futbolu przesadne wydłużanie dzieciństwa to zbrodnia.

23:57, rafal.stec
Link Komentarze (15) »
sobota, 17 listopada 2012

Real Oviedo, Carlos Slim

Na momencik tylko wpadam, musiałem, skoro w coraz bardziej filmowych losach Realu Oviedo właśnie nastąpił aż tak zaskakujący zwrot. Stali czytelnicy „A jednak się kręci” zapewne wiedzą, że temu czwartoligowemu - acz z tradycjami i zasługami całkiem świeżymi - klubowi groziło bankructwo, więc poprosił o wsparcie kibiców, licząc, że ze sprzedaży udziałów zbierze niezbędne do przetrwania 1,9 mln euro. Akcja nabrała rozmachu, którego hiszpańscy działacze raczej się nie spodziewali, choć w erze życia teleportowanego do mediów społecznościowych właściwie się spodziewać mogli.

Sam kupiłem cztery udziały w potrzebującym klubie, o czym już pisałem, a jak już je kupiłem i obserwowałem internetową karierę tej opowieści, pomyślałem sobie, że jeśli Oviedo się podniesie, jeśli np. kiedyś wróci do najwyższej ligi, to zyska na swoim pomyśle podwójnie, bo również marketingowo. Kibicom, którzy symbolicznie wsparli drużynę, ale również tym, którzy tylko zainteresowali się i śledzili ogólnoplanetarne pospolite ruszenie, marka na pewno zapadnie w pamięć. I jeśli nadarzy się okazja, będą jej „kibicować”.

Tymczasem historia z każdym dniem staje się, jak wspomniałem, coraz bardziej hollywoodzka. Otóż o Oviedo usłyszał Carlos Slim, według „Forbesa” najbogatszy człowiek świata, sam podejrzewałbym go, że przejął już na własność cały Meksyk, gdybym oczywiście nie wiedział, że co najmniej ćwiercią Meksyku rządzą gangi narkotykowe. I oto agencje właśnie poinformowały, że ów biznesmen hiszpański klub kupił.

Nie mam pojęcia, czy weń zainwestuje - choć wejściem w europejską piłkę interesował się wcześniej, Hiszpanie plotkowali, iż rozważa zakup Getafe. W każdym razie nawet grubego w realiach futbolowych wydatku by nie zauważył, jako posiadacz majątku szacowanego na 70 miliardów dolarów wszystkie te Abramowiczowe jachty zmieściłby w kieszeni i maszty wcale nie wystawałyby mu na zewnątrz. Nastroje zrobiły się chusteczkowe, co bardziej egzaltowani oviedistas ćwierkają już, że najczarniejszy moment w dziejach Oviedo zmienił się przed chwilą w najwspanialszy, normalnie łza w oku i takie tam. Sam czuję się poruszony, jeszcze przed chwilą do łba by mi nie strzeliło, że będę miał coś wspólnego z najbogatszym człowiekiem na planecie, a tu się okazuje, że mam, w dodatku to coś jest bardzo duże, o rozmiarach klubu piłkarskiego.

Podwaliny pod mit już są, i to całkiem atrakcyjne - „wydawaliśmy ostatnie tchnienie, kiedy zniebazstąpił Don Carlos”. Też sądzicie, że jeszcze o Oviedo usłyszymy?

 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi