RSS
niedziela, 27 listopada 2011

Grzegorz Lato, afera w PZPN

Jest afera korupcyjna czy nie? Futbolowi działacze sporo się natrudzili, by nauczyć nas, że wypada ich podejrzewać wyłącznie o najgorsze.

Minister sportu Joanna Mucha już wie, w co wdepnęła. Aż chce się zacytować Andrzeja Leppera, który po wtargnięciu do Sejmu obiecywał, że Wersalu nie będzie. Słowa dotrzymał. Podobnie jak prezes PZPN Grzegorz Lato, który reprezentuje zbliżony poziom rygoryzmu moralnego i kultury osobistej. Po mianowaniu Leo Beenhakkera selekcjonerem reprezentacji Polski rzucił do dziennikarzy: „Macie, czego chcieliście. A teraz my będziemy was jeb...”.

Rządzący polskim futbolem zostali już zdemaskowani tyle razy, że podczas piątkowego zjazdu nie dowiedzieliśmy niczego nowego. Szeregowy działacz potajemnie nagrywa działacza najważniejszego (Latę); inny działacz oskarża najważniejszego o korupcję; zdaje się, że ma powody, bo nagrania zawierają negocjacje biznesowe i słowa prezesa o tajemniczych „stawkach” wahających się od 5 do 10 proc. Zostaje zawiadomiona prokuratura i CBA, ale szef PZPN łatwo uzyskuje absolutorium. Wreszcie człowiek mający być źródłem oskarżeń o łapówkarstwo ze wszystkiego się wycofuje. Czy po 100 skazanych i blisko 600 zatrzymanych w futbolowej aferze korupcyjnej ten skandalik może wywoływać jeszcze wrażenie?

Dowodów na popełnienie przestępstwa pewnie nie będzie, skazani jesteśmy my - na domysły. A w przypadku środowiska piłkarskiego właściwie każdy domysł jest uprawniony.

By pojąć dlaczego, wystarczy rzut oka na postaci dla tego światka kluczowe.

Szefem wszystkich szefów jest Lato - jego etyczną niezłomność obnażyła pełna oburzenia tyrada o „ściganiu arbitrów, którzy wzięli kilogram kiełbasy albo pół litra wódki”. To też nieustraszony macho, chętnie tłumaczący, że „cudzej żony bić nie wolno, ale swoją już tak”.

Przed dwoma laty prezes oddał telewizyjne i marketingowe prawa firmie Sportfive. Kontrakt będzie obowiązywał do 2020 roku (!), podpisano go w kontrowersyjnych okolicznościach - bez przejrzystego przetargu i analiz finansowo-prawnych, przy sprzeciwie części zarządu. Polskim przedstawicielstwem Sportfive kieruje inna kluczowa w środowisku osobistość, prawdopodobnie bardziej wpływowa niż Lato - to Andrzej Placzyński, znany też jako porucznik SB nadzorujący ojca Konrada Hejmę.

Szarą eminencją jest też Janusz Hańderek. Nieformalnie steruje sprawami sędziowskimi, formalnie pełni funkcję szefa kontrolującej związek komisji rewizyjnej. Zasłużył się już w stanie wojennym, na zlecenie SB pisząc paszkwile wymierzone w krakowskich opozycjonistów i - wedle wspomnień ludzi „Solidarności” - uczestnicząc w przesłuchaniach.

Oficjalnie środowisku arbitrów przewodzi Janusz Eksztajn. Niedawno opisaliśmy w „Gazecie” przypadek dwóch jego podwładnych, którzy nie musieli zdawać obowiązkowych testów sprawnościowych, ponieważ ich zwierzchnik wolał polecić, by kłamali, że je zdali. A kiedy jeden z nich, Rafał Rostkowski, zgłosił sprawę prokuraturze, został za karę skreślony z listy arbitrów międzynarodowych. On - jeden z naszych nielicznych fachowców cenionych za granicą. Co gorsza, Eksztajn groził arbitrom, że każdy, kto wystąpi przeciw niemu lub środowisku z interwencją w organach ścigania, również zostanie przykładnie ukarany dyscyplinarnie. Groził publicznie podczas sędziowskich kursów!

Czołowi działacze mają talent do wywoływania afer wybitny. Jak sprzedają bilety na mecze kadry, to najdroższe w Europie. Jak ubierają piłkarzy na Euro 2012, to wycinają im z koszulki orła. Jak selekcjoner Franciszek Smuda przechwala się twardym charakterem, to tłumaczy, że „nie jest miękkim ch... robiony”. Jak sekretarz generalny PZPN Zdzisław Kręcina zechce polecieć z Wrocławia do Warszawy, to z samolotu wyprowadza go straż graniczna. Zdaniem współpasażerów kompletnie pijanego.

Tamten incydent znamy z opowieści, ze złotych ust dyrektora Euro 2012 możemy spijać sami. W internecie furorę robi filmik, na którym Adam Olkowicz pytany przez kibiców, jak spisuje się trener kadry, odpowiada: „Na razie ch...”.

Niemal niezauważone przeszło, że wraz z Gromosławem Czempińskim pod zarzutem korupcji przy prywatyzacjach zatrzymano m.in. Michała Tomczaka, który jako szef wydziału dyscypliny PZPN degradował kluby umoczone w łapówkarstwo. Nikt tak głośno jak on nie apelował o radykalną odnowę moralną środowiska.

sobota, 26 listopada 2011

Borussia Dortmund's ball. Fot. Kuba Atys

Na komplet konkursowych pytań poprawnie nie odpowiedział nikt, ale mnóstwo uczestników zabawy widziało przyszłość prawie idealnie. Dziewięć punktów zdobyli właściciele nicków: chandler22, pozeracz_kebabow, del_budzik, greendayek, 1337sianko, maksymal, kamyczynski34, karol812, mikolajdymek. Dbiarda, viciuu, acm4ever, najlepszykradziej134, ogqozo, barktac, majtac, omletzhamleta, uncle_stetson, pavlocebo.

Piłkę z autografami dortmundczyków mam jedną, zatem zgodnie z zapowiedzią zarządzam dogrywkę. Finaliści muszą przewidzieć, co stanie się na następnym meczu drużyny tercetu Polaków - z Borussią w Moenchengladbach. By zredukować ryzyko kolejnego remisu na szczytach, modyfikuję lekko zasady. Podstawowe pytanie brzmi: 1) Jaki w sobotę padnie wynik? I tylko tym, którzy odpowiedzą na nie poprawnie, policzymy punkty uzbierane w pozostałych:

2) Ile goli strzeli Lewandowski?

3) Ile asyst będzie miał Lewandowski?

4) Ile rzutów karnych wypracuje Lewandowski?

5) Ile goli strzeli Łukasz Piszczek?

6) Ile asyst będzie miał Piszczek?

7) Ile rzutów karnych wypracuje Piszczek?

8) Ile goli strzeli Kuba Błaszczykowski?

9) Ile asyst będzie miał Błaszczykowski?

10) Ile rzutów karnych wypracuje Błaszczykowski?

11) Czy Błaszczykowski zagra w podstawowym składzie?

12) Ile żółtych kartek dostaną Polacy?

Odpowiedzi wpisujcie na forum do 23.37 w poniedziałek. Nie będę tolerował nawet minutowego spóźnienia. Powodzenia!

PS Czytelników o nickach barktac i majtac proszę o ujawnienie się w mejlu, bo podejrzewam, że to jedna osoba, która w dodatku rozmnożyła się na kilkunastu uczestników konkursu. Niby tego oficjalnie nie zabraniałem, ale sądziłem, że pewne sprawy są oczywiste - to byłoby zagranie nie fair. Dyskwalifikować nie zamierzam, po prostu chcę, by w dogrywce było już czysto. Jeśli się mylę, z góry przepraszam.

22:08, rafal.stec
Link Komentarze (27) »
piątek, 25 listopada 2011

Borussia Dortmund ball

Grają w różnych miastach, ale mecze między nimi można nazywać derbami bez konieczności sztucznego rozciągania tego pojęcia, oryginalnie zarezerwowanego dla bitew lokalnych, na każdą gorętszą rywalizację futbolową, tak jak rozciągnięto je na rywalizację Barcelony z Realem Madryt czy Interu Mediolan z Juventusem Turyn. Tutaj rzeczywiście ścierają się sąsiedzi - kibice z Gelsenkirchen będą potrzebowali jutro ledwie półgodzinnej jazdy podmiejską kolejką, by dotrzeć na stadion w Dortmundzie i obejrzeć tzw. „Revierderby”.

Zagłębie Ruhry to niemiecki odpowiednik naszej konurbacji śląskiej, więc Borussię i Schalke chciałoby się odruchowo porównać do Górnika Zabrze i Ruchu Chorzów. Też są w regionie najpotężniejsze i bardzo zasłużone historycznie, też wywołują największe emocje.

Tyle że kluby śląskie popadły w ruinę - nie wznoszą pięknych stadionów (choć cała Polska wznosi), ich piłkarzy ogląda niewielu kibiców, po 1989 roku ani razu nie zdobyły mistrzostwa kraju, od kilkunastu lat zdarza się im co najwyżej doskoczyć - z rzadka - na najniższy stopień podium. O ich współczesnych popisach w europejskich pucharach lepiej nie wspominać. Śląska potęga w futbolu to przeszłość. Zamierzchła.

Potęga Borussii i Schalke to teraźniejszość i przyszłość. Dortmundzcy piłkarze grają przy najwyższej po Barcelonie i Realu frekwencji w Europie, wszystkie cztery tytuły mistrzów Bundesligi wzięli po 1994 roku, u schyłku XX wieku triumfowali też w Champions League, a teraz, po wydobyciu się z zapaści grożącej bankructwem, do niej wrócili. Schalke przyjmuje kibiców na cudzie stadionowej architektury (z rozsuwanym dachem i fantastycznym muzeum), ostatnio niemal nie spada z ligowego podium (cztery wicemistrzostwa w ostatniej dekadzie), wiosną zdobyło krajowy puchar i wyrzuciło z Ligi Mistrzów broniący tytułu Inter Mediolan, by odpaść dopiero w półfinale.

Fani regionalnych potentatów tak się nie znoszą, że nie potrzebują meczu, by uczucia publicznie i hałaśliwie manifestować. Przed trzema laty dortmundczycy urządzili fiestę z okazji jubileuszu - minęło właśnie pół wieku, odkąd rywale po raz ostatni zostali mistrzami Niemiec. Ekstazę przeżyli też rok wcześniej - Schalke miało szansę na tytuł, lecz po trzech miesiącach spędzonych na pozycji lidera straciło ją w przedostatniej kolejce, przegrywając na stadionie Borussii. Wyobraźcie sobie, co grało wówczas w dortmundzkich duszach, skoro ten klub wypuszcza ostatnio koszulki upamiętniające każdy derbowy sukces.

Najbardziej niezwykle działo się jednak w 1997 roku. Schalke przegrywało w Dortmundzie (Borussia była aktualnym triumfatorem Ligi Mistrzów) do ostatnich sekund. Remis dał gościom gol bramkarza Jensa Lehmanna (do obejrzenia tutaj), który zresztą niedługo potem swoje barwy, mówiąc językiem kibicowskim, zdradził. W Gelsenkirchen przeżył 10 lat, by po nieudanym epizodzie w Milanie założyć bluzę Borussii.

Takie historie, jak wiadomo, derbową rywalizację, z definicji zajadłą, jeszcze wzmagają. A im bardziej ją wzmagają, tym większą szansę najważniejsze mecze sezonu dają piłkarzom, by pozostać w kibicowskich sercach na zawsze.

W tym wypadku także naszym piłkarzom. Robert Lewandowski powinien te przesiąknięte adrenaliną wieczory lubić, w końcu zeszłej jesieni swojego inauguracyjnego gola w Bundeslidze wbił właśnie Schalke (a wszedł tylko na kwadrans). Czy uda mu się ponownie? Pytam, bo dostałem od Eurosportu (Eurosport2 będzie jutro mecz transmitował, o 15.30) dortmundzką piłkę z autografami wszystkich piłkarzy Borussii (sfotografował ją dla mnie Kuba Atys, żebyście uwierzyli, że ją mam;-)), którą oddam temu, kto najcelniej odpowie na derbowe pytania. Skoro dajecie radę przewidywac odległą przyszłość w konkursie na Jasnowidza roku, to z poniższym problemu być nie powinno:

1) Jaki będzie jutro wynik?

2) Ile goli strzeli Lewandowski?

3) Ile asyst będzie miał Lewandowski?

4) Ile rzutów karnych wypracuje Lewandowski?

5) Ile goli strzeli Łukasz Piszczek?

6) Ile asyst będzie miał Piszczek?

7) Ile goli strzeli Kuba Błaszczykowski?

8) Ile asyst będzie miał Błaszczykowski?

9) Czy Błaszczykowski zagra dłużej niż pół godziny?

10) Ile żółtych kartek dostaną Polacy?

Potrzebujących piłki proszę o odpowiadanie na forum. A po meczu - powrót na blog, samodzielne podliczenie trafnych odpowiedzi (za każdą jeden przyznaję punkt) i podanie wyniku. Zwycięzcy wyślę piłkę. W razie remisu na szczycie urządzimy dogrywkę przy następnych meczu Borussii.

czwartek, 24 listopada 2011

APOEL Nicosia, Champions League, Cyprus

Przed ponad trzema laty blogowałem intymnie i z bolesną szczerością, jakbym leżał na kozetce i dawał psychoterapeucie patroszyć się z najcięższych traum:

W 1987 roku, czyli mniej więcej w połowie podstawówki, Cypryjczycy byli dla mnie ludem zupełnie nieznanym. Być może nawet, choć pewności nie mam, dzięki meczowi z reprezentacją Polski - w Gdańsku, 12 kwietnia - w ogóle dowiedziałem się o ich istnieniu. Trwały eliminacje mistrzostw Europy, naszych prowadził selekcjoner Wojciech Łazarek, ze spokojem oczekiwałem miażdżącego zwycięstwa, życzyłem sobie nawet, by się nasi zlitowali i nie skrzywdzili egzotycznych gości dwucyfrówką. Powiewający na trybunach transparent z wynikiem 9:0 odbierałem jako trzeźwą ocenę sytuacji.

A potem dostałem po łbie bezbramkowym knotem. Połknąłem swoje pierwsze szokujące 0:0.

Cypryjczycy smakowali triumf niezwykły, wywalczyli historyczny - pierwszy! - punkt w wyjazdowym meczu eliminacji do czegokolwiek. Ja długo dochodziłem do siebie, moje przeświadczenie, że z pewnymi rywalami Polacy wygrywać będą zawsze, umarło wraz z ostatnim spartaczonym zagraniem Jacka Bayera, zaliczającego - to najwłaściwsze słowo - swój jedyny występ w reprezentacji. Poznałem smak okrucieństwa sportu.

Łazarek po latach wspominał tamten remis na swój powszechnie znany, poetycki sposób: „A potem wszystko się rozeszło. Jak mendy po jajach”. Celnie to ujął. Od tamtego czasu z niepokojem śledziłem, jak Cypryjczycy niepostrzeżenie, kroczek po kroczku, skradają się w pościgu za polskim futbolem. Albo inaczej - w jakiś tajemniczy sposób ściągają naszych na swój nędzny poziom. Podbierając nam zresztą myśl szkoleniową. Mieli u siebie aż dwóch polskich eksselekcjonerów, Jerzego Engela oraz Janusza Wójcika”.

Spowiadałem się wówczas, by uzasadnić wydanie Cypryjczykom futbolowej, korespondencyjnej wojny, którą tutaj ogłosiłem. W ich boiskowych postępach w rozmaitych rankingach widziałem miarę upadku polskiej piłki - mierziło mnie, gdy wyprzedzili naszych w rankingu FIFA, nie mogłem patrzeć na ich bezczelną wspinaczkę po rankingu UEFA, wnerwiały mnie ich coraz zuchwalsze podrygi w europejskich pucharach. Wiedziałem, że dopóki zabawiają się ponad nami, nie zaznam spokoju. To dlatego wypowiedziałem wojnę i postanowiłem ją relacjonować, dopóki nie wygramy. A co tam, niech bywalcy „A jednak się kręci” też pocierpią od czytania tych nudów.

Nie sądziłem, że wojna się przeciągnie, wierzyłem, że wajcha prędko pójdzie w drugą stronę, byłem przekonany, że jeśli pewnego razu do końca kalendarzowego roku w międzynarodowych rozgrywkach utrzymamy aż dwa kluby, a jeden jeszcze przetrwa do wiosny, to Cypryjczyków zaczniemy ścigać i rychło załatwimy na amen. Stało się, Wisła awansowała do rundy grupowej Ligi Europejskiej, Legia właśnie dopchała się wręcz do 1/16 finału.

Byłoby pięknie, gdyby Cypryjczycy akurat teraz, kiedy nasi dokazują w LE, złośliwie nie postanowili podokazywać w Lidze Mistrzów. Nigdy mi nie odpuszczą!? Kombinują, żeby zatruwać życie aż po skutek nieodwracalnie śmiertelny?

Sezon rozpoczął się rozkosznie, bo łotry z APOEL-u Nikozja dostały po łbach w Krakowie od Wisły. Triumfowałem, świętowałem, wznosiłem toasty. Niestety, łotry tylko podpuchę dały, ewidentnie już wtedy planowały tortury bardziej wyrafinowane.

Od tamtej pory nie przegrały z nikim. Z wyeliminowaniem Wisły zwlekały wrednie do 87. minuty, w swojej grupie Champions League rozwaliły się na pozycji lidera, więcej punktów pozwoliły zdobyć tylko Barcelonie, Realowi, Arsenalowi, Interowi i Bayernowi, już awansowały do 1/8 finału. Europodrygi legijno-wiślackie poszły na marne, Cypryjczycy znów uzbierali więcej rankingowych punktów, znów naszym odskoczyli. A jeszcze postanowili ostatnio - po latach łażenia po jałmużnę do polskich piłkarzy - z tej jałmużny zrezygnować! Żadnego naszego gracza do APOEL-u nie wzięli, z naszej myśli szkoleniowiej też już wcale nie czerpią.

Nie napiszę z niezachwianą pewnością, że mistrzowie Cypru sprawili największą sensację, odkąd w 1999 roku Champions League rozrosła się do 32 uczestników. Ostatecznie przed blisko dekadą piłkarze Basel, którzy również musieli przebijać się przez dwie rundy kwalifikacji, wyprzedzili Liverpool i również awansowali do czołowej „16”.

Ale oni pokonali wtedy wyłącznie Spartak Moskwa, jeszcze nie wspierany gigantycznym kapitałem rosyjskich oligarchów. Oni drżeli o awans do ostatniej kolejki. Oni wyszli z grupy jako wiceliderzy, w Walencji potrafili przegrać 2:6. Wreszcie mieli szczęście rywalizować z Liverpoolem przytłoczonym kryzysem - drużyna z Anfield kończyła rok kalendarzowy dwoma miesiącami bez zwycięstwa w lidze angielskiej (6 porażek, 5remisów), krztusiła się po lecie wpadek transferowych, era trenera Gerrarda Houlliera wchodziła w fazę schyłkową.

Piłkarze APOEL-u są liderami grupy i mają ogromne szanse, by pozycję utrzymać. Wyprzedzają tuczone gigantycznymi inwestycjami wschodzące potęgi ze Wschodu - Zenit St. Petersburg oraz Szachtar Donieck co sezon wydają na transfery dziesiątki milionów euro, piłkarzy podbierają mocnym ligom zachodnich, zwłaszcza ci pierwsi skompletowali już kadrę godną włoskiej Serie A czy Bundesligi. No i reprezentują rozgrywki w rankingu UEFA sklasyfikowane przed sezonem na odległym 20. miejscu.

W tej krwawej wojnie jestem stroną, więc piszę to ze żrącą przykrością - dla mnie APOEL przyłożył po oczach sensacją po 1999 roku najbardziej spektakularną. Nawet jeśli w środę przetrwał w Petersburgu niemal cudem, przy wydatnym wsparciu rosyjskiego kibolstwa.

Aha, mistrzowie Cypru mają w budżecie 10 mln euro. Blisko dwa razy mniej od Legii.

wtorek, 22 listopada 2011

Volleyball World Cup, Puchar Świata siatkówka

Puchar Świata bywa bardziej wymagający niż jakikolwiek turniej siatkarzy. Jeśli reprezentacja Andrei Anastasiego doskoczy w Japonii do podium, stanie się naturalnym, mocnym kandydatem do olimpijskiego medalu.

Na razie Polacy zestrzeliwują rywali z boiska. Z Kubą, Serbią, Argentyną wygrywali za trzy punkty i wraz z Rosją rozsiedli się na pozycji lidera, choć w dwóch pierwszych meczach prowadzili kanonadę bez swojej największej lufy - odzyskującego po urazie siły Bartosza Kurka.

Co więcej, nasi siatkarze plują ogniem ciągłym. Wyróżniają się tak istotną w tej grze stabilnością formy, w drużynie nie widać nikogo odstającego od reszty, a jeśli nawet kogoś dopada chwilowa niemoc, znajduje w rezerwie pełnowartościowego zmiennika. Polacy nie prezentują może siatkówki bez skazy - np. Zbigniew Bartman w ponad połowie zbić podarowuje punkt rywalom, to jeden z najsłabszych wskaźników wśród skrzydłowych - ale też codziennie dowodzą, że bezdyskusyjnie stać ich na podium premiowane awansem na przyszłoroczne igrzyska. Marcin Możdżonek i Piotr Nowakowski aspirują wręcz do miana najwydajniejszego - w ataku, bloku i serwisie - duetu środkowych na turnieju.

Zasady Pucharu Świata są zbyt przejrzyste, by nie podejrzewać, że przetrwały tylko przez roztargnienie międzynarodowych działaczy. Tutaj nie ma tzw. losowań, które ułatwiają zadanie gospodarzom lub drużynom z krajów zasłużonych dla siatkówki organizacyjnie i finansowo, ani regulaminowych zawijasów powodujących, że czasem warto z premedytacją poddać pojedynczy mecz, by uniknąć faworytów w locie do medalu.

Uniknąć w ogóle nie da się nikogo, bo obowiązują najbliższe idealnego obiektywizmu reguły - tylko na tej rozgrywanej w każdym sezonie przedolimpijskim imprezie każdy bije się z każdym, a dorobek wszystkich zliczamy we wspólnej tabeli. Z patologicznych wymysłów FIVB w Pucharze Świata ostało się tylko rozdawanie dzikich kart, ale tym razem przyznano je akurat reprezentacjom najlepszym pośród tych, które do niego nie awansowały, czyli brązowym medalistom mistrzostw Europy Polakom oraz sklasyfikowanym o pozycję niżej Rosjanom. I do Japonii nie przyleciała tylko jedna drużyna ze ścisłej czołówki - Bułgaria.

To turniej skrajnie wycieńczający fizycznie i psychicznie, żaden inny nie zmusza do wytrzymania 11 meczów na dystansie zaledwie dwóch tygodni. A skoro zwyciężać na nim ciężej niż gdziekolwiek indziej, to ewentualny wzlot na podium biało-czerwonych uczyniłby ich naturalnymi, mocnymi kandydatami do medalu na igrzyskach w Londynie. Zwłaszcza że na bliskim szczytu pułapie utrzymują się przez cały sezon - wcześniej wzięli brąz w Lidze Światowej i ME.

Siatkarze Anastasiego walczą zatem o coś więcej niż awans na igrzyska. Jeśli im się powiedzie, w oczach przeciwników, własnych i eksperckich wreszcie bezdyskusyjnie wtargną do grona globalnych potęg. Wygrają również święty spokój, wiosną nie będą bowiem tracić energii ani nerwów w przedolimpijskich turniejach eliminacyjnych. I obalą kolejną barierę - do zdobytych ostatnio medali mundialu, mistrzostw kontynentu i Ligi Światowej dołożą medal imprezy, na który czekają od 46 lat. Odkąd na PŚ zaprasza do siebie Japonia, Polacy nie wyskakali go nigdy. Nawet w złotej erze Huberta Wagnera.

Zaczęli odlotowo, najtrudniejsze wyzwania dopiero przed nimi. Niewykluczone, że wszystko rozstrzygnie się w następny weekend, gdy na zakończenie zderzą się z głównymi mocarstwami - kolejno Włochami, Brazylią i Rosją. Ale niewykluczone też, że utrzymają wysoki pułap lotu i zbiorą do tej pory liczbę punktów wystarczającą, by na finiszu bezboleśnie przeżyć nawet wpadki.

Pozostaje pytanie, kto wytrzyma kondycyjnie. Polacy mają wśród faworytów kadrę zdecydowanie najmłodszą - trzydziestkę przekroczyli jedynie libero Krzysztof Ignaczak oraz rozgrywający Paweł Zagumny i Łukasz Żygadło, czyli ci, którzy najrzadziej skaczą i nie muszą walić w piłkę jak opętani, z maksymalną energią. No i spokojnie czekamy, aż ogień otworzy ich ofensywny lider Kurek.

19:40, rafal.stec
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 21 listopada 2011

Dokazująca dzieciarnia z Łazienkowskiej to wątek w polskiej lidze zdumiewający. I w planie ogólnym - nasze kluby dotąd śmiertelnie się bały wypuszczać na murawę młodych, nawet biedujące wolały ratować się zaciągiem kopaczy w ostatnich przedemerytalnych podrygach. I w perspektywie lokalnej - Legia nie umiała ani wychować sobie juniorów własnych, ani sprawić, by rozkwitli cudzy. Więdli nawet najzdolniejsi, często oszołomieni światłami wielkiego miasta. Demoralizowały ich zwłaszcza te rozbłyskujące późną nocą, chętnie w rytmie stroboskopowym.

Aż tu nagle na legijnych trawach rozkwitł cały ogród.

Ariel Borysiuk jeszcze przed 17. urodzinami zaczął regularnie pełnić wymagającą szczególnej odpowiedzialności rolę defensywnego pomocnika - nie przypominam sobie, by we współczesnym futbolu równie wcześnie wtargnął na tę pozycję - w klubie z mistrzowskimi aspiracjami - ktoś poza Ceskiem Fabregasem, wypchniętym kiedyś w Arsenalu na zastępcę kontuzjowanego Patricka Vieiry. Strzelił zresztą Borysiuk gola jako najmłodszy piłkarz w historii Legii.

Maciej Rybus, choć lubił pociągnąć ze szluga, debiutował jako 18-latek, w inauguracyjnym sezonie zdołał zadać oba decydujące ciosy bramkowe w szlagierze z Wisłą Kraków, dziś dobija do półtorej setki występów w klubie, w tym sezonie asystował przy golach częściej niż jakikolwiek inny ligowiec. Obaj wymienieni już dawno zakorzenili się w reprezentacji Polski.

Do seniorskiej kadry bywa zapraszany również Michał Kucharczyk, który dla Legii zaczął kopać jako 19-latek. W inauguracyjnym sezonie wystąpił w ponad 34 meczach, w bieżącym strzelał już gole międzynarodowe - Spartakowi Moskwa oraz Rapidowi Bukareszt.

Michał Żyro debiutował w lidze tuż po 17. urodzinach, ale ówczesnym epizodem w derbach Warszawy nie mógł zapaść w pamięć. Anonimowość stracił tej jesieni, coraz dłużej gra nawet w meczach Ligi Europejskiej.

Anonimowość stracił jednak przede wszystkim Rafał Wolski. Nie dlatego, że choć na razie większość meczów rozpoczyna w rezerwie, to 341 minuty na boisku wystarczyły mu, by ustrzelić 4 gole i dołożyć asystę w pucharowym wieczorze z Rapidem. Do kibicowskiej świadomości wbił się pięknym strzałem z soboty, poprzedzonym podbiciem piłki jakby wyjętym z innej, bardziej kolorowej ligi. A potem, gdy już pokonał bramkarza Lechii Gdańsk, odważył się jeszcze rzucić przed kamerami, że inspirują go równie chucherkowaty Iniesta i Xavi, czyli wirtuozi rozegrania najwybitniejsi.

Takie incydenty, choćby całkowicie odosobnione, oddziałują na wyobraźnię najmocniej. Niejakiego Marcina Smolińskiego właściwie jedna bramka, zdobyta w meczu z Austrią Wiedeń kopnięciem z dystansu, uczyniła bohaterem - obwołano go wręcz odkryciem roku 2004 w polskim futbolu. Nawiasem mówiąc, niech jego losy będą przestrogą dla skąpanego w pochlebstwach Wolskiego, gdyby Wolskiemu miało zawirować w głowie - Smoliński też oddał swój strzał emblemat w 19. roku życia, by szybko sprzeciętnieć i dziś, w kwiecie wieku, zarabiać na życie jako szary ligowiec.

Borysiuk z Rybusem sporo zawdzięczają wypędzonemu z Warszawy trenerowi Janowi Urbanowi, a Kucharczyk, Żyro i Wolski - transferowym pudłom dyrektora sportowego Marka Jóźwiaka, które ośmieliły Macieja Skorżę do wypróbowywania kadrowych wariantów alternatywnych. Teraz powoli on popycha ku boisku jeszcze jednego młodzieńca - Jakuba Koseckiego.

A przypadek legijny staje się jak na nasze standardy fenomenem. Zerknijcie poniżej. Pamiętacie, kiedy ostatnio polska drużyna mierząca w tytuł/podium była w stanie złożyć pomoc i atak z wyłącznie dwudziestoletnich seniorskich i juniorskich reprezentantów kraju, w tym kilku o więcej niż przyzwoitym stażu w lidze?

Legia Warszawa, Ariel Borysiuk, Maciej Rybus, Rafał Wolski, Michał Kucharczyk, Michał Żyro

niedziela, 20 listopada 2011

Transfer records

Tak mi się skojarzyło w trakcie dzisiejszej transmisji ze Stamford Bridge.

Najdroższy piłkarz w historii Liverpoolu - wart 35 mln funtów Andy Carroll, którego zakup był transferowym rekordem Wysp Brytyjskich - przesiedział w rezerwie niemal cały mecz. I bożyszczem fanów generalnie na razie nie został.

Najdroższy piłkarz w historii Chelsea - wart 50 mln Fernando Torres, którego zakup też był transferowym rekordem Wysp Brytyjskich - też niemal do końca siedział w rezerwie. I on, delikatnie mówiąc, megagwiazdą drużyny nie został.

Najdroższy od 2002 roku piłkarz Manchesteru United - wart 30,75 mln Dymitar Berbatow - z boksu dla rezerwowych nie wstał wczoraj wcale. I on megagwiazdą drużyny nie został. W zeszłym sezonie umiał ostrzeliwać głównie średnich i słabych, więc finał Ligi Mistrzów oglądał z trybun, jako kibic.

Najdroższy w kadrze Arsenalu - wart 15 mln Andriej Arszawin - prześlęczał w rezerwie sobotni mecz w Norwich. I on do liderów drużyny nie należy.

Sciągnięcie za 25,5 mln Carlosa Teveza transferowym rekordem Manchesteru City nie było, ale jeśli doliczyć horrendalną pensję Argentyńczyka, to i on jest najemnikiem klubu - obok Yaya Toure - najkosztowniejszym. On wczoraj także nie zagrał. Znów się rozwierzgał, zbuntowany pogalopował do Ameryki Płd., prawdopodobnie nie zagra dla manchesterskiego klubu już nigdy.

Wszyscy biegają w napadzie, reprezentują kwintet głównych potęg Premier League. Każdy kosztował średnio 30 mln funtów. Każdy zdobył w tym sezonie średnio jedną bramkę.

sobota, 19 listopada 2011

Silvio Berlusconi

Największy sukces Silvio Berlusconi - wykopany z funkcji premiera Włoch, rozważający powrót do prezesury w mediolańskim klubie - odniósł nie w polityce ani biznesie, lecz w sporcie. Był wizjonerem, który wymyślił nowoczesny futbol.

Choć w 1986 roku kierował całym imperium przedsiębiorstw, w przejętym Milanie osobiście nadzorował najdrobniejsze detale. Odcięty od świata ośrodek treningowy Milanello to jego autorski projekt - decydował o wystroju wnętrz, urządzał salę bilardową, dobierał kwiaty do ogrodów, nie zapomniał o nawilżaczach powietrza w pokojach piłkarzy. Zajmował się wszystkim, by gwiazdy boiska nie musiały zajmować się niczym. Im - oraz ich żonom - 24 godziny na dobę usługuje grupa „asystentów”, którzy rezerwują restauracyjne stoliki, oddają do pralni garderobę, robią za szoferów, załatwiają zakupy. Spełnią każdą zachciankę, byle gracze Milanu skupili się wyłącznie na futbolu.

Skupili się i zwyciężali. Berlusconi zastał AC Milan w otchłannym kryzysie, a zostawił - gdy jako premier formalnie ustępował z funkcji prezesa - w oszałamiającym luksusie. Odkąd go kupił, piłkarze pięciokrotnie zdobywali najcenniejszy tytuł - Puchar Europy. Częściej niż Barcelona, Real Madryt, Manchester United. Częściej niż jakakolwiek drużyna.

Wygrali też gablotę innych trofeów, czyniąc Berlusconiego najskuteczniejszym menedżerem klubu piłkarskiego na planecie. A klub z San Siro w dniu właścicielskiej zmiany nie rządził nawet w Mediolanie. Królował tam sąsiedni Inter.

Milan zstępuje z nieba

Wszyscy natychmiast poczuli, że nadchodzi nowa era. 80 tys. fanów wyczekujących prezentacji drużyny usłyszało dźwięki wagnerowskiej „Walkirii”, a zaraz potem zobaczyło nadlatujące wojskowe helikoptery. Jak w „Czasie apokalipsy”, tylko bez bombardowania napalmem. Ze śmigłowców wysiedli piłkarze, trenerzy, na końcu Berlusconi. Medialny magnat powtarzał, że futbol jak telewizja jest sztuką uwodzenia - kibiców, dziennikarzy, sponsorów. I biznesem o globalnym potencjale rażenia.

Fanom zaoferował porywający show za niespotykane w piłce pieniądze. Bił transferowe rekordy świata - na Ruuda Gullita wydał odpowiednik dzisiejszych 12 mln euro, na Jean-Pierre'a Papina 15 mln, na Gianluigiego Lentiniego 19 mln. Watykańskich komentatorów prowokował rozrzutnością do ostrej krytyki na łamach L'Osservatore Romano", konkurencję zdusił tak przytłaczającą finansową przewagą, że następców znalazł dopiero w Romanie Abramowiczu i naftowych bonzach znad Zatoki Perskiej, inwestujących w kluby od niedawna. A zarazem wpadał na pomysły nieoczywiste, brawurowe. Orkiestrę wirtuozów oddał w ręce Arrigo Sacchiego - byłego sprzedawcę butów, nie mającego za sobą kariery zawodniczej, wśród trenerów niemal żółtodzioba, który odwdzięczył się stworzeniem drużyny typowanej na najwspanialszą w dziejach futbolu. W 1990 r. obroniła Puchar Europy, co od tamtej pory nie udało się nikomu. Zachwycała futbolem ocenianym jako perfekcyjny - opartym na pełnej synchronizacji ruchów drużyny i agresywnym pressingu, niezniszczalnym w defensywie, maksymalnie wykorzystującym wirtuozerię atakujących.

Kariera na szczycie Sacchiego, obwoływanego największym trenerskim rewolucjonistą od czasów Rinusa Michelsa, trwała krótko, jego następca Fabio Capello należy do ścisłej światowej czołówki po dziś dzień. On też wiele zawdzięcza Berlusconiemu, który przed powierzeniem mu drużyny seniorów latami wysyłał go na menedżerskie szkolenia (komunikacja interpersonalna, zarządzanie ludźmi, team-building, kontrolowanie stresu, ocena ryzyka, negocjacje, księgowość etc), aż mianował generalnym zarządcą skupiającej drużyny siatkarską, hokejową, rugby i baseballową grupy Polisportiva Mediolanum”. Capello zajmował się tam o wszystkim, od akceptowania budżetów i umów sponsorskich po marketing i politykę personalną. W futbol wszedł z wszechstronnym doświadczeniem biznesowym i minimalnym trenerskim, by po trzech lat znokautować w finale Barcelonę (4:0) i wygrać Ligę Mistrzów.

Z dziennikarzami Milan się zaprzyjaźnił. Inne kluby widziały w nich wrogów, on gwarantował im regularny kontakt z piłkarzami, których równocześnie szkolił na wytrawnych specjalistów od PR. Mieli szczerzyć zęby od ucha do ucha; mówić chętnie, lecz niekontrowersyjnie; zadbać, by konflikty pozostawały sekretem szatni, wzruszać familijną atmosferą w Milanello. Do mediolańskich barmanów Berlusconi apelował, by nigdy nie podali jego piłkarzom alkoholu. Opowiadał, że wyciągnięcie z długów klubu było „aktem miłości”, i wspominał, jak w dzieciństwie ojciec przemycał go bez biletu na stadion. Uwodził. Uwodził najprostszymi metodami, jak w swoich telewizjach, zatłoczonych cycatymi, na wpół albo całkiem roznegliżowanymi kobietami, i faszerujących widza najprymitywniejszą rozrywką.

Sponsorów przyciągnął wszechstronną ofensywą biznesową. Po sprzedaniu bezprecedensowej liczby sezonowych karnetów 60-tysięczną bazę danych osobowych wykorzystał do celów marketingowych. Sklep z klubowymi pamiątkami - nikt jeszcze wtedy nie zarabiał na nich fortuny - wcisnął między wystawne butiki Armaniego i Versace. Zatrudnił psychologa, który urządził pracownikom pranie mózgów - rewolucjonizował ich myślenie o zarabianiu na piłce, zarażał korporacyjną mentalnością. Najzdolniejszych przećwiczył na stażach we wszystkich możliwych częściach swoich firm, by poszerzyć ich horyzonty. Wysyłał graczy na promocyjne eskapady po Azji - dziś podbijają tak nowe rynki wszystkie potęgi, wtedy był prekursorem. Stworzył pierwszą globalną markę w futbolu. - Milan to drużyna, ale i produkt na sprzedaż - wyjaśniał. Genialne pokolenia graczy dostawały efektowne metki - Puchary Europy zdobywali Immortali (Nieśmiertelni), Invincibili (Niepokonani) i Meravigliosi (Cudowni).

Berlusconi wprowadził futbol w nowoczesność. Chciał obalać wszelkie granice, walczył z limitami na zatrudnianie obcokrajowców. Skutecznie. Zwerbował słynny holenderski tercet: van Basten, Gullit, Rijkaard, potem Milan zdobył mistrzostwo Włoch z legią cudzoziemską powiększoną o Francuza Papina, Chorwata Bobana i Czarnogórca Savicevicia, aż kluby, wcześniej tylko ozdabiane pojedynczymi zagranicznymi gwiazdami, przeobraziły się w kosmopolityczne mozaiki, w których z importu pochodzą czasem wszystkie elementy. Przed Unią Europejską granice zniosła Liga Mistrzów.

Za jej utworzeniem - te ekskluzywne, agresywne marketingowo rozgrywki zastąpiły poczciwy, przyjmujący nawet prowincjuszy Puchar Europy - też intensywnie lobbował Berlusconi. Triumfów międzynarodowych pożądał tak bardzo, że czasem otwarcie deklarował pogardliwy stosunek do ligi włoskiej. Protestującym fanom tłumaczył, że Milan jest uniwersalny jak papież, należy do całego świata. I do dziś Berlusconi nie ustaje w wysiłkach, by komercjalizację i elitaryzację futbolu wystrzelić na jeszcze wyższy poziom - zorganizować ponadnarodową Superligę, zapraszać do niej stałe grono najbogatszych. To on zainicjował spotkania piłkarskich krezusów, które przerodziły się w skupiającą finansową elitę elit G-14, dziś coraz śmielej rzucającą wyzwanie UEFA i mającą większy wpływ na ewolucję rozgrywek pucharowych niż zwykłemu kibicowi się zdaje.

Jako pierwszy uznał też, że znakomitość można posadzić w rezerwie. Żądał dwóch klasowych graczy na każdą pozycję, by trener dysponował dwoma odrębnymi, równie mocnymi jedenastkami - jedną wysyłaną do walki w europejskich pucharach, drugą rzucaną do boju w Serie A. Znów - dziś szeroka kadra to w czołowych klubach norma, wtedy Berlusconi zdumiewał jako wyznaczający trendy innowator.

Tajemniczy bunkier

W 2002 r. otworzył laboratorium MilanLab, które przesunęło emerytalny wiek piłkarza daleko poza trzydziestkę. Pierwszy trening sezonu poprzedza wnikliwa kontrola u dentysty, kinezjologa (bada ruch mięśni), podologa (stopy), testy na alergię, elastyczność stawów kolanowych. Potem co dwa tygodnie: test na odporność psychiczną, błędnika, ruchu gałki ocznej (czas reakcji, wyczucie przestrzeni, rozpoznawanie kolorów), reakcja mięśnia na stymulację nerwową. I co cztery tygodnie: testy na zwinność, skoczność, mięśnie brzucha, podnoszenie ciężarów, podciąganie na drążku, 12- oraz 30-metrowy sprint.

Dokładniej bada się chyba tylko kosmonautów. MilanLab prześwietla każde włókno mięśniowe i ścięgno, psychikę, analizuje przebyte urazy, informuje, co jeść i jak ćwiczyć, by redukować ryzyko kontuzji i spadku formy. Piłkarze noszą elektroniczne klucze zawierające całą prawdę o ich organizmach. Na siłowni wkładają je do urządzeń, po zajęciach do komputera. Mięsień rozbłyskujący na ekranie na zielono informuje, że jego właściciel spełnił wszystkie wytyczne. Potem klucz trafia do podziemnego bunkra - z czytnikiem linii papilarnych w drzwiach, które otwierają się przed ledwie kilkoma osobami. Davidowi Beckhamowi wystarczyło spędzić tam kilka miesięcy, by publicznie zachwycać się, że ilość tkanki tłuszczowej w organizmie zmniejszył - on, przez całą karierę uczciwie harujący, stuprocentowy zawodowiec - z 13,7 do 8,5 procent. A inni importowani przez Milan cudzoziemcy zwierzali się, że nigdzie indziej nie zetknęli się z poziomem opieki medycznej sięgającej precyzyjnych zaleceń, ile plasterków szynki mają sobie nałożyć na śniadaniową kanapkę.

MilanLab powstał, kiedy klub wydał 20 mln euro na Fernando Redondo, a ten na pierwszych zajęciach zerwał więzadła w kolanie. Nie grał dwa sezony. Dobrze nie grał już nigdy. Dziś komputer alarmuje trenera, kiedy wzrasta ryzyko kontuzji. I Milan podbił Ligę Mistrzów najstarszą drużyną w historii. Jajogłowi z laboratorium traktują ludzkie ciało jak bolid, który wymaga nieustannego tuningu, by z dnia na dzień i miesiąca na miesiąc poprawiał osiągi. „To idealna kombinacja technologii, IT, cybernetyki i psychologii” - chwali się Milan na swojej stronie internetowej.

Najmniej piłkarze lubią właśnie sesje z psychologiem badającym poziom motywacji, samokontroli, agresji. - Wiem, kiedy kłamią. Mogą zapanować nad wyrazem twarzy, ale nie biomechaniką - mówi lekarz Bruno Demichelis. Wie o graczach więcej niż oni sami. Np. kiedy wysłać ich do tajemniczego „pokoju umysłu”, w którym odzyskują mentalną świeżość. Wnętrze wypełnia ponoć głównie szkło i ekrany, na których wyświetlane są rozluźniające obrazy - mieści osiem osób naraz, piłkarze zachodzą tam na 20-minutowe sesje po każdym treningu.

Tam w trakcie intensywnych kampanii wyborczych relaksuje się też 75-letni Berlusconi. Milanello odwiedza regularnie. Albo żeby się odmładzać albo w dniach kryzysu drużyny wziąć sprawy w swoje ręce. Kiedyś usadził ją na kanapach w sali kominkowej (sam rozwalił się w białym fotelu), po czym rozkazał największemu gwiazdorowi - tyjącemu miłośnikowi nocnych klubów - wgramolić się na stół i powtarzać stamtąd podawane przez premiera słowa przysięgi. Ronaldinho ślubował kolegom, że „przez cały sezon będzie zachowywał się jak profesjonalista”.

122 mld na czarno

W życie drużyny Berlusconi ingeruje notorycznie. W sprawach taktyki uchodzi za naiwnego dyletanta, ale dzwoni w przerwie meczu do trenera, by doradzić zmiany. Ewentualnie publicznie ogłasza, ilu napastników jako pracodawca życzy sobie na boisku. Co rusz przypomina, kto jest w klubie alfą i omegą. - Pokazali mi gazety: czytam o trenerach Sacchim, Zaccheronim, Ancelottim i ani słowa o Milanie Berlusconiego. A to ja ustalam taktykę, zasady, kupuję piłkarzy - żachnął się po triumfie w Lidze Mistrzów. Kiedy wybitny fachowiec Ancelotti nie wykonywał poleceń taktycznych i osadził w rezerwie ulubieńca premiera - Ronaldinho, stracił posadę.

Gdy Berlusconi uprawia autoreklamę, ignoruje fakty i jest tym samym oskarżanym o łamanie prawa bufonem, którego zna świat polityki. - Powinni nazwać stadion moim imieniem. Wygrałem z Milanem więcej tytułów niż Santiago Bernabeu z Realem Madryt, a on dedykowany mu obiekt ma - mówił, choć to nieprawda. Kłamał też po założeniu partii Forza Italia, przedstawiając się w reklamach jako człowiek, który wyciągnął drużynę z Serie B do Serie A (najwyższa liga). A Gianfrancesco Turano w książce „Tutto il calcio miliardo per miliardo” twierdzi, że w pionierskich latach 80. płacił importowanym bożyszczom kibiców na czarno. Poza włoskim systemem podatkowym miało trafić do nich 122 mld lirów.

Milan był wreszcie jednym z klubów ukaranych w korupcyjnej aferze wszech czasów „Calciopoli”, a kibice musieli znosić szczegóły brudnych zakulisowych realiów, gdy w stenogramach z podsłuchów czytali, jak działacz Leonardo Meoni za pewną - nieuściśloną - usługę oferuje arbitrowi darmowy przeszczep włosów. Na szczęście wykonany nie w MilanLabie, lecz klinice szwajcarskiej.

Prezesi drużyn z południa Włoch już wcześniej żyli w przeświadczeniu, że prezesi z północy spiskują i wykorzystują swoje biznesowo-polityczne wpływy, by nie dzielić się sportową chwałą z biedniejszymi konkurentami, ale Berlusconiemu szefowanie partii niekiedy przeszkadza. Latem musiał zrezygnować z pozyskania Marka Hamsika, bo na wieść o możliwym transferze w zakochanym w słowackim rozgrywającym Neapolu wybuchły niemal zamieszki - tuż przed wyborami samorządowymi, na których wyniki mogły wpłynąć.

Berlusconi działa dla dobra klubu na jeszcze wyższym, międzynarodowym poziomie. Kiedy rosyjscy oligarchowie chcieli kupić AS Romę, przestraszył się, że ich bogactwo zagrozi dominacji klubów z Mediolanu i Turynu (od dziesięciu lat mistrzostwa kraju nie zdobył nikt z innego miasta). Dlatego poprosił wpływowego przyjaciela, by jego rodacy nie naruszali delikatnej układu sił we włoskim futbolu. Władimir Putin się zgodził.

AC Milan logo

*Wpis jest znacznie poszerzoną wersją artykułu do Magazynu Świątecznego w „Gazecie Wyborczej”.

piątek, 18 listopada 2011

Linka do utworu wyśpiewanego w radiu BBC wyćwierkał dziś Michał Zachodny, ja też w pierwszej chwili chciałem rozpropagować go na Twitterze, ale prędko oświeciło mnie, że blog „A jednak się kręci” zbyt silną miętę czuje do wszelkich gatunków świra (wokół)futbolowego, by nie umieścić dzieła i tutaj. Melodia Queenu, ale słowa już nie - tekst piosenki nasz natchniony wokalista wariat zastąpił nazwiskami piłkarzy. Wyłącznie nazwiskami piłkarzy. Naprawdę odlotowy świr, nie mogłem się oprzeć:



A tutaj inny wariat posklejał w tle zdjęcia, żebyście widzieli, o czym tamten wariat śpiewa;-)

18:33, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
czwartek, 17 listopada 2011

Kiedy otwierają usta, zamierają wszyscy poza najbardziej tchórzliwymi - ci odruchowo kulą się w sobie, co wiem z autopsji, bezwstydnie się przyznaję, że sam do należę tchórzliwych. Szef piłki światowej z szefem piłki polskiej jako oratorzy i myśliciele reprezentują tę samą, superciężką kategorię wagową, język mają ciężki jak beton, pojedynczą frazą umieją znokautować najodporniejszych na ciosy. Jeśli Grzegorz Lato zwala z nóg rzadziej, to tylko ze względu na posłuszne przyjęcie zalecanej przez doradców strategii knebla - dla swojego własnego dobra prezes PZPN w miarę możliwości milczy lub broni się uniwersalnym, nie znoszącym sprzeciwu Bez komentarza. Sepp Blatter paple bez ustanku i wczoraj znów dał czadu, przedstawiając w wywiadzie dla CNN swoją oryginalną koncepcję walki z rasizmem na boiskach.

Prezes PZPN i prezes FIFA zadali już tyle ciosów, że aż się prosi, by ich zderzyć i zorganizować pojedynek na szczycie. Oczywiście uczciwy, pezetpeenowscy spece od PR chwilowo zdjęliby kaganiec i dali Lacie dyspensę na nieograniczone kłapanie paszczą. Mielibyśmy wtedy bój prawdziwie szlagierowy, pasjonujący także ze względu na dzielącą wielkich rywali barierę językową. By nie być gołosłownym i swoją ideę podeprzeć zachęcającym konkretem, z ust obu mówców wyjąłem po pięć najbardziej bombowych moim zdaniem cytatów.

SEPP BLATTER. O romansie żonatego Johna Terry’ego z dziewczyną kolegi z drużyny, Wayne’a Bridge’a: „Gdyby to się stało w latynoskim kraju, byłby oklaskiwany”. O piłkarkach: „Każmy im grać w innych strojach niż mężczyźni, bardziej kobiecych. Np. ciaśniejszych spodenkach. Wybaczcie, że to mówię, ale w dzisiejszych czasach futbol uprawiają piękne kobiety”. O niezgodzie Manchesteru United na transfer wynagradzanego milionami euro rocznie Cristiano Ronaldo: „Zawsze jestem za ochroną piłkarza. Jeśli chce odejść, to trzeba pozwolić mu odejść. Futbol ma dziś dużo z nowoczesnego niewolnictwa”. O tym, co mają począć homoseksualiści podczas mundialu w Katarze, w którym homoseksualizm jest nielegalny: „Niech się powstrzymają od jakiejkolwiek aktywności seksualnej”. O aferze korupcyjnej w calcio: „Zrozumiałbym, gdyby to zdarzyło się w Afryce, ale nie we Włoszech”. O rasizmie na boiskach: „Nie ma rasizmu w futbolu, może jakiś niewłaściwy gest czy słowo jednego piłkarza w stronę drugiego. Ale jeśli ktoś został dotknięty, powinien powiedzieć: Gramy mecz, na koniec powinniśmy uścisnąć sobie dłonie”.

GRZEGORZ LATO. Do dziennikarzy po mianowaniu Leo Beenhakkera selekcjonerem reprezentacji Polski: „Macie, czego chcieliście. Teraz my będziemy was j...” O „cywilizowanym” pożegnaniu ze zwolnionym przed kamerą TVN24 Beenhakkerem: „Podamy sobie na koniec ręce jak biali ludzie.” Z przemówienia do obcojęzycznych w Kijowie (spisane przez blog Supergigant): „Aj weri hepi if maj frend en mister Surkis tejk de for sity de sejm łi togewer de łord cap tu tauzent tłelf aj tink soł bikos best ajdija de uefa tunajt tudej if gif de sejm for tu for for ewrybady en polisz pipol polisz gowerment de sejm ukrain ukraina pipol end gowerment”. W komentarzu na wypowiedź mecenasa Andrzeja Wacha, który zapowiadał, że „jeśli ktoś bije żonę i z tego powodu prokuratura postawi mu zarzuty, to też będzie przez PZPN zawieszony”: „Jednak tylko cudzą żonę. Bo swoją można”. O prokuraturze tropiącej korupcję w naszym futbolu: „Jestem ciekaw, kiedy to w końcu zamkniemy. Wkrótce będziemy ścigać sędziego, który wziął kilogram kiełbasy. Albo pół litra wódki. Powoli dochodzimy do absurdu”.

Tę małą antologię supercytatów sporządziłem także w szczytnym celu udowodnienia, że w pewnych konkurencjach nasz futbol nie odstaje od ścisłej światowej czołówki. Będę się upierał, że w ruszaniu jamą gębową prezes Grzegorz Lato to dla Seppa Blattera godny rywal. Jestem też ciekaw waszej opinii - wyrażonej i w poniższej sondzie, i w ewentualnych komentarzach na blogowym forum.



 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi