RSS
wtorek, 30 listopada 2010

Przemawiający Jose Mourinho hipnotyzuje słuchaczy, więc ci nie zawsze zwrócą uwagę, że ucieka się do demagogii. Jak we wrześniu, gdy chwalił konkurencyjną, godną elitarnych rozgrywek grupę Ligi Mistrzów z Realem Madryt, Milanem, Ajaksem i Auxerre, a zarazem pogardliwie skwitował jesiennych zagranicznych rywali Barcelony - jako godnych co najwyżej Ligi Europejskiej. Pominął wówczas istotny detal. Otóż w „madryckiej” grupie nie ma ani jednego mistrza kraju, natomiast grupę „barcelońską” - z FC Kobenhavn, Rubinem Kazań i Panathinaikosem - tworzą wyłącznie mistrzowie swoich krajów. Katalończycy, nawiasem mówiąc, wylądowali w takiej już drugi raz z rzędu.

A może Mourinho rzeczywiście lekko oderwał się od ziemi, zachłysnął demoralizująco łatwymi zwycięstwami w hiszpańskiej Primera Division (w Serie A każda kolejka stanowiła wyzwanie) i dlatego uwierzył, że Barcelona to drużyna jak każda, którą mimo wszystko można pokonać zwyczajnymi środkami, bez specjalnego planu gry?

Dziś mamy prawo podejrzewać, że owszem, zagalopował się. Zgodnie z obietnicą złożoną madrykim fanom, iż dochowa wierności tradycji klubu, nie chciał, by jego piłkarze „zabijali” grę, zapomniał o mentalnym paliwie niezbędnym, by przeżyć na Camp Nou - pokorze. Podszytej nie lękiem przed klęską, lecz szacunkiem dla maestrii przeciwnika. Stąd być może decyzja, by nie dotykać stałej jedenastki Realu, nie obłożyć drugiej linii dodatkową osłoną (Lass Diarra), nie kazać drużynie skulić się w sobie w pewnym oddaleniu od linii bocznych i w ten sposób uniemożliwić Katalończykom tańce na przestronnych trawach przed własną bramką. Tercet Messi - Xavi - Iniesta inaczej skrępowac trudno, na ich tle Cristiano Ronaldo, przecież zdobywca Złotej Piłki, znów wyglądał jak osiłek, który zaraz się rozpłacze, bo usiłuje rywalizować z wybitnymi pianistami, a ma zbyt grube paluchy, żeby nie uderzać w kilka klawiszy na raz.

Chciałoby się napisać, że Mourinho stanie teraz przed dramatycznym wyborem - albo wyrzeknie się próby podjęcia śmiałej, otwartej walki z Barcą (i narazi się trybunom), albo wiosną znów poniesie nieuniknioną klęskę. Ale dotarliśmy już chyba do momentu, w którym Madryt, przytłoczony pięcioma kolejnymi klęskami w Gran Derbi, wybaczyłby trenerowi każdą strategię. Byle rywal wreszcie padł.

To dla Mourinho - pragnącego zostać trenerem wszech czasów - wyzwanie niezwykle inspirujące. Zasadza się na przeciwnika będącego spektakularnym triumfem długofalowego myślenia o futbolu, ale uczyć się umie. Przypomnijcie sobie, jak wątły Inter zastał, jak niewiele zdołał w nim zmienić w pierwszym sezonie pracy, jak wiele zmienił w drugim sezonie. Przypomnijcie sobie, jak Barcelona zabawiała się z Interem jesienią 2009, a ile wycierpiała na San Siro wiosną 2010 r.

Dlatego możemy się spodziewać, że następnego lata Mourinho zaprosi do Realu - to znów byłaby powtórka z historii mediolańskiej - paru ludzi z osobowością. Niekoniecznie dwudziestolatków.

Oczywiście najpierw trener musi przetrwać. Moim zdaniem przetrwa. Ci, którzy wieszczą teraz Realowi serię niepowodzeń (że niby reszta ligi przestanie przed nim drżeć), mogą mylić się tak samo, jak wielu z nas myliło się przed El Clasico. Przebiegu meczu twojej drużyny z Barcą nie ma bowiem sensu prognozować na podstawie przebiegu wszelkich innych meczów, a przebiegu wszelkich innych meczów nie ma sensu prognozować na podstawie przebiegu meczu z Barcą. Nieszczęście Realu polega również na tym, że jego koszulki wyzwalają w Katalończykach więcej niż każde inne. A skoro tak, to z konstatacji, iż Królewscy wypadli na Camp Nou marniej niż ktokolwiek przed nimi tej jesieni, nic nie wynika. Wolno postawić również tezę, że to raczej gospodarze przetrzymywali wszystko, co najcudowniejsze, na poniedziałkowy wieczór.

Gry z obecną Barceloną - zwłaszcza wyprawy na Camp Nou - w ogóle tworzą gatunek odrębny. Tak odrębny, że na futbolowych uniwersytetach zasługiwałby na osobną katedrę. Uczyliby tam, że jeśli chcesz ocaleć w starciu z Katalończykami (oczywiście zdrowymi i zmotywowanymi, w boju serio), to musisz zrozumieć, że chodzi o przetrwanie w alternatywnym świecie - będą obowiązywały tam nieco inne prawa przyrody (poniedziałkowe 114 celnych na 117 wykonanych podań Xaviego!), więc trzeba zapomnieć o wszystkim, co się sprawdzało na pozostałych boiskach.

Na wykłady można by ściągać trenera Gurbana Berdyjewa. Tylko jego Rubin Kazań regularnie obezwładnia Barcelonę, choć wpada na nią często i musi sprostać jej najsilniejszemu zestawieniu. Na Camp Nou zwyciężył 2:1, u siebie remisował 0:0 oraz 1:1, za każdym razem pozwalając, by faworyt trzymał piłkę jeszcze częściej niż ma to w zwyczaju (przez 81, 75 oraz 76 proc. czasu gry).

Co oczywiście mistrzów Rosji, lekceważąco potraktowanych przez Mourinho na tamtej konferencji z września, czołową drużyną na kontynencie nie czyni. Jak już pisałem, stawianie tamy antykatalońskiej to konkurencja osobna, o luźnym związku z całą resztą współczesnego futbolu.

Z którą obecną Barcelonę też łączy niewiele.

18:24, rafal.stec
Link Komentarze (87) »
poniedziałek, 29 listopada 2010

Ziemia zatrzyma się już za 155 minut. Dlaczego się zatrzyma, tłumaczyłem w felietonie „Odyseja kosmiczna 2010” do dzisiejszej „Gazety Sport.pl”, teraz zacząłem dumać, czy w ogóle jest możliwe, by ten mecz spełnił oczekiwania. Kibicom związanym emocjonalnie z jedną ze stron serducho bez wątpienia solidnie obtłucze wnętrza, ale co z kibicami niezaangażowanymi? Czy tych, którzy pamiętają szlagiery ostatnich lat - hat-tricki Messiego albo 2:6 na Santiago Bernabeu - a teraz żądają jeszcze więcej, piłkarze w ogóle będą w stanie usatysfakcjonować? Dla mnie dzisiejsze derby różnią się od poprzednich przede wszystkim tym, że Barca i Real oferują bieżącej jesieni najlepszy futbol w całej Europie, na miarę nawet finału Ligi Mistrzów. Tak mnie skręca z ciekawości, jak zniosą katalońskie oblężenie Królewscy, że postanowiłem poblogować.

18.47. Bardziej ciekawią mnie goście, bo tylko oni są w tym show zagadką. Katalończycy wykręcają swoje piruety od kilku lat, ich dość jednostajny - a zarazem wciągający (w najgorszym razie) lub urzekający (w najlepszym razie) - styl już się trochę opatrzył. A Real to energia zupełnie nowa, dla europejskiej czołówki ożywcza, na posuwiste ruchy Barcy odpowiada obłędnie szybkimi pchnięciami, które zadaje po błyskawicznej wymianie podań na połowie przeciwnika. We wtorek w Amsterdamie zagrał moim zdaniem perfekcyjnie, czego prawie nikomu nie chciało się zauważyć, bo prawie wszyscy robili raban wokół czerwonych kartek, wziętych przez gości z pełną premedytacją i ostentacją.

18.57. Prawdopodobny skład gospodarzy: Valdes - Dani Alves, Pique, Puyol, Abidal - Xavi, Busquets, Iniesta - Pedro, Messi, Villa. Skład kompromitujący wszystkich, którzy hegemonię wielkiej dwójki w lidze hiszpańskiej tłumaczą wyłącznie „niesprawiedliwym” rozdziałem zysków z praw telewizyjnych, czyli szmalem. Barca wydała zauważalne pieniądze na pozyskanie tylko trzech spośród wymienionych piłkarzy (Alves, Abidal, Villa), bo zarabiane miliony służą ją m.in. do tego, by popełniać transferowe błędy i pospiesznie się z nich wycofywać (46 mln + Eto’o za Ibrahimovicia, 25 mln za Czyhrynskiego, 15 mln za Hleba, 14 mln za Keirrisona etc).

19.06. Prawdopodobny skład gości: Casillas - Sergio Ramos, Pepe, Carvalho, Marcelo - Xabi Alonso, Khedira - Di Maria, Ozil, C. Ronaldo - Benzema. Szkoda, że nie wyleczył się Higuain, bo derby rozpoczęłyby się od perfekcji, czyli najmocniejszych jedenastek. Moim ulubieńcem w Realu jest Mesut Ozil (już się spowiadałem na Twitterze, że coraz częściej przypomina mi, na razie pojedynczymi zawijasami, Zidane’a). Ale kręgosłup Realu w najnowszym wydaniu jest portugalski - to supertrener Mourinho, superasystent od przygotowania fizycznego Rui Faria, supersnajper Ronaldo oraz osłaniająca bramkarza tarcza złożona z Pepe i Ricardo Carvalho.

19.11. Jak Mourinho komuś zaufa, to na całe życie. Ulubionego adiutanta Carvalho zabrał najpierw z Porto do Chelsea, potem próbował wyrwać go do Interu (był na szczycie listy jego oczekiwań transferowych), teraz wreszcie udało mu się odzyskać w Realu. Być może także dlatego, że wie, iż w Realu musi osiągać wielkie cele natychmiast - a Carvalho i rezolutny taktycznie jest, i wie, o co bossowi chodzi.

19.18. W ogólnoplanetarnej żonglerce statystykami (coraz więcej z nich to niesłychany chłam, informuje się już nas nawet o wynikach, jakie padały w GD rozgrywanych 29 listopada...) wymachujemy przede wszystkim trzema megagwiazdami wieczoru. Łączy ich liczba 5 (i 0). 5 razy zagrał z Barcą Cristiano Ronaldo (nie strzelił ani jednego gola). 5 razy z drużynami Mourinho grał Messi (nie strzelił ani jednego gola). 5 razy na Camp Nou przyjeżdżał Mourinho (nie wygrał nigdy). Dziś wszystkie „piątki” zamienią się w „szóstki”. A wiecie, że i wszystkie zera mogą zamienić się w „jedynki”? Bo Leo strzeli, Cristiano strzeli, a Jose wygra?;-)

19.23. Dlaczego podejrzewam, że choć piłkarze się buntują, to Gran Derbi będziemy w poniedziałek oglądać częściej? Czy dlatego, że jako pierwszy pomysł o wyrzuceniu ich poza weekend rzucił jeden macher od telewizji? Zobaczcie, jak szaleje hiszpański internet - w niedzielę byłoby trudniej trzymać lud przykuty do monitorów bez przerwy od samego świtu...

19.34. Składu Realu możemy być pewni, a co do składu Barcy... Pamiętacie, jak kombinował wiosną Guardiola? Jak wypchnął Daniego Alvesa na prawe skrzydło? A gdy okazało się, że Brazylijczyk woli rzucać wyzwanie obrońcom rywala już w pełnym biegu, po uprzednim rozpędzeniu się w okolicach własnej połowy, to trener jedną zmianą zawirował połową drużyny (przesunięcie w przerwie aż czterech piłkarzy, od wspomnianego Alvesa, przez Puyola i Maxwella, po Pedro)?

19.51. Znany cule, premier Hiszpanii Jose Luis Zapatero oryginalnie o swojej drużynie: „Barca stawia na futbol inteligentny i czyni go czymś więcej niż zwykły sport kontaktowy. Jej styl przypomina mi szachy”. Mnie się cytacik podoba. Jak słyszę używane u nas niemal jak obelga porównania do szachów, to słyszę głównie ignorancję porównującego.

20.02. Nie znudziło się wam jeszcze budowanie opozycji Guardiola - Mourinho? Pierwszy to człowiek lewicy, co wynika m.in. z tradycji rodzinnych (uczestniczył kiedyś w produkcji dokumentu „Tydzień z Zapatero”). Drugi to człowiek prawicy, co również wynika m.in. z tradycji rodzinnych (jego stryj, handlarz sardynkami, był znajomym dyktatora Antonia Salazara). Z najpopularniejszych ostatnio epitetów - trenera Barcy Ibrahimović nazwał „Gandhim” i, ironizując, filozofem, trenera Realu kolega po fachu obwołał „Kanalią”.

20.10. Pisałem, że nade wszystko ciekawi mnie Real, ale i ciekawi mnie, jak agresywnym pressingiem na połowie wroga odważy się przycisnąć Barca. „W momencie, w którym Casillas poda piłkę Pepe albo Carvalho, natychmiast ich otoczymy” - obiecuje Guardiola. I chwali kontratak przeciwnika jako najbardziej zabójczy na świecie.

20.29. Kto ma droższą jedenastkę? Jeśli za kryterium przyjąć obowiązkowo umieszczane w hiszpańskich kontraktach klauzule wykupu, to Real jest wart 2,53 mld euro, a Barca 1,44 mld. Real: Casillas (150 mln) Ramos (150) Pepe (120) Carvalho (40) Marcelo (120) Xabi (250) Khedira (150) CR (1000) Ozil (250) Maria (150) Higuain (150). Barca: Valdes (150) Alves (90) Pique (200) Puyol (10) Abidal (90) Xavi (80) Busquets (80) Iniesta (200) Pedro (90) Messi (250) Villa (200). O różnicy decyduje oczywiście miliardowy kaganiec na Ronaldo. Real na tym pułapie wyznaczył granicę, poza którą nie sięga już nawet szaleństwo właścicieli Manchesteru City.

20.54. Składy zgodnie z oczekiwaniami. Zapomnieliśmy o jeszcze jednym - ten mecz ma taką moc, że może przesądzić o Złotej Piłce. Kto jutro będzie pamiętał, co wyrabiał wiosną Sneijder?

21.12. Najpierw plusik dla Barcy, za plan gry oraz geniusz Messiego w jednej akcji - gdyby nie przebiegle wykonany rzut rożny, ten drugi nie trafiłby w słupek. Potem plusior dla Barcy - Iniesta wymyślił asystę na miarę Złotej Piłki, Xavi wżonglował gola na miarę Złotej Piłki. 1:0, zaczyna się z wykopem!

21.25. David Villa+, Ramos-, Casillas-, Pedro+, czyli 2:0, czyli totalna dominacja Barcy, czyli znajdź różnice między wczoraj (Almeria) a dzisiaj (Real Madryt). To zawsze zdumiewa mnie najbardziej - że dwie drużyny z samego szczytu, wąziuteńkiej elity elit, może aż tyle na boisku dzielić...

21.53. W meczu z Barcą dłużej niż Real w pierwszej połowie piłkę utrzymywały w tym sezonie Atletico Madryt, Valencia, Getafe i Villarreal. Na razie zanosi się na to, że domniemani bohaterowie wieczoru utrzymają swoje wielkie zera - Messi nie strzeli gola Mourinho, CR nie strzeli gola Barcelonie, Mourinho nie wygra na Camp Nou. Dwaj pierwsi na razie maleńcy także w incydentach, po których wybuchały awantury i musiał interweniować sędzia. Bez czerwonej kartki ten wieczór się raczej nie skończy. Czy ktoś zauważył mojego Ozila? Czy Mourinho zareaguje w swoim stylu i zmieni w przerwie dwóch ludzi?

22.18. Barcę od Realu dzieli dzisiaj tyle, ile Barcę z Realem dzieli od reszty ligi hiszpańskiej. Dwie urocze asysty Messiego, dwa gole Villi. 4:0. Od teraz można gościom tylko współczuć. Wygrać już nie mogą nic, zebrać kolejne ciosy jak najbardziej, a przede wszystkim - uciec do szatni będzie wolno dopiero za pół godziny. Mourinho zachowuje się tak, jakby bał się następnych czterech bramek - każda zmiana wzmacnia defensywę. Ktoś pamięta, jaką najwyższą porażkę w karierze poniósł?

22.23. Już wiem. Mourinho przegrywał dotąd w najgorszym razie 0:3. Po razie jako trener Benfiki, Porto, Chelsea oraz Interu.

22.52. Koniec. Na 5:0 uderza Jeffren, goście umieją już tylko kopać Messiego. Barcelończycy wniebowzięci, ich drużyna podarowała kolejny bajeczny argument zwolennikom tezy, że jest najwspanialszą od czasów tamtego "holenderskiego" Milanu. Jeśli wyjąć wiosenną porażkę na San Siro z Interem, była w minionych dwóch sezonach niepokonana zawsze, gdy wychodziła na murawę w pełni zmotywowana. Jej wielomilionowe zapędy transferowe zaczną się niebawem wydawać o tyle jałowe, że trudno będzie wymyślić, gdzie jeszcze mogłaby tę swoją supergrupę wzbogacić. Nie dałoby więcej frajdy wyzwanie ambitniejsze - próba złożenia całej "11" z wychowanków?;-) Stay tuned, jeszcze poblogujemy.

23.06. Real? Nie lubię gadaniny o "upokorzeniach", gdy ktoś w sporcie wysoko przegrywa, ale chyba nikt nie wątpi, że piłkarze z Madrytu czują się teraz wręcz poniżeni. W innych okolicznościach pomyślałbym, że żałują, iż na rewanż muszą czekać tak długo. Dziś myślę inaczej: i oni, i Mourinho odetchną z ulgą, że mają sporo czasu, zanim znów każą im porwać się na Barcę. Miejmy nadzieję, że wtedy pokażą więcej klasy. Zwłaszcza gdyby znów mieli przegrać.

23.22. Ostatnio barcelońska chłosta działała tak, że Realowi odechciewało się żyć i przegrywał potem taśmowo, z byle kim. Portugalski wódz ma pełne ręce roboty - przez najbliższy miesiąc jego podkomendnych czekają boje z Valencią, Sevillą i Villarrealem. Na Santiago Bernabeu, gdzie wygrali 24 ostatnie mecze, pomijając oczywiście obowiązkowe lanie po katalońsku. Czy Mourinho zdoła przetrwać ten sezon jako trener, który u siebie przegrał jeden krajowy mecz w karierze?

23.35. Barca - Real w podaniach 684:331. Guardiola poszerza horyzont, powiedział właśnie, że miniony wieczór wieńczy wiele lat. Ma rację - TEJ Barcelony nie pokona nikt, bo TA Barcelona zwiędnie (biologia), zanim ktokolwiek zdąży wznieść potęgę zdolną się jej przeciwstawić. Z perspektywy Camp Nou wszyscy konkurenci zaczynają dziś od zera albo prawie od zera.

Tutaj znajdziecie mój felieton do dzisiejszej Gazety Sport.pl o meczu, który rósł z sezonu na sezon, aż wszystkie inne zmalały przy nim do rozmiarów meczyków, aż stał się Meczem - ktoś na Twitterze ironizował wczoraj, że gdyby wybuchła teraz nuklearna wojna między Koreą Płn. a resztą świata, hiszpańskie media zauważyłyby ją dopiero po ostatnim gwizdku Gran Derbi. Czy raczej - po ostatnim gwizdku El Clasico, bo i opisującą wydarzenie terminologię marketingowa machina propaguje coraz bardziej monumentalną. Gdzie - i kiedy - to się skończy?

niedziela, 28 listopada 2010

Ile obowiązkowego optymizmu nie wycisnęli z siebie fani klubu z Old Trafford, poczucie schodzenia w fazę raczej schyłkową doskwierać im musiało. Drużyna od początku sezonu grała poniżej standardów, do jakich przyzwyczaiła; od dwóch lat nie dołączył do niej żaden klasowy, a więc i drogi piłkarz; wszyscy powoli godzą się z myślą, że wkrótce zejdą z boiska van der Sar, Giggs i Scholes, czyli żywe pomniki, dla których następców nie znajduje się z dnia na dzień; superbohater Wayne Rooney w pełni sezonu wzbudził trzęsienie szatni ze szczytów skali Richtera, nie tylko strasząc ucieczką, ale ogłaszając publicznie, że nie wierzy w możliwości kolegów; permanentny lęk o finansowe jutro wywoływały - i wywołują - postaci egzotycznych w futbolu właścicieli klubu; wreszcie w sąsiedztwie rozpychają się rywale, którzy znienacka stali się obrzydliwie bogaci, na zakupy chodzą wyłącznie luksusowe, biorą niemal każdego, kogo zapragną. Wszędzie zagrożenia, zazwyczaj śmiertelne, znikąd ratunku.

Zarazem jednak Manchester United dłubał sobie punkcik za punkcikiem - a to oskubał wroga na jego stadionie dzięki golom w ostatnich minutach gry, a to przeżył w derbach dzięki taktyce wręcz tchórzliwej, a to przetrzymał trudne chwile mimo nieroztropnej, jak się zdawało, decyzji trenera, by kilka najważniejszych postaci drużyny odetchnęło na ławce lub trybunach. Jak trzeba było, to obiły „Czerwone Diabły” Chelsea w meczu o Tarczę Wspólnoty. Jak trzeba było, to odfajkowały zobowiązania w Lidze Mistrzów - w pięciu kolejkach nie straciły gola, za kilkanaście dni mogą bez strat zakończyć rundę grupową, co byłoby wyczynem bez precedensu. Uniknęli wreszcie wicemistrzowie Anglii porażki w krajowej lidze - jako jedyni w szerokiej europejskiej czołówki obok Realu Madryt i Porto.

Aż nadeszło wczoraj. I wrócił Manchester w najlepszym wydaniu. Nie dlatego, że przyłożył Blackburn aż siedmioma bramki. Dlatego, że się roztańczył do upadłego - zabawiał grą płynną, podania wymieniał zbyt szybko, by widz wychwytywał je bez zawrotu głowy, nie nasycił się wysokim prowadzeniem, gdy stało się jasne, iż pożre trzy punkty, zanim porządnie rozdziawi paszczę.

Tytułu oczywiście jednym show sobie nie zagwarantował, ale jeśli rozejrzeć się po lidze angielskiej, to okazuje się, że to wcale nie Old Trafford się chwieje. Że jeśli gdzieś w ogóle szukać stabilności, to tylko tam. W Chelsea trwa wymiana kadry kierowniczej, odzieranie Carlo Ancelottiego z autorytetu szefa i - ponoć - kuszenie Josepa Guardioli. Arsenal tradycyjnie zdejmuje maskę zwycięzcy wtedy, gdy już prawie wygrał, i przypomina, że najlepiej czuje się właśnie jako prawie-zwycięzca, który zwycięży na pewno i nieodwołalnie, dajemy państwu słowo honoru i w ogóle przysięgamy na życie naszych żon, konkubin i kochanek, ale zwycięży dopiero jutro albo pojutrze. W Manchesterze City też bulgocze, Tottenham nigdy nie zniżał się do uporczywego kolekcjonowania punktów, o z trudem odzyskującym równowagę Liverpoolu szkoda gadać...

Wiem, że dzisiaj łatwo pozycję lidera Premier League skwitować lekceważącym machnięciem ręką - żachnąć się o obniżonym poziomie rozgrywek, skonstatować, że wszyscy wielcy grymaszą jak Dymitar Berbatow, którzy czasem rąbnie pięć goli albo zaczaruje nas kopnięciem na miarę Złotej Piłki, a czasem każdym leniwym niedoruchem zasugeruje, że mu się akurat nie chce, więc postanowił posabotować grę. I ja nawet bym się zgodził z tezą, iż tak wątłego, wrażliwego na ciosy Manchesteru w roli w lidera angielskie boiska nie pamiętają.

Co będzie jednak sprawą drugorzędną, dopóki odporności na ciosy nie utraci Ferguson. Dziś wystarczy byle drobiazg, by spowodować kryzys. Pół kiepskiego meczu, zwycięstwo bez fajerwerków, pochopne bąknięcie piłkarza zamienione w medialne tornado. Gwiazdy żądają coraz więcej, w siłę rosną ich chciwi doradcy zwani agentami, niecierpliwi właściciele drużyn czują się spoliczkowani nawet remisem i sami wywołują zadymę w szatni (patrz Chelsea). Bezcennym atutem staje się postać większa niż klub, która zbudowała autorytet większy niż ktokolwiek w jakiejkolwiek innej drużynie. Kluczowym atutem staje się - wybaczcie żargon wyjęty z nowoczesnych korporacji i szczytów władzy w erze postpolityki - umiejętność zarządzania kryzysami.

Powód do kryzysu poważniejszy niż ten, którym był wybryk Rooneya, trudno sobie w ogóle wyobrazić. A Manchester właściwie wcale go nie zauważył...

13:30, rafal.stec
Link Komentarze (25) »
czwartek, 25 listopada 2010

Grzywnę, owszem, pewnie na nich nałoży. Ale dyskwalifikację dłuższą niż automatyczna, czyli jednomeczowa? Nie sądzę, bo nie znajdzie ku temu żadnych podstaw, których Sportowy Sąd Arbitrażowy w Lozannie nie obaliłby od ręki, bez zbędnego udawania, że jest nad czym rozmyślać. Mam zarazem nadzieję, że UEFA zawieszenia nie wydłuży, bo dałaby kolejny popis niesłychanej hipokryzji.

Piłkarze Realu Madryt celowo sprowokowali sędziego, by dał im żółtą kartkę, a zatem uciekli się do chwytu, do którego ucieka się mnóstwo innych graczy - zbyt wielu, bym wymieniał jakiekolwiek nazwiska (Europa na wyścigi się nimi przerzuca, więc ciekawi niech sobie poguglują, ja nie chcę nikogo ważnego pominąć). I tych boiskowych cwaniaków UEFA karze co najwyżej finansowo.

Co różni epizod z wtorkowego meczu od pozostałych epizodów tego rodzaju? Głównie to, że w Amsterdamie Jose Mourinho nakazał - tak się przynajmniej domyślamy - powygłupiać się swoim ludziom w trakcie gry, a w innych przypadkach podobne decyzje albo zapadają w szatni, albo piłkarz sam postanawia, że się powygłupia, by zabezpieczyć się na przyszłość.

I wszyscy zdają sobie sprawę, iż żadne surowe sankcje na nich nie spadną. Inaczej portugalski trener nie ryzykowałby, lecz przekazywał swoje instrukcje subtelniej.

Wtorkowy incydent przypomina mi wydarzenie z ostatnich sekund ćwierćfinałowego meczu mundialu, w którym Urugwajczycy bronili bramki przed nacierającą Ghaną całymi ciałami. Luis Suarez wyciągnął dłonie nad głowę, zatrzymał piłkę i wyleciał z czerwoną kartką, lecz ocalił drużynę. On również świadomie, ostentacyjnie złamał przepisy, by ponieść karę mniejszą zamiast większej. I „skrzywdził” rywali, którzy odpadli z turnieju.

Madryccy gwiazdorzy we wtorek rywali nawet nie „skrzywdzili”, bo Ajax już wcześniej został znokautowany i stracił szansę na uniknięcie klęski. Nawiasem mówiąc, ja nawet wolę, gdy zawodnicy marzący o żółtej lub czerwonej kartce opóźniają grę albo chwytają piłkę rękami, zamiast faulować i ryzykować, że połamią faulowanemu kończyny.

Mourinho działał otwarcie, bo wie, jak jest, (a na wizerunku Realu jako klubu dżentelmenów najwyraźniej mu nie zależy). Zakładał, że jego gracze zostaną potraktowani jak wszyscy inni. A ja nie umiem wykluczyć, iż działacze UEFA kombinują teraz, jak potraktować Królewskich specjalnie, bo pamiętam łamanie zasad z 2005 roku, po triumfie Liverpoolu w Lidze Mistrzów. Napisałem wtedy do „Gazety” komentarz pt. „Bezprawie dla Anglii”:

UEFA złamała fundamentalną zasadę, że regulaminu nie zmienia się w trakcie rywalizacji. Anglicy jako pierwsza nacja w dziejach wystawią w najważniejszych rozgrywkach pięć klubów, choć ma prawo do czterech. Wystawi pięć klubów, choć kiedy UEFA zarzucano, że w Lidze Mistrzów grają nie tylko mistrzowie, władze obiecywały, że cztery drużyny na kraj to maksymalny pułap, najświętsza reguła nie do obalenia.

Przypomina mi się nóż rzucony przez kibica Wisły w głowę Dino Baggio. Ponieważ do bandyckiego wybryku doszło kiedyś podczas meczu Pucharu UEFA, krakowianie zostali wyrzuceni z europejskich pucharów. Tej wiosny identyczna kara groziła Interowi Mediolan - jego fani zasypali boisko płonącymi racami, zranili bramkarza Milanu Didę, arbiter przerwał spotkanie i już go nie dokończył. Skandal był większy niż w Krakowie, bo kibice Wisły przynajmniej pozwolili piłkarzom grać. Jednak Inter zagra „tylko” cztery razy przy pustych trybunach.

Wiosną wściekaliśmy się, że w europejskim futbolu są równi i równiejsi. Teraz się nie wściekamy, bo cieszymy się szczęściem Dudka. Zresztą rzecz nie w tym, że Liverpool może bronić trofeum, bo bronić go powinien. UEFA nie musiała jednak szukać nadzwyczajnych środków, aby angielski klub ocalić, bo sama ustaliła jasne reguły. Artykuł pierwszy ustęp trzeci regulaminu rozgrywek mówi: „Na prośbę zainteresowanej federacji krajowej zwycięzca Ligi Mistrzów może wystąpić w kolejnej edycji jako jej dodatkowy reprezentant, nawet jeśli nie zakwalifikował się do niej poprzez rodzimą ligę. Jeśli jednak zwycięzca pochodzi z kraju mającego prawo do czterech drużyn w LM, czwarta drużyna z jego ligi MUSI grać w Pucharze UEFA”.

Słowem, czwarty w Premier League Everton powinien trafić do mniej prestiżowego Pucharu UEFA. Europejskie władze odwróciły słynne hasło "dajcie mi człowieka, paragraf się znajdzie". Dziś zasada brzmi: „Dajcie bogatego, a żaden paragraf nie przeszkodzi, by zrobić mu dobrze”.

Wtedy UEFA bogatych wspierała, teraz dzieje się odwrotnie - być może spróbuje bogatym zaszkodzić. Gdyby Serio Ramosa i Xabiego Alonso wyłączyła dodatkowo z meczu następnej rundy LM, znów w pewnym sensie zmieniłaby reguły w trakcie rywalizacji.

Afera moim zdaniem wybuchła przede wszystkim ze względu na Mourinho - w niego obiektyw kamery mierzy, również w lidze hiszpańskiej, przez okrągłe 90 minut plus doliczony czas gry, rejestruje się każde jego westchnienie i kichnięcie, a potem każde westchnięcie i kichnięcie cała planeta szeroko omawia. Portugalczyk ma też od lat na pieńku z sędziami i rozmaitymi komisjami dyscyplinarnymi, które karały go bardzo często. Gdyby identycznie w Amsterdamie zachował się trener Bursasporu, nikt by tego nie zauważył.

22:15, rafal.stec
Link Komentarze (47) »
wtorek, 23 listopada 2010

Jeśli broniący tytułu piłkarze z Mediolanu nie pokonają jutro Twente Enschede, zagrozi im upadek, jakiego Liga Mistrzów nie pamięta. A renomowanemu trenerowi Rafaelowi Benitezowi - najbardziej spektakularna klęska w karierze.

To nie jest zwyczajna zapaść, która dotyka wielu czempionów wycieńczonych notorycznym zwyciężaniem. Ani mediolańczycy nie są bowiem zwyczajnymi obrońcami trofeum, ani skala ich kłopotów nie jest zwyczajna. Wiosną wygrywali przecież wszędzie - nigdy wcześniej piłkarze włoskiego klubu nie kończyli sezonu ukoronowani potrójnie, czyli w Champions League, Serie A oraz krajowym pucharze.

Teraz mediolańczycy wszędzie zawodzą. Nie dali rady Atletico Madryt w Superpucharze Europy. Nie dali rady wicemistrzowi kraju (Roma) ani w derbach Milanowi, który w minionym sezonie wychłostali dotkliwiej niż w jakimkolwiek innym w ostatnim stuleciu. Z meczu z Juventusem uszli cało, bo zremisowali 0:0, ale ich bilans gier z tercetem potęg Serie A pozostaje fatalny - żadnej nie wbili gola. Strzelają je najrzadziej od 1994 roku, w tabeli zsunęli się na szóste miejsce.

LM pocieszenia też nie daje - po efektownym początku Benitez, wybitny specjalista od międzynarodowych bitew, poniósł prestiżową klęskę w Londynie, z uchodzącym za taktycznego abnegata i słabo zaznajomionego z europejską konkurencją trenerem Tottenhamu Harrym Redknappem. I awansu nerazzuri wciąż pewni nie są. Nie wspominając o powrocie na pozycję lidera, która prawdopodobnie pozwoli w następnej rundzie uniknąć batalii z faworytami rozgrywek - Barceloną, Chelsea, Manchesterem Utd czy Realem Madryt.

W innych okolicznościach szokowałoby już to, że gospodarze w ogóle traktują mistrzów Holandii, debiutujących w elicie, śmiertelnie poważnie. Powodów mają jednak mnóstwo.

W listopadzie nie wygrali ani razu, choć mierzyli się m.in. z prowincjonalnymi Brescią, Lecce czy Chievo Werona. A Twente dowodzi przebiegły Michel Preudhomme, kolejny jajogłowy trener w futbolu i zarazem podobny do Beniteza fanatyk taktyki, który wspaniale wychwytuje wady oraz zalety przeciwnika, by następnie opracować precyzyjny plan gry. Na swoim boisku obrońców tytułu zatrzymał (2:2), choć ci przylecieli w pełnym składzie, ze wszystkimi bohaterami wiosny.

Teraz Benitez liczy żywych i półżywych, by za wszelką cenę uniknąć upychania w podstawowej jedenastce żółtodziobów. Zapłaci grubym ryzykiem - w centrum defensywy znów wystawi odliczającego dni do emerytury Materazziego, któremu dotąd odważył się - czy raczej musiał - zaufać raz. I przez kardynalny błąd weterana Inter przegrał derby Mediolanu.

Hiszpański szkoleniowiec nie ma alternatywy. Bramkę i defensywę obsadzi prawdopodobnie ludźmi w wieku dla wyczynowca podeszłym (35 lat Castellazziego, 34 Cordoby, 32 Lucio, po 37 Zanettiego i Materazziego), na ławce usiądzie obok nastoletnich nowicjuszy. Wszystko przez zarazę, która położyła dziesięciu piłkarzy, w tym absolutnie kluczowych Julio Cesara, Maicona, Samuela i Milito.

Co gorsza, zagrają także ci, którzy kiedy indziej również zostaliby uznani za nie całkiem sprawnych, jak rewelacyjny wiosną rozgrywający Sneijder oraz Pandev.

Benitez dostał oficjalne - choć niezbyt mocne - wsparcie od właściciela klubu, ale też codziennie czyta, z kim Massimo Moratti rozmawia o przejęciu drużyny. Na giełdzie królują Luciano Spalletti (jeśli zechce, wolno mu rozwiązać kontrakt z Zenitem St. Petersburg), Leonardo (bez posady, ostatnio w Milanie), Fabio Capello (słabną jego notowania jako selekcjonera angielskiej kadry) i Marcelo Bielsa (na mundialu zachwycało jego Chile), ale wymienia się nazwiska wszystkich uznanych fachowców, którzy nie pracują lub ich przyszłość uchodzi za niepewną.

Beniteza obwinia się i za epidemię urazów (w większości przeciążeniowych), i za przygaszone miny piłkarzy. Wiosną w opałach znajdowali w sobie dodatkowy zapał do walki, teraz bezsilnieją. Ponoć dlatego, że José Mourinho, czyli fenomenalnego motywatora i zarazem gwałtownego wojownika, który kipiał w szatni i przy linii bocznej, zastąpił zimny technokrata, który mówi algorytmami. Piłkarze mają kłopot, by w ogóle się na jego słowach skupić. I przestali czuć się jak gladiatorzy.

Kapitan drużyny Javier Zanetti szefa broni, apeluje, by mediolańczyków oceniać dopiero wtedy, gdy wszyscy ozdrowieją. Tyle że nawet on - przez spędzone w klubie 16 sezonów niezawodny niemal zawsze - ostatnio w lidze kopał ślamazarniej niż kiedykolwiek wcześniej, a Holendrzy czekać nie zamierzają, zasadzą się na Inter już zaraz. Obiecywana ofensywa transferowa naprawiająca letnie zaniedbania też ruszy dopiero w styczniu, tymczasem grudzień zapowiada się intensywnie, bo triumf w LM zobowiązuje do wyjazdu na klubowe MŚ.

Jutro gospodarzy poprowadzi jeszcze Samuel Eto'o, snajper nadal bezlitosny, wielokrotnie ratujący im skórę. Potem jedynego ocalałego drapieżnika mediolańczycy stracą. Za uderzenie rywala Serie A zdyskwalifikowała go na trzy kolejki ligowe i Kameruńczyk nie zagra m.in. w arcytrudnym wyjazdowym boju z Lazio, sensacyjnym wiceliderem. Czy przetrwa do tego szlagieru Benitez, na razie nie wiadomo.

23:46, rafal.stec
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 22 listopada 2010

Na początku sezonu maluszki z ligi hiszpańskiej - czyli 90 procent jej składu - były w stanie w meczach z kolosami trochę podokazywać. A to barcelończycy wyczłapali na murawę roztargnieni i pogubili punkty, a to odmienionym kadrowo „Królewskim”, którzy dopiero się wzajemnie poznawali, przytrafił się bezbramkowy remis. Minęło kilka tygodni, współpanujący odzyskali kontrolę totalną. Od sześciu kolejek wygrywają zgodnie i zazwyczaj wysoko.

Ich mecze podzieliłbym na dwie główne kategorie. W pierwszej mieszczą się  wieczory, w którym rywale z miejsca zostają wytargani za uszy, tracą wszelkie złudzenia i surowość wyroku zależy wyłącznie od zapału faworyta - tak wyglądało sobotnie 0:8 Almerii z Barcą. Do drugiej kategorii wkładam wieczory, podczas których przewagi giganta nie widać, czasem to wręcz przeciwnik długo podoba się bardziej, a mimo wszystko widz w każdej sekundzie gry czuje, że nieuniknione nadciąga - tak wyglądało sobotnie 5:1 Realu z Athletic Bilbao.

Widowisko w Madrycie teoretycznie powinno oferować nieco emocji, słyszałem nawet tezę, że jeśli obu potentatom nie wolno na wpadkę pozwolić sobie nigdy, to ich mecze muszą trzymać w napięciu. Kto nie ogląda, może uwierzy. Kto ogląda, wie, że to bujda na resorach. Na Santiago Bernabeu rzekome trzymanie kibica w niepewności przypomina grę pozorów w najnieznośniej schematycznych thrillerach - im bliżej prężącemu się w głównej roli supermanowi do upadku w przepaść, tym bardziej oczywiste staje się, że przeżyje, a przy okazji ocali jeszcze ludzkość z całą podległą jej fauną i florą. Zdychamy z nudów, bo z doświadczenia wiemy, jak się te historyjki kończą.

Zostawiam Barcę, a skupiam się na Realu, bo to na jego stadionie spotkały się najdłuższe seriale na na szczytach współczesnego futbolu.

Królewscy wygrywali tam - wyjąwszy rzecz jasna Gran Derbi, zakłócenie pojawiające się raz na sezon - w ostatnich 24 kolejkach ligowych, wbijając średnio 3,46 gola w meczu. Zazwyczaj obejmowali prowadzenie przed przerwą, ze zdobyciem zwycięskiej bramki do ostatniego kwadransa zwlekali ledwie dwukrotnie. W ubiegłosezonowych spotkaniach z Sevillą oraz Osasuną. Passa jeszcze by się wydłużyła, gdybyśmy zamknęli oczy na finisz sezonu 2008/2009 - wtedy Real po szokującej klęsce w Gran Derbi stracił szanse na tytuł, zrezygnował z walki i oddał wszystkie spotkania (wicemistrzostwa nikt mu już odebrać nie mógł).

Latem do madryckiej twierdzy przybył Jose Mourinho, superman wznoszący mur nie do sforsowania także wokół stadionów, które przed jego erą i po jego erze zdobywane bywają. On przegrał tylko jeden ligowy mecz u siebie - pierwszy w karierze, 3 lutego 2002 roku, niespełna miesiąc po debiucie w roli pierwszego trenera. Niewiarygodną passę - prawdopodobnie unikalną w czołowych rozgrywkach na kontynencie - rozpoczął jeszcze w Portugalii (38 spotkań bez porażki Porto), kontynuował ją w Anglii (60 spotkań Chelsea) i Włoszech (38 spotkań Interu), teraz twardo trzyma się w Realu. Jego podkomendni na swoich boiskach pozostają nietknięci od 142 kolejek.

Jeszcze raz - władzę nad drużyną, która u siebie zawsze wygrywa, objął wódz, który u siebie nigdy nie przegrywa. Tak, Santiago Bernabeu obiecuje mnóstwo mocnych wrażeń, bardziej wciągającego tasiemca w naszej galaktyce nie widziano. Serdecznie zapraszamy przede wszystkim amatorów krwawych sportowych jatek.

Oba wielkoludy prawie zawsze miały nad resztą ligi hiszpańskiej przewagę, ostatnio odskoczyły w nadprzestrzeń. Kto liczył, że ich bezprecedensowa hegemonia jest chwilową anomalią, ma powody, by zwątpić. Pokonany w sobotę trener z Bilbao pojękiwał, że problem się pogłębia, bo Barca z Realem nie wpadną na siebie przed finałem w Copa del Rey, więc zagarną dla siebie kolejne rozgrywki. Mało kto już przypuszcza, że będzie w stanie im się choćby oprzeć, przybywa tych, którzy czują się wykluczeni, na kompleks prowincjusza cierpią już wszędzie. Pamiętacie, jak piłkarze Villarrealu mogli w październiku wleźć na pozycję lidera? Wystarczyło wygrać w Alicante. Zremisowali. Przeżyli to siódmy raz w historii klubu - po raz siódmy mieli szansę być na szczycie tabeli, po raz siódmy ją zmarnowali.

Kto zastanawiał się, kiedy duopol choć trochę osłabnie, dziś powinien wziąć pod uwagę również ewentualność kompletnie inną. Zapytać, czy wcześniej nie nadejdzie czas ostatecznego złożenia broni i maluszkom przed wejściem na boisko nawet nie zatli się w główkach myśl, iż potwora można spróbować ugryźć. Przyjadą, klękną, pocałują Jego Eminencję Ronaldo w korki, każdy upoluje po meczu relikwię - jedną ze świętych koszulek rywali. A w trakcie gry będą stąpać ostrożnie (niektórych trener zatrzyma na ławce), by zachować moc na następną kolejkę. Wtedy przynajmniej zaryzykują zdrowie w jakimś konkretnym, realnym celu.

16:03, rafal.stec
Link Komentarze (44) »
sobota, 20 listopada 2010

Chyba się już kiedyś na blogu zwierzałem, że w bieżącej dekadzie nadzieje na oczarowanie przez polskiego napastnika Europy pokładałem w trzech nastolatkach. Zachwycił mnie w szczenięcym wieku Paweł Brożek, zachwycił mnie Dawid Janczyk, zachwycił Robert Lewandowski.

27-letni dziś Brożek najpierw sam nie pchał się za granicę, potem to zagranica się na niego wypięła i snajper Wisły z braku atrakcyjnych ofert zaczął bezsilnieć, aż sprzeciętniał. 23-letni dziś Janczyk uciekł z kraju przy pierwszej okazji, lecz nie podbił Wschodu ani Zachodu, ostatnio słyszeliśmy o jednym tylko jego dokonaniu - zdrowo przytył, dźwiga nadwagę.

Lewandowski skończył dopiero 22 lata, a już doskoczył wyżej od obu wymienionych. O niebo lub nawet dwa wyżej.

Obawiałem się o jego losy w Borussii Dortmund skażony nie tyle doświadczeniami Janczyka, co gehenną polskich napastników, którzy ośmielili porwać się na czołowe ligi w Europie. Pamiętamy cierpienia Matusiaka w Palermo czy Rasiaka w Tottenhamie - obaj dusili się na boisku jak odcięci od tlenu, błąkali się w tęsknocie do piłki latającej im nad głowami, swoją bezradnością wzbudzali współczucie. Nie nadążali. Gra toczyła się poza nimi i jakby w innym wymiarze, nie byli w stanie nawet chwilę poudawać, że stanowią integralną część drużyny.

Lewandowski nadąża. Nie rozkochał w sobie Bundesligi od pierwszego kopnięcia, wraz z nim czujemy lekkie rozczarowanie, że jeszcze ani razu nie dochrapał się podstawowej jedenastki. Ale też zawsze, wyjąwszy jedną odosobnioną kolejkę, na boisko wbiegał. I zawsze z drużyną współpracuje. Jak nie zdobędzie bramki, to przynajmniej przyjmie piłkę, ochroni ją przed przeciwnikiem i odda koledze, zasłuży się przy budowaniu natarcia (dziś asystę spektakularnie odebrał mu Błaszczykowski, musicie to zobaczyć). To nie jest kolejny przygnębiający przypadek czempiona sparingów, który - ostatnio wszedł w tę rolę Kamil Glik - wraz ze startem sezonu zostaje przesunięty na ławkę, potem wypchnięty na skraj ławki, aż ginie na trybunach.

Lewandowski, jeszcze przed dwoma laty z niewielkim okładem drugoligowiec, nadal rozwija się rewelacyjnie. W Borussii nie ozdabia debiutów w każdych rozgrywkach golami, do czego przyzwyczaił nas w Polsce - to zrozumiałe, podjął wyzwanie o zupełnie innej skali. Ale postępy czyni wyraźne, chyba nawet wyraźniejsze niż nam się zdaje. W reprezentacji uzbierał w tym roku bramek sześć, w klubie zaczął od zdobywania bramek niemal bez znaczenia, w końcówkach rozstrzygniętych już meczów, w poprzedniej kolejce do bramki dołożył efektowne zagranie piętą, dzisiaj wreszcie połączył przyjemne z użytecznym, uderzając i ładnie, i arcyważnie - wyrównał, po chwili jego Borussia zadała Freiburgowi decydujący zwycięski cios. W dodatku wyrównał zaraz po wtruchtaniu na murawę!

Wydajnością popisuje się na razie imponującą, w Bundeslidze wbija gola co 56 minut. Mamy prawo triumfalnie krzyknąć, że nie tylko utrzymał snajperskie tempo ze Znicza Pruszków i Lecha Poznań, ale wręcz przyspieszył. Zwłaszcza na tle drepczących zazwyczaj, onieśmielonych wielkim światem rodaków gna po sukces na złamanie karku. Jaki współczesny ofensywny gracz z Polski osiągnął tyle między 19 a 22 rokiem życia?

Ja się mimo wszystko rozpędzać do utraty tchu nie zamierzam, ani myślę fantazjować przy ludziach o pierwszym w tym stuleciu polskim piłkarzu spoza bramki, którego nazwisko pozna cała Europa. Nie wiemy jeszcze, jak zniosą obciążenia zawodowego futbolu jego członki, jak on cały zniesie dzień, w którym rywale go docenią i poświęcą mu specjalną uwagę, jak wreszcie zniesie Lewandowski mecz, w którym zagra od początku i zostanie mianowany głównym snajperem drużyny. Na razie widzimy tylko, że dojrzewa szybciej niż jakikolwiek jego rodak od wielu, wielu sezonów. Jako 22-latek mknie po mistrzostwo Niemiec, został do Bundesligi wzięty w momencie jej gwałtownego awansu, zatrudnił go doskonale zarządzany klub z przyszłością, który jutro awansuje do Ligi Mistrzów, a pojutrze zechce być może oblegać ścisłą europejską czołówkę. Ziemia obiecana.

W tej opowieści nic nie zgrzyta, mamy i talent, i pracowitość, i zdrowy rozsądek, i idealne wybory transferowe, i kupę szczęścia. Dawno nie mieliśmy tylu powodów, by sądzić, że polskiemu futboliście układa się w zawodowym życiu niemal wszystko. Dawno w takim obłędnym tempie nie ubywało powodów, by we wspaniałą karierę polskiego futbolisty wątpić.

21:54, rafal.stec
Link Komentarze (33) »
piątek, 19 listopada 2010

Doceńcie szczerość i wyszydzajcie blogera z umiarem, samo zdobycie się na odwagę, by wlać tutaj to szczere wyznanie, może zwichrować mi psychikę nieodwracalnie. Ale zdobyłem się, więc walę od razu między oczodoły - otóż od kilku tygodni niezidentyfikowany wredny stwór buszujący gdzieś z tyłu mojego łba szeptał mi, bym ogłosił publicznie, że moim zdaniem poziom polskiej ligi się podniósł. W minionym sezonie niemal każdy mecz reklamowany jako wydarzenie okazywał się karykaturą futbolu, z plątaniny zagrań złych i fatalnych z trudem wyłuskiwaliśmy odosobnione sensowne akcje, oglądanie cierpień kopaczy wymagało skrajnej niewrażliwości na sceny drastyczne, dozwolone wyłącznie dla bardzo dorosłych i znajdujących się pod ścisłą kontrolą lekarza. A w sezonie bieżącym normalnego futbolu jakby przybyło, konsumuję rozgrywki chętniej, co rusz mówię sobie, że coraz więcej cukru w tym cukrze.

Notki nie napisałem. Gdy próbowałem, nad klawiaturą aż drętwiały mi paluchy. Ryzykowałem za to towarzysko, bo ze swoich obserwacji zwierzałem się znajomym. Ba, ogniście polemizowałem, by ich odruchowe malkontenctwo ugasić.

Już nie będę. Przed chwilą ledwie zniosłem kolejne - bardzo kolejne, staram się nie opuszczać żadnych - wykopki Legii, która jakimś zupełnie niesamowitym splotem okoliczności pokonała Arkę Gdynia 3:0. 3:0! Najpierw sędzia podarował jej bez żadnego powodu rzut karny, następnie ów rzut karny, mimo beznadziejnego strzału, w gola zmienił Vrdoljak, wreszcie po przerwie piłkę między własne słupy dwukrotnie włożył sobie bramkarz gości. Warszawiacy patałaszyli jak zwykle, jestem przekonany, że bez wsparcia z zewnątrz nie wycisnęliby ze swoich podrygów ani pół bramki. Powiedzieć, że kopali pokracznie, to nic nie powiedzieć. Najbardziej znów wnerwiał mnie pewien portugalski skrzydłowy nielot, żywy dowód niekompetencji Macieja Skorży, który latem tak ocenił potencjał tego tępego szybkobiegacza bez śladowego talentu do futbolu: „Manu może być takim piłkarzem, że kiedy będzie przy piłce, ludzie wstaną z miejsc. Ma cechy rzadko spotykane w naszej lidze, między innymi świetne dośrodkowanie”. Przyprowadzili mu kupę nowych, on wyróżnił akurat jego. Znaczy specjalnie mu się Portugalczyk spodobał.

Przepraszam, panie trenerze, ale ja na widok Manu przy piłce odwracam wzrok i kulę się w sobie, bo się śmiertelnie boję, że on tej piłce wyrządzi jakąś potworną krzywdę. Że przerazi wszystkie okoliczne piłki i że one gromadnie dadzą z Łazienkowskiej dyla, a potem zemszczą się regularnym szantażem, ogłaszając, że nie wrócą, dopóki nie dostaną gwarancji na podpisanym krwią Waltera papierze, że nasz domniemany wirtuoz już nigdy ich nie dotknie.

Fałszuje Manu, fałszuje cała drużyna. Dziś fałszowała być może najprzeraźliwiej - tak utrzymują również uważniejsi ode mnie oglądacze tzw. Ekstraklasy - w całej rundzie jesiennej. A jednak znów przytuliła trzy punkty, a jednak nadal pnie się ku szczytom tabeli. Konkurencja udaje mocniejszą, by nazajutrz paść na pysk i posłusznie kolejnych punktów z muraw nie wygrzebać. Dlatego już kompletnie mi się nie chce wmawiać komukolwiek, że idzie - sportowo - ku lepszemu. Może to tylko mylne wrażenie, może uległem urokowi stadionów i w ogóle patrzyłem na bliźnich życzliwiej niż zwykle. Może bliższa prawdy jest cisnąca mi się pod paluchy konstatacja, że rywalizacja w lidze, której wiceliderem zostaje ta serwująca gniota za gniotem legijna hałastra, nie może stać na poziomie nawet przyzwoitym?

22:57, rafal.stec
Link Komentarze (46) »
czwartek, 18 listopada 2010

O sprawie Marcina Kobylańskiego vel Martina Kobylanskiego - syna naszego srebrnego medalisty z igrzysk w Barcelonie, który spędził mnóstwo czasu w Bundeslidze - przeczytałem w najnowszym tomie Encyklopedii Piłkarskiej FUJI (jak zwykle rewelacyjna faktograficznie, polecam), potem wiedzę pogłębiłem rozmowami. Otóż chłopak tenże w nieprzyzwoicie młodym wieku, jako trzynastolatek, zadebiutował w juniorskiej reprezentacji Polski. Dostąpił tego zaszczytu wiosną 2007 roku, w meczu z Niemcami.

Ale Niemcy też go do swoich dziecięcych drużyn powoływali. Kobylański zaproszenia przyjmował. Uczestniczył więc w zgrupowaniach i u nas, i u nich.

W maju tego roku dla Niemców wreszcie zagrał. Co więcej, zdobył dla nich zwycięską bramkę w meczu z Danią. Federacja naszych sąsiadów słała ponoć nawet listy do PZPN z żądaniem, by Martina zostawić w spokoju, bo Martin sobie nagabywań nie życzy.

Minął jednak miesiąc, a Kobylańskiego wezwała ojczyzna biało-czerwona - m.in. na mecz z Niemcami. Stawił się, by wraz z rodakami ze wschodu przegrać z rodakami z zachodu 0:3.

Nie chcę wnikać w duszę nastolatka (urodził się w 1994 roku), a już szczególnie nie zamierzam mu stawiać żadnych zarzutów, zwłaszcza że nie wiem, kto i czym mu w głowie miesza, a w tym wieku od nikogo pełnej odpowiedzialności za swoje czyny nie żądam. Nie chodzi mi o niego, lecz o zjawisko - do niedawna wolno było wielopaszportowcom zmienić kadrę raz, teraz najwyraźniej wolno ją zmieniać częściej. Tak często, że traci sens utyskiwanie, iż reprezentacja staje się kwestią wyboru, zupełnie jak klub. Klub bowiem zmienić wręcz trudniej - musisz poczekać na koniec sezonu, nie możesz w lutym zagrać dla Floty Świnoujście, w marcu dla Sandecji Nowy Sącz, a w kwietniu znów dla Floty.

Na razie zaglądanie to tu, to tam uprawia się na poziomie młodzieżowym, za chwilę problem zapewne sięgnie rywalizacji seniorów. Globalna wojna o talenty trwa, bitwy stają się coraz bardziej kolorowe i pełne zaskakujących sojuszy, ostatnio np. holenderski selekcjoner Turków Guus Hiddink namawiał rodaka grającego w Anglii, by ten nie reprezentował Holandii, lecz Turcję. I żadne regulaminy za pędzącą rzeczywistością nie nadążą, w końcu znajdzie się ktoś, kto pójdzie do sądu i wygra proces zmieniający bieg historii - okaże się, że futbolowe przepisy nie mogą stać ponad prawem każdego obywatela kraju X, by uprawiał sport pod flagą kraju X, nawet jeśli wcześniej uprawiał ją pod sztandarem państwa Y.

Co rzucam do przemyślenia niemal w przededniu nieuchronnych kontrowersji, które wywoła równie nieuchronne zwerbowanie do naszej kadry Manuela Arboledy - dziś Kolumbijczyka, jutro także Polaka. Ulice w ogniu nie staną, ale naród znów będzie debatował, kto zasługuje, by zostać naszym rodakiem. Musi mieć co najmniej dziadka z tych okolic? Czy jednak wystarczy pradziadek? Albo wręcz prapradziadek? Praprapradziadek? A może pobierać krwi nikomu nie będziemy, bo od genealogicznie zatwierdzonego ćwierć-Polaka łatwiej zaakceptujemy nawet obcego, byle mieszkał między nami i mówił po naszemu?

Dyskusja oczywiście doprowadzi dyskutantów donikąd, mnie bardziej intryguje pytanie, które zadamy sobie później, ale zadamy je sobie kiedyś - jak wnioskuję z losów Kobylańskiego - niewątpliwie. Dlaczego mianowicie mającemu od zawsze dwie ojczyzny piłkarzowi, który wybrał grę dla jednej z nich jako niedojrzały, rozchwiany przez dylematy 18-, 20- lub 21-latek, odbierać prawo do zmiany decyzji, gdy dojrzeje i poczuje, że za młodu wybrał jednak niewłaściwie?

 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi