RSS
wtorek, 30 listopada 2010

Przemawiający Jose Mourinho hipnotyzuje słuchaczy, więc ci nie zawsze zwrócą uwagę, że ucieka się do demagogii. Jak we wrześniu, gdy chwalił konkurencyjną, godną elitarnych rozgrywek grupę Ligi Mistrzów z Realem Madryt, Milanem, Ajaksem i Auxerre, a zarazem pogardliwie skwitował jesiennych zagranicznych rywali Barcelony - jako godnych co najwyżej Ligi Europejskiej. Pominął wówczas istotny detal. Otóż w „madryckiej” grupie nie ma ani jednego mistrza kraju, natomiast grupę „barcelońską” - z FC Kobenhavn, Rubinem Kazań i Panathinaikosem - tworzą wyłącznie mistrzowie swoich krajów. Katalończycy, nawiasem mówiąc, wylądowali w takiej już drugi raz z rzędu.

A może Mourinho rzeczywiście lekko oderwał się od ziemi, zachłysnął demoralizująco łatwymi zwycięstwami w hiszpańskiej Primera Division (w Serie A każda kolejka stanowiła wyzwanie) i dlatego uwierzył, że Barcelona to drużyna jak każda, którą mimo wszystko można pokonać zwyczajnymi środkami, bez specjalnego planu gry?

Dziś mamy prawo podejrzewać, że owszem, zagalopował się. Zgodnie z obietnicą złożoną madrykim fanom, iż dochowa wierności tradycji klubu, nie chciał, by jego piłkarze „zabijali” grę, zapomniał o mentalnym paliwie niezbędnym, by przeżyć na Camp Nou - pokorze. Podszytej nie lękiem przed klęską, lecz szacunkiem dla maestrii przeciwnika. Stąd być może decyzja, by nie dotykać stałej jedenastki Realu, nie obłożyć drugiej linii dodatkową osłoną (Lass Diarra), nie kazać drużynie skulić się w sobie w pewnym oddaleniu od linii bocznych i w ten sposób uniemożliwić Katalończykom tańce na przestronnych trawach przed własną bramką. Tercet Messi - Xavi - Iniesta inaczej skrępowac trudno, na ich tle Cristiano Ronaldo, przecież zdobywca Złotej Piłki, znów wyglądał jak osiłek, który zaraz się rozpłacze, bo usiłuje rywalizować z wybitnymi pianistami, a ma zbyt grube paluchy, żeby nie uderzać w kilka klawiszy na raz.

Chciałoby się napisać, że Mourinho stanie teraz przed dramatycznym wyborem - albo wyrzeknie się próby podjęcia śmiałej, otwartej walki z Barcą (i narazi się trybunom), albo wiosną znów poniesie nieuniknioną klęskę. Ale dotarliśmy już chyba do momentu, w którym Madryt, przytłoczony pięcioma kolejnymi klęskami w Gran Derbi, wybaczyłby trenerowi każdą strategię. Byle rywal wreszcie padł.

To dla Mourinho - pragnącego zostać trenerem wszech czasów - wyzwanie niezwykle inspirujące. Zasadza się na przeciwnika będącego spektakularnym triumfem długofalowego myślenia o futbolu, ale uczyć się umie. Przypomnijcie sobie, jak wątły Inter zastał, jak niewiele zdołał w nim zmienić w pierwszym sezonie pracy, jak wiele zmienił w drugim sezonie. Przypomnijcie sobie, jak Barcelona zabawiała się z Interem jesienią 2009, a ile wycierpiała na San Siro wiosną 2010 r.

Dlatego możemy się spodziewać, że następnego lata Mourinho zaprosi do Realu - to znów byłaby powtórka z historii mediolańskiej - paru ludzi z osobowością. Niekoniecznie dwudziestolatków.

Oczywiście najpierw trener musi przetrwać. Moim zdaniem przetrwa. Ci, którzy wieszczą teraz Realowi serię niepowodzeń (że niby reszta ligi przestanie przed nim drżeć), mogą mylić się tak samo, jak wielu z nas myliło się przed El Clasico. Przebiegu meczu twojej drużyny z Barcą nie ma bowiem sensu prognozować na podstawie przebiegu wszelkich innych meczów, a przebiegu wszelkich innych meczów nie ma sensu prognozować na podstawie przebiegu meczu z Barcą. Nieszczęście Realu polega również na tym, że jego koszulki wyzwalają w Katalończykach więcej niż każde inne. A skoro tak, to z konstatacji, iż Królewscy wypadli na Camp Nou marniej niż ktokolwiek przed nimi tej jesieni, nic nie wynika. Wolno postawić również tezę, że to raczej gospodarze przetrzymywali wszystko, co najcudowniejsze, na poniedziałkowy wieczór.

Gry z obecną Barceloną - zwłaszcza wyprawy na Camp Nou - w ogóle tworzą gatunek odrębny. Tak odrębny, że na futbolowych uniwersytetach zasługiwałby na osobną katedrę. Uczyliby tam, że jeśli chcesz ocaleć w starciu z Katalończykami (oczywiście zdrowymi i zmotywowanymi, w boju serio), to musisz zrozumieć, że chodzi o przetrwanie w alternatywnym świecie - będą obowiązywały tam nieco inne prawa przyrody (poniedziałkowe 114 celnych na 117 wykonanych podań Xaviego!), więc trzeba zapomnieć o wszystkim, co się sprawdzało na pozostałych boiskach.

Na wykłady można by ściągać trenera Gurbana Berdyjewa. Tylko jego Rubin Kazań regularnie obezwładnia Barcelonę, choć wpada na nią często i musi sprostać jej najsilniejszemu zestawieniu. Na Camp Nou zwyciężył 2:1, u siebie remisował 0:0 oraz 1:1, za każdym razem pozwalając, by faworyt trzymał piłkę jeszcze częściej niż ma to w zwyczaju (przez 81, 75 oraz 76 proc. czasu gry).

Co oczywiście mistrzów Rosji, lekceważąco potraktowanych przez Mourinho na tamtej konferencji z września, czołową drużyną na kontynencie nie czyni. Jak już pisałem, stawianie tamy antykatalońskiej to konkurencja osobna, o luźnym związku z całą resztą współczesnego futbolu.

Z którą obecną Barcelonę też łączy niewiele.

18:24, rafal.stec
Link Komentarze (87) »
poniedziałek, 29 listopada 2010

Ziemia zatrzyma się już za 155 minut. Dlaczego się zatrzyma, tłumaczyłem w felietonie „Odyseja kosmiczna 2010” do dzisiejszej „Gazety Sport.pl”, teraz zacząłem dumać, czy w ogóle jest możliwe, by ten mecz spełnił oczekiwania. Kibicom związanym emocjonalnie z jedną ze stron serducho bez wątpienia solidnie obtłucze wnętrza, ale co z kibicami niezaangażowanymi? Czy tych, którzy pamiętają szlagiery ostatnich lat - hat-tricki Messiego albo 2:6 na Santiago Bernabeu - a teraz żądają jeszcze więcej, piłkarze w ogóle będą w stanie usatysfakcjonować? Dla mnie dzisiejsze derby różnią się od poprzednich przede wszystkim tym, że Barca i Real oferują bieżącej jesieni najlepszy futbol w całej Europie, na miarę nawet finału Ligi Mistrzów. Tak mnie skręca z ciekawości, jak zniosą katalońskie oblężenie Królewscy, że postanowiłem poblogować.

18.47. Bardziej ciekawią mnie goście, bo tylko oni są w tym show zagadką. Katalończycy wykręcają swoje piruety od kilku lat, ich dość jednostajny - a zarazem wciągający (w najgorszym razie) lub urzekający (w najlepszym razie) - styl już się trochę opatrzył. A Real to energia zupełnie nowa, dla europejskiej czołówki ożywcza, na posuwiste ruchy Barcy odpowiada obłędnie szybkimi pchnięciami, które zadaje po błyskawicznej wymianie podań na połowie przeciwnika. We wtorek w Amsterdamie zagrał moim zdaniem perfekcyjnie, czego prawie nikomu nie chciało się zauważyć, bo prawie wszyscy robili raban wokół czerwonych kartek, wziętych przez gości z pełną premedytacją i ostentacją.

18.57. Prawdopodobny skład gospodarzy: Valdes - Dani Alves, Pique, Puyol, Abidal - Xavi, Busquets, Iniesta - Pedro, Messi, Villa. Skład kompromitujący wszystkich, którzy hegemonię wielkiej dwójki w lidze hiszpańskiej tłumaczą wyłącznie „niesprawiedliwym” rozdziałem zysków z praw telewizyjnych, czyli szmalem. Barca wydała zauważalne pieniądze na pozyskanie tylko trzech spośród wymienionych piłkarzy (Alves, Abidal, Villa), bo zarabiane miliony służą ją m.in. do tego, by popełniać transferowe błędy i pospiesznie się z nich wycofywać (46 mln + Eto’o za Ibrahimovicia, 25 mln za Czyhrynskiego, 15 mln za Hleba, 14 mln za Keirrisona etc).

19.06. Prawdopodobny skład gości: Casillas - Sergio Ramos, Pepe, Carvalho, Marcelo - Xabi Alonso, Khedira - Di Maria, Ozil, C. Ronaldo - Benzema. Szkoda, że nie wyleczył się Higuain, bo derby rozpoczęłyby się od perfekcji, czyli najmocniejszych jedenastek. Moim ulubieńcem w Realu jest Mesut Ozil (już się spowiadałem na Twitterze, że coraz częściej przypomina mi, na razie pojedynczymi zawijasami, Zidane’a). Ale kręgosłup Realu w najnowszym wydaniu jest portugalski - to supertrener Mourinho, superasystent od przygotowania fizycznego Rui Faria, supersnajper Ronaldo oraz osłaniająca bramkarza tarcza złożona z Pepe i Ricardo Carvalho.

19.11. Jak Mourinho komuś zaufa, to na całe życie. Ulubionego adiutanta Carvalho zabrał najpierw z Porto do Chelsea, potem próbował wyrwać go do Interu (był na szczycie listy jego oczekiwań transferowych), teraz wreszcie udało mu się odzyskać w Realu. Być może także dlatego, że wie, iż w Realu musi osiągać wielkie cele natychmiast - a Carvalho i rezolutny taktycznie jest, i wie, o co bossowi chodzi.

19.18. W ogólnoplanetarnej żonglerce statystykami (coraz więcej z nich to niesłychany chłam, informuje się już nas nawet o wynikach, jakie padały w GD rozgrywanych 29 listopada...) wymachujemy przede wszystkim trzema megagwiazdami wieczoru. Łączy ich liczba 5 (i 0). 5 razy zagrał z Barcą Cristiano Ronaldo (nie strzelił ani jednego gola). 5 razy z drużynami Mourinho grał Messi (nie strzelił ani jednego gola). 5 razy na Camp Nou przyjeżdżał Mourinho (nie wygrał nigdy). Dziś wszystkie „piątki” zamienią się w „szóstki”. A wiecie, że i wszystkie zera mogą zamienić się w „jedynki”? Bo Leo strzeli, Cristiano strzeli, a Jose wygra?;-)

19.23. Dlaczego podejrzewam, że choć piłkarze się buntują, to Gran Derbi będziemy w poniedziałek oglądać częściej? Czy dlatego, że jako pierwszy pomysł o wyrzuceniu ich poza weekend rzucił jeden macher od telewizji? Zobaczcie, jak szaleje hiszpański internet - w niedzielę byłoby trudniej trzymać lud przykuty do monitorów bez przerwy od samego świtu...

19.34. Składu Realu możemy być pewni, a co do składu Barcy... Pamiętacie, jak kombinował wiosną Guardiola? Jak wypchnął Daniego Alvesa na prawe skrzydło? A gdy okazało się, że Brazylijczyk woli rzucać wyzwanie obrońcom rywala już w pełnym biegu, po uprzednim rozpędzeniu się w okolicach własnej połowy, to trener jedną zmianą zawirował połową drużyny (przesunięcie w przerwie aż czterech piłkarzy, od wspomnianego Alvesa, przez Puyola i Maxwella, po Pedro)?

19.51. Znany cule, premier Hiszpanii Jose Luis Zapatero oryginalnie o swojej drużynie: „Barca stawia na futbol inteligentny i czyni go czymś więcej niż zwykły sport kontaktowy. Jej styl przypomina mi szachy”. Mnie się cytacik podoba. Jak słyszę używane u nas niemal jak obelga porównania do szachów, to słyszę głównie ignorancję porównującego.

20.02. Nie znudziło się wam jeszcze budowanie opozycji Guardiola - Mourinho? Pierwszy to człowiek lewicy, co wynika m.in. z tradycji rodzinnych (uczestniczył kiedyś w produkcji dokumentu „Tydzień z Zapatero”). Drugi to człowiek prawicy, co również wynika m.in. z tradycji rodzinnych (jego stryj, handlarz sardynkami, był znajomym dyktatora Antonia Salazara). Z najpopularniejszych ostatnio epitetów - trenera Barcy Ibrahimović nazwał „Gandhim” i, ironizując, filozofem, trenera Realu kolega po fachu obwołał „Kanalią”.

20.10. Pisałem, że nade wszystko ciekawi mnie Real, ale i ciekawi mnie, jak agresywnym pressingiem na połowie wroga odważy się przycisnąć Barca. „W momencie, w którym Casillas poda piłkę Pepe albo Carvalho, natychmiast ich otoczymy” - obiecuje Guardiola. I chwali kontratak przeciwnika jako najbardziej zabójczy na świecie.

20.29. Kto ma droższą jedenastkę? Jeśli za kryterium przyjąć obowiązkowo umieszczane w hiszpańskich kontraktach klauzule wykupu, to Real jest wart 2,53 mld euro, a Barca 1,44 mld. Real: Casillas (150 mln) Ramos (150) Pepe (120) Carvalho (40) Marcelo (120) Xabi (250) Khedira (150) CR (1000) Ozil (250) Maria (150) Higuain (150). Barca: Valdes (150) Alves (90) Pique (200) Puyol (10) Abidal (90) Xavi (80) Busquets (80) Iniesta (200) Pedro (90) Messi (250) Villa (200). O różnicy decyduje oczywiście miliardowy kaganiec na Ronaldo. Real na tym pułapie wyznaczył granicę, poza którą nie sięga już nawet szaleństwo właścicieli Manchesteru City.

20.54. Składy zgodnie z oczekiwaniami. Zapomnieliśmy o jeszcze jednym - ten mecz ma taką moc, że może przesądzić o Złotej Piłce. Kto jutro będzie pamiętał, co wyrabiał wiosną Sneijder?

21.12. Najpierw plusik dla Barcy, za plan gry oraz geniusz Messiego w jednej akcji - gdyby nie przebiegle wykonany rzut rożny, ten drugi nie trafiłby w słupek. Potem plusior dla Barcy - Iniesta wymyślił asystę na miarę Złotej Piłki, Xavi wżonglował gola na miarę Złotej Piłki. 1:0, zaczyna się z wykopem!

21.25. David Villa+, Ramos-, Casillas-, Pedro+, czyli 2:0, czyli totalna dominacja Barcy, czyli znajdź różnice między wczoraj (Almeria) a dzisiaj (Real Madryt). To zawsze zdumiewa mnie najbardziej - że dwie drużyny z samego szczytu, wąziuteńkiej elity elit, może aż tyle na boisku dzielić...

21.53. W meczu z Barcą dłużej niż Real w pierwszej połowie piłkę utrzymywały w tym sezonie Atletico Madryt, Valencia, Getafe i Villarreal. Na razie zanosi się na to, że domniemani bohaterowie wieczoru utrzymają swoje wielkie zera - Messi nie strzeli gola Mourinho, CR nie strzeli gola Barcelonie, Mourinho nie wygra na Camp Nou. Dwaj pierwsi na razie maleńcy także w incydentach, po których wybuchały awantury i musiał interweniować sędzia. Bez czerwonej kartki ten wieczór się raczej nie skończy. Czy ktoś zauważył mojego Ozila? Czy Mourinho zareaguje w swoim stylu i zmieni w przerwie dwóch ludzi?

22.18. Barcę od Realu dzieli dzisiaj tyle, ile Barcę z Realem dzieli od reszty ligi hiszpańskiej. Dwie urocze asysty Messiego, dwa gole Villi. 4:0. Od teraz można gościom tylko współczuć. Wygrać już nie mogą nic, zebrać kolejne ciosy jak najbardziej, a przede wszystkim - uciec do szatni będzie wolno dopiero za pół godziny. Mourinho zachowuje się tak, jakby bał się następnych czterech bramek - każda zmiana wzmacnia defensywę. Ktoś pamięta, jaką najwyższą porażkę w karierze poniósł?

22.23. Już wiem. Mourinho przegrywał dotąd w najgorszym razie 0:3. Po razie jako trener Benfiki, Porto, Chelsea oraz Interu.

22.52. Koniec. Na 5:0 uderza Jeffren, goście umieją już tylko kopać Messiego. Barcelończycy wniebowzięci, ich drużyna podarowała kolejny bajeczny argument zwolennikom tezy, że jest najwspanialszą od czasów tamtego "holenderskiego" Milanu. Jeśli wyjąć wiosenną porażkę na San Siro z Interem, była w minionych dwóch sezonach niepokonana zawsze, gdy wychodziła na murawę w pełni zmotywowana. Jej wielomilionowe zapędy transferowe zaczną się niebawem wydawać o tyle jałowe, że trudno będzie wymyślić, gdzie jeszcze mogłaby tę swoją supergrupę wzbogacić. Nie dałoby więcej frajdy wyzwanie ambitniejsze - próba złożenia całej "11" z wychowanków?;-) Stay tuned, jeszcze poblogujemy.

23.06. Real? Nie lubię gadaniny o "upokorzeniach", gdy ktoś w sporcie wysoko przegrywa, ale chyba nikt nie wątpi, że piłkarze z Madrytu czują się teraz wręcz poniżeni. W innych okolicznościach pomyślałbym, że żałują, iż na rewanż muszą czekać tak długo. Dziś myślę inaczej: i oni, i Mourinho odetchną z ulgą, że mają sporo czasu, zanim znów każą im porwać się na Barcę. Miejmy nadzieję, że wtedy pokażą więcej klasy. Zwłaszcza gdyby znów mieli przegrać.

23.22. Ostatnio barcelońska chłosta działała tak, że Realowi odechciewało się żyć i przegrywał potem taśmowo, z byle kim. Portugalski wódz ma pełne ręce roboty - przez najbliższy miesiąc jego podkomendnych czekają boje z Valencią, Sevillą i Villarrealem. Na Santiago Bernabeu, gdzie wygrali 24 ostatnie mecze, pomijając oczywiście obowiązkowe lanie po katalońsku. Czy Mourinho zdoła przetrwać ten sezon jako trener, który u siebie przegrał jeden krajowy mecz w karierze?

23.35. Barca - Real w podaniach 684:331. Guardiola poszerza horyzont, powiedział właśnie, że miniony wieczór wieńczy wiele lat. Ma rację - TEJ Barcelony nie pokona nikt, bo TA Barcelona zwiędnie (biologia), zanim ktokolwiek zdąży wznieść potęgę zdolną się jej przeciwstawić. Z perspektywy Camp Nou wszyscy konkurenci zaczynają dziś od zera albo prawie od zera.

Tutaj znajdziecie mój felieton do dzisiejszej Gazety Sport.pl o meczu, który rósł z sezonu na sezon, aż wszystkie inne zmalały przy nim do rozmiarów meczyków, aż stał się Meczem - ktoś na Twitterze ironizował wczoraj, że gdyby wybuchła teraz nuklearna wojna między Koreą Płn. a resztą świata, hiszpańskie media zauważyłyby ją dopiero po ostatnim gwizdku Gran Derbi. Czy raczej - po ostatnim gwizdku El Clasico, bo i opisującą wydarzenie terminologię marketingowa machina propaguje coraz bardziej monumentalną. Gdzie - i kiedy - to się skończy?

niedziela, 28 listopada 2010

Ile obowiązkowego optymizmu nie wycisnęli z siebie fani klubu z Old Trafford, poczucie schodzenia w fazę raczej schyłkową doskwierać im musiało. Drużyna od początku sezonu grała poniżej standardów, do jakich przyzwyczaiła; od dwóch lat nie dołączył do niej żaden klasowy, a więc i drogi piłkarz; wszyscy powoli godzą się z myślą, że wkrótce zejdą z boiska van der Sar, Giggs i Scholes, czyli żywe pomniki, dla których następców nie znajduje się z dnia na dzień; superbohater Wayne Rooney w pełni sezonu wzbudził trzęsienie szatni ze szczytów skali Richtera, nie tylko strasząc ucieczką, ale ogłaszając publicznie, że nie wierzy w możliwości kolegów; permanentny lęk o finansowe jutro wywoływały - i wywołują - postaci egzotycznych w futbolu właścicieli klubu; wreszcie w sąsiedztwie rozpychają się rywale, którzy znienacka stali się obrzydliwie bogaci, na zakupy chodzą wyłącznie luksusowe, biorą niemal każdego, kogo zapragną. Wszędzie zagrożenia, zazwyczaj śmiertelne, znikąd ratunku.

Zarazem jednak Manchester United dłubał sobie punkcik za punkcikiem - a to oskubał wroga na jego stadionie dzięki golom w ostatnich minutach gry, a to przeżył w derbach dzięki taktyce wręcz tchórzliwej, a to przetrzymał trudne chwile mimo nieroztropnej, jak się zdawało, decyzji trenera, by kilka najważniejszych postaci drużyny odetchnęło na ławce lub trybunach. Jak trzeba było, to obiły „Czerwone Diabły” Chelsea w meczu o Tarczę Wspólnoty. Jak trzeba było, to odfajkowały zobowiązania w Lidze Mistrzów - w pięciu kolejkach nie straciły gola, za kilkanaście dni mogą bez strat zakończyć rundę grupową, co byłoby wyczynem bez precedensu. Uniknęli wreszcie wicemistrzowie Anglii porażki w krajowej lidze - jako jedyni w szerokiej europejskiej czołówki obok Realu Madryt i Porto.

Aż nadeszło wczoraj. I wrócił Manchester w najlepszym wydaniu. Nie dlatego, że przyłożył Blackburn aż siedmioma bramki. Dlatego, że się roztańczył do upadłego - zabawiał grą płynną, podania wymieniał zbyt szybko, by widz wychwytywał je bez zawrotu głowy, nie nasycił się wysokim prowadzeniem, gdy stało się jasne, iż pożre trzy punkty, zanim porządnie rozdziawi paszczę.

Tytułu oczywiście jednym show sobie nie zagwarantował, ale jeśli rozejrzeć się po lidze angielskiej, to okazuje się, że to wcale nie Old Trafford się chwieje. Że jeśli gdzieś w ogóle szukać stabilności, to tylko tam. W Chelsea trwa wymiana kadry kierowniczej, odzieranie Carlo Ancelottiego z autorytetu szefa i - ponoć - kuszenie Josepa Guardioli. Arsenal tradycyjnie zdejmuje maskę zwycięzcy wtedy, gdy już prawie wygrał, i przypomina, że najlepiej czuje się właśnie jako prawie-zwycięzca, który zwycięży na pewno i nieodwołalnie, dajemy państwu słowo honoru i w ogóle przysięgamy na życie naszych żon, konkubin i kochanek, ale zwycięży dopiero jutro albo pojutrze. W Manchesterze City też bulgocze, Tottenham nigdy nie zniżał się do uporczywego kolekcjonowania punktów, o z trudem odzyskującym równowagę Liverpoolu szkoda gadać...

Wiem, że dzisiaj łatwo pozycję lidera Premier League skwitować lekceważącym machnięciem ręką - żachnąć się o obniżonym poziomie rozgrywek, skonstatować, że wszyscy wielcy grymaszą jak Dymitar Berbatow, którzy czasem rąbnie pięć goli albo zaczaruje nas kopnięciem na miarę Złotej Piłki, a czasem każdym leniwym niedoruchem zasugeruje, że mu się akurat nie chce, więc postanowił posabotować grę. I ja nawet bym się zgodził z tezą, iż tak wątłego, wrażliwego na ciosy Manchesteru w roli w lidera angielskie boiska nie pamiętają.

Co będzie jednak sprawą drugorzędną, dopóki odporności na ciosy nie utraci Ferguson. Dziś wystarczy byle drobiazg, by spowodować kryzys. Pół kiepskiego meczu, zwycięstwo bez fajerwerków, pochopne bąknięcie piłkarza zamienione w medialne tornado. Gwiazdy żądają coraz więcej, w siłę rosną ich chciwi doradcy zwani agentami, niecierpliwi właściciele drużyn czują się spoliczkowani nawet remisem i sami wywołują zadymę w szatni (patrz Chelsea). Bezcennym atutem staje się postać większa niż klub, która zbudowała autorytet większy niż ktokolwiek w jakiejkolwiek innej drużynie. Kluczowym atutem staje się - wybaczcie żargon wyjęty z nowoczesnych korporacji i szczytów władzy w erze postpolityki - umiejętność zarządzania kryzysami.

Powód do kryzysu poważniejszy niż ten, którym był wybryk Rooneya, trudno sobie w ogóle wyobrazić. A Manchester właściwie wcale go nie zauważył...

13:30, rafal.stec
Link Komentarze (25) »
czwartek, 25 listopada 2010

Grzywnę, owszem, pewnie na nich nałoży. Ale dyskwalifikację dłuższą niż automatyczna, czyli jednomeczowa? Nie sądzę, bo nie znajdzie ku temu żadnych podstaw, których Sportowy Sąd Arbitrażowy w Lozannie nie obaliłby od ręki, bez zbędnego udawania, że jest nad czym rozmyślać. Mam zarazem nadzieję, że UEFA zawieszenia nie wydłuży, bo dałaby kolejny popis niesłychanej hipokryzji.

Piłkarze Realu Madryt celowo sprowokowali sędziego, by dał im żółtą kartkę, a zatem uciekli się do chwytu, do którego ucieka się mnóstwo innych graczy - zbyt wielu, bym wymieniał jakiekolwiek nazwiska (Europa na wyścigi się nimi przerzuca, więc ciekawi niech sobie poguglują, ja nie chcę nikogo ważnego pominąć). I tych boiskowych cwaniaków UEFA karze co najwyżej finansowo.

Co różni epizod z wtorkowego meczu od pozostałych epizodów tego rodzaju? Głównie to, że w Amsterdamie Jose Mourinho nakazał - tak się przynajmniej domyślamy - powygłupiać się swoim ludziom w trakcie gry, a w innych przypadkach podobne decyzje albo zapadają w szatni, albo piłkarz sam postanawia, że się powygłupia, by zabezpieczyć się na przyszłość.

I wszyscy zdają sobie sprawę, iż żadne surowe sankcje na nich nie spadną. Inaczej portugalski trener nie ryzykowałby, lecz przekazywał swoje instrukcje subtelniej.

Wtorkowy incydent przypomina mi wydarzenie z ostatnich sekund ćwierćfinałowego meczu mundialu, w którym Urugwajczycy bronili bramki przed nacierającą Ghaną całymi ciałami. Luis Suarez wyciągnął dłonie nad głowę, zatrzymał piłkę i wyleciał z czerwoną kartką, lecz ocalił drużynę. On również świadomie, ostentacyjnie złamał przepisy, by ponieść karę mniejszą zamiast większej. I „skrzywdził” rywali, którzy odpadli z turnieju.

Madryccy gwiazdorzy we wtorek rywali nawet nie „skrzywdzili”, bo Ajax już wcześniej został znokautowany i stracił szansę na uniknięcie klęski. Nawiasem mówiąc, ja nawet wolę, gdy zawodnicy marzący o żółtej lub czerwonej kartce opóźniają grę albo chwytają piłkę rękami, zamiast faulować i ryzykować, że połamią faulowanemu kończyny.

Mourinho działał otwarcie, bo wie, jak jest, (a na wizerunku Realu jako klubu dżentelmenów najwyraźniej mu nie zależy). Zakładał, że jego gracze zostaną potraktowani jak wszyscy inni. A ja nie umiem wykluczyć, iż działacze UEFA kombinują teraz, jak potraktować Królewskich specjalnie, bo pamiętam łamanie zasad z 2005 roku, po triumfie Liverpoolu w Lidze Mistrzów. Napisałem wtedy do „Gazety” komentarz pt. „Bezprawie dla Anglii”:

UEFA złamała fundamentalną zasadę, że regulaminu nie zmienia się w trakcie rywalizacji. Anglicy jako pierwsza nacja w dziejach wystawią w najważniejszych rozgrywkach pięć klubów, choć ma prawo do czterech. Wystawi pięć klubów, choć kiedy UEFA zarzucano, że w Lidze Mistrzów grają nie tylko mistrzowie, władze obiecywały, że cztery drużyny na kraj to maksymalny pułap, najświętsza reguła nie do obalenia.

Przypomina mi się nóż rzucony przez kibica Wisły w głowę Dino Baggio. Ponieważ do bandyckiego wybryku doszło kiedyś podczas meczu Pucharu UEFA, krakowianie zostali wyrzuceni z europejskich pucharów. Tej wiosny identyczna kara groziła Interowi Mediolan - jego fani zasypali boisko płonącymi racami, zranili bramkarza Milanu Didę, arbiter przerwał spotkanie i już go nie dokończył. Skandal był większy niż w Krakowie, bo kibice Wisły przynajmniej pozwolili piłkarzom grać. Jednak Inter zagra „tylko” cztery razy przy pustych trybunach.

Wiosną wściekaliśmy się, że w europejskim futbolu są równi i równiejsi. Teraz się nie wściekamy, bo cieszymy się szczęściem Dudka. Zresztą rzecz nie w tym, że Liverpool może bronić trofeum, bo bronić go powinien. UEFA nie musiała jednak szukać nadzwyczajnych środków, aby angielski klub ocalić, bo sama ustaliła jasne reguły. Artykuł pierwszy ustęp trzeci regulaminu rozgrywek mówi: „Na prośbę zainteresowanej federacji krajowej zwycięzca Ligi Mistrzów może wystąpić w kolejnej edycji jako jej dodatkowy reprezentant, nawet jeśli nie zakwalifikował się do niej poprzez rodzimą ligę. Jeśli jednak zwycięzca pochodzi z kraju mającego prawo do czterech drużyn w LM, czwarta drużyna z jego ligi MUSI grać w Pucharze UEFA”.

Słowem, czwarty w Premier League Everton powinien trafić do mniej prestiżowego Pucharu UEFA. Europejskie władze odwróciły słynne hasło "dajcie mi człowieka, paragraf się znajdzie". Dziś zasada brzmi: „Dajcie bogatego, a żaden paragraf nie przeszkodzi, by zrobić mu dobrze”.

Wtedy UEFA bogatych wspierała, teraz dzieje się odwrotnie - być może spróbuje bogatym zaszkodzić. Gdyby Serio Ramosa i Xabiego Alonso wyłączyła dodatkowo z meczu następnej rundy LM, znów w pewnym sensie zmieniłaby reguły w trakcie rywalizacji.

Afera moim zdaniem wybuchła przede wszystkim ze względu na Mourinho - w niego obiektyw kamery mierzy, również w lidze hiszpańskiej, przez okrągłe 90 minut plus doliczony czas gry, rejestruje się każde jego westchnienie i kichnięcie, a potem każde westchnięcie i kichnięcie cała planeta szeroko omawia. Portugalczyk ma też od lat na pieńku z sędziami i rozmaitymi komisjami dyscyplinarnymi, które karały go bardzo często. Gdyby identycznie w Amsterdamie zachował się trener Bursasporu, nikt by tego nie zauważył.

22:15, rafal.stec
Link Komentarze (47) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Archiwum
Tagi