RSS
niedziela, 30 listopada 2008

Zgodnie z zapowiedzią daję felieton do poniedziałkowej „Gazety Sport” o końcu pewnej epoki w polskiej lidze. Zapraszam do lektury tutaj. I dyskusji. I oczywiście wspomnień:

17:59, rafal.stec
Link Komentarze (32) »

W maju piłkarze Wisły Kraków zdobyli mistrzostwo. I nastąpiło pół roku ciężkich tortur, w których przegrywają już wszystko, co chciałby wygrywać klub o ich aspiracjach. Naprawdę słodko smakowało chyba tylko zwycięstwo nad Barceloną, zwycięstwo na dobrą sprawę towarzyskie, bo szanse na awans do Ligi Mistrzów stracili wcześniej.

Z Legią przegrała „Biała Gwiazda” i finał Pucharu Polski, i półfinał Pucharu Ekstraklasy, choć właściciel Bogusław Cupiał pożądał kompletu krajowych trofeów.

Z Adamem Kokoszką - utalentowanym obrońcą, który dał dyla do włoskiego Empoli - przegrała przed sądem i nie dostała za niego złamanego grosza.

Z ekonomicznymi realiami przegrała letnią kampanię transferową - poza Kokoszką sprzedała reprezentanta Polski Dariuszem Dudkę, nie znajdując potrzebnych zrozpaczonego wąską kadrą trenerowi Skorży bramkarza, napastnika oraz skrzydłowych.

Z Tottenhamem przegrała (znów!) rywalizację o fazę grupową Pucharu UEFA, choć rywale ugniatali wówczas dno ligi angielskiej i przegrywali dosłownie z każdym. Poza krakowianami.

Z Lechem Poznań oraz Legią przegrała oba szlagiery ligowej jesieni, tracąc na domiar złego punkty z tercetem najsłabszych w Ekstraklasie - Cracovią (derby!), ŁKS-em oraz Górnikiem. (Przez co do dziś uzbierała aż 14 punktów mniej niż po 16 kolejkach poprzedniego sezonu).

Wreszcie z kryzysem finansowym przegrał Cupiał - należąca do niego Tele-Fonika, czwarty producent kabli w Europie, zapowiedział grupowe zwolnienia - co raczej nie zapowiada wzmożonych inwestycji w klub.

To wyimek z felietonu do poniedziałkowej „Gazety Sport” o schyłku całej epoki w polskiej lidze, nad którym właśnie pracuję. Daję go, bo wydał mi się uderzający - nie do końca zdawałem sobie sprawę ze skali nieszczęść Wisły piętrzących się w ostatnich miesiącach. Jak całość wpadnie na Sport.pl - pewnie dopiero jutro - to włożę tutaj linka.

10:48, rafal.stec
Link Komentarze (18) »
piątek, 28 listopada 2008

Moją cypryjską szajbę, karmioną wspomnieniem wstrząsającego bezbramkowego remisu z Gdańska, znacie. Spowiadałem się z niej na blogu, ogłosiłem futbolową wojnę polsko-cypryjską i ostrzegłem, że będę ją pilnie relacjonował.

Wieści znów nie są dobre. Anorthosis Famagusta w Lidze Mistrzów zremisował, Lech Poznań w Pucharze UEFA przegrał (oczywiście bohatersko i po męczeństwie), więc w europejskim rankingu klubowym wrogowie wciąż się oddalają. Ewentualny pościg może zająć nam lata. Piszę „ewentualnie”, bo na razie oglądamy ucieczkę Cypryjczyków. Szokująco wygląda czołówka klasyfikacji za bieżący sezon, z której wynika, że kumple Sosina (a może fałszywi kumple) bezczelnie szturmują sam europejski szczyt:

1. Hiszpania             8,562

2. Anglia                  8,444

3. Włochy                8,000

4. Francja                 7,000

5. Niemcy                6,937

6. Ukraina                6,375

7. Cypr                     6,333

    ---------

16. Polska                 3,666

Są też jednak wieści dobre, by nie powiedzieć - bardzo dobre. Otóż 16. miejsce ligi polskiej w tej edycji europejskich pucharów jest nie tylko wyższe od skandalicznie słabego z poprzedniego sezonu (wyprzedziła ją nawet bośniacka), ale w ogóle najlepsze od wielu lat. Nasze kluby wykonały nagły - i dość okazały - skok ku czołówce. Sprawdziłem ich osiągi po pamiętnej jesieni 1997 roku, kiedy dzięki Widzewowi Łódź po raz ostatni kibicowaliśmy rodakom w Lidze Mistrzów:

sezon 2008/09        16. miejsce

sezon 2007/08        30. miejsce

sezon 2006/07        21. miejsce

sezon 2005/06        35. miejsce

sezon 2004/05        27. miejsce

sezon 2003/04        20. miejsce

sezon 2002/03        10. miejsce

sezon 2001/02        18. miejsce

sezon 2000/01        23. miejsce

sezon 1999/00        20. miejsce

sezon 1998/99        18. miejsce

sezon 1997/98        24. miejsce

Ten jedyny w ostatnich 12 latach lepszy od obecnego sezon polskich klubów przypadł na czas, gdy Wisła Kasperczaka, Żurawskiego, Kosowskiego i Uche rozbijała się po polach karnych Schalke, Parmy i Lazio. Wcześniej i później zawsze było albo beznadziejnie, albo bardzo źle, porażki planowane przeplatały się z klęskami w Gruzjach, Macedoniach czy Łotwach. Wystarczyło uniknąć zawstydzających wpadek na peryferiach, awansować do fazy grupowej Pucharu UEFA i pokonać w meczu praktycznie bez stawki Barcelonę (dzięki ci, Wisło), by wrócić przynajmniej na pułapy średnie, czyli nieobciachowe. Szkoda, że na razie nie w klasyfikacji generalnej.
14:48, rafal.stec
Link Komentarze (35) »
czwartek, 27 listopada 2008

Pod poprzednią notką dyskutujecie o tym, czy Liga Mistrzów w obecnej postaci nie zachwyca, czy jednak zachwyca. Swojego głosu nie dam (stali czytelnicy wiedzą, że mnie zachwyca), odniosę się tylko do popularnych wśród kibiców lamentów, że nic się w niej nie zmienia, że wciąż grają ci sami, że każdy sezon do złudzenia przypomina poprzedni, bo pewnego dnia Chelsea znów wpada na Liverpool i co ma ekscytować, przynudza.

Trochę mierzi mnie ta gadanina.

Akurat Chelsea z Liverpoolem rzeczywiście wpadały na siebie ostatnio irytująco często, ale generalnie rzekomy zastój w ścisłej europejskiej czołówce jest nie wiedzieć skąd wytrzaśniętą legendą miejską. I co z tego, że dziś rządzą kluby angielskie (może jeszcze trochę porządzą), skoro wczoraj rządziły hiszpańskie, a przedwczoraj włoskie? Ruch na szczycie wcale nie słabnie:

1) Odkąd istnieje Liga Mistrzów nigdy nie zdarzyło się, by jej triumfator obronił tytuł. Ba, od 2001 roku żaden finalista nie zdołał w następnym sezonie ponownie dotrzeć do finału.

2) Ostatni zwycięzca - Manchester United - odzyskał prymat po dziewięciu latach i zaledwie drugi raz doczłapał do finału.

3) Ostatni przegrany finalista - Chelsea - nie dotarł do finału nigdy wcześniej.

4) Triumfator sprzed dwóch lat Barcelona wygrał rozgrywki dopiero drugi raz w historii.

5) Od początku stulecia 16 miejsc w finałach (osiem edycji LM) zajęło aż 13 klubów. Więcej niż raz w finale wystąpiły tylko Liverpool i Milan. To jest wymienność pozycji wręcz totalna, Rinus Michels nie umyśliłby tego lepiej.

6) Najmocniejszy w Europie na przełomie wieków Real Madryt od czterech (!) sezonów nie umie wyściubić nosa poza 1/8 finału.

7) Najmocniejszy w Europie po abdykacji Realu Milan w zeszłym sezonie też nosa nie wyściubił poza tę samą rundę, a do bieżącej edycji w ogóle się nie zakwalifikował.

8) Od blisko dekady mniej więcej co drugiej wiosny oglądamy w finale absolutnych debiutantów na tym poziomie rozgrywek - ostatnio Chelsea, wcześniej Arsenal, Monaco, Bayer Leverkusen, Valencia.

9) Do całej ławy żółtodziobów w finale można dołożyć żółtodziobów w półfinale - Leeds United, Deportivo La Coruna czy Villarreal.

10) Jeśli spuścić wzrok na doły Ligi Mistrzów, też robi się coraz różnorodniej, wstęp do elity ma i klub z metropolii, i z pipidówy. W trwającej edycji oglądamy aż pięciu debiutantów oraz przedstawicieli aż 17 krajów, co jest rekordem rozgrywek w obecnej formule.

Dość. Dowodów na nieustający ruch w mieniącej się wszystkimi kolorami kontynentu Lidze Mistrzów znalazłoby się mnóstwo, wystarczy pamięć nieco bardziej rozwinięta niż pamięć akwariowej rybki, dla której świat co kilka sekund zaczyna się od początku. Jedynym motywem rzeczywiście stałym jest hegemonia tercetu angielsko-hiszpańsko-włoskiego, którą i tak urozmaicają rewolucje w tabelach krajowych lig. Pamiętacie, kiedy ostatnio w komplecie do 1/8 finału dobrnęli reprezentanci Primera Division? W sezonie 2003/2004. Realowi Madryt sekundowały wówczas... Deportivo, Celta Vigo i Real Sociedad. Dwa ostatnie kluby giną dziś w drugoligowym zapomnieniu... (Leeds - pamiętacie tamtą pakę?! - utonęło w trzecioligowym). Wróciło za to madryckie Atletico, które rywalizacji w elicie nie zaznało od czasów starożytnych, w których nawet mistrzowie Polski potrafili wepchnąć się między wielkich.

Gdyby uznać LM naszych czasów za nudną z powodu przesadnie stabilnej czołówki, musielibyśmy umierać z nudów przy niemal wszystkich istniejących rozgrywkach klubowych. Począwszy od ligi angielskiej (liczą się właściwie tylko Londyn i Manchester), hiszpańskiej (Barcelona i Madryt) czy włoskiej (Mediolan, Turyn i Rzym), a skończywszy na polskiej (Kraków i Warszawa).

Mnie brakuje dziś we współczesnej Lidze Mistrzów tylko jednego - drużyny naprawdę niezwykłej, jakby wziętej z innej epoki, zdolnej do utrzymania fenomenalnej formy przez dłużej niż sezon. Może wreszcie potrafiącej obronić tytuł? Inspirującej do ponadnarodowego wrzasku „Bij mistrza”?

16:28, rafal.stec
Link Komentarze (102) »

Kto lubi, niech się łudzi. Niech sobie roi, że Cypryjczycy i zagraniczne Cypryjczyków posiłki (znaczy Anorthosis) zdobędą za dwa tygodnie Ateny, a potem, przed losowaniem 1/8 finałów, zaczną marzyć o nich europejskie potęgi. Realiści już wiedzą - prawdziwych sensacji w Champions League znów nie będzie. Prawdziwych sensacji, czyli wstrząsów na 17 fajerek w skali Richtera, wywołanych strzałami drużyn dotąd ewidentnie trzecioligowych wymierzonymi w bramki poważanych pierwszoligowców. Nie przeżyliśmy takich, o czym swego czasu już marudziłem, od jesieni 2002 roku, gdy szwajcarski Basel dawał kopa Liverpoolowi, by zaraz potem napędzić stracha Juventusowi.

Dziś może się komuś wydawać mętnawo jakoś. Na kolejkę przed końcem rundy grupowej aż 13 drużyn zagwarantowało sobie awans, a jeśli co opieszalsi mocarze - Chelsea czy Roma - sobie nie zagwarantowali, to nie zagwarantowali sobie pozornie i czysto teoretycznie, by posymulować zabawę ciut dłużej, przez kilka co najwyżej dodatkowych kopnięć. Za dwa tygodnie wygrają i będą spokojnie wyczekiwać wiosny. Angielskie kluby zagrają w 1/8 finale wszystkie, hiszpańskie też wszystkie, włoskie prawie wszystkie, przy czym „prawie” wynika wyłącznie z natknięcia się Fiorentiny na doświadczonych jedynaków z Francji (Lyon) i Niemiec (Bayern). Wypasionym milionami faworytom zdarzają się w najgorszym razie pojedyncze wpadki. I hałaśliwie reklamowana przez szefa UEFA Michela Platiniego reforma europejskich pucharów tendencji nie odwróci, bo przeforsowane przez niego kosmetyczne zmiany - jak sugerowałem przed sezonem - najpotężniejszych jeszcze wzmocnią.

Co nie oznacza bynajmniej, że Europa się Ligą Mistrzów - powtarzalną, bezniespodziankową - znudziła lub za pięć minut znudzi. Wielkim się nie znudzi, bo daje szansę na triumfy godne ich aspiracji. Małym się nie znudzi, bo frajdę dają im sukcesiki, choćby mikroskopijne.

Rumuńscy fani Cluj nie będą rozpaczać nad ostatnim miejscem w grupie, lecz wspominać wyjazdowe zwycięstwo nad Romą bądź remis z Chelsea. Duńscy fani Aalborga obleją awans do Pucharu UEFA kosztem Celticu Glasgow, w minionych sezonach pokonanego dopiero przez Barcelonę i Milan. Cypryjscy fani Anorthosisu chyba nigdy nie ustalą, jaką datę uznać za nowe święto narodowe, bo nadają się wszystkie - i te od wygranych nad Olympiakosem czy Panathinaikosem, i te od remisów z Interem czy Werderem. Wreszcie białoruskich fanów BATE Borysów, jeśli wolną mi zerknąć w ich dusze, wniebowzięła zapewne sama okazja, by zobaczyć z bliska jego wysokość Real Madryt i powalczyć z nimi o remis albo wydrzeć punkcik Juventusowi. Słowem, każdemu biednemu nowicjuszowi dostało się coś smacznego. Niby nudno, a same delicje.

O tak, Liga Mistrzów - moim zdaniem utwór niemal skończony, nie zniósłbym regresu do dawnego Pucharu Europy - trzyma się świetnie. Nawet jeśli na kolejkę przed końcem rundy grupowej rozstrzygnęło się właściwie wszystko. Jesień pozwala pobrykać szarakom, wiosna ściera gigantów.

A jeśli nam niekiedy doskwierają nudności, to szukajmy przyczyn w sobie - naszych kopaczy przy tym stole po prostu w ogóle nie ma, nie skapnie im najmarniejszy nawet ochłap. Nie dlatego, że nas nie stać. Mistrzom Białorusi - nigdy dość przypominania, będę się powtarzał jak Liga Mistrzów - wystarczył budżet nie większy niż budżet Odry Wodzisław.

01:50, rafal.stec
Link Komentarze (50) »
środa, 26 listopada 2008

Dwaj byli reprezentanci Polski (jeden wystąpił na mundialu), dziś obecni w futbolu już w innych rolach (jeden jest trenerem), na widok rozgrzewającego się przed meczem z BATE Borysów Fernando Gago zarechotali. Gago?! Kto to jest Gago?! Chyba Radio Ga Ga? Nooo, to Real musi mieć ciężko, że wystawia jakiegoś Gago...

Nie mogę zdradzić, kto i w jakich okolicznościach rechotał, ale pal sześć, nazwiska to sprawa drugorzędna. Kluczowe dla mojego wywodu jest, że duet Znanych Postaci w Polskiej Piłce po raz pierwszy w życiu ujrzał we wtorkowy wieczór podstawowego pomocnika Realu Madryt i reprezentacji Argentyny, że był zdumiony, że głośne futbolowe nazwisko skojarzyło mu się tylko z tytułem rockowego szlagieru.

Doświadczyłem już swego czasu telewizyjnego eksperta od Ligi Mistrzów Janusza Wójcika, który za wystrzeliwaniem frazesów chował kompletny brak orientacji, kto gra w Juventusie, a kto w Manchesterze. Przywykłem, że nasi fachowcy mają horyzonty ograniczone do naszej ligi i pewnie bym w ogóle tematu nie podejmował, gdyby nie dzisiejszy cytat z Franciszka Smudy. Trener Lecha Poznań tak zapowiada meczu Pucharu UEFA z CSKA Moskwa: (...) Rosjanie grają agresywnie i dynamicznie, nie tak technicznie. Z Interem lub Barceloną Lechowi byłoby chyba łatwiej. Bo im rywal silniejszy fizycznie, tym dla nas gorzej.

Nie wiem, czy z techniczną Barcą rzeczywiście byłoby poznaniakom łatwiej, bardziej uderzyło mnie odwołanie do Interu. Do drużyny pancernej, złożonej z wielkoludów o niebywałej kondycji, od kilku lat - i za trenera Manciniego, i za Mourinho - właśnie zgniatającej rywali swoją atletyczno-gabarytową przewagą. Kto wie, czy w całej w europejskiej czołówce nie jest zespołem fizycznie najpotężniejszym.

Skąd wytrzasnął swoją wiedzę o Interze trener Lecha? Ze stereotypu? Ze wspomnień sprzed 10 lat, kiedy prowadził na mediolańczyków Wisłę (zresztą poczynał sobie całkiem dobrze)? Zasłyszał w telewizorze?

Właściwie nie o Smudę mi chodzi, lecz o refleksję ogólniejszą, która nachodzi mnie także pod wpływem opowieści o prowadzącym Arsenal Wengerze, maniaku oglądającym mecze na okrągło (Mam wolny wieczór? Świetnie, wreszcie obejrzę te DVD ze starymi meczami, które leżą na biurku od tygodnia.) Nasi trenerzy - i nie tylko trenerzy - często międzynarodowy futbol z zasady ignorują. A czy pilne śledzenie wyczynów czołowych drużyn świata nie byłoby dla nich wzbogacające? Czy nie zdołaliby na piłkarskich planetach tak odległych niczego podpatrzeć?

A może nie mogliby, bo Inter i Lech to zjawiska z innych światów? A może są zbyt zajęci swoją robotą - tutaj, w Polsce - i na niej powinni się koncentrować? Może w wieczory środowe, gdy szaleje Liga Mistrzów, albo w niedzielne, gdy szaleją Barca z Realem, powinni odsapnąć? Co myślicie?

15:32, rafal.stec
Link Komentarze (36) »
wtorek, 25 listopada 2008

Nie tylko Polaków obchodzi, co sądzą o nich inni. W poniedziałkowy wieczór zainspirowani przez trenera Jose Mourinho Włosi debatowali w Rai3, dlaczego ich liga piłkarska - nie tak dawno temu bezwzględnie najmocniejsza - przestała zachwycać resztę świata. I nie opierali się na wrażeniach czy przeczuciach, lecz twardych faktach. W tym sezonie np. po raz pierwszy od wielu lat nie zdołali sprzedać praw do transmisji Niemcom czy Anglikom.

Z ich zgryzotą korespondują - bo przypominają także o finansowej zapaści calcio - wyniki raportu agencji Sport+ Markt, która badała zyski największych lig z merchandisingu (zależnych od sukcesów sportowych, pomysłów na handel wizerunkiem, wyglądu stadionów i bogactwa ich komercyjnej oferty, liczby kibiców w kraju i za granicą etc). Najlepsi rocznie zarabiają:

1. Premier League (Anglia)          171 mln euro

2. La Liga (Hiszpania)                  145 mln

3. Bundesliga (Niemcy)                127 mln

4. Ligue 1 (Francja)                      64 mln

    Serie A (Włochy)                      64 mln

6. Eredivisie (Holandia)                  22 mln

7. Liga Sagres (Portugalia)             5,5 mln

Upadek ligi włoskiej, która dała się już doścignąć francuskiej i wyraźnie zdystansować trójce liderów, jest szokujący. I jeszcze jedno ciekawe zestawienie, klasyfikujące futbolowe potęgi według rocznych wydatków kibiców na klubowe pamiątki i w ogóle wszelkie produkty opatrzone ulubionym herbem. Anglik wydaje 65,4 euro; Holender - 46,5; Hiszpan - 44,9; Francuz - 42,6; Niemiec - 35,4; Włoch - 23,3.

17:32, rafal.stec
Link Komentarze (42) »
poniedziałek, 24 listopada 2008

Pamiętacie skargi piłkarzy AS Roma, że Cristiano Ronaldo w meczu Ligi Mistrzów zachowywał się na boisku arogancko, prowokując ich i szydząc z nich zbędnymi technicznymi trikami (w domyśle - dla nich nieosiągalnymi)? - On jest wielkim mistrzem, ale i wielkim zarozumialcem. Niektóre z jego sztuczek w środku boiska nie były konieczne. Przeciwnikowi trzeba okazywać szacunek - mówił wówczas David Pizarro. I rzucił coś w rodzaju pogróżki przed rewanżem, sugerując, że z Portugalczykiem jeszcze nie skończył, że na Old Trafford będzie miał mu jeszcze coś do powiedzenia.

Tym razem to Ronaldo miał ponoć zostać poniżony. Piszę „ponoć”, bo uważam słowo „poniżony” za nieadekwatne, ale lubujący się w wirtuozerskich drobiazgach Brazylijczycy nie mają wątpliwości - megagwiazdor Manchesteru United dostał po łapach. Podczas środowego sparingu „Canarinhos” z Portugalią stoper gospodarzy Thiago Silva (jeden z kandydatów na następcę Paolo Maldiniego w Milanie) efektownie przerzucił piłkę nad głową sławniejszego rywala, zakładając mu klasyczne sombrero we własnym polu karnym:

Ronaldo w przegranym 2:6 meczu wiele nie zdziałał. Sfrustrowany bardzo ostro walczył o piłkę, próbując agresywnych wślizgów, wymierzonych zwłaszcza we wspomnianego Thiago Silvę. - Gdybym nie uskoczył, złamałby mi nogę - mówił brazylijski obrońca, który po meczu nie przyjął przeprosin od rywala. - On stracił kontrolę nad sobą, bo kompletnie wyłączyliśmy go z gry. Nie zaakceptuję przeprosin od takiego faceta. On musi dorosnąć.

A Brazylijczycy triumfują. Przyjechał do nas najlepszy piłkarz świata? Szpaner, który lubi się popisywać technicznymi bajerami? Nam wystarczy byle obrońca, żeby go przyćmić i jeszcze tak zezłościć, że zacznie się zachowywać jak zwykły sfrustrowany brutal.

A Ronaldo poczuł, jak to jest, kiedy na boisku pozostaje ci tylko patrzeć na świetnie się bawiących rywali. To dla niego nowość. Pal licho, że nie strzelił gola. Oni jeszcze nigdy ani w reprezentacji, ani w Manchesterze United nie przegrał meczu tak wysoko...

18:32, rafal.stec
Link Komentarze (72) »
niedziela, 23 listopada 2008

Niełatwo znaleźć w polskim sporcie działaczy z wizją, rozentuzjazmowanych i skorych do energicznego działania, zapracowanych, intelektualnie zdolnych do podjęcia najpoważniejszych wyzwań. Na szczęście nieliczne rarytasy z szarawej działaczowskiej masy da się wyłowić.

Podczas igrzysk olimpijskich przeprowadziliśmy - Radek Leniarski i ja - wywiad z dyrektorem departamentu sportu kwalifikowanego i młodzieżowego Ministerstwa Sportu Tomaszem Marcinkowskim, który w Pekinie - przepraszam za uproszczenie  - liczył punkty i wyciągał z nich wnioski. Jego praca nie została doceniona. Marcinkowski został po wywiadzie przez ministra Drzewieckiego urlopowany (o czym zapomniałem was dotąd poinformować) i jego przyszłość pozostaje niepewna. Radek wpadł na niego niedawno w ministerstwie, ale odpowiedzi na rzucone „dzień dobry” nie usłyszał.

W ubiegłym tygodniu pojechałem do Krakowa i w kawiarni „Wierzynek” dałem się obszernie wypowiedzieć Zbigniewowi Lachowi, najstarszemu (69 lat) członkowi nowego zarządu PZPN. Zainspirowała mnie jego porywająca wystąpienie wygłoszone na niedawnym zjeździe wyborczym związku. Liczyłem, że znów przemówi porywająco. Nie pomyliłem się. Efekt naszego spotkania jest imponujący, choć lojalnie uprzedzam - wywiad okazał się bardzo długi.

Mówił mi Lach: Będzie mi Michał [Listkiewicz - red.] truł, że ledwie znał „Fryzjera”... Sranie w banie. Doskonale go znali wszyscy. Nawet się zastanawiałem, dlaczego Listkiewicz ma taki wpływa na wszystkich, przecież zaczynał jako dziennikarz, niewysokich zresztą lotów.

Albo: Czy sprzedajni wciąż gwiżdżą? Młodzi przyszli. Jeszcze gorsi. Starsi poszli na kolację, popili, oni piłkę kochali. A dzisiaj młodzież od razu pyta, ile można zarobić. Teraz idei, miłości do futbolu nie ma. Czuję to nosem.

I jeszcze: Zmiany? W tym towarzystwie będzie o nie trudno. Antek Piechniczek we Wiśle sobie siedzi. Drugi wiceprezes w Chorzowie, trzeci w Lublinie. O dupę rozbić to wszystko.

Całość tutaj. Od prawdziwych, wytrwałych kibiców, którzy przeczytali oba (także tamten z Marcinkowskim), chciałbym dowiedzieć się, kogo cenią wyżej. Kto wywiera większe wrażenie, po kim polski sport może sobie więcej obiecywać, czyja myśl sięga głębiej, czyja zgrabniej ubrana w słowa, czyje wnioski zdają się wam świeższe. Słowem, krótkie trenerskie: na kogo stawiacie?

22:04, rafal.stec
Link Komentarze (20) »

Na półmetku sezonu (przeczytajcie, dlaczego mimo zimy liga wciąż gra) nie ma żadnego powodu, by fetować nagły wzlot ligowców i wmawiać sobie, że wreszcie wspięli się na przyzwoity poziom europejski. Ale co do jednego jest pewność: zrobiło się pasjonująco.

Ścisku zamykającego aż czterech liderów na dystansie jednego punktu w nowoczesnej historii polskiej ligi - czyli przy obecnym systemie rozgrywek - nie przeżyliśmy nigdy. Luźniej było nawet jesienią w 2006 roku, kiedy po sensacyjne mistrzostwo parło Zagłębie Lubin. Wtedy zaskakujące zwroty zawdzięczaliśmy zapaści potęg - Legii i przede wszystkim Wisły. Teraz niespodziewanego lidera - Polonię - naciska trio najbogatszych ligowych mocarstw. Likwidacja Groclinu symbolicznie zakończyła epokę kolosów z małych miasteczek. Rządzą metropolie. Kluby, które ściągają albo będą ściągać na trybuny tłumy kibiców.

Fani potrzebują gwiazd (bądź, jak kto woli, lokalnych gwiazdek). I je dostali. Bezdyskusyjnie największą, mimo nieudanego finiszu rundy jesiennej, jest Paweł Brożek z Wisły. Ściga go - także w reprezentacji, kiedy mieliśmy tam głównych kanonierów z ligi?! - Robert Lewandowski z Lecha. Polonia wiwatuje na cześć Filipa Ivanovskiego - snajpera niepozornego i niezbyt szybkiego, ale wszechstronnego, skutecznego, do goli dokładającego asysty. W Legii najznakomitszy gracz stoi w bramce. Bez Jana Muchy ani nie wygrałaby szlagieru z Wisłą, ani nie ocaliłaby punktów w kilku innych meczach. Utknęłaby gdzieś w połowie tabeli.

Ich wybraliśmy na asów pretendentów do tytułu i umieściliśmy na okładce poniedziałkowej „Gazety Sport”. Jeśli nie ma wśród nich najlepszego jesienią rozgrywającego Semira Stilicia, to tylko dlatego, że chcieliśmy uhonorować wszystkich czterech liderów. Także mistrza jesieni.

PS Na drugim końcu tabeli też jest sensacyjnie - czy Górnik zsunie się do drugiej ligi, czy wraz z nim upadnie trener Kasperczak?

19:32, rafal.stec
Link Komentarze (13) »
 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum
Tagi