RSS
piątek, 30 listopada 2007

Już w ten weekend może się okazać, że najtrudniejszym rywalem, na jakiego mistrz Polski AD 2009 wpadnie w eliminacjach Ligi Mistrzów, będzie norweski Rosenborg. Ewentualnie szwajcarski FC Zurich.

O nadchodzącej rewolucji uprzejmie donoszę, bo jej losy rozstrzygają się w cieniu niedzielnego losowania grup Euro 2008 (w tym samym miejscu - Lucernie), więc mniej uważni kibice mogliby sprawę przeoczyć.

Wszystko zaczęło się przed wyborami prezesa UEFA. „Precz z dyktaturą pieniądza, precz z oligopolem najbogatszych klubów, trzeba wrócić do korzeni i przywrócić piłce nożnej jej romantyczny wymiar” - nawoływał w kampanii wyborczej kandydat Michel Platini. Brzmiał jak nawołujący lud do przewrotu polityk, który nawet stawia całkiem sensowne diagnozy, lecz proponowane terapie nie mają żadnego związku z rzeczywistością, więc obiecuje gruszki na wierzbie. I wygrał.

Platini kreślił wizję przewrotu w Lidze Mistrzów. Chciał zabrać bogatym, by oddać biednym. Okroić rozgrywki z potęg angielskich, hiszpańskich, włoskich etc, by zaprosić kluby z drugiego europejskiego szeregu.

Stopniowo jednak rewolucyjny zapał Francuza gasł. Krezusi stawiali twardy opór, a pójść na ustępstwa byli gotowi pod jednym warunkiem - jeśli zyskają coś w zamian.

Dlatego zamiast rewolucji Champions League czeka rewolucyjka. (Szczegóły tutaj. Po włosku, ale to najczytelniejsza grafika, jaką znalazłem.) Owszem, o pięć miejsc w fazie grupowej będą się bili - w trzech rundach wstępnych - mistrzowie z lig sklasyfikowanych między 16. a 53. pozycją w rankingu UEFA. Ale zyskają też potentaci, bo nawet trzecie miejsce w kraju wystarczy im, by zakwalifikować się do LM bezpośrednio, bez konieczności mordowania się w eliminacjach. Sezon rozpoczną później, będą mieli dłuższe wakacje. Gdyby nowy system obowiązywał już w bieżącym sezonie, latem kwalifikacje ominęłyby Sevillę, Liverpool oraz Lazio. Bezpośredni awans uzyskałyby już nie 16, lecz 22 drużyny.

Zmiany, o ile UEFA w ogóle je zaakceptuje, wejdą w życie w 2009 roku. Straci na nich nie kasta najbogatszych, lecz wyższa klasa średnia. Rosja, Ukraina, Czechy, Portugalia, Holandia, Grecja, Turcja. No i czwarte drużyny z najsilniejszych lig.

Ale mistrz Polski zyska ogromnie. Z naszego punktu widzenia byłaby to nie rewolucyjka, lecz rewolucja.

Nasz mistrz nigdy nie wpadłby na Barcelonę, Juventus czy Arsenal. Ba, nigdy nie wpadłby na wymienionych dwa akapity temu rywali z wyższej klasy średniej. Byłby dolosowywany do grupy mistrzów z lig sklasyfikowanych na miejscach 16-53 w rankingu UEFA.

W tym roku byłyby to m.in. FC Zurich, Lewski Sofia, Beitar Jerozolima, Rosenborg, Salzburg, Crvena Zvezda, FC Kopenhaga, Elfsborg, Dinamo Zagrzeb. Z drużynami tej klasy Zagłębie Lubin biłoby się o pięć miejsc w Lidze Mistrzów.

Przegłosują?

Ja nie dowierzam, zresztą nikt tak naprawdę nie zna detali trzech projektów, które ma rzucić na stół Platini. Ale może jednak?

PS. Z ostatniej chwili: przegłosowali!!!

14:04, rafal.stec
Link Komentarze (23) »
czwartek, 29 listopada 2007

Lojalnie uprzedzam: to będzie smutny kawałek. Kto nie lubi klimatów siatkarskich melancholijno-przynudzających, niech kliknie gdzie indziej.

Kilka dni temu zadzwoniłem do trenera Raula Lozano, a ten chyba po raz pierwszy od przyjazdu do Polski wyznał, że martwi się formą siatkarzy. Wczoraj Sebastian Świderski powiedział kolegom po fachu z „Przeglądu Sportowego”, że czuje się zmęczony, że drużynie brakuje entuzjazmu, więc na preeliminacje olimpijskie wyrusza „pełen obaw”. Ja w tym czasie jechałem do węgierskiego Szombathely, gdzie ów turniej się odbywa.

I entuzjazmu też nie potrafiłem z siebie wykrzesać.

Czytelnicy często zazdroszczą dziennikarzom oglądania z bliska wszystkich najważniejszych imprez. Mają rację, ten fantastyczny zawód daje fantastyczne możliwości. I w naszej pracy bywają jednak momenty, gdy raczej odrabiasz pańszczyznę niż pracujesz podfruwając, niesiony adrenaliną i emocjami. Tak jest właśnie z turniejem w Szombathely.

Siatkarze niewiele mogą tutaj wygrać, bo to tylko wstęp do prawdziwych kwalifikacji olimpijskich, natomiast przegrać mogą wszystko - ewentualna klęska byłaby katastrofą. Drużyna wysyła sygnały niepokojące, sprawia wrażenie pogrążonej w depresji. W dodatku w najbliższy weekend cała Polska będzie się pasjonować powrotem na skocznię Małysza i losowaniem grup Euro 2008, a nie jakąś podrzędną siatkarską imprezką ze słabeuszami pokroju Danii. I wreszcie - tutaj, na Węgrzech, odbijanie piłki rękami mało kogo obchodzi, więc już teraz - na chwilę przed wyjazdem na halę - boję się przygnębiącej pustki na trybunach.

Moje zwierzenia pewnie brzmią nieco ryzykownie, ale nie spisuję ich na blogu, by skarżyć się na własny los. Opisując swój stan ducha usiłuję raczej wyobrazić sobie - wspólnie z Wami - jak trudny moment przechodzą siatkarze. Oni wejdą do tej samej hali i zobaczą tę samą głuchą pustkę na trybunach. Zobaczą ją dzisiaj, w piątek, sobotę i niedzielę. Oni bardziej niż my uświadamiają sobie, że konieczność grania z Danią czy Węgrami jest dla nich sportową degradacją. Są wściekli, bo sezon mieliby wyczerpujący nawet bez tych meczów. Ich bardziej boli wspominanie, że jeszcze pół roku temu myśleli wyłącznie o pokonaniu Brazylii a igrzyska olimpijskie utożsamiali z wyścigiem po medal. Im trudniej nie popaść w rozpacz, jeśli czują, że jest źle, ale nie mają pojęcia, dlaczego.

Wiem: siatkarze sporo zarabiają, są sławni i lubiani, wiodą słodkie pozaboiskowe życie, więc nie ma co się nad nimi użalać, że muszą rzetelnie wykonywać swój zawód. Wypada raczej oczekiwać hartu ducha i umiejętności przezwyciężania własnej słabości.

Ale to też są ludzie. Ludzie, którzy wpadli w poważne tarapaty.

Dlatego dzisiaj serio obawiam się o ich najbliższą sportową przyszłość, a zarazem myślę sobie, że gdyby się jednak podnieśli, wygrali turniej w Szombathely, a w styczniu awansowali na igrzyska, to - biorąc pod uwagę okoliczności - odnieśliby naprawdę niebylejaki sukces.

Nawet jeśli jeszcze przedwczoraj nie interesowało ich nic niż poniżej medalu.

13:31, rafal.stec
Link Komentarze (34) »
wtorek, 27 listopada 2007

Pech - a może ciut niewystarczające umiejętności? - Tomasza Kuszczaka zepsuł mi dzisiejszy wieczór z Ligą Mistrzów.

I nieważne, czy bramkarz Manchesteru United popełnił koszmarny błąd, czy „tylko” zaliczył przykrą wpadkę. Dyskusja w tym duchu rozgorzała w studiu telewizji nSport, tymczasem niuanse terminologiczne mają tutaj znaczenie drugorzędne. Kuszczak nie musi przecież udowadniać, że jest bramkarzem dobrym. On musi przekonać trenera Aleksa Fergusona, że jest bramkarzem wybitnym. Manchester dobiera ludzi z najwyższej półki.

Niestety, dzisiejszy występ Polaka długo składał się z drobnych wpadek i grubego błędu. Najpierw kiepsko wykopał piłkę - zbyt płasko, wprost pod nogi piłkarzy Sportingu Lizbona. Potem zagapił się i puścił gola, który nie powinien był puścić. Wreszcie piąstkował futbolówkę w okolicznościach, w których należało ją łapać. To była jego niemal cała aktywność w pierwszej połowie.

Mam nadzieję, że Ferguson mu przebaczy, choć wiem, że wieczory jak dzisiejszy miewają dla bramkarzy znaczenie rozstrzygające. Kuszczak dostaje szansę gry rzadko, więc musi wykorzystać każdą sekundę na boisku. Zwłaszcza że na jego pozycję - na razie zmiennika dla van der Sara, w przyszłości podstawowego golkipera MU - czyha Ben Foster. I plejada innych zdolnych, którzy marzą o transferze na Old Trafford.

Bramkarskie wpadki w Champions League na długo zapadają w pamięć. Zwłaszcza w pamięć angielskich dziennikarzy, którzy są wybitnie złośliwi, bezlitośni, konsekwentni w wypominaniu najdawniejszych nawet grzechów. Dlatego szczęście w nieszczęściu, że Manchester meczu ze Sportingiem nie przegrał. Błąd Kuszczaka stanie się pojedynczym incydentem, a nie wydarzeniem wieczoru.

Na dziś sytuacja Kuszczaka wygląda właśnie tak: to golkiper zapadający w pamięć. Nie pozwala o sobie zapomnieć albo genialnymi interwencjami, które zawdzięcza fantastycznemu refleksowi i stylowi gry, albo spektakularnymi wpadkami. Jak tamta ze sparingu z Kolumbią, kiedy gola strzelił mu bramkarz rywali.

Jeśli dodać do tego jeszcze niepokorny charakter Polaka, mamy bramkarza kontrowersyjnego.

W Manchesterze już kiedyś taki był. Nazywał się Fabien Barthez.

Na szczęście, i to jest najprzyjemniejsza refleksja dzisiejszego wieczoru, Ferguson kontrowersyjność Francuza tolerował bardzo długo.

22:37, rafal.stec
Link Komentarze (32) »

Ponieważ zapowiadałem, że będę tutaj umieszczał swoje cotygodniowe felietony z „Gazety Sport”, zapraszam do najnowszego - poświęconego zaprzęganiu zaawansowanej technologii do służby futbolowi, próbom zredukowania go ciągu cyfr i objęcia kontrolą każdej sekundy gry. Zainspirowało mnie ubiegłotygodniowe spotkanie z Arsenem Wengerem, który w żadnym stopniu nie spełnia definicji trenera piłki nożnej, jaką można sobie upichcić obserwując nasze realia - czyli magistra od fikołków (termin ukuty przez Zdzisława Ambroziaka) tym różniącego się do zwykłego nauczyciela WF, że częściej występuje w telewizji.

Po kilku godzinach z Francuzem łatwiej pojąć, czym w tradycji anglosaskiej różni się „manager” od „coacha”. I utwierdzić się w przekonaniu, że w dzisiejszych czasach szkoleniowiec chcący wstąpić do absolutnej elity w zawodzie coraz częściej musi być interdyscyplinarnym omnibusem, innowatorem zdolnym bazować na czymś więcej niż trenerski „nos”.

Najciekawszej rzeczy podczas pobytu w Londynie dowiedziałem się od pracowników firmy Castrol, która będzie jednym ze sponsorów Euro 2008, a Wengera namówiła do roli ambasadora marki. Otóż jej przedstawiciele tak zachwycili się menedżerskimi zdolnościami trenera Arsenalu, że postanowili zaproponować mu rolę doradcy od - przepraszam za obcy wtręt, ale te słowa powtarzano mi setki razy - „team building” i „man managament”. I w ten sposób Wenger zaczął prowadzić coś w rodzaju szkoleń dla kadry kierowniczej koncernu.

Słuchając tego wszystkiego przypomniałem sobie, jak łatwo jest zostać w Polsce trenerem i jak niewiele oferują kursy przy AWF. By zaliczyć poziom podstawowy i zostać instruktorem sportu ze specjalizacją piłka nożna, wystarczy świadectwo o niekaralności i kilka weekendów zajęć, a do wspięcia się na następny szczebel - trenera II i I klasy - tylko ciut wysiłku więcej. Nie ma chyba innego zawodu, który opanowuje się - formalnie - równie niewielkim nakładem pracy i czasu.

Tymczasem np. w Hiszpanii trzeba zdać 15 egzaminów, by w ogóle być dopuszczonym do pracy z 15-latkami. W Niemczech po pierwszych zaliczonych kursach wolno pełnić co najwyżej funkcję asystenta i przyglądać się pracy doświadczonych fachowców. By uzyskać samodzielną pracę, trzeba wystarać się o trzy licencje. A Włosi mają swoje centrum Coverciano, gdzie trwa nieustanna burza trenerskich mózgów, bo zjeżdżają się tam fachowcy z całego kraju.

W Polsce nie ma nic. Ani uniwersytetu, ani forum wymiany myśli. PZPN świętuje awans na jedno Euro, czujemy się już prawie futbolową potęgą, ale szara codzienność jest naprawdę szara. 

I właściwie odechciewa mi się wykpiwać się naszych trenerów, zwłaszcza tych starszego pokolenia - nieobytych z technicznymi nowinkami.

Bo jak wymagać wynalazków na miarę Nobla od ludzi, którym nie pozwolono skończyć nawet zawodówki?

00:20, rafal.stec
Link Komentarze (23) »
niedziela, 25 listopada 2007

Z losowania grup mundialowych zadowolony jestem średnio. Kręcą mnie wielkie, podniecające cały kraj, historyczne batalie z Angliami i Niemcami, a tych w eliminacjach nie będzie co najmniej do 2012 roku, bo przecież w następnych - jako organizatorzy ME - udziału nie weźmiemy. O niezapomniane szlagiery z Czechami jest jakoś trudniej. No, chyba że podszkolimy się w hokeju na lodzie.

Dlatego południowych sąsiadów uważam za przeciwników wybitnie nieprzyjemnych.

Przegrać z nimi przecież nad wyraz łatwo, bo drużynę mają - moim zdaniem - lepszą niż Anglicy, Holendrzy czy Niemcy, a szczęściem z ewentualnego triumfu naród nie spije się dokumentnie. Pokonać Czechów? Phi, też mi wyczyn. Ten sposób myślenia - tym popularniejszy, im mniej meczów rywali ktoś widział - robił dzisiaj karierę we wszystkich telewizjach. Można odnieść wrażenie, że Polacy są zdecydowanym faworytem grupy.

Takie właśnie odniosłem wrażenie, będąc przed chwilą gościem "Sportowej Niedzieli". Czekałem tylko, aż zostanie obwieszczone, że na mundial właściwie zostaliśmy już zaproszeni. (Nie zostało. Zwycięstwo ogłosił na razie tylko mój redakcyjny kolega Michał Pol.)

Uspokaja mnie tylko, że wynikami losowania nie zachłyśnie się prawdopodobnie Leo Beenhakker. To nie w jego stylu, zresztą w dzisiejszej rozmowie z "Gazetą" nazwał Czechów drugą najsilniejszą drużyną Europy.

Wsłuchajmy się w słowa Holendra, tym bardziej, że czeskie gwiazdy mają jeszcze jedną niewygodną dla nas cechę. Otóż w przeciwieństwie do bożyszczy tłumów z potężniejszych krajów, takich jak - by nie szukać daleko - Anglia, nie zaniedbują reprezentacji. Są bezlitośnie solidni, a czasem wręcz urzekający. Eliminacje do Euro 2008 przefrunęli, choć na początku przydarzyła im się wpadka z Niemcami.

Dlatego przesylabizujmy: zdecydowanymi faworytami są Czesi; trzeba uważać na Irlandię Płn. oraz Słowację. I nie wolno martwić się ewentualnymi niepowodzeniami, bo w razie drugiego miejsca w grupie szczęście można mieć też w losowaniu baraży :-)

Ja się martwił nie będę, w awans głęboko wierzę.

Ale dziś trochę żałuję, że nie trafiliśmy do grupy z Niemcami. To byłoby dla mnie losowanie rewelacyjne.

Fajnie byłoby zagrać przeciw tercetowi Trochowski-Klose-Podolski, a jeszcze fajniej byłoby wygrać. W końcu Niemcy nie mają takich piłkarzy:

 Ale tak czy owak będzie ciekawie. Być może czekają nas takie pojedynki:

22:31, rafal.stec
Link Komentarze (30) »
piątek, 23 listopada 2007

Poczułem święte oburzenie bombardowany masą kpin z angielskich piłkarzy, których mściwa i sfrustrowana prasa z Wysp sprowadza do bandy zdemoralizowanych gwiazdorów bez ambicji i patriotycznej pasji do gryzienia trawy ku chwale ojczyzny. Od dawna śledzę wszechstronność zainteresowań Beckhamów czy innych Rooneyów, i ostatnie, co ośmieliłbym się im wytknąć, to brak aspiracji. Oni są potwornie zajęci.

Niemal wszyscy co sławniejsi futboliści z Anglii mają np. ambicje literackie.

Co więcej, nie marnują czasu na jakieś tam błahe próbki debiutantów, lecz zaczynają od wyzwań, które nawet doświadczeni pisarze podejmują raczej u schyłku karier. (Zbiorczą recenzję ich wysiłków znalazłem w artykule "Observera" z października 2006 r.)

Otóż megagwiazdy Premier League współczesną literaturę wzbogacają o autobiografie, niemałe wrażenie robiąc już tytułami - zdradzającymi szerokość spojrzenia autora. Rio Ferdinand, najstarszy (29 lat) w klubie piszących, wydał coś takiego:

I

Wiek Ferdinanda przywołuję nieprzypadkowo. Wysiłek jego i kolegów wypada przecież specjalnie cenić właśnie dlatego, że na wczesnym etapie życia ten gatunek literacki stanowi jednak niebagatelną próbę dla talentu. Tymczasem również kilka miesięcy młodszy Frank Lampard zdobył się już na opasłe dzieło:

I

Co tam zresztą staruszkowie dobijający trzydziestki. Swoje napisali też zaledwie 27-letni Steven Gerrard...

I

...oraz pół roku młodszy Ashley Cole.

I

Ze wstydem przyznaję, że żadnej z tych lektur jeszcze nie przerobiłem, nie wydłubałem nawet w sieci bryków, więc nie wiem, ile autorzy poświęcają roleksom, ile wybitym w dzieciństwie szybom, a ile rozważaniom nad możliwością zainstalowania demokracji w Iranie. Wciąż tkwię za to w niemym zachwycie dla Wayne'a Rooneya (22 lata!), który opublikował na razie ledwie jeden wolumin...

I

... ale podpisał już kontrakt na kolejne cztery tomy. I dam głowę, że wypoci je przed czterdziestką. To jest facet z ewidentnym drygiem do eksperymentów językowych, co podczas transmisji z ligi angielskiej da się wyczytać nawet z ruchu jego warg.

Dlatego ma szansę na bicie rekordów nie tylko boiskowych. Niewykluczone przecież, że będzie pierwszym człowiekiem, który więcej książek napisze niż przeczyta.

PS. Uprzedzam pytanie: tak, dzieł Beckhama nie wymieniłem celowo, bo o jego bogatym życiu wewnętrznym i bez nich wiemy całkiem dużo, pamiętamy nawet jego wszystkie 12 tatuaży. Mam za to pytanie własne. Który tytuł porwał was najbardziej? Bo ja waham się międzY "Gerrard " (za prostotę) i "My Story So Far" Rooneya (bo obiecuje, że będzie więcej).

Aha, jeszcze tytułowe: co Anglicy będą robić podczas Euro 2008. Oczywiście czytać.

 

23:38, rafal.stec
Link Komentarze (31) »
czwartek, 22 listopada 2007

Spotkałem na mistrzostwach Europy w 2004 roku kibiców ze Szkocji. Bardzo fajnych kibiców. Jechaliśmy razem autobusem, nie pamiętam na jaki mecz, wiem tylko, że na mecz Anglików. Tyle muszę pamiętać, bo podróż trwała długo, więc Szkoci szczegółowo zrelacjonowali mi swoją filozofię kibicowania.

Otóż jeździli oni od lat - i pewnie do teraz jeżdżą - za reprezentacją Anglii, by zaciekle dopingować jej przeciwnika. Dowolnego, ktokolwiek by akurat nim nie był.

Szkoci tłumaczyli: „Nasi na wielkich turniejach nie grają często, więc musieliśmy znaleźć jakiś rozsądny powód, by na nie jeździć i jeszcze przeżywać autentyczne emocje. Ten uznaliśmy za rozsądny. Właściwie był oczywisty. Przecież i tak zawsze życzyliśmy im jak najgorzej.”

Potem słuchałem opowieści - często przezabawnych anegdot, niestety, pozapominałem - o latach kibicowania przeciw Anglikom.

Ostatnio moi dawni znajomi mogli rozważyć retusz swej kibicowskiej filozofii. Kończąca się jesień była dla szkockiego futbolu wspaniała. Celtic pokonał w Lidze Mistrzów broniący trofeum Milan, Rangers rozbili na wyjeździe znacznie bardziej renomowany Olympique Lyon. Reprezentacja też szokowała, między innymi wygrywając z Francją. Zatrzymali ją dopiero mistrzowie świata Włosi. Ale Szkocja i tak awansowała na najwyższe w swej historii miejsce (13.) w rankingu FIFA i kto wie, czy w następnym notowaniu nie wyprzedzi - po raz pierwszy od czerwca 1995 roku - Anglii, która przecież straciła sporo punktów, przegrywając z Chorwacją.

Piszę o tym wszystkim, by przypomnieć, że na angielski kompleks cierpimy nie tylko my. Ale też dlatego, że choć klęska Anglików sprawia mi dziką satysfakcję, to jednak z jednego powodu będę za nimi tęsknił.

Boję się, że nie spotkam już tamtych Szkotów.

I pozostanie mi pocieszać się tym świetnym kawałkiem, podprowadzonym Robertowi Sankowskiemu, który twierdzi, że Anglicy piszą najlepsze piosenki futbolowe na świecie:

PS. Do stałego komentatora Mikimikuli: dzięki za motywację, bo opowiadałem o tym kolegom z redakcji, ale dopiero po wpisie na blogowym forum zebrałem się, żeby napisać :-) Pozdrawiam.

17:19, rafal.stec
Link Komentarze (10) »

Doświadczeni blogerzy niezmordowanie pouczają mnie, bym wykorzystywał osobisty charakter gatunku i pozwalał sobie tutaj na więcej - znacznie więcej - niż w „Gazecie”, dlatego wyznaję bez skrępowania: wreszcie jestem, do cholery, w ekstazie z powodu polskiej piłki. Ekstazie, której pewnie bym tu z siebie nie wylewał, gdyby nie szokujący dla mnie tytuł relacji kolegów zczuba: „Remis Polski z Serbami po nudnym meczu”. Nudnym!?

W sobotę, gdy przeżuwaliśmy w Chorzowie belgijskiego gniota, w ekstazie jakoś nie byłem. Niby z goli Smolarka się cieszyłem, niby fruwający nad głowami piłkarzy Beenhakker mnie poruszał, ale ogólnie raczej czułem, że reprezentacja dopełniła czystej formalności. Dopiero dziś, gdy ekipa głęboko rezerwowa ledwie chwytała równowagę na poharatanej przez pogodę murawie w Belgradzie, jej okupiony potwornym wysiłkiem występ prawie mnie porwał. No, może nie tyle jej ostatni występ, co razem z nim wzięta refleksja, jak piękne były całe te eliminacje.

Po losowaniu grup machnęliśmy rękami. Byliśmy nie tyle zrozpaczeni, co smętnie zrezygnowani. Pewne rzeczy zwyczajnie nie mieściły się w głowach, nawet tych zakażonych beznadziejnym optymizmem. Nie przegrać ani razu z Serbią!? Z Serbią, która wystawia ludzi z Manchesterów i Interów Mediolan (dziś nie grał), za innych Valencia płaci 20 mln euro, a o jeszcze innych bije się pół ligi włoskiej!? Wygrać i zremisować z Portugalią!? Wygrać tak mocną grupę!? Będę się upierał: to największa sensacja sprawiona przez naszą reprezentację od legendarnego remisu na Wembley. A wczoraj oglądanie - już na spokojnie - takiego sobie ligowca Wawrzyniaka, który niekiedy potrafił pod wywieraną przez rywala presją przyjąć piłkę, umiejętnie się zastawić, odwrócić i celnie podać, sprawiało mi niewysłowioną przyjemność. Przed przerwą się trząsł i radził sobie średnio, ale potem - jak to u Beenhakkera - postępy robił błyskawiczne. (O 100 sekundach, w których Serbowie dwukrotnie wepchnęli piłkę do naszej bramki, szczerze mówiąc już zapomniałem.)

Mityczny październik '73 przywołuję nieprzypadkowo, bowiem właśnie na Wembley - już innym, nowiusieńkim, lśniącym - wyścig o mistrzostwa Europy z kretesem przegrała przed chwilą Anglia. Anglia pełna megagwiazd, które wcale nie musiały pobić przeciwników mocniejszych niż Polacy. Przeciwnie, duet ich pogromców (Chorwacja i Rosja) uważam nawet za o co najmniej jedno piekło mniej straszny niż gwiazdy portugalskie i serbskie, które w światowym futbolu zapracowały na reputację bezsprzecznie okazalszą.

A jednak wyspiarze, chyba najbardziej wyniosła i zarozumiała nacja w świecie futbolu, prawdopodobnie właśnie opijają klęskę ponurymi wspominkami sprzed 34 lat. I wyłapują różnice: wtedy Polska grała o epokowy triumf, dziś Chorwacja grała dla frajdy, bo awansowała już wcześniej. Mimo to zwyciężyła.

Chorwacja, Polska, Rosja. Niemal wszyscy inni finaliści widzieli w przebrnięciu eliminacji żmudny obowiązek. My - wraz z Chorwatami i Rosjanami - osiągnęliśmy fantastyczny sukces.

PS. Anglicy, jak pewnie sami się zorientowaliście, to pod względem sportowych fascynacji lud dość specyficzny. Kiedy w sobotę Izrael wygrał z Rosją i podarował im ostatnią - nawet zdaniem wyspiarskich mediów niezasłużoną - szansę na awans do Euro, internetowy portal BBC miał na czołówce relację z meczu krykieta Sri Lanka - Australia. Dlatego już wiem, czego przyjaciołom z Anglii życzyć na czas ME. Udanych krykietowych bojów ze Sri Lanką.

00:04, rafal.stec
Link Komentarze (35) »
środa, 21 listopada 2007

Nie sądziłem, że kiedykolwiek jakiemukolwiek prezesowi wskażę za przykład winnego wieloletnich zaniechań Michała Listkiewicza, ale cóż, tym razem nie mam wyjścia.

Szef PZPN przedłużył kontrakt z Leo Beenhakkerem, zanim polscy piłkarze awansowali na Euro 2008. Nie chcę znów wszczynać dyskusji, czy podjął decyzję słuszną, czy powinien był trochę poczekać. Poprzestanę na jednej tylko, bezsprzecznej zalecie tamtej decyzji - otóż Listkiewicz w absolutnie kluczowej chwili dał selekcjonerowi mocne wsparcie.

Tymczasem pracujący z siatkarzami Raul Lozano usłyszał właśnie od zwierzchnika, prezesa Mirosława Przedpełskiego złożoną publicznie deklarację, że PZPS rozmawia z jego potencjalnymi następcami. Dla jasności: reprezentacja jest w sytuacji delikatnej, miotają nią najrozmaitsze kłopoty, niedawno poniosła klęskę na mistrzostwach Europy, a za tydzień czekają ją arcyważne preeliminacje olimpijskie. Ewentualna przegrana nie odebrałaby jej definitywnie udziału w igrzyskach, ale dla morale grupy mogłaby okazać się niszcząca.

Zdaję sobię sprawę, że argentyński selekcjoner nie należy do partnerów łatwych we współpracy, że jako twardy negocjator zalazł działaczom za skórę wielokrotnie, np. zaciekle walcząc o o dłuższą przerwę w rozgrywkach, by solidniej popracować z kadrą. Nic jednak nie usprawiedliwia ogłaszania światu, że Lozano zasługuje na ledwie ograniczone zaufanie, więc właściwie szukamy już kogoś innego, nic nie usprawiedliwia kwestionowania autorytetu i lojalności trenera, który rzekomo opowiada włoskiej prasie, iż negocjuje z innymi federacjami.

Fakty są takie: prezes cytatów nie przytacza, nie wskazuje nawet tytułów, a trener wszystkiemu zaprzecza, co kilka tygodni przysięgając, iż wszystkie oferty odrzuca w jego imieniu agent, a on sam jest zdeterminowany, by pracować dla Polski co najmniej do igrzysk w Pekinie. Ja sam, choć stale przeglądam włoską prasę, a „La Gazzetta dello Sport” wręcz prenumeruję, w żadnym artykule nie znalazłem słowa o Lozano.

Teoretycznie oczywiście można - choć nie wypada - założyć, że Argentyńczyk kłamie. Wyobrażam sobie nawet, jak zaniepokojony PZPS istotnie negocjuje po cichu z innymi trenerami. Wyobrażam sobie też, że wzmacnia swoją pozycję przed ewentualnym negocjowaniem nowej umowy z Lozano. Ale podważać autorytet trenera publicznie? Otwarcie sabotować reprezentację, której nie brakuje wewnętrznych kłopotów - od kontuzji po nadszarpnięte na ME zaufanie do własnych możliwości?

Nie ma nic gorszego niż niepewność, czy następnego dnia drużyna się nie rozpadnie. Albo - nie utraci przywódcy. Przedpełski po raz kolejny w krótkim czasie pokazał, że nie cierpi na nadmiar cechy w przypadku prezesa elementarnej - odpowiedzialności, także słowa. Najpierw uderzył w wizerunek związku skandaliczną reakcją na chorobę Agaty Mróz, teraz sieje zamęt kopiąc dołki pod drużyną potrzebującą raczej wsparcia.

Nie byłem pewien, czy Lozano ma rację, czyniąc sprawą życia i śmierci spór o długość zgrupowania reprezentacji. Ale przynajmniej wiedzieliśmy, że jego intencją jest dobro kadry. Nie szarpał się o własny interes, lecz chciał więcej pracować. To nie jest w przypadku trenera grzech najcięższy.

Jakie intencje kierują natomiast szefem PZPS uderzającym publicznie w swego podwładnego, nie mam pojęcia. Coraz częściej odnoszę tylko wrażenie, że z jakichś tajemniczych przyczyn wielu ludzi chce go z Polski wykopać.

11:59, rafal.stec
Link Komentarze (11) »
wtorek, 20 listopada 2007

Tym razem nie chcę dzielić się własnymi dywagacjami, lecz zachęcić do przeczytania dwugłosu o kibicach z "Tygodnika Powszechnego", do którego - jak podejrzewam - niekoniecznie wszyscy musieliście dotrzeć. Sam nie zgadzam się z żadnym punktem widzenia, bo jeden sprowadza ludzi chadzających na stadion do masy brutalnych troglodytów, a drugi kreśli wizję nazbyt idealistyczną (choć z dwojga zaproponowanych mi bliższą), ale oba uważam za niezmiernie interesujące.

Wywołanie stosunkowo głośnej dyskusji okazało się ważnym - choć niezamierzonym - skutkiem opublikowania w "Gazecie" kilku tekstów o problemie kibolsko-kibicowskim. Niełatwo przecież nakłonić katolickie pismo społeczno-kulturalne do rozważań nad duszą fanatyków piłki kopanej. I nawet jeśli pogląd Przemysława Dula, filozofa i specjalisty od mistyki chrześcijańskiej może się wam wydać spojrzeniem z innej planety, to warto go poznać. Sam zresztą zawsze marzyłem o zamieszkaniu w kraju, w którym o piłce nożnej dyskutuje się na okrągło i w każdym towarzystwie, a nieodróżnianie Ronaldinho od Ronaldo przynosi takim sam wstyd, jak mylenie Dostojewskiego z Majakowskim. Marzenie nigdy się nie spełni, ale każdą próbę walki z futbolową ignorancją trzeba docenić...

23:25, rafal.stec
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi