RSS
piątek, 30 listopada 2007

Już w ten weekend może się okazać, że najtrudniejszym rywalem, na jakiego mistrz Polski AD 2009 wpadnie w eliminacjach Ligi Mistrzów, będzie norweski Rosenborg. Ewentualnie szwajcarski FC Zurich.

O nadchodzącej rewolucji uprzejmie donoszę, bo jej losy rozstrzygają się w cieniu niedzielnego losowania grup Euro 2008 (w tym samym miejscu - Lucernie), więc mniej uważni kibice mogliby sprawę przeoczyć.

Wszystko zaczęło się przed wyborami prezesa UEFA. „Precz z dyktaturą pieniądza, precz z oligopolem najbogatszych klubów, trzeba wrócić do korzeni i przywrócić piłce nożnej jej romantyczny wymiar” - nawoływał w kampanii wyborczej kandydat Michel Platini. Brzmiał jak nawołujący lud do przewrotu polityk, który nawet stawia całkiem sensowne diagnozy, lecz proponowane terapie nie mają żadnego związku z rzeczywistością, więc obiecuje gruszki na wierzbie. I wygrał.

Platini kreślił wizję przewrotu w Lidze Mistrzów. Chciał zabrać bogatym, by oddać biednym. Okroić rozgrywki z potęg angielskich, hiszpańskich, włoskich etc, by zaprosić kluby z drugiego europejskiego szeregu.

Stopniowo jednak rewolucyjny zapał Francuza gasł. Krezusi stawiali twardy opór, a pójść na ustępstwa byli gotowi pod jednym warunkiem - jeśli zyskają coś w zamian.

Dlatego zamiast rewolucji Champions League czeka rewolucyjka. (Szczegóły tutaj. Po włosku, ale to najczytelniejsza grafika, jaką znalazłem.) Owszem, o pięć miejsc w fazie grupowej będą się bili - w trzech rundach wstępnych - mistrzowie z lig sklasyfikowanych między 16. a 53. pozycją w rankingu UEFA. Ale zyskają też potentaci, bo nawet trzecie miejsce w kraju wystarczy im, by zakwalifikować się do LM bezpośrednio, bez konieczności mordowania się w eliminacjach. Sezon rozpoczną później, będą mieli dłuższe wakacje. Gdyby nowy system obowiązywał już w bieżącym sezonie, latem kwalifikacje ominęłyby Sevillę, Liverpool oraz Lazio. Bezpośredni awans uzyskałyby już nie 16, lecz 22 drużyny.

Zmiany, o ile UEFA w ogóle je zaakceptuje, wejdą w życie w 2009 roku. Straci na nich nie kasta najbogatszych, lecz wyższa klasa średnia. Rosja, Ukraina, Czechy, Portugalia, Holandia, Grecja, Turcja. No i czwarte drużyny z najsilniejszych lig.

Ale mistrz Polski zyska ogromnie. Z naszego punktu widzenia byłaby to nie rewolucyjka, lecz rewolucja.

Nasz mistrz nigdy nie wpadłby na Barcelonę, Juventus czy Arsenal. Ba, nigdy nie wpadłby na wymienionych dwa akapity temu rywali z wyższej klasy średniej. Byłby dolosowywany do grupy mistrzów z lig sklasyfikowanych na miejscach 16-53 w rankingu UEFA.

W tym roku byłyby to m.in. FC Zurich, Lewski Sofia, Beitar Jerozolima, Rosenborg, Salzburg, Crvena Zvezda, FC Kopenhaga, Elfsborg, Dinamo Zagrzeb. Z drużynami tej klasy Zagłębie Lubin biłoby się o pięć miejsc w Lidze Mistrzów.

Przegłosują?

Ja nie dowierzam, zresztą nikt tak naprawdę nie zna detali trzech projektów, które ma rzucić na stół Platini. Ale może jednak?

PS. Z ostatniej chwili: przegłosowali!!!

14:04, rafal.stec
Link Komentarze (23) »
czwartek, 29 listopada 2007

Lojalnie uprzedzam: to będzie smutny kawałek. Kto nie lubi klimatów siatkarskich melancholijno-przynudzających, niech kliknie gdzie indziej.

Kilka dni temu zadzwoniłem do trenera Raula Lozano, a ten chyba po raz pierwszy od przyjazdu do Polski wyznał, że martwi się formą siatkarzy. Wczoraj Sebastian Świderski powiedział kolegom po fachu z „Przeglądu Sportowego”, że czuje się zmęczony, że drużynie brakuje entuzjazmu, więc na preeliminacje olimpijskie wyrusza „pełen obaw”. Ja w tym czasie jechałem do węgierskiego Szombathely, gdzie ów turniej się odbywa.

I entuzjazmu też nie potrafiłem z siebie wykrzesać.

Czytelnicy często zazdroszczą dziennikarzom oglądania z bliska wszystkich najważniejszych imprez. Mają rację, ten fantastyczny zawód daje fantastyczne możliwości. I w naszej pracy bywają jednak momenty, gdy raczej odrabiasz pańszczyznę niż pracujesz podfruwając, niesiony adrenaliną i emocjami. Tak jest właśnie z turniejem w Szombathely.

Siatkarze niewiele mogą tutaj wygrać, bo to tylko wstęp do prawdziwych kwalifikacji olimpijskich, natomiast przegrać mogą wszystko - ewentualna klęska byłaby katastrofą. Drużyna wysyła sygnały niepokojące, sprawia wrażenie pogrążonej w depresji. W dodatku w najbliższy weekend cała Polska będzie się pasjonować powrotem na skocznię Małysza i losowaniem grup Euro 2008, a nie jakąś podrzędną siatkarską imprezką ze słabeuszami pokroju Danii. I wreszcie - tutaj, na Węgrzech, odbijanie piłki rękami mało kogo obchodzi, więc już teraz - na chwilę przed wyjazdem na halę - boję się przygnębiącej pustki na trybunach.

Moje zwierzenia pewnie brzmią nieco ryzykownie, ale nie spisuję ich na blogu, by skarżyć się na własny los. Opisując swój stan ducha usiłuję raczej wyobrazić sobie - wspólnie z Wami - jak trudny moment przechodzą siatkarze. Oni wejdą do tej samej hali i zobaczą tę samą głuchą pustkę na trybunach. Zobaczą ją dzisiaj, w piątek, sobotę i niedzielę. Oni bardziej niż my uświadamiają sobie, że konieczność grania z Danią czy Węgrami jest dla nich sportową degradacją. Są wściekli, bo sezon mieliby wyczerpujący nawet bez tych meczów. Ich bardziej boli wspominanie, że jeszcze pół roku temu myśleli wyłącznie o pokonaniu Brazylii a igrzyska olimpijskie utożsamiali z wyścigiem po medal. Im trudniej nie popaść w rozpacz, jeśli czują, że jest źle, ale nie mają pojęcia, dlaczego.

Wiem: siatkarze sporo zarabiają, są sławni i lubiani, wiodą słodkie pozaboiskowe życie, więc nie ma co się nad nimi użalać, że muszą rzetelnie wykonywać swój zawód. Wypada raczej oczekiwać hartu ducha i umiejętności przezwyciężania własnej słabości.

Ale to też są ludzie. Ludzie, którzy wpadli w poważne tarapaty.

Dlatego dzisiaj serio obawiam się o ich najbliższą sportową przyszłość, a zarazem myślę sobie, że gdyby się jednak podnieśli, wygrali turniej w Szombathely, a w styczniu awansowali na igrzyska, to - biorąc pod uwagę okoliczności - odnieśliby naprawdę niebylejaki sukces.

Nawet jeśli jeszcze przedwczoraj nie interesowało ich nic niż poniżej medalu.

13:31, rafal.stec
Link Komentarze (34) »
wtorek, 27 listopada 2007

Pech - a może ciut niewystarczające umiejętności? - Tomasza Kuszczaka zepsuł mi dzisiejszy wieczór z Ligą Mistrzów.

I nieważne, czy bramkarz Manchesteru United popełnił koszmarny błąd, czy „tylko” zaliczył przykrą wpadkę. Dyskusja w tym duchu rozgorzała w studiu telewizji nSport, tymczasem niuanse terminologiczne mają tutaj znaczenie drugorzędne. Kuszczak nie musi przecież udowadniać, że jest bramkarzem dobrym. On musi przekonać trenera Aleksa Fergusona, że jest bramkarzem wybitnym. Manchester dobiera ludzi z najwyższej półki.

Niestety, dzisiejszy występ Polaka długo składał się z drobnych wpadek i grubego błędu. Najpierw kiepsko wykopał piłkę - zbyt płasko, wprost pod nogi piłkarzy Sportingu Lizbona. Potem zagapił się i puścił gola, który nie powinien był puścić. Wreszcie piąstkował futbolówkę w okolicznościach, w których należało ją łapać. To była jego niemal cała aktywność w pierwszej połowie.

Mam nadzieję, że Ferguson mu przebaczy, choć wiem, że wieczory jak dzisiejszy miewają dla bramkarzy znaczenie rozstrzygające. Kuszczak dostaje szansę gry rzadko, więc musi wykorzystać każdą sekundę na boisku. Zwłaszcza że na jego pozycję - na razie zmiennika dla van der Sara, w przyszłości podstawowego golkipera MU - czyha Ben Foster. I plejada innych zdolnych, którzy marzą o transferze na Old Trafford.

Bramkarskie wpadki w Champions League na długo zapadają w pamięć. Zwłaszcza w pamięć angielskich dziennikarzy, którzy są wybitnie złośliwi, bezlitośni, konsekwentni w wypominaniu najdawniejszych nawet grzechów. Dlatego szczęście w nieszczęściu, że Manchester meczu ze Sportingiem nie przegrał. Błąd Kuszczaka stanie się pojedynczym incydentem, a nie wydarzeniem wieczoru.

Na dziś sytuacja Kuszczaka wygląda właśnie tak: to golkiper zapadający w pamięć. Nie pozwala o sobie zapomnieć albo genialnymi interwencjami, które zawdzięcza fantastycznemu refleksowi i stylowi gry, albo spektakularnymi wpadkami. Jak tamta ze sparingu z Kolumbią, kiedy gola strzelił mu bramkarz rywali.

Jeśli dodać do tego jeszcze niepokorny charakter Polaka, mamy bramkarza kontrowersyjnego.

W Manchesterze już kiedyś taki był. Nazywał się Fabien Barthez.

Na szczęście, i to jest najprzyjemniejsza refleksja dzisiejszego wieczoru, Ferguson kontrowersyjność Francuza tolerował bardzo długo.

22:37, rafal.stec
Link Komentarze (32) »

Ponieważ zapowiadałem, że będę tutaj umieszczał swoje cotygodniowe felietony z „Gazety Sport”, zapraszam do najnowszego - poświęconego zaprzęganiu zaawansowanej technologii do służby futbolowi, próbom zredukowania go ciągu cyfr i objęcia kontrolą każdej sekundy gry. Zainspirowało mnie ubiegłotygodniowe spotkanie z Arsenem Wengerem, który w żadnym stopniu nie spełnia definicji trenera piłki nożnej, jaką można sobie upichcić obserwując nasze realia - czyli magistra od fikołków (termin ukuty przez Zdzisława Ambroziaka) tym różniącego się do zwykłego nauczyciela WF, że częściej występuje w telewizji.

Po kilku godzinach z Francuzem łatwiej pojąć, czym w tradycji anglosaskiej różni się „manager” od „coacha”. I utwierdzić się w przekonaniu, że w dzisiejszych czasach szkoleniowiec chcący wstąpić do absolutnej elity w zawodzie coraz częściej musi być interdyscyplinarnym omnibusem, innowatorem zdolnym bazować na czymś więcej niż trenerski „nos”.

Najciekawszej rzeczy podczas pobytu w Londynie dowiedziałem się od pracowników firmy Castrol, która będzie jednym ze sponsorów Euro 2008, a Wengera namówiła do roli ambasadora marki. Otóż jej przedstawiciele tak zachwycili się menedżerskimi zdolnościami trenera Arsenalu, że postanowili zaproponować mu rolę doradcy od - przepraszam za obcy wtręt, ale te słowa powtarzano mi setki razy - „team building” i „man managament”. I w ten sposób Wenger zaczął prowadzić coś w rodzaju szkoleń dla kadry kierowniczej koncernu.

Słuchając tego wszystkiego przypomniałem sobie, jak łatwo jest zostać w Polsce trenerem i jak niewiele oferują kursy przy AWF. By zaliczyć poziom podstawowy i zostać instruktorem sportu ze specjalizacją piłka nożna, wystarczy świadectwo o niekaralności i kilka weekendów zajęć, a do wspięcia się na następny szczebel - trenera II i I klasy - tylko ciut wysiłku więcej. Nie ma chyba innego zawodu, który opanowuje się - formalnie - równie niewielkim nakładem pracy i czasu.

Tymczasem np. w Hiszpanii trzeba zdać 15 egzaminów, by w ogóle być dopuszczonym do pracy z 15-latkami. W Niemczech po pierwszych zaliczonych kursach wolno pełnić co najwyżej funkcję asystenta i przyglądać się pracy doświadczonych fachowców. By uzyskać samodzielną pracę, trzeba wystarać się o trzy licencje. A Włosi mają swoje centrum Coverciano, gdzie trwa nieustanna burza trenerskich mózgów, bo zjeżdżają się tam fachowcy z całego kraju.

W Polsce nie ma nic. Ani uniwersytetu, ani forum wymiany myśli. PZPN świętuje awans na jedno Euro, czujemy się już prawie futbolową potęgą, ale szara codzienność jest naprawdę szara. 

I właściwie odechciewa mi się wykpiwać się naszych trenerów, zwłaszcza tych starszego pokolenia - nieobytych z technicznymi nowinkami.

Bo jak wymagać wynalazków na miarę Nobla od ludzi, którym nie pozwolono skończyć nawet zawodówki?

00:20, rafal.stec
Link Komentarze (23) »
niedziela, 25 listopada 2007

Z losowania grup mundialowych zadowolony jestem średnio. Kręcą mnie wielkie, podniecające cały kraj, historyczne batalie z Angliami i Niemcami, a tych w eliminacjach nie będzie co najmniej do 2012 roku, bo przecież w następnych - jako organizatorzy ME - udziału nie weźmiemy. O niezapomniane szlagiery z Czechami jest jakoś trudniej. No, chyba że podszkolimy się w hokeju na lodzie.

Dlatego południowych sąsiadów uważam za przeciwników wybitnie nieprzyjemnych.

Przegrać z nimi przecież nad wyraz łatwo, bo drużynę mają - moim zdaniem - lepszą niż Anglicy, Holendrzy czy Niemcy, a szczęściem z ewentualnego triumfu naród nie spije się dokumentnie. Pokonać Czechów? Phi, też mi wyczyn. Ten sposób myślenia - tym popularniejszy, im mniej meczów rywali ktoś widział - robił dzisiaj karierę we wszystkich telewizjach. Można odnieść wrażenie, że Polacy są zdecydowanym faworytem grupy.

Takie właśnie odniosłem wrażenie, będąc przed chwilą gościem "Sportowej Niedzieli". Czekałem tylko, aż zostanie obwieszczone, że na mundial właściwie zostaliśmy już zaproszeni. (Nie zostało. Zwycięstwo ogłosił na razie tylko mój redakcyjny kolega Michał Pol.)

Uspokaja mnie tylko, że wynikami losowania nie zachłyśnie się prawdopodobnie Leo Beenhakker. To nie w jego stylu, zresztą w dzisiejszej rozmowie z "Gazetą" nazwał Czechów drugą najsilniejszą drużyną Europy.

Wsłuchajmy się w słowa Holendra, tym bardziej, że czeskie gwiazdy mają jeszcze jedną niewygodną dla nas cechę. Otóż w przeciwieństwie do bożyszczy tłumów z potężniejszych krajów, takich jak - by nie szukać daleko - Anglia, nie zaniedbują reprezentacji. Są bezlitośnie solidni, a czasem wręcz urzekający. Eliminacje do Euro 2008 przefrunęli, choć na początku przydarzyła im się wpadka z Niemcami.

Dlatego przesylabizujmy: zdecydowanymi faworytami są Czesi; trzeba uważać na Irlandię Płn. oraz Słowację. I nie wolno martwić się ewentualnymi niepowodzeniami, bo w razie drugiego miejsca w grupie szczęście można mieć też w losowaniu baraży :-)

Ja się martwił nie będę, w awans głęboko wierzę.

Ale dziś trochę żałuję, że nie trafiliśmy do grupy z Niemcami. To byłoby dla mnie losowanie rewelacyjne.

Fajnie byłoby zagrać przeciw tercetowi Trochowski-Klose-Podolski, a jeszcze fajniej byłoby wygrać. W końcu Niemcy nie mają takich piłkarzy:

 Ale tak czy owak będzie ciekawie. Być może czekają nas takie pojedynki:

22:31, rafal.stec
Link Komentarze (30) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Archiwum
Tagi