RSS
poniedziałek, 25 lutego 2019

Od powyższego pytania naprawdę nie sposób dłużej uciekać, więc postanowiłem dokonać obliczeń. Wyniki znajdziecie w coponiedziałkowym felietonie do „Gazety”, który można przeczytać tutaj.

Tagi: Leo Messi
10:35, rafal.stec
Link Komentarze (45) »
środa, 20 lutego 2019

Liga Mistrzów, FC Barcelona

Kiedy nastaje wiosna w Lidze Mistrzów, na widok Barcelony przypominam sobie o nieszczęśnikach, którzy boją się oddalać od domu. Pewnie słyszeliście: są tacy, co to po prostu nie przepadają za podróżowaniem do innych krajów, ale zdarzają się i osobnicy skrajnie nieprzystosowani, co to wpadają w panikę na myśl o wypadzie do sąsiedniej dzielnicy. Pośród futbolistów na tę osobliwą fobię cierpiał (cierpi?) na przykład Jesús Navas, związany z Sewillą skrzydłowy, który w szczycie przeżywanych niepokojów odmawiał uczestnictwa nawet w zgrupowaniach reprezentacji kraju organizowanych w Hiszpanii. Dlatego najcięższą wojnę musiał wygrać wojnę z własną psychiką – zanim zgodził się polecieć na mundial do RPA. I jeszcze jedną, by podpisać kontrakt z Manchesterem City. Skąd już zresztą zdążył wrócić, oczywiście na sewilski stadion Ramón Sánchez Pizjuán.

Moje skojarzenia z ofiarami patologicznej tęsknoty za domem piłkarze katalońskiego klubu wywołują z powodu szokującego rozszczepienia osobowości, jakiego doznają w pucharowych fazach Champions League. Niezmiennie, od lat.

Spójrzmy na ich ostatnie dokonania wyjazdowe: we wtorek wywieźli 0:0 z Lyonu, a w poprzednich sezonach przerżnęli 0:3 z Romą, wydłubali 1:1 z Chelsea, przyjęli 0:3 od Juventusu, 0:4 od Paris Saint-Germain oraz 0:2 od Atlético Madryt. Bilans: jeden remis, pięć porażek, 1-13 w bramkach.

A teraz wspomnijmy wiosenne mecze Champions League we własnym ogrodzie na Camp Nou, z oczywistych względów rozegrane z tymi samymi rywalami: 4:1 z Romą, 3:0 z Chelsea, 0:0 z Juventusem, 6:1 z PSG, 2:1 z Atlético. Cztery zwycięstwa, jeden remis, 15-3 w bramkach. U siebie rozszarpujemy na strzępy każdego, kto się nawinie, w gościach sparaliżowani przepraszamy, że przed wejściem na murawę nie zdjęliśmy korków, i czekamy, aż naleją nam na pupy. Nie uświadczycie w Lidze Mistrzów innego zespołu, który tyle traciłby po wychynięciu poza rogatki miasta lub odwrotnie – tyle zyskiwałby w świetle swojskiego jupitera. Normalnie królowie galaktyki i króliki doświadczalne w jednym organizmie.

Popularne wytłumaczenia zaskakujących przemian znamy. Obwinia się trenera Ernesto Valverde, który ma chorować nawet nie na nadmierną zachowawczość, co na wrodzone tchórzostwo, i na obcej ziemi nie wykorzystywać w pełni arsenału ofensywnego piłkarzy i przesadnie się zabezpieczać – znamienne, że wtorkowe 0:0 w Lyonie oraz ubiegłoroczne 0:3 w Rzymie łączy obecność Sergiego Roberto w drugiej linii (teraz miejsca Brazylijczykowi Philippe Coutinho nie ustąpił on, lecz atakujący Ousmane Dembélé). Ewentualnie obrywa stetryczały Luis Suárez, który swojego ostatniego wyjazdowego gola w LM wtłukł chyba w XIX wieku.

Łatwiej byłoby to wszystko przyjąć, gdyby nie to, że kapitulanckie skłonności rozkładają Barcelonę tylko w tych w rozgrywkach, i to tylko wiosną. Tottenhamowi potrafi załadować na jego boisku 4:2, Realowi Madryt 3:0 i 3:2, z Atlético 2:1 lub wytrzymać z nim na remis 1:1 – że wspomnę tylko co świeższe mecze z co mocniejszymi przeciwnikami. Wierzę w wyjątkową magię wieczorów uszlachetnionych hymnem Champions League i stawką rund pucharowych, ale bez przesady, El Clásico pozbawione wymiaru międzynarodowego to również nie byle jakie wyzwanie, tu również przerażony Valverde powinien zgłupieć.

W kraju katalońska drużyna panuje więc ostatnio absolutnie, albo zdobywając mistrzostwo (częściej), albo przez minimalną stratę do lidera poprzestając na wicemistrzostwie (rzadziej), natomiast w Lidze Mistrzów – pomimo przytłaczających triumfów na Camp Nou – bilans zaczyna wyglądać żałośnie. I niezbyt zanosi się na poprawę. Postawa rozdwojonej Barcelony kłuje w oczy zwłaszcza przy zuchwałości głównych rywali, piłkarzy Realu Madryt, którzy w Amsterdamie kopią pokracznie, wygrywają niemal wbrew przebiegowi wypadków, ale ich kapitan Sergio Ramos mimo wszystko ma czelność zrezygnować z udziału w rewanżu, bo uważa, że kolegom nic nie grozi (wyprosił dyskwalifikację, blogowałem o tym tutaj). I pewnie słusznie uważa. Jak Barcelona wiosenne podróże po Europie znosi fatalnie, tak królewscy wszędzie czują się jak na podbitych ziemiach – odprawią dziecinnie podrygujący Ajax (2019), rozwalą Juventus, dadzą po łapach Bayernowi i PSG (2018).

Teoretycznie powinni teraz madrytczycy rozglądać się ostrożniej: opuścił ich superpiłkarz Cristiano Ronaldo, na jego pozycji lata dzidziuś Vinicius, wciąż oglądają wymiętego Garetha Bale’a, musieli szybko i w trybie alarmowym pożegnać się z nowym trenerem, tego z kolei zastąpił żółtodziób Santiago Solari, pęd zatracił nawet arcykluczowy w minionych latach Marcelo. To ich samolotem, gdy ruszają w Europę, powinny wstrząsać ostrzejsze turbulencje niż odrzutowcem Barcelony. Doprawdy, nieprzenikniona bywa dynamika wydarzeń – i emocji – na futbolowych szczytach. Katalońskie wiosny w Lidze Mistrzów to ostatnio łamigłówka zbyt odległa od moich możliwości percepcyjnych i poznawczych, żebym zgrywał chojraka: czuję się jak Jesús Navas, któremu kazali zapukać do sąsiada, boję się nawet pomyśleć, gdzie może leżeć rozwiązanie.

poniedziałek, 18 lutego 2019

Kobieta siejąca zamęt. Jest więcej niż żoną króla strzelców ligi włoskiej Mauro Icardiego, stale komentuje sprawy futbolowe w telewizji, bez pardonu recenzuje będącego trenerem jej męża Luciano Spallettiego. I właśnie wstrząsnęła całym Interem Mediolan. Opowieść, której nie umiałem się oprzeć, przeczytacie w coponiedziałkowym felietonie do „Gazety” – jest tutaj.

czwartek, 14 lutego 2019

Real Madryt, Sergio Ramos

Wypada Sergio Ramosowi oddać, co królewskie. Jego bezczelność nie zna granic.

Kapitan Realu Madryt z beztroską otwartością przyznał w środowy wieczór, że z premedytacją popełnił faul, by wymusić na arbitrze wlepienie mu żółtej kartki – równoznaczne z karą zawieszenia na jeden mecz. Dzięki temu ominie go rewanż z Ajaxem w 1/8 finału Ligi Mistrzów i nie będzie ryzykował nieobecności w kolejnej rundzie. Ramos prędko się zreflektował i szczerą deklarację odwołał, ale jest jasne, że sprostował samego siebie wyłącznie z obawy o reakcję UEFA, która może zechcieć nałożyć nań dodatkową dyskwalifikację. Tak, obejrzał kartkę, bo chciał obejrzeć.

Natychmiast odżyła dyskusja, czy to zachowanie niegodne i niesportowe, czy dopuszczalny pragmatyzm, trochę jak tzw. „taktyczny” faul ­w trakcie gry, gdy łamiesz przepisy bez jakiejkolwiek próby czystego odbioru piłki – nikt nikogo nie krzywdzi, mamy jedynie domieszkę niezbędnego w grze dla dorosłych cynizmu.

Bliżej mi do drugiej opinii, ale generalnie dylemat niespecjalnie mnie zajmuje, ponieważ nie sądzę, by kolejna wymiana argumentów mogła tutaj wnieść cokolwiek świeżego i wartego refleksji. Bardziej interesujące są okoliczności, w których Ramos obwieścił – oczywiście między wierszami – że uważa dwumeczową awanturę z Ajaxem za rozstrzygniętą. Ileż trzeba nosić w sobie zuchwałości, pewności siebie, wielkopańskiego poczucia wyższości, by uznać się za zwycięzcę akurat teraz! Przecież madrytczycy nie przedefilowali w Amsterdamie do wielobramkowego zwycięstwa, lecz ledwie doturlali się do 2:1, a od znacznie gorszego wyniku dzieliły ich centymetry! Przecież nie grali z byle pętakami z ligi niedzielnej, lecz z rywalami doskonale wytrenowanymi, którzy wyglądali na boisku lepiej, a jesienią dwukrotnie zatrzymali Bayern Monachium! Przecież również sam Ramos mógł w środę kilkakrotnie skamienieć ze strachu, np. wtedy, gdy przegrał pojedynek z Duszanem Tadiciem i bezradnie patrzył, jak Serb uderza w poprzeczkę! Doprawdy, idealny moment, by ogłosić koniec rywalizacji...

To była spektakularna autodenuncjacja – owszem, Sergio Ramos szanuje przeciwnika, ale szanuje tylko tyci-tyci, raczej teoretycznie, bez przekonania, toteż nie uważa, by jego obecność na boisku w rewanżu była szczególnie potrzebna. Co więcej, gdy zajrzymy w przeszłość, to jego spokój wyda się całkowicie zrozumiały. Jeśli skład Realu Madryt w ostatnich latach niemal się nie zmieniał, to znaczy, że niemal wszyscy piłkarze pamiętają, jak było: począwszy od 2014 roku tylko raz zdarzyła im się wiosną w Lidze Mistrzów przykrość. W 2015 pozwolili się wyeliminować w półfinale Juventusowi. Poza tym wygrywali wszystkie dwumecze i wszystkie finały: z Liverpoolem, Bayernem, Juventusem, Paris Saint-Germain, znów Juventusem, Atlético Madryt, znów Bayernem, Napoli, znów Atlético, Manchesterem City, Wolfsburgiem, Romą, znów Atlético, Schalke, znów Atlético, znów Bayernem, Borussią Dortmund, znów Schalke.

Jeszcze raz, pełna lista ofiar: Liverpool, Bayern, Juventus, PSG, Juventus, Atlético, Bayern, Napoli, Atlético, Manchester City, Wolfsburg, Roma, Atlético, Schalke, Atlético, Bayern, Borussia, Schalke. Do wyboru, do koloru. 18 pokonanych rywali, przy ledwie jednej wpadce. Wije się po Europie ten łańcuch rozkoszy od pięciu lat, czyli w futbolu wieczność. Jak tu nie przyzwyczaić się, że decydujące starcia w Champions League to nasz prywatny bal, innych gości potrzebujemy najwyżej po to, by się w nich poprzeglądać, zachłystywać własnym powabem, mieć komu podać trzewiki do wypastowania na błysk?

Madrytczycy mogą oczywiście rewanż przegrać i ustąpić Ajaxowi – to byłaby okrutna lekcja pokory dla ich kapitana. Na razie jednak przebywają w swoim własnym świecie, na plebs spoglądają z wysokiego zamku, okiem półboga. Pomimo porażek w rozgrywkach hiszpańskich, których w przywoływanych pięciu latach uzbierali mnóstwo, oraz tarapatów, w jakie wpadli na początku bieżącego sezonu, przy hymnie Ligi Mistrzów niesie ich poczucie własnej wartości o rozmiarach być może niedostępnych dla nikogo w Europie, wątpię, czy na manewr Ramosa (rezygnację z rewanżu z Ajaxem po wygranej 2:1) porwaliby się Gerard Piqué, Giorgio Chiellini albo liderzy defensywy z innych wielkich klubów. Czy byliby w ogóle w stanie o nim pomyśleć. Są w futbolu wyższe sfery, a gdzieś nad nimi unosi się Real Madryt.

18:53, rafal.stec
Link Komentarze (29) »
wtorek, 12 lutego 2019

Atalanta

Pozwólcie, że opowiem wam o ciekawej krainie, która leży nie aż tak daleko stąd – za ledwie kilkoma górami i lasami – ale niekoniecznie o niej słyszeliście. Choć powinniście słyszeć. Zwłaszcza teraz, gdy dzieją się rzeczy intrygujące, może nawet fascynujące, na pewno unikatowe w skali Europy.

Każdy, kto się tam urodzi, dostaje w prezencie koszulkę klubu piłkarskiego Atalanta. Dosłownie każdy – tradycja obejmuje wszystkie szpitale położnicze z miasta Bergamo lub przyległości, więc w ostatnim zarejestrowanym roku kandydatów na przyszłych fanów przyszło na świat 8702, począwszy od Jianlin, dziewczynki pochodzenia chińskiego.

Rodzinność klubu ucieleśniają też kolejni prezesi, niezmiennie wywodzący się z sąsiedztwa. Od 2010 roku rządzi Antonio Percassi – pełnił tę funkcję także w latach 90., wcześniej był w Atalancie piłkarzem (uciekł tylko na sezon wieńczący karierę, do Ceseny), uczył się tam wreszcie gry jako junior. Spędził z drużyną całe życie, godząc pasje sportowe z biznesem, i albo sam produkował kosmetyki czy buty, albo dawał się wynajmować globalnym markom, jak Victoria’s Secret, LEGO czy Nike. Podobnie przebiegały kariery jego poprzedników – raczej mecenasów niż sponsorów i menedżerów, nierzadko dziedziczących obowiązki z pokolenia na pokolenie. Władza należała m.in. do dynastii Ruggerich czy rodu Bortolottich, którego najstarszy przedstawiciel, o antycznym imieniu Achille, finansował jeszcze klinikę i dom spokojnej starości, a do pensjonariuszy zachodził pograć w karty.

Mamy więc młodocianych kibiców i dojrzałych prezesów, a między nimi zawsze byli piłkarze, czyli szczęściarze, którzy od dekad mogą liczyć na bardzo staranne wykształcenie. Atalanta świetnie bowiem szkoli i wyprawia w wielki świat (Dom Młodych i cały proces edukacji od ponad ćwierćwiecza nadzoruje oczywiście ten sam Mino Favini), tylko w ostatnich kilkunastu miesiącach eksportowała wychowanków do Juventusu (Mattia Caldara), Milanu (Franck Kessié, Andrea Conti) czy Interu (Roberto Gagliardini).

Zanim jednak bergamczycy wyruszą na podbój obcych muraw, zawsze zdążą trochę powygrywać. „Trochę” w liczbach bezwględnych, bo jak na swoje rozmiary osiągają mnóstwo – zdarzyło im się zdobyć Coppa Italia (dwukrotnie wystąpili w finale), a w Serie A spędzają właśnie 58. sezon, choć żaden inny klub z miasta o ludności mniejszej niż 150 tys. nie przetrwał tam nawet 40 edycji. Tymczasem Bergamo liczy ledwie 120 tys. Dlatego Atalanta  słynie we Włoszech jako największa wśród małych drużyn, dlatego dosłużyła się tytułu „Królowej Prowincji”. I jest dumna z pewnego nietypowego rekordu – otóż przed dwiema dekadami, grając w Serie B, awansowała do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów. To najlepszy wynik drugoligowca w dziejach kontynentalnych rozgrywek UEFA.

Ale wspominam o niej dzisiaj nie dlatego, że pięknie było kiedyś, w odległej starożytności, lecz dlatego, że tu i teraz jest piękniej niż kiedykolwiek w przeszłości. I z powodu treści, i z powodu formy. I dzięki wynikom, i dzięki sposobowi, w jaki Atalanta pruje po zwycięstwa.

Jej belle epoque otworzyło zatrudnienie Gian Piero Gasperiniego – słabiej obeznani z włoskim futbolem mogą kojarzyć go z pechowcem, którego Inter Mediolan wykopał kiedyś z pracy po pięciu meczach. W sezonie 2016/17 ten trener zaciągnął Atalantę na najwyższe w historii, czwarte miejsce w lidze (przywrócił jej europejskie puchary, po 26 latach przerwy). W sezonie 2017/18 podpisał swoim nazwiskiem siódme miejsce. W trwającym właśnie sezonie 2018/19 znów krąży w pobliżu podium, tracąc ledwie punkcik do Milanu – i właśnie tyle dzieli ich od pozycji, której zajęcie pozwoliłoby im zadebiutować Lidze Mistrzów. Im, dysponującym ledwie 14. budżetem płacowym w całej Serie A, od dekad totalnie zdominowanej przez kluby z metropolii.

Nade wszystko urzekają jednak piłkarze Gasperiniego stylem, w jakim rozprawiają się z bogatszymi od siebie. Zamiast szukać bowiem sposobu na ukrycie swych mankamentów – i uprawiać futbol ostrożny, wzorem innych drużyn świadomych swoich mankamentów – preferują grę bezkompromisową, pełną przygód i gwarantującą nieoczekiwane zwroty akcji. Ich skłonności ładnie oddają mecze z Romą, z którą dwukrotnie zremisowali 3:3, tyle że jesienią przeputali prowadzenie 3:1 (na wyjeździe), by przed dwoma tygodniami ocaleć pomimo przegrywania 0:3 (u siebie). Jeszcze efektowniej prezentuje się całokształt. Atalanta nastrzelała dotąd więcej goli niż ktokolwiek w Serie A, włącznie z hegemonem z Turynu, a ponieważ w rozgrywkach pucharach jeszcze bardziej nie zna umiaru, to w czołowych futbolowych państwach znajdziemy tylko cztery zespoły skuteczniejsze – Barcelonę (lider ligi hiszpańskiej), Borussię Dortmund (lider ligi niemieckiej), PSG (lider ligi francuskiej), Manchester City i Liverpool (liderzy ligi angielskiej). Na huczniejsze kanonady stać tylko absolutnych potentatów!

Kiedy grasz przeciwko Atalancie – nazwę wzięła z mitologii, zresztą klub ma przydomek Dea, czyli Bogini – niebezpieczeństwo grozi ci zewsząd. Możesz paść pod naporem Duvana Zapaty, kompletnie odmienionego napastnika z odzysku, który odpala pociski szybciej nawet od naszego Krzysztofa Piątka (18 goli w ostatnich 12 spotkaniach, jedyna taka seria w Europie!), a możesz oberwać od każdego z obrońców, którzy razem wzięci zdobyli już 16 bramek (znów: bezkonkurencyjni w czołowych ligach na kontynencie!). Zresztą ofensywne zasługi generalnie rozkładają się w Bergamo na tabun zawodników, pozostaje tylko wypatrywać, aż koledzy natchną Arkadiusza Recę i uziemiony Polak również wreszcie pouczestniczy w bajecznej podróży, być może niepowtarzalnej. Bo ile to jeszcze potrwa? Szczegółów nie znamy, ale wiadomo, że znacznie krócej niż wieczność.

Prezes Percassi, który ponoć już kilka razy podczas meczu prawie wykorkował, obwołuje teraźniejszość najwspanialszym okresem w dziejach klubu i przysięga, że Gasperiniemu, jeśli ten zechce, nie odbierze posady dozgonnie. Przysięga kłamliwie – los każdego trenera jest przesądzony w dniu podpisania kontraktu, trzeba tylko poczekać na kilka porażek, w sporcie nieuniknionych. Na razie jednak cała atalancka rodzima cieszy się chwilą, którą zrodziła, co dodatkowo interesujące, ucieczka od tradycji. Oto klub przyzwyczajony do uporczywego promowania wychowanków przystał na ściąganie piłkarzy zbieżnych ze specyficznymi wymaganiami Gasperiniego – a sam przetrzymuje obecnie na wypożyczeniu aż 76 zawodników (!), co stanowi prawdopodobnie rekord świata. W każdym ja nigdzie nie dokopałem się dłuższej listy.

Próbowałem też wynaleźć jakąś włoską drużynę, która w bieżącym sezonie dostarczałaby tzw. bezstronnym widzom intensywniejszych wzruszeń. Nie zdołałem. Poczytałem więc o antycznej Atalancie, która z niechęci do zamążpójścia rzuciła adoratorom szczególne wyzwanie  – oświadczyła, że poślubi tylko mężczyznę potrafiącego pokonać ją w biegu, a jeśli to ona prędzej wpadnie na metę, zalotnika zabije. Okrutne. I radykalne jak usposobienie Atalanty. Jako wielbiciel przygotowuję się psychicznie, że z jej powodu może zginąć nawet mój Milan (rywalizują o awans do Ligi Mistrzów, bezpośrednie starcie w sobotę). Wiem przecież, że gdyby zliczyć wyniki z ostatnich trzech sezonów, to miałaby okazalszy bilans niż obaj jej sąsiedzi ze stadionu San Siro i okazałaby się najsilniejsza w regionie. Widziałem też, jak przed kilkoma chwilami zrównała z murawą Juventus, wyrzucając go z Coppa Italia. Uśmierciła obrońców trofeum, którzy zamierzali podnieść je po raz piąty z rzędu.

Wygrała 3:0. Ależ ciosy spadły na turyńczyków! Odkąd do szatni Juve przed pięcioma laty wszedł trener Massimiliano Allegri, tak brutalnie potrafiły zdzielić ich tylko Barcelona oraz Real Madryt.

23:33, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
Archiwum
Tagi