RSS
środa, 28 lutego 2018

ekstraklasa

Zabrzmi pociesznie, cóż, skojarzeń się nie wybiera: gdy oglądałem wczoraj, jak Jagiellonia tańczy na Legii, łaziło za mną wspomnienie Realu Madryt z sezonu 2013/14. Nie, nie dlatego, że białostoccy piłkarze wirowali po królewsku, jak Luka Modrić czy Ángel di Maria – po prostu mieliśmy tam przypadek drużyny, której zwycięstw nie wypadało przypisywać wyłącznie aktualnemu trenerowi. Owszem, Carlo Ancelotti oswobodził podwładnych z opresji poprzednika, ale bez kontrataków wytrenowanych przez José Mourinho zdziałaliby oni znacznie mniej.

Takie przypadki zdarzają się częściej, np. Bayern wszech czasów sprzed kilku lat pozostanie w kronikach dziełem Juppa Heynckesa, lecz sporo zawdzięcza również Louisowi van Gaalowi.

Obecna Jagiellonia wygląda natomiast na kombinację dokonań Michała Probierza oraz Ireneusza Mamrota, co szczegółowo analizuje tutaj Michał Zachodny.

Jak na standardy tzw. ekstraklasy, białostoczanie zagrali w Warszawie wybitnie. Weszli na stadion razem z bramą, nawet przez moment nie byli onieśmielonymi prowincjuszami, sprawiali wrażenie maszynerii funkcjonującej na wyższym poziomie energetycznym, poruszali się według precyzyjnie wyrysowanego planu. Zwłaszcza przed przerwą każde podanie na skrzydło – zazwyczaj z pierwszej piłki – zwiastowało poważne niebezpieczeństwo dla Legii i aż strach pomyśleć, ile by z niej zostało, gdyby goście wykańczali natarcia tak, jak je organizowali.

Naturalnie ani myślę obwoływać ich faworytami czegokolwiek. Zbyt doświadczonym jestem obserwatorem – ostatnio bardziej przygodnym, fakt – tzw. ekstraklasy, przyzwyczaiłem się, że wzloty polskich drużyn trwają mgnienie oka, zbyt dobrze pamiętam, że jeszcze przed sekundą rewelacją sezonu był Górnik Zabrze (aż znienacka zaczął obrywać od kogo tylko się da), zdaję sobie wreszcie sprawę, że chwalenie i ganienie naszych ligowców za całokształt wymaga chorowania na permanentną amnezję. Nadal rządzi tu przypadek, a Jagiellonia jest dzisiaj liderem maluteńkim, o dorobku skromniejszym niż lider jakichkolwiek rozgrywek na kontynencie – marne 1,92 punktu na kolejkę, wprost żałosne 1,52 gola na mecz, ledwie 14 zwycięstw w 25 próbach. Ewenement na europejską skalę.

Dlatego właśnie ryzykujesz zawsze, gdy zerkniesz na boiska tzw. ekstraklasy i pokiwasz głową z uznaniem. Na im wyższej fali uniesie się jakiś „sensacyjny” Piast Gliwice, tym bardziej zaraz zleci do walki o utrzymanie. Nigdy nie wiadomo, kto w następny weekend wylosuje szczyt formy, nie ma kogo pokomplementować za dłuższy okres, trudno zachwycać się nawet nad Legią – teoretycznie przeżywającą okres świetności – która wszystko musi wymordować, choć dysponuje monstrualną przewagą finansową.

Jagiellonii postanowiłem jednak złożyć mały blogowy hołdzik nie za wtorkową wiktorię. Ani nie za ładną serię z ostatnich kilkunastu dni, która wykatapultowała ją na pozycję lidera. Najbliższa przeszłość uwypukliła inne fakty, i to z minionych kilku sezonów. Niby powszechnie znane, ale niekoniecznie usypywane na jedną kupkę i rozświetlone, żeby stały się widoczne z każdego ligowego zakątka.

Piłkarze białostockiego klubiku niemal bez przerwy są w grze. W grze o najwyższą krajową stawkę.

W sezonie 2014/15 bili się o mistrzostwo Polski do przedostatniej kolejki. Skończyli na bezprecedensowym dla Jagiellonii podium, awansowali do europejskich pucharów. A przy okazji wylansowali Michała Pazdana na obrońcę numer jeden w rozgrywkach, przywracając mu sportowe życie na poziomie reprezentacyjnym.

W sezonie 2016/17 bili się o tytuł do ostatnich sekund. Dzielił ich od niego jeden gol wbity osłabionemu czerwoną kartką Lechowi Poznań. Nie udało się, ale znów wzbili się na historyczny szczyt – wicemistrzostwo.

W sezonie 2017/18 znów oblatują pozycję lidera i zanosi się, że znów będą się bili do końca przynajmniej o podium. Ich kibice cały czas mogą marzyć, żyją pod napięciem, dotykają niedostępnego.

Owszem, w przywołanej czterolatce zdarzył się sezon nieudany. Ale w nadwiślańskich okolicznościach przyrody Jagiellonia i tak pozostaje oazą stabilności, regularnie wzlatując na pułapy teoretycznie dla niej nieosiągalne. Stronniczo zsumowałem punkty z ostatnich 130 ligowych kolejek, startując od wakacji 2014 r. Oto dorobek wszystkich drużyn, które cały okres spędziły w tzw. ekstraklasie:

ekstraklasa

Tabela prezentuje się jeszcze bardziej imponująco, gdy zestawimy ją z inną, hierarchizującą kluby według przychodów (dane z ubiegłorocznego raportu Deloitte):

budżety, ekstraklasa

Wielokrotnie stawiałem tutaj i w „Gazecie” tezę, że nasza liga widzi mi się jako gigantyczne marnowanie zasobów, wywołane chaosem w głowach zarządców i tym bardziej irytujące, że prywatne przecież firmy finansujemy z publicznych środków – czasami fundujemy im stadiony, a czasami samorządy opłacają piłkarzom pensje. Dlatego trudno zdobyć się na wyróżnianie kogokolwiek.

Jagiellonii wypada jednak oddać, że próbuje trzymać poziom. Wydobywa coraz to nowych anonimowych piłkarzy nie wiadomo skąd – klubidła polskie i zagraniczne, z zakątków, których nie znajdziecie na mapie – ale zespala ich w zwartą grupę, i to pomimo pomysłów tak oryginalnych, jak wynajęcie trenera Ireneusza Mamrota. Znów: z perspektywy czołówki to jeździec znikąd, ze stażem wyłącznie niskoligowym, co dodaje ostatnim białostockim piruetom dodatkowego uroku.

I pozwala z jeszcze większą śmiałością ogłosić Jagiellonię jedynym klubem tzw. ekstraklasy, który wyciska ze swoich zasobów maksimum. Nie tylko we wtorkowy wieczór na Łazienkowskiej.

14:12, rafal.stec
Link Komentarze (12) »
sobota, 24 lutego 2018

Ester Ledecka, Pjongczang 2018, igrzyska olimpijskie. Fot. Gregory Bull/AP

Igrzyska w Pjongczangu są fajne, bo zdarzają się tam tak niesamowite zjawiska, jak Ester Ledecka (fot. Gregory Bull, AP), którą zasadniczo znamy jako wybitną snowboardzistkę, ale ona postanowiła jeszcze zostać wybitną narciarką alpejską. I podołała, na złoto. Podołała, choć przez całą młodość wmawiali jej, że musi wybrać, na czym chce jeździć, bo nie będzie świetna w niczym. Że łączyć obu sportów się nie da.

„Nie da się” – jedna z najgroźniejszych fraz, jakie wymyślili ludzie. Ci, którzy puszczają ją mimo uszu, zmieniają historię. Przypomniał mi się Jan Boklöv, czyli szwedzki skoczek narciarski, który przed wiekami wbrew obowiązującej modzie zaczął latać w stylu „V”. I wkrótce zaczęli go naśladować wszyscy. Czy Ledecka też zainspiruje innych? Obszerniej napisałem o niej tutaj.

Igrzyska w Pjongczangu są brudne, bo żeby Czeszka i inni – jak deklamują poeci mikrofonu – miłośnicy białego szaleństwa mogli sobie poszusować olimpijsko, Koreańczycy wyrżnęli tyle drzew, że eksminister Szyszko pokiwałby z uznaniem. I to drzew szczególnych. Stojących w rezerwacie przyrody, na zboczu góry Gariwang rosnących od 500 lat, tworzących las zwany „świętym”. Niestety, tylko tam znaleziono zbocze o wymaganej różnicy poziomów między startem a metą. Czy na cokolwiek się przyda po igrzyskach, nie wiadomo, ale to wątpliwe, bo dla amatorów stok jest ponoć zbyt stromy, zresztą Koreańczycy nie przepadają za tarzaniem się w śniegu. A kolejne dziesiątki tysięcy drzew padły dla zbudowania biegowej nartostrady...

Gospodarze nie bzikują też na punkcie hokeja, więc nie potrzebują hali, którą MKOl kazał zbudować, bo nie zgodził się na rozgrywanie turnieju w Seulu. Nic zaskakującego, igrzyska często wznoszą się na dewastacji środowiska, finansowanych z publicznych pieniędzy absurdalnych inwestycjach, wywłaszczeniach. I zawsze wbrew propagandzie przynoszą straty, nadmuchując koszty do niemożliwych rozmiarów, znacznie przekraczających założenia. O ciemnej stronie imprezy należy pamiętać, nawet jeśli kochamy zabawy podziwiać gry i zabawy na śniegu i lodzie.

Igrzyska w Pjongczangu są pouczające, bo kolonizują je reprezentanci Norwegii, która wcale nie wydaje na wyczynowy sport bimbalionów. Przeciwnie, wydaje stosunkowo niewiele (ponad 60 mln zł), dba natomiast, żeby w tysiącach lokalnych klubów do wysiłku fizycznego przyzwyczajało się – i regularnie trenowało – 93 proc. dzieci i młodzieży. Oto inżynieria społeczna warta rekordowej liczby medali na zimowych igrzyskach (rywalizacja jeszcze trwa, ale liderzy klasyfikacji generalnej poprawili już najlepszy dotąd wynik Amerykanów, którzy w Vancouver uzbierali 37 krążków). Great athletes aren’t born. They’re made.

Igrzyska w Pjongczangu są ściemą, gdy zwycięstwo Niemców nad Kanadą w półfinale turnieju hokejowego obwrzaskuje się jako megasensację grożącą rozmagnesowaniem Ziemi, a pokonanych wpycha w stan żałoby narodowej. Odkąd NHL ogłosiła wszak, że nie puści zatrudnionych u siebie zawodników, stało się jasne, że pod olimpijską flagą zostanie rozegrane na tafli kiepskiej jakości nie wiadomo co. Że zamiast hokejowych mistrzostw globu obejrzymy atrapę mistrzostw, i to marną atrapę. Skoro w najsilniejszych rozgrywkach wywija kijem 423 Kanadyjczyków, to możemy założyć – przy nieuniknionym, acz niewielkim marginesie błędu – że na igrzyskach nie wystawili oni 423 czołowych zawodników. A Niemcy? U nich strata zawodowców z NHL wynosi, słownie, siedem osób. Tylu ich zarabia na życie na lodowiskach pod drugiej stronie Atlantyku.

Uruchomcie wyobraźnię i wymalujcie sobie np., że Adam Nawałka nie może powołać na mundial 423 najlepszych piłkarzy, czyli rezygnuje nie tylko z Lewandowskich i Glików, lecz także wszystkich ganiających w tzw. ekstraklasie. Wystawiłby wówczas, licząc pi razy drzwi, coś na kształt Miedzi Legnicy. Czy po jej ewentualnej porażce z Mołdawią lub Albanią ktokolwiek przytomny ogłosiłby, że reprezentacja Polski uległa Mołdawii lub Albanii?

Tak, turniej hokejowy to dziwoląg jeszcze większy niż olimpijska piłka nożna, na której ostatnio złoto wykopał przynajmniej niejaki Neymar. Korporacja MKOl przegrała mecz z korporacją NHL, więc nie wiadomo, kto właściwie pod jej flagą rywalizuje z kim, skoro z udziału wykluczonych zostało także m.in. 246 czołowych Amerykanów, 92 Szwedów, 38 Finów czy 37 Czechów.

Szkoda. Gwiazdy hokeja do udziału w igrzyskach się rwały, byłoby pasjonująco.

Igrzyska w Pjongczangu są smutne, bo z trybun zbyt często wieje pustką, bezruchem, ciszą. Kiedy w Alpensia Jumping Park, gdzie wybudowano wspaniały kompleks dla skoczków narciarskich, Andreas Wellinger świętował złoto, na trybunach krzątali się już tylko ludzie sprzątający śmieci. Kamil Stoch tłumaczył to wiatrem, mrozem i trwającymi ponad trzy godziny zawodami. Jednak gdy sam wygrywał na skoczni dużej, pogoda była ładniejsza, a na widowni też zjawiły się jedynie małe grupki kibiców z Polski czy z Norwegii. Podobnie wyglądały biegi narciarskie czy mecze hokejowe, ciut lepiej zawody biatlonowe. I nic dziwnego, już przed igrzyskami wiedzieliśmy, że w zimowym repertuarze Koreańczyków kręcą tylko łyżwowe ewolucje na lodzie – poza wymagającymi użerania się z gumowym krążkiem.

Igrzyska w Pjongczangu dają nadzieję każdemu, bo wpuszczają na zawody także sportowców, którzy niczego nie umieją. Jak niejaka Elizabeth Swaney, 33-letnia Amerykanka symulująca uprawianie narciarstwa dowolnego. W halfpipie trzyma się banalnie skutecznej taktyki: nie wykonuje jakichkolwiek ewolucji, zjeżdża byle zjechać, za jedyny cel obiera sobie uniknięcie dyskwalifikacji. Groteskowe popisy daje od lat w Pucharze Świata, co niekoniecznie spycha ją na ostatnie miejsce – wyprzedza niekiedy rywalki, które upadły. A ponieważ konkurencję ma w swojej dyscyplinie skromną, awansowała na igrzyska. Oczywiście nie jako Amerykanka, do kadry USA by się nie wcisnęła. Choć urodziła się i mieszka w Kalifornii, reprezentuje Węgry (stamtąd wyemigrowali jej dziadkowie), z którymi związała się po kilku latach uprawiania skeletonu w barwach Wenezueli (skąd przyjechała mama). Aha, zdążyła też, jeszcze jako 19-latka, rywalizować z Arnoldem Schwarzeneggerem w wyborach gubernatora stanu. Zaprawdę powiadam wam, „nie da się” to również jedna z najbardziej fałszywych fraz, jakie wymyślili ludzie.

Proste, prawda? Wystarczy wyszukanie słabo obsadzonego sportu, pieniądze oraz odrobina fantazji, a luki w regulaminach pasują cię na olimpijczyka. Igrzyska inkluzywne są, egalitarne i tolerancyjne,  przygarną nawet patałacha. Jeśli mieszczą i Ester Ledecką, i Elizabeth Swaney, to znaczy, że obejmują prawie cały globus, a my, Polacy, kucamy sobie gdzieś w środku, ani z naszych herosi, ani ofiary losu, tacy tam średniacy, tylko od nas zależy, czy wybierzemy zgrzytanie zębami po licznych klęskach czy oklaski po nielicznych wygranych.

Pjongczang 2018, igrzyska olimpijskie. Fot. Lee Jin-Man/AP

poniedziałek, 19 lutego 2018

AC Milan, Yonghong Li

Yonghong Li, który w ubiegłym roku zapłacił za AC Milan 740 mln euro, został uznany za bankruta przez sąd w Shenzen. Ale śledztwo trwa, to nie musi być ostatni wyrok. Chiński biznesmen niewypłacalny był już wtedy, gdy kupował włoski klub.

Pozwały go dwa banki, w których jest zadłużony. Żeby zwrócić pieniądze, zgodnie z nakazem sądu wystawi na sprzedaż – na Taobao, lokalnym odpowiedniku aukcyjnego serwisu eBay – akcje producenta opakowań Zhuhai Zhonghu. Posiada niespełna 12 proc. udziałów, całą firmę wycenia się na 60 mln.

Chińska Komisja Regulacyjna ds. papierów wartościowych kontynuuje dochodzenie. Kolejne podejrzenia dotyczą machinacji umożliwiających Yonghong Li zatajenie prawdy o swojej finansowej kondycji. Ściślej – o kondycji holdingu Shenzen Jie Ande. To już grozi zarzutami kryminalnymi.

Można powiedzieć, że wykrakałem. Ilekroć relacjonowałem sprawy związane ze zmianą właścicielską w Milanie, wyrażałem wątpliwości, czy Chińczyk – przejmujący klub m.in. dzięki 340 mln pożyczonych na lichwiarski procent od amerykańskiego funduszu hedgingowego – to nie oszust.

Od tamtej pory wychodziły na jaw kolejne obnażające Yonghong Li fakty. Okazało się, że opowieści o należących do niego kopalniach fosforu to bajki. W Azji nikt o tym nie słyszał. A kiedy prześwietlić biznesmena postanowili dziennikarze śledczy „New York Timesa”, utonęli w nieprzeniknionej sieci chińskich transakcji – często przeprowadzanych bez jakichkolwiek przelewów, między osobami o podobnie brzmiących nazwiskach (popularny tam proceder), podejrzanej proweniencji i mających zatargi z prawem. Co więcej, jego brat i ojciec odsiedzieli wyrok za oszustwo. Oczywiście nie sugeruję, że Yonghong Li odpowiada za winy rodziny – tyle że wszyscy byli także wspólnikami w interesach.

Najnowsze odkrycia publikuje „Corriere della Sera”. Publikuje w pomyślnym dla Milanu momencie pod względem sportowym – u nowego trenera piłkarze demonstrują futbol intensywny i metodyczny; są bardzo konkretni w ataku, unikają podawania dla samego podawania (jakże ja tego jałowego pykania nie znosiłem!), znów umieją wytrzymywać ostry pressing rywala. Odkąd ćwiczą pod wrzaskiem Gennaro Gattuso, stratę do sąsiedniego Interu zredukowali z 16 do 7 punktów, ostatnio pozostają niepokonani od 10 meczów. Znów widać światełko w tunelu.

Wokół klubu robi się jednak coraz ciemniej. Prasowe doniesienia o śledztwie w sprawie prania brudnych pieniędzy, któremu rzekomo miała posłużyć transakcja między poprzednim a obecnym właścicielem, na razie nie zostały potwierdzone. Przybywa za to dowodów, że Yonghong Li to hochsztapler, mitoman, gołodupiec. Tym razem już nie dzięki reporterom z działów ekonomicznym, lecz wyrokom sądów.

Silvio Berlusconi też ma mnóstwo za uszami, zresztą nawet teraz odbywa wyrok, przez który nie może osobiście startować we włoskich wyborach (uczestniczy w nich pośrednio). Ale przynajmniej był wypłacalny. Krętacz z realnymi miliardami na koncie i uznanymi osiągnięciami biznesowymi przekazał klub krętaczowi z miliardami wirtualnymi i bez żadnych udowodnionych sukcesów biznesowych.

Choć współczesny włoski futbol przeżył kilka spektakularnych upadków wielkich futbolowych firm, czasami kończonych degradacją do niskich lig (Fiorentiny, Napoli, Parma etc.), to nie sądzę, by instytucjonalna śmierć groziła także Milanowi. Owszem, zadłużenie wobec Elliott Management Group trzeba spłacić do 15 października, inaczej klub wpadnie w ręce amerykańskiej finansjery, która sprzeda go najhojniejszemu chętnemu. Teoretycznie, w najczarniejszym wyobrażalnym scenariuszu, spieniężeni mogą zostać również piłkarze. Praktycznie bardziej prawdopodobne jest, że odzyska go rodzimy kapitał, choćby konsorcjum inwestorów z regionu.

Wariant najprzyjemniejszy dla kibica – niech Milan wreszcie weźmie pierwszy od dekad właściciel, którego nikt przytomny nie uzna za człowieka marnej reputacji.

Tagi: AC Milan
17:41, rafal.stec
Link Komentarze (10) »
niedziela, 18 lutego 2018

Tak się złożyło, że w dwa kolejne poniedziałki zająłem się w cotygodniowym felietonie do „Gazety Wyborczej” naszą polską miłością do porażek i zarazem wrogością do tych, którzy porażki ponoszą. Alternatywy zresztą nie było, w Pjongczangu nasi sportowcy z morderczą konsekwencją mierzą w miejsca ostatnie lub prawie ostatnie. A ponieważ poprzednio zapomniałem wkleić link na blogu, teraz wklejam oba – tutaj przeczytacie „Polską sztukę przegrywania”, a tutaj dzisiejsze „Igrzyska nienawiści”.

18:51, rafal.stec
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 lutego 2018

Korea Północna, igrzyska olimpijskie, Pjongczang, hokej na lodzie. Fot. Kuba Atys

Bodaj najbardziej infantylnie i fałszywie brzmi na igrzyskach w Pjongczangu wzruszająca opowieść o wspólnej drużynie hokeistek z Korei Południowej i Północnej.

Szczytną ideę znamy, rozpisuje się o niej pół świata. Sport daje nadzieję na pojednanie, łączy nawet wrogów, którzy wprawdzie wojnę gorącą zakończyli ponad pół wieku temu, ale wojnę zimną prowadzą do dzisiaj – formalnie nigdy nie zawarli pokoju. Reżim z północy półwyspu, jedna z najbardziej zbrodniczych dyktatur świata, wojuje zresztą ze wszystkimi. I z zagranicą, która chce ponoć Kim Dzong Una i jego niewolników zniszczyć. I z własnymi obywatelami, czyli wspomnianymi niewolnikami, których czasem głodzi, a czasem morduje w obozach koncentracyjnych.

Jeszcze raz: jaki piękny symbol, jak mocny dowód, że dla sportu niemożliwe nie istnieje. Aż przykro byłoby przejmować się analizami ekspertów od geopolityki i spraw międzynarodowych, którzy nie pozostawiają złudzeń: psychopata szantażujący świat bronią jądrową nie mięknie, a zaproszeniem na igrzyska, które łaskawie przyjął, po prostu robimy mu dobrze.

Robią sobie dobrze również zapraszający – działacze Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Oni zazwyczaj przysięgają, że sportu nie należy mieszać z polityką. Zazwyczaj, czyli wtedy, gdy oddają organizację igrzysk w kontrowersyjne ręce, np. potrzebującemu dowodu na imperialną rosyjską potęgę Władymirowi Putinowi. Ale teraz polityka akurat się przydaje, bo MKOl unurzany jest w dopingowym i korupcyjnym szambie, wizerunkowo podupadł, potrzebuje zabiegów upiększających. A czy istnieje coś bardziej pociągającego niż misja pokojowa? Nawet uczestniczki wszelkich wyborów miss, oprócz deklarowania troski o środowisko naturalne, zawsze apelują, by ludzie zaprzestali wojen.

MKOl postanowił więc zgwałcić ducha sportu, a olimpijki z Korei Południowej potraktować instrumentalnie – posłużył się nimi, po czym ogłosił, iż dokonują czynów ważniejszych niż sport.

Hokeistki przygotowywały się na zgrupowaniach, wylewały pot w walce o miejsce w składzie, budowały drużynę. Aż tu nagle, ledwie dwa tygodnie przed startem turnieju olimpijskiego, usłyszały, że do 23-osobowej szatni wlezie 12 nowych zawodniczek. Nieznajomych, pochodzących z obcego kraju, z którym nie przepracowały ani jednego treningu. Nawet języka używają wbrew pozorom innego – dekady absolutnego odcięcia się od świata spowodowały, że północnokoreański znacząco różni się od południowokoreańskiego (polecam świetne książkowe świadectwo Suki Kim), i sąsiedzi używają kompletnie różnych terminów hokejowych (ci spod 38. równoleżnika chętnie sięgają po kalki z angielskiego, inaczej brzmią np. czasowniki „strzelać” oraz „uderzać”).

Co więcej, odgórnie ustalono, ile „wypożyczonych” z zagranicy zawodniczek musi (!) wystawić w każdym meczu trenerka Sarah Murray. Brutalna ingerencja w elementarne reguły gry.

Urodzona w Kanadzie amerykańska trenerka, która reprezentację Korei Południowej prowadzi od 2014 roku, najpierw wzdychała, że nie dano jej „przynajmniej kilku miesięcy na zjednoczenie drużyny”, i wyrażała obawy, że „obie podgrupy nie będą się do siebie odzywać”, ale szybko zmieniła melodię. I zaczęła zapewniać o przyjemności z prowadzenia nowego zespołu, o chemii, którą w naturalny sposób złączyła wszystkie hokeistki. Mówiła szczerze czy uległa presji? Jeśli uległa presji, to jakiej – wywołanej podniosłą atmosferą czy przez konkretnych polityków lub działaczy? Co czuły zawodniczki, które traciły miejsce w składzie i patrzyły, jak po lodzie suną słabsze rywalki, chwilowo przebrane za rodaczki? I których rodzice najpierw planowali wspólne protesty przeciw planom MKOl, zanim nie zrozumieli, że powinni być z córek dumne?

Odpowiedzi nie poznamy, nałykaliśmy się za to patosu wypluwanego przez Thomasa Bacha. – To nie chodzi tylko o mecz hokeja. Jesteście częścią czegoś większego – przemawiał szef MKOl do hokeistek, które przegrały 0:8 ze Szwajcarią, 0:8 ze Szwecją oraz 1:4 z Japonią. A następnie Angela Ruggiero, jego koleżanka z zarządzającej olimpizmem świty, zaapelowała, by drużynę obu Korei nominować do Pokojowej Nagrody Nobla.

Dla jasności: nie zamierzam wymądrzać się o strategii rozwiązywania skomplikowanych złożonych globalnych dylematów, słyszałem o „pingpongowej dyplomacji”, nie strzeliłoby mi do głowy protestować przeciw występom na igrzyskach atletów z krajów totalitarnych. Jednak sportowcy z Korei Północnej w sporcie uczestniczą na normalnych zasadach, a tu MKOl łamie podstawowe zasady, nie pytając o zdanie tych atletek, których jej pomysły bezpośrednio dotyczą. I dla których igrzyska powinny być – tu by się chyba olimpijscy dygnitarze ze mną zgodzili, prawda? – najważniejszym, najbardziej prestiżowym wyzwaniem w karierze. Zwłaszcza igrzyska rozgrywane we własnym kraju. Nawiasem mówiąc, kiedy zastanawiam się, dlaczego do zbawiania świata wybrano hokeistki, a nie hokeistów, nęka mnie nieprzyjemne podejrzenie, że uznano turniej kobiet za mniej poważny niż mężczyzn. Może więc raczej tam pogmerajmy, nikomu nie zaszkodzimy, powaga igrzysk pozostanie nietknięta.

Słowem, MKOl polityki się nie brzydzi, lecz wpycha sportowców w łapy polityków wyłącznie wtedy, kiedy mu wygodnie. I jeszcze wywołuje pożądany efekt. W „USA Today” przeczytałem, że hokeistki z Półwyspu Koreańskiego to wręcz „najważniejsza drużyna igrzysk”, a potem nastąpiło łkanie o „olimpijskiej transcendencji”. Wszędzie też migotają zdjęcia północnokoreańskich czirliderek (zdjęcie Kuby Atysa), dla mnie o tyle trudne w odbiorze, że natychmiast budzą skojarzenia z główną aktywnością artystyczną poddanych Kim Dzong Una – wielogodzinnym wytrenowywaniem wielotysięcznych układów choreograficznych mających sławić wodza. Te dziewczyny na pewno wiedzą, ile można zapłacić za jeden krzywy uśmiech.

Przynajmniej dla psychicznej higieny, w atmosferze gromadnego rozczulenia, zwróćmy zatem uwagę na szczyty hipokryzji, na które wzbijają się olimpijscy bonzowie, proponując nominację do Nobla dla hokeistek za „poświęcenie” dla wyższych wartości (cytat ze wspomnianej Ruggiero, znaczy jednak dostrzeżono czyjeś „poświęcenie”). W istocie byłoby to przecież uhonorowanie tych, którzy całą marketingową operację wymyślili i przeprowadzili.

poniedziałek, 05 lutego 2018

Łukasz Fabiański i Wojciech Szczęsny. Fot. Kuba Atys

Piękna ta domowa wojna i pasjonująca. Walczą Łukasz Fabiański i Wojciech Szczęsny, którzy żyją w skrajnie odmiennych okolicznościach przyrody. Felieton do poniedziałkowej „Gazety” przeczytacie tutaj.

09:38, rafal.stec
Link Komentarze (19) »
piątek, 02 lutego 2018

Zeznawałem już tutaj, że gdybym był zawodowym piłkarzem, to prawdopodobnie byłbym nielubianym przypadkiem piłkarza bezlitośnie nielojalnego. Skakałbym z kwiatka na kwiatek, z klubu do klubu, z ligi do ligi, z państwa do państwa, a może nawet z kontynentu na kontynent – coby się nazwiedzać, naoglądać, naupajać obcymi krainami. Tylko w tym kierunku, znaczy kierunkach, bym kombinował, odwieść od tego mogłyby mnie jedynie poważniejsze ambicje sportowe, ale o byciu Lewandowskim to ja, wybaczcie, nie fantazjuję.

Oczywiście skakałbym po kwiatkach, jeśli by mnie wszędzie w ogrodzie chcieli. Jak Sebastiana Abreu.

Pewnie niewielu wie, że dzisiaj startuje liga chilijska, więc uprzejmie donoszę, że owszem, startuje, a wraz z nią wraca na boisko wymieniony Urugwajczyk – mój rówieśnik z rocznika 1976, napastnik znany jako „El Loco”, czyli po naszemu „Wariat”. Jak przylgnęła doń ksywa, nie całkiem wiadomo, krąży na ten temat zatrzęsienie wersji. Mówi się o pokrywających jego skórę tatuażach (dzisiaj brzmi niewiarygodnie, wszyscy się malują, zlustrujcie makijaż na plecach Zlatana), młodzieńczym wdawaniu się w bójki z rywalami i kolegami z drużyny czy wchodzeniu na treningi (również w czasach juniorskich) krokiem zamaszyście tanecznym. Wyciąga się legendy rodzinne, jak ta o pięcioletnim brzdącu, który lubił bawić się pistoletem wujka. Wspomina się dawny epizod dziennikarski – Abreu, który uczył się na koszykarza (wyrósł na 193 cm), chodził jako reporter na mecze koszykówki, w których sam grał, o czym zapomniał poinformować w redakcji „El Serrano”, a potem swoje popisy entuzjastycznie relacjonował, cytował nawet własne wypowiedzi. Przywoływane są wreszcie oryginalne pomysły Urugwajczyka, jak przywiązanie do podobno pechowego numeru „13” na plecach czy zakładanie na mecz jednego buta białego i jednego czarnego – w ramach antyrasistowskiego happeningu. Wszelkie znane mi anegdoty brzmią ciekawie, ale nie czynią z bohatera regularnego wariata, lecz raczej narwanego, nazbyt spontanicznego nonkonformistę, zresztą koledzy z boiska nierzadko określali go nade wszystko jako osobnika ponadprzeciętnie inteligentnego.

U nas większość kibiców powinna go zapamiętać głównie z ćwierćfinałowego horroru na mundialu 2010, w którym Urugwaj zremisował z Ghaną 1:1. Do ostatniego rzutu karnego, rozstrzygającego o awansie do strefy medalowej, podszedł właśnie nasz bohater i wykończył rywal w wyrafinowany sposób:



Ale ja nie dlatego o nim. Ja o nim dlatego, że w barwach drużyny Audax Italiano – chilijskiego pierwszoligowca, właśnie rozpoczyna sezon – wpisuje się do Księgi Guinnessa. To jego 26. klub w karierze i dzięki podpisanemu niedawno kontraktowi wymazuje osiągnięcie dotychczasowego obieżyświata nad obieżyświatami, niemieckiego bramkarza Lutza Pfannenstiela.

Jego dorobek to 32 transfery (gdzieniegdzie wracał kilkakrotnie), 12 krajów, 4 kontynenty, a także: 424 gole strzelone we wszystkich rozgrywkach (Robertowi Lewandowskiemu brakuje jeszcze do tego wyniku 58), 26 bramek zdobytych w 70 meczach reprezentacji kraju, 9 tytułów mistrzowskich (w ligach argentyńskiej, brazylijskiej, urugwajskiej i salwadorskiej) i... jeszcze mógłbym rozciągać ten liczbowy łańcuch, ale mi się nie chce. W każdym razie 41-letni napastnik, którego wiecznie nosi, właśnie rozpoczyna kolejny sezon, a jego podróż w 32 kontrakty dookoła świata prezentuje się wszechkolorowo, intrygująco, imponująco. Bywało, że ten Monumentalny Niewierny w rok zahaczał się w trzech klubach, a zarazem nie brakuje miejsc, gdzie kibice go uwielbiają. Botafogo w sezonie, który nastąpił po odejściu Abreu, złożyło mu wyjątkowy hołd, projekt „drugiej” klubowej koszulki opierając na barwach reprezentacji Urugwaju.

I niemal wszędzie miał „El Loco” snajperską skuteczność świetną, ostatnio zachwycał wręcz rewelacyjną. Wysilcie wyobraźnię i zwiedzajcie, to niezwykły atlas:

Sebastian Abreu, kariera

Tagi: transfery
17:19, rafal.stec
Link Komentarze (7) »
Archiwum
Tagi