RSS
niedziela, 28 lutego 2016

Chiny, piłka nożna, Superliga

Owszem, należy pytać „kiedy”, a nie „czy”, decyzję w tej sprawie podjęła przecież Partia. Wszystkie tamtejsze pierwszoligowe kluby dysponują funduszami bez granic, bo albo sponsoruje je państwo, albo należą do miliarderów, których Chiny mają najwięcej na świecie. I rozwijają futbolowy projekt o skali dotąd niespotykanej. Tekst do poniedziałkowej „Gazety” – ostrzegam, dłuuugi – przeczytacie tutaj.

Tagi: felieton
21:33, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
sobota, 27 lutego 2016

W trwającej od lat awanturze „Messi czy Ronaldo” stanowczo zbyt rzadko zauważamy, że argentyński właściciel pięciu Złotych Piłek od wielu lat przebywa w znacznie bardziej sprzyjających okolicznościach przyrody niż portugalski właściciel trzech Złotych Piłek.

Owszem, podstawowy zarzut stawiany temu drugiemu – że znęca się nad słabymi, w meczach z silnymi często znika – jest słuszny. W tym sezonie, jak wiadomo, Cristiano Ronaldo nie wbił gola nikomu z wielkich rywali. Ani Paris Saint-Germain (dwa mecze w Lidze Mistrzów), ani Atlético Madryt (derby też rozegrano dzisiaj już po raz drugi), ani Barcelonie, ani Villarrealowi, ani Sevilli. Torturował za to Malmö (sześć bramek w 180 minut), Szachtar Donieck (pięć bramek w 180 minut) i Espanyol Barcelona (osiem bramek w 180 minut).

Ale on niemal zawsze pada ofiarą marnej postawy całej drużyny. Ewentualnie, gdyby wam poprzednie sformułowanie nie brzmiało – jego marna gra odwierciedla marną grę całej drużyny. Drużyny nawet w swoich szczytowych momentach niezdolnej do zademonstrowania na boisku poziomu zbiorowej współpracy, która dla Barcelony jest codziennością. I dopóki przeciwnik jest tak słaby, że wystarczają na niego indywidualne umiejętności madryckich gwiazd, dopóty Real wygrywa. Zwłaszcza po błyskawicznym objęciu prowadzenia – jak w meczach z Espanyolem (odpowiednio siódma i ósma minuta), spotkaniu z Malmö (dwunasta), efektownym zwycięstwie 10:2 z Rayo Vallecano (trzecia) albo goleadach z Betisem (druga) czy Gijon (siódma) – które jedną stronę rozluźniają, a drugiej uniemożliwiają głęboką defensywę. Kiedy jednak pojawia się przeciwnik silniejszy, a przede wszystkim – lepiej zorganizowany, Real się krztusi. Nie tylko ostatnio, przez siedem lat prezesury Florentino Péreza tylko incydentalnie zdarzało się, by techniczne wyrafinowanie madryckich gwiazd było objęte równie wyrafinowanym planem gry.

Dlatego w tym sezonie Real ledwie jeden z przywoływanych szlagierów wygrał (a raczej wydusił, 1:0 z PSG), dlatego w żadnym z nich (to 630 minut gry) Cristiano Ronaldo nie pokonał bramkarza. Co gorsza, nawet niespecjalnie bramkarzowi zagrażał. Jak w dzisiejszych derbach – najbardziej niebezpiecznie kopnął z rzutu wolnego, czyli w sytuacji niewymagającej współpracy zespołowej. Portugalczyk skandalicznie często pozostaje skazany na solowe zrywy, przypomnijmy sobie choćby niedawny mecz Ligi Mistrzów w Rzymie, w którym błysnął fantastycznym zwodem i strzałem dopiero wtedy, gdy rywale opadli z sił i zostawili mu więcej wolnej przestrzeni. On nie zawsze wygląda już jak przytłaczający obrońców atletyczny potwór, jednak cierpiałby mniej, gdyby był wkomponowany w spójne dzieło taktycznej inżynierii.

Dowody na panujący na Santiago Bernabéu bałagan wyrecytuje każdy madrycki fan, nawet ten doświadczony dzisiaj oglądaniem derbów, więc zapewne już urżnięty w trupa. Nie wiadomo, po cholerę Realowi tylu rozgrywających/środkowych pomocników o podobnej charakterystyce; to niepojęte, że miłość prezesa do Karima Benzemy przez tyle lat chroni go przed konkurencją w postaci innego środkowego napastnika najwyższej klasy światowej; nikt nie nadąża za gonitwą myśli w głowie Florentino Péreza, który dobierając kolejnych trenerów, ewidentnie się zatacza. W każdym razie ten wspaniały klub od dawna nie miał, nie ma i prawdopodobnie nie będzie prędko miał logicznej strategii, jego los zależy od wyrwanych z kontekstu lepszych momentów wybitnych trenerów, o kompetencjach José Mourinho czy Carlo Ancelottiego. A czasami niezborne ruchy prezesa muszą doprowadzić do popołudnia, podczas którego wytrawny weteran wielu kampanii Diego Simeone przeżuje i wypluje żółtodzioba Zinedine’a Zidane’a.

Im dłużej obserwuję rozgardiasz na Santiago Bernabéu, tym więcej nęka mnie wątpliwości, czy ewentualny transfer Roberta Lewandowskiego do Realu, choć dość naturalny – w Barcelonie tłok, a z Bayernu nie ma sensu iść gdzie indziej – będzie posunięciem maksymalizującym szanse na zdobywanie kolejnych trofeów. I osławione pytanie angielskich dziennikarzy, „czy Messi poradziłby sobie w deszczowy, wietrzny wieczór na Britannia Stadium”, wzbogacić o jeszcze jedno. Ile mianowicie byłby Argentyńczyk w stanie nazbierać sukcesów, gdyby wpadł w łapy Florentino Péreza.

19:09, rafal.stec
Link Komentarze (74) »
środa, 24 lutego 2016

Francesco Totti, mural

Uczucia religijne połowy miasta uraził trener Luciano Spalletti. Ośmielił się tknąć Francesco Tottiego. 40-latka, który nie umie pogodzić się z przemijaniem.

W niedzielę rano piłkarz usłyszał, że ma opuścić ośrodek treningowy i nie znajdzie się w kadrze na wieczorny mecz z Palermo, choć wcześniej trener zapowiadał, iż wystąpi w podstawowym składzie. Spalletti zareagował na sobotni wybuch Tottiego, który przed kamerą publicznej telewizji RAI oskarżył zwierzchnika, że ten nie okazuje mu szacunku. W domyśle: nie daje mu grać. Relacje obu panów mają się ograniczać – to już dokładny cytat – do suchych „dzień dobry” oraz „do widzenia”. Dlatego Totti zaszokował sugestią, że może zakończyć karierę gdzie indziej.

Bohatera dramatu moglibyśmy z niewielką przesadą tytułować rzymskim wcieleniem św. Franciszka. I nie sposób przedstawić go w jednym akapicie. Można rzucić konkretem: debiut w seniorach Romy w wieku 16 lat, 749 meczów, 300 strzelonych goli, opaska kapitana noszona od 1998 r. Można też przyrównać go do innej ikony: Alex Ferguson odszedł ze stanowiska trenera Manchesteru Utd. po 26 latach i sześciu miesiącach pracy, a Totti reprezentuje Romę – wliczając naukę w juniorach – od 26 lat i pięciu miesięcy.

Ale nagie fakty tu nie wystarczą. Nie wystarczy nawet profil sportowy, który byłby ucieleśnieniem wszechstronności – Totti to unikalny gracz ofensywny, snajper z kowadłem w stopie, a zarazem rozgrywający zdolny do podań subtelnych i wizjonerskich. Tu trzeba przewędrować Rzym, popodziwiać murale z jego wizerunkiem, docenić odrębność używanego przezeń lokalnego dialektu, posłuchać tubylców wspominających z przejęciem, jak ich idol odmawiał Realowi Madryt. Archetyp wrośniętego w klub, bezwarunkowo lojalnego wychowanka. Wywołującego tym większą wdzięczność fanów, że w przeciwieństwie do Paolo Maldiniego (cała kariera w Milanie) czy Javiera Zanettiego (prawie cała kariera w Interze) za wierność barwom słono płacił, zdobył ledwie jedno mistrzostwo kraju i nie miał szans na sukces w Lidze Mistrzów. Niektórzy zarzucali mu nawet brak ambicji.

Premier Włoch, pochodzący z Florencji Matteo Renzi, odmówił skomentowania afery, tłumacząc, że dla każdego, kto nie jest z krwi i kości rzymianinem, powinien to być temat tabu. A poprzedni szkoleniowiec stołecznej drużyny, Francuz Rudi García, twierdził, że Totti jest dla miasta większy niż papież. Spalletti również przyznaje, że na ścianach jego domu wisi „siedem lub osiem zdjęć kapitana”. I że po ukaraniu piłkarza odebrał telefon od własnego syna, który nie umiał pojąć, jak ojciec mógł pokłócić się z Tottim.

Odkąd trener wrócił do Rzymu, w siedmiu meczach wpuścił legendę na boisko tylko dwukrotnie, i to z rezerwy. Ostatni raz wyglądał już wręcz na symboliczną przysługę dla zawodnika w fazie schyłku – w 1/8 finału LM wtruchtał on na boisko na kilka minut, gdy triumf Realu był przesądzony. Nagabywany przez dziennikarzy Spalletti mówił też kilkakrotnie, że „nie trenuje Tottiego, lecz Romę”. Efekty ma zresztą znakomite, serię pięciu wygranych z rzędu podsumowało niedzielne 5:0 z Palermo.

Sytuacja jest tym bardziej pogmatwana, że podczas poprzedniego pobytu w Romie Spalletti zasłynął jako innowator – wystawiał skład z fałszywym napastnikiem (właśnie Tottim!), zanim w Barcelonie wpadł na to Pep Guardiola – ale potem, już jako szkoleniowiec Zenita St. Petersburg, żalił się, że przed opuszczeniem klubu nie dostał od rzymskiego kapitana należytego wsparcia. I choć kibice na stadionie wzięli teraz stronę piłkarza (zarzucają władzom klubu, że niszczą kolejny po zmodyfikowanym herbie symbol Romy), to mnóstwo ludzi futbolu wstawia się za trenerem.

Totti wielokrotnie obiecywał, że zestarzeje się z godnością. Nie będzie balastem dla klubu (budżetowo nie jest, zarabia 2,5 mln euro rocznie, czyli mniej od Wojciecha Szczęsnego), nie zamierza „robić z siebie na boisku głupca” jako gracz już niedołężny, pożegnanie wyobraża sobie jako doświadczenie nie tyle smutne, ile piękne. Zarazem jednak w tarapaty wpadali również poprzedni trenerzy, którzy nazbyt często osadzali go w rezerwie.

Nie oni pierwsi. Dopóki istnieją piłkarze, którzy mają prawo sami wybrać, kiedy skończą karierę lub przycupną w cieniu, dopóty kluby będą stawać się ich zakładnikami. Wystarczy przypomnieć sobie niedawne konanie Ikera Casillasa w Realu. Ostatnim sprawdzianem lojalności bywa gotowość do zaakceptowania upływu czasu – zwłaszcza dzisiaj, gdy futbol stoi dynamiką i szybkością. A Totti, który we wrześniu skończy 40 lat, rzucił niedawno, że pogra jeszcze dwa sezony. W feralnym wywiadzie dla RAI dodał, że na razie „w ogóle nie myślał o innej roli” (obecny kontrakt gwarantuje mu stanowisko w zarządzie klubu).

I raczej nie jest jeszcze skończony jako piłkarz. Gdy wrócił po długiej kontuzji w styczniowym meczu z Frosinone, natychmiast dał asystę przy golu Miralema Pjanicia, teraz znów uczestniczy w treningach. Pozostaje pytanie, jak zniesie nieuniknioną marginalizację w drużynie. I czy trener Spalletti będzie działał z adekwatną do powagi sytuacji delikatnością.

Tagi: serie a
20:07, rafal.stec
Link Komentarze (12) »
wtorek, 23 lutego 2016

Robert Lewandowski, Mario Mandzukic

Przeżył, a grał tak, jakby o niczym więcej nie marzył. W 1/8 finału Ligi Mistrzów piłkarze z Turynu zremisowali dzisiaj z Bayernem 2:2.

Jeśli zgodzimy się, że klasyczny środkowy napastnik potrzebuje podań jak tlenu, to turyńczycy postanowili wczoraj Roberta Lewandowskiego udusić.

Przed przerwą Polak musiał znieść aż dwa blisko dziesięciominutowe okresy bez kontaktu z piłką. A gdyby najpierw sam nie odebrał jej przeciwnikowi, to po raz pierwszy dotknąłby jej po blisko kwadransie.

Gospodarze nie biegali jak opętani, przeciwnie, stali blisko siebie i poruszali się metodycznie, by miażdżącą przewagę Bayernu zamienić w jałową zabawę. Oni opanowali tę sztukę doskonalej niż ktokolwiek, z kim monachijczycy mierzyli się w tym sezonie. Goście trzymali piłkę niemal bez przerwy, można powiedzieć, że grali z „dziadka”, ale Lewandowski nie mógł w niej uczestniczyć - zamknięty w środku razem z rywalami - jeśli nie uciekł na skrzydło. I przeżywał mecz dla siebie niezwykły. Jeśli nawet dopadł piłki, to albo pod presją źle przyjął, albo niecelnie podał, albo dopadał jej daleko od bramki Juve, gdzie trudno było wymyślić coś konstruktywnego. Musiał podołać zadaniu być może dla napastnika najtrudniejszemu - wycisnąć z tego minimum (gry) maksimum (efektu).

A ponieważ jest piłkarzem wybitnym, trochę wyciskał. Przed przerwą tylko dwa razy miał piłkę w polu karnym. I najpierw wyłożył ją (niedokładnie) Thomasowi Müllerowi - również mógł czuć się jak w klatce - ale ten spartaczył. A potem Polak uderzał celnie głową.

Nietypowo czuł się Lewandowski, nietypowo czuł się Juventus. Ilekroć przejmował piłkę na własnej połowie, utrzymywał ją może przez ułamek sekundy. Ilekroć przejął na połowie Bayernu, nie utrzymywał jej wcale. Ulegał pressingowi faworyta z bezradnością dla finalisty Ligi Mistrzów wręcz wstrząsającą. W Niemczech tak reagują na Bayern tylko przeciwnicy najbardziej potulni i zakompleksieni, z dołów tabeli.

Dlatego bardzo długo wszystko przebiegało w sposób do bólu przewidywalny. Juventus musiał paść i padł. Niewykrywalny napastnik Müller najbardziej niebezpieczny jest, gdy znika, więc on zadał pierwszy cios. A Arjen Robben zabija zazwyczaj wtedy, gdy zachowuje się jak wiedziony odruchem bezwarunkowym, więc on zadał - po arcytypowym dryblingu i arcytypowym strzale - drugi cios. 0:2. I chyba nawet turyńscy kibice poczuli, że sprawa została rozstrzygnięta, skoro jeszcze przed meczem Buffon szacował szanse na awans na 25 proc.

Trzy lata minęły od poprzedniego starcia Juve z Bayernem i pamiętnej tyrady ówczesnego trenera, rozgoryczonego Antonio Conte, który grzmiał, że „jeśli masz w portfelu 10 euro, to nie wejdziesz do restauracji, w której danie kosztuje 100 euro”. Niepowodzenie w LM tłumaczył nędznym budżetem, rzekomo uniemożliwiającym rzucenie wyzwania najpotężniejszym klubom na kontynencie. Od tamtej pory minęła jednak wieczność. Choć turyńczycy, wyniesieni na wyższy poziom przez Massimiliano Allegriego, wciąż wyraźnie ustępują faworytom finansowo, to w poprzedniej edycji zdołali pokonać m.in. Real Madryt i dotrwać do finału.

Przy Bayernie - osłabionym, bez zdemontowanej przez kontuzje obrony - znów jednak wyglądali jak zahukani prowincjusze. Nie wiadomo tylko, czy problem był mentalny, czy techniczny. Czy wyszli z szatni ze zbyt nisko pochylonymi głowami, czy po prostu na więcej nie było ich stać w sensie czysto piłkarskim. I musieli poczekać, aż rywal poczuje się zrelaksowany, by mieć szanse na atak.

Bo w sytuacji krytycznej nie tylko strzelili kontaktowego gola, nie tylko wyrównali, oni mogli wręcz wygrać. I to pomimo utraty Claudio Marchisio - uraz, nie wyszedł na drugą połowę - czyli piłkarza tyleż niedocenianego, co absolutnie kluczowego, łączącego w Juve defensywę z ofensywą.

Bayern znów okazał się wrażliwy na ciosy. On zaskakująco miernie wypada zwłaszcza na wyjazdach w LM - z ostatnich ośmiu wygrał ledwie dwa, w Pireusie i Zagrzebiu, uległ za to Manchesterowi City, Porto, Barcelonie i Arsenalowi, zremisował z Doniecku i wczoraj w Turynie. Ale u siebie potężnieje. W bieżącym i ubiegłym sezonie wyłącznie tam wygrywał. W stosunku 4:0, 5:1, 5:0, 3:2, 6:1, 7:0, 3:0, 2:0, 1:0. A teraz do awansu wystarczy mu nawet remis.

poniedziałek, 22 lutego 2016

Juventus Turyn

 

Tak pancerna defensywa jeszcze się w tym sezonie na Roberta Lewandowskiego nie zasadzała. W 1/8 finału Ligi Mistrzów Bayern zagra w Turynie z finalistą poprzedniej edycji.

Reprezentant Polski wzbił się już na pułap nałogowego kolekcjonera rekordów. Niemal co mecz słyszy o kolejnej barierze, którą pokonał, po golu strzelonym w miniony weekend Darmstadt jego ofiarą padły już wszystkie drużyny rywalizujące w Bundeslidze. A średnia 0,62 bramki zdobywanej na mecz jest trzecią najwyższą w historii rozgrywek, monachijski napastnik ustępuje tylko Lotharowi Emmerichowi (0,63) i mitycznemu Gerdowi Müllerowi.

W Lidze Mistrzów strzela w podobnym tempie. Przeciętna 0,65 gola na spotkanie oznacza, że wśród aktywnych piłkarzy regularnością przewyższają go wyłącznie Cristiano Ronaldo (0,73) oraz Leo Messi (0,78).

Ale naprzeciw tak szczelnej obrony jak turyńska jeszcze w barwach Bayernu nie stanął. Także dlatego, że trwa epoka futbolu ultraofensywnego, w której najwybitniejsi snajperzy pokonują bramkarzy z łatwością niespotykaną od dekad – cztery edycje LM najbardziej obfitujące w bramki to cztery edycje najnowsze. Sztuką defensywną imponują ostatnio jedynie Atlético Madryt (finalista z 2014 r.) oraz właśnie Juventus (finalista z 2015 r.).

Jeśli analizować cały trwający sezon, to turyńczycy tracą gole ciut częściej niż Bayern, Atlético i pozbawione we Francji realnej konkurencji Paris Saint-Germain. Oni jednak długo odzyskiwali równowagę po letniej rejteradzie kilku kluczowych postaci (m.in. Andrea Pirlo, Carlos Tévez, Arturo Vidal). A gdy ją wreszcie odzyskali, zamknęli swoje pole karne na cztery spusty. Przez 990 minut grania w 2016 r. stracili ledwie jednego gola. Ba, bramkarz Gianluigi Buffon musiał bronić ledwie 1,44 celnego strzału na mecz, i to strzału zazwyczaj rozpaczliwego, wyrażającego głównie frustrację sparaliżowanego rywala. Nawet rozszalały lider klasyfikacji strzelców Gonzalo Higuaín został właściwie odsunięty od gry – wygrany 1:0 hit z Napoli był popisem kunsztu defensywnego z obu stron – i zdołał uderzyć tylko raz. Kopnął słabo, spudłował.

Juventus stał się wręcz nietykalny, ponieważ ma perfekcyjnie zorganizowaną grę obronną całej jedenastki. Zorganizowaną i agresywną, wśród drużyn z czołowych pozycji w najlepszych ligach europejskich wyjątkowo często fauluje i zbiera wyjątkowo dużo kartek (60 żółtych przy 27 Bayernu). Ale też turyńskiego pola karnego chronią defensorzy doświadczeni i zżyci ze sobą (czytaj: zgrani) jak nigdzie indziej w Lidze Mistrzów. Giorgio Chiellini (32 lata, w Juve od 2005 r.), Leonardo Bonucci (29 lat, w klubie od 2010 r.) i Andrea Barzagli (35 lat, w klubie od 2011 r.) czasem tworzą tercet, a czasem – zazwyczaj w razie kontuzji jednego z nich – duet stoperów, jednak na ich skuteczność zasadniczo to nie wpływa. Trener Massimiliano Allegri chętnie zmienia ustawienie (3-5-2 albo 4-4-2), a podwładni poruszają się swobodnie w obu, zresztą ćwiczą się w tej elastyczności od lat.

Teraz leczy się Chiellini (do wczoraj trwała walka, by zagrał) i to jest wiadomość dla Lewandowskiego dobra – on w tym gronie jest najtwardszy, najsilniejszy, najbardziej skory do prowokowania i chuliganienia. Ale o fundamentalnej różnicy nie ma mowy. Turyńczycy od tygodni bronią bez niego, Bonucci i Barzagli to również 190-centymetrowe drągale, obaj też chętnie wchodzą w zwarcia, świetnie grają głową. I doskonale współpracują – wspomniana trójka i Buffon stanowią zaporę żywcem przeniesioną z reprezentacji Włoch, razem rozegrali dla kraju 343 mecze. A włoski bramkarz, choć interweniować musi rzadko, to nadal poraża refleksem. W szlagierze z Napoli obronił strzał z trzech metrów – oczywiście jedyny tamtego wieczoru – w takim stylu, jakby chciał dać materialny dowód dla diagnoz lekarzy utrzymujących, że jego eksplozywne 38-letnie mięśnie wciąż reagują jak w ciele 25-latka. I dla diagnoz neurochirurgów, wedle których komórki centralnego układu nerwowego umierają u Buffona wolniej niż u pospolitych rówieśników.

Zderzy się zatem Lewandowski z defensywą, z jaką w LM chyba się jeszcze nie zetknął. Nienaruszalną zwłaszcza na własnym stadionie, jesienią turyńczycy nie stracili u siebie gola, Manchesterowi City pozwalając oddać jeden celny strzał, Sevilli – dwa, Borussii Mönchengladbach – żadnego. Tym razem też będą manewrowali w skupieniu i z najwyższą ostrożnością, bo wiedzie ich przeświadczenie, że wylosowali przeciwnika niemal niezwyciężonego. Chóralnie sławią i Polaka (Álvaro Morata mówi, że to jego ulubiony współczesny napastnik), i Bayern, twierdząc, że do awansu do ćwierćfinału będą potrzebowali cudu. A trener Allegri zapowiedział rodakom, że Lewandowskiego potraktuje jak Higuaína, czyli zleci swoim ludziom takie poruszanie po boisku, by zredukować liczbę kontaktów supersnajpera z piłką do minimum.

Włosi przystępują do meczu z pokorą i świadomością olbrzymiej siły rywala, nastawiają się na cierpienie. A właśnie w takich okolicznościach są najgroźniejsi.

22:59, rafal.stec
Link Komentarze (40) »
niedziela, 21 lutego 2016

Manchester United, Deadpool

Wbrew medialnemu czarnemu PR-owi najbardziej utytułowanemu angielskiemu klubowi wiedzie się nie tyle świetnie, ile coraz świetniej. Felieton do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

wtorek, 16 lutego 2016

Paris Saint-Germain

Szatnią Paris Saint-Germain trzęsie z niespotykaną w czołowych klubach gwałtownością. Ale na boisku panuje imponujący porządek. Dzisiaj w 1/8 finału dał zwycięstwo 2:1 nad Chelsea.

Paryżanie – finansowani z bezbrzeżnego, ufundowanego na gazie majątku katarskiego rządu – wyzwań godnych swoich talentów mogą szukać już tylko w Champions League. W kraju pozostają niepokonani od 44 meczów (40 wygrali), mkną po obronę tytułów we wszystkich trzech rozgrywkach, przy piłce utrzymują się dłużej niż ktokolwiek w czołowych ligach europejskich – nawet Bayern i Barcelona.

Wczoraj zabrali ją na 64 proc. czasu gry, podawali z wyraźnie wyższą niż Chelsea precyzją, oddali dwukrotnie więcej strzałów. Znów wyglądali na grupę, którą trudno będzie złamać nawet obu wspomnianym faworytom LM. I nie byłoby nic w tym dziwnego, gdyby nie łamali zasady ponoć uniwersalnej dla wszystkich gier zespołowych - skandalik goni tam skandalik, ewentualnie wybucha skandal, paryżanie w żadnym razie nie przypominają ludzi zjednoczonych dla wspólnego celu.

W miniony weekend Serge Aurier, jesienią rewelacyjny na tle wszystkich prawych obrońców na kontynencie, włączył aplikację Periscope i nawymyślał trenerowi Laurentowi Blancowi od „pedałów”; oświadczył, że trener sprawia Zlatanowi Ibrahimoviciowi przyjemność w sposób nazywany w polskim prawie „inną czynnością seksualną”; szwedzkiego megagwiazdora nazwał analfabetą; obrażał skrzydłowego Ángela Di Maríę i bramkarza Salvatore Sirigu.

Perorował 23-latek wyraźnie nietrzeźwy i można by wzruszyć ramionami - cóż, nie takie rzeczy w futbolu się zdarzały. Tyle że w PSG to incydent nie pierwszy ani drugi. Gdyby w pobliżu klubu postawić sejsmograf, wariowałby od miesięcy.

28 listopada 2015 r. Mecz z Troyes, na trybunach m.in. katarski emir Al-Thani. Odwoływany w końcówce z boiska napastnik Edinson Cavani - od dawna wściekły, że musi grać na skrzydle - otwarcie kontestuje decyzję trenera.

6 grudnia 2015 r. Adrien Rabiot szantażuje przed telewizyjną kamerą władze klubu, ogłaszając, że jeśli nie otrzyma stałego miejsca w podstawowym składzie, zażąda wypożyczenia. PSG karze go grzywną.

28 grudnia 2015 r. Podczas zgrupowania w katarskiej Dausze starszyzna drużyny oświadcza trenerowi, że nie podoba jej się zachowanie Cavaniego. Nie tylko podważanie decyzji trenera, ale też przedwczesny wyjazd na zimowe wakacje. Po powrocie do kraju Blanc publicznie przyznaje, że Urugwajczyk jest notorycznie niesubordynowany, i zsyła go na ławkę rezerwowych. Tego samego Cavaniego, który wczoraj wbił zwycięskiego gola i upadł na murawę przygnieciony przez oszalałych ze szczęścia partnerów.

Styczeń 2016 r. Prasa, w tym prestiżowe „L’Equipe”, donosi, że wiercić się zaczyna Marquinhos. Nie chce starzeć się w rezerwie, najchętniej wybyłby z klubu natychmiast. A wczoraj napracował się najbardziej wśród wszystkich defensorów.

7 lutego 2016 r. Kończy się Le Classique z Olympique Marsylia, zwycięski po raz ósmy z rzędu. David Luiz doznaje urazu, lekarz zaleca zmianę, ale piłkarz odmawia. I trener, który już ją zarządził, rezygnuje. Potem tłumaczy, że „odbył z podwładnym długą rozmowę, by incydent nie przerodził się w problem”. Wszystko dzieje się kilka dni po nadzwyczajnym zebraniu drużyny, podczas którego Blanc przypominał o konieczności respektowania reguł. I co? Luiz wytrzymał wczoraj pełne 90 minut walki.

Wreszcie nadchodzi wspomniany 13 lutego i wulgarny popis Auriera, którego już w poprzednim sezonie zdyskwalifikowała UEFA - za nazwanie na Facebooku „skur...” Björna Kupiersa, sędziego ćwierćfinału LM z Chelsea. Teraz klub deliberował ponad dobę, zanim go bezterminowo zawiesił. O zwolnieniu na razie nie ma mowy, choć Auriera nie życzą sobie ponoć oglądać już koledzy, Ibrahimovic zażądał nawet, by feralny wybryk został mu dokładnie przetłumaczony. Anarchia.

To właśnie Ibrahimović (ma 34 lata) i pozostali kapitanowie - Thiago Motta (33), Thiago Silva (31) i Maxwell (34) - trzymają ponoć realną władzę w szatni, choć PSG właśnie przedłużyło kontrakt z Blankiem, i to do 2020 r. Czy taka drużyna, z trenerem niekoniecznie w pełni kontrolującym podwładnych, może wygrać LM? Kibice Chelsea pewnie odpowiedzieliby, że owszem, bezsprzecznie może, przecież kiedy wygrywali ją londyńczycy, również mówiło się, że nie rządzi nimi ówczesny szkoleniowiec Roberto Di Matteo, lecz potwornie zdeterminowani liderzy z boiska, od Didiera Drogby przez Franka Lamparda po Johna Terry’ego i Petra Czecha. Złączeni tym, że żaden najcenniejszego trofeum w klubowym futbolu nie zdobył.

Teraz to samo napędza Ibrahimovicia i Thiago Silvę. Bodaj najwybitniejszych aktywnych graczy, którzy w Champions League jeszcze nie triumfowali. Ibrahimović, zasłużenie uchodzący za jednego z wirtuozów współczesnego futbolu, od 2010 r. nie zajrzał nawet do półfinału.

23:28, rafal.stec
Link Komentarze (35) »
poniedziałek, 15 lutego 2016

FC Barcelona, rzut karny

Wraca Liga Mistrzów. Wraca też tradycyjne pytanie: czy obrońca trofeum wreszcie będzie w stanie je obronić. I brzmi bardziej zasadnie niż kiedykolwiek wcześniej.

Leo Messi wykonywał w niedzielę rzut karny, Barcelona prowadziła z Celtą 3:1. Teoretycznie – ligowa pańszczyzna. Ale domniemany piłkarz wszech czasów postanowił mecz unieśmiertelnić. Zamiast strzelić, lekko trącił piłkę, do której doskoczył Luis Suárez. I dopiero on wbił ją do siatki.

To dozwolone, w futbolu już się zdarzało. Pierwsze reakcje komentatorów sugerowały nawet, że barcelończycy chcieli złożyć hołd Johanowi Cruyffowi - klubowej legendzie, która w sobotę ogłosiła, że po raz drugi przezwyciężyła raka. Holender wykonał karnego podobnie. W 1982 roku.

Nikt tego nie potwierdził, eksplodowała za to dyskusja, czy barcelończycy rywali nie poniżyli. Kolejna. Wcześniej prowokował ją Neymar, ponoć nadużywający wirtuozerii tylko po to, by się popisać i zmieniać przeciwników w pajaców. Dylemat nierozstrzygalny, opinii tu tyle, ile odmiennych wrażliwości. Niektórzy utrzymują, że artystom nie wypada słabszych ośmieszać, inni twierdzą, że duch sportu nakazuje dawać z siebie wszystko, co najlepsze i najpiękniejsze.

Jedno wiadomo na pewno: podobne awantury wywołują wyłącznie piłkarze absolutnie unikalni, zdolni do zagrań, które piłkarzom pospolitym w ogóle nie przychodzą do głowy. Czy madryccy fani reagowaliby świętym oburzeniem, gdyby na „poniżanie” rywali stać było gwiazdy Realu? A w przededniu LM charakterystyczne jest przede wszystkim, że pytanie, czy Barcelona jest najlepsza na świecie, zostało wyparte przez pytanie, czy w demonstrowaniu swojej przewagi nie przekracza granicy dobrego smaku.

Bo pozostaje ona w piłce zjawiskiem osobnym, drużyną spoza systemu, drużyną płodzącą arcydzieła – pojedyncze kopnięcia, akcje, całe mecze – niemal od niechcenia. Niepokonana od 30 meczów. U siebie niepokonana od 33 meczów (ledwie trzy zremisowała!). A przede wszystkim – nikt już nie pamięta, kiedy poniosła porażkę w spotkaniu wybitnie prestiżowym lub ważnym. By takie wyłowić, musimy cofnąć się aż do października 2014 r., w którym uległa w Madrycie Realowi. 95 meczów temu.

Dzisiaj wydaje się, że to była wręcz inna epoka. Suárez dopiero w Barcelonie debiutował (po półrocznym nieróbstwie spowodowanym dyskwalifikacją za ugryzienie Chielliniego na mundialu), przebłyski Neymara wciąż przyjmowano ze sceptycyzmem. Od tamtej pory obaj jednak wzbili się na taki poziom gry, że uciszyli wszystkich ośmielających się zasugerować, iż całą drużynę z Camp Nou dźwiga Messi. Jesienne El Clásico odzyskujący siły po kontuzji lider do 57. minuty przesiedział w rezerwie, podziwiając, jak koledzy sami rozmontowują Real. 4:0, wszystkie gole strzelali lub przy nich asystowali Suárez z Neymarem. Nawet nad madrytczykami znęcali się ze szczególnym okrucieństwem.

Owszem Barcelona ma wady, potrafi się zagapić zwłaszcza w defensywie. Ale rekompensuje je fenomenalną triadą ofensywną. Messi, Suárez i Neymar w 2015 r. strzelili 142 gole, czyli więcej niż najbardziej skuteczne drużyny – nawet Paris Saint Germain (138), Bayern (132) i Real (127) – a w roku bieżącym nie zwalniają, dziesięć spotkań ozdobili już 29 bramkami (przy 26 całego Realu). Oni na boisku nie tyle walczą, ile emanują czystą radością futbolu. Napawają się swoim kunsztem, uwielbiają sobie podawać, z goli kolegów cieszą się jak ze swoich. Znów – w erze piłkarzy patologicznie egocentrycznych zjawisko osobne. A przecież środek pola patroluje Sergio Busquets, najwybitniejszy obecnie gracz „niewidzialny”. Najwybitniejszy i boiskowo najinteligentniejszy.

Tymczasem konkurencja w LM wygląda wątlej niż kiedykolwiek w minionych latach. Kluby angielskie im są bogatsze, w tym głębszym tkwią kryzysie. Bayern dziesiątkują kontuzje, zresztą monachijczycy od roku hitowe mecze wygrywają stosunkowo rzadko (ostatnie było niedawne 0:0 w Leverkusen). Wszechpanujące we Francji Paris Saint Germain wygląda na grupę kompletnie zdeprawowaną, najnowszy skandal wymiótł z niej rewelacyjnego Serge’a Auriera, który nawymyślał trenerowi (przed kamerą!) od „pedałów”, i wcale nie była to najbardziej wulgarna część jego perory. Piłkarze Atlético, które utrzymuje pozycję wicelidera w lidze hiszpańskiej, postawili Barcelonie najtwardszy opór, ale ostatecznie zobaczyliśmy, że najbardziej wierzą w łamanie rywalom nóg, oni też ostatecznie przegrali z przeświadczeniem – być może podświadomym – że tych rywali nie sposób pokonać inaczej.

Wszystkich stać na pokonanie Katalończyków, ale też wszyscy mają z nimi ostatnio negatywny bilans (wspomniane Atlético uległo sześć razy z rzędu!) i wszyscy mają wyraźnie więcej wpadek lub kłopotów kadrowo. Nawet Realowi, który częściej musi polegać na solowych zrywach i jest przez to stosunkowo przewidywalny, niemal nie zdarza się wystawić całego ofensywnego tercetu (przewlekle leczy się zwłaszcza Gareth Bale). Blado wygląda na wyjazdach (z ostatnich pięciu wygrał jeden, Cristiano Ronaldo nie strzelił gola poza domem od listopadowego meczu w Eibar), zaufał trenerskiemu żółtodziobowi. Bardziej sprzyjającego momentu, by obronić tytuł w LM – co nie udało się nikomu od 26 lat – Barcelona może nie znaleźć.

niedziela, 14 lutego 2016

Sepp Blatter. Fot. B. Mathur, Reuters

Za dwa tygodnie wybory w FIFA, więc postanowiliśmy z Michałem Szadkowskim pożegnać byłego szefa światowego futbolu, już wykopanego Seppa Blattera. I oczywiście poszliśmy wypytać Michała Listkiewicza, jego naprawdę dobrego znajomego. Wyszło ciekawiej niż przypuszczaliśmy, z zeznań eksprezes PZPN wyłania się obraz człowieka kompletnie odklejonego w rzeczywistości, który naprawdę uważał się za męża stanu i naprawdę wierzył, że dochrapie się pokojowego Nobla (zdjęcie B. Mathura z Reutersa z obchodów 70. rocznicy założenia Indyjskiej Federacji Piłkarskiej). Wywiad do „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

Tagi: felieton fifa
21:53, rafal.stec
Link Komentarze (4) »
środa, 10 lutego 2016

Katar, flaga

Skutki katarskiego nalotu na francuski futbol są coraz bardziej spektakularne. Piłkarzy PSG deprawują. Rywali – frustrują. Kibiców ligi francuskiej – okradają z emocji.

Popisy paryżan na krajowych boiskach przypominają trochę stare filmy z Jamesem Bondem. Podziwiasz widoki (w dzieciństwie zafascynowany wynotowywałem wszystkie miejsca na Ziemi, które zwiedził 007) i efekty specjalne (za paryskie odpowiada Zlatan), ale wszystkiego doświadczasz przy tętnie spoczynkowym, nie masz szans poczuć choćby śladowego napięcia – nie dość, że wiadomo, że superbohater zatriumfuje, to jeszcze nikt go raczej nie zadraśnie (dlatego zaznaczyłem: stare Bondy). I wiadomo, że wszystko mu wolno. Ten z ekranu zabija, kogo zechce, ten z boiska kupuje, kogo zechce. Emocji prawie żadnych.

No, może w bajeczkach o 007 niektóre sceny trochę emocji wywoływały, kino ma swoje sposoby, by widza zmanipulować. Ale w meczach PSG? Czyli akurat tam, gdzie emocje, jak to w sporcie, są ponoć niezbędne?

Uwaga, wyleję teraz wodospad cyferek.

W ostatnich 34 meczach ligowych meczach piłkarze Paris Saint Germain 31 razy wygrywali i trzykrotnie remisowali. Znaczy zdobyli 96 ze 102 możliwych do zdobycia punktów. 94-procentowa skuteczność.

Powiedzieć, że seria 34 meczów bez porażki jest najlepsza w czołowych ligach Europy, to nic nie powiedzieć. Następna w rankingu Barcelona pozostaje niepokonana od 15 kolejek. Juventus – od 14.

W bieżącym sezonie paryżanie biegali przy niekorzystnym wyniku ledwie trzykrotnie – przez 11 minut meczu z Marsylią, 37 minut meczu z Nantes i kilkadziesiąt sekund meczu ze Stade de Reims.

Jeszcze perfekcyjniej wygląda to na własnym stadionie. Tam zremisowali w tym sezonie tylko jedno z 17 spotkań.

Gdy natomiast przejrzeć wszystkie krajowe rozgrywki – i ligowe, i pucharowe – to ich najnowszy bilans pięknieje do 40 zwycięstw i trzech remisów w 43 próbach.

Tak, podstawowe czasowniki ze sportowego słownika są tutaj nieadekwatne, przecież paryżanie nie wygrywają, oni nawet nie dominują, lecz rywalami wręcz pomiatają. AS Monaco zajmuje w lidze pozycję wicelidera, ale do lidera mu nie bliżej (24 punkty) niż do strefy spadkowej (też 24 punkty). Roczny budżet Ajaccio nie wystarczyłby do opłacenia pensji Ezequiela Lavezziego, Ángela di Marii czy Edinsona Cavaniego, nie wspominając o najjaśniejszej gwieździe mistrzów Francji – Zlatanie Ibrahimoviciu. To bitwa lotniskowca z chmarą rybackich kutrów. Przestańmy opowiadać o Bayernie jako synonimie futbolowej władzy absolutnej, właściwy punkt odniesienia znajduje się w stolicy Francji. Interweniować próbował już nawet prezydent Francois Hollande, który podczas wizyty w Indiach do inwestowania w kluby Ligue 1 namawiał tamtejszych biznesmenów. By zafundować hegemonowi jakąkolwiek konkurencję. (Nawiasem mówiąc, Katarczyków wprowadził do Francji jego poprzednik i polityczny przeciwnik Nicolas Sarkozy).

To nie znaczy, że paryżanie zachwycają, ilekroć wmaszerują na boisko. Po niedzielnym zwycięstwie nad Olympique Marsylia – ósmym z rzędu w Le Classique! – niektórzy komentatorzy narzekali, że faworyci wyglądali szaro i niewyraźnie, być może ze względu na rozleniwiające poczucie całkowitego bezpieczeństwa. Nie wiem, czy oni zdają sobie z tego sprawę, ja policzyłem. Otóż gdyby PSG poprzegrywało wszystkie z pozostałych 13 ligowych meczów, a rywale zdobywaliby punkty w dotychczasowym tempie, lider i tak obroniłby tytuł!

Pardon, to nie jest walka o mistrzostwo, to jej karykatura.

A piłkarze albo się relaksują, albo wiercą. Adrien Rabiot próbował szantażem zmusić trenera, by go wystawiał w podstawowym składzie, chciał uciec na wypożyczenie; drugoplanowej roli nie chce też zaakceptować Marquinhos i według „L’Equipe” chętnie wybyłby z klubu choć dzisiaj (a może prze ku podwyżce? Opinie są podzielone); zirytowany koniecznością biegania po skrzydle Edinson Cavani poczucie krzywdy manifestuje publicznie i przedwcześnie wyjeżdża na wakacje z zimowego zgrupowania; zejścia z boiska odmówił w niedzielę David Luiz. I właściwie trudno się dziwić, że gwiazdorom przewraca się w głowach, czymś zająć je muszą. A krajowe granie toczy się rytmie sparingowo-relaksacyjnym.

Gdyby ktoś pomyślał, że tak oto bezlitosny, agresywny kapitalizm zabija sport, temu śpieszę podpowiedzieć, że najdłuższą ligową passę bez porażki w Europie przeżyła ze wszech miar socjalistyczna Steaua Bukareszt. W latach 1986-89 pozostawała niepokonana przez 106 meczów. Nawet ona jednak biła się wówczas o mistrzostwo Rumunii do ostatnich kolejek – ze stołecznym Dinamem.

Nie sądzę, by paryżanie tamten rekord pobili, dochodzę za to do wniosku, że porównaniem z początku tekstu skrzywdziłem opowiastki o Bondzie. Nie, one nigdy nie były aż tak przeraźliwie nudne. Nawet te najnudniejsze.

A opowieść o rozgrywkach złożonych z jednego olbrzyma i tłumu liliputów jest w dodatku dość smętna. Jeszcze chyba żaden zagraniczny inwestor, przynajmniej w miarę poważnej piłce, nie obszedł się z jakimiś rozgrywkami piłkarskimi aż tak bezceremonialnie i brutalnie. Im bardziej obserwuję jego skuteczność, tym bardziej boję się zawiązania europejskiej Superligi, dostępnej tylko dla najbogatszych. Przecież paryżanie nie będą wiecznie kopać leżących.

 
1 , 2
Archiwum
Tagi