RSS
czwartek, 26 lutego 2015

Na pożegnanie z pucharami mistrzowie Polski zostali brutalnie wychłostani przez Ajax Amsterdam. Przegrali 0:3, a największą sensacją jest to, że ten wynik nas zaszokował.

Wróciły najbardziej upiorne koszmary. Oto nasi piłkarze wychodzą na mecz pod każdym względem szlagierowy, mecz, którego wyczekiwali tygodniami i który miał im dać sławę - od 24 lat polski klub nie wyeliminował zagranicznego rywala po przerwie zimowej - a kiedy już wychodzą, to w kwadrans zaprzepaszczają wszystko.

Banalny błąd Dossy Juniora w środku pola - i strata gola. Opuszczone głowy - i natychmiastowa strata następnego gola. Mecz się skończył, zanim się na dobre zaczął. Kompletne nieprzygotowanie mentalne jedynej eksportowej drużyny w tzw. ekstraklasie. Można by się nad nią znęcać długimi akapitami, bo zawiodła totalnie.

Ale występ Legii w europejskich pucharach 2014/15 tylko w tym jednym - wczorajszym - rozdziale przypomina przygnębiającą opowieść, którą sezon w sezon zamęczają nas polskie kluby. Reakcje ekspertów i kibiców - tyleż rozgoryczonych, co zbaraniałych - uzmysławiają, jak imponujący skok wykonali warszawiacy. Jeszcze latem klęski z Ajaxem zwyczajnie byśmy się spodziewali, teraz serio wierzyliśmy, że uczestnikowi Ligi Mistrzów - nie był ostatni, lecz trzeci w grupie! - można przetrzepać skórę. I awansować pomimo porażki w Amsterdamie 0:1.

Nie fantazjowaliśmy. Mieliśmy dobre powody, by wierzyć. Legia chwile uniesienia - jak oszałamiające 4:1 nad Celtkiem Glasgow - przez cały sezon przeplatała z występami w najgorszym razie solidnymi, więc wczorajsza beznadzieja wyglądała, rzecz dla polskiego klubu niesłychana, na zwykły wypadek przy pracy. Do wczoraj w 13 pucharowych meczach ani razu nie straciła więcej niż jednego gola. Ba, jesienią wytrzymała z czystym kontem przez kolejne 644 minuty, ustanawiając rekord sezonu w europejskich rozgrywkach. Grała rozważnie i mądrze, demonstrowała taktyczną elastyczność, a przed tygodniem w Amsterdamie pokazała, że wobec praw przyrody nie musimy być bezbronni - polska drużyna wreszcie rozegrała przyzwoity mecz zaraz po przerwie zimowej, tego przekleństwa wszystkich naszych klubów.

Legia w pewnym sensie zasłużyła na wyrozumiałość. I dlatego, że jeszcze kilka lat temu dryfowała w trzeciej setce europejskich klubów, a ostatnio wtargnęła do ósmej dziesiątki. I dlatego, że właśnie wydźwignęła całą naszą ligę na najwyższe od dekady, 19. miejsce w rankingu UEFA. Przegnali wiele zmór naszego futbolu klubowego.

Nie zasługuje na nią jednak, jeśli chciałaby już teraz obwołać się firmą europejską formatu. W firmie z ambicjami powinni raczej żałować, że piłkarze nie zdołali zbliżyć się wczoraj do najbardziej spektakularnego w XXI wieku popisu polskiego klubu w międzynarodowych rozgrywkach - sezonu 2002/03 niezapomnianej Wisły według Henryka Kasperczaka.

Nie zdołali być m.in. przez to, że czystego talentu Legia uzbierała w szatni mniej. To nakazuje mimo wszystko przede wszystkim docenić pracę Henninga Berga.

O ile krakowianie, pomimo niepodważalnych zasług trenera, sukces zawdzięczali w sporej mierze nadzwyczajnemu jak na nasze standardy kunsztowi solistów (Żurawski, Kosowski, Uche), o tyle warszawiacy od indywidualności nie zależą. Zamartwialiśmy się w minionych dniach rejteradą Radovicia, zapominając, że Legia już jesienią była zmuszona żyć bez niego - wystąpił w ledwie dwóch meczach fazy grupowej LE, przez następne 360 minut gry się leczył. A ponieważ zimą mistrzowie Polski przygotowywali się bez drugiego lidera Ondreja Duda, ponieważ środka obrony w pucharach pilnowali na zmianę czterej piłkarze (Rzeźniczak, Astiz, Dossa Junior, Lewczuk), to wypada oddać trenerowi Bergowi, że działa - działał? - u niego przede wszystkim system. Jego autorski system, z oryginalnymi detalami, jak wielokrotnie przywoływane wycofywanie defensywnego pomocnika Vrdoljaka między warszawskich stoperów.

Norweg ma klarowną wizję, hierarchię celów, strategię. Zanim jego Legia wczoraj splajtowała, zarobiła w eliminacjach LM i LE sporo rankingowych punktów, pieniędzy, pewności siebie. Następny cel: utwierdzić nas latem w przekonaniu, że Ajax był tylko wypadkiem przy pracy.

21:03, rafal.stec
Link Komentarze (31) »
wtorek, 24 lutego 2015

Zalęknieni, wyzuci z idei i drapieżności. Po dzisiejszej porażce z Barceloną 1:2 w 1/8 finału piłkarze Manchesteru City utrwalili wizerunek najbardziej klęskowego klubu Ligi Mistrzów.

To miał być dwumecz najgorętszy, a będzie dwumeczem najszybciej rozstrzygniętym, praktycznie pozbawionym emocji. Kiedy po kwadransie goście objęli prowadzenie, gospodarze nie zareagowali jak, nie przymierzając, Legia w meczu z Ajaxem. Nie zareagowali wcale. Pierwszy strzał oddali tuż przed przerwą. Dopiero wtedy wykopywali też pierwszy rzut rożny.

Ich odrętwienie to już tradycja. Jeśli mierzyć powodzenie klubu powodzeniem w LM – będącej fetyszem dla wielu właścicieli – to Manchester City należy obwołać rekordowo niewydajną inwestycją w europejskim futbolu. Gracz seniorskiej kadry zarabia tam średnio ponad 100 tys. funtów tygodniowo, czyli najwięcej nie tylko w piłce nożnej, lecz we wszystkich sportach zespołowych. A jednak w elicie wicelider ligi angielskiej studziennie rozczarowuje. Albo odpada w fazie grupowej, albo tuż po niej, ulega nawet przeciwnikom klasy CSKA Moskwa, wygrał ledwie 10 z ostatnich 27 meczów. Ten bilans wyglądałby zresztą jeszcze mizerniej, gdyby nie trzy zwycięstwa nad Bayernem – odnoszone zawsze, gdy monachijczycy zagwarantowali sobie awans i nie potrzebowali się już starać.

Bezradność City jest tym bardziej zagadkowa, że to drużyna tyleż bogata w fantastyczny talent, co stabilna i oparta o piłkarzy, którzy zdążyli nazbierać mnóstwo międzynarodowych doświadczeń.

Vincent Kompany, czyli jeden z najznakomitszych środkowych obrońców na świecie, gra w Manchesterze od 2008 roku. Yaya Touré (dziś pauzował za kartki), czyli jeden z najznakomitszych środkowych pomocników – od 2010. Sergio Agüero, czyli jeden z najznakomitszych środkowych napastników – od 2011. Piąty sezon w Manchesterze spędza też błyskotliwy drybler David Silva, co oznacza, że wszystkie kluczowe postaci przebywają ze sobą od dawna, zdążyły się poznać i nauczyły współpracować. Teoretycznie mają wszystko, co niezbędne, by przynajmniej zbliżyć się do sukcesu. Niemal każdy członek podstawowej jedenastki przeżył już kilkadziesiąt wieczorów w LM. A teraz sprzyjał im jeszcze kalendarz. Ponieważ wcześnie odpadli z obu angielskich pucharów, w minionych siedmiu tygodniach rozegrali tylko siedem meczów...

A jednak znów długo wyglądali jak człapiąca klęska. Z Barceloną – doskonałą, ciosy zadawał tym razem Luis Suárez – można przegrać, ale nie trzeba przegrywać w aż tak beznadziejnym stylu. Gdy w ubiegłej edycji LM piłkarze MC również ulegali jej w 1/8 finału, przynajmniej długo się opierali – zniszczył ich wyrwany z kontekstu epizod, rzut karny i czerwona kartka dla Martina Demichelisa. Tym razem Manuel Pellegrini obiecywał odważną grę – chciał odebrać rywalom piłkę i samemu pisać scenariusz wieczoru. Choć jednak usunął jednego gracza w pomocy, by w napadzie do Agüero dostawić Edina Dżeko, to potem gospodarze nawet nie spróbowali agresywniejszego pressingu. A kiedy ocknęli się po przerwie, z boiska wyleciał Gael Clichy.

City za rządów Pellegriniego nie robi żadnego postępu i w czołowej setce rankingu uczestników LM sporządzanego przez analityczny serwis Squawka zmieścił się przed tym meczem ledwie jeden piłkarz z Manchesteru, sklasyfikowany na 94. pozycji Agüero. A cała drużyna tworzyła średnio 8,5 sytuacji bramkowej na mecz – to dopiero dwudziesty wynik w rozgrywkach. Teraz statystyki jeszcze zmarnieją.

poniedziałek, 23 lutego 2015

Arrigo Sacchi się wygłupił, londyńscy kibole z dumą zademonstrowali, jak niewiele mają we łbach. Ale rasistowskie incydenty w futbolu można przekuć w incydenty wychowawczo bezcenne. Mój felieton do dzisiejszej  „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

12:07, rafal.stec
Link Komentarze (19) »
sobota, 21 lutego 2015

Napisałem do sobotniego magazynu „Gazety” o największej demokratycznej organizacji, która w bogatych krajach zachodnich uchodzi za jawnie skorumpowaną. I o największym niekrwawym dyktatorze przełomu wieków. Przeczytacie go tutaj.

15:14, rafal.stec
Link Komentarze (2) »
czwartek, 19 lutego 2015

Co tu dużo gadać, Chińczycy wrzucili do legijnej szatni granat. Klub nie mógł przewidzieć, że Miroslavowi Radoviciowi spadnie z nieba życiowa szansa, nie mógł też – jeśli chce pielęgnować deklarowany wizerunek firmy przyjaznej piłkarzom – tej szansy blokować. A trener nie mógł mieć pewności, że Serb w rozstrzygającym momencie nie cofnie nogi (choćby podświadomie) albo nie będzie biegał po boisku nieco roztargniony. Trochę jak w antycznym konflikcie tragicznym – dobre wyjście nie istniało. Henning Berg postanowił z najważniejszego gracza zrezygnować, więc nic dziwnego, że tuż przed meczem wyglądał jak zbity pies.

Mecz się jeszcze na dobre nie zaczął, a już widzieliśmy, że Legia spogląda na rywala zupełnie inaczej niż na rywali jesiennych. Możemy sobie powtarzać, że Ajax wygląda najmarniej od lat i że krztusił się ostatnio w lidze holenderskiej, ale nie wypada się żołądkować, że Legia – wciąż przedstawicielka kraju w europucharach wieloletnio zakompleksionego – przyjęła go z nadmiernym respektem i długo nawet nie próbowała wybijać z rytmicznego ataku pozycyjnego. Zwłaszcza że w swojej przemyślanej, głębokiej defensywie – pamiętacie polski klub o tak wyrazistym rysunku taktycznym?! – sprawiała wrażenie co najmniej satysfakcjonujące. Zwłaszcza że po utracie gola umiała gwałtownie zareagować, po przerwie chwilami wręcz przygniatała do pola karnego. A pamiętajmy, że do zaszczytu gry w Amsterdamie nie dobrnęła po mozolnym, rozciągniętym w czasie wspinaniu się w międzynarodowej hierarchii, znaczonym wieloma pouczającymi wpadkami. Nie, piłkarze pod dowództwem Berga rozkwitnęli znienacka. W minionym sezonie byli w fazie grupowej Ligi Europejskiej najsłabsi, w bieżącym należeli do najsilniejszych.

Teraz porwali się na skok jeszcze ambitniejszy – na poziom regularnego uczestnika Ligi Mistrzów. By takiemu się oprzeć, potrzebują na aktualnym etapie rozwoju idealnych okoliczności i szczytowej formy. Tymczasem Legia broniła się przed Ajaxem ledwie tydzień po wznowieniu rozgrywek, kompletnie odzwyczajona od walki o niebagatelną stawkę – to nasze realia logistyczno-klimatyczne, to również dlatego od 1991 roku czekamy, aż polski klub wygra po przerwie zimowej dwumecz w europejskich pucharach. I to nieszczęście z transferem Radovicia... Pracę Berga powinniśmy docenić specjalnie, gdy pomyślimy, że on chwilami może odnieść wrażenie, iż przyjął posadę w Trzecim Świecie. Czasem wysiłek jego i piłkarzy zrujnuje błąd administracyjny (walkower z Celtikiem), czasem trybuny pustoszeją przez kibolskich półgłówków, czasem arcyważny gracz czmychnie do Azji akurat w przededniu arcyważnego meczu. Horrendum. Każdy z tych wypadków może się zdarzyć nawet w dużym klubie, ale wszystkie naraz?!

Jeszcze raz porachujmy – przerwa zimowa, kontuzja błyskotliwego Dudy, kazus Radovicia, konieczność odwołania się do debiutanta Michała Masłowskiego, który jeszcze przed chwilą bronił się przed spadkiem z ekstraklasy i z Legią nie zdążył nawet przepracować całej zimy. Jeśli zsumować wszystkie okoliczności, imponujący popis w europejskich pucharach warszawiacy podsumowują właśnie imponującą próbą sił z Ajaxem. I po 0:1 wcale jej na razie nie przegrali.

wtorek, 17 lutego 2015

Ancelotti, Guardiola i Mourinho. Specjaliści od masowego wygrywania sprawiają, że faworytami wracającej we wtorek Ligi Mistrzów są Real Madryt, Bayern Monachium i Chelsea.

To rozgrywki, w których trudniej wytypować triumfatora niż w jakichkolwiek innych zawodach w futbolu. Pięć ostatnich edycji wygrywało pięć różnych klubów. A gdyby nie odlot Barcelony, od przeszło dekady każdą edycję wygrywałby ktoś inny.

To również rozgrywki, w których nawet na najpotężniejszych spada czasami okrutna klęska. Tamta Barcelona ostatecznie upadła, gdy uległa w półfinałowym dwumeczu Bayernowi 0:7. Tenże Bayern nie obronił trofeum, bo w półfinałowym dwumeczu oberwał od Realu 0:5. A Real sezon wcześniej przegrał w Dortmundzie z wzniesioną za małe pieniądze Borussią 1:4. Każdy wynik szokował.

Na liście zwycięzców powtarzają się za to nazwiska trenerów. Multimedaliści Carlo Ancelotti (dwa puchary z Milanem, jeden z Realem), Pep Guardiola (dwa z Barceloną) oraz José Mourinho (jeden z Porto, jeden z Interem Mediolan) razem wzięci zwyciężali w siedmiu z ostatnich 12 edycji. Ba, oni nigdy lub prawie nigdy nie schodzą poniżej półfinałów. Każdy pochodzi z zupełnie innego świata, każdy reprezentuje zupełnie inny typ przywództwa, każdy głosi zupełnie inną – w ich przypadku to pojęcie nie jest nadużyciem – filozofię futbolu. Łączy ich to, że przyjmują oferty wyłącznie od największych firm. Po odejściu na emeryturę Alexa Fergusona nie mają w klubowym futbolu konkurencji.

Teraz giganci rządzą w szatniach aktualnych liderów lig hiszpańskiej, niemieckiej i angielskiej. Z 18 jesiennych meczów Champions League ich drużyny przegrały ledwie jeden (był bez znaczenia dla tabeli), ich wspólny stosunek dorobek bramkowy to 49-9.

Ancelotti jest mistrzem adaptacji i kompromisu. Wynajmują go chorobliwie ambitni prezesi (lub właściciele) lubiący wydawać absurdalne pieniądze na piłkarzy – i ingerować w sprawy sportowe – a on musi ułożyć sobie z nimi życie i zapanować nad ego gwiazd. W wiecznie rozdygotanym Realu zaprowadził spokój, jakiego nie było tam od przeszło dekady. I poprowadził Real do upragnionego dziesiątego Pucharu Europy, co teoretycznie stawia go w sytuacji niemal beznadziejnej – od 25 lat nikt nie zdołał obronić tego trofeum. Madryccy piłkarze też właśnie poczuli, co to znaczy wypalenie i wycieńczenie wygrywaniem. Ubiegły rok kończyli bezprecedensową dla hiszpańskich klubów passą 22 zwycięstw, obecny rozpoczęli od porażek z Valencią i Atlético i generalnie wyglądają jak cienie samych siebie.

Ale niewykluczone, że Ancelotti przygotowuje ich na czas, w którym staną przed najważniejszymi wyzwaniami. Środowego rywala – Schalke – powinni przeskoczyć bez większego wysiłku, pomimo wpadek utrzymują prowadzenie w lidze krajowej. Na pracy Włocha jest tylko jedna skaza – nie umie znaleźć sposobu na Atlético, inspirowane przez wschodzącą gwiazdę wśród trenerów Diego Simeone. Real nie tylko nie wygrał żadnych z sześciu derbów tego sezonu, ale też w każdych kolejnych wygląda bardziej bezradnie – niedawno sąsiedzi wychłostali go 4:0. A madrytczycy mogą się jeszcze zderzyć właśnie w LM...

Guardiola to natchniony eksperymentator, który urządza piłkarzom permanentne pranie mózgów. W tym sezonie ustawiał Bayern w kilkunastu systemach taktycznych, niekiedy kompletnie przemodelowuje drużynę w trakcie gry. A ponieważ dodatkowo sytuację gmatwają kontuzje, nie mamy pewności, czy w hicie Ligi Mistrzów monachijczycy będą zagubieni, jak w niedawnej klęsce 1:4 z Wolfsburgiem, czy pozytywnie nawiedzeni, jak w sobotnim 8:0 z Hamburgiem. We wtorek we Lwowie zmierzą się z Szachtarem, który ma typowy problem długiej przerwy zimowej – przed powrotem do LM sprawdza się tylko w sparingach.

W każdym razie Bayern wciąż wydaje się nieodporny na szybkie kontrataki, czyli metodę opanowaną do perfekcji przez Real oraz Chelsea, a kierowaną przez ostatniego ze złotej trójcy – José Mourinho. To przeciwieństwo Guardioli. Od eksperymentowania woli niekończące się polerowanie dość prostego sposobu gry, by piłkarze wytrenowali precyzję robotów, oraz rzutów rożnych i wolnych. Najbardziej kontrowersyjny wśród gigantów, najczęściej oskarżany o cynizm i minimalizm. Co mu odpowiada, bo od lat motywuje piłkarzy przez zarażanie ich syndromem oblężonej twierdzy.

Londyńczyków podejmie Paris Saint-Germain, gdzie grają najwybitniejsi, którzy nie triumfowali w LM – superobrońca Thiago Silva oraz supernapastnik Zlatan Ibrahimović. Nie ma tam zwartej grupy, bo nie może jej być tam, gdzie wszystkie jupitery ściąga na siebie ten ostatni. Zjawiskowy solista o osobowości tyleż niebanalnej, co niedrużynotwórczej. Paryżanie rozczarowują w kraju, mają znakomitą, lecz stosunkową wąską kadrę, teraz urazy rozłożyły Marquinhosa, Cabaye’a, Mourę i – mogą wydobrzeć – Matuidiego oraz Thiago Mottę. A dla Chelsea są rywalem wygodnym również dlatego, że tracą mnóstwo goli po stałych fragmentach gry.

Jeśli zatem ludzie Ancelottiego, Guardioli i Mourinho zademonstrują swój normalny poziom, 1/8 finału powinni przetrwać bez mrożących krew w żyłach przygód. Groźnie zrobi się w następnej rundzie. Wtedy mogą wpaść na siebie, mogą na Atlético (jeśli wyeliminuje Bayer Leverkusen), a mogą też na Barcelonę (jeśli ta upora się z Manchesterem City). Katalończycy to aktualnie najbardziej rozpędzona drużyna w Europie – zwycięża od 11 meczów, w każdym strzela średnio niemal cztery gole, w ataku symfonię za symfonią komponują genialni Messi, Neymar i Suárez. Oni mogą wylansować innego nowego trenera – Luisa Enrique.

Generalnie trwa jednak epoka supertrenerów. Tylko oni triumfują w LM, jedyny wyłom zrobił ostatnio Roberto Di Matteo – ale on przejął Chelsea, przećwiczoną wcześniej m.in. przez Mourinho i Ancelottiego. Bez udziału złotej trójcy w elicie nie dzieje się nic ważnego.

01:13, rafal.stec
Link Komentarze (11) »
niedziela, 15 lutego 2015

Wklejam dwa kawałki z poniedziałkowego magazynu „Gazeta Sport.pl Ekstra”. „Polski sport, w którym nikt nie przegrywa” to obszerny wywiad – mój i Michała Szadkowskiego – z człowiekiem, który wymyślił, jak wyławiać cudowne dzieci naszego sportu. Przeczytacie go tutaj, naprawdę intrygujący.

Spisałem też felieton o żyjących na walizkach piłkarzach Szachtara Donieck – stali czytelnicy wiedzą, że od lat specjalnie tę drużynę sobie cenię. „Bezdomnych w Lidze Mistrzów” znajdziecie tutaj.

Tagi: felieton
23:18, rafal.stec
Link Komentarze (2) »
piątek, 13 lutego 2015

ekstraklasa, liga polska, piłka nożna

Ilekroć słyszę notoryczne u nas jęczenie, że „takie rzeczy tylko w Polsce”, zastanawiam się, ile krajów przeczesał jęczący, zanim nabrał pewności, że „takie rzeczy TYLKO w Polsce”. Jeśli wierzyć jęczącym, to pomieszkujemy w jednej z najpotworniejszych okolic na Ziemi. A jeśli wierzyć rozmaitym rankingom oceniającym jakość życia (wiecie, w przeciwieństwie do setek milionów Hindusów mamy toalety), demokratyczne standardy, zamożność, wolność słowa etc, to mamy szczęście należeć do elity 30 najszczęśliwszych nacji na planecie.

Tak samo ze startującą zaraz polską ligą piłkarską. Z recenzji – czasami podpisanych również przeze mnie – można wyciągnąć jeden wniosek, mianowicie powinna zostać czym prędzej zdelegalizowana. Zdelegalizowana za nędzę sportową, dla ocalenia estetycznej wrażliwości młodych ludzi, w celu odebrania sutych pensji kopaczom, którzy w swoim mozolnym fedrowaniu na boiskach są mniej wydajni niż strajkujący górnicy.

Powiedzmy, że to postulat słuszny. Oni się wszyscy zasadniczo nie nadają, zlikwidujmy ten cyrk. Ale co w takim razie zrobić z ligą albańską? Z ligą mauretańską? Malezyjską? Madagaskarską? Co z rozgrywkami na Barbadosie, na Seszelach, w Nowej Zelandii, w Bangladeszu? Czy prawo do istnienia mają tylko burżuje z La Liga, Bundesligi, Premier League, Ligue 1 i Serie A? A może jeszcze litościwie dopuścimy do rozgrywek Eredivisie czy portugalską Primeira Liga? Ile futbolowych ekosystemów zasługuje na wystawianie się na widok publiczny? 10? 30? 40? A jeśli 40, to czy nasza tzw. ekstraklasa nie należy aby do tej szerokiej czołówki?

Nie wiem, nie oglądam ligi serbskiej, egipskiej ani wenezuelskiej. Żaden czytelnik tej notki nie dysponuje narzędziami pozwalającymi dokonać wiarygodnych porównań, możemy się co najwyżej zdać na rozmaite rankingi – jak ten sporządzany przez UEFA, która jednak zlicza wyłącznie popisy w europejskich pucharach, więc jego miarodajność jest wątpliwa. Albo możemy pojąć – zanim zaczniemy rytualne stękanie, jak beznadziejnie nasi kopią – że ligi nie są od tego, by zniewalać poziomem sportowym, lecz od tego, by się nimi emocjonować.

Teraz się pogapię na patałachów. Nie znoszę tej ligi, tego nieudacznego kopactwa. Nie da się tego oglądać.

17:27, rafal.stec
Link Komentarze (21) »
poniedziałek, 09 lutego 2015

Klub, który zmonopolizował ligę francuską dzięki gigantycznym pieniądzom, postanowił zamknąć kasę i wygrywać dzięki wychowywaniu piłkarzy, przede wszystkim chłopców z sąsiedztwa. I wygrywa, choć ma rywala z budżetem bez dna.

W niedzielnym, zremisowanym 1:1 meczu z broniącym tytułu Paris Saint-Germain gola dla gospodarzy strzelił Clinton N’Jie – Kameruńczyk ściągnięty do Lyonu jako nastolatek. Podawał mu Francuz Nabil Fekir – również wychowanek, w Lyonie urodzony. Rzut karny obronił Anthony Lopes – bramkarz reprezentujący Portugalię, ale w Lyonie szkolony od dziesiątego roku życia. W sumie ligowy lider zmieścił w podstawowym składzie siedmiu absolwentów swojej akademii, dwóch kolejnych weszło po przerwie z rezerwy. Ledwie jeden wystawiony piłkarz – Yoann Gourcuff – kosztował więcej niż dwa miliony euro.

Przeciwnicy odpowiedzieli najdroższą po jedenastce Realu Madryt jedenastką świata – importowaną głównie z ligi włoskiej – za którą katarscy właściciele PSG zapłacili blisko 300 mln. A wydawaliby pewnie jeszcze więcej, gdyby nie krępowały ich zasady Finansowego Fair Play.

Lyon działał kiedyś identycznie, choć na mniejszą skalę. Jako hegemon w lidze francuskiej plądrował szatnie krajowych konkurentów i utrzymywał mistrzostwo przez siedem kolejnych sezonów (w latach 2002-08), co rok zabawiał się też w ćwierćfinale Ligi Mistrzów. Aż właściciel klubu Jean-Michel Aulas, który zawsze chciał wymyślić własny, nowatorski model futbolowego biznesu, uznał, że nieumiarkowane inwestycje nie mają sensu. W czym utwierdziło go przybycie wspomnianych Katarczyków do Paryża oraz rosyjskiego oligarchy Dmitrija Rybołowlewa do Monaco. Finansowego wyścigu z nimi nie wytrzymałby nikt.

Aulas postanowił zatem ożywić starą ideę klubu piłkarskiego wychowującego przede wszystkim chłopców z sąsiedztwa, silnie wrośniętego w lokalną społeczność. Oczywiście w wersji unowocześnionej i opłacalnej biznesowo. I dziś w akademii Lyonu ćwiczy 380 młodych. Zaczynają jako ośmiolatkowie; od brzdąca trenują obok seniorów, by uczyć się od nich właściwych zachowań; nauczyciele kładą nacisk, by błyskawicznie myśleli na boisku i wszystkie ruchy podporządkowywali systemowi gry. Ponieważ tylko trzech-czterech z każdego rocznika podpisuje profesjonalny kontrakt, każdy odbiera solidną edukację pozasportową, każdy może też kształcić się na trenera i w przyszłości zostać zatrudnionym w klubie w nowej roli. By nie przeoczyć żadnego talentu, Lyon współpracuje z kilkunastoma okolicznymi klubami, wysyła skautów na wszystkie pobliskie mecze, organizuje dni otwarte. Przeczesuje też stadiony odleglejsze, nawet zagraniczne, ale priorytetowo traktuje Lyon i peryferie, chce bowiem wychowywać chłopców w ścisłym porozumieniu z ich rodzinami i szkołami. Akademią kieruje zresztą były piłkarz klubu (i jego wychowanek) Rémi Garde, który mówi, że o sukcesie decydują odpowiedni „feeling” oraz mnogość związanych z miejscem trenerów wpajających wychowankom miłość do barw. I podkreśla, że nie inspiruje się niczym, co robią inni – woli szukać własnej drogi, właściwej dla regionu.

Efekty są oszałamiające. W Lyonie urodził się największy gwiazdor klubu, przysposobiony do dowolnej pozycji w ataku Alexandre Lacazette, który z 21 golami wbitymi w 22 meczach niemal na pewno zostanie królem strzelców. Z miasta lub okolic pochodzą też kapitan Maxime Gonalons, wspomniany skrzydłowy Fekir, rozgrywający Rachid Ghezzal, Clément Grenier. W jedenastce mieści się zazwyczaj dziewięciu Francuzów. Wychowankowie zdobyli 39 z 48 ligowych bramek w trwającym sezonie, dali 28 z 38 asyst, a na boisku kibice widzieli ich w sumie aż 15 – o dwóch więcej niż w uchodzącej za niedościgniony wzór Barcelonie. I o ile na Camp Nou coraz istotniejsze role odgrywają pozyskani za dziesiątki milionów obcokrajowcy (Neymar, Suárez), o tyle w Lyonie niemal wszystkie pierwszo- i drugoplanowe przejęli ludzie wyszkoleni przez klub. Importem obsadza się właściwie tylko defensywę, bo akademia na razie specjalizuje się raczej w graczach ofensywnych i kreatywnych.

Ta młoda drużyna, złożona głównie z dwudziestokilkulatków, ma w lidze dwa punkty przewagi nad Olympique Marsylia i panującym od trzech sezonów Paris Saint-Germain. I jest bezapelacyjnie najtańsza – od 2012 roku pensje spadły o 40 proc., utrzymanie szkółki kosztuje 6 mln rocznie – wśród wszystkich zajmujących tak eksponowaną pozycję w europejskim futbolu. A jeśli bogatsi zechcą kogoś z niej wykupić, zapłacą bardzo słono. Aulas słynie ze zręczności negocjacyjnej, którą nabył ponoć w maju 1968 roku, obserwując pertraktującego z francuską władzą kolegę, jednego z przywódców studenckiej rewolty Daniela Cohn-Bendita. Były dyrektor sportowy Realu Madryt Franco Baldini opowiadał kiedyś, jak na negocjacje dotyczące transferu Mahamadou Diarry mimo potwornego upału włożył garnitur i krawat, bo uznał, że inaczej nie wypada, a Francuz przyjął go w kąpielówkach.

22:24, rafal.stec
Link Komentarze (47) »
niedziela, 08 lutego 2015

Na pewno jest coraz większe, większe i większe. Co najboleśniej odczuwają piłkarze Realu Madryt, z derbów na derby coraz bardziej bezradni i coraz okrutniej batożeni. Mój kolejny felietonowy hołd złożony Diego Simeone i jego gangowi przeczytacie tutaj. Nadal przeczuwam, że znów dokopią się do finału Ligi Mistrzów.

 
1 , 2
Archiwum
Tagi