RSS
czwartek, 27 lutego 2014

Real Madryt

Chyba każdy był pod wrażeniem. Potężniejsze wywarł co najwyżej Bayern, gdy jesienią zabrał piłkę – na zawsze – Manchesterowi City. Ale nawet broniący tytułu monachijczycy nie urządzili sobie w tym sezonie karnawału, jaki wczoraj zafundował fanom Real.

Bohatera wieczoru w Gelsenkirchen (6:1) podziwiałem w Karimie Benzemie – obśmiewany swego czasu kiciuś, od pewnego czasu znów drapieżny tygrys – jednak indywidualne wyróżnienia tracą sens, kiedy nawet podstawowe statystyki atakujących uzmysławiają, jaką równowagę osiągnął w wysuniętej linii Real. Drużyna jeszcze przed chwilą oskarżana o rażącą nierównowagę, ucieleśnianą przez zasłaniającego wszystkich goleadora Cristiano Ronaldo.

Benzema, Ronaldo i Gareth Bale wbili Schalke po dwie bramki, wszyscy rozdawali asysty, wszyscy w mniejszym lub większym stopniu zasłużyli się w rozstrzygających natarciach. Od ich snajperskiej pazerności, błyskotliwości i precyzji w wykańczaniu akcji można dostać oczopląsu, co wpędza rywali w sytuację wyjątkowo trudną – w rozmigotanym madryckim napadzie brakuje naturalnego punktu odniesienia, nie wiadomo, na kim zawiesić czujne defensywne oko, a obaj skrzydłowi to jeszcze atletyczne monstra, które umieją rozbijać najgęstszy tłok. Znany od dawna jako żywy bolid Portugalczyk i coraz szerzej rozpoznawany Walijczyk, u którego Alex Ferguson już wieczność temu w Southampton dostrzegł „sylwetkę boksera wagi półciężkiej”. Aż chciałoby się ujrzeć między nimi Roberta Lewandowskiego – że o Zlatanie Ibrahimoviciu nie ośmielę się pomarzyć – to byłby atak gladiatorów, jakiego futbol nie oglądał.

A za plecami ofensywnego tercetu Realu kolejny tercet. Też oryginalny, też zrównoważony, też twórczy.

Oryginalny, bowiem składa się z wycofanego ze skrzydła Angela di Marii, a także dwóch reżyserów, których możemy sklasyfikować – choć nie będziemy całkiem precyzyjni jako cofniętych rozgrywających, ze zmysłem dyktowania tempa gry. W każdym razie żaden nie jest rasowym defensywnym pomocnikiem, raczej spodziewalibyśmy, że i Xabi Alonso, i zasługujący na osobną pieśń Luka Modric gdzie indziej potrzebowaliby wsparcia od kogoś, kogo życiowym powołaniem misją jest właśnie dzieło niszczenia – poprzez kontrolowanie przestrzeni oraz bezpośrednią walkę o piłkę.

To zarazem tercet zrównoważony, bowiem wobec braku rzeczonego specjalisty od zabezpieczania środka pola żaden z wymienionych od czarnej roboty się nie wymiguje. I tercet twórczy, bowiem wszyscy kunsztownie operują piłką, wszyscy lubią i potrafią sensownie podawać, wszyscy są, by odwołać się do klasyki myśli szkoleniowej, „graczami na tak” – choć każdy na odmienny sposób. Innymi słowy, w środku boiska przeciwnik również nie byłby w stanie wybrać tego jednego pomocnika Realu, którego należy krzywdzić ze szczególnym okrucieństwem, by zaburzyć płynność madryckiej gry.

Coraz wyraźniej widzimy, że Carlo Ancelotti stworzył na Santiago Bernabeu zupełnie nową jakość. Nie tyle wyższą niż ta autorstwa José Mourinho, ile inną. O proporcjach tak odmierzonych, że w najgorszym razie – znaczy w razie niepowodzenia – publiczność przynajmniej nie zatrzęsie się z oburzenia, że wszczepiany przez trenera styl gry uwłacza wytworności królewskiego klubu. Blogowałem niedawno, że Włoch wprowadził równowagę do szatni – permanentną psychodramę zastąpiła kraina łagodności, piłkarze odetchnęli w rzeczywistości, która nie wymaga od nich codziennego oddawania całej energii mentalnej. I nawet Sergio Ramos z Pepe, dotąd odporni na wstrząsy jak ciężarówki z nitrogliceryną, potrafią już wytrzymywać mecze bez utraty przytomności. Czy jednak święty spokój w Realu byłby możliwy bez równowagi także na boisku?

Oczywiście nie wiemy, co będzie, gdy na wymienionych madryckich wirtuozów wściekłym, wieloosobowym i zorganizowanym pressingiem naskoczy Bayern. Naskoczy, a potem rozkręci karuzelę podań. Monachijczycy wciąż wyglądają na maszynerię wyższej generacji, bardziej zaawansowaną w procesie łączenia jednostek w grupę, która ich umiejętności nie sumuje, lecz przez siebie mnoży. A dla Champions League przerywają spacer po krajowych rozgrywkach, tymczasem Real potrzebuje w mistrzostwach Hiszpanii pełnego skupienia mecz w mecz.

Na razie rozpędził się jak obrońcy trofeum. Bieżący rok kalendarzowy w jego wykonaniu to 14 zwycięstw, 1 remis, 39-3 w bramkach, czyli bilans łudząco podobny do wyczynów Bayernu, którego ostatni okres (liczę od października, zimą odpoczywał) to 14 zwycięstw, 1 porażka, 47-5 w bramkach. Im dłużej madryccy piłkarze będą chcieli obłędne tempo utrzymać, tym bardziej będą potrzebowali równowagi. I poza boiskiem, i na boisku, na którym równomierny podział odpowiedzialności może wydłużyć ich trwanie w stanie wyższej witalności. Na razie bez zarzutu działa nawet osobliwy eksperyment bramkarski – zepchnięty do rólki rezerwowego Iker Casillas nie tylko ratuje w Lidze Mistrzów godność, ale jeszcze zatrzymywaniem strzałów Juliana Draxlera z pięciu metrów przypomina, że Real również między słupkami trzyma bogactwo wywołujące zawrót głowy.

wtorek, 25 lutego 2014

Nie mówcie nikomu o tej notce, zarządziłem dzisiaj odwyk od kompa, wpadam na dwa akapity, bo pobity w Pireusie Manchester United, specjalizujący się ostatnio w występach dla kibiców wstrząsających, dał przed chwilą najbardziej wstrząsający w sezonie. To był futbol niedołężny, wyzuty z energii i choćby symulowanego zamiaru dobrania się do skóry rywalowi z piłką, ruch zaobserwowałem chyba dwukrotnie – wtedy, gdy rozzłoszczony Wayne Rooney walił pięścią murawę, bo sędzia nie odgwizdał mu fauli. Słabo wyznaję się na pieniądzach, więc nigdy nie umiałem zazdrościć piłkarzom pensji, ale po raz pierwszy pomyślałem, że owszem, oburzonych rozumiem – wobec okoliczności, w jakich znajduje się Manchester Utd, nowa gaża gwiazdora z Old Trafford rzeczywiście wygląda nieprzyzwoicie, wręcz wulgarnie.

To on nawoływał przed meczem do totalnej mobilizacji, przekonywał, że Liga Mistrzów jest ostatnią w sezonie szansą, by mistrzowie Anglii odzyskali godność. Nikt nie posłuchał, goście wyglądali w Pireusie na sabotażystów, ofiary klinicznej depresji, ewentualnie ludzi usiłujących bez względu na koszty udowodnić, że Dawid Moyes nie jest słabszym trenerem od poprzednika, lecz jego zaprzeczeniem – pod Alexem Fergusonem piłkarzom MU mogło brakować wszystkiego, ale nigdy nie brakowało im pasji. Zwłaszcza w chwilach najważniejszych. Dlatego to według mnie wieczór najbardziej wstrząsający w sezonie. I tylko tym, że Moyes trzyma najbezpieczniejszą posadę na świecie, można będzie wytłumaczyć dalszy bezruch we władzach klubu, jeśli nie zaczną one rozważać zmiany szkoleniowca.

I jeszcze jedno: zorientowałem się właśnie, że ostatnie mecze MU są dla mnie jak pornografia nieszczęścia. Turyści z Zachodu płacą za zwiedzanie egzotycznych slumsów, a ja zasiadam do transmisji, by podglądać, jak nisko piłkarze Manchesteru są w stanie się stoczyć.

poniedziałek, 24 lutego 2014

igrzyska olimpijskie Soczi 2014

Trochę mnie wnerwiają szpanujący medalami Holendrzy, którzy umieją tylko jeździć na łyżwach, a wydobyli złota na ścisłą czołówkę klasyfikacji generalnej igrzysk. Nie chcę wrzeszczeć o skandalu, ale sami widzicie, resztę świata wyrolowali pokazowo, dobrze, że obok wyścigów na 500, 1000, 1500, 5000 i 10000 m nie zaproponowaliśmy im jeszcze wyścigów na 2000, 3000, 4000 i 7500, na pewno by hojność rodziny olimpijskiej docenili, zapewne zakasowaliby wówczas wszystkich, nawet triumfującą – a skazywaną przed Soczi na porażkę – Rosję. Wobec niewystarczającej liczby dystansów do przebycia wyślizgali ledwie piąte miejsce na planecie, ale to i tak rozbój w biały dzień, porównywalnie bezczelnej nacji nie znajdziemy, jeszcze nigdy nie trzeba było tak niewielu umiejących tak niewiele, by osiągnąć aż tak wiele – skutecznie udawać sportowe supermocarstwo.

Chyba że ktoś ambitny znajdzie? Monotematyczną reprezentację na czołową piątkę, zimą lub latem? Nawet południowi Koreańczycy – też kombinujący wyłącznie na lodzie – powysilali się w Vancouver stosunkowo wszechstronnie, trochę złota skubnęli w panczenach, trochę w short-tracku, a trochę na łyżwach figurowych.

Polacy wyglądają przy Holendrach na wyjątkowych frajerów. Choć wyuczyli się na medal i skakania na nartach, i biegania na nartach, i ślizgania po lodzie, to dyndają w mrokach drugiej dziesiątki, co gorsza, przyszłość rysuje się czarno. Jeśli mianowicie planujemy skok na bank siłami następców Małysza – znaczy uczynimy lataniu nad bulą to, co tamci uczynili panczenom – to przesadnie się nie nachapiemy. Upatrzyliśmy sobie dyscyplinę z dołująco ubogimi złożami medali, tymczasem pomarańczowi cwaniacy kopią w nieprzebranych bogactwach, wyspecjalizowali się w dyscyplinie najbardziej medalodajnej.

Teoretycznie wiadomo, o co powinniśmy walczyć. My, Polacy. Niech obok skoczni normalnej i dużej stanie mamucia. Obok konkursów latania w stylu V wprowadźmy konkursy latania w stylu klasycznym, znaczy z nartami trzymanymi równolegle, w pozycji bardziej, hm, cnotliwej. No i zorganizujmy rywalizację bez not za wrażenia artystyczne, niech się wreszcie liczy czysta odległość (to generalnie byłoby najzdrowsze, także bez konieczności zwalczania Niderlandów) – mierzona z dokładnością do centymetra, półmetrowe zaokrąglanie groziłoby nazbyt wieloma remisami. Podaję idee oczywiste, które narzucają się prawdopodobnie każdemu, kto kiedykolwiek zerknął na igrzyska, ale nie mam złudzeń, że uzdrowimy sytuację, niską asertywność w polityce międzynarodowej dziedziczymy z pokolenia na pokolenie, a zamysł projektantów olimpijskiej klasyfikacji medalowej od zawsze zdawał mi się taki, by nie ustalała precyzyjnej globalnej hierarchii w sporcie, lecz maksymalnie ją rozmazywała. To taka mapa świata, która np. uwzględnia wszystkie kraje poza górzystymi. Albo wszystkie poza pozbawionymi dostępu do morza. Albo wszystkie poza tymi z okularnikami na stanowiskach ministerialnych. Albo wszystkie poza hiszpańskojęzycznymi.

Właśnie, hiszpańskojęzycznymi. Do stóp sportowej Hiszpanii już tutaj wspólnie padaliśmy, po zliczeniu jej triumfów w grach drużynowych, znakomitych tenisistów czy kolarzy łatwo dojść do wniosku, że to jedno z najpotężniejszych imperiów. A jednak w olimpijskich tabelach albo nie występuje (zimą), albo występuje jako takie tam państewko średniego znaczenia. I pewnie z tego powodu Hiszpanie nie cierpią. Prędzej sądzą, że sobie w sporcie nieźle radzą.

Polacy też czują się po medalowej orgii w Soczi nasyceni, zadowoleni, pewnie nawet dumni. Gdyby istniał przyrząd mierzący stopień subiektywnej narodowej satysfakcji z igrzysk, to niewykluczone, że okazaliby się tak bardzo wygrani, jak Holendrzy. I może bardziej wygrani niż oficjalni triumfatorzy Rosjanie, których uwiera kompletna klapa w uwielbianym nie tylko przez Putina hokeju.

Ja przynajmniej nie pamiętam tak gremialnego olimpijskiego spełnienia Polaków. Nie ma stękania, szukania dziury w całym, rytualnego znęcania się nad nieudacznymi działaczowskimi darmozjadami. Poprzednio porównywalną frajdę mieliśmy chyba w 1992 roku w Barcelonie. Nie, nie z powodu szału w klasyfikacji medalowej. Po prostu czadu dali wtedy – po raz ostatni – piłkarze.

niedziela, 23 lutego 2014

To musiało się wreszcie wydarzyć, przed nietykalnymi nasi piłkarze ukrywali się zbyt długo. Nietykalnymi, czyli Hiszpanią, Holandią oraz Niemcami, tercetem supermocarstw, które eliminacji zasadniczo nie wygrywają, lecz je odfajkowują. W 30 meczach o tegoroczny mundial punkty gubiły czterokrotnie, zawsze remisując. Z kwalifikacji bez zadraśnięć wychodzą od kilku edycji MŚ i ME - jeśli zsumujemy dorobek z minionych pięciu lat, to okaże się, że poniosły ledwie jedną porażkę w 84 próbach o punkty! Tworzą odrębną kastę uprzywilejowanych, którzy status potwierdzili na poprzednim mundialu, obsadzając całe podium.

A Polacy się z nimi nie zderzali wcale. Od 20 lat.

Aż dzisiaj wylosowali Niemców. Prześladowców najokrutniejszych, tworzymy z nimi ponoć jedyną na planecie parę w miarę porównywalnych państw sąsiadów, w której jeden nie pokonał drugiego w piłkę ani razu, pomimo wielokrotnego próbowania się. Właściwie już dzisiaj musielibyśmy ogłosić kapitulację i wyłkać prośbę o litościwe traktowanie w niewoli, gdyby nie drastyczne obniżenie wymagań – rozdęcie mistrzostw kontynentu do 24 drużyn, znaczy już prawie każdy awansuje, w sporym kraju unijnym awans powinien być dobrem powszechnym jak ciepła woda w kranie, w trakcie Euro 2008 porwałem się wręcz na postawienie tutaj tezy, że Polska będzie już w turnieju finałowym występować zawsze.

Nie przypuszczałem wtedy, jak brawurową wizję przyszłości odmalowuję, nie doświadczyłem jeszcze goli traconych przez naszych w San Marino, nie umiałem sobie wyobrazić przerżnięcia eliminacji w grupie, w której najgroźniej wyglądają Słowacy oraz Słoweńcy, ba, nawet stale czyniącej postępy Mołdawii nie traktowałem z należytym respektem. Dziś się tamtej nieprzezorności wstydzę i funta kłaków nie postawiłbym na piekło zgotowane przez ludzi Nawałki Gibraltarowi, ale jedno się nie zmieniło – nasza reprezentacja pozostaje szczęściarą od losowań, już chyba ze dwie dekady wyciąga w kulkach grupy obsadzone nędznie lub średnio, do grupy śmierci nie zaganiają jej nigdy.

Popatrzcie, co działo się teraz: w ostatniej chwili UEFA wydźwignęła ją z koszyka czwartego do trzeciego; z drugiego Polska dostała najniżej tam sklasyfikowaną Irlandię; z piątego – sklasyfikowaną tam na przedostatnim miejscu Gruzję; z szóstego – sklasyfikowany na dnie wszelkich rankingów, debiutujący w eliminacjach Gibraltar. No i z Niemcami zderzy się dopiero w eliminacjach, w których ich wszechpotęga ma znaczenie jedynie symboliczne. Niech sobie kolejne mecze odfajkowują i na tle rywali wyglądają jak Las Vegas na pustyni Mojave, nasi będą się kopać z wyspiarzami na innych piętrach, tym razem wystarczy marniutkie trzecie miejsce, by zaprosili cię co najmniej do baraży. Pojmujecie, ile trzeba poprzegrywać, by ostatecznie stracić tzw. teoretyczne szanse? Czy w przyrodzie w ogóle występuje taka liczba porażek?

Kibic polski emocje ma gwarantowane, współczuć wypada tylko Niemcom, których federacja głosowała zresztą przeciw horrendalnemu poszerzaniu elitarnego niegdyś turnieju (51 na 54 członków UEFA było „za”). Skoro ich piłkarze w kwalifikacjach do wielkich imprez 2010, 2012 i 2014 wygrali 27 z 30 meczów – pozostałe zremisowali, bramki 96-22, nawet Bayern tak nie panoszy się po Bundeslidze – to znaczy, że w kolejnych zdechną z nudów.

Co szczęśliwe dla Polski, poziomowi mistrzostw tylko zaszkodzi.

czwartek, 20 lutego 2014

Dżentelmen José Mourinho wymyśla koledze po fachu od notorycznych przegrywaczy, inżynier Manuel Pellegrini oskarża sędziego o niewłaściwe pochodzenie (Szwecja, oni tam nie mają pojęcia o futbolu), profesor Arsène Wenger czuje się okradziony, choć arbiter meczu z Bayernem postępował wedle od lat znanych przepisów. A wszystko na dystansie kilku dni. Sądzicie, że przegięli, przynajmniej niektórzy z wymienionych? To posłuchajcie młodego włoskiego trenera Antonio Conte, który poczuł, że musi zareagować, kiedy o jego Juventusie wypowiedział się doświadczony – i wybitny – trener Fabio Capello, obecnie selekcjoner reprezentacji Rosji, który prowadził turyńczyków przed laty.

Temu ostatniemu najpierw – nagabywała go rosyjska telewizja – nie podobało się, że Conte nazajutrz po remisie w Weronie odwołał dzień wolny i zarządził nadprogramowy trening. „Ja bym piłkarzy nie ukarał. Wolę analizować i wspólnie z nimi szukać rozwiązań”. A potem w rozległym wywiadzie dla „La Gazzetta dello Sport” Capello odpowiedział na pytanie, dlaczego panującemu w kraju Juventusowi nie wychodzi w Lidze Mistrzów: „To oczywiste: liga włoska nie jest wystarczająco konkurencyjna, brakuje w niej ciężkich prób. Popatrzcie na tabelę. Minionego lata Roma, Napoli i Fiorentina, czyli drużyny ścigające lidera, wyeksportowali Lamelę, Cavaniego i Joveticia, swoich najlepszych graczy”.

Minął weekend, Contre ruszył do kontrnatarcia tuż po zwycięstwie nad Chievo: „Kiedy przemawiają guru, powinniśmy milczeć, klęknąć i rzec „tak, panie” – ironizował. „Śmieszy mnie, gdy poucza ktoś, kto nie zna sytuacji. Słyszałem wiele głupot o decyzji, którą podjąłem, a Capello lubi wtykać nos w nie swoje sprawy. Kim on jest, by mówić, że popełniłem błąd? Juventusu z jego czasów nie pamiętam z powodu stylu gry, ale z powodu odebranych mu tytułów mistrzowskich [pokłosie afery Calciopoli]. Nie wiem, czy mi zazdrości i mnie to nie interesuje. Myślę o innych trenerach, którzy tworzyli historię Juve, wspominam drużyny Trapattoniego i Lippiego, który zwyciężały, grając dobrze”. Conte mówił długo i powtarzał tyradę w różnych telewizjach, więc zdążył się zreflektować i skorygować opinię o bardzo drażliwej sprawie: „Tamto odebranie tytułów było nonsensem, ponieważ drużyna zasłużyła na nie na boisku. Ale grała źle i dwa razy z rzędu odpadała z Ligi Mistrzów w ćwierćfinale, stać ją było na więcej. A teraz według Capello, skoro jego tu nie ma, rywalizujemy w turnieju amatorskim. Może nie dają mu spokoju statystyki, które przemawiają na moją korzyść?”

Powtórzmy: Capello jest postacią niemal monumentalną, w futbolu klubowym wygrywał wszędzie, gdzie rządził, także w obu epizodach z Realem Madryt, a Juventusem rządził w czasach, gdy rządy na szczytach Serie A były szczytem trenerskiego prestiżu. Conte to przy nim ledwie w miarę zdolny doktorant. Podskakujący do noblisty, który nic już nie musi. Inna sprawa, że ich pracę trudno porównywać, jeden zastał w szatni plejadę znakomitości tuż po ich występie w finale Champions League, drugi zastał ruinę po najczarniejszym okresie w historii klubu.

Cytuję obszernie, ponieważ młodszego z cytowanych poniosło jak rzadko kogo wśród czołowych trenerów. Przywoływani na początku złotouści menedżerowie Chelsea, Manchesteru City i Arsenalu działali w afekcie – w trakcie wyniszczającej wojny na szczytach Premier League (Mourinho) albo tuż po rozrywających emocjonalnie klęskach w Lidze Mistrzów, jeszcze rozedrgani po ostatnim gwizdku (Pellegrini, Wenger). To są okoliczności łagodzące. Capello też po prostu odpowiadał na pytania, a w kwestii Ligi Mistrzów na dobrą sprawę Juventusu bronił, sensacyjną klęskę w Stambule tłumacząc przyczynami zewnętrznymi, niezależnymi od turyńskich piłkarzy. Tymczasem Conte – zaznaczmy, że obaj panowie nie przepadają za sobą od lat miał czas wszystko zaplanować, werbalny atak przypuścił kilka dni po słowach włoskiego selekcjonera Rosji. I jego słowa zabolały nie tylko wrogów, ale również przyjaciół, czy wręcz rodzinę – utraty tytułów mistrzowskich do dziś nie zaakceptowali ani fani, ani nawet szefowie klubu, prezes Andrea Agnelli otwarcie kary nie uznaje, turyńczycy chcieli nawet przyszyć na koszulki trzecią gwiazdkę (każda symbolizuje dziesięć ligowych triumfów), w końcu w proteście usunęli dwie „legalne”. Turyńczycy mają alternatywną historię Serie A, a ich obecny trener jest jej częścią, wypowiedział słowa, których nie powinien nawet pomyśleć – to żarliwy juventino, związany z drużyną także przez kilkanaście lat kariery boiskowej, nikomu by nie przyszło do głowy kwestionować jego lojalności.

I frunie od zwycięstwa do zwycięstwa. Nie tyle pewnie zmierza ku trzeciemu z rzędu tytułowi, ile ku rozmaitym rekordom, jego piłkarze trzymają w lidze władzą absolutną. Idylla.

Czyżby zatem z premedytacją wynajdywał wrogów, by piłkarzy pobudzić? On, znany z rozwieszania w tym celu w szatni krytycznych wobec nich artykułów, popadający w niepokój, ilekroć drużyna zwycięża zbyt łatwo, grozi jej bowiem demoralizujący stan zbytniego odprężenia? A może prawda leży pośrodku, może Conte chciał napaść utytułowanego poprzednika, ale w trakcie akcji stracił kontrolę nad sobą i wypsnęło mu się więcej niż zamierzał? Ostatecznie jemu – a także Mourinho, Pellegriniemu, Wengerowi i w ogóle wszystkim trenerom świata – napięcie rozładowywać trudniej niż piłkarzom, choć odpowiedzialność czują często większą, a już na pewno łatwiej ich wylać z roboty. Piłkarze agresję kanalizują na boisku, walcząc czysto lub brutalnie, złość przelewają w determinację, do szatni schodzą niekiedy półżywi, ewentualnie przedwcześnie, spoliczkowani czerwoną kartką. Trenerowi pozostaje co najwyżej efektownie pożołądkować się przy linii bocznej (na szczęście starszy, to i rozsadzającego bebechy testosteronu mniej). I dać popis na konferencji prasowej. Tam i on staje się wojownikiem.

Choć oczywiście zachodzi tam zrelaksowany lub wręcz rozanielony, np. tuż po odmładzającej wygranej, którą poprzedził postarzający stres, niekiedy długotrwały. Wówczas bywa finezyjny, okazuje życzliwość, ujmuje klasą. Dobrze musiało być Wengerowi w niedzielę, tuż po wyeliminowaniu Liverpoolu z Pucharu Anglii. Podpytywany przez żądnych werbalnego mięsa dziennikarzy o złośliwe uwagi Mourinho, zamknął wątek lapidarnym „Wstyd mi za niego”.

środa, 19 lutego 2014

Wychodzę na chwilę z redagowania igrzysk w Soczi, bo zreflektowałem się, że za dwa tygodnie – przed rewanżami dzisiejszych meczów Ligi Mistrzów – może mi zabraknąć motywacji do dłuższego blogowania. Z tego prostego powodu, że emocje będą co najwyżej umiarkowane. Jeśli wczoraj Barcelona i Paris Saint Germain zdołały na wyjazdach niemal rozstrzygnąć rywalizację z Manchesterem City i Bayer Leverkusen, to tym bardziej stać na to Bayern Monachium oraz Atlético – ich przewaga nad Arsenalem oraz Milanem zdaje się znaczniejsza.

Chciałoby się napisać, że przeżyjemy dziś wieczór z kwartetem wielkich futbolowych potęg, niestety, jeden z jego bohaterów bardzo odstaje od reszty. W Bayernie, Atlético i Arsenalu ujrzymy odpowiednio zdecydowanego lidera, współlidera oraz prawie lidera (punkcik straty do Chelsea) czołowych lig w Europie, w Milanie natomiast wlokącego się w dolnej połowie tabeli marudera z ligi podupadłej, którego piłkarze w piątek wyglądali na wyzutych z idei nawet na tle broniącej się przed spadkiem Bologny. Od kolejnego obciachu ocalił ich dopiero fajerwerk odpalony w końcówce przez Mario Balotellego.

No to zaczynamy.

17.18. Włoski napastnik wygląda na cudowne dziecko coraz bardziej zagubione, nie umie wyjść z roli bohatera włoskiej opery mydlanej, który w jednym odcinku oburza, by w następnym się rozpłakać i wywołać współczucie. Czasem łajdak, czasem niewolnica Isaura. Atletico to dla niego przeciwnik teoretycznie szczególnie niebezpieczny – banda perfidnych prowokatorów spróbuje zaleźć za skórę piłkarzowi wyjątkowo podatnemu na prowokacje, łatwo tracącego kontrolę nad sobą. Madrycki napastnik Diego Costa to również boiskowy chuligan, ale on działa na zimno, w tym sensie pochodzi z zupełnie innego świata.

17.35. Fana Milanu najbardziej martwi jednak porównanie całych drużyn. Madrytczycy pod dowództwem Diego Simeone poruszają się jak zwarta kolumna, do tego nieludzko zdyscyplinowana – cofnięci napastnicy stoją niemal przy środkowych obrońcach, przez nabity środek pola trudno przecisnąć się nawet Barcelonie czy Realowi (choć królewscy w Copa del Rey przerwali seryjkę derbowych niepowodzeń). Mediolańczycy często wyglądają na grupę rozerwaną na pół, niektórzy krytycy debiutującego trenera Clarence’a Seedorfa wytykają mu wręcz naiwność Leonardo i przywołują jego osławione nieodpowiedzialne 4-2-4. Aż strach pomyśleć, co będzie, jeśli ślamazarni obrońcy znów staną daleko od swojego pola karnego i po stracie piłki pozwolą popisać się szybkością rywalom. A może Seedorf spróbuje zachęcić gości do ataku pozycyjnego? Gdyby przechytrzył dziką bandę Simeone, rozpocząłby trenerską karierę od wyczynu naprawdę imponującego.

17.58. W Londynie piłkarze wciągnięci w wir szaleńczej walki w każdej kolejce, wymordowani serią szlagierów z Liverpoolem i Manchesterem United i zmuszeni do ciułania każdego punktu zagrają z piłkarzami zrelaksowanymi, od tygodni tęskniących – jeśli wierzyć Philippowi Lahmowi – za grą o wielką stawkę. Z Arsenalu okoliczności wysysają energię psychiczną w potwornych ilościach – piłkarze muszą odzyskiwać przytomność z 1:5 na Anfield Road, trener wysłuchuje od rywala (dżentelmen Mourinho), że „jest specjalistą od porażek”, Özilowi skrupulatnie wyliczają malejącą średnią wykreowanych okazji strzeleckich. Bayern właściwie defiluje – piłkarze co najwyżej gniewają się, że nie dostali Złotej Piłki (Franck Ribery, nie zagra z powodu kontuzji), do Pepa Guardioli modlą się wyznawcy taktycznych niuansów, którzy czczą go jako największego innowatora wśród współczesnych trenerów. I jak tu nie uznawać monachijczyków za bezapelacyjnych faworytów?

18.29. Gdzie nie kliknąć, wdeptujemy w porównania Barcelony według św. Pepa do Bayernu według św. Pepa, wśród różnic wskazuje się m.in. większą fizyczną siłę monachijczyków. Zgoda, choć zwróciłbym uwagę na jeden drobiazg. Otóż w ojczyźnie Guardiola miniaturowymi pomocnikami obstawiał zawsze jednego drągala (Yaya Toré, Sergio Busquets), tymczasem na obczyźnie żaden Javi Martínez w centrum wcale nie wydaje mu się niezbędny, np. na Eintracht Frankfurt rzucił niedawno w środku Lahma (170 cm), a także operujących przed nim Shaqiriego (169), Thiago Alcântarę (170), Götzego (176) i Ribery’ego (170). Gabaryty wybitnie katalońskie, prawda? Ściągnięty z Barcelony Thiago Alcântara zdążył już zresztą ustanowić iście kataloński rekord Bundesligi – we wspomnianym meczu miał 185 kontaktów z piłką (dotychczasowy rekord Schweinsteigera poprawił o 30) i wykonał 159 podań, z czego 148 było celnych. A tydzień wcześniej wyczarował to.

18.31. Tutaj sugestie, jak Arsenal mógłby się przeciwstawić niezwyciężonemu Bayernowi - oparte na staraniach tych, którzy już w tym sezonie się na monachijczyków porywali.

19.02. Trener Arsene Wenger dał odpocząć w weekend kilku kluczowych graczom, ale Mesüta Ozila trzymał na boisku pełne 90 minut plus doliczony, jakby chciał wydrwić oskarżenia, że niemiecki rozgrywający niedomaga wydolnościowo (przez trzy sezony w Realu wytrzymał do końca tylko 25 meczów ligowych). Dlatego dziś nurtuje mnie, czy Özil znajdzie w londyńskim składzie jakiegoś szybkobiegacza – to oni, obsługiwani prostopadłymi podaniami, podnoszą wymierną (także statystycznie) jakość jego gry. Może skrzydłowy Oxlade-Chamberlain jednak utrzyma miejsce kosztem Rosicky’ego? A może Podolski – chyba mało realne, skoro Giroud w niedzielę był oszczędzany – na środku ataku?

19.26. Toni Kroos – moja utajona miłość, kiedyś się z niej tutaj zwierzę – wykonał w tej edycji Ligi Mistrzów najwięcej podań na połowie przeciwnika. 85. W Arsenalu bryluje pod tym względem Özil – 41. Statystyki by Squawka.

19.40. Arsenal i Real Madryt pokazują, co to znaczy zawsze oddawać w LM po dwa skoki równe, ale krótkie. Jako jedyne przetrwały w rozgrywkach do wiosny w każdej edycji od 2003/2004 (wtedy zaczęła obowiązywać obecna formuła). Ile z tego wycisnęli triumfów? Okrągłe zero. Ile udziałów w finale? Jeden, londyńczyków w 2006 r.

19.45. A jednak trochę ciężkiej jazdy Guardiola uznał za niezbędne. Jest Martinez, jest Mandzukic. I jego wycofany rozgrywający znów został sprowadzony na prawą obronę. Oficjalny skład Bayernu: Neuer – Lahm, Dante, Boateng, Alaba – Thiago, Martinez – Robben, Gotze, Kroos – Mandzukic.

19.47. Jest też mozaika Arsenalu, Mesut ma kogo obsługiwać: Szczęsny - Sagna, Mertesacker, Koscielny, Gibbs - Flamini, Wilshere - Oxlade-Chamberlain, Ozil, Cazorla - Sanogo.

19.59. Skład Milanu: Abbiati, De Sciglio, Rami, Bonera, Emanuelson, De Jong, Essien, Poli, Kaka, Taarabt, Balotelli. Znaczy Bonerą i przygarniętym drugoligowcem z Anglii w Ligę Mistrzów? Umarłbym ze śmiechu, gdyby mi nie było smutno.

W Atletico też bez niespodzianek: Courtois; Juanfran, Miranda, Godín, Insua; Gabi, M Suárez; Koke, Raul García, Arda Turan; Diego Costa.

20.11. Główny kibicowski lęk w kwestii Milanu: że Seedorf bardziej wierzy w swoją ideę („nie będziemy stać i czekać, my musimy kreować grę, co innego poniżej naszej godności”) niż zauważa kadrowe realia. Że wybitnie dojrzały gracz okaże się (przynajmniej na razie) trenerskim naiwniakiem. Kibicowska nadzieja, chyba jednak bujająca gdzieś w obłokach: sławne DNA czyniące ten zespół niebezpiecznym w Champions League nawet wtedy, gdy na włoskiej prowincji nie boi się go nikt.

20.16. Obecny trener Milanu strzelił kiedyś Atletico niczego sobie gola. Derbowego. A Diego Simeone, znany raczej z zabijania grę, strzelił Milanowi nawet dwa w jeden wieczór. Też derbowe.

20.30. Mieści się w tym dzisiejszym wieczorze także opowieść o najznaczniejszych futbolowych metropoliach w Europie. Mediolan przeżywał derby w półfinale Champions League przedwczoraj (2003), Londyn przeżywał je w ćwierćfinale wczoraj (2004), a Madryt może je przeżyć – w ćwierćfinale lub półfinale – jutro. Tylko w Monachium monokultura. Ale taka to monokultura, że przykryłaby chyba połączone siły madryckie albo połączone londyńskie... Ćwiczenie wyobraźni proponuję – czy gdyby Guardiola mógł dziś dobierać także z kadry Wengera, upchnąłby kogokolwiek z kadry Arsenalu w swojej jedenastce?

21.35. Tyle mówiło się o DNA Milanu, które pomaga mu zwyciężać w Lidze Mistrzów, a już po kilku chwilach na Emirates zdawało się, że zaczniemy mówić o DNA Arsenalu, które poważne wygrywanie uniemożliwa – nawet, kiedy wychodzi nam przepięknie, to spartaczymy, co się da (już drugi przestrzelony karny Özila w tej edycji), potem tylko czekać na nieuchronny epizod samobójczy, byle przypadkiem nam się nie powiodło, postaramy się zrobić w tym celu wszystko, np. zejdzie sobie precz do szatni Szczęsny, oczywiście z czerwoną kartką. Na szczęście dla gospodarzy trwa wieczór historyczny – pierwszy w dziejach pucharowej fazy Ligi Mistrzów z dwoma pudłami z jedenastek. I oni po pierwszej połowie mogą być więcej zbudowani, Bayern przesuwał płynnie piłkę zaledwie chwilami, monachijczycy już chyba nie pamiętają, kiedy operowali w takim bałaganie.

Ciekawe, co pozmienia Guardiola, on potrafi kompletnie przeprojektować drużynę w trakcie gry (patrz jesienne 3:0 w Dortmundzie).

21.43. San Siro mam na drugim ekranie, czeka mnie nocna powtórka. Tam szlacheckie geny znać po ruchach Kaki. Huknął w poprzeczkę, idealnie dośrodkował na głowę Polego, rolę kapitana pamiętającego czasy sprzed deklasacji potraktował z należytą powagą. Przywódca. I Milan zaskakuje jeszcze bardziej niż Arsenal, nawet te przechwałki Seedorfa, że „najchętniej wystawiłby 4-5 napastników”, wcale nie brzmią już aż tak śmiesznie. Pozostaje tylko pytanie, ile ofiar i po czyjej stronie pochłonie ta spodziewana bijatyka, od której padł De Sciglio.

22.46. Arsenal - Bayern 0:2. Do przerwy burza z piorunami, mogło to się rozwinąć na milion różnych sposobów, po przerwie już tylko kontemplowaliśmy symfonię monachijskich podań. Toni Kroos wykonał celnych 86 (na 89 prób), Philipp Lahm 85 (stuprocentowa celność!), wszyscy piłkarze Arsenalu razem wzięci – 38. Bardziej kontrolować sytuacji już się w futbolu chyba nie da. Ale powtórzę z poprzedniej notki – londyńczyków losowania traktują najbrutalniej, nikogo tak często nie skazują na tak potężnych przeciwników tak wcześnie na wiosnę w Champions League.

22.59. Madrycki wyręb Mediolanu przyniósł dwie ofiary w ludziach (ścięci De Sciglio i  Balotelli), arcyważnego wyjazdowego gola (1:0), a także konstatację, że Milan coraz częściej musimy już chwalić nawet po meczach przegranych – jak dzisiejszy, oni jednak w tej Europie zgrywają znacznie bardziej rozgarniętych piłkarzy niż w codziennej krajowej młócce. A przecież na razie jest nieźle, byczą się w Lidze Mistrzów, i to wiosną. Przyszły sezon będzie prawdopodobnie pierwszym od sezonu 1997/1998 bez ani jednego klubu z San Siro w tych rozgrywkach...

00.54. A gdyby się udało wychować tego Taarabta na dorosłego piłkarza? (Ślęczę nad powtórką, to sobie dopisuję.)

wtorek, 18 lutego 2014

Oblężony od lat, niemal sezon w sezon. Kiedy w Lidze Mistrzów przychodziła wiosna, napadali na londyńskich piłkarzy najpotężniejsi. Aż nadciągnął najpotężniejszy wśród nich – Bayern. Dziś.

Na dobrą sprawę Anglicy mogliby pomyśleć, że przed londyńczykami wyzwanie wybitnie na miarę ich możliwości. W 2013 roku piłkarze Bayernu wygrali w Lidze Mistrzów 11 z 13 meczów, ale obie wpadki przytrafiły im się akurat w meczach z przedstawicielami Premier League – Arsenalem (wiosną) oraz Manchesterem City (jesienią). Prosty wniosek „umiemy z nimi grać” odpowiadałby osławionej mentalności wyspiarzy: ciągle im się zdaje, że za kanałem La Manche grasują sami barbarzyńcy, a kiedy jednego wpuszczą, to patrzą osłupiali, że nie tylko nie wydłubał sobie widelcem oka, ale jeszcze nożem do polędwicy nie kroi ryby. I kombinują, że to pewnie wyjątek.

W futbolu intensywnie jednak z izolacjonizmu wychodzą. Zachłysnęli się bezkresnym bogactwem ligi hiszpańskiej, odkrywając – w importowanych Macie, Silvie, Cazorli czy nawet Michu – że piłkarze wyjęci z klubów poniżej poziomu Barcelony i Realu będą u nich wirtuozami. A potem uklękli przed Bundesligą – odkąd w ostatnim finale Ligi Mistrzów oddali londyńskie Wembley jako scenę dla Bayernu i Borussii, nieustannie sławią w niemieckim modelu niedościgniony wzór dla reszty świata. I dziś monachijczyków witają z atencją godną ich majestatu, onieśmieleni, niemal ulegle.

Nawet analizy pod hasłem „jak pokonać Bayern” nie składają się z konkretnych rad, lecz wątpliwości, czy londyńczycy powinni wypowiedzieć gościom wojnę na pressing daleko od własnej bramki, czy raczej cofnąć się i liczyć na szybkość skrzydłowych. To odróżnia obecną drużynę trenera Pepa Guardioli od prowadzonej przez niego również niezwyciężonej Barcelony sprzed kilku sezonów – wtedy rywale przynajmniej się orientowali, jak z nią grać (choć szanse na sukces nadal mieli niewielkie), teraz nikt taktycznego szablonu na faworyta nie wypracował. Monachijczycy czujnie reagują na przebieg wydarzeń, są zdolni do silnych modyfikacji swego sposobu gry, mają wiele równie groźnych twarzy.

W całej Europie jest tylko jeden klub z dłuższą passą ligowych zwycięstw (Celtic Glasgow, upadek Rangers zmienił szkocki duopol w monopol), ale wrażenie robi nade wszystko totalność bawarskiego panowania w każdym kolejnym meczu. Jeśli wierzyć danym z serwisu Whoscored.com opisującego statystycznie pięć czołowych lig na kontynencie, Bayern wyróżnia się w niemal każdej kategorii: oddaje najwięcej strzałów (średnio 19,2 w kolejce) i najwięcej strzałów celnych (8), naturalnie najdłużej trzyma piłkę (70,4 proc. czasu gry, aż cztery punkty procentowe przewagi nad Barceloną), dokładnością podań (88,5 proc.) ustępuje jedynie Paris Saint-Germain, liczbą udanych dryblingów (20,2) – Borussii Mönchengladbach, a wyrażaną kartkami (żadnej czerwonej) czystością gry – Cardiff City. Odzwyczaił też fanów od śledzenia gry z tętnem wyższym niż spoczynkowe, bowiem prowadzenie obejmuje po kilku minutach gry, w najgorszym razie ociąga się kwadrans z okładem. I potem już tańczy na pełnym luzie. Gdyby nie niedawny mecz w Stuttgarcie – jedyny od połowy grudnia skażony utratą bramki – wygrywaliby monachijczycy wprost bezszelestnie. A przecież nawet tam wieczór zakończyła erupcja emocji wyłącznie pozytywnych, zwycięskiego gola wbił bowiem w 90. minucie Thiago Alcântara po pięknej powietrznej akrobacji.

Im bardziej staje nam przed oczami, co wyprawiają futboliści obracający się wokół stóp cofniętego rozgrywającego Philippa Lahma – w razie ponownego triumfu w rozgrywkach będzie chyba promowany do Złotej Piłki – tym głośniej winniśmy mitygować wszystkich, którzy zbyt hałaśliwie wypominają Arsenalowi mierny dorobek w Champions League. Rok 2014 – wpada w 1/8 finału na rozszalały Bayern; 2013 – też wpada w 1/8 na Bayern; 2011 – ta sama runda, przeciwnikiem późniejsza triumfatorka Barcelona; 2010 – również Barcelona, tym razem „dopiero” w ćwierćfinale. Chyba nikogo w minionych latach losowanie nie traktowało brutalniej.

Inna sprawa, że londyńscy fani mają prawo grymasić. Klub z najdroższymi od dawna cenami biletów znów je podniósł, aż sprowokował Bayern do decyzji, by znacznie dofinansować swoim kibicom wyprawę na stadion Emirates. Tutaj też cała Bundesliga chce służyć za wzór – monachijczycy sprzedawali karnety na sezon (być może historyczny, niesplamiony porażką!) nawet za 140 euro, najtańszy na Arsenal kosztował 1182 euro. Co przypomina, że liga angielska jest wyspą także dlatego, iż jako jedyna najpierw podbijała świat komercyjnie – rozwijając międzykontynentalny marketing, wyciskając rekordowe zyski ze sprzedaży transmisji, wyprzedając kluby obcokrajowcom. Niemcy postanowili rozpocząć od kolonizacji sportowej.

poniedziałek, 17 lutego 2014

Gdybyśmy przyjęli, że świat poza Ligą Mistrzów nie istnieje, nie przyszłoby nam do głowy, że kiedy Manchester City podejmie jutro Barcelonę, piłkarze wybitni zagrają z innymi wybitnymi.

To ćwiczenie z wyobraźni niezbyt trudne – choć intuicja podpowiada nam, że np. mistrzostwo Anglii jest w stanie zdobyć tylko drużyna nadzwyczajna, złożona z graczy najwyższej klasy, to zarazem zgadzamy się, że niekwestionowane szlachectwo zdobywa się dopiero w Champions League. W towarzystwie bardziej elitarnym nawet od mundialowego, które osłabia się poprzez nieobecność Ibrahimovicia, Lewandowskiego i innych znakomitości skażonych pochodzeniem z kraju piłkarsko upośledzonego.

A jeśli nie istnieje rzeczywistość poza LM, to nie istnieją również gwiazdy Manchesteru City.

Vincent Kompany – potężny sylwetką i osobowościowo czołowy stoper w Anglii, debiutował międzynarodowo jako niepełnoletni – wiosny w Champions League nie zaznał nigdy. Sergio Agüero – 26 goli w 25 meczach sezonu, wyleczy się najwcześniej na rewanż – wiosny w tych rozgrywkach zaznał raz, przez kilka chwil w odległym roku 2009. David Silva – w swoich szczytowych chwilach najbardziej pomysłowy rozgrywający na Wyspach – też zaznał jej raz (2007), podobnie jak napastnik Álvaro Negredo i wibrujący skrzydłowy Jesús Navas. Mało? Trawy wiosną nie wąchali też w elicie Dżeko, Milner, Jovetic, Kolarov, Zabaleta, Richards, Lescott, bramkarz Hart... Niemal wszyscy, którzy zamierzają się zasadzić na Barcelonę. A mówimy o piłkarzach w kwiecie wieku, pamiętających setki meczów w czołowych ligach, uchodzących za gwiazdy lub przynajmniej gwiazdki. W krajobrazie nieprzebranego talentu wyróżnia się jeden wielki pod wieloma względami mistrz – Yaya Touré najcenniejsze trofeum zdobywał właśnie jako pomocnik jutrzejszych rywali z Katalonii.

Kapitan gospodarzy – wspomniany Kompany – nie brzmi przed meczem jak piłkarz z kompleksami czy choćby przekonany, że wypada mu zachować skromność. Wygranie wszystkiego, czego jeszcze City brakuje, uważa za „nieuniknione”, także triumf w LM jest „kwestią czasu”. Nie tyle czuje, że zapuszcza się na nieznane terytorium, ile przekonuje, że grupę napędza głód odkrywców.

W duszach barcelończyków musi grać zupełnie inna muzyka, oni tworzą jedno z najbardziej utytułowanych pokoleń w historii futbolu. Tak utytułowanych, że wielokrotnie prowokujących pytanie, czy aby nie są skazani na wypalenie. W wątpliwość podawano nawet przyszłość ledwie 26-letniego Leo Messiego. Czy tylko Pep Guardiola wiedział, jak się z nim obchodzić, by wyciągać zeń geniusza porównywanego do Maradony? Czy sam piłkarz, który uszkadzał w tym sezonie mięśnie obu nóg, nie zmodyfikował nieco codziennego życia złożonego ze starannie odprawianych rytuałów pozwalających utrzymywać perfekcyjną dyspozycję fizyczną? Czy Gerarda Martino ściągnięto głównie po to, by zrobić dobrze jemu – zagrożonemu zejściem z pułapu nieziemskiego na pułap gracza zaledwie doskonałego?

Na razie argentyński trener ożywił przede wszystkim Alexisa i Fabregasa, zręcznie gospodaruje też mocami Neymara, a jego drużyna rozbiła w sobotę Rayo Vallecano 6:0. Czy to czyni ją faworytem w rywalizacji z City, nie wiemy właśnie dlatego, że LM to scena tak osobna, zderzająca ze sobą tak obce sobie futbolowe kultury. Stąd popularność tych kuriozalnych tez, że Messi niekoniecznie poradziłby sobie na „deszczowym, wietrznym stadionie w Stoke”. Pozycja lidera ligi hiszpańskiej teoretycznie powinna mówić wiele, ale przed rokiem to z niej Barcelona zjechała na półfinałowe 0:7 z Bayernem. No i jak czytać jej tegoroczne krajowe mecze, skoro bije się z rywalami albo wyraźnie ustępującymi jej technicznie, albo awanturuje się z dziką bandą w typie Atlético Madryt, z którą Manchester nie ma absolutnie nic wspólnego?

Gdybyśmy jeszcze raz uwierzyli na słowo Kompany’emu, musielibyśmy ujrzeć w City zgraję oszołomów zatracających się we frontalnym ataku – kiedy on opisuje jedenastkę, mówi nie tylko o dwóch napastnikach, on także obu skrzydłowych nazywa „faktycznymi napastnikami”, a potem wspomina o jednym ze środkowych pomocników, który jest „faktycznie napastnikiem”, i przypomina, że obaj boczni obrońcy stale prą do przodu. Przesadza, a zarazem ma trochę racji – dlatego wiele może zależeć od tego, czy wyzdrowieje Fernandinho (ubezpiecza gnającego pod pole karne Yaya Touré), dlatego belgijski obrońca miewa do ochronienia powierzchnię ponad możliwości pojedynczego zawodnika. W każdym razie Barcelona zderzy się ze stylem gry, jakiego w tym sezonie nie spotkała.

Pytanie, czy również Kompany przy pierwszym zetknięciu odkryje w Messim po prostu doskonałego piłkarza czy wirtuoza, jakiego jeszcze w karierze nie spotkał.

czwartek, 13 lutego 2014

Z okazji jutrzejszego wznowienia rozgrywek wyłuskuję z czołówki akurat Legię oraz Wisłę – rozdzielone w tabeli przez Górnika – nie dlatego, że to największe marki minionych kilkunastu lat, ale powodowany właśnie dzielącą je przepaścią. To te kluby najbardziej sugestywnie reprezentują agresywną przyszłość i rzężącą przeszłość tzw. ekstraklasy.

Legia rozwija się, a Wisła zwija, żarłoczna biznesowo Legia wciąż zwielokrotnia finansową przewagę nad konkurencją, niedożywiona Wisła ledwie dycha. Pasibrzuch i kościotrup. Aż niepokojąco wyglądają przy jednym stole.

Legia plądruje głównych konkurentów, jak na polskie standardy zwerbowała kadrę bez granic, zasila ją i luksusowymi transferami, i młodzieńcami w typie Koseckich, Żyrów, Bereszyńskich czy Łukasików, którzy mają być jutrem reprezentacji Polski. Wisła zbiera złom, eksploatuje wciąż te same 13-14 nazwisk, których właściciele gwiazdorzyli wczoraj, i to odległe wczoraj – jak Brożek z Gargułą, do których dołączył Stilić, a wkrótce dołączy jeszcze Dudka, wszyscy wyrywani z wielu miesięcy bezruchu. Piękni dwudziestoparoletni kontra brzydcy trzydziestoletni. Odrzuceni przez zagranicę kontra szykujący się do podboju zagranicy oraz ci, którzy już ją podbili. Obecni kadrowicze kontra byli kadrowicze.

Legię wziął zimą Henning Berg, jedyny w tzw. ekstraklasie triumfator Ligi Mistrzów, przez zwierzchników zachwalany jako zupełnie nowa jakość – trener jeszcze niezbyt doświadczony, ale ponoć z wizją, mający panować nad wszystkimi grupami wiekowymi i w ogóle organizować całą sportową przestrzeń klubu. Wisłę prowadzi Franciszek Smuda, przygarnięty z dna drugiej ligi niemieckiej, przez rodaków zelżony po niepowodzeniu na Euro 2012 – fachowiec aż nazbyt doświadczony, dla wielu uchodzący za ucieleśnienie zacofania nadwiślańskiego trenerstwa. Laptop kontra obcęgi.

Legią rządzi Bogusław Leśnodorski – pozuje na dynamicznego i nowoczesnego, to prezes rozgadany, brylujący wszędzie, gdzie zaproszą, chyba bardziej rozpoznawalny niż czołowi piłkarze. Wisłę wciąż trzyma Bogusław Cupiał – ociężały biznesmen starej daty, wycofany i milczący, unikający nie tylko kamer, ale nawet wywiadów prasowych, z gwiazdami boiska na popularność nigdy nie konkurował. Stolica kontra osada Myślimira.

Gdzie nie spojrzeć, tam obie firmy dzieli bariera niemal cywilizacyjna, stąd drobne sześć punktów różnicy w tabeli wygląda jak akt oskarżenia Legii i hołd złożony Wiśle, przecież to powinien być wyścig batmobilu z hulajnogą, chciałem powiedzieć – stale ulepszanego batmobilu z wielokrotnie reperowaną hulajnogą. Wiosną nic się nie zmieni. Od warszawskiej drużyny oczekujemy nie tyle seryjnego wygrywania, ile europejskiej elegancji w stylu gry, pozwalającej uwierzyć, że latem w pucharach nie będzie znów wyglądała prowincjonalnie, ze swoją infantylną taktyką i mentalnością. Od krakowian nie wypada wymagać w zasadzie niczego, w przeciwieństwie do lidera mogą zaskakiwać tylko pozytywnie.

Oba kluby dzieli niemal wszystko, ale łączy wyrazistość, w jednym wynikająca ze statusu lokalnej potęgi, w drugim – z zaludniających go osobistości, wciąż u nas rozpoznawalnych i wywołujących emocje. Co tu dużo gadać, powrót na podium weteranów Smudy, braci Brożków, Garguły, Stilicia, Dudki czy Głowackiego to byłoby przedstawienie unikalne, takiej zbiorowej podróży z zaświatów w lidze nie podziwialiśmy. Panie trenerze – najznakomitszy polski trenerze minionych dwóch dekad – niech pan pamięta, że szlachectwo zobowiązuje.

wtorek, 11 lutego 2014

Arsenal, Manchester United

Gospodarze na reputację mięczaków pracowali długimi latami, gościom z Manchesteru wystarczyło kilka miesięcy, żeby zapracować na reputację jeszcze większych mięczaków. W Londynie zagrają jutro doskonali piłkarze, którzy walczą przede wszystkim sami ze sobą.

Dziś każde niepowodzenie znanych sportowców natychmiast olbrzymieje, zwielokrotniane przez bezlitosne cyfrowe nagłaśniacze – portale, memy, szyderstwa kibiców i komentatorów rozprzestrzeniające się w tempie wirusowym po Twitterach i Facebookach.

Kiedy zatem Dan Burn, środkowy obrońca leżącego na dnie tabeli ligi angielskiej Fulham, po wyjazdowym remisie z United rzucił, że tak często jak w niedzielę nie wybijał piłki głową od czasów piątoligowych, nieświadomie wpisał się w chóralne obśmiewanie taktyki faworytów. Nazajutrz próbował tłumaczyć, że nie chciał rywali poniżać, ale nikt go już nie usłyszał. Został prosty przekaz: już nawet piłkarze z ligowych nizin robią sobie z Manchesteru jaja.

Podania górą (zwłaszcza długie) w przeciwieństwie do podań dołem zawsze uchodziły za synonim futbolowego prymitywizmu, a wciąż aktualni mistrzowie Anglii ustanowili w ostatnim meczu szokujący rekord – wykonali 81 dośrodkowań. Liczbę niedostępną dla żadnej drużyny, odkąd w 2006 roku firma Opta prowadzi statystyki.

Trzymali się gospodarze swojego odruchu, choć tylko 18 razy wrzucali piłkę celnie, a byli pośród nich ludzie stworzeni do wyrafinowanej gry kombinacyjnej – na czele z Juanem Matą, zaciągniętym w styczniu na ratunek wirtuozem z Chelsea. Jakby uparli się grać w rachunek prawdopodobieństwa. Damy kwintylion dośrodkowań, to prędzej czy później coś wpadnie do bramki, choćby po rykoszecie.

I tyle nam wszystkim, zniewolonym oddziaływaniem wszechdostępnych statystyk, zostało w pamięci, choć taktyka właściwie się sprawdziła. Piłkarze MU najpierw wyrównali, potem objęli prowadzenie.

Oddali je dopiero w 94. minucie. Znów okazało się, że wystarczy tylko lekko przycisnąć, by ich skrzywdzić. Każdego na to stać. I Everton, który na Old Trafford nie wygrał od 1992 r. I West Bromwich, które nie wygrało tam od 1978. I Newcastle, które nie wygrało tam od 1972. I Stoke, które od 1984 nie pobiło MU ani na wyjeździe, ani u siebie.

Trener David Moyes kolekcjonuje wpadki. Media znęcają się nad nim, wciąż przywołując wydłużającą się listę hańby. Piłkarze usuwają z internetu wpisy, by uniknąć posądzeń o atak na swego trenera – jak wypożyczony do Cardiff skrzydłowy Wilfried Zaha, chwalący na Instagramie tymczasowego zwierzchnika Ole Gunnara Solskjaera. Albo gęsto się z nich tłumaczą – jak osadzony w rezerwie Javier Hernández, rzucający szyfrowane uwagi typu „wkrótce nadejdzie czas poważnych rozmów o wielu sprawach”.

Im bardziej piłkarze MU przegrywają, tym bardziej ich problem wychodzi poza czysto piłkarskie sprawy merytoryczne. Każde słowo może być użyte przeciwko nim, komentatorzy potęgują klimat dekadencji tezami o „konieczności wydania 200 mln funtów na transfery”, przypomina się psychologiczna reguła, że jeśli sto razy usłyszysz, że jesteś taki i owaki, to zaczynasz wierzyć i zachowywać się jak taki i owaki.

I nie dajesz rady nawet Fulham, mięczaku. Jak brutalnie nie zrecenzowalibyśmy schyłku niektórych gwiazd MU i kadrowych luk, nie wyjaśnimy tego, że nałogowi wygrywacze przerżnęli pięć z dziewięciu tegorocznych meczów, a z pucharów wykopały ich Swansea oraz Sunderland.

Znienacka, w wyższym stężeniu, spadło na nich to, z czym piłkarze Arsenalu żyją od lat. Różnica polega jedynie na tym, że londyńczycy uchodzili za mięczaków tylko w zderzeniach z przeciwnikami wagi superciężkiej.

Te demony właśnie znów ich nachodzą. Sobotnia klęska z Liverpoolem (1:5) mogła wyglądać na wyrwany z kontekstu wybryk. Niemal bezbłędni dotychczas Per Mertesacker i Laurent Koscielny pogubili się, jakby pierwszy raz w życiu stanęli na środku obrony, więc agresywnie usposobieni rywale zadali nokautujące ciosy, zanim mecz się na dobre rozpoczął. Zdarza się.

Ponieważ jednak londyńscy piłkarze nie tylko zaczęli roztargnieni, ale jeszcze prędko zaczęli sprawiać na pogodzonych z losem, jednomeczowy epizod ożywił wizerunek Arsenalu jako zgrai mięczaków niezdolnych udźwignąć presję prestiżowych gier. Przecież Manchesterowi City ulegli 3:6, przecież nie umieli wbić u siebie gola ostrożnie nastawionej Chelsea (a w Pucharze Ligi ulegli jej 0:2). Nie dali rady (0:1) nawet przywiędłemu Manchesterowi United...

Zjawisko ma ucieleśniać Mesut Özil. Jesienią wysłuchiwał serenad, że natchnął całą drużynę, teraz wypomina mu się, że znikał akurat w tamtych przegranych znaczniejszych meczach, że Liverpoolowi piłkę oddawał i nie bił się o jej odzyskanie (na swojej połowie dotknął jej ledwie czterokrotnie), że w trudnych chwilach zniechęca do walki mową ciała. Słowem, już nie tyle nadaje Arsenalowi mistrzowskiego sznytu, ile zaraził się niemistrzowską podatnością na ciosy. I znów – kto by słuchał wyjaśnień trenera Arsene’a Wengera, że drużynie przytrafił się w sobotę wypadek.

A przecież los skazał londyńczyków na próby, jakim nie musi sprostać nikt w Europie. Liverpool, jutro MU, w niedzielę znów Liverpool (w Pucharze Anglii), w środę najpotężniejszy dziś Bayern. Potem lżejsze dni i kolejna seria – Bayern, Tottenham, Chelsea (same wyjazdy!), Manchester City. Wejdziesz na Mount Everest, to cię posyłają na K2.

Gdyby zatem Arsenal nie wykonał zadania nawet teraz – gdy wieczór wciąż jest prestiżowy, ale rywale ćwiczą się w roli pierwszego pośmiewiska ligi – to odświeżą smętną kliszę. Świat ogłosi bieżący sezon kalką poprzednich, Wenger znów przyjmie przed kamerami pozycję na stałe defensywną, potwornie wymagające wyzwania zdadzą się jeszcze cięższe. Tego jeszcze londyńczycy nie przeżywali – zwycięstwo nad Manchesterem United tak się zdewaluowało, że jest dla nich minimum przyzwoitości.

 
1 , 2
Archiwum
Tagi