RSS
czwartek, 28 lutego 2013

Lapidarnie: we wtorek w Copa del Rey patrzyliśmy na zderzenie potęg, które panowały nad światem futbolu wczoraj, w środę w DFB-Pokal na zderzenie potęg, które ponoć mają zapanować jutro.

Żadnej wyraźnej granicy między epokami, rzecz jasna, nie wytyczymy, nie wiemy nawet, czy w ogóle nadejdą, chodzi mi raczej o powszechne wyczucie zmieniających się trendów. Barcelona i Real Madryt reprezentują tutaj nie tylko siebie, lecz także przewodzącą rankingowi UEFA ligę hiszpańską. Bayern Monachium i Borussia Dortmund też nie reprezentują wyłącznie siebie, lecz jeszcze wspinającą się na szczyt rankingu Bundesligę, rozgrywki z najokazalszymi perspektywami.

Powtórzę: niewykluczone, że giganci hiszpańscy zaraz znów rykną i przerażona reszta świata zastygnie, odnoszę się wyłącznie dynamiki wydarzeń, która skłania nas do dostrzeżenia w obu drużynach wad. Katalończycy już nie obijają wielobramkowo zagranicznych przeciwników, a Real nie musi nawet barykadować przedpola, by Barcę złamać. Madrycką wrażliwość na ciosy widzieliśmy natomiast w starciach z Niemcami – w poprzedniej  edycji Ligi Mistrzów piłkarze José Mourinho przegrali półfinałowy dwumecz z Bayernem, w obecnej przegrali grupowy dwumecz z Borussią.

W moc dortmundczyków nadal wątpię. Ich podstawową jedenastkę od rezerw dzieli zbyt wiele, wczorajsza nieobecność Matsa Hummelsa nie tyle nadwątliła defensywę, ile okaleczyła ofensywę – niemiecki stoper, wymarzony łup transferowy dla Barcelony, wyprowadza piłkę z bezcenną precyzją i wizją, operujący na monachijskim stadionie w jego rewirze Neven Subotić i Felipe Santana ryzykowali przy każdym podaniu do przodu, skandalicznie często niecelnym. Nie widać też alternatywy dla Roberta Lewandowskiego, który tym razem Bayernu ani nie drasnął. Nie zdołał zaangażować się w grę, znikał na długie minuty, nie wytłumaczymy go wyłącznie nadmiernie ostrożnym stylem gry i w ogóle brakiem werwy całej drużyny. A jednak trener Jürgen Klopp nie miał ruchu.

Borussia nie obroni ani mistrzostwa Bundesligi, ani Pucharu Niemiec. Czeka ją ciężka przeprawa z Szachtarem Donieck w rewanżu 1/8 finału Ligi Mistrzów. Trzymanie się wąskiej grupy ludzi jej nie służy, o znużenie – tak fizyczne, jak mentalne – mamy powody podejrzewać nie tylko naszego eksploatowanego ponad miarę Łukasza Piszczka (też nie stoi za nim choćby ćwierćzmiennik), zwycięstwa, punkty i gole wydziera z coraz większym wysiłkiem. Przy dortmundzkich ograniczeniach finansowych trudno stale rozbudowywać kadrę – nie każdy wychowanek wydorośleje na niezawodnego wyczynowca, nie każdy tani transfer przyniesie niewspółmierne do inwestycji zyski jak Hummels, Kagawa czy Lewandowski.

Bayern odzyska mistrzostwo Bundesligi, mknie ku Pucharowi Niemiec, zasadza się na triumf w Champions League. Jest doskonale wyposażony wszędzie, po ostatni fotelik dla rezerwowych. W czołówce międzynarodowej wyróżnia się brakiem solisty ponad wszystkich, którego nagła utrata powodowałaby drastyczną utratę jakości. Nie polega na odpowiedniku Leo Messiego, Cristiano Ronaldo czy Robina van Persiego – łatwo wyobrazić sobie, że bez nich Barcelona, Real Madryt i Manchester United ucierpiałaby już przed meczem, psychologicznie. Bawarczycy w środę nie odczuli nieobecności Francka Ribery’ego, mnie dopiero po ostatnim gwizdku oświeciło i zorientowałem się, kogo szlagier z Borussią ominął.

U lidera Bundesligi golami dzieli się wielu graczy, a strzelają je na wiele sposobów. Barcelonę klasyfikujemy jako specjalistkę od ataku pozycyjnego, a Real jako specjalistę od ataku szybkiego, tymczasem monachijczycy umieją wszystko. Piłkę trzymają najdłużej po Katalończykach, tylko im ustępują dokładnością podań; wibrujący na skrzydłach Ribery czy Robben są w stanie wystrzelić z piekielnie szybkim kontrnatarciem; nad wszystkimi formacjami górują ludzie świetni w walce powietrznej (van Buyten, Dante, Javi Martinez, Mandzukic, Gomez), co wykorzystują przy rzutach rożnych i wolnych (własnych i wrogich); po stracie agresywnie naciskają rywala; nie sposób ocenić, czy groźniej nacierają bokami, czy środkiem. Wielogłowym potworem powozi Jupp Heynckes, któremu nie brakuje osobowości, by utrzymywać rygor (sławne grzywny nałożone na Schweinsteigera i Kroosa za założenie na trening białych skarpetek), zdolności do reagowania na przebieg gry, doświadczenia - mistrzostwo świata i kontynentu zdobywał jeszcze jako zawodnik, a trenerem z Pucharem Europy zostawał, gdy Mourinho robił za tłumacza i krzyczał z balkonu na placu Sant Jaume, że Barcelonę będzie miał w sercu zawsze.

Czytam tu i ówdzie, że Pep Guardiola przyjdzie latem na gotowe. Myślę inaczej – podejmie cholernie trudne wyzwanie, zwłaszcza w przypadku ewentualnego zdobycia przez monachijczyków trzech trofeów. Teraz pożera przeciwników Bayern dyszący wściekłością (po sezonie drugich miejsc), po wywarciu zemsty wróciłby Bayern absolutnie usatysfakcjonowany. Znaczy ten najbardziej niebezpieczny. Dla samego siebie.

wtorek, 26 lutego 2013

Najtrudniejszy tydzień w karierze trenera José Mourinho rozpoczyna się w Barcelonie. Real, który w Madrycie zremisował 1:1, spróbuje awansować do finału Pucharu Hiszpanii. A potem napięcie wzrośnie.

Jeszcze przed chwilą w sprawie futbolowej uroczystości ponad wszystko obowiązywał międzynarodowy konsensus. Kiedy Barcelona zderzała się z Realem, podziwialiśmy najwyższe dostępne dziś na boisku stężenie wirtuozerii. Przed dwoma laty obaj potentaci nie udekorowali finału Ligi Mistrzów swoją obecnością głównie dlatego, że los skazał ich na siebie rundę wcześniej. Trofeum zdobyli Katalończycy, w ostatecznym starciu zrównując z murawą Manchester United.

Rok temu w półfinale wyższość faworytów podały w wątpliwość Chelsea oraz Bayern. Teraz faworyci chwieją się już w 1/8 finału. Barcelona sensacyjnie przegrała 0:2 z Milanem, odurzeni gospodarze pisali nazajutrz o „sprowadzeniu Marsjan na ziemię”. Real rozczarował na własnym stadionie remisem 1:1 z Manchesterem Utd. Jeśli w rewanżach nie odzyskają mocy, otaczani kultem w skali globalnej półbogowie sprzeciętnieją do bożków wyznawanych co najwyżej lokalnie. Niewiele brakuje, by jedynym przedstawicielem ligi hiszpańskiej - przodującej w rankingu UEFA - w europucharach zostało zaraz skromne Levante.

Piłkarze nie stracili przez te lata blasku. Wręcz przeciwnie. Najwięksi zwiększyli wpływ na drużynę - Leo Messi stale wszechstronnieje i podnosi snajperską wydajność, Cristiano Ronaldo roznosi pragnienie, by osobiście rozstrzygać także szlagiery, nikt już nie zarzuca mu, że mięknie w wielkich meczach. Sergio Busquets i Sami Khedira, choć diametralnie różni w stylu, zmężnieli do czołowych w świecie defensywnych pomocników. W Madrycie na tęgiego obrońcę postanowił się wybić Raphaël Varane. Wreszcie zgraja hiszpańskich bohaterów wzięła złoto na Euro 2012, utrzymując panowanie na trzecim z rzędu wielkim reprezentacyjnym turnieju...

Na oba kluby spadł natomiast problem trenerski, w Madrycie wzmacniany dodatkowo toksynami sączonymi do szatni przez rozhisteryzowaną lokalną prasę. Sławny uwodziciel piłkarzy José Mourinho tym razem starł się z kapitanem (Iker Casillas zwany  „Świętym”) oraz wicekapitanem (Sergio Ramos) i jego ludzie nie tylko przestali regularnie zdmuchiwać z boiska przeciętnych rywali krajowych, lecz również ponoszą ciężkie straty w gwiezdnych wojnach - zanim w Champions League namordowali się z Manchesterem United, zremisowali oraz wygrali dopiero po golu w 90. minucie z City, ulegli też w dwumeczu Borussii Dortmund (przed porażką u siebie ratowali się w 89. minucie). Często wyglądają na wyzutych z idei w ataku pozycyjnym, nie kontrolują sytuacji, gdy muszą bronić się przed rzutami rożnymi. Bazują na ponaddźwiękowych kontrnatarciach i pociskach wystrzeliwanych spod buta Ronaldo.

W Barcelonie po odejściu Pepa Guardioli została pustka. Następca Tito Vilanova, który leczy raka w Nowym Jorku, niby podgląda na monitorach treningi i komunikuje się z drużyną nawet w trakcie meczów, ale przybywa powodów, by sądzić, że zdalne sterowanie nie działa. Następca następcy Jordi Roura w krytycznych chwilach zdaje się nieobecny. Widać, że rywale znaleźli sposób na Katalończyków, a on nie reaguje. Widać coraz częściej, choć nie w Hiszpanii, lecz w LM - na mediolańskim San Siro Barca celnie strzeliła raz (taka impotencja nie zdarzyła jej się od 2009 roku), przegrała w Glasgow, u siebie złamała Celtic dopiero w 94. minucie, niewiele krócej zmagała się ze Spartakiem Moskwa. W tegorocznej edycji uzbierała na razie dorobek identyczny z madryckim, ale mierzyła się z bezdyskusyjnie mizerniejszymi przeciwnikami. No i od awansu do ćwierćfinału dzieli ją więcej.

Słowem, herosi El Clasico zostali uczłowieczeni. Bez ustanku dyskutujemy o ich wadach, perfekcyjnie funkcjonujących drużyn szukamy raczej w Bundeslidze - w Bayernie Monachium lub Borussii, choć w Dortmundzie pod warunkiem, że trener dysponuje pełnym składem.

A ponieważ Barcelona i Real zeszły z obłoków, nadzwyczajną rangę zyskał krajowy puchar, dotąd spychany na daleki plan jako najmniej prestiżowy.

Gdyby gospodarze dziś odpadli, jutro nastroje byłyby jeszcze bardziej podłe i pewnie jeszcze trudniej byłoby skutecznie najeżdżać pole karne Milanu w LM. Co mogłoby skazać Katalończyków na wyjątkowo nieznośny scenariusz - zostałaby im tylko liga hiszpańska, gdzie właściwie wszystko jest rozstrzygnięte, trzeba tylko dotruchtać do ostatniej kolejki. Wyzwania na ten sezon się skończyły. A madryccy piłkarze należą do grona tych, którzy nauczyli się Barcę przynajmniej zatrzymywać - jesienią w Primera División zremisowali na Camp Nou, latem zwyciężyli w dwumeczu o Superpuchar Hiszpanii, wiosną odebrali jej mistrzostwo kraju. I jako jedyni obok Milanu zdołali przez ten czas obezwładnić Messiego, nie pozwalając mu oddać w meczu ani jednego celnego strzału.

Real też gra pod potworną presją. Niepowodzenie sprawi, że ocalić sezon będzie mógł już tylko w Lidze Mistrzów. A tam jeszcze nie doskoczył do ćwierćfinału. I za tydzień na Old Trafford rozpocznie mecz przy wyniku premiującym Manchester.

Wcześniej, w sobotę, jeszcze jedno El Clasico - ligowe. Stosunkowo nieistotne, możemy spodziewać się występu wielu rezerwowych. Okoliczności w ogóle zrobiły się osobliwe, bowiem niewykluczone, że obie strony odwołają się do graczy w mniejszym lub większym stopniu odtrąconych. Barcelona zechce odzyskać Davida Villę, który po transferze za 40 mln euro stracił (również przez kontuzję) reputację najbardziej bezlitosnego w Europie środkowego napastnika, by wreszcie odciążyć Messiego. W Madrycie ponoć rozważają wykorzystanie ożywionego ostatnio Kaki, który po transferze stracił właściwie wszystko, za co Real zapłacił 65 mln.

José Mourinho musi wycisnąć ze swoich ludzi maksimum (z tej umiejętności słynie nade wszystko), przeżywa najtrudniejszy moment w karierze. Grozi mu, że po raz pierwszy zostanie brutalnie wykopany z pracy.

Ale też wciąż zachowuje szansę, by osiągnąć fantastyczny sukces. Barcelona też. Obie strony nie znalazłyby wspanialszej okazji, by udowodnić, że wynoszenie ich na szczyt miało sens.

poniedziałek, 25 lutego 2013

Nie ukłonił się ani nie pytał, czy mu wolno, wszedł na stadion razem z bramą, zagarnął wszystkie mikrofony, gdyby wystrzeliwane przezeń słowa miały temperaturę rac, zapłonęłaby cała tzw. ekstraklasa. Ze zgiełku wywiadów rozdawanych przez nowego prezesa Legii od świtu do zmierzchu wywnioskowałem, że warszawscy piłkarze już właściwie zdobyli mistrzostwo w roku 2013, że należy przyjąć perspektywę wieloletnią, Bogusław Leśnodorski podał nawet bezlitosne dla rywali konkrety – trzy ligowe tytuły w pięciu najbliższych sezonach, oczywiście przystrojone popisami w europucharach. Rozbłysnęła gwiazda. Nie tyle nowa, ile w swoim rodzaju jedyna, klubowych szefów mieliśmy dotąd głównie cichych lub hałasujących bez sensu.

Komentatorzy chóralnie prezesowski przekaz wzmocnili, alternatywy zresztą nie mieli, skoro Legia przeprowadziła transferowy Blitzkrieg – a ponieważ splądrowała głównych przeciwników, czyli zastosowała taktykę Bayernu, doczekała się już pociesznie przesadzonej metki „FC Hollywood”, dotychczas przyklejanej do bezkonkurencyjnego u siebie klubu z Monachium. Brzmi złowrogo, bowiem oryginał odnosił się raczej do rozdętych ego upchniętych w jednej szatni sław niż ich skłonności do regularnego zwyciężania.

***

Jeśli zamiarem prezesa było wywarcie na piłkarzach ekstremalnej presji, to mu się powiodło. Wróciła dawna, znienawidzona Legia (werbunek do wojska zastąpiła tylko supremacją finansową), resztę kraju jednoczy modlitwa o jej krzywdę, po ewentualnej wpadce – czytaj: tytule zaledwie wicemistrzowskim – spadną na faworytów szyderstwa głośniejsze niż dzisiejsze biadania, że wrednie szasta pieniędzmi. Jan Urban też efektownego krajowego sukcesu osiągnąć nie może, w najlepszym razie wykona psi obowiązek. Warunki pracy ma przecież teoretycznie bardziej komfortowe niż jakikolwiek inny polski trener w XXI wieku – nawet Wisła w szczytowym okresie nie zgromadziła kadry, która wymusiłaby ostrą rywalizację na każdej pozycji (w Legii pewnie czują się tylko Kuciak i Ljuboja), nie powstała też w Krakowie akademia, która taśmowo dostarczałaby absolwentów seniorskiej drużynie.

Rozległości legijnych zasobów przecenić nie sposób, nie pojmuję natomiast atmosfery tak podniosłej, jakby narodził się lokalny dream team. Bereszyński, Brzyski, Dwaliszwili, Jodłowiec... Nikt z pozyskanych nie ujawnił zręczności wynoszącej go ponad ligę, nikt (może poza Gruzinem) nie zasłużył na zaproszenie do jedenastki bohaterów jesieni, ba, nikt nie miał prawa wchodzić do nowej szatni z przeświadczeniem, że naturalny porządek rzeczy nakazuje natychmiastowo wpuścić go do wyjściowego składu. Gdyby zresztą Legia szarpnęła się na transfery jeszcze bardziej spektakularne, lecz nie wyszła poza polski rynek, to również nie zagwarantowałaby sobie radykalnego podniesienia jakości – zjawiskowych indywidualności liga nie posiada, nawet luksusowe zakupy przypominają dokładanie ziarnka do ziarnka, a jeśli jednak zechcemy wybrać solistę ponad wszystkich, to wskażemy Ljuboję, już zatrudnionego przy Łazienkowskiej.

Dlatego aktualność zachowuje fundamentalne pytanie: czy istnieje legijna wizja gry bez Serba lub z Serbem pozbawionym natchnienia? Czy w sobotę przegrał on przede wszystkim z kieleckimi wertepami, czy raczej wciąż trapi go zniżka formy z końcówki rundy jesiennej? Nigdy dość przypominania, że odkąd zstąpił na stadion Legii, zagrał we wszystkich (!) 46 meczach ligowych. Seria u nas niespotykana, a Ljuboja skończy we wrześniu 35 lat.

***

W mrocznej przeszłości, w której hurtowo kupowało się nade wszystko punkty, ukuto pojęcie „rycerze wiosny”, by uhonorować drużyny eksplodujące formą w rundzie rewanżowej. Obecna Legia zasłużyła na razie co najwyżej na tytuł „rycerzy zimy”, choć w szerszym ujęciu zaledwie zrehabilitowała się za ubiegłoroczny sabotaż (masowa wyprzedaż w przededniu wznowienia rozgrywek).

Determinację, rozmach i deklarowaną bezkompromisowość Leśnodorskiego odruchowo lubię, zachłannych na sukces zarządców naszemu klubowemu futbolowi brakuje, ale stołecznym odruchowo nie dowierzam. O tych z Polonii przyjemniej pomilczeć, nie przekonał mnie też żaden z Legii, pamiętam raczej, jak były już prezes Paweł Kosmala zakładał się ze mną, że „polskie kluby trzy razy w najbliższych pięciu latach” awansują do Ligi Mistrzów. Tak sobie wyliczył, analizując dynamikę zmian w układzie sił w Europie. Od tamtej pory zasadzali się na Champions League nasi potentaci czterokrotnie. Odbijali się od Helsingborga, APOEL-u Nikozja, Sparty Praga, Levadii Tallinn.

W minionych miesiącach naszą piłkę niesie zaskakujący optymizm. Wyrósł na sensacyjnym przejęciu władzy w PZPN przez innego wielbionego prezesa, zadziwiającej karierze Lewandowskiego, Błaszczykowskiego i Piszczka, wyeksportowaniu (za niezłe pieniądze!) kilku młodych graczy do uznanych firm, nietragicznym starcie w eliminacjach do mundialu. W rzeczywistości jedyną polską wyspą leżącą w świecie wielkiego futbolu pozostaje jednak Dortmund. Reszta jest marzeniem – Salamon, Wolski czy Milik do dużego grania na razie tylko aspirują, reprezentacja od blisko czterech lat nie pokonała (choćby w sparingu) żadnego klasowego rywala, kluby ponabijały sobie guzy w mocno wstępnych rundach europejskich pucharów, nie umiemy zaludnić wzniesionych w metropoliach stadionów. Nędza.

***

Legia nie dokonała transferowych czynów heroicznych, lecz skwapliwie wykorzystała krytyczny stan konkurentów. Ledwie dyszą wieloletni hegemon z Krakowa, broniący tytułu Śląsk czy systematycznie ćwiartowana Polonia, więc gdyby nie w miarę stabilna sytuacja w Lechu, nikogo poza Łazienkowską nie moglibyśmy klasyfikować jako ligowego potentata. Jeśli wziąć pod uwagę warunki biznesowe, prezes Leśnodorski objął firmę niemal skazaną na pozycję monopolisty, przynajmniej chwilowo. Tu nie potrzeba menedżerskiej wirtuozerii, wystarczy solidność.

W perspektywie historycznej warszawski klub wyspecjalizował się jednak w marnowaniu szans, dość powiedzieć, że pomimo stołecznego blichtru tylko raz w ostatnich czterech dekadach zdołał obronić tytuł. W ubiegłym sezonie też poniósł widowiskową klapę, nie utrzymał prowadzenia, choć rozgrywki przypominały wyścig kulawych żółwi. Powtórka – po zmianie prezesa, trenera, piłkarzy – grozi zapamiętaniem Legii 2011-13 jako ligowej ofermy wszech czasów.

niedziela, 24 lutego 2013

Boks cholernie lubię, widzę w nim sport z chyba największym potencjałem mitotwórczym (i filmowym!), ale nie będę udawał znawcy, o Salecie wiem niewiele, intuicyjnie brałem go – niech mi wybaczy – za celebrytę, który sam nie całkiem wie, dlaczego jest znany.

A teraz ten celebryta przywalił Gołocie. Chyba musiał przywalić, by ostateczne utrwalić fascynującą opowieść o znakomitym pięściarzu, który urodził się, by przegrywać. Jego - pokonanego - też cholernie lubię, zrobiło mi się przed chwilą zwyczajnie przykro, rzadko bywało mi aż tak przykro po niepowodzeniu polskiego sportowca, aż zapominam – wstydzę się, ale nie umiem inaczej – o gratulacjach dla zwycięzcy, zapominam o docenieniu wysiłku 45-latków, przy których miażdżąca większość o dwie dekady młodszych wyglądałaby na niedołężną. Nic mądrego nie napiszę, spontanicznie tylko dzielę się żałobnym nastrojem. Andrzej Gołota pozostaje w historii naszego sportu postacią absolutnie wyjątkową – największym polskim atletą, którego zapamiętamy wyłącznie z klęsk.

00:31, rafal.stec
Link Komentarze (31) »
środa, 20 lutego 2013

Wiem, że Barcelona śnięta, że pierwszego gola przygotował ręką Cristian Zapata, że Messi przypominał swój portret pamięciowy, i to naszkicowany na najgorszym posterunku w mieście. Ale...

Zobaczyłem na San Siro odświeżenie najlepszej tradycji Milanu – perfekcyjne przygotowanie do szlagieru Ligi Mistrzów, perfekcyjne w tym sensie, że wyciskające z aktualnych możliwości drużyny wszystko, co posiada. Gdyby dzisiejsze ustawienie gospodarzy wyrysować, łącząc piłkarzy kreskami w figurę geometryczną, a następnie uruchomić animację, zobaczylibyśmy, że gospodarze w swoim planie taktycznym niemal nie drgnęli. Katalończycy nie tyle go nie rozerwali, oni go nie drasnęli. Rywale nie rozdawali im nawet rzutów wolnych! Kilka lat temu, w erze superdrużyny Carlo Ancelottiego, bywało tak samo – rossoneri w Serie A kopali byle jak, by w Champions League przeobrażać się właśnie w superdrużynę.

Wciąż nie mieści mi się w głowie, że Milan mogą w tak ogromnej mierze tworzyć ludzie niezdolni do przywiązania piłki do stopy, czyli rzemieślnicy w typie Constanta, Muntariego, Pazziniego czy nawet Boatenga. Ale dzisiaj od razu polubiłem obserwację, że barcelońskim artystom poprzeszkadzają rywale nieprzyjemni w dotyku – to była moja pierwsza refleksja, gdy analizowaliśmy w redakcji, co będzie, dlaczego Massimiliano Allegri wybrał jak wybrał. Analitycy skupieni na schematach taktycznych pewnie tego nie wezmą pod uwagę, ja jestem przekonany, że wyselekcjonowanie graczy najwredniejszych w odbiorze wpłynęło na przebieg meczu fundamentalnie, że wypuszczanie na Barcę np. jednego z Katalończyków – drobinkę Bojana Krkicia – nie miałoby sensu.

Kiedy patrzyłem na El-Shaarawy’ego zasuwającego pod własnym polem karnym, by zatruć życie Daniemu Alvesowi, przypominałem sobie oczywiście Samuela Eto’o harującego na boku obrony w pamiętnym meczu Interu z Barceloną. Tak, już wiemy, gdzie znajduje się katalońskie piekło. Na San Siro. Milan dał dzisiaj najbardziej niesamowity popis włoskiego klubu w Lidze Mistrzów od tamtej pory – wiosną 2010 roku jego sąsiedzi z San Siro, inspirowani przez Jose Mourinho, wygrali 3:1. A kilka tygodni później zdobyli trofeum.

Milan go pewnie nie zdobędzie, mam też nadzieję, że Silvio Berlusconi nie wygra dzięki dzisiejszej wiktorii wyborów we Włoszech. Ale szanse na awans do ćwierćfinału zyskał ogromne, historyczne statystyki szacują je na 81,4 proc. Dzieje się coś niesamowitego, a ja  nie umiem uciec od myśli, że sensacja z San Siro przybliżyła do zdobycia Pucharu Europy Jose Mourinho...

Albo Aleksa Fergusona. Manchester United nie umiałby z Barcą zagrać jak Milan.

 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum
Tagi