RSS
czwartek, 28 lutego 2013

Lapidarnie: we wtorek w Copa del Rey patrzyliśmy na zderzenie potęg, które panowały nad światem futbolu wczoraj, w środę w DFB-Pokal na zderzenie potęg, które ponoć mają zapanować jutro.

Żadnej wyraźnej granicy między epokami, rzecz jasna, nie wytyczymy, nie wiemy nawet, czy w ogóle nadejdą, chodzi mi raczej o powszechne wyczucie zmieniających się trendów. Barcelona i Real Madryt reprezentują tutaj nie tylko siebie, lecz także przewodzącą rankingowi UEFA ligę hiszpańską. Bayern Monachium i Borussia Dortmund też nie reprezentują wyłącznie siebie, lecz jeszcze wspinającą się na szczyt rankingu Bundesligę, rozgrywki z najokazalszymi perspektywami.

Powtórzę: niewykluczone, że giganci hiszpańscy zaraz znów rykną i przerażona reszta świata zastygnie, odnoszę się wyłącznie dynamiki wydarzeń, która skłania nas do dostrzeżenia w obu drużynach wad. Katalończycy już nie obijają wielobramkowo zagranicznych przeciwników, a Real nie musi nawet barykadować przedpola, by Barcę złamać. Madrycką wrażliwość na ciosy widzieliśmy natomiast w starciach z Niemcami – w poprzedniej  edycji Ligi Mistrzów piłkarze José Mourinho przegrali półfinałowy dwumecz z Bayernem, w obecnej przegrali grupowy dwumecz z Borussią.

W moc dortmundczyków nadal wątpię. Ich podstawową jedenastkę od rezerw dzieli zbyt wiele, wczorajsza nieobecność Matsa Hummelsa nie tyle nadwątliła defensywę, ile okaleczyła ofensywę – niemiecki stoper, wymarzony łup transferowy dla Barcelony, wyprowadza piłkę z bezcenną precyzją i wizją, operujący na monachijskim stadionie w jego rewirze Neven Subotić i Felipe Santana ryzykowali przy każdym podaniu do przodu, skandalicznie często niecelnym. Nie widać też alternatywy dla Roberta Lewandowskiego, który tym razem Bayernu ani nie drasnął. Nie zdołał zaangażować się w grę, znikał na długie minuty, nie wytłumaczymy go wyłącznie nadmiernie ostrożnym stylem gry i w ogóle brakiem werwy całej drużyny. A jednak trener Jürgen Klopp nie miał ruchu.

Borussia nie obroni ani mistrzostwa Bundesligi, ani Pucharu Niemiec. Czeka ją ciężka przeprawa z Szachtarem Donieck w rewanżu 1/8 finału Ligi Mistrzów. Trzymanie się wąskiej grupy ludzi jej nie służy, o znużenie – tak fizyczne, jak mentalne – mamy powody podejrzewać nie tylko naszego eksploatowanego ponad miarę Łukasza Piszczka (też nie stoi za nim choćby ćwierćzmiennik), zwycięstwa, punkty i gole wydziera z coraz większym wysiłkiem. Przy dortmundzkich ograniczeniach finansowych trudno stale rozbudowywać kadrę – nie każdy wychowanek wydorośleje na niezawodnego wyczynowca, nie każdy tani transfer przyniesie niewspółmierne do inwestycji zyski jak Hummels, Kagawa czy Lewandowski.

Bayern odzyska mistrzostwo Bundesligi, mknie ku Pucharowi Niemiec, zasadza się na triumf w Champions League. Jest doskonale wyposażony wszędzie, po ostatni fotelik dla rezerwowych. W czołówce międzynarodowej wyróżnia się brakiem solisty ponad wszystkich, którego nagła utrata powodowałaby drastyczną utratę jakości. Nie polega na odpowiedniku Leo Messiego, Cristiano Ronaldo czy Robina van Persiego – łatwo wyobrazić sobie, że bez nich Barcelona, Real Madryt i Manchester United ucierpiałaby już przed meczem, psychologicznie. Bawarczycy w środę nie odczuli nieobecności Francka Ribery’ego, mnie dopiero po ostatnim gwizdku oświeciło i zorientowałem się, kogo szlagier z Borussią ominął.

U lidera Bundesligi golami dzieli się wielu graczy, a strzelają je na wiele sposobów. Barcelonę klasyfikujemy jako specjalistkę od ataku pozycyjnego, a Real jako specjalistę od ataku szybkiego, tymczasem monachijczycy umieją wszystko. Piłkę trzymają najdłużej po Katalończykach, tylko im ustępują dokładnością podań; wibrujący na skrzydłach Ribery czy Robben są w stanie wystrzelić z piekielnie szybkim kontrnatarciem; nad wszystkimi formacjami górują ludzie świetni w walce powietrznej (van Buyten, Dante, Javi Martinez, Mandzukic, Gomez), co wykorzystują przy rzutach rożnych i wolnych (własnych i wrogich); po stracie agresywnie naciskają rywala; nie sposób ocenić, czy groźniej nacierają bokami, czy środkiem. Wielogłowym potworem powozi Jupp Heynckes, któremu nie brakuje osobowości, by utrzymywać rygor (sławne grzywny nałożone na Schweinsteigera i Kroosa za założenie na trening białych skarpetek), zdolności do reagowania na przebieg gry, doświadczenia - mistrzostwo świata i kontynentu zdobywał jeszcze jako zawodnik, a trenerem z Pucharem Europy zostawał, gdy Mourinho robił za tłumacza i krzyczał z balkonu na placu Sant Jaume, że Barcelonę będzie miał w sercu zawsze.

Czytam tu i ówdzie, że Pep Guardiola przyjdzie latem na gotowe. Myślę inaczej – podejmie cholernie trudne wyzwanie, zwłaszcza w przypadku ewentualnego zdobycia przez monachijczyków trzech trofeów. Teraz pożera przeciwników Bayern dyszący wściekłością (po sezonie drugich miejsc), po wywarciu zemsty wróciłby Bayern absolutnie usatysfakcjonowany. Znaczy ten najbardziej niebezpieczny. Dla samego siebie.

wtorek, 26 lutego 2013

Najtrudniejszy tydzień w karierze trenera José Mourinho rozpoczyna się w Barcelonie. Real, który w Madrycie zremisował 1:1, spróbuje awansować do finału Pucharu Hiszpanii. A potem napięcie wzrośnie.

Jeszcze przed chwilą w sprawie futbolowej uroczystości ponad wszystko obowiązywał międzynarodowy konsensus. Kiedy Barcelona zderzała się z Realem, podziwialiśmy najwyższe dostępne dziś na boisku stężenie wirtuozerii. Przed dwoma laty obaj potentaci nie udekorowali finału Ligi Mistrzów swoją obecnością głównie dlatego, że los skazał ich na siebie rundę wcześniej. Trofeum zdobyli Katalończycy, w ostatecznym starciu zrównując z murawą Manchester United.

Rok temu w półfinale wyższość faworytów podały w wątpliwość Chelsea oraz Bayern. Teraz faworyci chwieją się już w 1/8 finału. Barcelona sensacyjnie przegrała 0:2 z Milanem, odurzeni gospodarze pisali nazajutrz o „sprowadzeniu Marsjan na ziemię”. Real rozczarował na własnym stadionie remisem 1:1 z Manchesterem Utd. Jeśli w rewanżach nie odzyskają mocy, otaczani kultem w skali globalnej półbogowie sprzeciętnieją do bożków wyznawanych co najwyżej lokalnie. Niewiele brakuje, by jedynym przedstawicielem ligi hiszpańskiej - przodującej w rankingu UEFA - w europucharach zostało zaraz skromne Levante.

Piłkarze nie stracili przez te lata blasku. Wręcz przeciwnie. Najwięksi zwiększyli wpływ na drużynę - Leo Messi stale wszechstronnieje i podnosi snajperską wydajność, Cristiano Ronaldo roznosi pragnienie, by osobiście rozstrzygać także szlagiery, nikt już nie zarzuca mu, że mięknie w wielkich meczach. Sergio Busquets i Sami Khedira, choć diametralnie różni w stylu, zmężnieli do czołowych w świecie defensywnych pomocników. W Madrycie na tęgiego obrońcę postanowił się wybić Raphaël Varane. Wreszcie zgraja hiszpańskich bohaterów wzięła złoto na Euro 2012, utrzymując panowanie na trzecim z rzędu wielkim reprezentacyjnym turnieju...

Na oba kluby spadł natomiast problem trenerski, w Madrycie wzmacniany dodatkowo toksynami sączonymi do szatni przez rozhisteryzowaną lokalną prasę. Sławny uwodziciel piłkarzy José Mourinho tym razem starł się z kapitanem (Iker Casillas zwany  „Świętym”) oraz wicekapitanem (Sergio Ramos) i jego ludzie nie tylko przestali regularnie zdmuchiwać z boiska przeciętnych rywali krajowych, lecz również ponoszą ciężkie straty w gwiezdnych wojnach - zanim w Champions League namordowali się z Manchesterem United, zremisowali oraz wygrali dopiero po golu w 90. minucie z City, ulegli też w dwumeczu Borussii Dortmund (przed porażką u siebie ratowali się w 89. minucie). Często wyglądają na wyzutych z idei w ataku pozycyjnym, nie kontrolują sytuacji, gdy muszą bronić się przed rzutami rożnymi. Bazują na ponaddźwiękowych kontrnatarciach i pociskach wystrzeliwanych spod buta Ronaldo.

W Barcelonie po odejściu Pepa Guardioli została pustka. Następca Tito Vilanova, który leczy raka w Nowym Jorku, niby podgląda na monitorach treningi i komunikuje się z drużyną nawet w trakcie meczów, ale przybywa powodów, by sądzić, że zdalne sterowanie nie działa. Następca następcy Jordi Roura w krytycznych chwilach zdaje się nieobecny. Widać, że rywale znaleźli sposób na Katalończyków, a on nie reaguje. Widać coraz częściej, choć nie w Hiszpanii, lecz w LM - na mediolańskim San Siro Barca celnie strzeliła raz (taka impotencja nie zdarzyła jej się od 2009 roku), przegrała w Glasgow, u siebie złamała Celtic dopiero w 94. minucie, niewiele krócej zmagała się ze Spartakiem Moskwa. W tegorocznej edycji uzbierała na razie dorobek identyczny z madryckim, ale mierzyła się z bezdyskusyjnie mizerniejszymi przeciwnikami. No i od awansu do ćwierćfinału dzieli ją więcej.

Słowem, herosi El Clasico zostali uczłowieczeni. Bez ustanku dyskutujemy o ich wadach, perfekcyjnie funkcjonujących drużyn szukamy raczej w Bundeslidze - w Bayernie Monachium lub Borussii, choć w Dortmundzie pod warunkiem, że trener dysponuje pełnym składem.

A ponieważ Barcelona i Real zeszły z obłoków, nadzwyczajną rangę zyskał krajowy puchar, dotąd spychany na daleki plan jako najmniej prestiżowy.

Gdyby gospodarze dziś odpadli, jutro nastroje byłyby jeszcze bardziej podłe i pewnie jeszcze trudniej byłoby skutecznie najeżdżać pole karne Milanu w LM. Co mogłoby skazać Katalończyków na wyjątkowo nieznośny scenariusz - zostałaby im tylko liga hiszpańska, gdzie właściwie wszystko jest rozstrzygnięte, trzeba tylko dotruchtać do ostatniej kolejki. Wyzwania na ten sezon się skończyły. A madryccy piłkarze należą do grona tych, którzy nauczyli się Barcę przynajmniej zatrzymywać - jesienią w Primera División zremisowali na Camp Nou, latem zwyciężyli w dwumeczu o Superpuchar Hiszpanii, wiosną odebrali jej mistrzostwo kraju. I jako jedyni obok Milanu zdołali przez ten czas obezwładnić Messiego, nie pozwalając mu oddać w meczu ani jednego celnego strzału.

Real też gra pod potworną presją. Niepowodzenie sprawi, że ocalić sezon będzie mógł już tylko w Lidze Mistrzów. A tam jeszcze nie doskoczył do ćwierćfinału. I za tydzień na Old Trafford rozpocznie mecz przy wyniku premiującym Manchester.

Wcześniej, w sobotę, jeszcze jedno El Clasico - ligowe. Stosunkowo nieistotne, możemy spodziewać się występu wielu rezerwowych. Okoliczności w ogóle zrobiły się osobliwe, bowiem niewykluczone, że obie strony odwołają się do graczy w mniejszym lub większym stopniu odtrąconych. Barcelona zechce odzyskać Davida Villę, który po transferze za 40 mln euro stracił (również przez kontuzję) reputację najbardziej bezlitosnego w Europie środkowego napastnika, by wreszcie odciążyć Messiego. W Madrycie ponoć rozważają wykorzystanie ożywionego ostatnio Kaki, który po transferze stracił właściwie wszystko, za co Real zapłacił 65 mln.

José Mourinho musi wycisnąć ze swoich ludzi maksimum (z tej umiejętności słynie nade wszystko), przeżywa najtrudniejszy moment w karierze. Grozi mu, że po raz pierwszy zostanie brutalnie wykopany z pracy.

Ale też wciąż zachowuje szansę, by osiągnąć fantastyczny sukces. Barcelona też. Obie strony nie znalazłyby wspanialszej okazji, by udowodnić, że wynoszenie ich na szczyt miało sens.

poniedziałek, 25 lutego 2013

Nie ukłonił się ani nie pytał, czy mu wolno, wszedł na stadion razem z bramą, zagarnął wszystkie mikrofony, gdyby wystrzeliwane przezeń słowa miały temperaturę rac, zapłonęłaby cała tzw. ekstraklasa. Ze zgiełku wywiadów rozdawanych przez nowego prezesa Legii od świtu do zmierzchu wywnioskowałem, że warszawscy piłkarze już właściwie zdobyli mistrzostwo w roku 2013, że należy przyjąć perspektywę wieloletnią, Bogusław Leśnodorski podał nawet bezlitosne dla rywali konkrety – trzy ligowe tytuły w pięciu najbliższych sezonach, oczywiście przystrojone popisami w europucharach. Rozbłysnęła gwiazda. Nie tyle nowa, ile w swoim rodzaju jedyna, klubowych szefów mieliśmy dotąd głównie cichych lub hałasujących bez sensu.

Komentatorzy chóralnie prezesowski przekaz wzmocnili, alternatywy zresztą nie mieli, skoro Legia przeprowadziła transferowy Blitzkrieg – a ponieważ splądrowała głównych przeciwników, czyli zastosowała taktykę Bayernu, doczekała się już pociesznie przesadzonej metki „FC Hollywood”, dotychczas przyklejanej do bezkonkurencyjnego u siebie klubu z Monachium. Brzmi złowrogo, bowiem oryginał odnosił się raczej do rozdętych ego upchniętych w jednej szatni sław niż ich skłonności do regularnego zwyciężania.

***

Jeśli zamiarem prezesa było wywarcie na piłkarzach ekstremalnej presji, to mu się powiodło. Wróciła dawna, znienawidzona Legia (werbunek do wojska zastąpiła tylko supremacją finansową), resztę kraju jednoczy modlitwa o jej krzywdę, po ewentualnej wpadce – czytaj: tytule zaledwie wicemistrzowskim – spadną na faworytów szyderstwa głośniejsze niż dzisiejsze biadania, że wrednie szasta pieniędzmi. Jan Urban też efektownego krajowego sukcesu osiągnąć nie może, w najlepszym razie wykona psi obowiązek. Warunki pracy ma przecież teoretycznie bardziej komfortowe niż jakikolwiek inny polski trener w XXI wieku – nawet Wisła w szczytowym okresie nie zgromadziła kadry, która wymusiłaby ostrą rywalizację na każdej pozycji (w Legii pewnie czują się tylko Kuciak i Ljuboja), nie powstała też w Krakowie akademia, która taśmowo dostarczałaby absolwentów seniorskiej drużynie.

Rozległości legijnych zasobów przecenić nie sposób, nie pojmuję natomiast atmosfery tak podniosłej, jakby narodził się lokalny dream team. Bereszyński, Brzyski, Dwaliszwili, Jodłowiec... Nikt z pozyskanych nie ujawnił zręczności wynoszącej go ponad ligę, nikt (może poza Gruzinem) nie zasłużył na zaproszenie do jedenastki bohaterów jesieni, ba, nikt nie miał prawa wchodzić do nowej szatni z przeświadczeniem, że naturalny porządek rzeczy nakazuje natychmiastowo wpuścić go do wyjściowego składu. Gdyby zresztą Legia szarpnęła się na transfery jeszcze bardziej spektakularne, lecz nie wyszła poza polski rynek, to również nie zagwarantowałaby sobie radykalnego podniesienia jakości – zjawiskowych indywidualności liga nie posiada, nawet luksusowe zakupy przypominają dokładanie ziarnka do ziarnka, a jeśli jednak zechcemy wybrać solistę ponad wszystkich, to wskażemy Ljuboję, już zatrudnionego przy Łazienkowskiej.

Dlatego aktualność zachowuje fundamentalne pytanie: czy istnieje legijna wizja gry bez Serba lub z Serbem pozbawionym natchnienia? Czy w sobotę przegrał on przede wszystkim z kieleckimi wertepami, czy raczej wciąż trapi go zniżka formy z końcówki rundy jesiennej? Nigdy dość przypominania, że odkąd zstąpił na stadion Legii, zagrał we wszystkich (!) 46 meczach ligowych. Seria u nas niespotykana, a Ljuboja skończy we wrześniu 35 lat.

***

W mrocznej przeszłości, w której hurtowo kupowało się nade wszystko punkty, ukuto pojęcie „rycerze wiosny”, by uhonorować drużyny eksplodujące formą w rundzie rewanżowej. Obecna Legia zasłużyła na razie co najwyżej na tytuł „rycerzy zimy”, choć w szerszym ujęciu zaledwie zrehabilitowała się za ubiegłoroczny sabotaż (masowa wyprzedaż w przededniu wznowienia rozgrywek).

Determinację, rozmach i deklarowaną bezkompromisowość Leśnodorskiego odruchowo lubię, zachłannych na sukces zarządców naszemu klubowemu futbolowi brakuje, ale stołecznym odruchowo nie dowierzam. O tych z Polonii przyjemniej pomilczeć, nie przekonał mnie też żaden z Legii, pamiętam raczej, jak były już prezes Paweł Kosmala zakładał się ze mną, że „polskie kluby trzy razy w najbliższych pięciu latach” awansują do Ligi Mistrzów. Tak sobie wyliczył, analizując dynamikę zmian w układzie sił w Europie. Od tamtej pory zasadzali się na Champions League nasi potentaci czterokrotnie. Odbijali się od Helsingborga, APOEL-u Nikozja, Sparty Praga, Levadii Tallinn.

W minionych miesiącach naszą piłkę niesie zaskakujący optymizm. Wyrósł na sensacyjnym przejęciu władzy w PZPN przez innego wielbionego prezesa, zadziwiającej karierze Lewandowskiego, Błaszczykowskiego i Piszczka, wyeksportowaniu (za niezłe pieniądze!) kilku młodych graczy do uznanych firm, nietragicznym starcie w eliminacjach do mundialu. W rzeczywistości jedyną polską wyspą leżącą w świecie wielkiego futbolu pozostaje jednak Dortmund. Reszta jest marzeniem – Salamon, Wolski czy Milik do dużego grania na razie tylko aspirują, reprezentacja od blisko czterech lat nie pokonała (choćby w sparingu) żadnego klasowego rywala, kluby ponabijały sobie guzy w mocno wstępnych rundach europejskich pucharów, nie umiemy zaludnić wzniesionych w metropoliach stadionów. Nędza.

***

Legia nie dokonała transferowych czynów heroicznych, lecz skwapliwie wykorzystała krytyczny stan konkurentów. Ledwie dyszą wieloletni hegemon z Krakowa, broniący tytułu Śląsk czy systematycznie ćwiartowana Polonia, więc gdyby nie w miarę stabilna sytuacja w Lechu, nikogo poza Łazienkowską nie moglibyśmy klasyfikować jako ligowego potentata. Jeśli wziąć pod uwagę warunki biznesowe, prezes Leśnodorski objął firmę niemal skazaną na pozycję monopolisty, przynajmniej chwilowo. Tu nie potrzeba menedżerskiej wirtuozerii, wystarczy solidność.

W perspektywie historycznej warszawski klub wyspecjalizował się jednak w marnowaniu szans, dość powiedzieć, że pomimo stołecznego blichtru tylko raz w ostatnich czterech dekadach zdołał obronić tytuł. W ubiegłym sezonie też poniósł widowiskową klapę, nie utrzymał prowadzenia, choć rozgrywki przypominały wyścig kulawych żółwi. Powtórka – po zmianie prezesa, trenera, piłkarzy – grozi zapamiętaniem Legii 2011-13 jako ligowej ofermy wszech czasów.

niedziela, 24 lutego 2013

Boks cholernie lubię, widzę w nim sport z chyba największym potencjałem mitotwórczym (i filmowym!), ale nie będę udawał znawcy, o Salecie wiem niewiele, intuicyjnie brałem go – niech mi wybaczy – za celebrytę, który sam nie całkiem wie, dlaczego jest znany.

A teraz ten celebryta przywalił Gołocie. Chyba musiał przywalić, by ostateczne utrwalić fascynującą opowieść o znakomitym pięściarzu, który urodził się, by przegrywać. Jego - pokonanego - też cholernie lubię, zrobiło mi się przed chwilą zwyczajnie przykro, rzadko bywało mi aż tak przykro po niepowodzeniu polskiego sportowca, aż zapominam – wstydzę się, ale nie umiem inaczej – o gratulacjach dla zwycięzcy, zapominam o docenieniu wysiłku 45-latków, przy których miażdżąca większość o dwie dekady młodszych wyglądałaby na niedołężną. Nic mądrego nie napiszę, spontanicznie tylko dzielę się żałobnym nastrojem. Andrzej Gołota pozostaje w historii naszego sportu postacią absolutnie wyjątkową – największym polskim atletą, którego zapamiętamy wyłącznie z klęsk.

00:31, rafal.stec
Link Komentarze (31) »
środa, 20 lutego 2013

Wiem, że Barcelona śnięta, że pierwszego gola przygotował ręką Cristian Zapata, że Messi przypominał swój portret pamięciowy, i to naszkicowany na najgorszym posterunku w mieście. Ale...

Zobaczyłem na San Siro odświeżenie najlepszej tradycji Milanu – perfekcyjne przygotowanie do szlagieru Ligi Mistrzów, perfekcyjne w tym sensie, że wyciskające z aktualnych możliwości drużyny wszystko, co posiada. Gdyby dzisiejsze ustawienie gospodarzy wyrysować, łącząc piłkarzy kreskami w figurę geometryczną, a następnie uruchomić animację, zobaczylibyśmy, że gospodarze w swoim planie taktycznym niemal nie drgnęli. Katalończycy nie tyle go nie rozerwali, oni go nie drasnęli. Rywale nie rozdawali im nawet rzutów wolnych! Kilka lat temu, w erze superdrużyny Carlo Ancelottiego, bywało tak samo – rossoneri w Serie A kopali byle jak, by w Champions League przeobrażać się właśnie w superdrużynę.

Wciąż nie mieści mi się w głowie, że Milan mogą w tak ogromnej mierze tworzyć ludzie niezdolni do przywiązania piłki do stopy, czyli rzemieślnicy w typie Constanta, Muntariego, Pazziniego czy nawet Boatenga. Ale dzisiaj od razu polubiłem obserwację, że barcelońskim artystom poprzeszkadzają rywale nieprzyjemni w dotyku – to była moja pierwsza refleksja, gdy analizowaliśmy w redakcji, co będzie, dlaczego Massimiliano Allegri wybrał jak wybrał. Analitycy skupieni na schematach taktycznych pewnie tego nie wezmą pod uwagę, ja jestem przekonany, że wyselekcjonowanie graczy najwredniejszych w odbiorze wpłynęło na przebieg meczu fundamentalnie, że wypuszczanie na Barcę np. jednego z Katalończyków – drobinkę Bojana Krkicia – nie miałoby sensu.

Kiedy patrzyłem na El-Shaarawy’ego zasuwającego pod własnym polem karnym, by zatruć życie Daniemu Alvesowi, przypominałem sobie oczywiście Samuela Eto’o harującego na boku obrony w pamiętnym meczu Interu z Barceloną. Tak, już wiemy, gdzie znajduje się katalońskie piekło. Na San Siro. Milan dał dzisiaj najbardziej niesamowity popis włoskiego klubu w Lidze Mistrzów od tamtej pory – wiosną 2010 roku jego sąsiedzi z San Siro, inspirowani przez Jose Mourinho, wygrali 3:1. A kilka tygodni później zdobyli trofeum.

Milan go pewnie nie zdobędzie, mam też nadzieję, że Silvio Berlusconi nie wygra dzięki dzisiejszej wiktorii wyborów we Włoszech. Ale szanse na awans do ćwierćfinału zyskał ogromne, historyczne statystyki szacują je na 81,4 proc. Dzieje się coś niesamowitego, a ja  nie umiem uciec od myśli, że sensacja z San Siro przybliżyła do zdobycia Pucharu Europy Jose Mourinho...

Albo Aleksa Fergusona. Manchester United nie umiałby z Barcą zagrać jak Milan.

wtorek, 19 lutego 2013

Wczoraj mediolańscy piłkarze panowali w Europie, dziś Barcelona nawet by na żadnego nie spojrzała. Najbardziej utytułowane firmy XXI wieku walczą w 1/8 finału Ligi Mistrzów.

W latach 2003-07 mediolańczycy dwukrotnie podnosili najcenniejsze trofeum, raz polegli w finale, raz odpadli w półfinale. Kiedy zeszli w fazę schyłkową, kibicom nie przemknęłoby raczej przez głowę, że za kilka chwil nie będą oklaskiwać ani jednej gwiazdy międzynarodowego formatu. Monumentalna drużyna nie tyle z wolna niszczała, ile gwałtownie runęła, a po wyprzedaży z minionego lata – obejmującej liderów Thiago Silvę i Zlatana Ibrahimovicia oraz tłum wypalonych mistrzów – na San Siro zapadła ciemność.

Jeśli aż tak bolesnej zapaści nie przeczuwał Milan, to Barcelona tym bardziej nie miała powodów, by wyobrazić sobie, że za kilka chwil stanie się kandydatką (mocną!) na drużynę wszech czasów, którą w ruch wprawia kandydat (mocny!) na futbolistę wszech czasów. Nawet triumf w Lidze Mistrzów w 2006 roku zdawał się incydentem, po którym nastała anarchia wymagająca radykalnych środków zaradczych – z kulminacyjnym pozbyciem się mistrza ceremonii Ronaldinho.

W futbolu ery trwają jednak niewiele dłużej niż mgnienie oka i teraz w mediolańskiej szatni trudno wskazać kogokolwiek, może poza Stephanem El Shaarawym, kto byłby godny podstawowej jedenastki Barcy. Ba, większości rywali Katalończycy nie wpuściliby do swojej rezerwy.

Włosi uświadamiają sobie niższość gospodarzy, zwłaszcza że ci wyjdą na murawę ostro pokiereszowani w napadzie. Wspomniany El Shaarawy – wicelider rankingu strzelców w Serie A – poświęci się i zagra pomimo obolałego kolana, choć wytrzymujący pierwszy tak intensywny sezon z życiu 20-latek zasługiwałby na odpoczynek i bez urazu. Z tych samych powodów słabuje jeszcze młodszy M’Baye Niang, po mięśniowej kontuzji dopiero ożywa Giampaolo Pazzini, ze zmęczeniem walczy nawet wyglądający na atletę ze stali Kevin-Prince Boateng. Nie zagrają wreszcie Robinho oraz sprowadzony w styczniu Mario Balotelli. Jego wart 20 mln euro transfer był powiewem utraconego luksusu, zaczął się natychmiast spłacać (cztery gole w trzech ligowych kolejkach), ale zgłoszenie włoskiego snajpera do Champions League uniemożliwiły przepisy.

Gdybyśmy szacowali szanse obu rywali, polegając na ich ubiegłosezonowych meczach w LM, musielibyśmy przydać ich rossonerim. W grupie Milan zdołał zremisować na Camp Nou i minimalnie przegrać u siebie, by potem twardo opierać się Barcelonie przez 130 ze 180 minut ćwierćfinału. Ale od tamtej pory minęła wieczność – sideł na Leo Messiego (w Italii nazywają go „kanibalem” i przypominają, że w swojej historii nie znajdą żadnego gracza z trzema setkami goli strzelonymi dla klubu) nie będzie już zastawiał obrońca klasy Alessandro Nesty.

Gdy rzucimy okiem na zdarzenia najnowsze, też dostrzeżemy skazy faworytów i zalety niefaworytów. Katalończycy tracili przecież gola w każdym z siedmiu ostatnich meczów, Włosi siedem ostatnich meczów na własnym stadionie wygrali. Tyle że wraz z hymnem Ligi Mistrzów piłkarze przeniosą się w inny wymiar, a w ostatnich latach nastąpiła zamiana ról – Milan, który niegdyś czuł się stworzony do wyższych celów i roztargniony gubił punkty w kraju, skupia się na Serie A, tymczasem barcelończykom łatwiej będzie poczuć pełną mobilizację na scenie międzynarodowej niż w Hiszpanii, w której prędko zniknęli konkurentom z oczu. Defensywnie niby zmarnieli (patrz Javier Mascherano czy Dani Alves), jednak wpadki przytrafiają im się zazwyczaj w trakcie wielobramkowych zwycięskich fiest. Srogo za błędy zapłacili raz, w San Sebastian, gdzie prowadzenie zmieniło się w porażkę po wyrzuceniu z boiska Gerarda Piqué.

Mediolańczycy w bieżącym roku zwyciężają wyłącznie jednobramkowo, niekiedy cierpiąc niemal po ostatni gwizdek. Spójrzmy na trzy ostatnie kolejki – Parmę pokonali dzięki samobójowi rywali i rzutowi wolnemu Balotellego, remis w Cagliari ocalili dzięki „jedenastce” w 82. minucie (strzelec: Balotelli), Udinese przepchnęli dzięki wydatnej pomocy arbitra w 94. minucie (strzelec: oczywiście Balotelli).

Tym bardziej intrygująco brzmi zapowiedź trenera Massimiliano Allegriego, że wymyśli, jak odebrać Barcelonie piłkę. Czy raczej: ograniczy jej posiadanie. Gdyby plan się powiódł, do odkrywania tajemnicy sukcesu rzuciłaby się pewnie połowa Europy, bo dotąd Katalończyków powstrzymywali ci, którzy pokornie się cofali – od Rubina Kazań przez Chelsea po Celtic Glasgow – pozwalali faworytom wymieniać jeszcze więcej podań niż zazwyczaj i odpowiadali pojedynczymi, błyskawicznie wyprowadzanymi pchnięciami. El Shaarawy dysponuje niezbędną do tego szybkością, a grasuje po flance notorycznie porzucanej przez Daniego Alvesa.

Wygrać z obecną Barcą inaczej!? Brzmi jak bujanie w obłokach, to byłby wynalazek nie z tej ziemi. I powrót do pięknych tradycji, wszak tamten Milan tworzyli innowatorzy, ich MilanLab chcieli skopiować wszyscy rywale.

Rolę nauczycieli też jednak przejęli już barcelończycy. Cały świat kombinuje, jak po katalońsku żyć z wychowanków, system szkolenia wzorowany na modelu rozsławionym przez La Masię opracowują m.in. w Mediolanie. Taki nadszedł czas, że przyjmować Messiego, Xaviego, Iniestę i resztę orkiestry to niemal zaszczyt.

poniedziałek, 18 lutego 2013

Przywykliśmy już, że żywe pomniki sportu się rozpadają. Wysadzają je afery dopingowe – jak posągową Marion Jones, która na zakazanych dopalaczach mknęła po chwałę największej lekkoatletki swoich czasów, lub gęsty peleton naszprycowanych gigantów szos. Nieodwracalne zniszczenia powodują skandale obyczajowe – jak w przypadku Tigera Woodsa, który z kandydata na golfistę wszech czasów i najhojniej opłacanego atlety skarlał do powszechnie potępianego, zakłamanego seksoholika i po ujawnieniu jego notorycznych zdrad małżeńskich już nigdy nie odzyskał sportowej klasy. Jeszcze częściej wybuchają sensacyjki, które gwiazdora nie gaszą, lecz szokują prawdą drastycznie sprzeczną z wizerunkiem bez skazy – jak wpadka Ryana Giggsa, ucieleśnienia cnót na boisku i poza boiskiem, przyłapanego na romansie z żoną brata.

Podsuwam przykłady dosłownie z wczoraj, jednak na kibiców pragnących utożsamiać sportową wielkość z cnotą bomby jądrowe spadły dopiero dziś. Zabiły Lance’a Armstronga, zabijają Oscara Pistoriusa. Mity nieporównywalnie znaczniejsze niż sława tamtych upadłych superatletów, bowiem wykraczające poza sport, inspirujące głębokim humanistycznym przesłaniem. Amerykanin udowodnił, że nowotwór nie tylko można pokonać, ale jeszcze potem być najlepszym na świecie. Sprinter z RPA udowodnił, że z niepełnosprawnością można nie tylko normalnie żyć, ale jeszcze zyskać globalną sławę dzięki wytrenowaniu mistrzostwa w dziedzinie, którą natura chciała mu całkiem odebrać – bez nóg mknął szybciej niż 99,9 proc. pełnosprawnych. Wśród współczesnych gigantów sportu wpłynęli na życie zwykłych ludzi najmocniej.

Upadają też najspektakularniej. Armstrong zaprojektował dopingowy przemysł o bezprecedensowej skali, Pistorius na pewno zastrzelił narzeczoną, a być może – z premedytacją zamordował.

***

Wstrząśnięci fani czują, jakby hańba dotknęła kogoś bliskiego, ale przede wszystkim z trudem godzą się z myślą, iż w ludziach sąsiadują pierwiastki dobra i zła. Psychologowie mówią o efekcie aureoli, czyli wyciąganiu z pojedynczej pozytywnej lub negatywnej cechy błędnego wniosku, że jej posiadacz składa się z samych zalet lub wad – skoro ludzi atrakcyjnych fizycznie instynktownie uważamy za przyzwoitych, skoro naturalnie podporządkowujemy się władzy ludzi wysokich, to ulegamy i urokowi zjawiskowych atletów.

Oscar Pistorius był takim nowożytnym świętym, czczonym zwłaszcza w poranionej tragiczną historią ojczyźnie, która bliżej nieba wynosiła jedynie Nelsona Mandelę. Dopiero od kilku dni czytamy w południowoafrykańskiej prasie, ilu biegacz dostarczał poszlak skłaniających do podejrzeń, iż niewiele w nim z anioła. W 2009 roku spędził noc w policyjnej celi oskarżony przez uczestniczkę przyjęcia w jego domu o napaść. Sprawa ciągnęła się, aż sprinter zapłacił za wycofanie zarzutów 2,2 mln randów. Uchodził za niepohamowanego kobieciarza, który folguje sobie również, będąc w stałym związku, a zarazem zazdrośnika. Kłopoty z partnerkami miewał ustawicznie, o jedną pokłócił się z telewizyjnym producentem i przy świadkach mu groził. Dziennikarze nagle przypomnieli sobie, że wielokrotnie dostrzegali u Pistoriusa nadmierną fascynację bronią – choć mieszkał w jednym najbezpieczniejszych zamkniętych osiedli w Pretorii, trzymał w domu cały arsenał, nawet karabin maszynowy.

Wcześniej o tym nie wspominali. A może przynajmniej wzmiankowali, tyle że na wąziutkim marginesie? Oni też ulegają złudzeniu utrudniającemu przyjęcie do wiadomości sygnałów mogących ubrudzić obraz świętego. I uginają się, niekoniecznie świadomie, pod presją publiczności, która nad zniuansowane opowieści o idolach wielowymiarowych przedkłada spójne hagiografie. Sam pamiętam, że wyjątkowy gniew czytelników sprowokowałem wyznaniem niechęci do sposobu, w jaki Justyna Kowalczyk atakowała po porażkach wielką rywalkę Marit Bjorgen.

Pistorius działał silniej przez swoje kalectwo. W niepełnosprawnych widzimy ofiary, więc odruchowo nie chcemy dostrzec nikczemników – przypomnijmy sobie naiwną publicystykę wokół zeszłorocznych igrzysk paraolimpijskich odmalowywanych jako raj wolny od dopingu i w ogóle wszelkich zwyrodnień.

***

Geniusz i łajdak to nie są pojęcia wykluczające się, potrzebowalibyśmy antologii bardziej pękatej niż biblia, żeby pomieścić zastępy wybitnych artystów, naukowców czy mężów stanu, którzy bliskich traktowali jak przedmioty. I niewykluczone, że przywary w sensie międzyludzkim okazywały się atutami w parciu po sukces. Alfred Hitchcock potrafił podarować pięcioletniej Melanie Griffith plastikową trumienkę, w której leżała lalka z twarzą jej mamusi, grającej główną rolę w „Ptakach” Tippi Hedren. Czy bez owego mrocznego poczucia humoru byłby w stanie kręcić swoje wielkie filmy?

Jednostkom ponadprzeciętnym zboczyć łatwiej, bowiem na pokusy narażają je władza, sława i bogactwo, tymczasem my – reporterzy, komentatorzy, kibice – wolimy propagować przeświadczenie, że herosi stadionowi są herosami w ogóle. Choć niewiele o gwiazdorach wiemy, kreujemy ich na wzorce, polegając wyłącznie na wynikach sportowych. Kreujemy nie zawsze intencjonalnie, wystarczą językowe hiperbole używane w relacjach z zawodów już nawykowo. Reprezentanci żadnej innej profesji nie słyszą chyba równie regularnie, że właśnie dokonali czegoś „fenomenalnego”, „magicznego”, „nadludzkiego”. A mowa zaledwie o sensownym kopnięciu piłki...

Kibicowi dla psychicznej higieny przydałoby się pielęgnowanie w sobie świadomości, że w telewizji nie ogląda żywych ludzi, lecz starannie retuszowane wizerunki. Że jeśli Cristiano Ronaldo wydaje się antypatyczny, a Leo Messi sympatyczny, to nie wiesz, czy nie oceniasz aby masek nakładanych przed wyjściem do kamer. Bolesną naukę pobrali niedawno wielbiciele Mantiego Te’o, gwiazdora futbolu amerykańskiego – poruszyła ich opowieść o śmierci jego dziewczyny, po której nie opuścił żadnego meczu, zgodnie z rzekomo złożoną ukochanej obietnicą. Tyle że dziewczyna istniała tylko w internecie.

***

Na mundialu w RPA mieszkałem w pensjonacie z uzbrojoną ochroną. Mieszkającemu w hotelu redakcyjnemu koledze obsługa poleciła w razie zagrożenia ratować się umieszczonym w ścianie „przyciskiem ostatniej szansy” („panic button”). Wiele domów w centralnej prowincji Gauteng przypominało bunkry. Kiedy zostałem napadnięty i obrabowany ze sprzętu, wylądowałem w wypożyczalni laptopów, której drzwi zewnętrzne i wewnętrzne były okratowane, przed wejściem zostałem przesłuchany przez domofon, umowę wynajmu podpisywałem przed lustrem weneckim. Liczba firm ochroniarskich w RPA stale rośnie, w minionym roku powstało ich tysiąc. Stołeczna aglomeracja należy do pięciu najbardziej niebezpiecznych na planecie. Rabusie napadają na rezydencje najchętniej wtedy, gdy lokatorzy są obecni, wyłączają alarm, mogą osobiście wskazać, gdzie leżą kosztowności. Na 100 mieszkańców kraju przypada 12 sztuk broni palnej, co daje 17. miejsce na świecie. Codziennie z rąk swoich partnerów giną tam trzy kobiety.

Słowem, jeśli wnikliwie zlustrować okolice, w których Pistorius żył, i wspomnieć jego obsesję na punkcie broni oraz wybuchowy charakter, czwartkowa tragedia traci na wyjątkowości. Zasłońmy twarz sprawcy czarnym paskiem, a incydent powszednieje. Choć potężni lobbyści z Narodowego Stowarzyszenia Strzeleckiego Ameryki, którzy najchętniej zmilitaryzowaliby wszystkich, z niemowlakami włącznie, tłumaczą, że „tylko dobry człowiek z bronią może powstrzymać złego człowieka z bronią”, to osobnik uzbrojony w nóż, który pomyli ukochaną z włamywaczem (pierwsza interpretacja incydentu z Pretorii), przed zadaniem śmiertelnego ciosu będzie miał czas zorientować się w błędzie. A jeśli nie błądzi, lecz zamierza zabić, to potencjalnej ofierze łatwiej uciec od ostrza niż kuli.

Kiedy kończyłem wczoraj niniejszy felieton (do dzisiejszej „Gazety”), spływały wieści z ostatniej chwili: zdaniem poważnej „City Press” w mieszkaniu Pistoriusa znaleziono zakrwawiony kij krykietowy, a Reeva Steenkamp próbowała schronić się w łazience. Śmiercionośne kule miały przeszyć drzwi.

19:51, rafal.stec
Link Komentarze (33) »
niedziela, 17 lutego 2013

Czuję zbyt intensywny sentyment do tamtej superdrużyny, do jej konstruowanych w obłędnym tempie, pełnych inscenizacyjnego rozmachu układanek ofensywnych, bym dawał sobie kiedykolwiek wmawiać, że wzrost londyńskiego klubu blokowały brutalne ekonomiczne realia. Trener Arsène Wenger stękał i stękał, że nie pozwalają mu one ruszyć w pościg za mistrzostwem Anglii, a przecież od dawna już nikt poważny tego odeń nie wymaga. Przecież czarna seria bez trofeum ciągnie się bardziej dlatego, że jego piłkarze przegrywają z biedniejszymi. Czasem na tle londyńczyków niemal nędzarzami.

Czy powody finansowe mogą wyjaśniać wczorajszą pucharową porażkę z drugoligowym Blackburn?

Czy mogą tłumaczyć grudniową pucharową katastrofę z czwartoligowym Bradford?

Zeszłosezonową pucharową porażkę z przeciętnym Sunderlandem?

Wcześniejszą – finałową! – pucharową porażkę ze zsuwającym się do drugiej ligi Birmingham?

Jeszcze wcześniejszą pucharową porażkę z dysponującym znacznie niższym budżetem Stoke City?

I jeszcze wcześniejszą – z drugoligowym Burnley?

Wenger zawsze kierował naszą uwagę na wielkich, którym Arsenal wskutek obiektywnych okoliczności nie miał szans rzucić wyzwania, tymczasem Arsenal stawał się specjalistą od przegrywania z małymi, którzy teoretycznie nie mieli szans rzucić wyzwania jemu. Wybitnym specjalistą od przegrywania z małymi.

Na pierwszy rzut oka zagadką pozostaje przede wszystkim, dlaczego francuski trener kompletnie stracił wyczucie w manewrach transferowych. To ono przywiodło go do triumfów w przeszłości – fantastycznym Thierry’emu Henry’emu i Patrickovi Vieirze zaufał po ich niepowodzeniach we włoskiej Serie A, za Fredrika Ljungberga, Nwankwo Kanu, Roberta Piresa, Robina van Persiego czy Emmanuela Adebayora płacił po kilka milionów, Kolo Toure wyciągnął ze szkółki w Abidżanie za 150 tys, Cesca Fabregasa i Matthieu Flaminiego wykradał za darmo. Teraz najokazalszych łupów dopadają inni (najbardziej spektakularny przykład nazywa się Michu, ale są i pomniejsze jak, bo ja wiem, Christian Benteke), natomiast francuski szkoleniowiec rozdaje krągłe sumy na zasoby talentu tylko potencjalne lub krzyczącą bylejakość – Andrieja Arszawina, Gervinho, Oliviera Girouda, Park Chu-Younga, Sébastiena Squillaciego, Andre Santosa etc. O tłumach młodych zdolnych już nawet nie wspominam... Aż strach pomyśleć, jak wyglądałby dziś Arsenal, gdyby z trendu nie wyłamał się Santi Cazorla.

Ja jednak nie umiem uwierzyć, że wszyscy się nie nadają. Klasyczne klęski transferowe ponosi Barcelona - czy odda fortunę za wirtuozerskiego gdzie indziej Zlatana Ibrahimovicia, czy weźmie Alexisa Sancheza lub Aleksandra Hleba, czy przepuści 25 mln na Dmytro Czyhrynskiego, czy zainwestuje jeszcze agresywniej w Davida Villę, zawsze dostaje w zamian co najmniej niedosyt, zupełnie jakby specyficzny ekosystem Camp Nou odrzucał wszelkie obce organizmy. Ale katalońska drużyna nadal wygrywa. Kupieni przez Arsenal nie tyle rozczarowują jako jednostki, ile wkomponowują się w zastany krajobraz. Wyjałowiony, jakby skażony wirusem wtórnego analfabetyzmu. Tam już właściwie nikt się nie rozwija – zwłaszcza: nie rozwija się dynamicznie – a piłkarze jak Thomas Vermaelen czy nasz Wojciech Szczęsny wręcz przeciętnieją. Ślady po erze „Niezwyciężonych” mógłby wykryć w Arsenalu chyba tylko archeolog.

Wenger od lat nie umie zaprogramować drużyny na solidne bronienie ani natchnąć do przezwyciężania swoich ograniczeń w bitwach z potentatami, ale problem ma znacznie głębszy – długo budował na Emirates Stadium kulturę wymówek, odkładał wygrywanie na świętego nigdy, aż całkiem stracił generalską charyzmę. Jego podwładni nie uczą się na błędach, Blackburn dali się pobić niedługo po szokujące wpadce z Bradford – wyobrażacie sobie, jakie tornado wtargnęłoby do szatni na Old Trafford, gdyby podobny numer wycięli Aleksowi Fergusonowi piłkarze Manchesteru United, nawet w zestawieniu bezdennie rezerwowym?

Sobotnie popołudnie musiało w głowach londyńczyków wywołać potworne spustoszenie. Oto na 20 minut przed końcem Arsene Wenger daje ostateczny sygnał do frontalnego ataku, wysuwając z rezerwy wszystkie najpotężniejsze lufy, czyli Cazorlę, Jacka Wilshere’a oraz Theo Walcotta. Efekt? Mija kilkadziesiąt sekund i drugoligowcy strzelają zwycięskiego gola. Makabra.

Nie wiem, czy mogłyby na Arsenal spaść jeszcze cięższe ciosy w przededniu 1/8 finału Ligi Mistrzów z Bayernem, rozdeptującym wszystkich przy minimalnych stratach własnych (bilans bramkowy w Bundeslidze: 57-7). Szef z Emirates jest coraz bardziej nagi, hałaśliwie kontestują go trybuny, im mocniejszy w teorii skład wystawi w krajowych pucharach, tym dotkliwiej piłkarze kładą się przed wątłymi rywalami. Fanów zakuł w dyby – już w nic nie wierzą, a zarazem zdają sobie sprawę, że tylko sam Wenger jest władny podjąć decyzję o odejściu, że nikt za niego nie wskaże następcy.

Czy to w ogóle realne – francuski trener ogłaszający kapitulację? Nastąpiłby lokalny koniec świata. Arsene lądował w Arsenalu 17 lat temu – ­kiedy telefony komórkowe ważyły więcej niż dzisiejsze telewizory, pozbawiony dostępu do ropy Manchester City błąkał się po drugiej lidze, Hiszpanie nie nauczyli się jeszcze wydobywać złóż talentu i przegrywali na mistrzostwach Europy nawet z Anglikami. Przegrał z czasem? Alex Ferguson może istnieć tylko jeden?

czwartek, 14 lutego 2013

Osobliwość Oscarowej kategorii „najlepszy film obcojęzyczny” pewnie rozpoznajecie. Amerykanie wpychają tam dzieła, które zrozumieją bez dubbingu (lub wyczerpującego czytania napisów), i te rywalizują o statuetkę mniej prestiżową niż przyznawany „najlepszemu filmowi” w ogóle, choć niekoniecznie ustępują jakością produkcjom głównego nurtu. Wystarczy wspomnieć zeszłoroczną edycję, w której irańskie, brzmiące po persku „Rozstanie” górowało nad tytułami nominowanymi w najważniejszej w kategorii - także nagrodzonym „Artystą”, niby francuskim, ale na swoje szczęście niemym.

Pojmowanie, czym są kandydaci na „najlepszy film obcojęzyczny” przydaje się dla zrozumienia sytuacji Darijo Srny, który wczoraj znów rozegrał świetny mecz. Nie dość, że strzelił Borussii Dortmund gola, to jeszcze przyskrzynił rozpędzonego dotąd w Lidze Mistrzów Marco Reusa.

Nic nowego pod jupiterami, chorwacki prawy obrońca od dawna dokazuje lokalnie i międzynarodowo. Zdobył Puchar UEFA (w pożegnalnym sezonie, tuż przed przemianowaniem go na Ligę Europejską), trafił do jedenastki sezonu w Champions League, siedmiokrotnie był mistrzem kraju, sześciokrotnie podnosił krajowy puchar. Podnosił jako pierwszy, bo w Szachtarze Donieck dochrapał się - lata temu - kapitańskich szlifów.

Jako kapitan wyprowadza też na boisko reprezentację Chorwacji, której służył już w 100 meczach. Wystąpił na Euro 2004, niemieckim mundialu, Euro 2008 (strzelił gola, gdy jego drużyna sensacyjnie wygrywała z Niemcami) i Euro 2012, na których współtworzył najlepszą drużynę wśród wyeliminowanych w rundzie grupowej (miała pecha zderzyć się z późniejszymi mistrzami i wicemistrzami).

Jego atuty musiał dostrzec, choćby mimochodem, każdy, kto w miarę regularnie spogląda na futbol. Nienaganny technicznie, wytrzymały, oddany w walce, sprawdza się również wyrzucony na skrzydło. Znakomicie bije rzuty wolne i znakomicie dośrodkowuje, dzięki czemu zbiera mnóstwo asyst - do jedenastki gwiazd Ligi Mistrzów został wtedy zaproszony ze względu na statystyki, jego podania poprzedziły pięć donieckich bramek. Klasyczny przedstawiciel gatunku nowoczesnego, wielofunkcyjnego bocznego obrońcy, który i zasuwa na tyłach, i grasuje pod polem karnym wroga.

Skaza? Odkąd w 2003 roku opuścił Hajduka Split, pozostaje wierny Szachtarowi, choć może wymachiwanie „wiernością” jest nie całkiem na miejscu - Rinat Achmetów na pewno ją hojnie opłaca. Chorwat, który całą karierę spędził na Ukrainie. W megahitach pojawia się na ekranie tylko gościnnie, na co dzień występuje w produkcjach niszowych. Ot, idealny kandydat na Oscara dla najlepszego piłkarza obcojęzycznego.

Byłby Srna w ostatnich latach najznakomitszym graczem, który nawet na chwilę nie dał się wynająć żadnej mocnej lidze zachodniej? Czy kogoś, kto się nie zmierzył z jej wyzwaniami, wolno podejrzewać o najwyższą klasę światową? Czy na nominację do Złotej Piłki nie zasługiwał bardziej niż polegający w zeszłym roku głównie na barcelońskiej reputacji Dani Alves? Czy odkąd zmarnieli wspomniany Brazylijczyk i jego rodak Maicon, nie mamy powodów, by obwołać Srnę najlepszym prawym obrońcą na planecie?

środa, 13 lutego 2013

Nie chciałbym przebojów Ligi Mistrzów rozgrywanych o świcie. Zrywania się z wyra na pięć minut przed gwizdkiem, połykania resztek pasty do zębów wraz z jego wybrzmieniem, powolnym przypominaniem sobie, o co się toczy cały ten harmider, tuż po rozpoczęciu gry. Wyczekiwanie stanowi część rytuału bezwyjątkowo nieodzowną, zdarza się wcale nierzadko, że przeżywamy je intensywniej niż sam mecz, zwłaszcza jeśli spoglądamy z perspektywy fana bezstronnego, który pożąda wyłącznie porywającego spektaklu i przyjmie każde rozstrzygnięcie.

Oglądałem kiedyś derby Mediolanu przed południem (w San Francisco) - to nie było to. Oglądałem też batalię Manchesteru United z Chelsea w środku nocy (w Tokio albo Saitamie, mam rozbałaganioną pamięć) - to też nie było to. Właściwą porą na grubą futbolową awanturę jest wieczór, obowiązkowo poprzedzony wielogodzinnymi palpitacjami wyobraźni podsuwającej miliony prawdopodobnych i miliardy nieprawdopodobnych scenariuszy. W naszych pięknych czasach łagodzonymi możliwościami jak niniejsza - blogowaniem do upadłego, które na swój użytek nazywam blogowaniem kompulsywnym.

A zatem zaczynamy. Będzie nade wszystko o hicie madryckim, ale również o całej Lidze Mistrzów, skoro zamierzam stukać do głębokiej nocy, to znajdziemy czas na prawie wszystko.

16.21. Wojnę światów na Santiago Bernabeu już zapowiadałem, ale nie wspomniałem, że nie tylko moja intuicja podpowiada, że możemy doświadczyć właśnie tego przypadku, w którym wyczekiwanie okaże się intensywniejsze niż sam mecz. Jeśli prędko po gwizdku bogowie futbolu - oni są szaleni, na szczęście - nie zrzucą z nieba jakiegoś ładunku wywołującego trzęsienie murawy, to może dziać się niewiele. Gospodarze i goście nie zaryzykują wieloosobowych wypadów na przedpole wroga, będą stąpać i kopać ostrożnie, poproszą przeciwnika, by to on w tym tańcu prowadził, uważnie poobserwują, czy tenże nie miewa ułamków sekund słabości - dekoncentracji, zawahania, pęknięcia w defensywnej skorupie - których nie wolno przegapić.

Po co zresztą tyle gadać, skoro dysponujemy ostatnimi wynikami MU w Lidze Mistrzów uzyskanych na trawach hiszpańskich: 1:0 z Valencią, 0:0 z Villarrealem, 0:0 z Barceloną, 0:0 z Villarrealem.

16.54. Wyobraźnia buzuje, właśnie wymalowała mi we łbie rozstrzygającego kopa Samiego Khediry. Lubię tego piłkarza, lubię patrzeć, jak się rozwija, a przed nami być może wieczór, w którym przyda się strzał oddany zza węgła. Obie strony będą obsesyjnie wodzić zbrojnym wzrokiem za kilerami, które mają listę ofiar ugodzonych setkami goli, nie pozwolą kilerom wziąć głębszego oddechu albo dotknąć piłki, więc może w skrawek wolnej przestrzeni wbiegną właśnie oni - przywykli raczej do ról halabardników, przyczajeni, z braku gwiazdorskiego blasku słabiej widoczni?

17.10. Inna wizja, nachodzi mnie nie pierwszy raz: decydująco myli się arbiter, ten nieszczęśnik, którego wszyscy na boisku usiłują oszukać, a jeśli im się uda, jego spotyka gromadne, zwielokrotnione przez potęgę internetu potępienie. Znacie tę hipotezę o istnieniu Wielkiego Kreatora, który manipuluje meczową realnością, by nam ją dla podgrzania kibicowskich kłótni maksymalnie uniesamowicić, ale zachowuje sprawiedliwość - komu daje, temu odbiera, a komu odbiera, temu oddaje, sędziowskimi błędami wszystkich krzywdzi i wszystkich uszczęśliwia. A jeśli tak, to w odebraniu teraz Mourinho tego, co dostał w pierwszym pojedynku z Fergusonem (nieuznany gol Scholesa wiosną 2004 roku), obejrzelibyśmy scenariusz wprost modelowy. Jak arbiter pomógł Portugalczykowi stać się trenerską ikoną, tak arbiter uniemożliwia mu wielki, jubileuszowy triumf z Realem Madryt, będącym jego największym wyzwaniem w karierze... Aż  by się chciało powzdychać o epickiej sile futbolu, niestety, już się nie da, przymiotnik „epicki” jest skutecznie zohydzany, im więcej osób go używa, tym rzadziej zdarza się, żeby używały go adekwatnie.

17.35. Alex Ferguson obiecuje niespodzianki, przysięga, że 0:0 nie wchodzi w rachubę, sugeruje, że zamierza podbić Santiago Bernabeu, a nie przetrwać na Santiago Bernabeu. Też sądzicie, że kłamie? Co wymyślił w kwestii najpilniejszej, której na imię Cristiano? Otoczy go barykadami, które nie przepuszczą piłki, jak Jürgen Klopp? Zlecenie na Ronaldo dostanie Phil Jones? Samemu Rafaelowi może pary nie wystarczyć... Ja mam wyobraźnię chorą, roję sobie beztrosko, że trener MU wywołuje wojnę między gigantami, którzy kiedyś na Old Trafford tworzyli najpiękniejszą parę na świecie - że byłego kumpla z szatni prześladuje sam Wayne Rooney, i to prześladuje go wszystkimi kończynami i pełnią samczej agresji, może nawet walka o ogień kończy się wykopem z boiska czerwonokartkowym, jak w pamiętnym mundialowym meczu Portugalia - Anglia... Football, bloody hell, ile tutaj możliwych wariantów, aż mi zakołatało w czaszce wspomnienie bajki o perskim królu, który lekkomyślnie zgodził się oddać tyle ziaren zboża, ile pomieści szachownica, jeśli rozłożymy je na wszystkich polach wedle ciągu rosnącego - 1, 2, 4, 8, 16 itd.

18.06. Oj, byłbym w tych kłębach potarganych nerwach zapomniał o zaproponowaniu Drużyny Marzeń Wyjętych Z Obu Szatni, a przecież całe dzisiejsze blogowanie w gruncie rzeczy o fantazjowaniu traktuje: CASILLAS - RAMOS, PEPE, Vidić, Evra - KHEDIRA, XABI ALONSO - Rooney, ÖZIL, RONALDO - van Persie. (Z największą taką nieśmiałością wstukiwałem nazwisko Nemanji, to już nie ta serbska skała, co przedtem, zanim kontuzje i kontuzyjki zaczęły ją kruszyć).

18.11. No i tym Casillasem we wpisie wyżej to się właściwie - a niech tam, posunę się do autodenuncjacji, w końcu cel szczytny - wymigałem od wyboru: Diego López czy David De Gea. Pierwszy operuje między słupkami, jakby wyszedł z nich wczoraj, a nie przed sześcioma laty, wychodzi, że mądrze kombinowali w Madrycie, kiedy szukali na zastępcę Świętego Ikera kogoś, kogo nie oblezą na Santiago Bernabeu dreszcze, jakby stanął przed Zaginioną Arką. Drobiazg statystyczny: przez 180 minut grał Diego López z Manchesterem United, gola nie puścił.

18.51. Pomyśleliście, co to będzie, jeśli Mourinho jednak otworzy Sezam, znaczy dopadnie trzeciego Pucharu Europy i przywróci Realowi królewskość, jak sensacyjnie koronował pomniejsze FC Porto oraz zakompleksiony Inter Mediolan? Wiem, przed nim jeszcze daleka podróż, niejeden smok czy inne, niekoniecznie ziejące ogniem potwory staną na drodze, trzeba odrąbać mnóstwo łbów. Ale wizja intrygująca - ego Mourinho już dziś nie mieści w większości wybudowanych przez ludzkość pomieszczeń, po ustanowieniu trenerskiego rekordu rozrosłoby się poza kontynent i podniosło poziom wody w oceanach, do Anglii wracałby jako Wyjątkowy, lecz Jego Wysokość Wszechświat, z nieomylnością ponadpapieską, bo obejmującą całość dostępnych zagadnień, a nie zaledwie teologię piłki nożnej.

Wedle mojej prywatnej teorii, w Madrycie ponarażał się wszystkim Mourinho również dlatego, że pozwala sobie na jeszcze więcej - znacznie więcej - niż w poprzednich klubach. A skoro z każdym kolejnym trofeum odpala z działa większego kalibru, co wyjąłby po wyniesieniu na tron Realu? Wyniesieniu pomimo nieobecności niechętnego mu Ikera Casillasa, megalomana, któremu wydawało się, że znaczy więcej niż Jose Mourinho?

19.21. W Madrycie wojna światów, w tle rywalizacja galaktyk. Niewykluczone, że do ćwierćfinału nie dobrnie żadna planeta angielska, a będą tam aż trzy niemieckie. Ale właśnie zaświeciło mi jeszcze scenariuszem „każdemu po równo”, wszak nie tak wiele brakuje, by w następnej rundzie zmieściło się aż osiem lig: 1. w rankingu UEFA hiszpańska (Barcelona), 2. w rankingu angielska (Manchester United), 3. w rankingu niemiecka (Bayern), 4. w rankingu włoska (Juventus), 5. w rankingu francuska (Paris Saint Germain), 6. w rankingu portugalska (FC Porto), 7. w rankingu ukraińska (Szachtar) oraz 12. w rankingu turecka (Galatasaray). I wcale nie potrzeba przesadnie sensacyjnych zjawisk atmosferycznych, żebyśmy popodziwiali w ćwierćfinale wszystkie kolory tęczy.

19.50. Jeszcze tylko niespełna godzina... Już wiadomo, że na chwałę Manchesteru kopać dziś będą: De Gea, Rafael, Evans, Ferdinand, Evra, Jones, Kagawa, Carrick, Welbeck, Rooney, Van Persie. (Ćwiczenie intelektualne: na czyim miejscu widzielibyście tutaj Lewandowskiego?;-))

19.52. Są i królewicze: Diego Lopez, Arbeloa, Varane, Ramos, Coentrao, Alonso, Khedira, Di Maria, Ozil, Ronaldo, Benzema. (Właśnie wygrałem mały zakładzik: o Varane’a - że się pochwalę małym prywatnym triumfikiem).

20.09. I jeszcze trochę o intymnych dylematach: wieczór 5 marca spędzę na stadionie Borussii, będę się gapił na jej rewanż z Szachtarem. I już mnie strach oblatuje, że moja jaźń będzie ciążyła ku Old Trafford, że na trybunie odpalę transmisję i zapomnę patrzeć na boisko...

Inna sprawa, że ćwierćfinalistę Ligi Mistrzów z aż trzema Polakami w składzie widzieliśmy dotąd tylko jednego - Legię w 1996 roku. A Dortmund już wkrótce może się przekonać, ile nasi dla niego znaczą. Kiedy w Bundeslidze będzie trzeba wytrzymać trzy kolejki bez zdyskwalifikowanego Lewandowskiego. Albo wszędzie, kiedy padnie faszerowany uśmierzaczami bólu Piszczek...

20.15. Wiem, że jesteście wielozadaniowi, a jeśli nie jesteście, to was za chwilę internety i inne monstra elektronowe do wielozadaniowości zmuszą, więc migiem mi do innego blogującego wielogodzinnie świra, zapewne znanego większości czytelników Michała Okońskiego. Biedaczyko skazane przez okrucieństwo futbolu na Tottenham nadaje tutaj.

Uff, jeszcze pełne dwa kwadranse, nic nie poradzimy, musimy je przecierpieć, ostrzegam, że kopanie w zegar na nic się tu nie zda, już próbowałem.

20.42. Najważniejsze dla Manchesteru - akcje ofensywne doprowadzać do końca, choćby nieudanego, byle nie stracić piłki w ustawieniu ofensywnym, wtedy Madrytowi wystarcza ze dwa mgnienia oka, by wtargnąć w pole karne wroga. Nawet rzuty rożne dla gości mogą się okazać dla nich zabójcze, jeśli nie zwieńczą dośrodkowania strzałem i zaproszą Cristiano Ronaldo do sprintu przez całe boisko, po którym znów pół Europy będzie mu mierzyło czas i niedowierzało wynikowi.

Już wyszli. Cholera, o co chodzi z tym Welbeckiem?

20.45. Piłka w ruch. Czuję, że przeżyję to głównie na stojąco. Tak już mam przy większych bitwach.

21.37. Do przerwy w Madrycie 1:1. Pamiętacie, jak jesienią Mourinho żołądkował się na konferencji, że nie da się zachowań przy rzutów rożnych i wolnych ćwiczyć jeszcze częściej? Nie wiem, ile sesji im od tamtej pory poświęcił, ale nauczył piłkarzy Realu niewiele. Nie umieli dziś po wrogich się bronić, więc gola załadował im Danny Welbeck, nie umieli też zagrozić Manchesterowi po własnych (pomimo rozdygotanego chwilami nad ziemią De Gei). Na początku zdawało się, że ten mecz w ogóle będzie się składał głównie z rogali, bo obie strony wolą posłać długie podanie do wysuniętych placówek (Kagawy, Özila etc) niż zebrać się większą paką i coś ofensywnego wykombinować. Na szczęście tylko się zdawało.

Mam wrażenie, że Benzema po przerwie przejdzie na ławkę. Kiedyś był zdaniem trenera groźny jak kot, potem zmienił się w tygrysa, następnie znów się oddrapieżnił do kiciusa, a teraz to już zostało mu dynamiki i agresji jak u pluszaka. A fizycznej mordęgi na murawie sporo.

21.42. A w Doniecku Lewandowski położył na ziemię dwóch obrońców dzięki temu, że nie trafił w piłkę. Potem reagował już z zimną krwią, spokojnie wybrał róg, wyrównał. Najlepsi polscy strzelcy w Lidze Mistrzów: K. Warzycha - 8 goli, Lewandowski - 6, Olisadebe i Krzynówek - 3.

W tym sezonie polski napastnik Borussii (pięć trafień) ustępuje tylko Cristiano Ronaldo (mierzymy mu szybkość, może zmierzymy i wyskok?), który walnął siódmego gola i Burakowi Yilmazowi.

22.43. A może De Gea zareagował jak bramkarz hokejowy, wyciągając w wiadomym momencie nogi, ze strachu przed zbyt bliskim spotkaniem ze słupkiem? Nie wiem,w każdym razie zareagował fenomenalnie, po przerwie generalnie działał rewelacyjnie, a jego vis-à-vis Diego López wcale nie słabiej. Dlatego skończyło się remisem.

Remisem 1:1, czyli wynikiem wysoce satysfakcjonującym gości, co oznacza, że Mourinho przez najbliższe trzy tygodnie nadal będzie ostrzeliwany (atak pozycyjny Realu potrzebowałby jednak jakiegoś urozmaicenia), nie ma zmiłuj. Jeszcze o tym porozmawiamy, zaraz tutaj wrócę, tylko najpierw gazetowe sprawy opanuję - papier nadal istnieje, trzeba podać jutro do kiosków.

23.30. „Mnóstwo drużyn potrafiło w tym roku strzelić gola na Old Trafford, a żadna nie dysponuje ofensywnym potencjałem Realu” - rzekł właśnie Mourinho. Święta prawda, ale upieram się, że pozycyjnie atakują jego gracze bezapelacyjnie poniżej możliwości, które dają im indywidualne umiejętności. A w Manchesterze gra rozpocznie się przy wyniku premiującym gospodarzy...

Chyba zacząłbym sądzić, że akcje „Diabłów” gwałtownie skoczyły (Mourinho znów dziś narzekał po meczu na jałowość wytrenowywania reakcji na stałe fragmenty gry), gdyby nie czynnik o potencjalnym wpływie na wynik niezmierzonym - Cristiano Ronaldo. Jeszcze komukolwiek wypśnie się, że nie dorósł do wielkich gier? A on wie, że to na Old Trafford i ewentualnych kolejnych rundach rozstrzygnie się, czy będzie miał szansę zdetronizować Leo Messiego w plebiscycie „Złota Piłka”. Rok 2013 zaczął jak bolid.

I jeszcze na marginesie - typowany przeze mnie na bohatera Niemiec bohaterem nie został, ale był świetny, zabrakło drobiazgów. Moje podium za ten mecz: 1) De Gea; 2) Ronaldo; 3) Khedira. Choć paru centymetrów zabrakło, by wszystkich zakasował Welbeck - jedyne nazwisko w podstawowych składach, które nie tylko u mnie wywołało zdumienie. Sir Alex ani myśli o abdykacji.

 
1 , 2
Archiwum
Tagi