RSS
środa, 29 lutego 2012

Bahrajn - Indonezja 10:0

By awansować do następnej fazy eliminacji do najbliższego mundialu, piłkarze Bahrajnu potrzebowali dziś nie tylko swojego zwycięstwa nad Indonezją i porażki ściganego Kataru z Iranem, ale jeszcze takiej kombinacji wyników, by odrobić stratę do rzeczonego Kataru w stosunku bramkowym. A tracili do rywali 9 goli.

Indonezyjczyków podejmowali przed chwilą. Indonezyjczyków, którzy uprzejmie złożyli drużynę z juniorów, reprezentacyjnych debiutantów oraz kadrowiczów z nikłym doświadczeniem.

Indonezyjczycy, którzy tuż po rozpoczęciu gry popełnili faul - na czerwoną kartkę i rzut karnych.

W sumie sprowokowali cztery rzuty karne. W każdym razie tyle podyktował sędzia Andre El Haddad, który w przeszłości już narażał się na podejrzenia. Dziś przyłożył też Indonezyjczykom jeszcze jedną czerwienią.

Bahrajn, który w poprzednich pięciu kolejkach uciułał trzy bramki, wygrał 10:0. Nastrzelał tyle, ile potrzebował. Ale nie awansował, bo Katarczycy w samej końcówce meczu z Iranem wyrównali na 2:2.

A mnie przypomniało się, jak pisałem obszerne dzieło o globalnej mafii futbolowej. Dlatego czekam, aż bonzowie FIFA zabulgoczą ze złości, będą chorobliwie podejrzliwi i zarządzą intensywne śledztwo. Bo jeśli nie po takim meczu, to kiedy?

17:40, rafal.stec
Link Komentarze (22) »
wtorek, 28 lutego 2012

Tekst do dzisiejszej „Gazety” - o tym, że reprezentację Polski napędzają autentyczne gwiazdy, czyli czołowy europejski napastnik, czołowy europejski prawoskrzydłowy, czołowy europejski prawy obrońca, znajdziecie go tutaj - napisałem zainspirowany poniższymi statystykami. Obejmują sześć najmocniejszych lig na kontynencie, dobranych według rankingu UEFA - angielską, hiszpańską, niemiecką, włoską, francuską i portugalską. Tak strzelają i asystują w bieżącym sezonie najgroźniejsi atakujący:

Robert Lewandowski, Leo Messi, Cristiano Ronaldo, Klaas Jan Huntelaar, Robin van Persie

I jeszcze jeden drobiażdżek. W sporządzonej przeze mnie klasyfikacji starszy od Roberta Lewandowskiego (o rok) jest tylko piłkarz, Marco Reus. Ależ mamy gwiazdę!

poniedziałek, 27 lutego 2012

Inter Mediolan, Massimo Moratti

Był sobie bardzo bogaty właściciel klubu, który inwestował w klub furę pieniędzy, bo bardzo klub kochał. Nie wiadomo tylko, dlaczego pozwalał, by jego klub był traktowany jak królik doświadczalny. I to królik doświadczalny poddawany eksperymentom ze szczególnym okrucieństwem. Felieton z dzisiejszej „Gazety” o Interze Mediolan znajdziecie tutaj.

niedziela, 26 lutego 2012

Borussia Dortmund, Robert Lewandowski, Kuba Błaszczykowski, Łukasz Piszczek

Wcale nie piszę nabuzowany kolejnym dortmundzkim show, wpadłem na to jeszcze przed dzisiejszym meczem Borussii, następnie przemyślałem, skonsultowałem, aż wreszcie przejrzałem recenzje w cenionych przeze mnie pismach i portalach futbolowych - z wrodzoną beztroską chciałbym odważnie postawić tezę, że w roku pańskim 2012 nasz Kuba Błaszczykowski należy do najściślejszej czołówki najbardziej niebezpiecznych prawoskrzydłowych na kontynencie. W sześciu kolejkach Bundesligi strzelił dwa gole, miał pięć asyst, wielokrotnie więcej sensownych podań, zazwyczaj najczęściej w drużynie skutecznie drybluje, swoim entuzjazmem drużynę zaraża, ba, to dzięki jego wibrującej dynamice lider Bundesligi wrzuca swój najwyższy bieg.

Popisów Łukasza Piszczka nie chce mi się omawiać, niech mnie wyręczą analitycy „Kickera”, dla których Polak - pomimo kilku niedawnych wpadek - pozostaje, podobnie jak w sezonie minionym, najlepszym bocznym obrońcą niemieckich boisk.

Został jeszcze w Dortmundzie Robert Lewandowski. Ostatnio przez chwilę umilkł jako snajper, ale generalnie jego wyczyny zwłaszcza nam, wyposzczonym kibicom polskim, odbierają mowę. Obrońcom zawsze wydaje ciężką fizyczną wojnę, odwrócony od bramki piłki nie traci, a kiedy ma bramkę w polu widzenia, to bramkarz błaga o litość.

A wyczyny całego polskiego tria powodują, że głos tracą fani Borussii. Od dziękczynnych ryków. Już niemal nie padają dortmundzkie gole, dla których nasi się nie zasłużyli, po raz ostatni nie uczestniczyli w żadnej skutecznej akcji 11 grudnia, w zremisowanym 1:1 meczu z Kaiserslautern.

Rozglądam się po uczestnikach Euro 2012 i szukam takich, którzy w reprezentacji polegają w ofensywie na tercecie ćwiczących współpracę przez cały sezon, w drużynie klubowej - i to tercecie porównywalnie drapieżnym.

Wiadomo, Hiszpanie. Ich selekcjoner ma jeszcze wygodniej, niemal wszyscy jego najważniejsi ludzie wypracowują grę złożoną z odruchów w Barcelonie. Niemcy też w sporej mierze czerpią z obecnych lub byłych graczy Bayernu. Ale inni? Główni atakujący Holendrów są rozrzuceni po Arsenalach, Interach, Liverpoolach, Tottenhamach etc; porozbiegali się po różnych klubach bohaterowie napadu włoscy; jeszcze dalej od siebie bawią się piłką odpowiedzialni za organizowanie natarć Francuzi, Czesi, Portugalczycy, Szwedzi, Duńczycy czy Chorwaci; naczelny goleador Irlandczyków wyemigrował za ocean; gwiazdy rosyjskie wcale ostatnio nie grały, aż zostały przepędzone z zachodu z powrotem na wschód. U siebie czołowych atakujących trzymają Ukraińcy i Grecy, jednak ich kanonierzy ani nie rażą dortmundzką siłą ognia, ani nie rywalizują w równie mocnej lidze (przecież nasi zaraz obronią mistrzostwo Niemiec!). Zostają Anglicy, którzy mogliby użyć manchesterskiej trójcy Rooney - Young - Welbeck, tyle że na razie nawet nie wiedzą, kto będzie kadrą na Euro 2012 dowodził.

Nie zamierzam nikomu wmawiać, że dysponujemy w ofensywą o kalibrze nigdzie indziej niespotykanym, zresztą porównywanie klubowych partnerów Lewandowskiego, Błaszczykowskiego i Piszczka do partnerów reprezentacyjnych mogłoby tym ostatnim wyrządzić krzywdę. Zauważam tylko, że szczęściarz Franciszek Smuda złapał za nogi chyba nie tylko Boga chrześcijańskiego, ale chwycił jeszcze Allaha, Buddę i Świętowita. Znienacka spadli mu z nieba trzej - jak na nasze standardy - wirtuozi, którzy ewidentnie lubią ze sobą kopać, wytrenowują automatyzm zachowań przez okrągły rok, zderzają się z przeciwnikami klasowymi. Razem dają wartość wyższą niż suma ich indywidualnych umiejętności.

W bieżącym sezonie Bundesligi polscy bohaterowie Borussii strzelili wspólnie 20 goli, do czego dorzucili 20 asyst. A jeśli doliczymy dorobek z Champions League i Pucharu Niemiec, ich bilans rośnie do 26 goli i 23 asyst. Istny Trójkąt Bermudzki, kto weń wpadnie, ten ginie.

sobota, 25 lutego 2012

AC Milan logo

W MilanLabie chyba coś się zacięło. Najsławniejsze futbolowe laboratorium medyczne - częściowo ukryte pod ziemią i za drzwiami rozsuwanymi tylko po zetknięciu się z liniami papilarnymi grupki wtajemniczonych - miało redukować ryzyko kontuzji do minimum i zamieniać piłkarzy w osobników niezniszczalnych, na wpół cyborgowatych. A jednak do dzisiejszego szlagieru Serie A z Juventusem (1:1) drużyna z San Siro przystąpiła bez dziesięciu graczy - wyjąwszy Zlatana Ibrahimovicia, wykluczonych przez urazy.

A jednak niemal w każdej kolejce bieżącego sezonu brakuje Milanowi kilkunastu graczy.

A jednak często zdarza się, że z powalonych choróbskami, naciągnięciami, naderwaniami, pęknięciami i złamaniami zestawilibyśmy jedenastkę mocniejszą niż w Serie A wystawiana.

A jednak zaraza kosiła jego szatnię również w sezonie poprzednim.

Wiadomo, w sporej mierze można epidemię wytłumaczyć zaawansowanym wiekiem wielu pacjentów MilanLabu. Można westchnąć, że mediolańczyków kładą przypadki mocno osobliwe, jak szokujące zaburzenia wzroku Gattuso czy równie szokująca, nagła konieczność zoperowania serca Cassano. Ale to całkiem skali kłopotów nie wyjaśnia. Na dystansie minionych kilkunastu miesięcy nie znajdziecie w europejskiej czołówce zespołu, który częściej ruszałby do walki zdziesiątkowany. Dziś w każdej formacji pozbawiony był fundamentów - w defensywie Nesty, w pomocy najbardziej dynamicznego i mocarnego Boatenga, w ataku najskuteczniejszego Ibrahimovicia (zdrowy, ale zdyskwalifikowany) oraz sypiącego asystami Cassano, a także Seedorfa, Aquilaniego, Gattuso i Flaminiego...

Wybrałem ten temat do blogowania po nierozstrzygniętym meczu na szczycie Serie A, bo doszedłem do wniosku, że właściwie nie wiemy, jak wygląda prawdziwa twarz Milanu. Trener Massimiliano Allegri bez przerwy zajmuje się usuwaniem usterek, okoliczności wrzuciły go w rolę chirurga, który co tydzień operuje tego samego pacjenta, bo pacjent nie przeżywa ani tygodnia w pełnym lub prawie pełnym zdrowiu. Z jesiennego meczu w Turynie do dzisiejszego rewanżu przeciw Juve w podstawowym składzie przetrwała trójka (!) graczy - Abbiati, Thiago Silva i Nocerino. I jak tutaj boiskowe ruchy podwładnych zsynchronizować, zaprogramować w sensowną całość, nadawać im rosnące tempo?

Jeśli dodamy jeszcze, że Allegri przeprowadza generalną wymianę pokoleniową (Pirlo, Ronaldinho i Kaładze zostali już wykopani, Inzaghi odsunięty od boiska, a Ambrosini, Zambrotta czy nawet Seedorf są stopniowo marginalizowani), a także instaluje w drużynie tłum nowych piłkarzy (Ibrahimovic, Cassano, Robinho, Boateng, Emmanuelson, van Bommel, Yepes, Mexes, Aquilani, Nocerino, Mesbah, Maxi Lopez i Muntari zostali ściągnięci już po jego przyjściu latem 2010 roku!), to mamy obowiązek zdiagnozować, że spisuje się ten trener rewelacyjnie. Jest bliski obrony krajowego tytułu, w Lidze Mistrzów najpierw potrafił wcale przyzwoicie opierać się Barcelonie (2:3 i 2:2), by wiosną rozgnieść Arsenal (4:0) i spokojnie wyczekiwać losowania ćwierćfinałów. A wytykać mu niedoskonałości w grze drużyny zwyczajnie nie wypada.

Na razie zatem wiemy, że działa skutecznie, gdy walą mu się na głowę tony problemów. Czy MilanLab pozwoli nam wreszcie dowiedzieć się, ile zdziała, gdy głowę będzie miał wolną od trosk i zacznie czerpać z całej, jakże bogatej w talent kadry?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Archiwum
Tagi