RSS
środa, 29 lutego 2012

Bahrajn - Indonezja 10:0

By awansować do następnej fazy eliminacji do najbliższego mundialu, piłkarze Bahrajnu potrzebowali dziś nie tylko swojego zwycięstwa nad Indonezją i porażki ściganego Kataru z Iranem, ale jeszcze takiej kombinacji wyników, by odrobić stratę do rzeczonego Kataru w stosunku bramkowym. A tracili do rywali 9 goli.

Indonezyjczyków podejmowali przed chwilą. Indonezyjczyków, którzy uprzejmie złożyli drużynę z juniorów, reprezentacyjnych debiutantów oraz kadrowiczów z nikłym doświadczeniem.

Indonezyjczycy, którzy tuż po rozpoczęciu gry popełnili faul - na czerwoną kartkę i rzut karnych.

W sumie sprowokowali cztery rzuty karne. W każdym razie tyle podyktował sędzia Andre El Haddad, który w przeszłości już narażał się na podejrzenia. Dziś przyłożył też Indonezyjczykom jeszcze jedną czerwienią.

Bahrajn, który w poprzednich pięciu kolejkach uciułał trzy bramki, wygrał 10:0. Nastrzelał tyle, ile potrzebował. Ale nie awansował, bo Katarczycy w samej końcówce meczu z Iranem wyrównali na 2:2.

A mnie przypomniało się, jak pisałem obszerne dzieło o globalnej mafii futbolowej. Dlatego czekam, aż bonzowie FIFA zabulgoczą ze złości, będą chorobliwie podejrzliwi i zarządzą intensywne śledztwo. Bo jeśli nie po takim meczu, to kiedy?

17:40, rafal.stec
Link Komentarze (22) »
wtorek, 28 lutego 2012

Tekst do dzisiejszej „Gazety” - o tym, że reprezentację Polski napędzają autentyczne gwiazdy, czyli czołowy europejski napastnik, czołowy europejski prawoskrzydłowy, czołowy europejski prawy obrońca, znajdziecie go tutaj - napisałem zainspirowany poniższymi statystykami. Obejmują sześć najmocniejszych lig na kontynencie, dobranych według rankingu UEFA - angielską, hiszpańską, niemiecką, włoską, francuską i portugalską. Tak strzelają i asystują w bieżącym sezonie najgroźniejsi atakujący:

Robert Lewandowski, Leo Messi, Cristiano Ronaldo, Klaas Jan Huntelaar, Robin van Persie

I jeszcze jeden drobiażdżek. W sporządzonej przeze mnie klasyfikacji starszy od Roberta Lewandowskiego (o rok) jest tylko piłkarz, Marco Reus. Ależ mamy gwiazdę!

poniedziałek, 27 lutego 2012

Inter Mediolan, Massimo Moratti

Był sobie bardzo bogaty właściciel klubu, który inwestował w klub furę pieniędzy, bo bardzo klub kochał. Nie wiadomo tylko, dlaczego pozwalał, by jego klub był traktowany jak królik doświadczalny. I to królik doświadczalny poddawany eksperymentom ze szczególnym okrucieństwem. Felieton z dzisiejszej „Gazety” o Interze Mediolan znajdziecie tutaj.

niedziela, 26 lutego 2012

Borussia Dortmund, Robert Lewandowski, Kuba Błaszczykowski, Łukasz Piszczek

Wcale nie piszę nabuzowany kolejnym dortmundzkim show, wpadłem na to jeszcze przed dzisiejszym meczem Borussii, następnie przemyślałem, skonsultowałem, aż wreszcie przejrzałem recenzje w cenionych przeze mnie pismach i portalach futbolowych - z wrodzoną beztroską chciałbym odważnie postawić tezę, że w roku pańskim 2012 nasz Kuba Błaszczykowski należy do najściślejszej czołówki najbardziej niebezpiecznych prawoskrzydłowych na kontynencie. W sześciu kolejkach Bundesligi strzelił dwa gole, miał pięć asyst, wielokrotnie więcej sensownych podań, zazwyczaj najczęściej w drużynie skutecznie drybluje, swoim entuzjazmem drużynę zaraża, ba, to dzięki jego wibrującej dynamice lider Bundesligi wrzuca swój najwyższy bieg.

Popisów Łukasza Piszczka nie chce mi się omawiać, niech mnie wyręczą analitycy „Kickera”, dla których Polak - pomimo kilku niedawnych wpadek - pozostaje, podobnie jak w sezonie minionym, najlepszym bocznym obrońcą niemieckich boisk.

Został jeszcze w Dortmundzie Robert Lewandowski. Ostatnio przez chwilę umilkł jako snajper, ale generalnie jego wyczyny zwłaszcza nam, wyposzczonym kibicom polskim, odbierają mowę. Obrońcom zawsze wydaje ciężką fizyczną wojnę, odwrócony od bramki piłki nie traci, a kiedy ma bramkę w polu widzenia, to bramkarz błaga o litość.

A wyczyny całego polskiego tria powodują, że głos tracą fani Borussii. Od dziękczynnych ryków. Już niemal nie padają dortmundzkie gole, dla których nasi się nie zasłużyli, po raz ostatni nie uczestniczyli w żadnej skutecznej akcji 11 grudnia, w zremisowanym 1:1 meczu z Kaiserslautern.

Rozglądam się po uczestnikach Euro 2012 i szukam takich, którzy w reprezentacji polegają w ofensywie na tercecie ćwiczących współpracę przez cały sezon, w drużynie klubowej - i to tercecie porównywalnie drapieżnym.

Wiadomo, Hiszpanie. Ich selekcjoner ma jeszcze wygodniej, niemal wszyscy jego najważniejsi ludzie wypracowują grę złożoną z odruchów w Barcelonie. Niemcy też w sporej mierze czerpią z obecnych lub byłych graczy Bayernu. Ale inni? Główni atakujący Holendrów są rozrzuceni po Arsenalach, Interach, Liverpoolach, Tottenhamach etc; porozbiegali się po różnych klubach bohaterowie napadu włoscy; jeszcze dalej od siebie bawią się piłką odpowiedzialni za organizowanie natarć Francuzi, Czesi, Portugalczycy, Szwedzi, Duńczycy czy Chorwaci; naczelny goleador Irlandczyków wyemigrował za ocean; gwiazdy rosyjskie wcale ostatnio nie grały, aż zostały przepędzone z zachodu z powrotem na wschód. U siebie czołowych atakujących trzymają Ukraińcy i Grecy, jednak ich kanonierzy ani nie rażą dortmundzką siłą ognia, ani nie rywalizują w równie mocnej lidze (przecież nasi zaraz obronią mistrzostwo Niemiec!). Zostają Anglicy, którzy mogliby użyć manchesterskiej trójcy Rooney - Young - Welbeck, tyle że na razie nawet nie wiedzą, kto będzie kadrą na Euro 2012 dowodził.

Nie zamierzam nikomu wmawiać, że dysponujemy w ofensywą o kalibrze nigdzie indziej niespotykanym, zresztą porównywanie klubowych partnerów Lewandowskiego, Błaszczykowskiego i Piszczka do partnerów reprezentacyjnych mogłoby tym ostatnim wyrządzić krzywdę. Zauważam tylko, że szczęściarz Franciszek Smuda złapał za nogi chyba nie tylko Boga chrześcijańskiego, ale chwycił jeszcze Allaha, Buddę i Świętowita. Znienacka spadli mu z nieba trzej - jak na nasze standardy - wirtuozi, którzy ewidentnie lubią ze sobą kopać, wytrenowują automatyzm zachowań przez okrągły rok, zderzają się z przeciwnikami klasowymi. Razem dają wartość wyższą niż suma ich indywidualnych umiejętności.

W bieżącym sezonie Bundesligi polscy bohaterowie Borussii strzelili wspólnie 20 goli, do czego dorzucili 20 asyst. A jeśli doliczymy dorobek z Champions League i Pucharu Niemiec, ich bilans rośnie do 26 goli i 23 asyst. Istny Trójkąt Bermudzki, kto weń wpadnie, ten ginie.

sobota, 25 lutego 2012

AC Milan logo

W MilanLabie chyba coś się zacięło. Najsławniejsze futbolowe laboratorium medyczne - częściowo ukryte pod ziemią i za drzwiami rozsuwanymi tylko po zetknięciu się z liniami papilarnymi grupki wtajemniczonych - miało redukować ryzyko kontuzji do minimum i zamieniać piłkarzy w osobników niezniszczalnych, na wpół cyborgowatych. A jednak do dzisiejszego szlagieru Serie A z Juventusem (1:1) drużyna z San Siro przystąpiła bez dziesięciu graczy - wyjąwszy Zlatana Ibrahimovicia, wykluczonych przez urazy.

A jednak niemal w każdej kolejce bieżącego sezonu brakuje Milanowi kilkunastu graczy.

A jednak często zdarza się, że z powalonych choróbskami, naciągnięciami, naderwaniami, pęknięciami i złamaniami zestawilibyśmy jedenastkę mocniejszą niż w Serie A wystawiana.

A jednak zaraza kosiła jego szatnię również w sezonie poprzednim.

Wiadomo, w sporej mierze można epidemię wytłumaczyć zaawansowanym wiekiem wielu pacjentów MilanLabu. Można westchnąć, że mediolańczyków kładą przypadki mocno osobliwe, jak szokujące zaburzenia wzroku Gattuso czy równie szokująca, nagła konieczność zoperowania serca Cassano. Ale to całkiem skali kłopotów nie wyjaśnia. Na dystansie minionych kilkunastu miesięcy nie znajdziecie w europejskiej czołówce zespołu, który częściej ruszałby do walki zdziesiątkowany. Dziś w każdej formacji pozbawiony był fundamentów - w defensywie Nesty, w pomocy najbardziej dynamicznego i mocarnego Boatenga, w ataku najskuteczniejszego Ibrahimovicia (zdrowy, ale zdyskwalifikowany) oraz sypiącego asystami Cassano, a także Seedorfa, Aquilaniego, Gattuso i Flaminiego...

Wybrałem ten temat do blogowania po nierozstrzygniętym meczu na szczycie Serie A, bo doszedłem do wniosku, że właściwie nie wiemy, jak wygląda prawdziwa twarz Milanu. Trener Massimiliano Allegri bez przerwy zajmuje się usuwaniem usterek, okoliczności wrzuciły go w rolę chirurga, który co tydzień operuje tego samego pacjenta, bo pacjent nie przeżywa ani tygodnia w pełnym lub prawie pełnym zdrowiu. Z jesiennego meczu w Turynie do dzisiejszego rewanżu przeciw Juve w podstawowym składzie przetrwała trójka (!) graczy - Abbiati, Thiago Silva i Nocerino. I jak tutaj boiskowe ruchy podwładnych zsynchronizować, zaprogramować w sensowną całość, nadawać im rosnące tempo?

Jeśli dodamy jeszcze, że Allegri przeprowadza generalną wymianę pokoleniową (Pirlo, Ronaldinho i Kaładze zostali już wykopani, Inzaghi odsunięty od boiska, a Ambrosini, Zambrotta czy nawet Seedorf są stopniowo marginalizowani), a także instaluje w drużynie tłum nowych piłkarzy (Ibrahimovic, Cassano, Robinho, Boateng, Emmanuelson, van Bommel, Yepes, Mexes, Aquilani, Nocerino, Mesbah, Maxi Lopez i Muntari zostali ściągnięci już po jego przyjściu latem 2010 roku!), to mamy obowiązek zdiagnozować, że spisuje się ten trener rewelacyjnie. Jest bliski obrony krajowego tytułu, w Lidze Mistrzów najpierw potrafił wcale przyzwoicie opierać się Barcelonie (2:3 i 2:2), by wiosną rozgnieść Arsenal (4:0) i spokojnie wyczekiwać losowania ćwierćfinałów. A wytykać mu niedoskonałości w grze drużyny zwyczajnie nie wypada.

Na razie zatem wiemy, że działa skutecznie, gdy walą mu się na głowę tony problemów. Czy MilanLab pozwoli nam wreszcie dowiedzieć się, ile zdziała, gdy głowę będzie miał wolną od trosk i zacznie czerpać z całej, jakże bogatej w talent kadry?

piątek, 24 lutego 2012

Ile Polska znaczy w Europie

Z pucharów 2011/2012 nasze futbolowe kluby zostały już wyproszone, więc przeżyjmy to jeszcze raz: bezprecedensowe pięć z rzędu zwycięstw Wisły w eliminacjach Ligi Mistrzów; kilkaset sekund dzielących ją od awansu do Ligi Mistrzów; pokonanie przez krakowian APOEL-u, który zaraz potem rozszalał się w Lidze Mistrzów; zdumiewający legijny podbój Moskwy i wykopanie z Ligi Europejskiej serio mierzącego w trofeum Spartaka; zwycięstwa nad całą kupą drużyn reprezentujących kraje wyżej sklasyfikowane w rankingu UEFA (wspomniane APOEL i Spartak, Fulham, Gaziantepspor, Hapoel Tel Aviw, Rapid Bukareszt, Liteks Łowecz, Odense, Twente Enschede, Dundee United); awans naszej ekstraklasy w tymże rankingu z 24. na 20. pozycję, co zwalnia polskie kluby z katorgi grania w europucharach czerwcowego... Tak, to był najładniejszy międzynarodowy popis polskiej ligi od pamiętnego sezonu 2002/2003, ozdobionego przez Wisły rozjechanie wiadomych firm włoskiej oraz niemieckiej i wtargnięcie do 1/8 finału Pucharu UEFA.

Postęp cieszy, ale też przypomina, jak niewiele musiało nam w dziejach europejskich rozgrywek wystarczyć, by się uśmiechnąć. Najcenniejsze kontynentalne trofeum brały Crveva Zvezda Belgrad czy Steaua Bukareszt, finałowe starcia miały zaszczyt przegrać Malmoe, FC Brugge, Partizan Belgrad. Nasi doleźli ledwie do półfinału. Dwa razy.

Jeszcze marniej wyglądamy, jeśli zsumować dorobek we wszystkich międzynarodowych pucharach. W poniższym zestawieniu - sporządzonym z nieustępującej bezsenności, ktoś ma jakąś radę? - uwzględniłem wszystkie europejskie klubowe zmagania poza starożytnym Pucharem Miast Targowych (zbyt długo był mocno niereprezentatywny dla kontynentu), a trofea przypisywałem według aktualnej mapy - sukces Slovana Bratysława zabrałem Czechosłowacji, by oddać Słowacji; popisy Dynama Kijów sklasyfikowałem jako ukraińskie; sukces Dinama Tbilisi przyznałem Gruzji etc:

1) Włochy            28  trofeów     24 finałowe porażki

2) Hiszpania         28                22

3) Anglia              25                17

4) Holandia          11                  5

5) Niemcy            17                22

6) Portugalia         6                   9

7) Belgia               4                   7

8) Szkocja            3                   6

9) Ukraina            3                   0

10) Francja           2                 11

11) Rosja              2                    1

12) Szwecja          2                    1

13) Rumunia         1                    1

14) Gruzja            1                    0

15) Serbia            1                    1

16) Słowacja        1                    0

17) Turcja            1                    0

18) Węgry            0                    3

19) Austria           0                    2

20) Grecja            0                     1

21) Polska            0                    1

Greków postawiłem wyżej, ponieważ oni mieli swój Panathinaikos Ateny w ostatecznej grze najbardziej prestiżowego Pucharu Europy (lepszy w 1971 był tamten legendarny Ajax), a nasz Górnik Zabrze dopchał się do finału w pomniejszym, nieistniejącym już Pucharze Zdobywców Pucharów (co więcej, zanim w 1970 uległ Manchesterowi City, pokonał Romę w losowaniu, co w sporcie, zgodzimy się chyba wszyscy, jest rozwiązaniem dość kontrowersyjnym). Generalnie w historii międzynarodowych igrzysk futbolowych odgrywały nasze kluby role drugoplanowe i trzecioplanowe, nawet odosobniony finał antypolscy komentatorzy mogliby podważyć, wymachując argumentami całkiem mocnymi.

Tak sobie napisałem późną nocą, a może raczej nad ranem, dla higieny kibicowskiej, bo wiem, że śnimy o potędze. Podobno utraconej potędze...

środa, 22 lutego 2012

Fluktuation_im_Universum, Zaburzenie w Lidze Mistrzów

Epoki w piłce nożnej trwają ciut dłużej niż mgnienie oka, oczywiście kibicowskiego. Jeszcze przed chwilą angielskie firmy sezon w sezon tłoczyły się we dwie albo trzy w półfinałach Champions League, a zaraz żadna nie przeżyje - prawdopodobnie - nawet do ćwierćfinału. Co nie zdarzyło się, odkąd do klubowej elity zapraszani są nie tylko mistrzowie krajów. Nie zdarzyło się, odkąd Legia jesienią 1995 roku pogoniła Blackburn.

Ogłaszać nowej epoki - znaczonej przez schyłek angielskiego imperium - nie zamierzam, w tegosezonowej klęsce przeczuwam raczej chwilowe zaburzenie. Wygłodniałe wilki z Manchesteru City w Lidze Mistrzów debiutowały, więc ostro dostały po łapach, ale wrócą wściekłe i drapieżniejsze; Manchesterowi United chyba zaszkodziła nadmierna pewność siebie trenera, ale oni też wrócą, Alex Ferguson łatwo się nie poddaje; Chelsea oddała wybitnie trudną do kontrolowania szatnię młokosowi, ale i ona powinna odzyskać moc, bo w tej szatni zgromadziła mnóstwo talentu; gaśnie chyba jeden Arsenal, ale z Tottenhamu bije energia, Tottenham może rozbłysnąć zamiast sąsiadów z północnego Londynu. Wątłość przewlekłą wypada też wróżyć Interowi, który dziś znów - bezskutecznie - próbował się podnieść na podstarzałych członkach zdobywców Pucharu Europy sprzed dwóch lat i czeka go długi, bolesny proces przebudowy, ale i włoskiej Serie A ciemność nie pochłonie na wieczność - wbrew prognozom największych pesymistów, także włoskich.

Trzęsie Ligą Mistrzów od początku sezonu, dlatego przed meczem, który w 1/8 finału intrygował mnie specjalnie, zasiadłem z podejrzeniem, że doświadczę kolejnej sensacji. Że mianowicie rozochoceni chłopcy z Bazylei oprą się Bayernowi, czyli drużynie dzięki kwadratowi Lahm - Ribery - Robben - Rafinha teoretycznie najefektowniej rozskrzydlonej w rozgrywkach, lecz o tyle nieefektywnej, że każde z jej skrzydeł lubi trzepotać dla siebie, we własnym rytmie, bez synchronizacji trzepnięć. I rzeczywiście, moje pragnienia zostały spełnione, mistrzowie Szwajcarii wygrali. Oni ostro pracują na markę wśród drużyn drugorzędnych wyjątkową. Kiedyś ukatrupili już Liverpool, jesienią ukatrupili Manchester United, zaraz być może uśmiercą Bayern. Zaiste imponująca lista ofiar.

Cała bieżąca edycja LM to zaburzenie. Urocze zaburzenie. Jeśli do następnej rundy awansują ci, którzy w pierwszych meczach osiągnęli korzystne wyniki - wygrali lub zremisowali na wyjeździe - to w ćwierćfinałach zobaczymy ledwie dwóch ćwierćfinalistów z minionego sezonu. Pozostałymi zostaną LYON, Zenit St. Petersburg, MILAN, Napoli, OLYMPIQUE MARSYLIA i Basel. Ba, podani przeze mnie pogrubionym drukiem zajdą tak wysoko po raz pierwszy w historii. Wyobrażacie już sobie niezwykłość możliwych półfinałów? Półfinałów tej ponoć nudnej, stęchłej Ligi Mistrzów?

Jeśli wszyscy utrzymają przewagę z pierwszej tury gier, spośród ćwierćfinalistów ubiegłorocznych przetrwają dwaj - Barcelona i Real Madryt. Aż chce się napisać, że jak zniknęli z oczu konkurentom z ligi hiszpańskiej, tak zniknęli z oczu rywalom z europejskim. Aż chce się napisać, że nad resztą świata osiągnęli taką przewagę, jaką nad innymi piłkarzami - pod względem sławy oraz osobistego wpływu na wyniki - osiągnęli Leo Messi i Cristiano Ronaldo.

Chce się napisać, ale lepiej zachować ostrożność. Ustaliliśmy już, że epoki w piłce nożnej trwają tylko ciut dłużej niż mgnienie oka.

23:34, rafal.stec
Link Komentarze (40) »
wtorek, 21 lutego 2012

Łukasz Piszczek, reprezentacja Polski

Sporządzam tę notkę inspirowany lekturą forum pod notką poprzednią - przepraszam, że odpowiadam zbiorowo, ale tak będzie łatwiej zachować spójność wypowiedzi.

Czytając niektóre uwagi, odnoszę wrażenie, że wyczytaliście w zapisie moich wątpliwości apel, by skazanego za korupcję Łukasza Piszczka spalić na stosie albo ukrzyżować, gdzieniegdzie znajduję nawet zbliżone metafory. To sprowadzanie dyskusji do absurdu, nikt mu nie chce łamać kariery i nikt mu już jej nie złamie. Zdobył uznanie jako sportowiec (mistrzostwo Bundesligi, indywidualne nagrody etc), zdobył wielomilionowy majątek, ma powody czuć się spełniony. Ja tylko się zastanawiam (nawet nie wyrażam wprost takiego oczekiwania), czy Piszczek zasługuje na jeszcze jeden zaszczyt - prestiżowy, nie materialny, przecież w porównaniu z jego klubową pensją w reprezentacji zarabia symbolicznie. Co więcej, piłkarz Borussii Dortmund jest już całkowicie bezpieczny. Ani ja nie uczestniczę w chórze ujadających (inne media tematu nie podjęły, czym zresztą nie jestem zaskoczony), ani Franciszek Smuda z Grzegorzem Latą nie zamierzają zrobić mu krzywdy.

Dla mnie wartością jest, że w ogóle się o problemie rozmawia, choćby na niszowym blogu, bo bezmiar korupcyjnej zarazy wywołał znieczulicę. Zastanawiam się, za co powinniśmy z kadry narodowej wykluczać, jeśli nie będziemy wykluczać za łapówkarstwo. Czy istnieje w ogóle sportowe przestępstwo, które czyni zawodnika niegodnym kadry narodowej? Czytelnik grzespelc pyta: „Naprawdę wierzysz w to, że ze wszystkich kadrowiczów tylko Piszczek brał udział w ustawianiu meczów?” Mógłbym odpowiedzieć: „Tak, wierzę, że Lewandowski i Błaszczykowski nie brali udziału w ustawianiu”. A mógłbym brutalniej, też rzucając pytania: „Jakie mamy powody wierzyć, że Piszczek brał w ustawianiu tylko jednego meczu? Dlaczego na planowanie przekrętu do mieszkania kolegi z szatni został zaproszony akurat on? Skoro w wywiadach utrzymywał, że nie wie, na co pójdą pieniądze, to może generalnie przyznaje się tylko do tego, co i tak zostało wykryte?”

Za najpoważniejsze zbrodnie w sporcie uważam: świadome, popełnione z pełną premedytacją okaleczenie przeciwnika oraz fałszowanie wyniku zawodów, czyli oszukiwanie kibiców. (Nawet dopingu nie absolutyzuję jako grzechu śmiertelnego bez względu na okoliczności, bo zdaję sobie sprawę z przerażających dylematów kolarzy, którzy są przekonani, że w peletonie szprycują się bezwyjątkowo wszyscy. W ustawianiu meczu Zagłębie - Cracovia nie brali udziału wszyscy. Pięciu graczy odmówiło).

Ponieważ jednak Piszczek dotąd utrzymywał, że nie wiedział, kogo korumpuje, w dobrej wierze - bardzo go lubię jako piłkarza - sądziłem, że kiedy znienacka padła propozycja, by kupić mecz, on zaskoczony i przestraszony nie protestował, lecz spontanicznie się zgodził. Dopiero teraz dotarło do mnie, że 1) uczestniczył w specjalnie zorganizowanej naradzie, na której planowano oszustwo; 2) zgodził się na „wtajemniczenie” innego zawodnika, przy czym słowo „wtajemniczenie” jest tutaj eufemizmem, bowiem on temu zawodnikowi miał nie tyle opowiedzieć, co się zdarzy, lecz wciągnąć go (lub „przekazać”, jakby pewnie chcieli zwolennicy eufemizmów) do uczestnictwa w zrzutce; 3) po naradzie miał czas, by sprawę przemyśleć i np. swój współudział w zbrodni ograniczyć („dam kasę, ale nie każcie mi wciągać do tego innych”), lecz zadanie wykonał; 4) w wyjaśnieniach składanych prokuraturom wspomina tylko, iż „miał mieszane uczucia”, co rażąco odbiega od postawy „brzydziłem się tamtym czynem, ale przegrałem z lękiem, że moja kariera będzie skończona; 5) jeszcze więcej czasu na refleksję miał, kiedy zajął się nim wymiar sprawiedliwości, lecz w publicznych wypowiedziach, że pozwolę sobie zacytować stałego komentatora dziaama, „kłamliwie się wybielał [w mediach]”.

Generalnie nigdy nie wyczułem w jego słowach autentycznej skruchy, pamiętam za to, że przestępstwa dopuścił się już po wstrząsającej spowiedzi Piotra Dziurowicza, który ujawnił skalę korupcji toczącej nasz futbol. Słyszę też, że wykołowani przez Piszczka czują się członkowie wydziału dyscypliny PZPN. Zadaję sobie wreszcie pytanie, czy odsunięcie go od reprezentacji kraju nie wywarłoby pozytywnego wpływu na młodego piłkarza, który dziś rozważa wręczenie łapówki. Czy gdyby marzył o kadrze, w podjęciu decyzji nie pomogłoby zagrożenie reprezentacyjnym szlabanu? Teraz wie, że wystarczy mu świetnie grać, np. na miarę mistrzostwa Bundesligi, żeby czuć się bezpiecznym...

Jeszcze raz: nasza decyzja jest czysto akademicka, żadnej mocy sprawczej nie ma, nic nie wiadomo, by szefów PZPN albo selekcjonera kadry gryzły sumienia. Mnie osobiście cieszą wyniki zamieszczonej w poprzedniej notce sondy, której wyniki wyraźnie odbiegają od wyników sond zamieszczanych gdzie indziej - często pochlebiałem sobie, że udało mi się zbudować tutaj minispołeczność fanów znacznie dojrzalszą niż średnia internetowa. Znów mam wrażenie, że się nie myliłem;-)

poniedziałek, 20 lutego 2012

Łukasz Piszczek, korupcja, reprezentacja Polski

Stałym czytelnikom „A jednak się kręci” niektóre ustępy z tekstu w dzisiejszej „Gazecie Sport.pl” mogą wydać się znajome, bo z nurtujących mnie wątpliwości, czy przestępca zasługuje na zaszczyt gry dla Polski, już się blogowo zwierzałem.

Od tamtej pory sytuacja się zmieniła, i to nie dlatego, że Piszczek - wciąż utrzymujący pozycję czołowego prawego obrońcy w Bundeslidze - wydaje się dla reprezentacji coraz cenniejszy. Zmieniła się, bo z opublikowanych właśnie w blogu „Piłkarska mafia” wyjaśnień złożonych kilka lat temu w prokuraturze wynika, że gracz Borussii Dortmund aktywnie uczestniczył w korupcji. Ba, namawiał do łapówkarstwa kolegę z drużyny.

Z dotychczasowych wywiadów z Piszczkiem - konsekwentnie bagatelizujących swoją rolę w tamtym incydencie - można było wnioskować, że siedział w kącie w szatni, ktoś rzucił propozycję, by kupić mecz, on przestraszony nie protestował. Dopiero z wyjaśnień złożonych prokuratorowi dowiadujemy się, że nie był biernym, naiwnym, zlęknionym chłopcem. Uczestniczył w naradzie w mieszkaniu kolegi z drużyny, na którym planowano oszustwo, a potem w sprawę „wtajemniczał” innego kolegę, na spotkaniu nieobecnego. Że był wśród pięciu organizatorów przekrętu. Zaprosiła go starszyzna drużyny jako jedynego młodego. Prokuratorom mówił: „My co prawda byliśmy silniejszą piłkarsko drużyną, ale w piłce nie ma nic pewnego. (...) rozmawiałem z Grześkiem Bartczakiem, powiedziałem mu, że jest propozycja remisu ze strony Cracovii i trzeba wyłożyć na ten cel pieniądze dla zawodników tej drużyny. Grzesiek się zgodził i miał przynieść te pieniądze”.

Słowem, Piszczek nie popełnił sportowej zbrodni w afekcie, lecz działał, jak mawiają prokuratorzy, w zmowie i z premedytacją. Co więcej, kiedy karali go członkowie wydziału dyscypliny PZPN, treści przytoczonych wyjaśnień nie znali (o czym przeczytacie w jutrzejszej „Gazecie”) . Trzykrotnie wzywali piłkarza na przesłuchanie, lecz ten się nie stawił - przysyłał lakoniczne pismo z przyznaniem się do stawianych mu zarzutów i prośbą o możliwie najłagodniejszy wymiar kary.

Co do jego reprezentacyjnej przyszłości nie mam żadnych złudzeń. Trenera Smudy ani prezesa Grzegorza Laty o dewastujące ich spokój ducha dylematy moralne nie podejrzewam, zdaję sobie sprawę, że odsunięcie od kadry Piszczka spowodowałoby ogromną wyrwę. Jeśli przetopiłem swoje wątpliwości w publicystykę, to dlatego, że nowa wiedza mnie poruszyła, że o jej konsekwencjach i znaczeniu debatować powinniśmy, że wymęczeni korupcyjnymi aferami zobojętnieliśmy, by nie powiedzieć - popadliśmy w etyczną znieczulicę.

A wy co myślicie?



niedziela, 19 lutego 2012

Guus Hiddink, Anży Machaczkała

Chyba najsławniejszy w gęstym futbolowym tłumie holenderskich obywateli świata Guus Hiddink przyjmował już posady w siedmiu krajach, i to skakał po kulturach kompletnie odmiennych. Po opuszczeniu państwa, w którym się urodził, zaglądał do Australii, Korei Płd., Rosji, Hiszpanii, Anglii i Turcji. Teraz zaakceptował ofertę Anży Machaczkała, co uczyni go najhojniej po Jose Mourinho opłacanym trenerem na planecie. Będzie pobierał 10 mln euro za sezon.

Hiddink zostanie jednak kimś więcej niż bogiem w szatni. Wyląduje u nowego pracodawcy w postaci Trójcy Świętej, między treningami wcielając się również w odpowiedzialnego za transfery dyrektora sportowego oraz odpowiedzialnego za cały - z rozmachem planowany - rozwój klubu wiceprezesa. Jako kosmopolita i globtroter poczuje się prawdopodobnie jak w niebie, bowiem gracze Anży mieszkają i ćwiczą w podmoskiewskiej wiosce Kratowo, do stolicy Dagestanu latając tylko na mecze. Od własnego stadionu dzieli ich dwa tysiące kilometrów. Dłużej latali do Tomska, ale już tam podróżować nie będą musieli, bo ta syberyjska drużyna zaraz spadnie z ligi. Teraz najdalej mają na mecze „u siebie”. Natomiast wśród zobowiązanych dochować mu wierności piłkarzy znajdzie Holender i rosyjskich tubylców, i obcokrajowców pochodzących niemal wyłącznie spoza Europy - Kameruńczyka Samuela Eto’o, Marokańczyków Mbarka Boussofę i Mehdiego Carcelę-Gonzaleza (spłodzonego przez Hiszpana byłego reprezentanta Belgii;-)), Senegalczyka Benoita Angbwę, Uzbeka Odila Ahmedowa, a także Brazylijczyków Roberto Carlosa, Joao Carlosa i Jucileia. Niewykluczone, że najbardziej obco czuje się tam młody Czech Jan Holenda, który dla zagranicznego pracodawcy kopie po raz pierwszy.

Klubów, którym spadli ostatnio z nieba nieskończenie majętni właściciele, systematycznie przybywa, harmider wywołują przede wszystkim szejkowie, ale projekt najbardziej spektakularny i osobliwy zarazem rozwija Sulejman Kerimow - rosyjski parlamentarzysta, biznesmen, filantrop, posiadacz 7,8 mld dol. prywatnego majątku, dzięki czemu dzieli z Silvio Berlusconim 118. pozycję na liście najbogatszych ludzi świata magazynu „Forbes”. Choć Anży istnieje ledwie dwie dekady, do europejskich pucharów zajrzało tylko na jednorundowy momencik, z drugoligowego zesłania wpierwsząligęwstąpiło dopiero w 2009 roku i pochodzi z niebezpiecznego regionu, to zdołało porywa się na transfery na miarę elity, a Eto’o przyciągnęło pensją nie tylko najwyższą w futbolu, lecz w ogóle w sportach zespołowych, wyjąwszy baseballistę Aleksa Rodrigueza. Kameruńczyk zarabia 20 mln euro rocznie.

Jeszcze więcej - 25 mln euro - zarabiałby Mourinho, gdyby przyjął zeszłoroczną ofertę Kerimowa, który ma taki gest, że tamci wszyscy bliskowschodni bonzowie - w powszechnej opinii psujący rynek, bo wywołujący inflację transferowych cen - bledną przy nim do dusigroszy. Oni w Paryżu (jedna z największych metropolii w Europie), Manchesterze (korzystającym z zawrotnej popularności całej Premier League) czy nawet Maladze (żadnej finansowej konkurencji poza Barceloną i Realem) mogą liczyć na dynamiczny rozwój marketingowy swoich klubów, Rosjanin działa w szokującym oderwaniu od ekonomicznych realiów. Machaczkała leży w regionie, eufemizując, niestabilnym, jest półmilionową dziurą zabitą dechami, nie daje żadnych szans na spełnienie wymogów UEFA, która chce zmusić świat futbolu do biznesowej wstrzemięźliwości wprowadzeniem finansowego fair play, pozwalającego klubom wydawać tylko tyle, ile zarobią.

Anży będzie dla niej poważnym wyzwaniem. Jeśli kiedyś awansuje do europejskich pucharów, według nowych przepisów nie powinno zostać do nich wpuszczone.

 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi