RSS
niedziela, 27 lutego 2011

Nasza coraz mniej nasza liga wznowiła kopanie, a ponieważ już w tym roku może stać się w jednej przynajmniej konkurencji europejskim liderem, napisałem o zachodzącym w niej zmianach felieton do „Gazety Sport.pl”. Znajdziecie go tutaj, jest w pewnym sensie kontynuacją tego sążnistego raportu o naszym stanie posiadania, który sporządziłem jesienią. Paradoks: charakter trwającej personalnej rewolucji fatalnie świadczy o jakości naszego futbolu, ale poziom tzw. ekstraklasy niewątpliwie podnosi.

22:17, rafal.stec
Link Komentarze (28) »
piątek, 25 lutego 2011

Wiara w potęgę piłkarstwa poznańskiego przepełniała mnie ogromna, więc wczoraj drżałem przede wszystkim o Liverpool. Czy przepchnie Spartę Praga? Czy postara się wystarczająco, by pozwolić zagrać ze sobą o ćwierćfinał Ligi Europejskiej naszemu Lechowi?

O los mistrzów Polski nie bałem się wcale. Tradycyjne na naszych murawach śródzimowe zesztywnienie członków w pierwszym meczu z Bragą, owszem, dostrzegałem, ale kombinowałem tak: wyrośli poznaniacy na niemalowanych fachurów od międzynarodowych pucharów, nauczyli się zwyciężać pomimo przejściowych trudności, w najgorszym razie skończy się jak przed tygodniem, gdy wynieśli z szatni futbol dotkliwie byle jaki, lecz gola portugalskim rywalom wcisnęli. Sami pomyślcie - uczestniczył wczoraj Lech w 30. europucharowym wieczorze w ostatnich trzech sezonach (poza nim nikt z naszych nigdy nie udzielał się tak intensywnie), a drużyna kadrowo ewoluuje powolutku, czyli wspiera się dziś na solidnym fundamencie - doświadczonych bohaterach wielu kampanii.

I zabrakło milimetrów bądź centymetrów, bym się nie pomylił. Gdyby piłka po oddanym w ostatnich sekundach strzale Jakuba Wilka wsunęła się pod poprzeczkę, bezładna gra poznaniaków poszłaby w zapomnienie. Czekalibyśmy, aż dadzą im ten Liverpool, i sławili zawodowców, którzy wykonują zlecenie nawet w złym dniu, gdy mają problem z odbezpieczeniem spluwy.

Niestety, skończyło się na 0:2, zapamiętamy tylko ich niezdolność do wykonywania najprostszych czynności. Niemal wszyscy grali, jakby mieli chandrę. Spochmurnieli od szalonych, realizowanych w obu meczach fantazji taktycznych Jose Bakero? Kompletnie zgłupieli, gdy trener w Poznaniu wygnał napastnika Ślusarskiego na skrzydło, by w Bradze wygnać go na trybuny, a na boisku zawirował Stiliciem i Rudnevsem? Przygasiły ich ostre, zaordynowane na modłę hiszpańską przygotowania do sezonu? Zwolennicy tez ogólniejszych przypomną, że to klimat skazuje naszych na wieczne późną zimą przegrywanie, że nasi zawsze wybudzają się zbyt długo, by podołać przeciwnikom, którzy nie wiedzą, co to śródsezonowa, ciągnąca się miesiącami wyrwa w graniu. Co jednak brzmi jak podszyta rozpaczą rada, by pogodzić się z ponurym przeznaczeniem - mimo wszystko nie ma podstaw do utożsamiania globalnego ocieplenia z boskim planem ocalenia polskiej piłki, a rywali słabszych niż Braga, drużyna dopiero składana po demontażu, raczej o tej porze roku w pucharach nie spotkamy.

Staje się już powoli lokalną tradycją, że nasze kluby rozpoczynają każdą połówkę sezonu w formie słabej lub beznadziejnej - i latem, i zimą, niezależnie od narodowości trenera oraz piłkarzy. Staje się też cechą charakterystyczną Ligi Europejskiej, że wielu jej uczestników z wysoko rozwiniętych futbolowo państw traktuje ją jak balast, który najchętniej czym prędzej by zrzuciło. (Pogardę dla rozgrywek demonstrują często jawnie, choć, o paradoksie, w trakcie krajowego sezonu ligowego deklarują, że ich celem jest awans do nich).

Dlatego właśnie eurowystęp Lecha nieco dezorientuje. Nie ma wątpliwości, że generalnie poznaniacy zasługują na hołd - od kibiców, którym dali jesienią mnóstwo frajdy, a także całej polskiej ligi, która bez ich sukcesów jęczałaby pewnie w piątej dziesiątce rankingu UEFA. Zarazem jednak trudno ocenić realną siłę mistrza Polski. Czy tak źle wypadł w dwumeczach z azerskim Interem Baku, Spartą Praga oraz Bragą wyłącznie z własnej winy, czy również dlatego, że ci rywale w alternatywnej rzeczywistości Ligi Europejskiej bywają groźniejsi niż Manchestery i Juventusy? Może głodnego, zdeterminowanego Azera albo Czecha powinniśmy się bać bardziej niż sytego, zblazowanego Włocha albo Anglika?

Lech wyeliminował jesienią Juventus, czyli reprezentanta kraju ostentacyjnie lekceważącego mniej prestiżowy z międzynarodowych pucharów. Turyńczycy nie rzucali na naszych niemal nikogo, kto walczył w następnej kolejce Serie A; wraz z nimi w fazie grupowej odpadły też Palermo i Sampdoria; trener ostatniego ocalałego Napoli, w kraju sensacyjnie wiceliderującego, zatrzymał wczoraj w rezerwie kilku ważnych graczy, m.in. zabójczego snajpera Cavaniego, i oczywiście przegrał. Kryzys calcio całkiem tej gromadnej klęski Włochów nie wyjaśnia.

Jeśli zgłaszam wątpliwości choć częściowo zasadne, to LE trzeba rzeczywiście uznać za świat alternatywny - dający świadectwo tyleż siły uczestników, co ich stosunku do rozgrywek. (Widać to było także po poznaniakach, którzy w meczach międzynarodowych bardzo pragnęli zwyciężać i zwyciężali, a w lidze polskiej dryfowali tuż nad strefą spadkową). Firmy o onieśmielająco brzmiących nazwach warto w LE wylosowywać nie ze względu na wyższe zyski z transmisji telewizyjnych, lecz dlatego, że ich piłkarze mają na głowach sprawy ważniejsze niż drugorzędne rozgrywki pucharowe. Dnipro bywa tam silniejsze od Juve, a Braga od Manchesteru City. Przybywa powodów by podejrzewać, że znacznie łatwiej przekopać się przez bogatą zachodnią konkurencję w fazie grupowej Ligi Europejskiej niż przez uboższą wschodnią konkurencję w eliminacjach Ligi Mistrzów.

11:57, rafal.stec
Link Komentarze (42) »
poniedziałek, 21 lutego 2011

Po raz pierwszy spłodziłem do poniedziałkowej „Gazety” felieton będący w pewnym sensie kontynuacją poprzedniego. Zdarzyło się po odzewie czytelniczym na tamten tekst. Dzisiejszy znajdziecie tutaj.

13:01, rafal.stec
Link Komentarze (48) »
piątek, 18 lutego 2011

W erze przednowoczesnej, kiedy nasza planeta wydawała się jeszcze ciut większa od wioski, którą można obejść w kilka chwil, sprawa była prosta - utalentowane brzdące nie wyprawiały się dla przyspieszenia kariery na drugi kraniec kontynentu, więc wychowankiem był ten, kto na swój pierwszy trening przygramolił się na czworakach, a potem w tym samym klubie wypluł smoczek, stanął na dwóch kończynach, złapał równowagę, podskoczył etc. Najczęściej był też chłopcem z sąsiedztwa. W 1967 roku zdarzyło się nawet, że Puchar Europy - a także mistrzostwo Szkocji, Puchar Szkocji i Puchar Ligi Szkockiej - zdobyli dla Celtiku Glasgow ludzie w komplecie urodzeni o mocniejszy wyrzut piłki z autu od stadionu.

Potem rzeczywistość zaczęła się gmatwać, aż skomplikowała się tak bardzo, że nie zdołalibyśmy ustalić nawet satysfakcjonującej wszystkich definicji wychowanka. UEFA widzi w nim każdego, kto między 15. a 21. rokiem życia spędził w klubie trzy sezony (bez przerwy), choć dziś futbolową edukacją obejmuje się już przedszkolaków. Działacze musieli podać jakiś konkret, by umieścić go w regulaminie - wymagają bowiem od uczestników europejskich pucharów, by ci zgłaszali do rozgrywek przynajmniej czterech wyszkolonych u siebie graczy (plus czterech wyszkolonych w tym samym kraju). W oryginale chodzi o „locally trained players”.

Definicja UEFA jest, oględnie mówiąc, osobliwa. Absurdalnie szeroka i absurdalnie wąska zarazem. Za wychowanka uznaje piłkarza, który podpisał z klubem kontrakt jako ukształtowany 18-latek, a nie uznaje za wychowanka piłkarza, który uczył się w klubie od 7. do 17. roku życia.

Dopuszcza też, że piłkarz jest wychowankiem dwóch klubów - np. zaczął Villarrealu, by jako 18-latek przenieść się do Valencii. Ba, dopuszcza, że piłkarz nie jest niczyim wychowankiem - gdyby ów wspomniany 18-latek po dwóch sezonach zmienił Valencię na Levante.

Co tylko pozornie brzmi nonsensownie. Każdy z nas jest wychowankiem i podstawówki, i szkoły średniej, i uniwersytetu. Każdy bez burzliwej młodości ani wybujałych potrzeb edukacyjnych, bo przecież ludzie zmieniają licea, studiują wieloetapowo - i wtedy zasługi dzieli między siebie jeszcze liczniejsze grono nauczycielskie.

Piłkarzy słynącego z umiejętnej pracy z młodzieżą Arsenalu, który w środę pokonał w Lidze Mistrzów słynącą z umiejętnej pracy z młodzieżą Barcelonę, zawsze było trudno sklasyfikować. Londyńczycy łowią zdolnych nastolatków - często o uznanym już talencie, zademonstrowanym na mistrzowskich turniejach juniorskich - ze wszystkich muraw świata. I nikt nigdy nie rozstrzygnie, w jakim ułamku Ceska Fabregasa, wyjętego z katalońskiej La Masii w wieku 16 lat i 4 miesięcy, wyrzeźbiła Barca, a w jakim Arsenal. Czego innego uczy się chłopca wciąż walczącego z trądzikiem, a czego innego - chłopca, który trądziku już się pozbył.

Trenera Wengera obwołałbym, skoro trzymamy się już analogii do powszechnego systemu edukacji, wybitnym nauczycielem akademickim, który uwielbia przyspieszać, zaciągając ich przedwcześnie na uniwersytet, kariery domniemanych młodocianych geniuszy. Najśmielej wypuszcza chłopców między mężczyzn. Nawet w rewiry szczególnie niebezpieczne, o czym przypominają nam właśnie początki na Highbury Fabregasa, który już jako 16-latek weekend w weekend bił się w środku pola, czyli tam, gdzie drągale z Premier League lubią rozpętać piekło.

Wedle przepisów UEFA londyńczycy ubili w środę Barcelonę siedmioma wychowankami - Szczęsnym (wzięty jako 15-latek), Djorou (15), Clichym (18), Songiem (18), Walcottem (16), Fabregasem (16), Bendtnerem (16) oraz Wilsherem.

Wychowankiem w sensie najściślejszym jest wyłącznie ten ostatni, który chadzał do arsenalskiej szkółki od pierwszej klasy, zaczął jako dziewięciolatek.

Jego rewelacyjny występ to wielki triumf Wengera - krytycy jego polityki personalnej wyrzucali mu niechęć do kosztownych transferów pozwalających mocno obsadzić przede wszystkim bramkę oraz środek pola (sam byłem w gronie awanturujących się). Trener trwał przy swoim, aż doczekał się obiecującego Szczęsnego oraz zachwycającego Wilshere’a. Może nawet, wobec prawdopodobnego jeszcze pełniejszego rozkwitu Anglika, „Profesor” - jak wołają na Wengera - będzie skłonny puścić do domu Fabregasa? W każdym razie Barcelona, jeśli fortunę w transfer zainwestuje, jako wychowanka w Lidze Mistrzów wystawić go nie będzie mogła.

14:32, rafal.stec
Link Komentarze (33) »
czwartek, 17 lutego 2011

Jaka tam mamona i wredna, niszcząca piłkę finansjera, wracająca Liga Mistrzów znów wystrzeliła fantastycznymi, czystymi emocjami. Na razie każdy mecz kończył się albo sensacyjnie, albo niespodziewanie, a o meczu nad meczami - mnie urzekli ponad wszystkich piłkarz najmłodszy (Wilshere z Arsenalu) i najstarszy (Abidal z Barcelony) - można by gawędzić do bladego świtu.

Dla nas, Polaków, też było niesamowicie, nasz człowiek naprawdę brał aktywny udział w spektaklu, w którym nasi udziału nigdy nie biorą, wyjąwszy oczywiście odosobniony, do dziś niewyjaśniony przypadek Jerzego Dudka. Swoją relację spisaną do jutrzejszej „Gazety” zacząłem tak (przeklejam, byście nie musieli klikać tutaj): „Do bramkarzy zapraszanych na salony spychana na margines nasza piłka miała ostatnio niesłychane szczęście. Dudek został bohaterem finału Champions League, Kuszczak dwukrotnie śledził jego przebieg z ławki rezerwowych Manchesteru Utd, Fabiański stawał w bramce Arsenalu. Wojciech Szczęsny pod jednym względem wyprzedza wszystkich - u niego wszystko dzieje się prędzej. W Arsenalu zaczął dojrzewać jako gimnazjalista, w reprezentacji kraju zadebiutował w zeszłym roku jako najmłodszy bramkarz w jej powojennej historii, ligi angielskiej spróbował po raz pierwszy - w grudniu - w szlagierze z Manchesterem Utd, i to na jego stadionie Old Trafford. Piękne wyzwania, ale wczoraj, na dwa miesiące przed 21 urodzinami, stanął przed jeszcze piękniejszym. W wieku dla bramkarza niemowlęcym miał bronić strzałów Barcelony - drużyny złożonej wyłącznie z wirtuozów, uznawanej za najlepszą w świecie, coraz częściej obwoływanej kandydatką na najwspanialszą w historii”.

Na sukcesiki naszych futbolowych emigrantów zazwyczaj reagujemy pochopnymi hołdami - raz lub dwa kopną sensem, a naród już klęka, wyje do gwiazd i w ogóle santo subito. Z bramkarzem Arsenalu, mam wrażenie, dzieje się odwrotnie. Chyba nie całkiem uświadamiamy sobie, co chłopak wyprawia. Jeśli Robert Lewandowski wspina się w piłkarskiej hierarchii szokująco szybko, to co rzec o Szczęsnym, operującym w dziedzinie premiującej dojrzałość? Boruc w jego wieku maczał jeszcze w mleku sucharki, Boniek ledwie wyrwał się z Bydgoszczy, Deyna nie zdążył zadebiutować w reprezentacji...

Szczęsny w tańcach na samym szczycie futbolowego mikrokosmosu nie tylko nie odstaje. Pląsa ze znawstwem i gracją; jak świętuje gola, to swoimi gestami porywa londyńskich fanów; daje znać, że ma jaja jak Big Ben. On chyba nie potrzebuje, byśmy padali mu do rękawić już dziś. On chyba planuje dać ku temu powodów więcej. Czasu ma cholernie dużo.

00:44, rafal.stec
Link Komentarze (51) »
środa, 16 lutego 2011

Zdarzało się, że obecna, porywająca Barcelona padała. Ale jeszcze nikt jej nie powalił jej własną bronią, a londyńczycy, którzy podejmują ją wieczorem w 1/8 finału Champions League, inaczej grać nie umieją.

Wicelider ligi angielskiej uprawia futbol, który uchodzi za najbliższy wizji katalońskiej, hołubiącej wydłużane w nieskończoność utrzymywanie się przy piłce i zniechęcenie do walki pozbawionych jej rywali. Ci głównie patrzą, jak Barcelona się bawi. I niemal całą energię wkładają w wycieńczającą fizycznie i psychicznie modlitwę o przetrwanie.

Arsenal dąży do zwycięstw trochę inaczej, bo nad barcelońską dreptaninę przedkłada szybszy atak, ale fundamentalną różnicę dostrzeżemy w gablotach z trofeami. Katalończycy dwukrotnie wygrywali niedawno LM i panują w lidze hiszpańskiej, londyńczycy nie zdobyli żadnego - krajowego ani międzynarodowego - trofeum od 2005 r. Dla klubu o ich aspiracjach to cała wieczność. Zwłaszcza że wśród najbogatszych pozostają jedynym obok Chelsea, który najcenniejszego trofeum nie wygrał nigdy.

Dlatego piłkarzom Arsene'a Wengera tak samo często składa się hołdy za atrakcyjny styl gry, jak wypomina skandaliczną niedojrzałość wyrośniętych chłopców, których zawsze uspokaja przeświadczenie, że jutro dostaną następną szansę. Pecha w losowaniu par 1/8 finału też sprowadzili na siebie sami - gdyby wcześniej niespodziewanie nie oddali pozycji lidera w grupie Szachtarowi Donieck, wpaść na Katalończyków by nie mogli.

Barcy pragnęli uniknąć wszyscy. Odkąd w 2008 r. objął ją trener Josep Guardiola, przegrywa tak rzadko, że wywołuje wrażenie, jakby nie przegrywała nigdy. A jeśli już wpadka się przytrafia, to albo podejrzewamy piłkarzy o chwilowe roztargnienie, albo przeciwnicy wyrzekają się jakichkolwiek zamiarów poza wspomnianym wymodleniem remisu - rezygnują z pressingu i prób przejęcia inicjatywy, czekają stłoczeni na własnej połowie, liczą nie tylko na własną pracę do upadłego, ale też łut szczęścia. Paradoks: nieliczni, którzy zdołali ostatnio Barcelonę powstrzymać, byli przy piłce jeszcze rzadziej niż ci, którzy ponosili porażki lub klęski.

Tyle że Arsenal oddawać pola nie umie. W każdym razie - nie zwykł oddawać pola.

Gdyby londyńczycy szukali w przeszłości dowodów, że może się udać, musieliby przywoływać triumf Interu z zeszłej wiosny - zanim mediolańczycy cudem przetrwali oblężenie na Camp Nou (przegrali tylko 0:1), pokonali Katalończyków 3:1.

To był absolutny wyjątek, innych przesłanek pozwalających wierzyć w powodzenie podjęcia otwartej walki z Barceloną brak. Nawet ten sam trener José Mourinho, który obmyślił strategię dla Interu, jesienią poniósł najbardziej dotkliwą klęskę w karierze, (0:5) m.in. dlatego, że uwierzył, iż Real Madryt może zagrać w El Clasico tak jak w każdym innym meczu. Odsunął linię obrony daleko od swojej bramki i nawet pomimo kontuzji jedynego snajpera w formie - Gonzalo Higuaina - nie osłonił jej dodatkowym defensywnym pomocnikiem.

W tym sezonie Barcelona zdaje się potężniejsza niż kiedykolwiek. Pozbyła się Ibrahimovicia, który mimo fantastycznego talentu raczej kolegom zawadzał, nie będąc w stanie podporządkować się ich osobnemu stylowi gry, a wzięła najbardziej zabójczego snajpera w Europie ostatnich lat Davida Villę - wyrzeźbionemu najwyraźniej właśnie po to, by wkomponować go w kataloński pejzaż. Mentalnej mocy jej hiszpańskim gwiazdom jeszcze dodało zdobyte w RPA złoto mundialu. Wreszcie Leo Messi zaczął wzlatywać wyżej i wyżej, aż najbardziej wstrzemięźliwi eksperci wyszeptali z podziwem, że ściga Maradonę.

Choć dziś nie zagra obrońca Carles Puyol, to słynny przed laty angielski napastnik Gary Lineker raczej nie zmieni swojej diagnozy - a uderzył mocno, gdy ogłosił, że ledwie trzech londyńczyków zmieściłoby się w kadrze Barcy. Nie kadrze podstawowego składu, lecz meczowej - liczącej 18 osób. Tym bardziej że gospodarze usiłują uzdrowić równie ważną dla siebie postać, najbardziej wydajnego w ofensywie Samira Nasriego. To m.in. Francuza mógł Lineker uznać za godnego gry z katalońskimi wirtuozami.

Faworyci niekoniecznie będą dziś parli do wielobramkowej kanonady. Oni, na co rzadko zwraca się uwagę, w rundach pucharowych LM nie zwyciężyli na wyjeździe od meczu w Gelsenkirchen z kwietnia 2008 r. (ostatnie wyniki: 1:3, 2:2, 1:1, 1:1, 1:1, 1:1, 0:1). Mocne ciosy wyprowadzają dopiero u siebie (ostatnie wyniki: 1:0, 4:1, 4:0, 0:0, 4:0, 5:2, 0:0, 1:0, 1:0), o czym przekonał się w minionym sezonie Arsenal, który na Emirates Stadium wbił rywalom dwie bramki, a w rewanżu wybatożył go czterema golami Messi. Messi o niebo mniej skuteczny wówczas niż dziś. W sobotę Hiszpanie zbaranieli, bo przytrafiła mu się ligowa kolejka bez bramki. A całej drużynie - remis po 16 zwycięstwach z rzędu.

Dlatego ewentualny sukces Arsenalu byłby dalece bardziej szokujący niż ubiegłoroczny sukces Interu. Zwłaszcza sukces odniesiony bez wyrzekania się swego stylu gry, co wydaje się misją straceńczą. Czy jednak trener Wenger ma alternatywę, skoro od lat widzimy, że uczy piłkarzy na najwyższym światowym poziomie atakować, ale nie umie nauczyć ich na najwyższym światowym poziomie bronić?

17:12, rafal.stec
Link Komentarze (86) »
wtorek, 15 lutego 2011

To był przykry wieczór dla fanów calcio, to były sceny, które już (nie) raz widzieli, na końcu padł wynik, który dobrze znają, w ogóle wszystko przebiegało tak, że nie sposób podsumowująco pisać o niczym, o czym się już nie pisało.

Milan nie tylko przegrał z Tottenhamem, jego piłkarze zasłużyli jeszcze na dwie czerwone kartki - Flamini za tępą brutalność zagrażającą zdrowiu rywala, Gattuso za całą drugą połowę przeżytą w ślepej furii. Gdyby zaatakowany przez niego asystent trenera gości Joe Jordan (kiedyś grał w... Milanie) hołdował współczesnym obyczajom boiskowym, padłby i udawał trupa dopóty, dopóki arbiter nie skazałby Włocha na karę śmierci. Skończyło się na żółtej kartce, ale UEFA niemal na pewno zdyskwalifikuje Gattuso – kapitana mediolańczyków - na dłużej. Słowem, znów pójdzie w świat, że calcio to głównie chuligaństwo i niezdolność do honorowego zaakceptowania porażki.

Znów pójdzie też w świat, że Zlatan Ibrahimović to futbolista wybitny wyłącznie w aspekcie krajowym - był mistrzem Holandii z Ajaksem, był mistrzem Włoch z Juventusem oraz Interem, był mistrzem Hiszpanii z Barceloną, teraz zmierza po mistrzostwo Włoch z Milanem. Międzynarodowo nie osiągnął nic, dziś jak zwykle drużyny nie zainspirował - groźniej od niego atakował obrońca Yepes.

A przede wszystkim znów pójdzie w świat, że calcio się zestarzało i ledwie dycha. Massimo Allegri od ofensywnego pomocnika („trequartista”) żąda dynamiki i ostrych wejść w pole karne, ale wystawił na tej pozycji Clarence’a Seedorfa, który dostojnie przemierzał trawy także wtedy, gdy jeszcze nie dochodził do 35. urodzin. I trzeba było zdjąć go już w przerwie. Trener gospodarzy alternatywy jednak nie miał, bo wszystkich graczy drugiej linii położyły mu kontuzje. To główny wątek bieżącego sezonu w uznanych firmach Serie A - miewał całymi tygodniami szatnię uszczuploną o kilkunastu (!) graczy naraz Inter Mediolan, miewał kilkunastu leczących się naraz graczy Juventus, ostatnio epidemia zdziesiątkowała Milan. Większość przewlekle chorych to oczywiście sportowcy tyleż wiekowi, co do kości wyeksploatowani. Dziś Allegri nie dokonał trzeciej zmiany, bo na ławce ostali mu się już wyłącznie obrońcy (w tym jeden 34- i dwóch 35-latków) oraz dzidziuś Alexander Merkel. A Redknapp spokojnie zastępował prących dopiero ku szczytom swoich karier van der Vaarta i Pienaara na prących dopiero ku szczytom swoich karier Modricia i Kranjcara...

Angielscy fani też przeżyli to, do czego zdążyli już przywyknąć. Znów zobaczyli, że ich drużyny mają nad włoskimi przewagę atletycznej świeżości. Znów zobaczyli, jak ich drużyny zwyciężają w 1/8 finału Milan. Trzy lata temu na San Siro wygrał Arsenal. Rok temu wygrał tam Manchester United. Teraz wygrał Tottenham. W Lidze Mistrzów nie wystąpili dotąd nigdy, są teraz na czwartym miejscu w Premier League, a przechytrzyli lidera Serie A. Po jesiennym zwycięstwie nad aktualnym mistrzem Serie A... I nad obrońcą Pucharu Europy zarazem... Przypominacie sobie, kiedy ostatnio debiutant w LM dotarł do ćwierćfinału?

Dopadli go w drugiej połowie, w której oblegani przed przerwą gospodarze ożyli, zaskoczyli rywali intensywnością i agresywnością gry, bywali bliscy wgryzienia się w bramkę. I przynajmniej skończyło się na przekór stereotypom - londyńczycy zadali decydujący cios po najklasyczniejszym z klasycznych kontrataków, wyprowadzając go w dodatku akurat wtedy, gdy gospodarze wydawali się panować nad sytuacją. Byli sprytniejsi. Czy to jeszcze wypada obwoływać sensacją?

Tagi: AC Milan
23:54, rafal.stec
Link Komentarze (49) »
poniedziałek, 14 lutego 2011

W zeszłym tygodniu firma Deloitte opublikowała kolejny raport Money League, w którym uaktualniła listę najbogatszych klubów piłkarskich, uszeregowując je według przychodów (i analizując ich strukturę). Jej dzieło oraz zbliżający się moment wprowadzenia przez UEFA Finansowego Fair Play zainspirowały mnie do napisania felietonu do dzisiejszej „Gazety”- znajdziecie go tutaj.

20:42, rafal.stec
Link Komentarze (32) »
sobota, 12 lutego 2011

Rooney znów poczuł, że jest piłkarzem wybitnym. Nie wiem, co bardziej podziwiać w jego dzisiejszej przewrotce, dającej zwycięskiego gola w derbach Manchesteru - perfekcję wykonania jednego z najbardziej wymagających technicznie (i fizycznie!) zagrań, czy decyzja, by w ogóle akurat tak spróbować. Co ja zresztą w odurzeniu wypisuję, jaka decyzja, jakie próby, piłka szybuje ze skrzydła zbyt szybko, by cokolwiek analizować - fenomenalny strzał zawdzięczamy raczej instynktowi, eksplozji mocy drzemiącej w drapieżniku, który nie kontroluje swojego sportowego geniuszu - to geniusz steruje nim.

Akrobatycznych goli trochę już w historii futbolu padło. Strzelali bosko snajperzy wybitni, jak Marco van Basten:

...strzelali - jeszcze bardziej bosko - gracze zapomniani, jak Mauro Bressan z Fiorentiny:

...strzelali najwięksi w historii, jak Pele w meczu z Belgią. Strzelali przewrotką gracze, dla których to był naturalny odruch, bo saltem celebrowali każdą zdobytą bramkę, jak Hugo Sanchez:

...strzelali gracze uchodzący za pokracznych, jak Peter Crouch:

...Youri Djorkaeff postanowił nawet uderzać (pół)przewrotką z bardzo ostrego kąta:

Ale dzisiejszy wyczyn Rooneya kojarzy mi się przede wszystkim z krzywdą, jaką swego czasu wyrządził Valencii Rivaldo:

Jak bowiem Brazylijczyk w ostatniej minucie ostatniej kolejki ligi hiszpańskiej podarował Barcelonie awans do Ligi Mistrzów, tak i Rooney spłodził swoje arcydzieło w chwili arcyważnej, gdy ważyły się losy derbów Manchesteru, a poniekąd również rywalizacji o mistrzostwo Anglii. To aż nierzeczywiste - cios, o którym śnią wszyscy wyczynowi i amatorscy kopacze świata, zadać w takiej chwili... Sam Wayne już zdążył wydukać, że poprzednio z przewrotki trafił w szkole...

Swego czasu składałem hołd wdzięczącej się na Old Trafford najpiękniejszej parze na świecie, którą angielski napastnik tworzył z Cristiano Ronaldo. Duet z Nanim, który dziś asystował, sam ładnie strzelił i od wielu tygodni rozstrzyga o wynikach MU, nie musi być brzydszy. Zwłaszcza z Rooneyem czarującym na drugim piętrze, Rooneyem, który dziś wskoczył na podium mojego prywatnego rankingu najwspanialszych futbolowych przewrotek:


16:56, rafal.stec
Link Komentarze (37) »
czwartek, 10 lutego 2011

Władimir Tatli, Pomnik III Międzynarodówki, 1919

1) W kwestii meczów towarzyskich rozgrywanych na neutralnym terenie, czyli w pustce, czuję bezradność. Jako widz. Wiem, że są niezbędne, ale tego się czasami zwyczajnie nie da  znieść. Skomlę w trakcie jak bite szczenię.

2) Gdy spoglądałem na drętwotę ofensywną Polaków, czułem, że wyrywają mi paznokcie, aż znieczulił mnie - ba, prawie w błogość wprawił - Robert Lewandowski. Pomysł, drybling, śmiałość, strzał - we wszystkim widzieliśmy klasę światową. Bundesliga mu służy, nawet próbowana drobnymi kęsami, częściej oglądana z rezerwy, nawet jeśli nasz rodak sporo pudłuje i niektórzy niedobrzy Niemcy z niego drwią. 22 lata, 30 meczów i 10 goli w reprezentacji - on naprawdę może ustanowić parę rekordów.

3) Janusz Gol zagrał przez 37 sekund. Odniósł mały sukcesik, piłka zdążyła mu nawet raz spaść na głowę. Doceniamy te przemyślane, taktyczne zmiany w sparingach... I jakie skuteczne! To był już szósty z rzędu mecz bez porażki!

4) Roger potruchtał trochę dłużej, niespełna kwadrans. Szkoda, że tak krótko, szkoda, że Smuda pożąda towarzyskich zwycięstw do zatracenia i zwleka ze zmianami. Jesienią ciągnął do Ameryki Niedzielana, by tam osadzić go w rezerwie na 160 ze 180 minut gierek z USA oraz Ekwadorem, teraz zaprosił do kadry naturalizowanego Brazylijczyka (przeszło rok na wygnaniu) i też wykazać mu się nie dał. Dowiedział się wszystkiego na treningach? Chciał, by w meczu drużyna przede wszystkim ćwiczyła schematy ofensywne? Ktoś jakieś wychwycił?

5) Niechęć do zmian kłuła w oczy tym mocniej, że jeszcze przed przerwą Jeleń bezgłośnie błagał, by go zabrać z boiska. To nie tyle Norwegowie go zakleszczyli, co on, najwyraźniej wciąż niewybudzony po kontuzji, nie starał się im uciec, najbezpieczniej czuł się chyba schowany za mosiężnymi skandynawskimi plecami.

6) Wojciech Szczęsny raz znakomicie piłkę wybił na róg, raz minął się z piłką przy dośrodkowaniu, stale źle wprowadzał piłkę do gry. Albo nie dokopywał do połowy, albo wykopywał na aut.

7) O reszcie obrony mi się nie chce, bo wiem, że Smuda wciąż czeka na Arboledę i Perquisa. Jeśli dołożymy do tego kurującego się Boenischa, który w kadrze ledwie zdążył zadebiutować, wyciągamy oczywisty wniosek, iż defensywę selekcjoner dopiero zacznie składać. Oby tylko w tej międzynarodówce bariera językowa szybko padła.

8) Norwegowie przywieźli do Hiszpanii drużynę świadomą swoich ograniczeń, z wyraźną tożsamością. Zorganizowaną i rzetelną w defensywie, dość prymitywną w ofensywie - choć ich proste środki przy większym zaangażowaniu w walkę mogą dawać przyzwoite efekty.

9) Jak się naszych zmusi, by przytrzymali dłużej piłkę, to się robi strasznie. Miejmy nadzieję, że na Euro 2012 zechcą nas oblegać, a my będziemy odpowiadać pojedynczymi, szybkimi pchnięciami.

10) Na koniec tradycyjnie składy. Podaję w stronniczym opakowaniu: Bramkarz Arsenalu - Lider Bundesligi, Lider Ligi Tureckiej, Piłkarz Serie A, Uczestnik Tegorocznej Ligi Mistrzów - Lider Bundesligi, Piłkarz Bundesligi, Uczestnik Tegorocznej Ligi Mistrzów, Który Właśnie Przeszedł Do Klubu Robiącego Furorę W Lidze Europejskiej - Lider Ligi Francuskiej, Uczestnik Tegorocznej Ligi Mistrzów, Lider Bundesligi.

Może dałoby się z tego zbudować coś ładniejszego niż to wczorajsze?

 
1 , 2
Archiwum
Tagi