RSS
niedziela, 27 lutego 2011

Nasza coraz mniej nasza liga wznowiła kopanie, a ponieważ już w tym roku może stać się w jednej przynajmniej konkurencji europejskim liderem, napisałem o zachodzącym w niej zmianach felieton do „Gazety Sport.pl”. Znajdziecie go tutaj, jest w pewnym sensie kontynuacją tego sążnistego raportu o naszym stanie posiadania, który sporządziłem jesienią. Paradoks: charakter trwającej personalnej rewolucji fatalnie świadczy o jakości naszego futbolu, ale poziom tzw. ekstraklasy niewątpliwie podnosi.

22:17, rafal.stec
Link Komentarze (28) »
piątek, 25 lutego 2011

Wiara w potęgę piłkarstwa poznańskiego przepełniała mnie ogromna, więc wczoraj drżałem przede wszystkim o Liverpool. Czy przepchnie Spartę Praga? Czy postara się wystarczająco, by pozwolić zagrać ze sobą o ćwierćfinał Ligi Europejskiej naszemu Lechowi?

O los mistrzów Polski nie bałem się wcale. Tradycyjne na naszych murawach śródzimowe zesztywnienie członków w pierwszym meczu z Bragą, owszem, dostrzegałem, ale kombinowałem tak: wyrośli poznaniacy na niemalowanych fachurów od międzynarodowych pucharów, nauczyli się zwyciężać pomimo przejściowych trudności, w najgorszym razie skończy się jak przed tygodniem, gdy wynieśli z szatni futbol dotkliwie byle jaki, lecz gola portugalskim rywalom wcisnęli. Sami pomyślcie - uczestniczył wczoraj Lech w 30. europucharowym wieczorze w ostatnich trzech sezonach (poza nim nikt z naszych nigdy nie udzielał się tak intensywnie), a drużyna kadrowo ewoluuje powolutku, czyli wspiera się dziś na solidnym fundamencie - doświadczonych bohaterach wielu kampanii.

I zabrakło milimetrów bądź centymetrów, bym się nie pomylił. Gdyby piłka po oddanym w ostatnich sekundach strzale Jakuba Wilka wsunęła się pod poprzeczkę, bezładna gra poznaniaków poszłaby w zapomnienie. Czekalibyśmy, aż dadzą im ten Liverpool, i sławili zawodowców, którzy wykonują zlecenie nawet w złym dniu, gdy mają problem z odbezpieczeniem spluwy.

Niestety, skończyło się na 0:2, zapamiętamy tylko ich niezdolność do wykonywania najprostszych czynności. Niemal wszyscy grali, jakby mieli chandrę. Spochmurnieli od szalonych, realizowanych w obu meczach fantazji taktycznych Jose Bakero? Kompletnie zgłupieli, gdy trener w Poznaniu wygnał napastnika Ślusarskiego na skrzydło, by w Bradze wygnać go na trybuny, a na boisku zawirował Stiliciem i Rudnevsem? Przygasiły ich ostre, zaordynowane na modłę hiszpańską przygotowania do sezonu? Zwolennicy tez ogólniejszych przypomną, że to klimat skazuje naszych na wieczne późną zimą przegrywanie, że nasi zawsze wybudzają się zbyt długo, by podołać przeciwnikom, którzy nie wiedzą, co to śródsezonowa, ciągnąca się miesiącami wyrwa w graniu. Co jednak brzmi jak podszyta rozpaczą rada, by pogodzić się z ponurym przeznaczeniem - mimo wszystko nie ma podstaw do utożsamiania globalnego ocieplenia z boskim planem ocalenia polskiej piłki, a rywali słabszych niż Braga, drużyna dopiero składana po demontażu, raczej o tej porze roku w pucharach nie spotkamy.

Staje się już powoli lokalną tradycją, że nasze kluby rozpoczynają każdą połówkę sezonu w formie słabej lub beznadziejnej - i latem, i zimą, niezależnie od narodowości trenera oraz piłkarzy. Staje się też cechą charakterystyczną Ligi Europejskiej, że wielu jej uczestników z wysoko rozwiniętych futbolowo państw traktuje ją jak balast, który najchętniej czym prędzej by zrzuciło. (Pogardę dla rozgrywek demonstrują często jawnie, choć, o paradoksie, w trakcie krajowego sezonu ligowego deklarują, że ich celem jest awans do nich).

Dlatego właśnie eurowystęp Lecha nieco dezorientuje. Nie ma wątpliwości, że generalnie poznaniacy zasługują na hołd - od kibiców, którym dali jesienią mnóstwo frajdy, a także całej polskiej ligi, która bez ich sukcesów jęczałaby pewnie w piątej dziesiątce rankingu UEFA. Zarazem jednak trudno ocenić realną siłę mistrza Polski. Czy tak źle wypadł w dwumeczach z azerskim Interem Baku, Spartą Praga oraz Bragą wyłącznie z własnej winy, czy również dlatego, że ci rywale w alternatywnej rzeczywistości Ligi Europejskiej bywają groźniejsi niż Manchestery i Juventusy? Może głodnego, zdeterminowanego Azera albo Czecha powinniśmy się bać bardziej niż sytego, zblazowanego Włocha albo Anglika?

Lech wyeliminował jesienią Juventus, czyli reprezentanta kraju ostentacyjnie lekceważącego mniej prestiżowy z międzynarodowych pucharów. Turyńczycy nie rzucali na naszych niemal nikogo, kto walczył w następnej kolejce Serie A; wraz z nimi w fazie grupowej odpadły też Palermo i Sampdoria; trener ostatniego ocalałego Napoli, w kraju sensacyjnie wiceliderującego, zatrzymał wczoraj w rezerwie kilku ważnych graczy, m.in. zabójczego snajpera Cavaniego, i oczywiście przegrał. Kryzys calcio całkiem tej gromadnej klęski Włochów nie wyjaśnia.

Jeśli zgłaszam wątpliwości choć częściowo zasadne, to LE trzeba rzeczywiście uznać za świat alternatywny - dający świadectwo tyleż siły uczestników, co ich stosunku do rozgrywek. (Widać to było także po poznaniakach, którzy w meczach międzynarodowych bardzo pragnęli zwyciężać i zwyciężali, a w lidze polskiej dryfowali tuż nad strefą spadkową). Firmy o onieśmielająco brzmiących nazwach warto w LE wylosowywać nie ze względu na wyższe zyski z transmisji telewizyjnych, lecz dlatego, że ich piłkarze mają na głowach sprawy ważniejsze niż drugorzędne rozgrywki pucharowe. Dnipro bywa tam silniejsze od Juve, a Braga od Manchesteru City. Przybywa powodów by podejrzewać, że znacznie łatwiej przekopać się przez bogatą zachodnią konkurencję w fazie grupowej Ligi Europejskiej niż przez uboższą wschodnią konkurencję w eliminacjach Ligi Mistrzów.

11:57, rafal.stec
Link Komentarze (42) »
poniedziałek, 21 lutego 2011

Po raz pierwszy spłodziłem do poniedziałkowej „Gazety” felieton będący w pewnym sensie kontynuacją poprzedniego. Zdarzyło się po odzewie czytelniczym na tamten tekst. Dzisiejszy znajdziecie tutaj.

13:01, rafal.stec
Link Komentarze (48) »
piątek, 18 lutego 2011

W erze przednowoczesnej, kiedy nasza planeta wydawała się jeszcze ciut większa od wioski, którą można obejść w kilka chwil, sprawa była prosta - utalentowane brzdące nie wyprawiały się dla przyspieszenia kariery na drugi kraniec kontynentu, więc wychowankiem był ten, kto na swój pierwszy trening przygramolił się na czworakach, a potem w tym samym klubie wypluł smoczek, stanął na dwóch kończynach, złapał równowagę, podskoczył etc. Najczęściej był też chłopcem z sąsiedztwa. W 1967 roku zdarzyło się nawet, że Puchar Europy - a także mistrzostwo Szkocji, Puchar Szkocji i Puchar Ligi Szkockiej - zdobyli dla Celtiku Glasgow ludzie w komplecie urodzeni o mocniejszy wyrzut piłki z autu od stadionu.

Potem rzeczywistość zaczęła się gmatwać, aż skomplikowała się tak bardzo, że nie zdołalibyśmy ustalić nawet satysfakcjonującej wszystkich definicji wychowanka. UEFA widzi w nim każdego, kto między 15. a 21. rokiem życia spędził w klubie trzy sezony (bez przerwy), choć dziś futbolową edukacją obejmuje się już przedszkolaków. Działacze musieli podać jakiś konkret, by umieścić go w regulaminie - wymagają bowiem od uczestników europejskich pucharów, by ci zgłaszali do rozgrywek przynajmniej czterech wyszkolonych u siebie graczy (plus czterech wyszkolonych w tym samym kraju). W oryginale chodzi o „locally trained players”.

Definicja UEFA jest, oględnie mówiąc, osobliwa. Absurdalnie szeroka i absurdalnie wąska zarazem. Za wychowanka uznaje piłkarza, który podpisał z klubem kontrakt jako ukształtowany 18-latek, a nie uznaje za wychowanka piłkarza, który uczył się w klubie od 7. do 17. roku życia.

Dopuszcza też, że piłkarz jest wychowankiem dwóch klubów - np. zaczął Villarrealu, by jako 18-latek przenieść się do Valencii. Ba, dopuszcza, że piłkarz nie jest niczyim wychowankiem - gdyby ów wspomniany 18-latek po dwóch sezonach zmienił Valencię na Levante.

Co tylko pozornie brzmi nonsensownie. Każdy z nas jest wychowankiem i podstawówki, i szkoły średniej, i uniwersytetu. Każdy bez burzliwej młodości ani wybujałych potrzeb edukacyjnych, bo przecież ludzie zmieniają licea, studiują wieloetapowo - i wtedy zasługi dzieli między siebie jeszcze liczniejsze grono nauczycielskie.

Piłkarzy słynącego z umiejętnej pracy z młodzieżą Arsenalu, który w środę pokonał w Lidze Mistrzów słynącą z umiejętnej pracy z młodzieżą Barcelonę, zawsze było trudno sklasyfikować. Londyńczycy łowią zdolnych nastolatków - często o uznanym już talencie, zademonstrowanym na mistrzowskich turniejach juniorskich - ze wszystkich muraw świata. I nikt nigdy nie rozstrzygnie, w jakim ułamku Ceska Fabregasa, wyjętego z katalońskiej La Masii w wieku 16 lat i 4 miesięcy, wyrzeźbiła Barca, a w jakim Arsenal. Czego innego uczy się chłopca wciąż walczącego z trądzikiem, a czego innego - chłopca, który trądziku już się pozbył.

Trenera Wengera obwołałbym, skoro trzymamy się już analogii do powszechnego systemu edukacji, wybitnym nauczycielem akademickim, który uwielbia przyspieszać, zaciągając ich przedwcześnie na uniwersytet, kariery domniemanych młodocianych geniuszy. Najśmielej wypuszcza chłopców między mężczyzn. Nawet w rewiry szczególnie niebezpieczne, o czym przypominają nam właśnie początki na Highbury Fabregasa, który już jako 16-latek weekend w weekend bił się w środku pola, czyli tam, gdzie drągale z Premier League lubią rozpętać piekło.

Wedle przepisów UEFA londyńczycy ubili w środę Barcelonę siedmioma wychowankami - Szczęsnym (wzięty jako 15-latek), Djorou (15), Clichym (18), Songiem (18), Walcottem (16), Fabregasem (16), Bendtnerem (16) oraz Wilsherem.

Wychowankiem w sensie najściślejszym jest wyłącznie ten ostatni, który chadzał do arsenalskiej szkółki od pierwszej klasy, zaczął jako dziewięciolatek.

Jego rewelacyjny występ to wielki triumf Wengera - krytycy jego polityki personalnej wyrzucali mu niechęć do kosztownych transferów pozwalających mocno obsadzić przede wszystkim bramkę oraz środek pola (sam byłem w gronie awanturujących się). Trener trwał przy swoim, aż doczekał się obiecującego Szczęsnego oraz zachwycającego Wilshere’a. Może nawet, wobec prawdopodobnego jeszcze pełniejszego rozkwitu Anglika, „Profesor” - jak wołają na Wengera - będzie skłonny puścić do domu Fabregasa? W każdym razie Barcelona, jeśli fortunę w transfer zainwestuje, jako wychowanka w Lidze Mistrzów wystawić go nie będzie mogła.

14:32, rafal.stec
Link Komentarze (33) »
czwartek, 17 lutego 2011

Jaka tam mamona i wredna, niszcząca piłkę finansjera, wracająca Liga Mistrzów znów wystrzeliła fantastycznymi, czystymi emocjami. Na razie każdy mecz kończył się albo sensacyjnie, albo niespodziewanie, a o meczu nad meczami - mnie urzekli ponad wszystkich piłkarz najmłodszy (Wilshere z Arsenalu) i najstarszy (Abidal z Barcelony) - można by gawędzić do bladego świtu.

Dla nas, Polaków, też było niesamowicie, nasz człowiek naprawdę brał aktywny udział w spektaklu, w którym nasi udziału nigdy nie biorą, wyjąwszy oczywiście odosobniony, do dziś niewyjaśniony przypadek Jerzego Dudka. Swoją relację spisaną do jutrzejszej „Gazety” zacząłem tak (przeklejam, byście nie musieli klikać tutaj): „Do bramkarzy zapraszanych na salony spychana na margines nasza piłka miała ostatnio niesłychane szczęście. Dudek został bohaterem finału Champions League, Kuszczak dwukrotnie śledził jego przebieg z ławki rezerwowych Manchesteru Utd, Fabiański stawał w bramce Arsenalu. Wojciech Szczęsny pod jednym względem wyprzedza wszystkich - u niego wszystko dzieje się prędzej. W Arsenalu zaczął dojrzewać jako gimnazjalista, w reprezentacji kraju zadebiutował w zeszłym roku jako najmłodszy bramkarz w jej powojennej historii, ligi angielskiej spróbował po raz pierwszy - w grudniu - w szlagierze z Manchesterem Utd, i to na jego stadionie Old Trafford. Piękne wyzwania, ale wczoraj, na dwa miesiące przed 21 urodzinami, stanął przed jeszcze piękniejszym. W wieku dla bramkarza niemowlęcym miał bronić strzałów Barcelony - drużyny złożonej wyłącznie z wirtuozów, uznawanej za najlepszą w świecie, coraz częściej obwoływanej kandydatką na najwspanialszą w historii”.

Na sukcesiki naszych futbolowych emigrantów zazwyczaj reagujemy pochopnymi hołdami - raz lub dwa kopną sensem, a naród już klęka, wyje do gwiazd i w ogóle santo subito. Z bramkarzem Arsenalu, mam wrażenie, dzieje się odwrotnie. Chyba nie całkiem uświadamiamy sobie, co chłopak wyprawia. Jeśli Robert Lewandowski wspina się w piłkarskiej hierarchii szokująco szybko, to co rzec o Szczęsnym, operującym w dziedzinie premiującej dojrzałość? Boruc w jego wieku maczał jeszcze w mleku sucharki, Boniek ledwie wyrwał się z Bydgoszczy, Deyna nie zdążył zadebiutować w reprezentacji...

Szczęsny w tańcach na samym szczycie futbolowego mikrokosmosu nie tylko nie odstaje. Pląsa ze znawstwem i gracją; jak świętuje gola, to swoimi gestami porywa londyńskich fanów; daje znać, że ma jaja jak Big Ben. On chyba nie potrzebuje, byśmy padali mu do rękawić już dziś. On chyba planuje dać ku temu powodów więcej. Czasu ma cholernie dużo.

00:44, rafal.stec
Link Komentarze (51) »
 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi