RSS
niedziela, 28 lutego 2010

Czy trzęsie ziemią haitańską, czy Indonezję demoluje tsunami, czy terroryści strzelają - zabijając - do futbolowej reprezentacji Togo, zawsze jest tak samo. Najpierw pochłaniamy nowego newsa co półtorej sekundy, by rychło o tragedii kompletnie zapomnieć, choć dramat nadal trwa.

W styczniu separatyści z Kabindy ostrzelali autokar z drużyną zmierzającą na Puchar Narodów Afryki. Ostrzelani wycofali się z turnieju, co sprowokowało działaczy rządzących futbolem na kontynencie do haniebnej decyzji, by za karę obłożyć reprezentację Togo dyskwalifikacją z dwóch następnych turniejów.

Drugi trener i rzecznik prasowy w tamtej strzelaninie zginęli, bramkarz Kodjovi Obilale odniósł ciężkie obrażenia. Rannego przewieziono do szpitala w Johannesburgu, tam przeszedł operację. Przeżył.

Chciał czym prędzej wrócić do domu. Do domu, czyli do Francji - gra tam w czwartoligowym amatorskim klubie Pontivy. Niestety, okazało się, że koszty leczenia oraz podróży, podczas której musiałby pozostać pod stałą opieką medyczną, wzrosły według „L'Equipe” do niewyobrażalnych dla niego 65 tys. euro.

Obilale liczył, że zapłaci federacja Togo albo federacja Angoli, gospodarza Pucharu Narodów Afryki. Żadna nie chciała pomóc, tymczasem przepisy FIFA stanowią, że w razie sporu koszty podróży ponosi klub. Tyle że Pontivy, przypomnijmy, to klub amatorski, którego na takie ekstrawagancje nie stać. Jego szef twierdzi, że Angolańczycy obiecali uregulować wszystkie rachunki.

Przyjaciółka i siostra piłkarza doleciały do szpitala tylko dzięki wsparciu Emmanuela Adebayora, który sfinansował lot. Zdesperowany piłkarz udzielił dramatycznego wywiadu. - Leżę w tym łóżku od półtora miesiąca. Boję się, że mój stan się pogorszy, bo noce są okropne. Wciąż widzę żołnierzy, idę na wojnę. Ten sen powtarza się każdej nocy. Nie ma tutaj nikogo, kto powiedziałby mi, co ze mną będzie - opowiadał francuskiemu radiu RTL. Usłyszał go Jean-Pierre Escalettes, prezes francuskiej federacji. Zadzwonił i obiecał Obilale, że sfinansuje mu powrót do domu.

Aha, angolańscy działacze odwiedzili piłkarza w szpitalu. Jego dziewczynie i siostrze przynieśli perfumy i kwiaty.

20:59, rafal.stec
Link Komentarze (8) »
sobota, 27 lutego 2010

Taaak, najszybciej umierała Justyna! Marit nie-padła trupem ułamek sekundy później, Justyna już leżała w śniegu... One szły dzióbek w dzióbek, a w moim serduchu znów szły takie werble, jakich nie wywołał dotąd żaden polski olimpijczyk. Gdyby na metę najpierw wjechał dzióbek norweski, znów odprawialibyśmy żałobne rytuały nad okrucieństwem sportu. I nie przynudzajcie mi czasem o uroku srebra, po 30 kilometrach konania na nartach bohaterki formatu Justyny zapraszać wypada wyłącznie na podium najwyższe, wszystkie inne stopnie zyskują bezdyskusyjną wartość dopiero wtedy, gdy sobie wmówimy, że ją mają. Nienasycona Justyna medal medal medal medal Kowalczyk miałaby w olimpijskiej klasyfikacji wszech czasów chować się gdzieś za incydentalnym wyskokiem Fortuny!?

Tak, skoro po mistrzostwie Europy siatkarek składaliśmy im hołd na czołówce „Gazety Wyborczej” tytułem „Nasze złotka”, to jutro zaproponuję równie proste „Nasze złotko”.

Tak, po słodko-gorzkawym srebrze Małysza dziś wreszcie nie królowało sportu okrucieństwo, dziś królowała Justyna. Może w jej bezkompromisowych perorach rzeczywiście odbija się stalowy charakter, bez którego nie zniosłaby tortur na trasie? Porywającą miał jej występ na igrzyskach dramaturgię, fascynująco przebiegała jej wojna z Bjoergen, wykańczający był jej finisz, wyzionęła ducha tak, jakby chciało zabrać nas ze sobą. Epicka opowieść, opowieść tym piękniejsza, że wciąż trwa - Justyna w umieraniu nie ustaje, jeszcze udoskonali technikę, będzie cierpieć przynajmniej do igrzysk Soczi, tam rzuci wyzwanie wyczynom nieśmiertelnej Ireny Szewińskiej. Siedem olimpijskich medali to wspaniały, inspirujący cel. Godny Justyny.

23:49, rafal.stec
Link Komentarze (35) »

Kołatało mi się to już we łbie kilkakrotnie i dziś, gdy Manchester City wbijał gola za golem Chelsea, zakołatało mi się ponownie. Oklapła trochę liga angielska. Oklapła sportowo, bo od emocji aż bulgocze, ścisk w górze i dole tabeli obiecuje niesamowity finisz. Nie bardzo mam pomysł, jak tezę precyzyjnie udowodnić, statystyki łatwo wyinterpretować w potrzebnym kierunku, idzie raczej o ogólne, wyniesione z dziesiątek transmisji wrażenie, że w tym sezonie poziom nieco się obniżył, że ubyło meczów rewelacyjnych, a przybyło przeciętnych, że w szlagierach zbyt wiele bramek pada wskutek kardynalnych błędów, a nie dzięki zagraniom kunsztownym. Zwłaszcza superpotęgi pogrywają jakoś nieprzekonująco, zrywami, nie suną już niczym niszczyciele, którym na wszelki nie podskakuj, bo tylko biedy sobie napytasz. A piłkarze superpotęg przestali przypominać humanoidy - choć ta reguła, jak każda szanująca się reguła, znajduje wyjątki w osobach Rooneya i Drogby. Tak naprawdę to poza nimi ruszają mnie jeszcze tylko podrygi Fabregasa oraz bramkarzy, i to bramkarzy spoza szczytu tabeli.

Wycieńczyły wielkich minione sezony, wyładowane do maksimum, zajmujące do finalnych faz Ligi Mistrzów, w której non stop reprezentuje wyspiarzy - zjawisko w innych krajach niespotykane - kwartet tych samych klubów? A może chwile słabości prędko miną, bo choć musiały się wreszcie zdarzyć, to wyspiarze eksplodują najwyższą futbolową klasą w rozstrzygających momentach sezonu?

Mnie uderza przede wszystkim ich kruchość defensywna, czasem wynikająca z fajtłapowatych zachowań bramkarzy, czasem z chwiejnej formy bądź kontuzji obrońców, czasem z roztargnienia całej drużyny. Odkąd na zdrowiu podupadli Vidic z Ferdinandem, nawet Manchester United nie jest już na tyłach pancerny. W lidze stracił już tyle goli, ile w ostatnim sezonie. I więcej niż w przedostatnim. (To samo dotyczy Chelsea).

Kieruję uwagę akurat na rejony defensywne, bo w Europie właśnie szczelnie zamknięty dostęp do własnego pola karnego dawał angielskim klubom przewagę, dywanowymi nalotami na cudze pola karne to one rywali nie przyduszały.

A teraz? Wszyscy - Arsenal, MU i Chelsea - straciły po dwa gole w meczach 1/8 finału Ligi Mistrzów. Z punktu widzenia lat minionych bilans niewiarygodny.

Coraz trudniej uwierzyć, że Anglicy znów wepchną się tercetem do półfinałów.

16:09, rafal.stec
Link Komentarze (26) »
czwartek, 25 lutego 2010

Najpierw telewizja nakryła prezesa Skry Bełchatów Konrada Piechockiego, który wystrzelił wściekłym stekiem wulgaryzmów po przegranym secie przez jego siatkarzy. Był poniekąd w sytuacji prywatnej, siedział w hali z dala od kibiców, zareagował spontanicznie i pod nosem, nie wiedział, że wpatruje się w niego kamera.

Telewizja przyłapała też graczy mistrza Polski - Plińskiego i Kurka - bluzgających na sędziego, z którego decyzjami się nie zgadzali.

Potem telewizja zarejestrowała wybuch trenera Delecty Bydgoszcz Waldemara Wspaniałego, który motywował drużynę najczystszą łaciną, dowodząc, że informacje o jej śmierci są przesadzone. Zdań w pełni polskich o śladowej wartości merytorycznej w jego tyradzie nie wychwycono.

Wreszcie telewizyjne nagranie umożliwiło spostrzegawczym redaktorom portalu siatka.org przyskrzynienie siatkarza tejże Delecty, który potraktował tegoż trenera również wulgaryzmem, lecz niewerbalnym. Podczas przerwy w grze wystawił środkowy palec - za plecami szkoleniowca, adresat gestu nie widział, w ogóle niełatwo było go wychwycić. I Richard Lambourne wyleciał z klubu.

Za każdym razem wybuchał skandal bądź skandalik. Incydenty - zebrane na króciutkim dystansie, w komplecie tegoroczne - podaję w zgodzie z chronologią, ale zauważmy, że wraz z upływem czasu napięcie rośnie. Ofiara ostatniego - mistrz olimpijski Lambourne - straciła pracę. Nazywam go ofiarą, bo gdyby nie kamery, przewinienie nie tylko nie zostałoby ukarane - nikt by go nie zauważył. Pozostałby jego gest jedną z miliona bliźniaczych reakcji sportowców, którzy w różnych chwilach - czasem na treningu, czasem na meczu - mrukną pod nosem, że trener to, przepraszam za dosadność, palant.

Ludzie się oburzają, niekiedy nieprzesadnie, niekiedy mocno i gromadnie. Oburzają się ludzie środowiska, którym pewnie też zdarza się tracić samokontrolę, ale mieli szczęście, że nie zostali nakryci. Oburzają się widzowie, którzy zarazem skandalizujących epizodzików pożądają. Chcą być coraz bliżej kulisów - czy raczej: bebechów - sportu, chcą widzieć coraz dokładniej, niemal czuć pot spływający po walczących zawodnikach. A może, miewam i takie podejrzenia, ten pot zlizywać.

Kamery dają satysfakcję podglądaczom, ale i oferują bezcenny walor poznawczy, demaskują np. warsztat trenerów. Każdy fan słyszy, kto podaje precyzyjne wytyczne, jak grać, a kto poprzestaje na radzie, żeby napierd… serwisem.

Niewykluczone, że jutro albo pojutrze kamery wjadą do szatni. Oczywiście na początek, byśmy do nowego przyzwyczajali się stopniowo, nie będą rejestrowały dźwięku, tylko obraz. A potem przez pomyłkę zarejestrują również słowa... Kto sądzi, że fantazjuję, może nie całkiem doceniać prędkość zmian. Czy jeśli klubom w zamian za większą ingerencję zaproponuje się pewnego dnia więcej pieniędzy, to aby na pewno się nie zgodzą? A siatkarze, jeśli dostaną wyższe pensje? Telewizje muszą podnosić atrakcyjność transmisji, a poznawanie tajemnic szatni, choćby poznawanie tylko jednym zmysłem, to najskrytsze marzenie wielu fanów.

Nie spisywałbym tej notki, gdyby nie eskalacja skutków. Nie ma sportu, któremu Polacy przyglądają się na takim zbliżeniu i w liczbie milionów głów zarazem. A skoro z klubu wylatuje mistrz olimpijski, to czy rozpychające się, wszechwładne kamery nie zaczynają wpływać na wyniki rozgrywek? Powtórzmy - gdyby nie one, Lambourne wciąż grałby w Delekcie. Teraz klub wybierał między siłą kadry a autorytetem trenera. (Ile z tego autorytetu pozostało i czy klub postąpił słusznie, to tematy odrębne, zresztą równie frapujące). Na podobnym wybryku telewizja może przyłapać kiedyś Wlazłego czy innego Kurka... Każdemu zdarza się zrobić coś głupiego.

Co dalej? Widz się znieczuli i przestanie zwracać uwagę? Czy raczej siatkarza, trenera oraz działacza skrępuje obsesja kamer śledzących każde drgnienie ich warg oraz palców? Odbierzemy widowisku trochę spontaniczności i autentyczności? Na razie wiadomo tyle, że nikt w lidze siatkarzy nie jest bezpieczny. Paluchy przy sobie, jęzory za zębami, bo jutro padnie na ciebie.

20:30, rafal.stec
Link Komentarze (16) »

1/8 finału Ligi Mistrzów, gęsty, pulsujący, wyładowany przykuwającymi detalami seans na San Siro. To uwielbiam w futbolu, to wchłaniam pasjami, Milan z Manchesterem przed tygodniem przesadzili jednak z nadmiarem błędów.

Inter błyskawicznie strzelił gola. W pierwszej chwili uznałem, że nas, widzów, trafienie Milito zubożyło - nie zobaczyliśmy, jak mediolańczycy wyważyliby proporcje między obroną i atakiem przy bezbramkowym remisie. I jak zaplanował sobie wieczór Jose Mourinho. Mecz mu się, mówiąc językiem polskiej myśli szkoleniowej, ułożył.

Chelsea odpowiedziała oblężeniem pola karnego Interu. Mocarny i niezmordowany Drogba rozbijał się między obrońcami przeciwnika, próbował też kopów z dystansu, ale generalnie ciąąągnęłyyy się akcje londyńczyków jak makaron. W przerwie miałem ochotę wytknąć im na Twitterze ospałość i przewidywalność w ofensywie, ale uznałem Inter za zbyt poukładany, zwarty i pilny w utrzymywaniu wąziutkiego ustawienia obronnego - wiadomo, ufortyfikować to się żołnierze Mourinho umieją.

Kiedy goście wyrównali, westchnąłem o nieśmiertelnych paradoksach futbolu. Bezcennego wyjazdowego gola na 1:1 strzelił Salomon Kalou, dotąd najbardziej irytujący na boisku - tak aktywny jak bezmyślny, podejmujący notorycznie niewłaściwe decyzje, za długo przytulający się do piłki, czasem usiłujący zakiwać się na śmierć. Pomógł mu Julio Cesar, który nie zachował się jak bramkarz z aspiracjami do miana najlepszego na planecie.

Kiedy piłkarze Interu w mgnieniu oka odzyskali prowadzenie, znów pomyślałem, że bardzo upodobnili się do Mourinho. Cambiasso uderzył wściekle raz, uderzył wściekle drugi raz i mieliśmy 2:1. Wśród mediolanczyków nie było śladowej zgody na niewygrywanie, gościom zezwolili utrzymywać w tym meczu remis przez sześć minut. Minimalne prowadzenie ich satysfakcjonowało, choć próbowali wygrać wyżej, Mottę zmienił trzeci napastnik, dryblasowaty zabijaka Balotelli, który ruszył na debiutującego na lewej obronie Maloudę.

Było pysznie. Lucio rządził pod swoją bramką spektakularnie, a Zanetti w swoim stylu, bez narzucania się - spróbujcie udowodnić, że choć raz niecelnie podał. Cambiasso ruszał się z sensem bez piłki, Milito ruszał się z sensem z piłką. Nie tylko on doprowadzał do zawrotu głowy Terry’ego, który ponoć najmocniej pożąda Pucharu Europy, a wyglądał najmarniej wśród wszystkich biegających po boisku.

Od 75. minucie widziałem głównie wycieńczenie. Po obu stronach.

Po takich meczach właściwie nie ma sensu ustalać, kto był lepszy. Ważne, kto osiągnął cel, liczy się bilans zysków i strat przed rewanżem.

Chelsea osiągnęła tylko cel pomniejszy - zdobyła bramkę. Ale przegrała. Ale straciła Petra Cecha. (Szczęście w nieszczęściu, że wbrew pierwszym diagnozom nie zerwał więzadeł). Ale pozwoliła rywalom utwierdzić się w przekonaniu, że w LM też można zwyciężać.

Mediolańczycy nie osiągnęli tylko celu pomniejszego - stracili bramkę. Ale wygrali. Ale nie stracili żadnego z obrońców, choć każdego ewentualna żółta kartka wykluczała z rewanżu. To istotne, bowiem Maicon, Lucio, Samuel i Zanetti tworzą bezdyskusyjnie najszczelniejszy defensywny kwartet dostępny - po urazie Chivu - w szatni nerazzurich.

Stali bywalcy blogu nie dowierzali mi, gdy przekonywałem, że piłkarze Interu to już nie są mentalne mięczaki, które struchleją przy hymnie Ligi Mistrzów, że tym razem wydadzą wyspiarzom wojnę.

Wydali. W poprzednich czterech meczach nie strzelili im - Liverpoolowi oraz Manchesterowi - ani jednego gola, teraz wreszcie wygrali. Jeśli porównywać ich występ do występów z minionych lat, wypadli wprost rewelacyjnie.

Wojna trwa, w decydującej bitwie weźmie udział niejaki Essien. Faworyta już nie ma. Kto zwycięży, chyba przeżyje do finału.

00:59, rafal.stec
Link Komentarze (50) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Archiwum
Tagi