RSS
niedziela, 28 lutego 2010

Czy trzęsie ziemią haitańską, czy Indonezję demoluje tsunami, czy terroryści strzelają - zabijając - do futbolowej reprezentacji Togo, zawsze jest tak samo. Najpierw pochłaniamy nowego newsa co półtorej sekundy, by rychło o tragedii kompletnie zapomnieć, choć dramat nadal trwa.

W styczniu separatyści z Kabindy ostrzelali autokar z drużyną zmierzającą na Puchar Narodów Afryki. Ostrzelani wycofali się z turnieju, co sprowokowało działaczy rządzących futbolem na kontynencie do haniebnej decyzji, by za karę obłożyć reprezentację Togo dyskwalifikacją z dwóch następnych turniejów.

Drugi trener i rzecznik prasowy w tamtej strzelaninie zginęli, bramkarz Kodjovi Obilale odniósł ciężkie obrażenia. Rannego przewieziono do szpitala w Johannesburgu, tam przeszedł operację. Przeżył.

Chciał czym prędzej wrócić do domu. Do domu, czyli do Francji - gra tam w czwartoligowym amatorskim klubie Pontivy. Niestety, okazało się, że koszty leczenia oraz podróży, podczas której musiałby pozostać pod stałą opieką medyczną, wzrosły według „L'Equipe” do niewyobrażalnych dla niego 65 tys. euro.

Obilale liczył, że zapłaci federacja Togo albo federacja Angoli, gospodarza Pucharu Narodów Afryki. Żadna nie chciała pomóc, tymczasem przepisy FIFA stanowią, że w razie sporu koszty podróży ponosi klub. Tyle że Pontivy, przypomnijmy, to klub amatorski, którego na takie ekstrawagancje nie stać. Jego szef twierdzi, że Angolańczycy obiecali uregulować wszystkie rachunki.

Przyjaciółka i siostra piłkarza doleciały do szpitala tylko dzięki wsparciu Emmanuela Adebayora, który sfinansował lot. Zdesperowany piłkarz udzielił dramatycznego wywiadu. - Leżę w tym łóżku od półtora miesiąca. Boję się, że mój stan się pogorszy, bo noce są okropne. Wciąż widzę żołnierzy, idę na wojnę. Ten sen powtarza się każdej nocy. Nie ma tutaj nikogo, kto powiedziałby mi, co ze mną będzie - opowiadał francuskiemu radiu RTL. Usłyszał go Jean-Pierre Escalettes, prezes francuskiej federacji. Zadzwonił i obiecał Obilale, że sfinansuje mu powrót do domu.

Aha, angolańscy działacze odwiedzili piłkarza w szpitalu. Jego dziewczynie i siostrze przynieśli perfumy i kwiaty.

20:59, rafal.stec
Link Komentarze (8) »
sobota, 27 lutego 2010

Taaak, najszybciej umierała Justyna! Marit nie-padła trupem ułamek sekundy później, Justyna już leżała w śniegu... One szły dzióbek w dzióbek, a w moim serduchu znów szły takie werble, jakich nie wywołał dotąd żaden polski olimpijczyk. Gdyby na metę najpierw wjechał dzióbek norweski, znów odprawialibyśmy żałobne rytuały nad okrucieństwem sportu. I nie przynudzajcie mi czasem o uroku srebra, po 30 kilometrach konania na nartach bohaterki formatu Justyny zapraszać wypada wyłącznie na podium najwyższe, wszystkie inne stopnie zyskują bezdyskusyjną wartość dopiero wtedy, gdy sobie wmówimy, że ją mają. Nienasycona Justyna medal medal medal medal Kowalczyk miałaby w olimpijskiej klasyfikacji wszech czasów chować się gdzieś za incydentalnym wyskokiem Fortuny!?

Tak, skoro po mistrzostwie Europy siatkarek składaliśmy im hołd na czołówce „Gazety Wyborczej” tytułem „Nasze złotka”, to jutro zaproponuję równie proste „Nasze złotko”.

Tak, po słodko-gorzkawym srebrze Małysza dziś wreszcie nie królowało sportu okrucieństwo, dziś królowała Justyna. Może w jej bezkompromisowych perorach rzeczywiście odbija się stalowy charakter, bez którego nie zniosłaby tortur na trasie? Porywającą miał jej występ na igrzyskach dramaturgię, fascynująco przebiegała jej wojna z Bjoergen, wykańczający był jej finisz, wyzionęła ducha tak, jakby chciało zabrać nas ze sobą. Epicka opowieść, opowieść tym piękniejsza, że wciąż trwa - Justyna w umieraniu nie ustaje, jeszcze udoskonali technikę, będzie cierpieć przynajmniej do igrzysk Soczi, tam rzuci wyzwanie wyczynom nieśmiertelnej Ireny Szewińskiej. Siedem olimpijskich medali to wspaniały, inspirujący cel. Godny Justyny.

23:49, rafal.stec
Link Komentarze (35) »

Kołatało mi się to już we łbie kilkakrotnie i dziś, gdy Manchester City wbijał gola za golem Chelsea, zakołatało mi się ponownie. Oklapła trochę liga angielska. Oklapła sportowo, bo od emocji aż bulgocze, ścisk w górze i dole tabeli obiecuje niesamowity finisz. Nie bardzo mam pomysł, jak tezę precyzyjnie udowodnić, statystyki łatwo wyinterpretować w potrzebnym kierunku, idzie raczej o ogólne, wyniesione z dziesiątek transmisji wrażenie, że w tym sezonie poziom nieco się obniżył, że ubyło meczów rewelacyjnych, a przybyło przeciętnych, że w szlagierach zbyt wiele bramek pada wskutek kardynalnych błędów, a nie dzięki zagraniom kunsztownym. Zwłaszcza superpotęgi pogrywają jakoś nieprzekonująco, zrywami, nie suną już niczym niszczyciele, którym na wszelki nie podskakuj, bo tylko biedy sobie napytasz. A piłkarze superpotęg przestali przypominać humanoidy - choć ta reguła, jak każda szanująca się reguła, znajduje wyjątki w osobach Rooneya i Drogby. Tak naprawdę to poza nimi ruszają mnie jeszcze tylko podrygi Fabregasa oraz bramkarzy, i to bramkarzy spoza szczytu tabeli.

Wycieńczyły wielkich minione sezony, wyładowane do maksimum, zajmujące do finalnych faz Ligi Mistrzów, w której non stop reprezentuje wyspiarzy - zjawisko w innych krajach niespotykane - kwartet tych samych klubów? A może chwile słabości prędko miną, bo choć musiały się wreszcie zdarzyć, to wyspiarze eksplodują najwyższą futbolową klasą w rozstrzygających momentach sezonu?

Mnie uderza przede wszystkim ich kruchość defensywna, czasem wynikająca z fajtłapowatych zachowań bramkarzy, czasem z chwiejnej formy bądź kontuzji obrońców, czasem z roztargnienia całej drużyny. Odkąd na zdrowiu podupadli Vidic z Ferdinandem, nawet Manchester United nie jest już na tyłach pancerny. W lidze stracił już tyle goli, ile w ostatnim sezonie. I więcej niż w przedostatnim. (To samo dotyczy Chelsea).

Kieruję uwagę akurat na rejony defensywne, bo w Europie właśnie szczelnie zamknięty dostęp do własnego pola karnego dawał angielskim klubom przewagę, dywanowymi nalotami na cudze pola karne to one rywali nie przyduszały.

A teraz? Wszyscy - Arsenal, MU i Chelsea - straciły po dwa gole w meczach 1/8 finału Ligi Mistrzów. Z punktu widzenia lat minionych bilans niewiarygodny.

Coraz trudniej uwierzyć, że Anglicy znów wepchną się tercetem do półfinałów.

16:09, rafal.stec
Link Komentarze (26) »
czwartek, 25 lutego 2010

Najpierw telewizja nakryła prezesa Skry Bełchatów Konrada Piechockiego, który wystrzelił wściekłym stekiem wulgaryzmów po przegranym secie przez jego siatkarzy. Był poniekąd w sytuacji prywatnej, siedział w hali z dala od kibiców, zareagował spontanicznie i pod nosem, nie wiedział, że wpatruje się w niego kamera.

Telewizja przyłapała też graczy mistrza Polski - Plińskiego i Kurka - bluzgających na sędziego, z którego decyzjami się nie zgadzali.

Potem telewizja zarejestrowała wybuch trenera Delecty Bydgoszcz Waldemara Wspaniałego, który motywował drużynę najczystszą łaciną, dowodząc, że informacje o jej śmierci są przesadzone. Zdań w pełni polskich o śladowej wartości merytorycznej w jego tyradzie nie wychwycono.

Wreszcie telewizyjne nagranie umożliwiło spostrzegawczym redaktorom portalu siatka.org przyskrzynienie siatkarza tejże Delecty, który potraktował tegoż trenera również wulgaryzmem, lecz niewerbalnym. Podczas przerwy w grze wystawił środkowy palec - za plecami szkoleniowca, adresat gestu nie widział, w ogóle niełatwo było go wychwycić. I Richard Lambourne wyleciał z klubu.

Za każdym razem wybuchał skandal bądź skandalik. Incydenty - zebrane na króciutkim dystansie, w komplecie tegoroczne - podaję w zgodzie z chronologią, ale zauważmy, że wraz z upływem czasu napięcie rośnie. Ofiara ostatniego - mistrz olimpijski Lambourne - straciła pracę. Nazywam go ofiarą, bo gdyby nie kamery, przewinienie nie tylko nie zostałoby ukarane - nikt by go nie zauważył. Pozostałby jego gest jedną z miliona bliźniaczych reakcji sportowców, którzy w różnych chwilach - czasem na treningu, czasem na meczu - mrukną pod nosem, że trener to, przepraszam za dosadność, palant.

Ludzie się oburzają, niekiedy nieprzesadnie, niekiedy mocno i gromadnie. Oburzają się ludzie środowiska, którym pewnie też zdarza się tracić samokontrolę, ale mieli szczęście, że nie zostali nakryci. Oburzają się widzowie, którzy zarazem skandalizujących epizodzików pożądają. Chcą być coraz bliżej kulisów - czy raczej: bebechów - sportu, chcą widzieć coraz dokładniej, niemal czuć pot spływający po walczących zawodnikach. A może, miewam i takie podejrzenia, ten pot zlizywać.

Kamery dają satysfakcję podglądaczom, ale i oferują bezcenny walor poznawczy, demaskują np. warsztat trenerów. Każdy fan słyszy, kto podaje precyzyjne wytyczne, jak grać, a kto poprzestaje na radzie, żeby napierd… serwisem.

Niewykluczone, że jutro albo pojutrze kamery wjadą do szatni. Oczywiście na początek, byśmy do nowego przyzwyczajali się stopniowo, nie będą rejestrowały dźwięku, tylko obraz. A potem przez pomyłkę zarejestrują również słowa... Kto sądzi, że fantazjuję, może nie całkiem doceniać prędkość zmian. Czy jeśli klubom w zamian za większą ingerencję zaproponuje się pewnego dnia więcej pieniędzy, to aby na pewno się nie zgodzą? A siatkarze, jeśli dostaną wyższe pensje? Telewizje muszą podnosić atrakcyjność transmisji, a poznawanie tajemnic szatni, choćby poznawanie tylko jednym zmysłem, to najskrytsze marzenie wielu fanów.

Nie spisywałbym tej notki, gdyby nie eskalacja skutków. Nie ma sportu, któremu Polacy przyglądają się na takim zbliżeniu i w liczbie milionów głów zarazem. A skoro z klubu wylatuje mistrz olimpijski, to czy rozpychające się, wszechwładne kamery nie zaczynają wpływać na wyniki rozgrywek? Powtórzmy - gdyby nie one, Lambourne wciąż grałby w Delekcie. Teraz klub wybierał między siłą kadry a autorytetem trenera. (Ile z tego autorytetu pozostało i czy klub postąpił słusznie, to tematy odrębne, zresztą równie frapujące). Na podobnym wybryku telewizja może przyłapać kiedyś Wlazłego czy innego Kurka... Każdemu zdarza się zrobić coś głupiego.

Co dalej? Widz się znieczuli i przestanie zwracać uwagę? Czy raczej siatkarza, trenera oraz działacza skrępuje obsesja kamer śledzących każde drgnienie ich warg oraz palców? Odbierzemy widowisku trochę spontaniczności i autentyczności? Na razie wiadomo tyle, że nikt w lidze siatkarzy nie jest bezpieczny. Paluchy przy sobie, jęzory za zębami, bo jutro padnie na ciebie.

20:30, rafal.stec
Link Komentarze (16) »

1/8 finału Ligi Mistrzów, gęsty, pulsujący, wyładowany przykuwającymi detalami seans na San Siro. To uwielbiam w futbolu, to wchłaniam pasjami, Milan z Manchesterem przed tygodniem przesadzili jednak z nadmiarem błędów.

Inter błyskawicznie strzelił gola. W pierwszej chwili uznałem, że nas, widzów, trafienie Milito zubożyło - nie zobaczyliśmy, jak mediolańczycy wyważyliby proporcje między obroną i atakiem przy bezbramkowym remisie. I jak zaplanował sobie wieczór Jose Mourinho. Mecz mu się, mówiąc językiem polskiej myśli szkoleniowej, ułożył.

Chelsea odpowiedziała oblężeniem pola karnego Interu. Mocarny i niezmordowany Drogba rozbijał się między obrońcami przeciwnika, próbował też kopów z dystansu, ale generalnie ciąąągnęłyyy się akcje londyńczyków jak makaron. W przerwie miałem ochotę wytknąć im na Twitterze ospałość i przewidywalność w ofensywie, ale uznałem Inter za zbyt poukładany, zwarty i pilny w utrzymywaniu wąziutkiego ustawienia obronnego - wiadomo, ufortyfikować to się żołnierze Mourinho umieją.

Kiedy goście wyrównali, westchnąłem o nieśmiertelnych paradoksach futbolu. Bezcennego wyjazdowego gola na 1:1 strzelił Salomon Kalou, dotąd najbardziej irytujący na boisku - tak aktywny jak bezmyślny, podejmujący notorycznie niewłaściwe decyzje, za długo przytulający się do piłki, czasem usiłujący zakiwać się na śmierć. Pomógł mu Julio Cesar, który nie zachował się jak bramkarz z aspiracjami do miana najlepszego na planecie.

Kiedy piłkarze Interu w mgnieniu oka odzyskali prowadzenie, znów pomyślałem, że bardzo upodobnili się do Mourinho. Cambiasso uderzył wściekle raz, uderzył wściekle drugi raz i mieliśmy 2:1. Wśród mediolanczyków nie było śladowej zgody na niewygrywanie, gościom zezwolili utrzymywać w tym meczu remis przez sześć minut. Minimalne prowadzenie ich satysfakcjonowało, choć próbowali wygrać wyżej, Mottę zmienił trzeci napastnik, dryblasowaty zabijaka Balotelli, który ruszył na debiutującego na lewej obronie Maloudę.

Było pysznie. Lucio rządził pod swoją bramką spektakularnie, a Zanetti w swoim stylu, bez narzucania się - spróbujcie udowodnić, że choć raz niecelnie podał. Cambiasso ruszał się z sensem bez piłki, Milito ruszał się z sensem z piłką. Nie tylko on doprowadzał do zawrotu głowy Terry’ego, który ponoć najmocniej pożąda Pucharu Europy, a wyglądał najmarniej wśród wszystkich biegających po boisku.

Od 75. minucie widziałem głównie wycieńczenie. Po obu stronach.

Po takich meczach właściwie nie ma sensu ustalać, kto był lepszy. Ważne, kto osiągnął cel, liczy się bilans zysków i strat przed rewanżem.

Chelsea osiągnęła tylko cel pomniejszy - zdobyła bramkę. Ale przegrała. Ale straciła Petra Cecha. (Szczęście w nieszczęściu, że wbrew pierwszym diagnozom nie zerwał więzadeł). Ale pozwoliła rywalom utwierdzić się w przekonaniu, że w LM też można zwyciężać.

Mediolańczycy nie osiągnęli tylko celu pomniejszego - stracili bramkę. Ale wygrali. Ale nie stracili żadnego z obrońców, choć każdego ewentualna żółta kartka wykluczała z rewanżu. To istotne, bowiem Maicon, Lucio, Samuel i Zanetti tworzą bezdyskusyjnie najszczelniejszy defensywny kwartet dostępny - po urazie Chivu - w szatni nerazzurich.

Stali bywalcy blogu nie dowierzali mi, gdy przekonywałem, że piłkarze Interu to już nie są mentalne mięczaki, które struchleją przy hymnie Ligi Mistrzów, że tym razem wydadzą wyspiarzom wojnę.

Wydali. W poprzednich czterech meczach nie strzelili im - Liverpoolowi oraz Manchesterowi - ani jednego gola, teraz wreszcie wygrali. Jeśli porównywać ich występ do występów z minionych lat, wypadli wprost rewelacyjnie.

Wojna trwa, w decydującej bitwie weźmie udział niejaki Essien. Faworyta już nie ma. Kto zwycięży, chyba przeżyje do finału.

00:59, rafal.stec
Link Komentarze (50) »
wtorek, 23 lutego 2010

Mistrzowie Włoch nie zdobyli najcenniejszego trofeum w klubowym futbolu od blisko półwiecza, liderzy ligi angielskiej nie zdobyli go nigdy. Gdyby w Champions League zwyciężali ci, którzy najmocniej zwycięstwa pragną, Inter i Chelsea finał miałyby zagwarantowany. W środę stoczą na San Siro wojnę o ćwierćfinał.

Dla ludzi Interu Puchar Europy stał się obsesją. Piłkarzy i kibiców znużyła hegemonia w Serie A, właściciel Massimo Moratti ściga swego ojca, do którego drużyna należała w tłustych latach 60. Tymczasem w bieżącej dekadzie mediolańczycy ledwie raz dotoczyli się do półfinału. Zazwyczaj odpadają po koszmarnie słabych meczach.

Piłkarze Chelsea w półfinale 2009 roku polegli po dwóch remisach z Barcą, sędziowskich kontrowersjach i golu straconym w doliczonym czasie gry; w finale 2008 roku - po remisie z Manchesterem i pudle z karnego Johna Terry'ego, który się przed strzałem pośliznął; w półfinale 2007 roku - po remisie w dwumeczu z Liverpoolem i serii jedenastek. Ani razu nie przegrali, a jednak za każdym razem przegrywali. Rozsadza ich moc, którą zwielokrotnia niebywałe poczucie krzywdy, w elicie trudno o atletów tak zranionych, wściekłych, zdeterminowanych.

Choć zatem obaj rywale czują się niespełnieni, w oparciu o przeszłość faworyta wskazać łatwo. Gospodarze jesienią ledwie wygramolili się z grupy, gości na dystansie kilku minionych sezonów wolno uznać wręcz za najlepszą drużynę rozgrywek. W dodatku angielskie kluby prześladują włoskie, mediolańczyków przed rokiem wyeliminował Manchester Utd, a przed dwoma laty - Liverpool. Wyspiarze w tym czwórmeczu nie stracili ani jednego gola.

Inter wyewoluował w drużynę niezłomną i imponującą wolą walki, José Mourinho przeniósł na piłkarzy swoją charyzmę, a ci na przeciwności losu reagują jeszcze większą determinacją w parciu po sukces. W sobotę nie zdeprymowały ich dwie czerwone kartki, obronili remis z silną Sampdorią, byli nawet bliscy wygranej. Portugalski trener zareagował na tarapaty brawurowo - zostawił na murawie obu napastników, a kiedy po przerwie zdjął Milito, to zastąpił go również snajper - Pandev. To było posunięcie mistrzowskie psychologicznie, Mourinho wykrzyczał rywalom w twarz, że mimo sporych strat w ludziach nadal gra o pełną pulę.

Cały sezon przebiega podobnie - nerazzuri zwyciężają, choć często pierwsi tracą bramkę, zdają się być w beznadziejnej opresji, strzelają mnóstwo rozstrzygających goli w ostatnich sekundach.

Choć jednak Mourinho trafił z transferami - jako przywódca obrony sprawdza się Lucio, jako lider drugiej linii Sneijder, w ataku szaleją Milito i Pandev - to Inter zachwyca tylko incydentalnie. W trzech ostatnich kolejkach ligi remisował, gdyby sporządzić tabelę rundy rewanżowej Serie A, tłukłby się nieopodal jej środka. Mocą przytłacza jednak w najważniejsze wieczory - w derbach dwukrotnie zdmuchnął Milan z murawy.

Wspomniany mecz z Sampdorią zakończył się tradycyjną awanturą. Wściekły Mourinho potrząsał do kamer skrzyżowanymi nadgarstkami, a ponieważ jak zwykle ukarał Włochów ciszą prasową, gest tłumaczyli inni - ponoć miał oznaczać, że trzeba go aresztować, by powalić Inter. A sędziego trener w przerwie pytał, czy myśli o swoich dzieciach, które patrzą, co - on, arbiter - wyprawia.

Kajdanek nie było, na Portugalczyka znów nałożono grzywnę oraz dyskwalifikację, tym razem na trzy kolejki. Zawieszono też działacza oraz piłkarzy - Samuela, Cordobę, Muntariego i Cambiasso. Sobota nie była odstępstwem od normy, Mourinho uporczywie powtarza tezy o spisku, trzyma się polityki oblężonej twierdzy, toczy wojnę z całym światem.

Na wojnę zanosi się także tym razem. Mediolańczycy grają bardzo twardo, na granicy brutalności, choć akurat tego wieczoru powinni uważać - każdego obrońcę (Maicona, Lucio, Samuela, Zanettiego) żółta kartka wyeliminuje z rewanżu.

Londyńczycy też nie odpuszczą. I oni lubią wdawać się w bitwy, ich pola karnego chroni wojownik John Terry, w polu karnym przeciwnika wyczerpującą fizyczną walkę toczy Didier Drogba - wytrzymać tę szarpaninę to wyzwanie dla każdego defensora na świecie, w napastniku Wybrzeża Kości Słoniowej krytycy widzą bardziej umiejącego kopać piłkę zapaśnika niż wybitnego futbolistę. Nawiasem mówiąc, z wielkich chłopów składa się niemal cała londyńska jedenastka, od Cecha, przez Mikela i Ballacka, po Anelkę. To jednak twarz Drogby - Drogby, który rozjuszony sędziowskimi błędami po meczu z Barceloną wrzeszczy do kamery o „pier... hańbie” - ma w tym sezonie drużyna Chelsea.

W obu szatniach szybciej natrafimy zresztą na pragmatycznych, nieprzebierających w środkach na drodze do celu twardzieli niż artystów, których w euforię wpędza subtelne trącenie piłki piętą.

Carlo Ancelotti boryka się z istotnymi lukami w kadrze, do Mediolanu nie zabrał A. Cole'a, Essiena, Deco, Bosingwy, Ferreiry i Żirkowa. Mediolańczyków (leczy się Chivu) wystraszył wtorkowy wypadek Julio Cesara - bramkarz rozbił Lamborghini i się poturbował, ale chce zagrać za wszelką cenę. Raczej zdoła, dziś trenował. Bez wyeliminowania Chelsea sezon znów będzie dla niego i kolegów rozczarowaniem, choć znany z efektownych tańców radości Mourinho obiecał, że przesadnego entuzjazmu po ewentualnym zwycięstwie jako były trener londyńczyków nie okaże, za bardzo czuje się z nimi emocjonalnie związany.

Ale najpierw musi mieć powody, by oszaleć ze szczęścia. Jeśli będzie miał, w Interze poczują, że nastała nowa era.

23:53, rafal.stec
Link Komentarze (57) »
poniedziałek, 22 lutego 2010

Nie lubię słuchać Justyny Kowalczyk. Do winy przyznaję się oczywiście szeptem, zdając sobie sprawę, że bluźnię, że w naszych multimedalistach mamy obowiązek wielbić wszystko, w końcu pchają się na podium dla chwały narodu, nie własnej.

Nasza mistrzyni niedwuznacznie sugeruje, że rywalki się szprycują. Olśniły ją prawdopodobnie ich zwycięstwa, bo Marit Bjoergen nie zachorowała na astmę dopiero w trakcie biegu łączonego, a w przededniu startu Kowalczyk nie przypominała światu (choć robiła to przed igrzyskami, jak zwracacie uwagę na forum), że Norweżka leczy się sterydami. Przypomniała, gdy złota medalistka ją pokonała. Czy raczej, uściślając, zdeklasowała.

Dyskusja o astmie i sterydach w sporcie już się odbyła, odbyła się lata temu, teraz chore narciarki - i nie tylko narciarki - leczą przypadłość (chorobę zawodową?) jawnie, zgodnie z przepisami.

Oskarżyć o doping to oskarżyć o zbrodnię, dlatego niedomówienia i aluzje są niedopuszczalne. Albo wiesz, masz dowody i zgłaszasz doniesienie, albo siedzisz cicho. Ostrożność wypada zachować zwłaszcza zawodniczce, która sama miała dopingową wpadkę, bowiem leczyła uraz zakazaną substancją. I na poprzednich igrzyskach mogła zdobyć medal dlatego, że skrócono jej dyskwalifikację.

Perory Kowalczyk zaskakują tylko trochę, współbrzmią z litanią skarg, których słuchaliśmy tuż przed igrzyskami i w trakcie igrzysk. Najpierw Polka narzekała na trasy. Jej prawo, zresztą słabiej zorientowanym kibicom nawet należy wyjaśniać, że z narciarstwem jest jak z kolarstwem - wyścig wyścigowi nierówny, sprinter woli mknąć po płaskim, wytrzymałościowiec woli wspinać się po górach. Nasza Justyna uwielbia podbiegać, na wzniesieniach zyskuje wyraźną przewagę nad rywalkami, jeśli na drodze do mety trzeba się wymordować do utraty przytomności, to jej w to graj.

Czego w jej lamentach nie lubiłem? Kowalczyk nie mówiła, że profil tras jej nie sprzyja, lecz dyskwalifikowała je jako zbyt łatwe, niegodne igrzysk, kwitowała je wręcz pogardliwym „turystyczne”.

Dość oczywista logika podpowiada, że inne narciarki wygrywają głównie dlatego, że trasy stawiają niewielkie wymagania. Gdyby stawiały większe, przeciwniczki nie dotrzymałyby jej kroku.

Czy trasy rzeczywiście są „łatwiejsze”. Znawcy tłumaczą, że łatwiejsze są dla zawodniczek świetnych technicznie i szybszych, a trudniejsze dla zawodniczek o potwornej sile. W narciarstwie nie zawsze chodzi o to, żeby się skatować. Albo nie tylko o to. Jak w wielu innych sportach. Nawet sztangistom nie wystarczy podnosić palcem ciężarówkę, na pomoście najlepsi też potrzebują nienagannej techniki.

A Kowalczyk nie uprawia podbiegów narciarskich, lecz biegi.

Jeszcze raz - słów naszej mistrzyni nie lubiłem, bo uważam je za niegrzeczne, pobrzmiewają wręcz brakiem szacunku dla rywalek, które nie są lepsze, co najwyżej sprzyjają im trasy. I tak dobrze, że Polka nie wykryła szerszego spisku wymierzonego w jej medalowe plany. Ktoś olimpijskie trasy wyznaczał...

Jeśli tutaj wyczuwam, delikatnie eufemizując, nietakt, to w zawoalowanych oskarżeniach o doping - niemal skandal. (Dlatego oddycham z ulgą, że swoimi przemyśleniami nasza narciarka nie dzieliła się po angielsku). I jak radość Małysza ze srebra wydaje się autentyczna, tak Kowalczyk zaczynam podejrzewać o satysfakcję niepełną. A może również o niepewność przed biegiem ostatnim, do którego ruszy z teoretycznie największymi szansami na złoto. Czy to nie echo utyskiwań sfrustrowanego triumfami Ammanna trenera austriackich skoczków, który wytropił u Szwajcara nieregulaminowe wiązania?

Justynie od dzisiaj kibicuję podwójnie. Dotąd trzymałem z nią jak z innymi polskimi sportowcami rywalizującymi w Vancouver, teraz powoduje mną jeszcze lęk, że po ewentualnym niepowodzeniu znów nie wykorzysta okazji, by w pewnych kwestiach pomilczeć.

22:02, rafal.stec
Link Komentarze (245) »
niedziela, 21 lutego 2010

Wzlatuje Małysz od dekady, przez dekadę utrzymać klasę na skoczni ciężko, ale jeszcze ciężej utrzymać klasę poza skocznią. Małysz podołał.

Idola opada sfora reklamiarzy i marketingowców, przemielić go usiłują telewizje, tabloidy zapłacą za zdjęcie sedesu i osobną sesję w kuchni, byle chwycił rondel w pozie odpowiednio uwodzicielskiej, wedle fachowych porad choreografa. Ktoś gwiazdora zagadnie, jak jeść, inny zechce wiedzieć, jak spać, prezenterzy z ambicjami spytają z przejęciem, jak żyć. Zapanuj nad tym, nie pogub się, odmawiaj. Widzieliśmy, ilu nie podołało, ilu przetopiono w karykatury samych siebie, bezwolne kukiełki, które na widok mikrofonu pajacują już odruchowo.

Małysz podołał. Nie sprzedał się, nie pchał na celebrytę, po reklamowych planach stąpał dyskretnie i nienachalnie, nie tańczył na lodzie, od bywania się raczej dystansował, ociągał się nawet z nieśmiałą zgodą na nadawanie jego imienia skoczniom, unieważnił teorię, że i Einstein, gdyby go zmusić do notorycznego udzielania wywiadów, w końcu wyszedłby na kretyna. Czasem pomagały okoliczności - na Bal Mistrzów Sportu nigdy nie zajrzał, bo mistrzowie balują podczas Turnieju Czterech Skoczni.

Nie zdołaliśmy Małysza zagłaskać, choć była obawa, że wskutek nasączonej czułością popularności pewnego dnia nieodwołalnie straci motywację, bo nikt już od niego nie będzie niczego wymagał - wiecie, jak się rozmawia o skokach w TVP, znacie ten infantylny szczebiot, karmelowe bon moty teleturniejowych osobistości, westchnienia serialowych aktoreczek. Małysz nigdy nie był atletą, którego surowo się recenzuje. Miał zagwarantowaną demoralizującą nietykalność.

A jednak nieodpartą wolę wygrywania zachował, nie rozpuściło jej bezkrytyczne uwielbienie fanów pieszczących go maślanymi oczami. To Małysz okazał się najbardziej odporny na małyszomanię. Nie zmieniała go, jak pazerny był na medale, tak skromny poza skocznią. Sukcesy nie przydały mu śladowej agresji - kiedy showman Pudzianowski radzi mu skończyć ze skakaniem, słyszy w odpowiedzi, że skoczek podziwia jego siłę. O kim zresztą nasz skoczek powiedział coś złego?

Zerknijmy na portret Małysza 2001 i portret Małysza 2010, a uderzających różnic - poza nabytą medialną swobodą, o której pisze obok Michał Pol - nie wypatrzymy. Ostał się nawet wąsik, przecież niespecjalnie modny. Nie zamierzam rozstrzygać, czy w ogóle jeszcze w naszej ultranowoczesnej teraźniejszości przystoi, czy jest już passé, ale pamiętam, jak Kazik Staszewski mówił mi półserio, że nie stał się zajadłym fanem Małysza między innymi z powodu wąsów, które go estetycznie uwierają. Czy się zgadzamy, czy nie, możemy wspólnie ustalić przynajmniej tyle, że w plastikowym celebryckim mainstreamie wąsik się nie mieści, że gdyby Adam nadstawił głowę stylistom, wyparłaby go pewnie falista czuprynka à la Kurzajewski. Nie wyparła, skoczek z Wisły publice się nie podlizuje. Oferuje tylko czysty sport. Czy raczej - aż czysty sport.

Aż, bo ile byśmy nie dumali nad rankingiem osobistości, które zawładnęły w tej dekadzie masową wyobraźnią Polaków, nikogo ponad Małyszem - kwestię papieską świadomie pomijam, zostańmy w kręgach świeckich - nie ustawimy. Żaden sportowiec, artysta czy polityk nie wytrwał na szczycie tak długo, oddziałując ponadpokoleniowo, nie mając sporego elektoratu negatywnego, zachowując godność, styl, autentyczność. Jest nasz mistrz mistrzem niespełnionym, bo nie zdobył olimpijskiego złota, i jest mistrzem spełnionym, bo sam się za takiego uważa. Nie ma tutaj sprzeczności, mieści się w Małyszu całe bogactwo i złożoność sportu, nasze wątpliwości, czy i on poczuje w dniu końca kariery - i następnych - absolutne spełnienie, też są miarą jego wielkości.

Dopiero teraz stare rozczarowania - z igrzysk w Salt Lake City - nabierają sensu i czynią opowieść o polskim bohaterze naszych czasów zamkniętą, finezyjnie skomponowaną całością. Podziwiając jego długowieczność, można się zastanawiać, czy tamta niepełna olimpijska satysfakcja i rozpalające pragnienie złota nie były niezbędne, by Małysz wytrwał do Vancouver. Można pytać, czy bez kryzysów, bez Małysza wyznań, że zanim zaczął zwyciężać, rozmyślał nad powrotem do wyuczonego fachu dekarza, byłby skoczek z Wisły postacią tak pełną, ludzką i bliską milionom. Supermanów z bajecznym talentem, wzlatujących na szczyt bez wysiłku, tłum adoruje inaczej, w chwilach upadku daje im mniej ciepła, życzliwości, empatii.

Bez tęsknoty za złotem nie byłoby też frapującej opowieści o współczesnych skokach, o której pisałem w poprzedniej blogonotce. Oto obaj najwybitniejsi zawodnicy dekady - Małysz i Ahonen - deklasują konkurencję we wszystkich klasyfikacjach, prócz najważniejszej - nie wyskakali ani jednego złota igrzysk. Dopiero dziś mnie zresztą oświeciło, że ta historia może jeszcze potrwać - choć nastroje są tyleż radosne, co schyłkowe, choć sławimy swego bohatera w tonacji podsumowującej, to jutro ani pojutrze formy on wcale nie straci i z progu na bulę zsuwał się nie będzie.

Jeszcze raz - pal licho klasyfikacja medalowa, Ammann nie wygrał w Vancouver bardziej niż Małysz. Złoto jest trwałe, ale nie przeżyje legendy.

20:52, rafal.stec
Link Komentarze (25) »

Przez trzy lata przegrywać zawsze i wszędzie, przez trzy lata się notorycznymi porażkami nie załamać, przez trzy lata żyć marzeniami o olimpijskim medalu, które niemal wszystkim zdają się marzeniami o niebieskich migdałach, a potem wycelować idealnie, odpalić akurat na igrzyskach i wyszarpać podwójne srebro - to więcej niż mistrzostwo, to arcymistrzostwo, wyczyn być może jeszcze bardziej imponujący niż triumfy atletów, którzy od miesięcy trwają na szczycie i wystarczy im tylko swoją hegemonię potwierdzić. A jeśli dokonuje go polski sportowiec wszech czasów, jeśli potrafimy sportowcem wszech czasów ogłaszać faceta, który w chwilach kluczowych, bo olimpijskich, był wiecznie drugi, to jeszcze przy okazji uczymy się dojrzalszego spojrzenia na sport, uczymy się zwracać uwagę na szczegóły i nie ulegać terrorowi współczesności, która każe widzieć przegranego w każdym, kto nie zajął pierwszego miejsca.

Małysz się przez tę bajkową dekadę niemal nie zmienił, to on zmienił nas, również dlatego, że dyscyplinę niszową zamienił w szaloną Polaków pasję. Dlatego śledziliśmy wydarzenia na skoczniach wnikliwie i zdajemy sobie sprawę z krzyczącego paradoksu - oto obaj najwybitniejsi, biorąc pod uwagę całokształt mierzony systematycznością, współcześni zawodnicy nie wyskakali na igrzyskach ani jednego złota. Małysz i Janne Ahonen deklasują konkurencję w niemal wszystkich statystycznych klasyfikacjach, prócz olimpijskiej. Zjawiskowego Nykaenena prześcignął dzięki czterem olimpijskim triumfom Simon Ammann, wirtuoz odlatywania rywalom w momentach kulminacyjnych, który zwycięstw w konkursach Pucharu Świata uzbierał trzykrotnie mniej od Polaka i Fina. A przecież na igrzyskach w Turynie najdalej lądował niejaki Lars Bystoel, usypiająco przeciętny Norweg, który na podium innych zawodów dofruwał od święta, zazwyczaj miotając się między drugą a trzecią dziesiątką...

Im głębiej się w tę całą buchalterię wnika, tym mniej zdaje się wymowna i odleglejsza od tego, co najważniejsze. Do czego by nie przekonywała klasyfikacja medalowa, jasne jest, że Ammann nie wygrał w Vancouver bardziej niż Małysz.

00:49, rafal.stec
Link Komentarze (18) »
piątek, 19 lutego 2010

Właściwie to dzisiaj nie bloguję, taki sobie dzień pustego przebiegu dla higieny psychicznej urządzam, ale na sekundę wpaść muszę, bo mnie właśnie Jego Wielmożność Sepp Blatter oszołomił. Rzekł oto szef FIFA - w tonie obiecująco-przysięgającym! - włoskiemu „Tuttosportowi”, że rozważy wprowadzenie na stadiony technologii wspomagającej sędziów. O sprawie ma Szwajcar debatować już 6 marca z ośmioosobowym International Board,  jedynym ciałem władnym zmieniać przepisy.

- Wstałem rano po spokojnej nocy, wziąłem gazety i osłupiałem, bo znów zobaczyłem na czołówkach sędziów atakowanych za swoje błędy - relacjonunje Blatter, w jakich okolicznościach przeżył iluminację. Zapewne wiecie, o co się rozchodzi - w środę Bayern pokonał Fiorentinę dzięki golowi strzelonemu z ewidentnego, przepastnego jak Wielki Kanion spalonego. W dodatku arbiter liniowy oglądał incydent w pełnym komforcie, stojąc równolegle do zaangażowanych weń piłkarzy. A skoro tak, to nawet realizacja idei Michela Platiniego, żeby postawić dodatkowych sędziów za bramkami, w tym przypadku nieszczęściu by nie zapobiegła. Kto nie widział, niech wyłowi na jutiubie, błąd był szokujący, wprost trudno uwierzyć, że niezamierzony (inna sprawa, że ja bym dobrze nam znanego gwizdka Ovrebo uciszył i przepędził z muraw już za samą nadwagę, lekko licząc kilkunastokilogramową).

Blatterowa obietnica niczego oczywiście nie przesądza, posągowi mędrcy International Board słyną z takiego zamiłowania do reform, że gdyby cała ludzkość hołdowała podobnemu, wciąż byśmy Murzynów nie wpuszczali nawet na ganek. Ale już to, że tematem się FIFA zajmie, jest rewolucją, ja bym wręcz nieśmiało doradzał przebadanie miłosiernie nam w piłce panującego na okoliczność chwilowej niepoczytalności, gdybym nie wiedział, że Szwajcar w ogóle lubi w publicznych wystąpieniach grać, że tak odważnie powiem, figlarnego wariatuńcia.

Mnie uderzyło jeszcze jedno. Otóż Blatter dopiero w czwartek rano dowiedział się, co wstrząsnęło Florencją. Musiał otworzyć gazety… Czy to możliwe, że on, szef futbolu, do tego stopnia nie interesuje się sportem, któremu przewodzi od 12 lat, że w środę nie obejrzał choćby tylko skrótów Ligi Mistrzów? Nawet z ciekawości nie zajrzał do piłkarskich wiadomości w sieci lub telewizorze, w których monachijski skandal zagłuszył niemal wszystko, może poza wybrykami Fabiańskiego? Szczerze powiem - jeśli Szwajcar istotnie prostacką kopaninę ma w głębokim poważaniu, dysonansu poznawczego bym nie miał, przeciwnie, w portret psychologiczny by mi się to wmalowało zgrabnie.

17:44, rafal.stec
Link Komentarze (31) »
 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi