RSS
sobota, 28 lutego 2009

Mam chandrę, bo wznowienie naszej ligowej kopaniny jak zwykle wywołało u mnie nastrój lekko euforyczny, ale rzut oka na inaugurację mistrza Wisły oraz szlagierowe ponoć derby Warszawy i Śląska natychmiast sprowadził mnie na ziemię. Serdecznie przepraszam - staram się, dużo rozmawiam sam ze sobą, naprawdę daję z siebie wszystko. Niestety, stały dziś dostęp do futbolu na szczytowym poziomie tak mnie zdemoralizował, że na figurach z polskich boisk zwyczajnie trudno mi się skupić. Za bardzo to wszystko chaosiarskie, niechlujne, przypadkowe.

Po derbach z Chorzowa zajrzałem do waszej dyskusji spod poprzedniej notki, w której 18 lat bez jednego choćby zwycięstwa naszych klubów w wiosennych meczach europejskich pucharów skonfrontowałem z osiągami innych krajów naszego - i nie tylko naszego - kontynentu. Dyskusja pchnęła mnie do sprawdzenia, jak wyglądałaby polska liga w podsumowaniu totalnym. Korzystając z encyklopedii piłkarskiej FUJI oraz tego zakątka w sieci, zlustrowałem całą historię międzynarodowych rozgrywek klubowych, po czym ułożyłem klasyfikację wszech czasów. Za zdobycie pucharu (dowolnego - Europy, Zdobywców Pucharów, Miast Targowych lub UEFA) przyznawałem krajowi złoto, za udział w finale - srebro, z występ w półfinale - brąz. Wiem, że metoda to niedoskonała - rozgrywki miały różną rangę, zmieniały się regulaminy, nie wszyscy zawsze startowali etc - ale chyba też nienajgorsza.

Miasta, z którego pochodzą kluby, przyporządkowałem krajom ze współczesnej mapy Europy, czyli np. trofea Dynama Kijów i Slovana Bratysława oddałem odpowiednio Ukrainie i Słowacji, a nie ZSRR i Czechosłowacji. Wyniki są interesujące i dające do myślenia, choć dla niektórych czytelników pewnie jeszcze bardziej dołujące niż wnioski z poprzedniego wpisu. Właściwie to zdumiewające, że wciąż tkwi w nas to przeczucie, że polski klub potrafi. Dowodów z przeszłości nie ma żadnych:

1) Hiszpania          29       23          34

2) Anglia               29       18          33

3) Włochy             28       26          36

4) Niemcy             17        20         46

5) Holandia           11         5          14

6) Portugalia          6          8            6

7) Belgia                4          7          12

8) Szkocja             3           6         15

9) Francja           2          11           17

10) Szwecja            2           1           2

11) Rosja              2           1          7

12) Ukraina           2           0           3

13) Węgry             1           6           7

14) Serbia             1           2           9

15) Rumunia         1           1           5

16) Gruzja             1           0          1

17) Słowacja         1           0          1

18) Turcja             1           0          2

19) Austria            0           3          4

20) Chorwacja       0           2            3

21) Grecja             0           1            3

22) Polska           0            1           3

23) Czechy            0          0           7

24) Szwajcaria       0          0           5

25) Bułgaria           0          0           4

26) Bośnia              0         0            1

27) Dania               0        0             1

28) Walia               0        0             1
20:38, rafal.stec
Link Komentarze (64) »
piątek, 27 lutego 2009

Znam kibiców popłakujących, że odkąd Steauy Bukareszt przestały się tłuc się w półfinale Pucharu Europy z Anderlechtami Bruksela, europejskie rozgrywki klubowe utraciły swoją duszę. Dziś muszą być wniebowzięci. Z Pucharu UEFA odpadli niemal wszyscy faworyci, jest szansa nawet na uroczy finał między Metalistem Charków a Bragą, choć mam wątpliwości, czy z zapartym tchem będzie go wypatrywał cały świat i padnie oglądalnościowy rekord.

Niektórzy mocarze, jak Milan, przegrywali, bo są słabi, inni nie traktują rozgrywek serio. W Pucharze UEFA zarabia się ochłapy, więc potentaci nim gardzą. Okazję do wspaniałych przygód dostają średniacy z aspiracjami, pośród których chcielibyśmy widzieć kluby polskie.

I nasi ligowcy, biorąc pod uwagę beznadziejne dokonania z lat minionych, wypadli w sezonie 2008/2009 nieźle. Choćby dlatego, że wreszcie nie przegrywali z patałachami macedońskimi lub gruzińskimi. Lech Poznań dał nam nawet więcej, oglądanie polskiej drużyny podejmującej walkę z rywalami hiszpańskimi czy włoskimi smakuje jak wyszukany rarytas.

Pozostaje wątpliwość, czy wobec bezliku zaskakujących wyników w Pucharze UEFA nie powinniśmy zrewidować pojęcia „faworyt”. Czy po wyeliminowaniu przez ukraińskiego Metalista włoskiej Sampdorii wypada nam hucznie fetować piłkarzy, którzy „faworytom” postawili twardy opór. Refleksja malkontenta - a może jednak zdroworozsądkowa? - mogłaby wyglądać tak: Jesienią Tottenham w rozpaczliwym stylu przegrywał z kim popadnie i ugniatał dno tabeli ligi angielskiej. Aż trafił na Wisłę Kraków. Wpadł na mistrza Polski, to wreszcie sobie coś wygrał. Wiosną włoskie kluby nie potrafiły wygrać żadnego międzynarodowego meczu - ani w Lidze Mistrzów, ani w Pucharze UEFA. Aż najsłabszy z nich - Udinese - trafił na Lecha Poznań. Wpadli Włosi na lidera naszej ligi, to wreszcie sobie coś wygrali.

A nasze kluby od 18 lat, czyli od zwycięstwa Legii Warszawa nad Sampdorią, nie wygrały wiosną w pucharach meczu. Ani jednego.  Postanowiłem poszukać innego należącego do UEFA kraju z liczbą ludności powyżej dziesięciu milionów, któremu również się to nie udało. Znalazłem, choć nie w Europie. Kazachstan.
15:47, rafal.stec
Link Komentarze (64) »
środa, 25 lutego 2009

Wykrakałem te taktyczne przepychanki faworytów w Lidze Mistrzów, wstydzę się trochę i ze wstydu kompletnie nie mam ochoty na podsumowującą pisaninę, więc rzucę tylko kilka dotyczących supermocarstw liczb, by zachęcić do dyskusji.

Kluby angielskie przegrały zero meczów, straciły zero goli, choć zmagały się wyłącznie z rywalami arcyniebezpiecznymi, pochodzącymi z najsilniejszych lig w Europie. Kluby hiszpańskie wygrały zero meczów, choć aż dwie - Atletico i Villarreal - podejmowały na własnym boisku drużyny uchodzące za wyraźnie słabsze (Porto, Panathinaikos). Kluby włoskie wygrały zero meczów i strzeliły zero goli. W fazie pucharowej piłki do bramki przeciwników z Premier League nie umieją wepchnąć, licząc od ubiegłej wiosny, już 720 minut, czyli, bagatela, 12 godzin bieganiny.

Wiem, są jeszcze rewanże, wiem, minimalne zwycięstwa nie gwarantują awansu do ćwierćfinałów. Ale też rozsadzają mi głowę pytania: Jeśli Manchester nie przegrał w Mediolanie pomimo nieobecności swojego najlepszego obrońcy Nemanji Vidicia (kandydata na bohatera sezonu w lidze angielskiej) i w ogóle pomoru w defensywie, to czego jeszcze potrzebowałby Inter, żeby go pokonać? Jeśli Arsenal omal nie zmiażdżył Romy pomimo nieobecności całej zgrai gwiazd (Fabregas, Adebayor, Walcott, Rosicky, Eduardo), to jakim cudem zwyciężyć w rewanżu mają rzymianie, którzy stracili bezcennego Daniele De Rossiego? Jeśli także Chelsea (bez Essiena i Joe Cole'a) zdołała wygrać z Juventusem, który wreszcie wyleczył swoich liderów, to czy łatwo uwierzyć, że turyńczycy pozostają jedną z ostatnich nadziei Europy kontynentalnej na przełamanie hegemonii ligi angielskiej? Jeśli Liverpool zdobył madryckie Santiago Bernabeu bez swojego charyzmatycznego przywódcy, to jak oceniać szanse Realu w meczu za dwa tygodnie, na który Steven Gerrard wróci? Czy wreszcie, by zsumować wątpliwości w Najważniejsze Pytanie Ligi  Mistrzów: ile nóg trzeba urżnąć angielskim nie-Anglikom, by wreszcie dokopać się do ich bramek?

23:28, rafal.stec
Link Komentarze (94) »
wtorek, 24 lutego 2009

Co bardziej strachliwi rywale z Ligi Mistrzów mogli wpaść w popłoch. Piłkarze Manchesteru United do przerwy wypadli wręcz perfekcyjnie - odpychali grę daleko od własnego pola karnego, zamiast błędów popełniali nieistotne błędziki, nie wykonali żadnego popędliwego gestu w cyzelowanych z obsesyjną pedanterią akcjach ofensywnych, non stop ostrzeliwali bramkarza Julio Cesara. Gdyby chcieć stworzyć wzorzec wyjazdowego występu w europejskich pucharach, do pierwszej połowy spektaklu na San Siro nie trzeba by na dobrą sprawę już nic dodawać.

Wolę zachwycać się Manchesterem niż wypominać odrętwienie Interowi, bo nie raz widziałem, co się dzieje w Serie A. Owszem, mediolańczycy niekoniecznie tłamszą na San Siro przeciwników, ale też ich nikt nie umie stłamsić. Nikt, nawet inne włoskie potęgi.

Manchester włoską superpotęgę - mknącą po czwarte z rzędu mistrzostwo kraju - co najmniej przydusił. Do pola karnego. Przyduszonych ocalił Julio Cesar, znów fenomenalny, znów ogłaszający światu, że wśród bramkarzy należy do najściślejszej czołówki.

Jose Mourinho nie chciał tego oglądać. Uciekł do szatni jeszcze przed ostatnią akcją - rzutem wolnym dla jego zespołu. I zareagował jak za dawnych lat. Pamiętam, że swego czasu Chelsea, którą sterował, miesiącami w ogóle nie traciła goli po przerwie, bo nawet jeśli wcześniej coś zawodziło, uleczał ją kwadrans rozmowy z trenerem. Dziś również w szatni piłkarzy zainspirował, po wznowieniu gry to oni naprężyli się i ruszyli, by dopaść obrońców trofeum. Ich napór trwał kwadrans, może trochę więcej. Niestety, znów nam przypomnieli, że nie są futbolowym dziełem skończonym, że koncepcję gry mają dość ograniczoną, by nie powiedzieć - prymitywną. Bazują na sile mięśni, wzroście pozwalającym sięgać piłki wyżej od większości rywali, bajecznych pomysłach natchnionego Zlatana Ibrahimovicia.

W Lidze Mistrzów natchnienie szwedzkiego czarodzieja jednak opuszcza. Co widać we wprost szokującej, jak na piłkarza jego klasy, statystyce: w fazie pucharowej tych rozgrywek wystąpił 15 razy (Ajax, Juventus, Inter), ale gola nie strzelił ani jednego.

Liczby opisujące dokonania Manchesteru również poruszają. Wszyscy słusznie zachwycają się niesamowitą passą Edwina van der Sara w angielskiej Premiership (1302 minuty bez straconego gola), ja proponuję przeanalizować Ligę Mistrzów - gdyby wyjąć bramkę Franka Lamparda z ostatniego finału, Holender zachowywałby czyste konto przez 966 minuty! Znajdźcie mi innego bramkarza w historii futbolu, który miał porównywalne osiągi w klubowych rozgrywkach najwyższej rangi...

Nietykalność van der Sar zawdzięcza również całej reszcie niesamowitego tworu Aleksa Fergusona. Minionego wieczoru defensywę miał szkocki trener rozklekotaną, z braku jakiegokolwiek prawego obrońcy nie chciał ściągnąć z boiska nawet słabnącego Johna O'Shea. A jednak Manchester przetrwał.

Bezbramkowego - lub prawie bezbramkowego - klinczu w angielsko-włoskiej wojnie spodziewałem się (Arsenal z Romą też wypociły gola tylko dzięki rzutowi karnemu) również dlatego, że prześladowały mnie myśli o dwóch gatunkach gry na zero. Gatunku uprawianego przez van der Sara i jego ferajnę, a także gatunku uprawianego w Lidze Mistrzów przez Ibrahimovicia. Ale nie przypuszczałem, że Manchester pochwali się futbolem aż do tego stopnia bardziej od futbolu mediolańskiego wielowymiarowym i zajmującym.

23:54, rafal.stec
Link Komentarze (26) »
poniedziałek, 23 lutego 2009
W zeszłym roku kluby angielskie schłostały w Lidze Mistrzów kluby włoskie, teraz nastał czas rewanżu. A ponieważ jestem - o czym stali bywalcy chyba już wiedzą - uczulony na stereotypy sprowadzające bogactwo współczesnej piłki do kilku wytartych, czasem kompletnie już nieaktualnych formułek, zdecydowałem się na uderzenie wyprzedzające - zanim nasłucham się niedorzecznych komunałów o uprawianym w Serie A catenaccio, zwracam uwagę na ewolucję Premier League, której potentaci odebrali panowanie Włochom i stali się królami perfekcyjnej gry defensywnej. Wywód pod urokliwym tytułem „Orgia bez goli też daje frajdę” znajdziecie tutaj.
18:34, rafal.stec
Link Komentarze (49) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Archiwum
Tagi