RSS
sobota, 28 lutego 2009

Mam chandrę, bo wznowienie naszej ligowej kopaniny jak zwykle wywołało u mnie nastrój lekko euforyczny, ale rzut oka na inaugurację mistrza Wisły oraz szlagierowe ponoć derby Warszawy i Śląska natychmiast sprowadził mnie na ziemię. Serdecznie przepraszam - staram się, dużo rozmawiam sam ze sobą, naprawdę daję z siebie wszystko. Niestety, stały dziś dostęp do futbolu na szczytowym poziomie tak mnie zdemoralizował, że na figurach z polskich boisk zwyczajnie trudno mi się skupić. Za bardzo to wszystko chaosiarskie, niechlujne, przypadkowe.

Po derbach z Chorzowa zajrzałem do waszej dyskusji spod poprzedniej notki, w której 18 lat bez jednego choćby zwycięstwa naszych klubów w wiosennych meczach europejskich pucharów skonfrontowałem z osiągami innych krajów naszego - i nie tylko naszego - kontynentu. Dyskusja pchnęła mnie do sprawdzenia, jak wyglądałaby polska liga w podsumowaniu totalnym. Korzystając z encyklopedii piłkarskiej FUJI oraz tego zakątka w sieci, zlustrowałem całą historię międzynarodowych rozgrywek klubowych, po czym ułożyłem klasyfikację wszech czasów. Za zdobycie pucharu (dowolnego - Europy, Zdobywców Pucharów, Miast Targowych lub UEFA) przyznawałem krajowi złoto, za udział w finale - srebro, z występ w półfinale - brąz. Wiem, że metoda to niedoskonała - rozgrywki miały różną rangę, zmieniały się regulaminy, nie wszyscy zawsze startowali etc - ale chyba też nienajgorsza.

Miasta, z którego pochodzą kluby, przyporządkowałem krajom ze współczesnej mapy Europy, czyli np. trofea Dynama Kijów i Slovana Bratysława oddałem odpowiednio Ukrainie i Słowacji, a nie ZSRR i Czechosłowacji. Wyniki są interesujące i dające do myślenia, choć dla niektórych czytelników pewnie jeszcze bardziej dołujące niż wnioski z poprzedniego wpisu. Właściwie to zdumiewające, że wciąż tkwi w nas to przeczucie, że polski klub potrafi. Dowodów z przeszłości nie ma żadnych:

1) Hiszpania          29       23          34

2) Anglia               29       18          33

3) Włochy             28       26          36

4) Niemcy             17        20         46

5) Holandia           11         5          14

6) Portugalia          6          8            6

7) Belgia                4          7          12

8) Szkocja             3           6         15

9) Francja           2          11           17

10) Szwecja            2           1           2

11) Rosja              2           1          7

12) Ukraina           2           0           3

13) Węgry             1           6           7

14) Serbia             1           2           9

15) Rumunia         1           1           5

16) Gruzja             1           0          1

17) Słowacja         1           0          1

18) Turcja             1           0          2

19) Austria            0           3          4

20) Chorwacja       0           2            3

21) Grecja             0           1            3

22) Polska           0            1           3

23) Czechy            0          0           7

24) Szwajcaria       0          0           5

25) Bułgaria           0          0           4

26) Bośnia              0         0            1

27) Dania               0        0             1

28) Walia               0        0             1
20:38, rafal.stec
Link Komentarze (64) »
piątek, 27 lutego 2009

Znam kibiców popłakujących, że odkąd Steauy Bukareszt przestały się tłuc się w półfinale Pucharu Europy z Anderlechtami Bruksela, europejskie rozgrywki klubowe utraciły swoją duszę. Dziś muszą być wniebowzięci. Z Pucharu UEFA odpadli niemal wszyscy faworyci, jest szansa nawet na uroczy finał między Metalistem Charków a Bragą, choć mam wątpliwości, czy z zapartym tchem będzie go wypatrywał cały świat i padnie oglądalnościowy rekord.

Niektórzy mocarze, jak Milan, przegrywali, bo są słabi, inni nie traktują rozgrywek serio. W Pucharze UEFA zarabia się ochłapy, więc potentaci nim gardzą. Okazję do wspaniałych przygód dostają średniacy z aspiracjami, pośród których chcielibyśmy widzieć kluby polskie.

I nasi ligowcy, biorąc pod uwagę beznadziejne dokonania z lat minionych, wypadli w sezonie 2008/2009 nieźle. Choćby dlatego, że wreszcie nie przegrywali z patałachami macedońskimi lub gruzińskimi. Lech Poznań dał nam nawet więcej, oglądanie polskiej drużyny podejmującej walkę z rywalami hiszpańskimi czy włoskimi smakuje jak wyszukany rarytas.

Pozostaje wątpliwość, czy wobec bezliku zaskakujących wyników w Pucharze UEFA nie powinniśmy zrewidować pojęcia „faworyt”. Czy po wyeliminowaniu przez ukraińskiego Metalista włoskiej Sampdorii wypada nam hucznie fetować piłkarzy, którzy „faworytom” postawili twardy opór. Refleksja malkontenta - a może jednak zdroworozsądkowa? - mogłaby wyglądać tak: Jesienią Tottenham w rozpaczliwym stylu przegrywał z kim popadnie i ugniatał dno tabeli ligi angielskiej. Aż trafił na Wisłę Kraków. Wpadł na mistrza Polski, to wreszcie sobie coś wygrał. Wiosną włoskie kluby nie potrafiły wygrać żadnego międzynarodowego meczu - ani w Lidze Mistrzów, ani w Pucharze UEFA. Aż najsłabszy z nich - Udinese - trafił na Lecha Poznań. Wpadli Włosi na lidera naszej ligi, to wreszcie sobie coś wygrali.

A nasze kluby od 18 lat, czyli od zwycięstwa Legii Warszawa nad Sampdorią, nie wygrały wiosną w pucharach meczu. Ani jednego.  Postanowiłem poszukać innego należącego do UEFA kraju z liczbą ludności powyżej dziesięciu milionów, któremu również się to nie udało. Znalazłem, choć nie w Europie. Kazachstan.
15:47, rafal.stec
Link Komentarze (64) »
środa, 25 lutego 2009

Wykrakałem te taktyczne przepychanki faworytów w Lidze Mistrzów, wstydzę się trochę i ze wstydu kompletnie nie mam ochoty na podsumowującą pisaninę, więc rzucę tylko kilka dotyczących supermocarstw liczb, by zachęcić do dyskusji.

Kluby angielskie przegrały zero meczów, straciły zero goli, choć zmagały się wyłącznie z rywalami arcyniebezpiecznymi, pochodzącymi z najsilniejszych lig w Europie. Kluby hiszpańskie wygrały zero meczów, choć aż dwie - Atletico i Villarreal - podejmowały na własnym boisku drużyny uchodzące za wyraźnie słabsze (Porto, Panathinaikos). Kluby włoskie wygrały zero meczów i strzeliły zero goli. W fazie pucharowej piłki do bramki przeciwników z Premier League nie umieją wepchnąć, licząc od ubiegłej wiosny, już 720 minut, czyli, bagatela, 12 godzin bieganiny.

Wiem, są jeszcze rewanże, wiem, minimalne zwycięstwa nie gwarantują awansu do ćwierćfinałów. Ale też rozsadzają mi głowę pytania: Jeśli Manchester nie przegrał w Mediolanie pomimo nieobecności swojego najlepszego obrońcy Nemanji Vidicia (kandydata na bohatera sezonu w lidze angielskiej) i w ogóle pomoru w defensywie, to czego jeszcze potrzebowałby Inter, żeby go pokonać? Jeśli Arsenal omal nie zmiażdżył Romy pomimo nieobecności całej zgrai gwiazd (Fabregas, Adebayor, Walcott, Rosicky, Eduardo), to jakim cudem zwyciężyć w rewanżu mają rzymianie, którzy stracili bezcennego Daniele De Rossiego? Jeśli także Chelsea (bez Essiena i Joe Cole'a) zdołała wygrać z Juventusem, który wreszcie wyleczył swoich liderów, to czy łatwo uwierzyć, że turyńczycy pozostają jedną z ostatnich nadziei Europy kontynentalnej na przełamanie hegemonii ligi angielskiej? Jeśli Liverpool zdobył madryckie Santiago Bernabeu bez swojego charyzmatycznego przywódcy, to jak oceniać szanse Realu w meczu za dwa tygodnie, na który Steven Gerrard wróci? Czy wreszcie, by zsumować wątpliwości w Najważniejsze Pytanie Ligi  Mistrzów: ile nóg trzeba urżnąć angielskim nie-Anglikom, by wreszcie dokopać się do ich bramek?

23:28, rafal.stec
Link Komentarze (94) »
wtorek, 24 lutego 2009

Co bardziej strachliwi rywale z Ligi Mistrzów mogli wpaść w popłoch. Piłkarze Manchesteru United do przerwy wypadli wręcz perfekcyjnie - odpychali grę daleko od własnego pola karnego, zamiast błędów popełniali nieistotne błędziki, nie wykonali żadnego popędliwego gestu w cyzelowanych z obsesyjną pedanterią akcjach ofensywnych, non stop ostrzeliwali bramkarza Julio Cesara. Gdyby chcieć stworzyć wzorzec wyjazdowego występu w europejskich pucharach, do pierwszej połowy spektaklu na San Siro nie trzeba by na dobrą sprawę już nic dodawać.

Wolę zachwycać się Manchesterem niż wypominać odrętwienie Interowi, bo nie raz widziałem, co się dzieje w Serie A. Owszem, mediolańczycy niekoniecznie tłamszą na San Siro przeciwników, ale też ich nikt nie umie stłamsić. Nikt, nawet inne włoskie potęgi.

Manchester włoską superpotęgę - mknącą po czwarte z rzędu mistrzostwo kraju - co najmniej przydusił. Do pola karnego. Przyduszonych ocalił Julio Cesar, znów fenomenalny, znów ogłaszający światu, że wśród bramkarzy należy do najściślejszej czołówki.

Jose Mourinho nie chciał tego oglądać. Uciekł do szatni jeszcze przed ostatnią akcją - rzutem wolnym dla jego zespołu. I zareagował jak za dawnych lat. Pamiętam, że swego czasu Chelsea, którą sterował, miesiącami w ogóle nie traciła goli po przerwie, bo nawet jeśli wcześniej coś zawodziło, uleczał ją kwadrans rozmowy z trenerem. Dziś również w szatni piłkarzy zainspirował, po wznowieniu gry to oni naprężyli się i ruszyli, by dopaść obrońców trofeum. Ich napór trwał kwadrans, może trochę więcej. Niestety, znów nam przypomnieli, że nie są futbolowym dziełem skończonym, że koncepcję gry mają dość ograniczoną, by nie powiedzieć - prymitywną. Bazują na sile mięśni, wzroście pozwalającym sięgać piłki wyżej od większości rywali, bajecznych pomysłach natchnionego Zlatana Ibrahimovicia.

W Lidze Mistrzów natchnienie szwedzkiego czarodzieja jednak opuszcza. Co widać we wprost szokującej, jak na piłkarza jego klasy, statystyce: w fazie pucharowej tych rozgrywek wystąpił 15 razy (Ajax, Juventus, Inter), ale gola nie strzelił ani jednego.

Liczby opisujące dokonania Manchesteru również poruszają. Wszyscy słusznie zachwycają się niesamowitą passą Edwina van der Sara w angielskiej Premiership (1302 minuty bez straconego gola), ja proponuję przeanalizować Ligę Mistrzów - gdyby wyjąć bramkę Franka Lamparda z ostatniego finału, Holender zachowywałby czyste konto przez 966 minuty! Znajdźcie mi innego bramkarza w historii futbolu, który miał porównywalne osiągi w klubowych rozgrywkach najwyższej rangi...

Nietykalność van der Sar zawdzięcza również całej reszcie niesamowitego tworu Aleksa Fergusona. Minionego wieczoru defensywę miał szkocki trener rozklekotaną, z braku jakiegokolwiek prawego obrońcy nie chciał ściągnąć z boiska nawet słabnącego Johna O'Shea. A jednak Manchester przetrwał.

Bezbramkowego - lub prawie bezbramkowego - klinczu w angielsko-włoskiej wojnie spodziewałem się (Arsenal z Romą też wypociły gola tylko dzięki rzutowi karnemu) również dlatego, że prześladowały mnie myśli o dwóch gatunkach gry na zero. Gatunku uprawianego przez van der Sara i jego ferajnę, a także gatunku uprawianego w Lidze Mistrzów przez Ibrahimovicia. Ale nie przypuszczałem, że Manchester pochwali się futbolem aż do tego stopnia bardziej od futbolu mediolańskiego wielowymiarowym i zajmującym.

23:54, rafal.stec
Link Komentarze (26) »
poniedziałek, 23 lutego 2009
W zeszłym roku kluby angielskie schłostały w Lidze Mistrzów kluby włoskie, teraz nastał czas rewanżu. A ponieważ jestem - o czym stali bywalcy chyba już wiedzą - uczulony na stereotypy sprowadzające bogactwo współczesnej piłki do kilku wytartych, czasem kompletnie już nieaktualnych formułek, zdecydowałem się na uderzenie wyprzedzające - zanim nasłucham się niedorzecznych komunałów o uprawianym w Serie A catenaccio, zwracam uwagę na ewolucję Premier League, której potentaci odebrali panowanie Włochom i stali się królami perfekcyjnej gry defensywnej. Wywód pod urokliwym tytułem „Orgia bez goli też daje frajdę” znajdziecie tutaj.
18:34, rafal.stec
Link Komentarze (49) »
niedziela, 22 lutego 2009

W sobotnie popołudnie piłkarze Arsenalu, drużyny uzależnionej ponoć od ofensywnego futbolu z przygodami, zremisowali bezbramkowo trzeci mecz ligowy z rzędu. Poprzednio taka posucha przytrafiła im się latem 1998 roku (!), niedługo po objęciu rządów w klubie przez Arsene'a Wengera. Meczami bez goli generalnie się brzydzili, potrafili unikać ich całymi miesiącami, a nawet latami. Teraz ociągają się londyńczycy ze strzelaniem zwłaszcza na swoim boisku. Oto ich mecze na Emirates Stadium z ostatniego kwartału: Sunderland 0:0, West Ham 0:0, Bolton 1:0, Portsmouth 1:0, Liverpool 1:1, Wigan 1:0, Aston Villa 0:2.

W niedzielne popołudnie piłkarze Milanu, drużyny do niedawna przewodzącej europejskiemu rankingowi UEFA, wymordowali zwycięstwo 1:0 nad Cagliari. Ale nasłuchali się gwizdów, na reakcje trybun skarżył się m.in. zdobywca zwycięskiej bramki Clarence Seedorf. Oni ustanowili inny rekord - średnia wieku w ich podstawowej jedenastce przebyła kolejną barierę i osiągnęła 32,7 lat. Dam głowę, że innej takiej drużyny na tym poziomie rywalizacji nie znajdziecie w całym świecie.

Oba kluby uchodziły w minionych latach - mniej lub bardziej słusznie - za przypadki ekstremalne. Arsenal wystawiał nastoletnich dzieciaków, Milan wystawiał podstarzałe gwiazdy, zwane tam senatorami. Nawiasem mówiąc, nikomu nie przyszło do głowy, by się piłkarzami powymieniać i przehandlować młodzieńczą świeżość za doświadczenie:-)

W obu klubach czują, że ich koncepcje się wyczerpały. Trener Wenger spytany kiedyś przez zwierzchników, co by zrobił, gdyby dostał od nich na transfery 100 mln funtów, odparł: „Natychmiast bym wam je zwrócił”. I jeszcze jesienią upierał się, że swojej idee fixe promowania za wszelką cenę gołowąsów będzie się trzymał. Zmienił zdanie. Przed chwilą wydał gruby szmal za 28-letniego Arszawina, za chwilę (czyli latem) chce wydać gruby szmal na 26-letniego Felipe Melo.

Wściekł się też właściciel Milanu Silvio Berlusconi. Ma wyżej po uszu tłumaczeń piłkarzy po meczach, w których oddają zwycięstwo wskutek roztargnienia w ostatnich minutach gry. I Włochy huczą o niechybnym (czyli czerwcowym) zwolnieniu trenera Carlo Ancelottiego oraz rewolucji personalnej w kadrze.

Arsenal za niewystarczającą elastyczność trenera zapłaci być może sezonem bez Ligi Mistrzów. Milan sezonem bez Ligi Mistrzów już zapłacił.

Kto podniesie się prędzej?

23:49, rafal.stec
Link Komentarze (33) »
sobota, 21 lutego 2009

Lewitacja w Barcelonie. Fot. lcfr/Flickr 

Piłkarze Realu pewnie unoszą się nad ziemią. Oni też, wreszcie. Nie dlatego, że nowy trener Juande Ramos zaordynował w Madrycie restrykcyjną dietę i codzienne ważenie, więc ubyło im do dwóch kilogramów na głowę. Wyniosła ich, jak przypuszczam, nieskończona euforia. W tydzień nadrobili do mianowanego już mistrzem lidera ligi hiszpańskiej pięć z dwunastu punktów straty; ów lider poniósł dołującą porażkę w derbach Barcelony; w dwóch meczach wbili rywalom dziesięć goli; wygrywają od dziewięciu kolejek; rozstrzelał się wyszydzany napastnik Klaas Jan Huntelaar, ściągnięty za ponad 20 mln euro; Raul Gonzalez zdystansował najskuteczniejszego w historii klubu Alfredo di Stefano; przeżywający niedawno lekki kryzys formy bramkarz Iker Casillas przestał puszczać bramki; nawet wygwizdywany przez własnych fanów Marcelo przeniósł się na nową pozycję i nabrał śmiałości. Trudno byłoby wymyśleć coś więcej, by morale Realu wypchnąć jeszcze wyżej. I to, co się dzieje, pachnie klimatami bajkowymi.

Wygnany z Tottenhamu Juande Ramos zrehabilitował się błyskawicznie. Już nie jest pozującym na omnibusa patałachem, który w londyńskim klubie wtrącał się nawet do spraw stołówkowych i zaserwował mu najgorszy ligowy start w historii. Znów stał się wschodzącą gwiazdą swojego fachu, która z Sevillą w półtora roku zdobył pięć trofeów. (Tottenham, choć się od niego uwolnił, w ślimaczym tempie ucieka ze strefy spadkowej w lidze angielskiej). A my wszyscy przypomnieliśmy sobie tzw. starą piłkarską prawdę, że poza Fabio Capello nie istnieją trenerzy nieomylni, którym udaje się wszędzie.

Ja przypominam sobie też grudniowe losowanie 1/8 finału Ligi Mistrzów. Pomyślałem wtedy - zeznaję z samobójczą szczerością, pokornie proszę o łagodny wymiar kary - że Real wraz z Liverpoolem tworzą (obok duetu  Villarreal - Panathinaikos) najbardziej nierówną parę, że wyspiarze będą bezwzględnie murowanym faworytem dwumeczu. Niezależnie od kontuzji, kartek, nawet osobistych dramatów - np. cichych dni w małżeństwie Benitezów.

Dziś oczywiście pogląd zrewidowałem. Wciąż nie widzę w Realu faworyta, ale przyznaję mu co najmniej 49 procent szans na awans. W Liverpoolu grają piłkarze, którzy do wygrywania w Lidze Mistrzów wręcz przywykli, steruje nimi wybitny specjalista od pojedynczych wielkich meczów. Ich przywódcy - Steven Gerrard i Fernando Torres - podupadli na zdrowiu, a teraz wpadli na trupę inspirowaną przez trenera, który uwielbia krótkie pucharowe spięcia. Ramos jako jedyny od 1990 roku szkoleniowiec zdołał obronić europejskie trofeum.

Zresztą Real zmartwychwstał - i w minionym tygodniu podniebowstąpił - w okolicznościach tak magicznych, że kibice mają prawo do myślenia magicznego. Dla zainteresowanych mam małą podpowiedź. Przecież najbardziej utytułowanym madryckim trenerem w nowożytnej historii klubu był również, jak Ramos, fachowiec zatrudniony tymczasowo. A wytrwał Vicente del Bosque na stanowisku dłużej niż ktokolwiek inny w ostatnich, bagatela, 35 latach...
23:54, rafal.stec
Link Komentarze (69) »
piątek, 20 lutego 2009

Włosi ze zrozumiałych względów biadają, że ich siatkówka - w minionej dekadzie bezkonkurencyjna w świecie - schodzi na psy, ale siatkarskie know-how eksportują już na całą Europę. Dosłownie. Nie ma chyba innej dyscypliny zespołowej, w której niemal cała kontynentalna czołówka oddała swoje reprezentacje w ręce absolwentów trenerskiej szkoły jednego kraju. Siatkówka oddała. Nie zawsze w ręce Włochów, zawsze w ręce fachowców przez Serie A wyedukowanych, którzy całe kariery - lub niezliczone sezony - spędzili w różnych rolach w tamtejszych halach.

Skalę zjawiska uświadomiła mi właśnie decyzja Rosjan, by kadrę powierzyć Bagnolemu. Lokalnie obserwujemy je w Polsce, w końcu czterech najsilniejszych ligowców prowadzą wyłącznie ludzie spełniający powyższe warunki: Daniel Castellani, Krzysztof Stelmach, Ljubomir Travica oraz Roberto Santilli. Przytłaczającą dominację włoskiej myśli szkoleniowej odczujemy jednak dopiero podczas wrześnionych mistrzostw Europy, podczas których federacje płacące własnym trenerom będą już wyglądać na ekscentryczne. Rosjanie nominowali Daniele Bagnolego, Bułgarzy mają Silvano Prandiego, Włosi - Andreę Anastasiego, Polacy - Castellaniego, Hiszpanie - Julio Velasco, Niemcy - Raula Lozano, Finowie - Mauro Berruto, Grecy - Roberto Serniottiego (prawdopodobnie), Turcy - Fausto Polidoriego, Słowacy - Emanulele Zaniniego. W czołówce swoim ludziom ufają już tylko Serbowie i Francuzi...

15:35, rafal.stec
Link Komentarze (8) »
czwartek, 19 lutego 2009

Moja debiutancka wprawka, czyli relacjonowanie na żywo dnia z derbami Mediolanu, chyba się udała, więc nabrałem odwagi i postanowiłem obudować swoją paplaniną inaugurację sezonu w klubowej piłce polskiej. Już za niespełna trzy godziny w Poznaniu piłkarze Franciszka Smudy - jesienią nasze najdroższe ligowe skarby - ruszą na Udinese, czyli włoskiego średniaka niespecjalnie zainteresowanego Pucharem UEFA.

Zacznę chyba od przybliżenia, co za diabeł z tego Udinese, bo mam wrażenie, że wielu fanklubów w Polsce ten klub nie ma. Jeśli się mylę, to kibicu wroga wystąp. Na forum oczywiście. Jeśli ktoś ma pytania, też niech też wystąpi.

15.29. Celowo i zaczepnie napisałem tym „niespecjalnym zainteresowaniu Udinese Pucharem UEFA”, bo zdumiały mnie słowa Zbigniewa Bońka, który na pytanie, czy trener Marino będzie kalkulował i w Poznaniu posadzi kilku podstawowych piłkarzy na ławce, odpowiedział: A dlaczego miałby kalkulować? Nie lubię w ogóle tego określenia! We Włoszech nikt nie kalkuluje, nie myśli, co mu się bardziej opłaci wygrać. To takie polskie. (...) Na pewno będą walczyli z całych sił do ostatniego meczu sezonu, zarówno w lidze, jak i w Pucharze UEFA. A co do rotacji w składzie, to Marino nie ma takiego komfortu jak trenerzy Interu czy Juventusu.

Zibi mieszka w Rzymie od ćwierć wieku, więc wie lepiej od nas, że jest wprost przeciwnie. Włosi nie tylko kalkulują i myślą, co im się opłaci, ale w dziedzinie ogólnie pojętego kombinowania są niedoścignieni. I dzisiaj prawdopodobnie nie wystawią, bagatela, swojej największej gwiazdy Antonio di Natale. Nawet jeśli opowiadają, jak bardzo im na Pucharze UEFA zależy. Pozostawienie na ławce di Natale zapowiada cała włoska prasa.

15.33. Dlaczego di Natale nie zagra? Czytam, że „musi odetchnąć”. W weekend ważny ligowy mecz z Torino.

15.47. Inna sprawa, że ostatnie dobre wyniki rywali - pomyślna passa nastąpiła po miesiącach zapaści - nie sprzyjają Lechowi podwójnie. Po pierwsze, Udinese po wygranej z Juve nabrało rozpędu. Po drugie, uciekło z okolic zagrożonych degradacją do Serie B, więc może ryzykować w Pucharze UEFA. Gdyby wciąż były tuż nad strefą spadkową, kto wie, czy nie skończyłoby się jak przed kilku laty z Parmą. Cytuję własny felieton:

Puchar UEFA był jej [Parmie] tej wiosny kulą u nogi w wyścigu o przetrwanie, czyli uniknięcie degradacji z ligi włoskiej. Trener Pietro Carmignani po każdej zwycięskiej potyczce powtarzał, że przeżył szok, a kiedy jego drużyna eliminowała kolejnych rywali, oświadczał wprost, iż "nie jest to dla niego idealna sytuacja, bo zmusza do rozegrania następnych dwóch niepotrzebnych meczów". Wyglądał na człowieka, który modli się o klęski, ale piłkarzom się do tego nie przyznaje, bo wie, że pewnych rzeczy ze względów wychowawczych robić nie wypada. Właściwie jednak mógł nic nie mówić, jego polityka personalna była aż nadto wymowna. Wystawiał regularnie 17-letniego Daniela Dessenę i 20-letniego Tonino Sorrentino, którzy razem wzięci zagrali z seniorami cztery mecze w życiu. Francesco Ruopolo, też notoryczny rezerwowy, to przy nich stary wyjadacz, bo w Serie A wystąpił dziesięciokrotnie. Do Pucharu UEFA według trenera się nadawał. Według niego nadawał się zresztą każdy - Davide Furlan czy Gwinejczyk Ibrahima Sory Camara nigdy wcześniej z dorosłymi i na poważnie piłki nie kopali podobnie jak tajemniczy napastnik o nazwisku Gibbs (imiona: Alex Mansfield, a to ponoć Włoch). Jedynie w Europie mogli się pokazać. Carmignani pozostawiał w rezerwie nie tylko fantastycznie utalentowanego, rozchwytywanego na całym kontynencie Alberto Gilardino, ale nawet Sebastiana Freya, a przecież bramkarze nie pokonują maratońskich dystansów i jeden mecz wte czy wewte nie zrujnuje ich kondycji. Słowem, parmeński szkoleniowiec potraktował Puchar UEFA jak królika doświadczalnego, testując jego odporność na żółtodziobów. I wyszedł na proroka, bo Parma potknęła się dopiero w półfinale, zbierając cięgi w Moskwie od hojnie wspieranego przez Sibnieft CSKA.

16.07. Rywal Lecha to drużyna na Półwyspie Apenińskim nietypowa. Po boiskach Serie A z różnych względów biegają gracze podstarzali (wyrafinowanie taktyczne gry, szacunek dla starych mistrzów, obawy trenerów przed ryzykiem - vide losy Sebusia Giovinco w Juventusie), tymczasem Udinese wystawia zazwyczaj zaledwie jednego 30-latka - wspomnianego di Natale. W całej kadrze są jeszcze dwaj, ale rezerwowy bramkarz Belardi oraz obrońca Sala na boisko nie wychodzą prawie nigdy.

16.14. Nawet jeśli poznaniacy przegrają, to i tak będziemy mieli polski dzień. W Irlandii szaleje pirat drogowy o znajomo brzmiących imieniu i nazwisku Prawo Jazdy. O tajemnicy jego sukcesu pisze BBC.

16.35. Pytacie na forum, czy serio wierzę w szanse Lecha. Odpowiem w stylu skoczków narciarskich i wybitnych ekonomistów: nie wiem. Naszych ludzi nie widziałem, jak i wy, od dwóch miesięcy z górą. Udinese to zgraja nieprzewidywalna i trochę pasująca do poznańskiej husarii: z ducha raczej ofensywna, trochę dziurawa na tyłach, lekko postrzelona. W Serie A stracili rywale na wyjazdach 24 gole - najwięcej w lidze, więcej nawet od ugniatającej dno tabeli Regginy.

17.19. Faworytem są pewnie piłkarze Udinese, bo Włosi kopią generalnie lepiej od Polaków (nawet wspartych zaciągiem zagranicznym), ale irytuje mnie maniera notorycznego porównywania budżetów naszych ligowców z budżetami zachodnich rywali (ulegli jej nawet dziennikarze z poznańskiego oddziału „Gazety”). Jedynym piłkarzem kupionym przez Udinese w ostatnich pięciu latach (i jedynym w całej kadrze) za więcej niż pięć milionów euro jest Fabio Quagliarella, wzięty z Sampdorii Genua. Prezes Giampaolo Pozzo w ogóle umie twardo dbać o interes klubu - zawodników zmusza niekiedy szantażem do podpisywania długoterminowych kontraktów, by nie stracić ich za darmo. A szantażuje w ten sposób, że odsyła delikwentów od drużyny. Spytajcie niejakiego Vincenzo Iaquintę...

17.25. Trener Franciszek Smuda opowiada, że codziennie do śniadania ogląda mecze Udinese i generalnie od tygodni namiętnie wroga rozgryza. Piłkarze Udinese i ich trener po raz pierwszy zobaczyli video z popisami Lecha dopiero wczoraj wieczorem, już po przyjeździe do Poznaniu.

A tak w ogóle sorry za długawą przerwę w relacjonowaniu, mam dzisiaj w redakcji dyżur, a czwartek najgorszy w tygodniu - Gazetę Telewizyjną wydajemy, dedlajny zabójczo wcześnie są:-)

17.34. A propos pogłębionej wiedzy Włochów na temat polskiego futbolu, to trenerem Lecha według „La Gazzetta dello Sport” do wczoraj był Zmuda. Dzisiaj ta sama redakcja pisze już o Smudzie i ze znawstwem apeluje, by nie mylić go z Wladyslawem Zmudą, w erze bońkowej obrońcy Hellas Verona i Cremonese.

17.48. Pisałem o tym tutaj i tutaj, teraz tylko przypominam - Smuda w pucharach nie skompromitował się, co u jego polskich kolegów po fachu rzadkie, nigdy. Jeśli wyraźnie przegrywał, to z przedstawicielami najsilniejszych lig, od czasu do czasu wbijając trzy gole samej Barcelonie. A remisował bądź wygrywał mecze z całą kupą nie byle jakich firm - Broendby Kopenhaga, Borussią Dortmund, Steauą Bukareszt, Udinese, Parmą, Hajdukiem Split, Interem Mediolan, Deportivo La Coruna, Feyenoordem. No i grał w Lidze Mistrzów. Polskiego trenera czasów nowożytnych z okazalszą listą łupów nie znajdziecie.

17.55. Przed Smudą kolejne wyzwanie - ostatnim polskim klubem, który wygrał wiosną europejski dwumecz, była Legia Warszawa. 18 lat temu wyeliminowała Sampdorię Genua. Widzę, że śnieg się uparł, żeby naszych wesprzeć. I bez tej zawieruchy wypad do Poznania między fajnymi ligowymi grami byłby dla Udinese zesłaniem...

18.37. Wstydzę się za brak pogłębionej refleksji i przenikliwych analiz, ale męczę się oglądaniem prawie tak, jak Lech i Udinese. Piłkę zobaczyłem dopiero po kwadransie, a w jej sprawie jest ortodoksyjny - w każdym meczu musi na boisku być. Lewandowski dośrodkował przed chwilą ładnie (potem było ładne podanie Stilicia), ale skupiał się chyba głównie na tym, żeby nie usiąść na pupie. Robi się z tego mocno improwizowana jazda figurowa na lodzie, jak w przerwie nie przyjdą roztopy, mogą być ofiary (znaczy zwichięcia, naciągnięcia i takie tam). Co wcale nie musi bardziej zaszkodzić akurat Lechowi... W każdym razie nie mam wątpliwości, że w takich okolicznościach mecze trzeba przekładać.

19.15. Samiutki w polu karnym Fabio Quagliarella rusza głową i jest 0:1. Niechlujstwa nie znoszę najbardziej. Wiem, że gorzej nasi kopią, w gorszych warunkach trenują, gorzej zarabiają i w ogóle żyje im się ciężko. Ale czy to wszystko uniemożliwia realizację prostego planu: przy rzucie wolnym przeciwnika zwracamy baczniejszą uwagę na jego najskuteczniejszego napastnika?

Oho, już 0:2. Samobój Arboledy. Skończyłbym tę relację, gdyby piłkarze Lecha mnie nie przyzwyczaili, że mają jaja. Bo wątpię, czy w ostatnich, powiedzmy, pięciu latach, ktoś w europejskich pucharach awansował, przegrywając w pierwszym meczu u siebie dwoma golami.

19.57. Kilka zagrań frykasów Stilicia, stopa Rengifo, głowa Arboledy i 2:2! Szalona końcówka według najlepszych lechowych wzorców, Włosi powinni być wdzięczni, że nie wgrzmocili im ludzie Smudy jeszcze jednego gola więcej. Gianluca Vialli w świetnej książce „Italian Job” pisał o stosunku do wyniku 0:2 Anglików oraz Włochów: pierwsi zaczynają biegać dwa razy szybciej, bo nie wypada dać się sponiewierać do zera, drudzy często nabierają przekonania, że mecz został rozstrzygnięty, więc nie ma sensu umierać za bramkę, która będzie co najwyżej faktem statystycznym. Nie z Lechem te numery, lechici - jak zawołałem wyżej - mają jaja i parcie na bramkę rosnące z każdą minutą kopaniny. Mnie się podobało, choć faworytem rewanżu bezdyskusyjnie Włosi.

20.11. Trzy polskie kluby - Widzew, Legia, Polonia - odpadały w ostatnich 11 latach z europejskich pucharów po meczach z Udinese. Żadna na wyjeździe nie wybiedziła ani jednej bramki. Lech musi podłą serię wreszcie przerwać, a na razie potrafił ugodzić przeciwnika w każdym meczu, wyjąwszy rewanż w Grasshoppers poprzedzony zwycięstwem 6:0 u siebie - strzelał Lenkoranowi, Austrii Wiedeń, Nancy, CSKA Moskwa, Deportivo, Feyenoordowi i Udinese. Mimo wszystko są powody przypuszczać, że emocje jeszcze będą. Kto myśli inaczej, niech się zbyt hałaśliwie nie przyznaje - lechici zasłużyli na duuuuuużo życzliwości.

21.02. Czytam pierwsze komentarze Włochów. Są zadowoleni. Narzekają trochę, że ich piłkarze beztrosko narobili sobie małych kłopocików przed rewanżem, ale widzą w nich zdecydowanych faworytów. Pogoda miała zaszkodzić przede wszystkim graczom z Udine - lubiącym rozwijanie akcji ofensywnych na maksymalnej szybkości.

22.14. Według włoskiej witryny Goal.com najlepsi na boisku byli (otrzymali tę samą, najwyższą notę) Lewandowski, bramkarz Handanovic, stoper Domizzi i pomocnik Asamoah. Wyróżniła Polaka, ja trochę żałuję, że Lech - w przeciwieństwie do odnoszących ostatnie pucharowe sukcesiki Groclinu i Wisły - jest tak mało swojski. Prześledźcie wszystkie gole strzelone od początku fazy grupowej: Peszko, Stilić, Stilić, Rengifo, Djurdjević, Rengifo, Arboleda. Polak tylko zaczął, od 445 minut o wynikach przesądzają wyłącznie obcokrajowcy...

22.55. Generalnie wiosenny powrót do europejskich finałów Włochom się raczej nie udał. Najlepszy wynik uzyskało właśnie Udinese (choć z wszelkich relacji wynika, że jest bardzo rozczarowane roztrwonieniem przewagi), na wyjeździe zremisował też Milan (z Werderem 1:1, też prowadził), przegrały u siebie Sampdoria (0:1 z Metalistem Charków) oraz Fiorentina (0:1 z Ajaksem). Żadnego zwycięstwa! A przecież w Lidze Mistrzów losowała Serie A pechowo, jej przedstawiciele wpadli na obrońcę trofeum (Manchester United), finalistę (Chelsea) oraz ćwierćfinalistę (Arsenal). Nie ogłaszam, że zapaść ligi włoskiej trwa, przed nami jeszcze rewanże, ale wypada pomóc Smudzie i wmawiać lechitom, że za tydzień mogą wszystko:-)

15:22, rafal.stec
Link Komentarze (62) »

Najbardziej oziębli kibice musieli doznać zawrotu głowy. Polskie kluby siatkarskie nokautowały wczoraj tylko potentatów. Jednego wieczoru. Zupełnie jakby chciały uwiecznić tę datę na zawsze, jakby chciały oznaczyć historyczny początek skoku na europejski szczyt.

Nadzwyczaj budujący twardy fakt: siatkarze AZS Częstochowa wygrywają w Lidze Mistrzów częściej (ponad połowę meczów) niż w lidze polskiej (mniej niż połowę meczów). W kraju tylko nieznacznie wyrastają ponad pułapy grożące degradacją, w Europie stłukli właśnie 3:0 Piacenzę, która w poprzedniej edycji najbardziej prestiżowych rozgrywek na kontynencie dotarła do samego finału. Przedstawiciele włoskiej Serie A tak wcześnie - mamy dopiero 1/8 finału! - nie odpadają prawie nigdy, tymczasem w środę rozbiła ich grupa wręcz chłopięca, zestawiona z młodziutkich graczy kierowanych przez młodziutkiego trenera Radosława Panasa, powszechnie podejrzewana o to, że nie przetrwa nawet rundy grupowej.

Jej sensacyjny wzlot - a także równie sensacyjne zwycięstwo Jastrzębskiego Węgla nad Sisleyem Treviso w mniej znaczącym Challenge Cup - bardziej uprawniają do śmiałego ogłaszania tezy, że polska liga staje się potęgą, niż wygrana Skry z Dynamem Moskwa. Bełchatowianie zebrali najznakomitszych polskich siatkarzy i zwabili okazałymi pensjami renomowanych obcokrajowców (mój ulubiony ligowiec Antiga, chimeryczny na razie Falasca), więc im grać nijako zwyczajnie nie wypada - tak jak naszej reprezentacji kraju z żadnego turnieju nie wypada odpadać przed ćwierćfinałami. Jeśli jednak średniacy ligi polskiej rozjeżdżają na marmoladę średniaków nadzianej Serie A (bazuję na aktualnych tabelach), zaczyna się robić wystawnie. Zwróćmy uwagę na detale: trenerzy Częstochowy i Jastrzębia nie wypuścili w podstawowych składach uznanych, zdolnych obwiesić się kilogramami medali graczy, trenerzy Piacenzy i Treviso przeciwstawili im albo wielkie gwiazdy, albo - w najgorszym razie - ludzi z olimpijską przeszłością (Ricardo, Gustavo, Fei, Cisolla, Papi, Meoni, Zlatanov, Marshall, Bjelica, Pampel etc). Dzieciaki ruszyły na egzaminy wstępne, by bezczelnie zagiąć profesorów.

Co nie oznacza, że osiągi Skry wolno bagatelizować. Choć największe szanse na zdobycie trofeum wypracowało sobie Jastrzębie (w turnieju finałowym Challenge Cup nie trafi na potentata), to na sukces bezdyskusyjnie imponujący stać prawdopodobnie jedynie mistrzów Polski. Tylko oni sprawiają wrażenie wystarczająco wyposażonych, by nie musieć nigdy liczyć na kryzys przeciwnika, niezależnie od jego klasy i doświadczenia. I rywalizują w Lidze Mistrzów.

Ich zwycięski dwumecz z Dynamem Moskwa ma jeszcze inny wymiar. O ile postępy młodzieży z Częstochowy pozwalają spokojniej myśleć o pojutrzu reprezentacji Polski, o tyle dzięki popisom siatkarzy Skry łatwiej nie martwić się o jutro.

Po pierwsze, przyczyniają się bełchatowianie do utrwalenia kompleksu Polski (ależ to ładnie brzmi!) u nadwrażliwych na niepowodzenia rosyjskich kadrowiczów, którzy ostatnio ponosili porażki z naszą drużyną - sterowaną jeszcze przez Raula Lozano - na najważniejszych imprezach (mundial oraz igrzyska). Po drugie, wzmacniają reputację nowego selekcjonera Daniela Castellaniego - nie wszyscy kibice mu ufają, a on właśnie pokonał nowego selekcjonera sąsiadów ze wschodu Daniele Bagnolego. To był dla niego prestiżowy, niezwykle ważny pojedynek. Po trzecie, ów pojedynek rozstrzygnął w obiecującym stylu, wygrywając wyrafinowane taktyczne pochody. Dwukrotnie bezbłędnie reagował na bardzo nieudany początek meczu, w obu przekonał, że umie wpoić drużynie dryg do skutecznej, nieustępliwej, frustrującej dla przeciwników obrony, czyli zadbać o atut, który kadrze dał Lozano.

Nasi siatkarze rozbijają się po całej Europie, przecież w ćwierćfinale Ligi Mistrzów zobaczymy także Świderskiego (Macerata) oraz Winiarskiego i Żygadłę (Trento). Kibice zawrotu głowy nie unikną, Castellani i jego banda muszą się jeszcze naskakać, by zasłużyć na błogie odurzenie. Właśnie doścignęli reprezentację Polski, która zazwyczaj kończy zmagania tuż przed podium. I wywołuje ból głowy.

Ból głowy po ćwierćfinale? Właśnie grozi nam - w najgorszym razie - w potrójnej dawce. Niełatwo o mocniejszy dowód, że w naszej PlusLidze dzieje się dobrze. I o lepszy powód, by na myśl o pobliskich halach truchlała cała europejska elita. Powtórzę, dla lepszego zapamiętania, jeszcze raz: w tym sezonie smarkacze z Częstochowy wygrywają w Lidze Mistrzów częściej niż w lidze polskiej.
03:02, rafal.stec
Link Komentarze (23) »
 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi