RSS
piątek, 29 lutego 2008

Podekscytowany portal Sport.pl krzyczał wczoraj o ściągniętym przez Legię rewelacyjnym nastolatku z Ghany Ransfordzie Oseiu, w innych mediach też czuwało się lekkie podniecenie, co poniekąd można zrozumieć. Do polskiej ligi rzadko przyjeżdżają wicekrólowie strzelców mistrzostw świata, nawet mistrzostw juniorskich, nawet turniejów do lat 17. Ściśle mówiąc - nie przyjeżdżają nigdy. Żaden pobliski klub nigdy nie sprowadził młodego futbolowego talenciaka, o którego ponadprzeciętnych możliwościach nie słyszeliśmy od bajerujących transferowych pośredników, lecz widzieliśmy je na ważnych zawodach, choćby niższej kategorii wiekowej.

Niepokojący paradoks polega na tym, że im lepiej na owym mundialu Osei wypadł, tym bardziej podejrzany jest jego przyjazd do Warszawy. I to, że w ogóle się na Legię obejrzał.

Zawodowy futbol to dziś być może najgłębiej i najskrupulatniej spenetrowany rynek pracy na świecie. Sieć skautów wyspecjalizowanych w zgadywaniu, czy dany osobnik z piłką przy nodze ma przed sobą przyszłość, czy nie ma, oplata niemal całą planetę - wyjąwszy skrawki lądu typu Korea Północna lub Antarktyda - i monitoruje wszystkie poważniejsze rozgrywki. Szansą dla polskich klubów byłoby namierzenie kogoś zdolnego w jakiejś kompletnie zapomnianej lidze, niekoniecznie pierwszej, dokąd akurat nikt jeszcze nie zajrzał, a tubylcy dyletanci przeoczyli talent i nie wyeksportowali go do Europy Zachodniej. Tyle że do tego trzeba całej kupy szczęścia. Nasi potentaci nie mają przecież ani wystarczającej liczby własnych wysłanników, ani armii rozsianych po kontynentach współpracowników, by przeczesać każdą piędź ziemi. Dostają za to mnóstwo ofert od agencji menedżerskich.

Bohaterów juniorskich mundiali agencje - czy też pośrednicy działający w pojedynkę - namolnie wciskać klubom nie muszą. O nich wybucha zazwyczaj wojna, bo najważniejsze turnieje młodych wnikliwie śledzą przedstawiciele wszystkich obrzydliwie bogatych, bardzo bogatych i po prostu bogatych futbolowych korporacji. Każdą gwiazdkę prasa natychmiast sprzedaje do Chelsea, Barcelony, Juventusu etc.

Tak było właśnie z Oseiem. Sam znalazłem plotki łączącego napastnika z Ghany z Arsenalem, Chelsea, Evertonem, Manchesterem United, Manchesterem City, Tottenhamem. I pewien związek z rzeczywistością one miały. Niemal wszystkie angielskie kluby prawdopodobnie sprawdziły, kto zacz. Nie tylko one przecież skupują znacznie więcej juniorów niż potrzebują, licząc, że niektórych awansują do drużyny seniorów, niektórych zdołają w najgorszym razie nieźle odsprzedać, a niektórych oddadzą za darmo, niewiele tracąc.

Oseia - wicekróla strzelców mundialu U-17, uznanego za jednego z najbardziej obiecujących nastolatków przez prestiżowy magazyn „World Soccer” - nie wziął nikt. Nie wziął go także żaden klub z niższej półki. (Król strzelców tego samego turnieju Macauley Chrisantus kontraktu z Arsenalem się nie dochrapał, ale niemieckie HSV już go zatrudniło). Tymczasem prasa w Ghanie donosiła o zainteresowaniu zespołów z ligi norweskiej, rosyjskiej, wietnamskiej. Czyli menedżerowie piłkarza zachwalali jego talent, gdzie tylko mogli.

Czy wszyscy się mylili? Czy ludzie Legii zobaczyli więcej? Na razie kompletnie nic nie wiadomo, na razie Osei nie dostał nawet pozwolenia na pracę w Polsce. Ale dziś wypada chyba widzieć w nim nie tyle bohatera jednego turnieju, co przede wszystkim juniora szeroko reklamowanego, a zarazem z jakichś względów odrzuconego przez ligi mocne, przeciętne i całkiem słabe.

PS Dotychczas obcokrajowcy po wyjeździe z polskiej ligi międzynarodowych karier nie robili. Stosunkowo najlepiej poszło chyba Kalu Uche (Almeria, liga hiszpańska), Kennethowi Zeigbo (epizodzik w Venezii z Serie A, a potem, hm, mistrzostwo Zjednoczonych Emiratów Arabskich), Ivicy Kriżanacowi (mistrzostwo Rosji z Zenitem) i Normanowi Mapezie (Liga Mistrzów z Galatasaray). Jeśli odjąć jeszcze spolszczonego Olisadebe, to czy jakiegoś człowieka sukcesu pominąłem?

20:21, rafal.stec
Link Komentarze (30) »
czwartek, 28 lutego 2008

Juan Roman Riquelme. Fot. DYLAN MARTINEZ REUTERS 

W plebiscycie na najbardziej kochanego przez fanów piłkarza w całej historii Boca Juniors, zorganizowanym przez sam klub, Diego Armando zajmuje ledwie drugie miejsce. A przecież już to, że w ogóle konkuruje z normalnymi ludźmi, sugeruje, iż został sprowadzony na ziemię. Jakoś nie wyobrażam sobie, by w Polsce komuś strzeliło do głowy umieścić obok siebie w popularnościowych wyścigach Jezusa, premiera Marcinkiewicza, Małysza i Dodę. Ryzyka, że Jezus na finiszu jednak z Dodą minimalnie przegra, zbagatelizować nie sposób.

Zwłaszcza że Maradona przegrywa wyraźnie. Aż 33 procent spośród 65 tysięcy kibiców, którzy już oddali głos, wybrało Juana Romana Riquelme. Boskiego Diego, w niektórych kościołach uchodzący za istotę najwyższą (według wyznawców mamy teraz rok 48 naszej ery), wskazało ledwie 26 proc. Czym, nie ukrywam, jestem wstrząśnięty, bo choć jego pozaboiskowych osiągnięć nie wielbię, to spędzając w 2002 roku trochę czasu w Argentynie poczułem, że tubylcy otaczają go autentycznym kultem. Kiedy ośmielałem się coś napomknąć o jego popisach bez piłki, przygważdżało mnie zazwyczaj łypnięcie, jakiego w Polsce nie napotkałbym nawet, gdybym zasugerował, że Jan Paweł II jednak się czasem mylił. „Oni, Argentyńczycy, przywary Maradony widzą, ale Maradona wraz ze swoimi przywarami należy do nich. Ty jesteś obcy, masz się zamknąć” - tłumaczył mi wówczas ten fenomen pewien emigrant z Niemiec. Czyżby coś zmieniło, czyżby mit po kolejnych wybrykach Maradony jednak obumierał?

Tę notkę popełniam jednak właściwie z innego powodu: na imię mu Juan Roman, a na nazwisko Riquelme. Jego niepodrabialną dreptaninę z piłką przy nodze oglądam pasjami, jego geniuszowi składałem już na łamach „Gazety” obszerny hołd (w tym felietonie, który zaliczam, nie chwaląc się, do swoich najbardziej udanych;)), dziś uważam go za bezwzględnie najwybitniejszego futbolistę grającego poza Europą, a kiedy wskutek swego trudnego charakteru i konfliktu z prezesem Villarrealu miał niedawno wielomiesięczną przerwę w grze, widziałem w jego bezczynności marnotrawstwa grzech śmiertelny.

Argentyńczycy na pewno myślą inaczej, bo bez nieprzezwyciężonej zawziętości zawodnika wciąż oglądali by go pewnie tylko w transmisjach z Europy. A tak są wniebowzięci i to właśnie przedwczesny, znaczony trofeami powrót Riquelme do Buenos Aires dodatkowo rozpalił ich emocje. Bo z tamtego pobytu między nimi pamiętam jeszcze coś: opowieść pewnego fana z Santa Fe (ale trzymającego z River Plate) o ambiwalentnych uczuciach, które zakłócają mu podziwianie wyczynów najzdolniejszych piłkarzy podbijających ligę. Frajdę z każdego gola i udanego dryblingu odbiera mu - i nie tylko jemu - świadomość, że jego nowy idol ucieknie z Argentyny na drugi koniec świata, zanim przestanie być nastolatkiem. I nawet na mecze reprezentacji będzie przyjeżdżał coraz rzadziej, bo sparingi południowoamerykańskie reprezentacje lubią rozgrywać w Europie. Żeby piłkarze - ale nie kibice - mieli bliżej.

23:13, rafal.stec
Link Komentarze (23) »
środa, 27 lutego 2008

Leo Beenhakker. Fot. Radosław Jóźwiak 

Do głowy pchają się pytania szalone, bo kolejne mecze polskich piłkarzy przed Euro 2008 napawają albo pogodnym optymizmem, albo owacyjnym entuzjazmem. Jest tak dobrze, że aż nudno.

Owszem, grała dziś reprezentacja głęboko rezerwowa, ale i pobiła rywala, oględnie mówiąc, niekoniecznie najmocniejszego, który ostatnio nie radził sobie z Uzbekistanem i Arabią Saudyjską. Kolejny panegiryk o kadrze i holenderskim selekcjonerze oddawałby raczej egzaltację komentatora niż rangę sparingowego zwycięstwa nad Estonią. Bo jak tu opiewać gole po stałych fragmentach gry, które reprezentacja strzela rzadko, skoro mierny przeciwnik zwłaszcza pierwszemu wcale nie próbował zapobiec? Jak sławić debiutanckią bramkę Zahorskiego, skoro nie była powalającej urody?

Coraz bardziej zasadne zdaje się jednak przede wszystkim pytanie tytułowe. Już nawet niektórzy czytelnicy obruszają się, że „Gazeta” traktuje Leo Beenhakkkera z nabożną rewerencją, że nie przeprowadza z nim wywiadów, lecz jest przyjmowana na audiencjach, że nie ośmiela się na krytyczne półsłówko czy choćby pytajnik. Aż chciałoby się jakiś powód do niepokoju wreszcie znaleźć.

Tylko gdzie dziury w całym szukać? Holendrowi wychodziło niemal wszystko w eliminacjach i wychodzi po eliminacjach. Cztery razy za jego kadencji mierzyła się kadra z przyszłymi finalistami Euro 2008 (Rosją, Czechami i dwukrotnie Portuglią) i nigdy nie przegrała. Jak natrafia na solidnego rywala w składzie uszczuplonym o gwiazdy (niedawno Finlandia) lub słabiutkiego (dzisiaj Estonia), to podoba się jej w miarę płynny styl gry, nieczęsto spotykany w sparingach tego typu - podrzędnych, bo rozgrywanych poza terminarzem FIFA i pozbawionym najlepszych piłkarzy, zazwyczaj niestrawnie nudnych. Jak nabierasz podejrzeń, że Beenhakker się podkłada i powołuje każdego byle ligowca, to byle ligowiec robi błyskawiczne postępy i z ławki rezerwowych wdziera się do podstawowej jedenastki. I nawet najbardziej nieufni, przyzwyczajeni do lansowania w kadrze przeciętnych kopaczy poleconych przez transferowych pośredników, siedzą cicho.

Poprzedni selekcjonerzy, którzy przywiedli reprezentację Polski na wielkie turnieje - Jerzy Engel oraz Paweł Janas - tracili głowę jeszcze w trakcie przygotowań do tych turniejów. Sparingi wypadały alarmująco nijako lub rozpaczliwie słabo, trenerzy niepokoili niekonsekwencją w decyzjach personalnych lub kontrowersyjnymi występami pozaboiskowymi (szli w marketing albo wojnę z mediami), morale grupy podupadało.

Teraz panuje cisza, zaburzana tylko małymi towarzyskimi sukcesikami. Po eliminacjach piłkarze rozegrali cztery mecze, wszystkie wygrywając i nie tracąc gola. Ci, którzy pobierali niezłe pieniądze za ślęczenie na ławkach rezerwowych w ligach zagranicznych, pospiesznie wracają do kraju, by uwieść selekcjonera i zasłużyć na Euro 2008. Beenhakker przynudza w kółko powtarzanymi tezami o swojej filozofii futbolu i uporczywym spoglądaniu na jasną stronę księżyca, bo jemu przynudzają dziennikarze - w kółko powtarzanymi tymi samymi pytaniami. A potem jeszcze słyszymy Jakuba Wawrzyniaka, który wyjątkowym autorytetem selekcjonera tłumaczy jego skuteczność w wydobywaniu z graczy czegoś więcej niż pokazują na co dzień, w lidze.

Słowem, idylla. Nawet najwytrawniejsi mąciciele jakby odrętwieli, nawet bojownicy o honor polskiej myśli szkoleniowej przestali przypominać, że importowany selekcjoner stał się beneficjentem perfekcyjnego systemu hodowania talentów nad Wisłą. Manewry przed mistrzostwami oferują emocje raczej letnie, mniej wytrzymałych mdli tylko od lukrowanych probeenhakkerowskich hymnów. I tak sobie pomału człapiemy do tego Euro, pielęgnując rozpasane uwielbienie dla selekcjonera.

Rozochocone ludziska potraciły głowy? Póki nie straci jej Beenhakker, jakoś z tym ubytkiem przeżyjemy.

PS Bez obaw, o tym incydencie pisał nie będę. Bałbym się kogoś skrzywdzić lekkomyślnym uogólnieniem ;) Ale małe pytanko - jak zwykle ostatnio - jednak mam: pomoglibyście trochę i wymyślili, za co mógłbym surowo Beenhakkera skrytykować?

22:33, rafal.stec
Link Komentarze (75) »

Roger. Fot. Kuba Atys 

Nie stawiam sprawy ostro: Brazylijczyka nie zaakceptuję za Chiny Ludowe, kadrę z nim składzie zbojkotuję, a jeśli Leo go powoła, dokonam uroczystego samospalenia przed jego domem w Brukseli. Nie stawiam, bo wynarodowienie drużyn narodowych uważam za nieuchronne, o czym już pisałem tutaj i tutaj. A jeśli jest nieuchronne, jeśli już nawet potężne futbolowe nacje importują sobie lub chcą importować obcokrajowców, to nasza w tym względzie wstrzemięźliwość przywiodłaby nas do klęski. Dlatego wolę tchórzliwie grzeczne: „nie podoba mi się”.

Zniesienie wszelkich granic w futbolu generalnie lubię, uwielbiam nawet, do czego zresztą również się przyznawałem wielokrotnie. Cieszę się, że trenerzy Wenger, Mancini czy Zico mogli przeobrazić Arsenal, Inter czy Fenerbahce w ekipy kompletnie nieangielskie, niewłoskie czy nietureckie, cieszę się, że w świecie piłki nożnej naprawdę nie ma znaczenia, gdzie się urodziłeś, kim byli i ile pieniędzy mieli twoi rodzice, do jakiego kościoła chodzisz i jakiego koloru skórą jesteś pokryty. Liczy się tylko talent, pracowitość i determinacja, nawet jak kopiesz na boso i w kameruńskiej wiosce, to cię wysłannicy europejskich klubów złowią. Piękne, palce lizać, dzięki temu pochłaniam Ligę Mistrzów, czyli pasjonującą sportową rywalizację na poziomie zbliżonym do doskonałości.

Reprezentacje traktuję osobno. Pisałem już, że jeśli upodobnią się do klubów, mogąc skaperować każdego zdolnego obcokrajowca, który nie jest graczem wystarczająco klasowym, by zagrać dla swojej ojczyzny, to mundial z mojego punktu widzenia straci sens. To na razie wizja baaardzo odległa, raczej z gatunku futurologicznych, ale globalna tendencja jednak popycha futbol w kierunku jej realizacji. (Choć czyni to, na szczęście, w wolnym tempie).

Fundamentalistą nie jestem, nie odmawiam zmiany barw wszystkim i w każdych okolicznościach. Jeśli polskie prawo pozwala mieszkającemu u nas obcokrajowcowi uzyskać nasz paszport, nie śmiałbym apelować o bardziej restrykcyjne przepisy wewnątrzfutbolowe (wyjąwszy ten, który zakazuje grać dla seniorskich reprezentacji dwóch różnych państw). Rozumiem też okoliczności nadzwyczajne - kiedy np. Olisadebe oddaliśmy za żonę naszą Beatę, to czułem, jakby i on stał się w pewnym sensie jakiś swojski, trochę bardziej nasz po prostu. W końcu niczego cenniejszego od kobiety oddać się nie da. Najogólniej mówiąc - chciałbym mieć powody sądzić, że przyszywany reprezentant Polski jakoś się z Polską rzeczywiście związał.

Ale robić specjalne wyjątki dla Rogerów i innych obcokrajowców, których biega - i wyróżnia się - w naszej lidze tłum? Błagać prezydenta, by za okoliczności nadzwyczajne uznał niesatysfakcjonującą nas siłę reprezentacji? Może jeszcze w ostatniej chwili zabierać naturalizowany tłum na Euro 2008!?

Brrr, dziękuję, postoję. Nie chcę zbawcy Rogera i, o czym również już pisałem, w zbawcę Rogera nie wierzę. Choć do Beenhakkera, gdyby Holender wziął na mistrzostwa Rogera, pretensji bym nie zgłaszał. W końcu jego misja sprowadza się do zbudowania możliwie mocnej drużyny z dostępnych ludzi, a nie rozmyślania nad imponderabiliami. A ja udając zbyt święcie oburzonego pobiłbym rekord hipokryzji - przecież po zwycięskim golu wbitym przez Brazylijczyka w czerwcu Niemcom pewnie zwariowałbym z radości.

Na szczęście ten gol nie padnie, na szczęście podczas Euro 2008 wspierać będzie nas tylko dwóch Holendrów: Leo i wychowany przez „Pomarańczowych” Smolarek.

00:26, rafal.stec
Link Komentarze (59) »
wtorek, 26 lutego 2008

Fot. Michal Lepecki 

Wiecie już pewnie, że na kilku pierwszoligowych stadionach wisiały w weekend transparenty z hasłami „Kosovo je Srbija” i im pokrewnymi, wspierającymi sprzeciw Serbów wobec powstania nowego państwa na Bałkanach. Sam jestem nieprzejednanym wrogiem epatowania polityką na stadionach, ale tego tematu tym razem nie ruszam, choć wściekam się, że władze piłkarskie znów skłamały - jesienią obiecały nowe przepisy, zmuszające kibiców do oddawania do akceptacji transparentów, które zamierzają wywiesić na trybunach. I znów się z reformami spóźniają. To jednak, powtarzam, temat odrębny, na osobną notkę. Czy raczej - obfitą gazetową publicystykę.

Teraz intryguje mnie, dlaczego trybuny podjęły akurat ten problem. I dlaczego wstawiają się akurat za Serbią? Tu znów zastrzeżenie: nie chcę wdawać się w polemikę polityczno-historyczną i przekonywać kogokolwiek do mojego poglądu w sprawie, nie będę nawet zdradzał tego poglądu. Wiem tylko, że ligowe trybuny nie żyją na co dzień sprawami międzynarodowymi. Ani nie współczują walczącym o niepodległość Czeczenom, ani nie popierają postawy Rosjan, którzy tej niepodległości nie chcą. Ani nie bywają sprzymierzeńcami marzących o niezależności Basków, ani nie zachwalają chroniących intergralności kraju władz Hiszpanii.

Aż tu nagle wyskoczyli z tym Kosowem. Wyskoczyli w dodatku jednomyślnie, zupełnie jakby się skrzyknęli i zorganizowali.

Podział w Europie jest jasny. Serbię wspierają, nie po raz pierwszy w historii, Rosjanie, którzy pragną zachować geopolityczne wpływy w regionie, oraz ich sojusznicy. Wspierają ją też - lub przynajmniej rozumieją jej postawę, ewentualnie zachowują wstrzemięźliwość w sądach - państwa same borykające się z marzącymi o niepodległości separatystami, a zatem obawiające się groźnych dla ich przyszłości precedensów. Dla moich wątpliwości wynika z tego wszystkiego niewiele. Bywalcy pierwszoligowych stadionów mieliby być prorosyjscy? Niby dlaczego? Mieliby obawiać się, że i Polsce grozi rozbicie? Jeszcze większy absurd. Skoro na Czadoblogu nie przeczytałem jeszcze manifestu dającego intelektualno-historyczny fundament dla apelu o oderwanie od reszty kraju Śląska, to chyba nic nam nie grozi ;) Co więcej, poparcia dla Serbii nie sposób uzasadnić nawet przekonaniami lewicowymi bądź prawicowymi, różnicę poglądów w tej sprawie - czysto politycznej - wyznacza dalece bardziej kręta granica.

Jest jeszcze jedno możliwe wyjaśnienie: trybuny mogą chcieć wyrazić solidarność z serbskimi piłkarzami, którzy biegają po naszych boiskach. Wtedy powinniśmy się cieszyć, że w jednej drużynie nie grają oni z Kosowarami (jedynego pozyskał zimą ŁKS). A sama akcja miałaby podłoże nieco infantylne, nie poparte wnikliwą analizą skomplikowanej materii spraw międzynarodowych, o którą zresztą - przyznaję szczerze - kibiców nie podejrzewam.

Skąd to nagłe polityczne przebudzenie? Czy kibice mają - i spróbują wyrazić - swoje zdanie również w sprawie Czeczenii lub Kurdystanu?

16:33, rafal.stec
Link Komentarze (272) »
poniedziałek, 25 lutego 2008

Zadaje to pytanie Michał Pol, po czym unika odpowiedzi, więc chętnie, po wyczyszczeniu mózgu nudną błahością oskarowej nocy, odpowiadam ja. Otóż należy ukarać winowajcę zwyczajnie, jak przepisy traktować wszystkich sprawców podobnych przewinień nakazują. Nie ma mowy o dożywociu ani żadnych innych torturach. Nie ma mowy, bowiem Martin Taylor popełnił faul, jakich w lidze angielskiej wiele.

Zastanawianie się nad specjalnymi sankcjami wynika z naturalnego odruchu moralnego i emocji, lecz z logiką, zdrowym rozsądkiem i poszanowaniem reguł nie ma nic wspólnego. Nie wolno karać dla przykładu, nie wolno po zdarzeniu, które nami wstrząśnie, wymyślać przepisów, które zadziałają wstecz. Boisko piłkarskie to jest miejsce specjalne, uczestnictwo w meczu zakłada pewne ryzyko, ba!, piłkarze muszą pewne zasady czasem łamać, bo inaczej nie dałoby się w ogóle grać. Dlatego ich zachowań nie mierzymy skutkami - zgadzamy się np., by nieudany wślizg grożący ciężką kontuzję karać łagodniej niż uderzenie w twarz, które nie wyrządza spoliczkowanemu żadnej fizycznej krzywdy. Wybitnie srogie sankcje nakładamy nawet za sam gest zdradzający zamiar wymierzenia ciosu, choć przecież sama intencja krzywdą nie grozi. (Dlatego Michała porównanie faulującego gracza do przekraczającego prędkość kierowcy jest kompletnie chybione: na ulicy nie ma specjalnych okoliczności, interesują nas tam przede wszystkim skutki sprzecznych z prawem działań, intencje mogą co najwyżej nieco złagodzić wyrok).

Co więcej, potworny efekt faulu bardzo rzadko bywa wprost proporcjonalny do brutalności zagrania. Winowajca potrzebuje poniekąd „współpracy” ze strony ofiary, oczywiście współpracy niezamierzonej - ofiarą staje się wspólnikiem w tym sensie, że np. opiera stopę o ziemię i stawia opór. Jej - czy raczej jego - pech polega na tym, że niesprzyjający zbieg okoliczności wzmacnia działanie zawodnika faulującego. Tymczasem nie tylko po angielskich boiskach biega mnóstwo patologicznych brutali, którzy z premedytacją ignorują położenie piłki i polują wyłącznie na nogi rywali, lecz trafiają w nogę „wiszącą” w powietrzu lub stawiającą zbyt słaby opór. I nic się nie dzieje. Sędzia gwiżdże, piłkarze wstają i grają dalej.

Trener Arsenalu wycofał się ze swojego pierwotnego, poczynionego na gorąco żądania dożywotniego wykluczenia dla Martina Taylora, zapewne także dlatego, że zreflektował się, iż jego zawodnicy reagują niekiedy na boisku tam samo jak antybohater z minionej soboty. Tylko cele ich ataków mają jak dotąd więcej szczęścia. Na boisku niełatwo ocenić, do jakiego stopnia koszmarne złamanie kości lub zerwanie więzadła wynika z: a) bezpardonowości faulującego; b) wyjątkowo pechowo ułożenia stopy lub kolana faulowanego; c) złej kondycji psychofizycznej i szczególnej tego dnia podatności na urazy faulowanego. W skrajnych przypadkach - niedawny casus Ronaldo - pechowcy padają bez niczyjej pomocy. Kto jednak wie, czy o ich nieszczęściu nie przesądziły trzy wcześniejsze incydenty, które poszły w zapomnienie, a osłabiły wrażliwą część ciała ofiary?

Taylora nie wolno karać specjalnie, można natomiast energię wyzwoloną przez nasze współczucie i oburzenie przeznaczyć na debatę, czy nie zmienić przepisów w ogóle, czy nie są one - zwłaszcza na Wyspach - zbyt pobłażliwe dla amatorów ściniania nóg przeciwnika, czy nie wyposażyć sędziów w zupełnie nowy regulamin. Czy Eduardo nie stał się przede wszystkim ofiarą obyczajów Premier League. Czy wreszcie miliony ludzi sławiących graczy ligi angielskiej za twardą walkę na granicy brutalności nie chcą stylu gry, który w wyjątkowo tragiczne popołudnia może komuś zrujnować karierę.

PS Tutaj przeczytajcie, jak kończyli ci, którzy doznawali podobnych kontuzji. Reguły nie ma - pechowcy już nigdy nie wracają do wyczynowego sportu, szczęśliwcy, jak Djibril Cisse i Henrik Larsson, odzyskiwali wręcz znakomitą formę.

14:55, rafal.stec
Link Komentarze (43) »
niedziela, 24 lutego 2008

Zastanawiałem się kiedyś, jak karać największych futbolowych brutali i wymyśliłem sobie następujący karomierz: winowacja wraca na boisko dopiero wtedy, gdy wyleczy się i wróci na boisko zmieciony z niego faulem przeciwnik. Kiedy rzecz jednak ponownie rozważyłem, doszedłem do wniosku, że niezwykle istotne w ocenie takich zdarzeń są intencje, a te nie zawsze łatwo odczytać i udowodnić. I jeszcze jedno: czasem nie sposób rozstrzygnąć, w jakim stopniu do tragedii doszło z powodu faulu, a w jakim stopniu poszkodowanego dopadł pech (wyjątkowo nieszczęśliwie ustawił nogę, był w kiepskiej formie fizycznej etc).

Trener Arsene Wenger po meczu Arsenalu z Birmingham zareagował bardzo emocjonalnie. Zażądał, by już na zawsze zabronić grać w piłkę Martinowi Taylorowi, który złamał nogę Eduardo. Incydent wyglądał przerażająco, chorwacki napastnik zemdlał nie tyle z bólu, co na widok własnych kości, angielskie telewizje zrezygnowały z powtórek. Dostępne są tylko zdjęcia, ale ich widoku wam oszczędzę (nie będzie tak lubianych tytułów: uwaga, drastyczne, pod żadnym pozorem nie oglądać).

Potem francuski trener ochłonął i sam przyznał, że z żądaniem dożywocia przesadził. Bo tragedia czyniąca ów wypadek dodatkowo tragicznym polega na tym, że jest tragiczny dla wszystkich zainteresowanych.

Dla Eduardo: sprawa oczywista, piłkarz nie pojedzie na Euro 2008 i nie zmierzy się m.in. z Polską, rok nie będzie grał w piłkę.

Dla Taylora: on akurat nie należy do grupy notorycznych brutali, przypadków ocierających się o zwyrodnienie (nie będę wymieniał przykładów, świetnie je znacie), więc prawdopodobnie do teraz jest wstrząśnięty. Nie chcę go tłumaczyć, głupota nie może usprawiedliwiać, ale wyobrażam sobie też, jak przed meczem trener Birmingham zleca graczom ostre traktowanie lepszych technicznie rywali, jak zdrowy rozsądek tłumi adrenalina, jak dziś swojego postępku Taylor żałuje. Owszem, przesadził, ale kto z nas nie przesadza, nie znając konsekwencji swojego zachowania? (Może i ja trochę teraz przesadzę, ale wybaczcie, skojarzeń się nie wybiera. Otóż przypomniała mi się historia pewnego ojca, przez którego niewybaczalne gapiostwo malutka córeczka utopiła się w wannie. Straszna historia, ale mój gniew na winowajcę przegrywa tutaj ze współczuciem. Ojciec też jest w jakimś sensie ofiarą).

Tragedia Eduardo to wreszcie także tragedia dla piłkarzy Chorwacji i Arsenalu, fanów Chorwacji i Arsenalu, dla trenera Bilicia i Wengera.

A może także dla niektórych kibiców z Polski? Wyobrażacie sobie polskiego fana, który cieszy się, że nasi rywale na Euro 2008 zostali poważnie osłabieni, bo stracili fantastycznego napastnika? Albo inaczej - zastanawialiście się, jak wielu jest fanów, którym - nawet jeśli szczerze współczują Eduardo - choć na ułamek sekundy nie przemknie przez głowę: nasze szanse na sukces, cholera, wyraźnie wzrosły?

15:34, rafal.stec
Link Komentarze (71) »
sobota, 23 lutego 2008

Niemiecka agencja Sport+Markt znów zbadała, jakie kluby piłkarskie mają najwięcej kibiców w Europie. Nie znam szczegółów jej metody badawczej, firma podała tylko, że o ulubioną drużynę spytała 9,6 tys. mężczyzn z 16 krajów kontynentu, którzy zadeklarowali zainteresowanie futbolem. Oto czołówka rankingu:

1) Barcelona            50,3 mln osób

2) Real Madryt         45,9

3) Manchester Utd    32,8

4) Arsenal               22,9

5) Milan                  22,2

6) Bayern                19,8

7) Chelsea              

Nie podaję liczby fanów tego ostatniego klubu, bo nie zdołałem znaleźć - ani w agencji DPA, ani na żadnym niemieckim portalu, ani na oficjalnej witrynie agencji Sport+Markt - pełnych wyników sondażu. Nawet bez znajomości wszystkich detali zestawienie jest jednak uderzające. Na samym szczycie wciąż tkwią kluby pomniki, za którymi stoi legenda dziesiątek lat krajowych i międzynarodowych triumfów, nowobogaccy dynamicznie się jednak rozwijają, zawdzięczając sukces tyleż rezultatom, co agresywnemu marketingowi.

Oto Arsenal, który nigdy nie zdobył Pucharu Europy, zdystansował Milan, czyli siedmiokrotnego zdobywcę najcenniejszego trofeum na kontynencie, aktualnego zwycięzcę Ligi Mistrzów i zatrudniającego najlepszego piłkarza świata (Kakę). Oto Chelsea, która nigdy nie dotarła choćby do finału w najważniejszych międzynarodowych rozgrywek klubowych, wyprzedza Liverpool, teoretycznie skazany na absolutny czub listy najsłynniejszych futbolowych firm. I z punktu widzenia historii, i z punktu widzenia współczesności - przecież nie tak dawno, trzy lata temu w Stambule odniósł być może zwycięstwo wszech czasów, w najbardziej niezapomnianym finale Ligi Mistrzów, a hymn „You'll Never Walk Alone” uchodzi za największy piłkarski szlagier śpiewany. (Uwodzicielską siłę Arsenalu zrozumieć łatwiej - w końcu trener Wenger promuje styl gry bajecznie spektakularny. Ale Chelsea?)

Odwołuję się do rozgrywek międzynarodowych, bo sondaż jest międzynarodowy i nasuwa mi skojarzenie z obietnicą dyrektora generalnego Chelsea Petera Kenyona, którego plan zakłada uczynienie z londyńskiego klubu - do 2014 roku - najszerzej rozpoznawalnej futbolowej marki globu. Utopia? A może w epoce klienta wypierającego kibica wcale nie?

18:09, rafal.stec
Link Komentarze (43) »
piątek, 22 lutego 2008

Paolo Maldini i Emmanuel Adebayor. Fot. DYLAN MARTINEZ REUTERS

Do poniedziałkowej „Gazety Sport” napisałem felieton „Tysiąc meczów i jeden pogrzeb”, w którym chciałem rozprawić się z wszechpanującym chyba nie tylko w Polsce przeświadczeniem, jakoby drużynę Arsenalu tworzyły same niemowlaki rozgrywające drugi mecz w swoich karierach, a drużynę Milanu stetryczali ramole rozgrywający przedostatni mecz w swoich karierach. (Jeśli ktoś nie czytał, to zapraszam tutaj). Umieściłem oba kluby na tle ligowych rywali, by dowieść, że nie są one aż takimi wyjątkami, jak się zdaje - zdaje się zwłaszcza po medialnym bombardowaniu upraszczającymi etykietkami - lecz przypadkami typowymi dla piłki angielskiej i włoskiej.

Zaraz po postawieniu kropki w tamtym tekście postanowiłem wypowiedzieć swoją prywatną - małą, blogową - wojnę rozmaitym komunałom o sporcie, które powtarza się tak samo powszechnie, jak bezrefleksyjnie, bez sprawdzenia elementarnych faktów. Zamiast tego amatorzy bzdurnych etykietek i stereotypów naginają rzeczywistość, poszukując dowodów na poparcie swoich fałszywych tez. Tym razem rekord manipulacji pobiła pewna telewizja, która zaprezentowała planszę z opozycją „najmłodszy arsenalczyk - najstarszy milańczyk”. Na ekranie rozbłysnęła metryka 39-letniego Maldiniego i 20-letniego Fabregasa, tymczasem równie dobrze można było wyłuskać duet o zupełnie odmiennej wymowie - w bramce Arsenalu stał bowiem 39-letni Jens Lehmann, a w napadzie Milanu biegał 18-letni Alexandre Pato (co daje jeszcze wyższą rozpiętość wiekową).

Dziś pierwsza bitwa w mojej małej wojnie. Już na spokojnie, po meczach, sprawdziłem pewne fakty z ostatniego śródtygodnia w Lidze Mistrzów (wiek graczy mierzyłem rocznikowo, nie bacząc na miesiące). Oto najciekawsze:

1) Podstawowa jedenastka Milanu ze środy miała w sumie 335 lat. Podstawowa jedenastka Interu - 332. Podstawowa jedenastka Romy - 327. Obie mediolańskie drużyny to na dobrą sprawę rówieśnicy, a Roma jest ledwie kilka miesięcy - licząc przeciętną wieku - młodszą siostrą. Różnicę robi jeden człowiek - Paolo Maldini, który w czerwcu skończy 40 lat. Gdyby go zamienić np. na Jankulovskiego (jak często dzieje się w lidze włoskiej), Milan byłby we włoskim zestawie najmłodszy! Tyle, że wyjmować Maldiniego nie ma sensu. Wypadł w środowy wieczór fantastycznie, był najlepszy w zespole. A rozgrywał 1001. mecz w seniorskiej karierze.

2) Podstawowa jedenastka Arsenalu miała w sumie 290 lat. Podstawowa jedenastka Manchesteru United - 293 lata. Podstawowa jedenastka Liverpoolu - 301. To znów różnice kosmetyczne, a gdybym skrupulatnie porachował miesiące, mogłyby się okazać jeszcze mniejsze. I teraz uwaga: zmiany dokonane przez trenerów odmłodziły dwie spośród wymienionych drużyn. Kończąca spotkanie jedenastka Arsenalu miała 274 lata, a kończąca spotkanie jedenastka Manchesteru - ledwie 270 lat.

Przejdzie to komuś przez gardło? Zbitka trzech wyrazów: Manchester młodszy od Arsenalu?

PS Nietypową dla Anglików drużyną jest Chelsea. W meczu z Olympiakosem Pireus najmłodsi byli 26-latkowie: pomocnik Michael Essien, obrońca Alex i, znów uwaga, bramkarz Petr Cech.

15:37, rafal.stec
Link Komentarze (49) »
czwartek, 21 lutego 2008

Artur Boruc i Leo Messi. Fot. SCOTT HEPPELL AP 

Darek Wołowski słusznie diagnozuje, że Artur Boruc jest jedynym piłkarzem Celtiku Glasgow godnym gry w katalońskim klubie, a Michał Pol wręcz apeluje, by kataloński klub Polaka natychmiast kupił i znów znęca się nad jego bramkarzem Victorem Valdesem. Valdes zresztą na słowną chłostę zasłużył: w środowy wieczór popełnił kardynalny błąd, prowokując drugiego gola dla rywali.

Sam chciałbym, żeby marzenia Michała się spełniły, nasz człowiek między barcelońskimi słupkami to byłaby historia nie z tej ziemi. Mam jednak głębokie przeświadczenie, że Boruca szanse na ten transfer są marne.

Po pierwsze, stanowczo nie zgadzam się z niską oceną klasy Valdesa. Można stronniczo dobierać jego wpadki, można nawet głęboko zaglądać w przeszłość, by je wyszukać - święte prawo każdego blogera. Ale szefowie Barcy na pewno analizują całokoształt twórczości swojego golkipera, a ten z sezonu na sezon wygląda okazalej. I pamiętają zarówno jego nieliczne wpadki, jak i rewelacyjne całe sezony (nagroda Zamory dla najlepszego bramkarza ligi hiszpańskiej), fenomenalne interwencje zatrzymujące strzały Thierry'ego Henry'ego w finale Ligi Mistrzów czy klubowy rekord wszech czasów w europejskich pucharach - 466 minut bez straty gola - ustanowiony przez Valdesa minionej jesieni. Na tle takiego dorobku pomyłki w środowym meczu z Celtikiem zwyczajnie nie widać. Barca wygrała, Barca raczej na pewno awansuje, Barca po długich tygodniach snajperskiej niewydolności załadowała przeciwnikom trzy gole. Nikt Valdesowi lobu nad jego głową wypominać nie będzie, tak jak nikt nie wytyka Borucowi błędów w łatwo wygrywanych przez Celtik spotkaniach z przeciętnymi drużynami ligi szkockiej.

Po drugie, Victor Valdes (dwa lata młodszy od Boruca) urodził się w Katalonii, co jest bezcenne dla piłkarza broniącego barw klubu chcącego uchodzić za symbol całego regionu i za wszelką cenę chroniącej swej tożsamości.

Po trzecie, Borucowi nie wystarczy „nie zawinić przy żadnym straconym golu”. Jeśli zastanawiamy się, czy jakiś nasz rodak przyciągnie uwagę naprawdę potężnego klubu, musimy wyzbyć się punktu widzenia zrezygnowanych polskich kibiców, którzy pilnie sprawdzają, czy polski piłkarz za granicą „nie popełnił błędu”. Nie, Boruc musi robić coś więcej. Musi czynić cuda, musi ratować zespół. Co zresztą robił niejednokrotnie, tyle że tych momentów naprawdę idealnych dla pokazania swej ponadprzeciętnych możliwości ma niewiele. Powtórzę, co mówiłem w TVP - ligi szkockiej nikt w elicie elit nie traktuje serio. Boruc musi szaleć w LM - jak w pamiętnych bojach z Milanem. (To samo dotyczy Kuszczaka. Manchester United go wziął, bo Polak regularnie bywał bohaterem West Bromwich. I zatrzyma go, jeśli Kuszczak zdoła kilkakrotnie ocalić swój zespół. Unikanie błędów nie wystarczy, Alex Ferguson chce mieć Rooneyów i Ferdinandów na każdej pozycji).

Co nie zmienia mojej generalnej opinii - chyba wybitnie niekontrowersyjnej - że Boruc materiałem na wielkiego bramkarza jest. Jeśli jednak mu się uda zrobić ten ostatni krok w karierze, krok na sam szczyt, to typowałbym, że będzie to raczej szczyt ligi angielskiej.

A tutaj popodziwiajcie sobie wyczyny Valdesa i Boruca:

10:42, rafal.stec
Link Komentarze (47) »
 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum
Tagi