RSS
środa, 30 stycznia 2019

AC Milan, Krzysztof Piątek, Robert Lewandowski, Arkadiusz Milik

I tak oto zupełnie niespodziewanie, nie wiadomo skąd i dlaczego, nasz legendarny brak futbolowego systemu szkolenia zyskał w Europie markę. Zaczął być kojarzony nie z pojedynczym nazwiskiem, lecz z konkretną, wymagającą wysokich kwalifikacji specjalizacją. Obcokrajowcy nam zazdroszczą, i nie mówię tu o byle obcokrajowcach prowincjuszach z zapadłych dziur, mówię o obcokrajowcach, którzy w naszych oczach należą do lepszego świata. Nawet oni rozpoznają polski znak jakości.

Ale po kolei.

Niniejszą notkę powinienem oczywiście poświęcić wiadomemu napastnikowi, który od weekendu zaszczyca swoją obecnością skład AC Milan, ale zajmowałem się nim w trzech poprzednich wpisach, a przez ponad 11 lat istnienia bloga jeszcze nigdy nie zdarzyło się – jestem tego absolutnie pewien – żebym zaatakował czytelników tak monotematyczną serią, skupioną na sylwetce jednego człowieka. Aż nadto wystarczy nam egzaltacji redaktorów „La Gazzetta dello Sport”, którzy zdjęcie Krzysztofa Piątka wywalali na okładkę 11 z 13 ostatnich wydań (!) tego największego włoskiego dziennika sportowego. Niech się podniecają, my do swoich goleadorów przywykliśmy i będziemy reagować ze stonowaną godnością, dostojnie.

Nie ucieknę jednak od 23-letniego piłkarza jako elementu współtworzącego polski tercet kanonierów. Robert Lewandowski, Arkadiusz Milik i Krzysztof Piątek to przecież eskadra, jakiej pragnęliby selekcjonerzy niemal wszystkich drużyn narodowych w Europie. Nawet jeśli nie sposób upchnąć wszystkich w podstawowym składzie, to gwarantują najwyższy komfort – siły ognia nie odbierze reprezentacji kontuzja, w razie czyjegoś słabego meczu lub zmęczenia można w trakcie gry sięgnąć do fantastycznie wyposażonej rezerwy. Wszyscy reprezentują renomowane kluby, wszyscy prawdopodobnie zagrają w następnej edycji Ligi Mistrzów, wszyscy kręcą się wokół szczytu klasyfikacji strzelców rozgrywek krajowych. Gdybyśmy chcieli wskazać nacje bogatsze lub porównywalnie bogate na środku ataku, to poprzestalibyśmy na Anglii, gdzie są Harry Kane, Marcus Rashford i Raheem Sterling (trochę naginam, to skrzydłowy), Francji dysponującej Kylianem Mbappe, Antoine’em Griezmannem i choćby Alexandrem Lacazatte’em, Hiszpanii mającej Paco Alcácera, Diego Costę i Álvaro Moratę, oraz Belgią uzbrojoną w Romelu Lukaku i Driesa Mertensa. To tyle. A już bez chwili zawahania każdego z naszych snajperów adoptowaliby podziwiający ich z bliska Niemcy, którzy potrafią łatać środek ataku niejakim Markiem Uthem, oraz Włosi, którzy rozważają powrót do powoływania Fabio Quagliarelli, weterana już 36-letniego (jutro obchodzi urodziny, a gra wspaniale, to fakt). Naprawdę, na tle Europy czerpiemy ze złóż arcybogatych, trener Jerzy Brzęczek ma napastników jak Holandia tulipanów, jak Brazylia kawy, jak Kongo koltanu. Możemy się asekurować, apelować o umiar w rozsypywaniu komplementów, zamartwiać się, czy aby jutro Piątek się nie zablokuje. Ale są jeszcze twarde dane. Nasze trio nastrzelało już w bieżącym sezonie klubowym 57 goli.

Co oczywiście ani nie obiecuje sukcesu w futbolu reprezentacyjnym, który wymaga porządnego obsadzenia innych części boiska oraz porządnego pomysłu na grę, ani nie czyni z naszego kraju kopalni talentów. Sprawia jednak, że Polska staje się międzynarodowo rozpoznawalna jako fabryka napastników. No, może minifabryka. Wpiszcie sobie w rozmaite internetowe wyszukiwarki zbitkę nazwisk Lewandowski, Milik i Piątek, a przekonacie się, że nie tylko my, spoglądający na na rzeczywistość przez biało-czerwony filtr, zauważyliśmy zjawisko – znajdziecie westchnienia do naszych napastników we wszystkich językach świata.

Na moją wyobraźnię wciąż ze szczególną mocą działa przypadek Mariusza Stępińskiego, któremu ostatnio trudno dochrapać się choćby powołania do szerokiej polskiej kadry – nie wspominając o wpuszczeniu go na boisko. Kopie w słabiutkiej drużynie, ale w minionych 10 miesiącach wbijał gole kolejno: Milanowi, Napoli, Interowi, Crotone, Juventusowi, Romie, Cagliari, Parmie i Fiorentinie. Przecież ten facet dekadę temu zmonopolizowałby czołówki wszystkich polskich mediów sportowych, klękalibyśmy i wyśpiewywali serenady, z lotniska na zgrupowanie reprezentacji podróżowałby niesiony w lektyce! A dzisiaj selekcjoner wyniośle go ignoruje, nie wywołując w dodatku niczyjego oburzenia. Już całkiem zapomnieliśmy, że polski gol w Serie A padał z grubsza raz na 10 lat, choć doświadczaliśmy tej klęski żywiołowej całkiem niedawno, właściwie przed kilkoma chwilami.

Skąd się wzięła zmiana, jeszcze nie ustalono, nadal obowiązuje konsensus o beznadziejnej organizacji naszej piłki, który zresztą zasadniczo podzielam. Tym więcej przyjemności daje ów paradoks – oto akurat w mrocznych czasach dla polskiej reprezentacji i polskich klubów pojawił się efektowny polski znak firmowy. Za mojego świadomego życia świat łączył z naszym futbolem co najwyżej niezłą szkołę bramkarzy, teraz na horyzoncie rozbłysnął zalążek szkoły napastników. I nieważne, czy ona istnieje, czy w żadnym razie nie istnieje, nikt nam nie każe ujawniać całej prawdy, nikt niczego nie zdemaskuje, z niczego nie musimy się przed nikim tłumaczyć, wszak stare piłkarskie porzekadło głosi, że liczy się to, co w sieci.

poniedziałek, 28 stycznia 2019

O Krzysztofie Piątku jako opowieści z innej epoki, z czasów, gdy w futbolu istniała jeszcze tajemnica. Cotygodniowy felieton do „Gazety” można przeczytać tutaj.

środa, 23 stycznia 2019

AC Milan, Krzysztof Piątek

Kiedy skuteczny środkowy napastnik zmienia klub na znacznie silniejszy, zakładamy, że zacznie strzelać jeszcze więcej goli niż strzelał. Dotyczy to również Krzysztofa Piątka, choć naczytałem się już tu i ówdzie, że w Milanie snajperów nęka jakaś tajemnicza klątwa – nikomu tam od lat nie wychodzi.

Prawda jest nieco bardziej przygnębiająca. Otóż tej drużynie, zasilanej najwyższym po Juventusie budżetem płacowym w lidze włoskiej, od baaardzo dawna dramatycznie brakuje kreatywności, pomysłu na ofensywę, schematów pozwalających regularnie zagrażać bramce rywala. Gdyby nie istniał Manchester United, to ogłosiłbym wręcz, że wśród renomowanych europejskich firm futbolowych nie istnieje żadna, która w minionych latach osiąga tak mało za tak gigantyczne pieniądze (Legia jednak nie jest aż tak renomowana). I napastnik czuje się tam trochę jak żołnierz, któremu rozkazują strzelać, choć trzyma giwerę z pustym magazynkiem.

W bieżącym sezonie Milan zdobywa średnio 1,4 bramki na mecz, plasuje się pod tym względem w połowie tabeli, częściej fetują swoich piłkarzy nawet fani Sassuolo czy Sampdorii. W poprzednich edycjach rozgrywek wyglądało to niemal identycznie – ten sam wskaźnik wynosił, cofając się w czasie, 1,47; 1,5; 1,29 bramki na kolejkę.

Co gorsza, skandaliczne statystyki w żadnym razie nie wynikają z nieporadności piłkarzy odpowiedzialnych za wykańczanie akcji ofensywnych. W tym sezonie mediolańczycy strzelili 28 goli przy liczbie 28,16 tzw. goli oczekiwanych. Na wszelki wypadek, gdyby ktoś nie znał: to oparty o analizę gry współczynnik sugerujący, ile razy zespół „powinien” trafić do siatki, biorąc pod uwagę okoliczności, w jakich gracz uderza na bramkę (skąd, nogą czy głową, po dobitce czy podaniu etc.). Polegający na gigantycznej bazie meczowych danych algorytm szacuje prawdopodobieństwo, że w danej sytuacji padnie bramka.

Słowem, liczby oddają poziom ofensywnej aktywności Milanu. Milan zdobywa z grubsza tyle bramek, na ile zasługuje. Owszem, do Gonzalo Híguaina można zgłaszać pretensje, bo zamiast trafiać z efektywnością powyżej średniej, zszedł ciut poniżej (wbił sześć goli, jego xG przekracza minimalnie siedem). Generalnie jednak wkomponował się on w grupę niezdolną do regularnego napadania na wrogie pole karne. Dotąd Argentyńczyk oddawał się intensywnej kanonadzie wszędzie, gdzie grał, od Realu Madryt przez Napoli po Juventus – zablokował się dopiero na San Siro. Tam, gdzie od lat szczytem możliwości wydaje się piłkarska solidność i, mówiąc żargonem tzw. ekstraklasy, rozgrywanie „typowych meczów walki”, natomiast w okresach słabszych uprawia się styl gry wyzuty z idei, kompletnie nieznośny w odbiorze. Tam, gdzie od kilku lat polega się zasadniczo na błyskotliwości Suso, czyli skrzydłowego od indywidualnych zrywów, który potrafi każdego przedryblować i albo podarować asystę, albo samemu uderzyć.

Dlatego w bieżącym sezonie tylko cztery drużyny Serie A mają w składzie najlepszego strzelca z dorobkiem uboższym niż najskuteczniejszy wśród mediolańczyków Híguain – Frosinone, Chievo, Bologna oraz Sassuolo. Dlatego w minionym sezonie główny snajper drużyny, Patrick Cutrone, uciułał ledwie 10 trafień i w ligowym rankingu zajął ex aequo miejsca 19-23. Dlatego kompletnie zawiódł André Silva (kosztował nawet więcej niż Piątek), który gdzie indziej swobodnie bryka sobie po polach karnych. Dlatego żałosne statystyki od lat mają wszyscy środkowi napastnicy (wyjątek stanowi tylko epizod z Carlosem Baccą, zdołał uzbierać 18 bramek w sezonie ligowym), dlatego Milan od lat nie miał nikogo z realnymi szansami na koronę króla strzelców Serie A.

Dlatego wreszcie przed Piątkiem niebagatelne wyzwanie, poważniejsze niż się zdaje. W tekście do gazety napisałem, że na San Siro „gole nie spadają napastnikowi z nieba”, ale ująłem to zbyt łagodnie – tam trzeba je sobie wyszarpać. Teoretycznie Polak znajduje się w sytuacji komfortowej, bo o miejsce w składzie konkuruje tylko z Cutrone – zawodnikiem o zbliżonej charakterystyce, obaj w przeciwieństwie do Híguaina nie nadają się do obmyślania gry kombinacyjnej. Sprzyjać może mu też przylot Lucasa Pacquety, brazylijskiego młodzieńca reklamowanego jako spadkobierca Kaki, który nada mediolańczykom ofensywnego polotu. Generalnie jednak dołącza do grupy z przewlekłym defektem, do środowiska oswojonego z przeciętnością. Znamienne, że obaj pozyskani ostatnio przez Milan właściciele słynnych nazwisk, Híguain i Leonardo Bonucci, błyskawicznie stamtąd uciekli.

I wciąż bardziej prawdopodobne wydaje się, że więcej goli w lidze niż Piątek – nawiasem mówiąc, napastnik harujący jak wół, to jego chyba zbyt rzadko podkreślana zaleta – nastrzela w tym sezonie rozpędzony Arkadiusz Milik, który w niedzielę rozegrał, jak nieśmiało przypuszczam, swój życiowy mecz. W każdym razie zanosi się na wyścig intrygujący, nawet pasjonujący. Wyścig, jakiego polski kibic jeszcze nie widział.

20:40, rafal.stec
Link Komentarze (22) »
poniedziałek, 21 stycznia 2019

Najnowsze wieści są takie, że Leo Messi (wkrótce skończy 32 lata), Cristiano Ronaldo (34), Robert Lewandowski (31) i jeszcze paru innych wcale nie zamierzają posłusznie schodzić ze szczytu. Nie, oni prawdopodobnie jeszcze swojego szczytu nie osiągnęli. Coponiedziałkowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

wtorek, 15 stycznia 2019

AC Milan, Krzysztof Piątek

Pozwolę sobie na intymne wyznanie, a co mi tam. Otóż nigdy, przenigdy nie miałem ochoty oglądać polskiego piłkarza w koszulce mojej ulubionej drużyny.

Ilekroć wyobraziłem sobie Lewandowskiego w Milanie, sztywniałem przerażony. To byłby kibicowski koszmar, myślałem, to byłoby wieczne potępienie na samym dnie piekła, rzęziłbym, nie zniósłbym gromadnego, jazgotliwego spoglądania na Milan przez nadwiślański biało-czerwony mikroskop, spoglądania zredukowanego do modlitwy o gola „naszego rodaka”, nie wytrzymałbym tego świętego oburzenia, że skrzydłowy mu nie podał, tylko sam strzelał, tego wrzaskliwego łajania Suso, że zachował się haniebnie jak Robben, egoista zakichany i w ogóle dzban. Bardzo bałem się wreszcie nieustającego ogólnonarodowego gaworzenia o drużynie z San Siro – klub, który nie obchodził u nas prawie nikogo, znienacka zacząłby obchodzić wszystkich, otaczaliby mnie wyłącznie najtężsi znawcy spraw mediolańskich, nie dałoby się od harmidru uciec, nasz chłopak grałby w SŁYNNYM Milanie. Eurowizja na sterydach. Trwająca w kółko, przez okrągły sezon po sezonie.

Lęki wzięły się stąd, że jako indywiduum wybitnie niestadne – tym bardziej: nieplemienne – cierpię na mentalną aberrację. Nie przepadam mianowicie za całodobowym, nachalnym epatowaniem patriotyzmem (poza wyjątkowymi okazjami kochajmy Polskę po cichu, segregując śmieci i zagadując samotnie mieszkających sąsiadów, czy wszystko u nich w porządku) i nie przepadam za kibicowaniem w zbyt gęstej ciżbie ludzi, mainstreamowość Milanu mi przeszkadza, w chwilach desperacji roiłem sobie wręcz, że posiadłem go na własność, jestem jedynym fanem rossonerich w galaktyce, obsadzam sobą zarówno cały sektor rodzinny, jak i sektor ultrasów, niech mi się nikt nie wtrąca. A teraz miałbym jeszcze wysłuchiwać spazmów brzmiących prawie jak tamte z czasów „polskiej Borussii”?! Giń, przepadnij, siło nieczysta.

Perspektywę transferu Krzysztofa Piątka – chyba nieuniknionego, o ile w ostatniej chwili do licytacji nie dołączy Real Madryt – powinienem więc przyjmować zrozpaczony. Nie dość, że biorą Polaka, to jeszcze biorą nawiedzonego goleadora, będzie odpalał fajerwerk za fajerwerkiem, będzie ekstaza i uniesienie, wykończy mnie już pierwsza połówka sezonu. Tymczasem dzieje się inaczej, jestem podekscytowany. Zorientowałem się, że nie widzę w Piątku piłkarza polskiego, lecz napastnika o niesłychanym instynkcie snajperskim. Takiego, co to uwodzi mnie i fabułą (błyskawicznym, niemal bajkowym podbojem Italii), i jesiennymi meczami, w których wyglądał świetniej niż obiecująco nawet wtedy, gdy zderzał się z potentatami Serie A, w ataku sobie nie mógł poszaleć, schodził z boiska bez gola. Bo wyciskał maksimum. Jeśli znajdował między sobą i bramką półcentymetrową lukę, to choćby akurat stał na głowie, oddawał arcygroźny strzał. Predator.

Dziwi mnie nawet, że Piątek przyjmuje ofertę – jeśli ją przyjmie – z klubu tak przeciętnego. Grającego byle jak w bieżącym sezonie, grającego jeszcze marniej w sezonach minionych. Do Ligi Mistrzów nie zajrzał Milan od wiosny 2014 roku (Lewandowski kopał wówczas jeszcze na chwałę Dortmundu!), z Ligi Europy wykopał go w jesiennej fazie grupowej Olympiakos Pireus. Bieda aż piszczy. Spada nam nowy napastnik z nieba, trzeba go fetować bez względu na pochodzenie i nadciągającą paradę januszy. To nic zdrożnego, że ktoś jest Polakiem. Wybaczę wszystkim wszystko, byle Piątek strzelał.

Tagi: AC Milan
20:26, rafal.stec
Link Komentarze (27) »
wtorek, 08 stycznia 2019

Wisła Kraków nie jest ofiarą, Wisła różni się od reszty naszego krajobrazu w mniejszym stopniu, niż nam się zdaje. Poniekąd każdy sponsor polskiej piłki – dosłownie: każdy – płaci haracz mierzony twardą walutą bądź skalą etycznego kompromisu. Cotygodniowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

12:58, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
niedziela, 06 stycznia 2019

Walery Łobanowski

Zmarł młodo, w 2002 roku – na udar mózgu. Gdyby żył, skończyłby dzisiaj 80 lat.

Choć w sporządzanych przez fachowców rankingach wszech czasów plasuje się wysoko, to wśród głównych myślicieli futbolu wymienia się go mimo wszystko stosunkowo rzadko. Wiadomo – pochodzi z dzikiego wschodu, jego refleksje zapisywano głównie cyrylicą, a szyld „Związek Radziecki”, pod którym pracował, nie kojarzy się dobrze. Zresztą dobrej prasy nie miał Walery Łobanowski nawet wśród swoich.

A jednak należy do gigantów, czołowych innowatorów, z jego teorii czerpali najwięksi trenerzy, także znacznie sławniejsi. Był pionierem w traktowaniu najpiękniejszej z gier jako dziedziny nauk ścisłych, twierdził, że nie rozumie konceptu „atrakcyjnego futbolu”, mecz uważa za wojnę, jedynym celem jest pokonanie przeciwnika. Chociaż jego drużyny często grały ładnie.

– Najważniejsza w życiu jest dla mnie piłka, zaraz za nią piłka i na kolejnych dziesięciu pozycjach również piłka, a dopiero później cała reszta – mówił wywodzący się z polskiej szlachty kijowianin, z którego nazwiskiem łączą się wszystkie reprezentacyjne i klubowe sukcesy radzieckiej piłki ostatnich 20 lat istnienia ZSRR. Z kadrą narodową zdobył srebro mistrzostw Europy – pamiętam, że w przeciwieństwie do wszystkich otaczających mnie dorosłych kibicowałem w finale jej, a nie Holandii, jako niespełna dwunastoletni brzdąc na polityce się nie wyznawałem.

Po raz pierwszy o Łobanowskim zrobiło się naprawdę głośno w 1975 roku, kiedy prowadzone przez niego Dynamo Kijów najpierw sięgnęło po Puchar Zdobywców Pucharów, by w walce o Superpuchar Europy dwukrotnie pokonać Bayern Monachium. Ów wielki Bayern – z mistrzami świata Seppem Maierem, Franzem Beckenbauerem, Gerdem Müllerem czy Karlem-Heinzem Rummenigge.

Łobanowski zawsze i aż do przesady stawiał na grupę, nie znosił nie tylko gwiazdorstwa, ale nawet indywidualizmu. – Tacy gracze jak Ronaldo [brazylijski - przyp. red.] opóźniają rozwój futbolu – powtarzał z przekonaniem. – Dostają pieniądze, na które nie zasługują. Myślą, że rozwijają się we właściwym kierunku, a nie mają pojęcia, czego wymaga nowoczesna piłka nożna. Nigdy nie wziąłbym do swojej drużyny Alana Shearera. Doskonały gracz to 1 procent talentu i 99 proc. ciężkiej pracy – dodawał.

Jednak kiedy w 1996 roku po kilkuletnim pobycie na Bliskim Wschodzie, gdzie prowadził reprezentacje Zjednoczonych Emiratów Arabskich oraz Kuwejtu, triumfalnie powrócił do Kijowa i poprowadził Dynamo do półfinału Ligi Mistrzów, nazwiska jego graczy poznał cały kontynent. Silvio Berlusconi jako właściciel AC Milan rzucił fortunę za Andrieja Szewczenkę, którego uhonorowano potem, już po śmierci ukraińskiego trenera, Złotą Piłką, czyli najcenniejszym wyróżnieniem dla boiskowych solistów. Tamten napastnik, mój rówieśnik, był twarzą innej superdrużyny, którą zaliczam do ulubionych – kijowianie potrafili rozbić Barcelonę 4:0 na Camp Nou, potrafili też pokonać 2:0 madrycki Real, i to oni powinni byli stawiać się Manchesterowi United w niezapomnianym finale w 1999 r. Niestety, nie dali rady Bayernowi. Prawie wszystkie gole wbijał wówczas właśnie Szewczenko, wraz z Serhijem Rebrowem tworzący duet napastników, do którego mam sentyment jako chyba do żadnego innego.

Wychował ich autentyczny fanatyk, pasję do futbolu łączący z pasją do obliczania wszystkiego, co się da obliczyć. W dzieciństwie i młodości Łobanowski biegał za piłką przed lekcjami, po lekcjach, a nierzadko również zamiast lekcji, ale nigdy nie miał kłopotów z nauką. Wręcz przeciwnie, jego rówieśnicy wspominali, że często szukali Walerego na miejskich boiskach, szukając pomocy przed wyjątkowo trudnymi testami z algebry. Zdobywał zresztą medale na olimpiadach matematycznych. Całe życie powtarzał, że „wszystko jest cyfrą”, i stąd wziął się jego specyficzny stosunek do futbolu – pragnienie opracowanie idealnego algorytmu gry, o której sensie stanowi relacja między jednostką a współtworzoną przez nią zbiorowością, czyli między elementem systemu i systemem. Jonathan Wilson w „Odwróconej piramidzie”, kanonicznym dziele o historii taktyki piłkarskiej, pisał o Łobanowskim tak: „Dorastał w czasach obsesji na punkcie postępu naukowego. Był zaledwie nastolatkiem, gdy w ZSRR powstała pierwsza elektrownia jądrowa. Wkrótce potem posłano w kosmos Sputnika, a Kijów stał się centrum przemysłu komputerowego”. Tam, gdzie ukraiński – radziecki – trener studiował inżynierię grzewczą, powstał pierwszy instytut cybernetyki, który stał się światowym liderem w dziedzinie zautomatyzowanych systemów kierowania, sztucznej inteligencji oraz modeli matematycznych, to właśnie w Kijowie opracowano prototyp współczesnego komputera osobistego. I właśnie na politechnice Łobanowski zafascynował się możliwościami maszyn obliczeniowych.

Zanim cała Europa poznała efekty jego prekursorskiej myśli szkoleniowej, był zdolnym zawodnikiem, choć nie osiągnął sukcesów na miarę możliwości. Na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie flegmatyka, nawet leniucha. Biegał po lewym skrzydle, ale zupełnie nie odpowiadał ówczesnym wyobrażeniom o zawodniku grającym na tej pozycji, zwykle niskim, silnym i przede wszystkim piorunująco szybkim. Łobanowski był wysoki i długonogi, poruszał się dość niezgrabnie, tylko nieprawdopodobny drybling pozwalał mu z łatwością mijać obrońców. W latach 1958-68 strzelił 71 goli w lidze, większość bardzo pięknych. Jego popisowym zagraniem był „bananowy strzał” lub „suchy liść”, czyli zawijasowate uderzenie na bramkę rywala z końcowej linii boiska. Radzieccy defensorzy nadali mu przydomek „Sznurek”, zarówno ze względu na smukłą sylwetkę, jak i umiejętność minięcia rywala na bardzo wąskim fragmencie boiska.

Mimo nieprzeciętnego talentu Łobanowski nie zrobił wielkiej kariery – był podatny na kontuzje, a z futbolem próbował godzić naukę. Kiedy po raz pierwszy zdobywał z Dynamem tytuł mistrza kraju (jeszcze jako piłkarz), kończył równocześnie kijowską politechnikę. Sukcesy osiągnął dopiero jako szkoleniowiec.

Już jako piłkarz miał wiele pomysłów dotyczących strategii i taktyki, których nie krył przed klubowym trenerem, co nieuchronnie prowadziło do konfliktu. W 1964 r. po meczu ligowym skrytykował ówczesnego szkoleniowca Dynama Wiktora Masłowa, który przestawał wystawiać go w pierwszym składzie. Po latach już jako trener Łobanowski przyznał, że całkowicie zgadza się z postępowaniem przełożonego Masłowa wobec niesubordynowanego podwładnego Łobanowskiego. Co ładnie oddaje ewolucję słynącego z żelaznej ręki Ukraińca – jako piłkarz nieustannie walczył o swoją niezależność, jako trener u piłkarzy ostro ją zwalczał.

Szkoleniowe sukcesy Łobanowski zaczął odnosić bardzo szybko. Już w 1971 roku (miał ledwie 32 lata) wprowadził do pierwszej ligi prowincjonalne Dnipro, by po dwóch sezonach wrócić do Kijowa i natychmiast zdobyć dublet w rozgrywkach krajowych. Wówczas po raz pierwszy przylgnął do niego pseudonim „Wahadło” ze względu na charakterystyczne ruchy, jakie wykonywał na ławce trenerskiej. Prawdziwą furorę zespół Łobanowskiego zrobił w sezonie 1974/75, wygrywając absolutnie wszystko: ligę, krajowy puchar, PZP i Superpuchar Europy (po wspomnianym triumfie nad Bayernem), a Oleg Błochin został uznany za najlepszego piłkarza kontynentu.

Wtedy też Łobanowski stał się współautorem rekordu, który można wyrównać, ale który nigdy nie zostanie pobity. Reprezentacja ZSRR zagrała dwa mecze w całości złożona z graczy Dynama. Kijowianie w narodowych barwach pokonali w eliminacjach ME Turcję 3:0 oraz Irlandię 2:1. Zawodnik był dla niego tylko elementem systemu, więc po co miał trwonić czas na wmontowywanie w drużynę elementów obcych?

Przełomowym momentem w życiu Łobanowskiego był rok 1968, kiedy poznał Anatolija Zieleńcowa, specjalistę od bioenergetyki, szefa i pomysłodawcę Centrum Naukowego założonego przez Dynamo w latach 70. – Kiedyś Walery powiedział mi na przyjęciu przy świadkach: „Gdyby nie ty, nigdy bym nie zabłysnął jako szkoleniowiec. Zawdzięczam ci całą moją wiedzę, umiejętności i rozumienie futbolu” – chwalił się potem Zieleńcow. To on współtworzył zespół naukowców, który odpowiadał za bazę danych zawierającą informacje o każdym zawodniku klubu. – Staramy się w pełni wykorzystać potencjał graczy. W oparciu o badania tworzymy indywidualne programy treningowe, by maksymalnie wykorzystać ich predyspozycje. W bazie mamy kartoteki wszystkich, którzy przewinęli się przez zespół w ciągu ostatnich dziesięciu lat, niezależnie od tego, na jak długo u nas zostali. Pracujemy nad różnymi modelami gry i treningu. Chcemy znaleźć model idealnych zachowań piłkarza w określonych sytuacjach na boisku – wyjaśniał ukraiński naukowiec. Jeszcze jeden skrócony cytat z księgi Wilsona, podpisany przez obu współpracowników, Łobanowskiego i Zieleńcowa: „Gdy mówimy o ewolucji taktycznej, mamy na myśli opracowywanie ciągle nowych sposobów gry, by utrudnić rywalowi dostosowanie się do naszego stylu. Gdy mu się to uda i stworzy plan przeciwdziałania, należy znaleźć nową strategię. Na tym polega dialektyka futbolu”.

Te koncepcje służyły nie tylko wychowankom kijowskiego potentata. W latach 1978-82 korzystała z nich m.in. reprezentacja Włoch, która na MŚ w Hiszpanii wzięła złoto. Zieleńcowa zapraszały również niemieckie szkoły trenerskie, gdzie jego wykładom przysłuchiwał się m.in. Franz Beckenbauer. A przemawiał w specyficzny sposób, jakby relacjonował eksperymenty przeprowadzone na szczurach laboratoryjnych.

Mimo bezdyskusyjnych osiągnięć Łobanowski nigdy nie miał dobrej prasy. Nawet kiedy wyniki potwierdzały słuszność jego decyzji, krytykowano graniczący z cynizmem pragmatyzm jego myśli szkoleniowej, o której niektórzy mówili nawet, że hamuje rozwój radzieckiego futbolu. Zarzucano mu też, że ściąga najlepszych zawodników z całego kraju, nie mając zamiaru wystawiać ich w pierwszym składzie. – Lepiej, żeby siedzieli obok mnie na ławce, niż strzelali gole mojemu zespołowi – odpowiadał.

Piłkarze też za nim nie przepadali, uważając go za lodowatego technokratę, który odbiera im prawo do posiadania własnej opinii. Ale Łobanowski nigdy nie przejmował się ani porażkami, ani krytyką. – Cierpliwość, cierpliwość, praca, praca – odpowiadał pytany o tajemnicę sukcesów. – Nie zmieniaj niczego, nawet kiedy przegrywasz. Porażki są częścią drogi do zwycięstw. W 1984 zajęliśmy dziesiąte miejsce w lidze. Na szczęście dla klubu nie zostałem zwolniony i w następnym sezonie sięgnęliśmy po tytuł i Puchar Zdobywców Pucharów – perorował trener, który chyba nigdy nie czuł pełnej satysfakcji. Nawet w okresach masowego wygrywania stale zwiększał intensywność ćwiczeń, wywołując bunty wśród podwładnych, którym zdarzało się nawet ogłaszać strajk.

Życiowy sukces miał szansę odnieść na meksykańskim mundialu w 1986 roku. Prowadzona przez niego reprezentacja ZSRR, okrzyknięta rewelacją turnieju, przeszła jak burza fazę grupową, rozbijając Węgry 6:0, by w 1/8 finału pechowo ulec Belgom, którzy zdobyli dwie bramki z ewidentnych spalonych. Jednak prasa nie zostawiła na Łobanowskim suchej nitki dopiero cztery lata później. Na MŚ we Włoszech ZSRR nie wyszedł nawet z grupy i na ukraińskiego szkoleniowca zwaliła się lawina obelg. Małomówny Łobanowski nie miał zamiaru tłumaczyć się z niepowodzeń. Wyjechał na Bliski Wschód, gdzie prowadził reprezentacje Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Kuwejtu.

Kiedy wrócił i w Lidze Mistrzów rozszalało się jego Dynamo (w dwumeczu z Barceloną było 7:0!), już nawet adwersarze przyznawali, że wyprzedził epokę. Atletyczną kijowską piłkę, opartą na pełnej wymienności funkcji, perfekcyjnym przygotowaniu fizycznym i różnorodności schematów, opiewali wszyscy znawcy, w ankiecie tygodnika „Kicker” najświetniejsi trenerzy i piłkarze uznali Łobanowskiego za jedną z największych postaci w historii futbolu. Dynamo zajęło ósmą pozycję, lokując się pomiędzy Benficą Lizbona i Juventusem Turyn, a Johan Cruyff umieścił kijowian nawet w pierwszej trójce, obok Ajaksu i Milanu. – Co z tego, że Real dziewięć razy zdobywał europejskie puchary – wyjaśniał Holender. – Łobanowski potrafił zbudować zespół, który utrzymał równą formę przez dwie dekady, mimo że korzystał jedynie z rodzimych zawodników, a ZSRR nie jest przecież kopalnią piłkarskich talentów.

Dla kolegów po fachu ukraiński szkoleniowiec był wówczas wzorem. „Kiedy Arrigo Sacchi osiągał największe sukcesy z Milanem, korzystał z metod Łobanowskiego jak z przewodnika” – pisało „Corriere dello Sport”. – Wiele jego koncepcji zyskało ogromną popularność w Serie A. Bardzo zmienił włoską piłkę, która stała się agresywna i dynamiczna. Wszyscy wiemy, ile zawdzięcza mu futbol – mówił Marcello Lippi, kiedy prowadził jeszcze Juventus. – Spotkałem go kiedyś na międzynarodowym seminarium i wywarł na mnie ogromne wrażenie. Jest nie tylko piekielnie inteligentny, ale i niezwykle charyzmatyczny i sprytny.

Chociaż futbolowi Łobanowski poświęcił się bez reszty, podczas meczów na jego twarzy trudno było dostrzec jakiekolwiek oznaki emocji. Niezależnie od tego, czy jego zespół zdobywa, czy traci bramkę, pozostawał tak samo niewzruszony. To najbardziej nieruchomy trener, jakiego widziałem w życiu, skrajne przeciwieństwo rozskakanych furiatów w typie Diego Simeone czy Antonio Conte.

A miał co fetować. Z Dynamem zdobył osiem tytułów mistrza ZSRR i pięć Ukrainy, dziewięć razy wygrywał krajowy puchar, dwukrotnie sięgał po PZP, raz po Superpuchar Europy – spędził w kijowskim klubie z przerwami 20 lat. Wschodnia wersja Alexa Fergusona, tyle że bogatsza o sukcesy reprezentacyjne. Z radziecką kadrą wygrał Łobanowski srebrny medal mistrzostw kontynentu w 1988 roku, a dwa lata wcześniej została ona uznana przez branżowy (i prestiżowy) magazyn „World Soccer” za drugi zespół na planecie, ustępujący jedynie mistrzom świata – Argentynie.

Ambicje Łobanowskiego nie kończyły się jednak na wyniku. Wielokrotnie przytaczano jego reakcję na zdobycie mistrzostwa kraju, gdy wygrywał je jeszcze jako zawodnik. Oświadczył wtedy, że spełnione marzenie przestaje być marzeniem, pochwały uznał za bezpodstawne, nie chciał ich wręcz przyjąć, zawyrokował, że drużyna grała kiepsko, ale zdobyła więcej punktów niż drużyny grające jeszcze gorzej, a potem wyłożył – pewnie nieświadomy znamienności wypowiadanych zdań – swoje przyszłe trenerskie kredo.

Wyjaśnił mianowicie, że prawdziwego naukowca nie cieszy uzyskanie magisterium, doktoratu ani habilitacji. Że prawdziwy naukowiec chce wpłynąć na rozwój swojej dziedziny. Odcisnąć piętno. Zrewolucjonizować ludzkie myślenie.

Nęka mnie podejrzenie, że Łobanowski nie był w pełni usatysfakcjonowany swoimi osiągnięciami. Chociaż powinien.

20:55, rafal.stec
Link Komentarze (19) »
sobota, 05 stycznia 2019

Sportowiec roku 2018. I Umberto Boccioni, czemu nie

Zanim wystartowała impreza, podczas której Kamil Stoch znów zostanie obwołany sportowcem roku (errata: jednak Bartosz Kurek! ale numer!), patrzyłem na mecz na szczycie włoskiej ligi siatkarzy ­– między Trentino a Perugią, dla której zbija Wilfredo León. Kubańczyk z pochodzenia i Polak z wyboru wypadł słabo, ale pozostaje graczem numer jeden na świecie, w skali sezonu nie ma w Serie A konkurencji. Dlatego skłonił mnie do refleksji o kandydatach na kolejnych herosów naszego sportu. Takich, których kariery uważnie śledzę i/lub szczególnie kibicuję. Idoli jutra. Krótki subiektywny wybór podaję w porządku nieprzypadkowym, od urodzonych najpóźniej do najstarszych.

Iga Świątek (rocznik 2001). Jeszcze niczego nie wygrała, juniorski Wimbledon to zachęta, a nie spełnienie, ale seniorską karierę zaczęła właściwie dopiero kilka dni temu. Ciekawe, że raczej odcina się od Agnieszki Radwańskiej – choć naturalnym byłoby szukać natchnienia w polskiej tenisistce wszech czasów, to Świątek wywija rakietą po swojemu, nade wszystko przewyższa sławną poprzedniczkę siłą oraz skłonnością do ofensywy. Lubi też, jak sama przyznaje, robić na korcie show. Na wielkie sceny dopiero wejdzie, w tym roku spróbuje zapoznać się z wielkoszlemowym graniem dla dorosłych.

Jan-Krzysztof Duda (1998). Jeszcze niczego nie wygrał, wicemistrzostwo świata w szachach błyskawicznych to mimo wszystko zaledwie sukcesik, figury na serio przesuwa się po głębszym namyśle. Wcześniej został jednak Duda jednym z bohaterów wrześniowej olimpiady szachowej, podczas której nasza drużyna wypadła najlepiej od przedwojnia. Zajęła czwarte miejsce, do ostatniej rundy miała szansę na złoto, od absolutnego szczytu dzieliła ją wygrana w jednej z czterech zremisowanych partii w kończącym rywalizację meczu z Indiami. Lider polskiej reprezentacji w wywiadzie mówił otwarcie, że mierzy w mistrzostwo świata – podał nawet perspektywę czasową, cel chce osiągnąć przed trzydziestką. Na razie w globalnym rankingu FIDE zajmuje 18. miejsce. Mało kto wie, że rolę sparingpartnera przed meczem o mistrzostwo świata z Fabiano Caruaną proponował mu Magnus Carlsem. Duda musiał odmówić, bo podjął wcześniej inne zobowiązania.

Krzysztof Piątek (1995). Jeszcze niczego nie wygrał, ale ma za sobą najbardziej spektakularny w dziejach debiut polskiego piłkarza w czołowej lidze zagranicznej, jego nazwisko pojawia się w każdej dyskusji o największych objawieniach sezonu w Europie, ewidentnie zanosi się, że latem zostanie naszym najdroższym futbolistą w historii, bo Genoa planuje spieniężyć go za minimum 60 mln euro. Kto powiedział, że po Lewandowskim nie będzie już niczego?

Wilfredo León (1993). Jeszcze niczego dla Polski nie wygrał, ale przecież on całe życie zajmuje się wyłącznie wygrywaniem, a biało-czerwoną koszulkę założy dopiero w lipcu. Od naszych humorzastych kadrowiczów, którzy od lat raz grają tak albo siak – i nie osiągają wiele w wymagających stabilizacji klubach – różni się tym, że jego najgorsze występy są zazwyczaj przynajmniej bardzo dobre. Selekcjoner naszej drużyny narodowej Vital Heynen się do tego nie przyzna, ale to prawdopodobnie sylwetka Kubańczyka sprawia, że nie tyle obiecuje walkę o medal igrzysk w Tokio, ile niejako zapowiada, że medal będziemy fetować. Bo tak się z Leónem „umówił”. A jeśli nasi siatkarze rzeczywiście wystrzelą na olimpijskie podium, to Wilfredo, chłopak urodzony w Santiago de Cuba, powinien należeć do naturalnych faworytów plebiscytu na polskiego sportowca roku 2020. A tego jeszcze u nas nie grali, prawda?

21:39, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
piątek, 04 stycznia 2019

 Premier League, liga angielska

Patrzyłem na czwartkowy hit Premier League oniemiały, to było jak erupcja wulkanu, widowisko pulsujące obłędną intensywnością gry, które w lepiej urządzonym świecie powinno zakończyć się równorzędnym triumfem obu rywali. Nikt tu nie był lepszy, obie strony ścigały się na popisy arcyfutbolu. Choć Manchesterowi City przyznano wygraną całym golem, to wieczór lepiej podsumowuje 11,2 milimetra, jakich zabrakło do szczęścia Liverpoolowi, gdy piłkę z linii bramkowej wykopywał John Stones – wyższość gospodarzy miała rozmiar gołym okiem nie do wychwycenia, o ile w ogóle wolno nam obrażać gości sugestią, że przegrali.

Dla mnie to był więcej niż pojedynczy mecz, dla mnie to była ostateczna i przepiękna ilustracja przełomu, jaki dokonał się na szczytach ligi angielskiej. Jakościowego. Od lat epatowały nas tamtejsze kluby kwadrylionami euro rozrzucanymi na piłkarzy, ale kiedy potentaci przystępowali do szlagieru, to po kilku minutach dochodziliśmy do wniosku, że prawdziwą high quality oferuje hiszpańskie El Clásico, że na wyspach więcej dymu niż ognia, że luksusy finansowe nijak nie przekładają się na sportowe. Coś drgnęło dopiero w ubiegłym sezonie, gdy Liverpool i inni wreszcie poszaleli w Lidze Mistrzów, a w kraju arcydzieło stworzyli piłkarze Manchesteru City. Nie wiedzieliśmy tylko, czy to nie chwilowe wykrzaczenie w matriksie.

Mijające miesiące składają się jednak z łańcucha dowodów na nieprzypadkowość wydarzeń z wiosny 2018. Nastała era, w której rywalizacja o tytuł mistrzowski toczy się na poziomie, jakiego w Premier League nie pamiętam. Zjawiskowo grywali tam jedynie samotni wszechmistrzowie, jak pamiętni „Niezwyciężeni” z belle epoque Arsenalu, nigdy nie podziwialiśmy galerii z aż dwiema autorskimi superdrużynami – a może i trzema, o czym za chwilę. Liverpool i Manchester City porywają, Liverpool i Manchester City sprawiły, że zapomniałem, iż stoją za nimi gigantyczne pieniądze. Bo one zdają się drugorzędne wobec wizji Jürgena Kloppa i Pepa Guardioli, którzy stworzyli światy na obraz i podobieństwo swoich marzeń, wierzą w potęgę treningu, wcale nie próbują kolekcjonować wszystkiego, co najdroższe na rynku.

Owszem, ich szefowie poprzelewali za transfery fortunę, ale przecież nikt nie skupował tu Messiego, Ronaldo ani Lewandowskiego, nikt nie próbował podprowadzić przewodzących młodszemu pokoleniu Neymara czy Mbappé, nie było skoku na monumentalnych obrońców w typie Chielliniego czy Ramosa. Nie, były ruchy głównie nieoczywiste, wymagające od pozyskiwanych graczy wzbicia się na wyższy, nowy dla nich poziom. Ruchy niekoniecznie skazane na sukces.

Fernandinho nie musiał przecież spotężnieć po trzydziestce na monstrum środka pola; Raheema Sterlinga z łatwością wyobrazilibyśmy sobie jako kolejnego angielskiego jeźdźca bez głowy, skoro niejednego Walcotta już skreślaliśmy jako przypadek beznadziejny; Leroy Sané okazał się przed kilkoma miesiącami niegodny powołania do szerokiej kadry Niemiec na mundial; Kevina de Bruyne’a (w czwartek akurat nie grał) odrzucił sam José Mourinho; Bernardo Silva nieczęsto ganiał wcześniej w opętańczym transie, jak w czwartkowy wieczór, gdy pokonał rekordowy w sezonie ligi angielskiej dystans 13,7 km – aż zdumiewające, że murawa nie zaczęła płonąć mu pod stopami. Nic nie było pewne ani prawie pewne, a jednak dane nam jest podziwiać, jak wszyscy wymienieni rozkwitają, przechodzą samych siebie, spełniają fantazje Guardioli. U Kloppa to samo, tylko bodaj jeszcze bardziej: Virgila van Dijka nie wyniosła na szczyt wśród środkowych obrońców cena, gdyby kosztował 40 mln mniej, też byłby 27-latkiem wyjętym z Southampton dopiero poprzedniej zimy. Nigdy wcześniej nie podbijali świata Mohamed Salah, największy altruista wśród napastników Roberto Firmino czy Sadio Mané, a Alexander-Arnold z Robertsonem to już w ogóle wychynęli znikąd, by rozskrzydlić Liverpool przerzutami z jednego końca świata na drugi. Niesamowite, ile trenerzy kataloński i niemiecki odkryli w swoich piłkarzach sportowej klasy. Zwłaszcza w Fernandinho i van Dijku – zawodnikach, którzy przeżyli na boisku wiele sezonów, ale przed spotkaniem z obecnymi szefami raczej nie przyszło im do głowy, że umieją wyglądać jak herosi, najlepsi na swoich pozycjach na świecie.

To na sylwetki Brazylijczyka oraz Holendra spoglądam jak na emblematy stanowiące o przywódczo-belferskich mocach Guardioli i Kloppa. Trenerów budujących od zera, choć drogo, dzisiaj inaczej się już nie da. Budujących od zera i każdy według swojej idei, pozwalających bezstronnym entuzjastom futbolu wybrać sobie styl, który bardziej odpowiada ich gustom. Ja akurat nigdy nie wybieram, bo nie czuję potrzeby, w piłce wszystko może być bajecznie urzekające, jeśli jest bajecznie skomponowane – nie przedkładam nieskończonej plątaniny podań nad nawałnicę gegenpressingu ani odwrotnie, nie wiem, czy wyrafinowany atak pozycyjny należy cenić wyżej lub niżej od piorunującej kontry, jestem wszystkożerny, pochłonę każdą perfekcję, po rumuńskim społecznym snuju nakręconym nieruchomą kamerą przyjmę w kinie marvelowskie trrrach torpeda razy czarna pantera, bachowską mszę zagłuszę wściekłym metalowym szarpidrutem, zachłannie czerpię z każdego rejestru. I tak właśnie widzę dzisiaj ligę angielską, rozgrywki, które przez szmat czasu mnie nużyły, przeklinałem je za przerost marketingowej formy nad sportową treścią. Widzę ją jako orgię dla wszystkożernych.

Tuż za Liverpoolem i Man City czai się wszak Tottenham, kolejne dzieło wybitnie oryginalne, a Mauricio Pochettino rzeźbi w materiale szczególnie wymagającym. Latem nie wszedł do jego szatni ani jeden nowy zawodnik, zarząd nie wydał ani ćwiartki szylinga, rzecz to dzisiaj niesłychana, co więcej, wśród londyńczyków roi się od medalistów ostatnich mistrzostw świata, którzy po mundialowych eskapadach powinni długo odzyskiwać siły. Argentyński trener wciąż jednak zasadza się na sławniejszych kolegów po fachu, traci do nich tyci-tyci, zresztą całe trio współliderów – pozwólcie troszeczkę naciągnąć rzeczywistość, inaczej nie potrafię – pędzi przez ligę do utraty tchu. Wyspiarscy statystycy wyliczyli już, że o Liverpool, i Manchester, i Tottenham gubią punkty nadnaturalnie rzadko, każdy z nich w niemal każdym innym sezonie miałby miażdżącą przewagę nad resztą stawki, pewne mistrzostwo odbiera im tylko potwornie silna konkurencja. Dość powiedzieć, że ta ostatnia drużyna, sklasyfikowana na miejscu trzecim, po 21 kolejkach uzbierała tylko punkt mniej niż wspominany nieziemski Arsenal z nieskażonego porażką sezonu 2003/04. Ależ mamy ostry zakręt w Anglii! Nie wychodźmy z niego, niechaj chwila trwa, niezależnie od wyników w Champions League.

A jeśli komuś jeszcze mało wyspiarskich atrakcji – jak mnie – to zanęcająco zwracam uwagę, że za tercetem, któremu chętnie przyznałbym mistrzostwo zdobyte ex aequo, skrada się Chelsea. Tam też zjawił się artysta osobny, do swojej futbolowej doktryny przywiązany wręcz obsesyjnie. Tyle że jego konkurenci układają swoje drużyny długo, bo pochylają się nad nimi 39 (Jürgen Klopp), 31 (Pep Guardiola) oraz 54 miesiące (Mauricio Pochettino), tymczasem Maurizio Sarri zstąpił na Stamford Bridge ledwie pół roku temu z okładem. Biorąc pod uwagę, że Włoch również ma gest demiurga i chce zburzyć wszystko, co nie narodziło się w jego jaźni, traci w tabeli niewiele. Teraz trzeba jeszcze tylko poczekać, aż jeszcze uszlachetni tę wyspiarską galerię sztuki nadzwyczaj nowoczesnej, to się po prostu musi ziścić.

Jeszcze raz: wszystkich czterech szefów łączy nade wszystko to, że wierzą w potęgę treningu. A ja wierzę im, gdy obsypują się komplementami, szanują, wyrażają wzajemne uznanie. To nie kurtuazja, to język i emocje najświetniejszej ery w Premier League za mojego świadomego życia.

15:51, rafal.stec
Link Komentarze (25) »
Archiwum
Tagi