RSS
wtorek, 30 stycznia 2018

Matera, Basilicata

Przed dwoma tygodniami, tuż po moim wyjeździe na wakacje, kibice w całej Europie ujrzeli w telewizorach scenkę prawie surrealistyczną: sędzia meczu ligi francuskiej z ewidentną premedytacją podłożył nogę piłkarzowi Nantes, a następnie – kiedy ten już wstał – wlepił zaatakowanemu czerwoną kartkę. Na pewno też widzieliście, obrazek to niezapomniany.

Gdy dzisiaj zbadałem, kim jest autor wybryku, zdębiałem jeszcze bardziej. Tony Chapron, choć wcześniej nigdy nie porwał się na boisku na napaść fizyczną, ma bogaty dorobek awanturnika – przynajmniej według zawodników i trenerów, którzy oskarżali go w przeszłości o napaść werbalną. Zarzuty wysuwały sławy, jak mistrz świata i selekcjoner reprezentacji Francji Didier Deschamps, a niektóre pośród zarzutów brzmiały szokująco: graczom Valenciennes miał Chapron otwarcie grozić w przerwie meczu ligowego: „Wydymam was w drugiej połowie. Zlecicie z ligi”. A po wznowieniu gry dał im trzy czerwone kartki (jedną trenerowi). W ogóle w swojej karierze usuwał z boiska rekordowo często.

Nie mieści się w głowie, prawda? Jak on się w ogóle w elicie uchował? Dlatego na wszelki wypadek uznałem, że w wakacyjnym amoku coś mi się przywidziało. I we włoskim miasteczku Matera zacząłem maniacko fotografować drzwi:

Matera, Basilicata, drzwi

Kiedy je fotografowałem, na stadionie Paris Saint-Germain doszło do kolejnej chryi z udziałem Jaśnie Pana Neymara, który tym razem nie pozwolił Edinsonowi Cavaniemu, nominalnie koledze z drużyny, zostać najlepszym strzelcem w historii klubu. Choć sam wbił wcześniej trzy gole, a gospodarze prowadzili 7:0 z Dijon, w końcówce meczu nie oddał Urugwajczykowi uderzenia z rzutu karnego. Z trybun spłynęły gwizdy, a brazylijski supergwiazdor z trybunami się nawet nie pożegnał, lecz wściekły pognał do szatni. Najdroższy gracz świata gra znakomicie, a kibice go prześladują... Jeszcze niczego nie zdobył, a ludziska już gadają, że zaraz zbiegnie do Realu Madryt... Dziwny jest świat, prawda? Na szczęście tego nie słuchałem ani nie oglądałem, lecz fotografowałem drzwi. Dopiero teraz sprawdzam, co i jak, bo przemknęło mi przez głowę, że w trakcie obzdjęciowywania drzwi musiał istnieć również jakiś inny świat:

Matera, Basilicata, Neymar

W tym samym okresie, jak się okazuje, zamykano też argentyńskie „El Grafico”, najsłynniejsze bodaj sportowe pismo w Ameryce Południowej. Do kryzysu prasy przywykliśmy, gazety padają jedna za drugą, ale taka legenda?! Alfredo di Stefano mawiał, że każdy młody piłkarz z Argentyny ma trzy marzenia: zagrać w klubie, w którym się wychował; założyć koszulkę reprezentacji kraju; wylądować na okładce „El Gráfico”. Niestety, ulubione w młodości pismo noblistów Maria Vargasa Llosy i Gabriela Garcii Marqueza malało, z tygodnika zmieniło się w miesięcznik, aż historia całkiem zdezaktualizowała przytoczony cytat. Doprawdy, dziwnie smutny bywa ten świat, no ale ja skupiałem uwagę na drzwiach, niekiedy dość dziwnych:

Matera, Basilicata, Cristiano Ronaldo

Łaziłem więc od drzwi do drzwi, a Real Madryt postanowił uciec od kryzysu strzelaniną masowego rażenia. Wystarczyło mu po 273 dniach i 43 meczach wrezcie odzyskać w komplecie tercet sławnych atakujących (Garetha Bale’a, Karima Benzemą i Cristiano Ronaldo), żeby rozłupać Deportivo La Coruna siedmioma bramkami. Wydawało się, że na stadionie Santiago Bernabeu ponownie nastaje jasność, tymczasem parę chwil później Real oberwał od niejakiego Leganes, odpadł z Pucharu Króla i jego – jak głosiły recenzje z jesieni – „najsilniejsza kadra w dziejach klubu” skarlała do – tym razem pożyczam z języka giełdowego – kadry niemal śmieciowej, w której rezerwowi są tak bardzo rezerwowi, iż wręcz poniżej godności królewskich barw. Przez 115 lat istnienia pucharowych rozgrywek nie zdarzyło się wszak, by Real odpadł po triumfie w zwycięstwie na wyjeździe. Dziwny jest świat, prawda? Tak dziwny, że kolejny awans madrytczyków przynajmniej do finału Ligi Mistrzów robi się niemal nieunikniony:

Matera, Basilicata, Real Madryt

Na osłodę Cristiano Ronaldo zafundował sobie Gulfstreama G650 (mieści 18 pasażerów), naturalnie ozdabiając go logiem CR7. Wydał 30 mln euro i stał się szczęśliwym posiadaczem najdroższego wśród piłkarzy prywatnego samolotu, „wyprzedzając” Leo Messiego (Embraer Legacy 650, wart 28 mln, na 14 pasażerów), Zlatana Ibrahimovicia (Cessna Citation Longitude, za 24 mln, na 12 osób), Paula Pogbę (Gulfstream G280, 20 mln, wyposażony w łóżko), Wayne’a Rooneya (Dassault Falcon 900LX, 16 mln), Neymara (Embraer Legacy 450, jak on znosi taniochę za 12 mln?!) i Garetha Bale’a (Cessna Citation XL Plus, 10 mln). Nie zostało ustalone, po jaką cholerę im odrzutowce, i jak to się stało, że znienacka zaczęli ich potrzebować masowo wszyscy najjaśniejsi gwiazdorzy futbolu, istnieją za to uzasadnione podejrzenia, że trwa tu swoisty wyścig, że portugalski heros Realu postanowił przebić argentyńskiego herosa Barcelony, prawdziwemu kibicowi powinno być trochę szkoda idoli, oni mają coraz więcej obowiązków pozaboiskowych, to nawał obowiązków wprost nieprawdopodobny, nowoczesny futbol wymaga doprawdy nadludzkiej odporności psychicznej, niewiarygodne, że oni umieją podołać. Dziwny jest świat, prawda? Na szczęście kiedy on się jeszcze bardziej udziwniał, ja akurat zajmowałem się drzwiami w Materze:

Matera, Basilicata, Manchester City

Wydawały także ostatnio kluby, których zamaszyste rynkowe wygibasy powodują, że rankingi piłkarzy sporządzone według cen transferowych coraz słabiej odzwierciedlają hierarchię czysto sportową. Do jutrzejszego zakończenia zimowych zakupów kwintet najdroższych obrońców w historii stanowić będą Virgil van Dijk (właśnie wzięty przez Liverpool), Aymeric Laporte, Benjamin Mendy, John Stones i Kyle Walker (wszyscy wzięci przez Manchester City). W ilu jedenastkach marzeń – ekspertów czy kibiców – by się wymienieni znaleźli? Ile osiągnęli? Uderzające, że van Dijk kopał piłkę w strefie spadkowej wraz z Southampton, do Ligi Mistrzów zajrzał kiedyś tylko na momencik w Celticu Glasgow, wkrótce skończy 27 lat. Że Laporte nie dotknął Champions League nigdy, nie zadebiutował też jeszcze w reprezentacji kraju. Że... Może ta wyliczanka nie ma sensu, świat jest dziwny i tyle, właściwie coraz dziwniejszy, jakże się cieszę, że kiedy ostatnio znów go wykoślawiało, ja akurat kolekcjonowałem zdjęcia drzwi w Materze:

Matera, Basilicata, Roger Federer

Nic dziwnego nie było za to w kolejnym triumfie 36-letniego Jego Rakietowości Rogera Federera, który nie czuje się przygnieciony do kortu zaawansowanym wiekiem, przeciwnie, Jego Rakietowość nadal podfruwa powabnie, nadal nas zachwyca, nadal podrzuca kolejne nowiusieńkie argumenty do obwoływania go tenisistą wszech czasów. Zaskakuje raczej ogólny obraz: otóż żadnego wielkoszlemowego tytułu jeszcze nigdy nie wygrał zawodnik urodzony w latach 90. Nigdy, żadnego, ani w Australian Open, ani w Roland Garros, ani na Wimbledonie, ani w US Open, zresztą nawet do finału wpraszają się wyłącznie starsi. Zegary w tenisie chodzą inaczej, jak po drugiej stronie lustra, w ogóle dziwny jest ten świat, na szczęście mam komfort, że przez dwa tygodnie oddzielały mnie od niego drzwi, czasami drzwi również dziwne, to dzięki nim pomyślałem, że wszystko, co się ponoć ostatnio wydarzyło, być może wcale się nie wydarzyło.

Matera, Basilicata. Wybierz właściwe drzwi i podążaj za błękitnym królikiem

20:37, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
niedziela, 14 stycznia 2018

Mogliście przegapić, a przecież w piątek rozegrano najważniejszy mecz sezonu na świecie – w Dżuddzie, saudyjskim mieście położonym nad Morzem Czerwonym, gdzie piłkarze lokalnego Al-Ahli rozbili 5:0 Al-Batin, umacniając się na pozycji ligowego wicelidera. Ale nie wynik był przełomowy. Felieton do poniedziałkowej „Gazety” przeczytacie tutaj.

19:15, rafal.stec
Link Komentarze (8) »
wtorek, 09 stycznia 2018

Michaił Osipow miał trzy lata, gdy w styczniu 2017 roku został zaproszony do popularnego w Rosji telewizyjnego show „The Best”. Czekała tam przyjemna niespodzianka – partia szachów z Anatolijem Karpowym, byłym mistrzem świata, którego grę analizował i podziwiał.

Rywalizowali z zegarem. Genialny chłopiec, którego będę chyba nazywał Miszą, dostał 10 minut na myślenie, a weteran – dwie minuty. Rozstrzygnięcie i tak wydawało się w całej anegdocie mało ważne, u trzylatka imponowała sama świadomość, w co się bawi. On nie tylko przesuwał z sensem figury, ale jeszcze potrafił nazwać wybrane przez siebie otwarcie (obrona Nimzowitscha). Przygotowany teoretycznie jak zawodowiec. Magnus Carlsen i Siergiej Karjakin, którzy w ubiegłym roku stoczyli porywający bój o mistrzostwo świata, w jego wieku w ogóle nie umieli grać. A też zaczęli bardzo wcześnie, jako cudowne dzieci szachów.

W pewnym momencie Karpow zaproponował remis. Misza się nie zgodził, a parę chwil potem przegrał – zabrakło mu czasu. Rozpłakał się, załzawiony pobiegł do mamy. Zresztą zerknijcie sami:



Jurij Osipow, ojciec brzdąca, nie rozumiał, dlaczego Misza płacze. Do porażek był przyzwyczajony, do gry z zegarem również, nigdy nie reagował na niepowodzenie histerycznie ani nawet zbyt emocjonalnie. Trema? Światła kamer i w ogóle okoliczności publicznego występu, którego nigdy wcześniej nie doświadczył?

Do łez Miszy jeszcze wrócimy, w każdym razie tamten epizod jak zwykle sprowokował dyskusję o tym, do czego wolno zmuszać dzieci, którego nie wypracowały jeszcze metod radzenia sobie ze stresem, i jak poznać, że już są gotowe. W szachach to stały wątek, tam zazwyczaj zaczyna się wcześnie (choć Osipow bije wszelkie rekordy). Klasyfikuje się już graczy do lat 7, talentów w wieku niemal niemowlęcym w zorganizowany sposób szuka się na całym świecie, od Rosji po USA. Ze statystyk wynika jednak, że aż połowa arcyzdolnych – przyklejonych do szachownicy jeszcze przed dziesiątymi urodzinami – całkowicie rzuca grę. Nie wytrzymują presji. Zabawa zamienia się w udrękę głównie dzięki dorosłym, którzy nie rozumieją, że malec wyczuwa znacznie więcej niż potrafi wyrazić słowami.

Czasami jednak rodzice inwestują w zdolne dziecko nie dużo, lecz wszystko. Jak państwo Cupini, właściciele prowadzonej od półtorej dekady restauracji w Kansas City, którzy dla 10-letniego syna postanowili rzucić całe swoje dotychczasowe życie. W Ameryce Alessandro miał kilku indywidualnych trenerów oraz „wybudowany w piwnicy prywatny ministadion”, ale to przestało wystarczać. I zapadła decyzja, że wraz z rodzicami, dziadkami i trzyletnią siostrą poleci do Włoch, by dołączyć do szkółki AS Romy:



Wszystkich przelicytowali działacze sportowi z Bahrajnu, którzy zorganizują Dziecięce Igrzyska (Baby Games) dla krajów znad Zatoki Perskiej. W imprezie udział wezmą zawodnicy od lat 2 do 4, a porywalizują w lekkiej atletyce (np. bieg na 15 metrów), podnoszeniu ciężarów, gimnastyce, piłce nożnej i koszykówce (wykonają zadania indywidualne). Cel: zachęcić młodych do uprawiania sportu oraz krzewić wartości i zasady olimpijskie. Pomysłodawcy chcą na serio potraktować ten żartobliwy filmik nagrany przez MKOl:



Dla amatorów: impreza odbędzie się w kwietniu w Ar-Rifie, drugim co do wielkości mieście Bahrajnu. A jestem wam jeszcze winny wyjaśnienie, dlaczego po porażce z Karpowem płakał Misza Osipow. Jego ojciec wypytał go dopiero po programie: otóż trzylatek posługiwał się wcześniej wyłącznie zegarem elektronicznym, czytać czasu na tarczowym nie potrafił i zwyczajnie nie rozumiał, dlaczego przegrał.

17:28, rafal.stec
Link Komentarze (52) »
poniedziałek, 08 stycznia 2018

Kamil Stoch, Sportowiec Roku

Sportowiec Roku to sprawa śmiertelnie poważna, jak zresztą większość plebiscytów, które podobno nikogo nie obchodzą. A im bardziej nikogo nie obchodzą, tym bardziej się o nich dyskutuje. Wziąłem i ja udział w awanturze - felieton do poniedziałkowej „Gazety” przeczytacie tutaj.

10:54, rafal.stec
Link Komentarze (3) »
czwartek, 04 stycznia 2018

Grzegorz Krychowiak, West Bromwich, Premier League

Miarkujcie się i nie szastajcie zbyt mocnymi słowami, bo wam ich zabraknie, kiedy naprawdę będą niezbędne. Huczy mi we łbie ta popularna ostatnio przestroga, ilekroć pomyślę o Grzegorzu Krychowiaku – znów ewidentnie odrzuconym przez swój klub, znów desperacko poszukującym miejsca, gdzie zdoła porządnie przygotować się do mundialu, znów znajdującym się w przededniu transferu. Co mam bowiem rzec o tarapatach sportowca, o którym ledwie pół roku temu pisałem, że „przeżył w Paris Saint-Germain sportowy upadek, jakiego nie doświadczył za granicą chyba żaden polski piłkarz wysokiej klasy”? Do jakich słów odwołać się dzisiaj, gdy klęskę poniósł również w West Bromwich?

PSG to była przynajmniej słynna marka, o ambicjach sięgających triumfu w Lidze Mistrzów, z szatnią obsadzaną megagwiazdorami pozyskanymi za miliardy. Każdemu może się tam nie powieść, nawet charyzmatycznemu wojownikowi środka pola, który podbijał Ligę Europy z Sevillą. Ale West Brom, mikrusek z angielskiej Premier League, którego Krychowiak swoim przybyciem wręcz zaszczycał?! Klub przyjmujący go z entuzjastyczną wdzięcznością, bijący pokłony przed Panem Piłkarzem Z Wyższych Sfer, co to ma akurat życiowy zakręt i tylko dlatego udało się go na chwilę przechwycić?

Najłatwiej chyba poudawać, że się wiedziało, jak będzie, że stało się nieuniknione. No bo sami zobaczcie, jak traktuje polskich piłkarzy Anglia – i to również teraz, gdy zachodni rynek generalnie ich docenił.

Łukasz Fabiański klęczy ze Swansea na dnie tabeli, każda kolejka przybliża go do degradacji z ligi.

Artur Boruc jako rezerwowy Bournemouth wystaje ledwie punkcik nad strefę spadkową, też grozi mu degradacja.

Jan Bednarek wysiaduje rezerwę... Wróć, jakie „wysiaduje”, jego nawet do fotelu rezerwowego dopuszczają od wielkiego dzwonu, a przecież i on reprezentuje przeciętniaka – Southampton (znów: drużyna marząca o uniknięciu degradacji, 17. w tabeli).

Kamil Grosicki degradacji już doświadczył, w poprzednim sezonie. Z Hull, z którym grozi mu kolejny zjazd, do trzeciej ligi (21. pozycja, żadnej przewagi nad strefą spadkową). Wprawdzie oferował usługi firmom z najwyższej klasy rozgrywkowej, ale firmy nie wykazały zainteresowania.

Bartosz Kapustka w Leicester całkiem zniknął. W lidze angielskiej nigdy nie zadebiutował, musiał uciekać na wypożyczenie do niemieckiego Freiburga.

Zwróćmy uwagę, że przywołuję wyłącznie nazwiska seniorskiej lub młodzieżowej reprezentacji Polski, uczestników Euro 2016 i Euro 2017. Prawdziwą przyjemność z ligi angielskiej mógł czerpać w ostatnim czasie chyba Marcin Wasilewski, ale nawet on w sensacyjnym sezonie odegrał w Leicester rólkę epizodyczną i nie dochrapał się oficjalnego tytułu mistrzowskiego. Wojciech Szczęsny, zakochany w londyńskim klubie wychowanek Arsenalu? Też się nie nawygrywał i musiał uciekać, choć klasę ma ponadprzeciętną, o czym świadczą popisy w Romie i turyńska szansa na założenie rękawic żywej legendy, Gianluigiego Buffona. Przekleństwo. Polacy w najlepszym razie wyjeżdżają z Anglii z niedosytem.

Mógłbym kopać głębiej w przeszłości, aż po nędzę Grzegorza Rasiaka czy Piotra Świerczewskiego (uciułał w Birmingham 38 minut gry, uziemiony publicznie groził trenerowi „podjęciem odpowiednich kroków”) – i w XXI wieku wyłowiłbym najwyżej jednego człowieka sukcesu, Jerzego Dudka (zresztą jego trener Liverpoolu też ostatecznie skreślił, i to po słynnym tańcu bramkarza w finale Ligi Mistrzów...). Anglia, jeden z ulubionych celów polskiej emigracji zawodowej, dla piłkarzy pozostaje terytorium zakazanym, skażonym, oni z każdym sezonem coraz bardziej tułają się tam jak po krajobrazie nuklearnej apokalipsy – albo wegetują, albo są skazani na wyginięcie. Podrygi Krychowiaka to kolejny etap historii wymierania, a może jej spektakularne apogeum – nasz rodak usiłuje się przecież ewakuować z West Bromwich po 15 meczach bez zwycięstwa, upadku na przedostatnie miejsce w tabeli, z zasługami na granicy błędu statystycznego.

Nie zamierzam udawać, że rozumiem, dlaczego naszym permanentnie nie wychodzi (choć bramkarze mają ładną markę). Zwłaszcza że Premier League należy do najbardziej kosmopolitycznych rozgrywek na planecie. Ale przykra prawidłowość istnieje, dobrze oddaje ją listą strzelców założonej w 1992 roku Premier League uszeregowanych według narodowości. W minionym ćwierćwieczu gola wcisnęło tam tylko dwóch Polaków – Robert Warzycha i Marcin Wasilewski. Więcej snajperów mają m.in. Algieria, Benin, Bośnia, Kanada, Kostaryka, Egipt, Gruzja, Honduras, Węgry, Izrael, Jamajka, Japonia, Mali, Czarnogóra, Paragwaj, Peru, Tunezja oraz Nowa Zelandia (w sumie 62 kraje!), a tylu samo – Barbados, Gabon, Kongo, Gwinea, Antigua i Barbuda (to jedno państwo, nie dwa), Iran, Łotwa, Wenezuela, Zimbabwe etc. Tutaj nie sposób chyba użyć słów zbyt mocnych. Anglia naszych rozdeptuje, poniża, dołuje. Oby Krychowiak wydostał się stamtąd raczej jutro niż pojutrze, bo bez odzyskania go – w pełnym rynsztunku i formie, jako komandosa – na mundialu ani rusz.

wtorek, 02 stycznia 2018

mundial 2018, Robert Lewandowski, Adam Nawałka, Liga Mistrzów, Katar

Wszyscy podsumowują 2017, to ja postanowiłem od razu następny. A było co podsumowywać, 2018 okazał się rokiem pełnym niesamowitości. I przez dziwy finału Ligi Mistrzów, i przez słodko-gorzki popis Polaków na mundialu, i przez rekordowy transfer Michała Kucharczyka, i przez wchodzącą w futbol sztuczną inteligencję. Coponiedziałkowy felieton tym razem przeniesiony na wtorek przeczytacie tutaj.

20:18, rafal.stec
Link Komentarze (7) »
Archiwum
Tagi