RSS
niedziela, 31 stycznia 2016

Robert Lewandowski, Bayern Monachium

Skoro nawet staranny, stabilny i spokojny Bayern się zachwiał, to znaczy, że nikt nie zna dnia ani godziny. Felieton do „Gazety Sport.pl Ekstra” o futbolowym superklubie coraz bardziej nieprzewidywalnym przeczytacie tutaj.

czwartek, 28 stycznia 2016

Atletico Madryt

Nie znajdziemy chyba dobitniejszego niż Atlético dowodu, że odbiorem piłki nożnej manipuluje dziś marketingowa propaganda. Zamiast patrzeć na boisko, dajemy się uwodzić lśniącym logo słynnych marek, a jeśli nawet spojrzymy na murawę, to natychmiast wypychamy ze świadomości wszystko, co mogłoby ustaloną hierarchią zachwiać. Sukcesy drużyn pomniejszych bagatelizujemy jako przypadkowe, chwilowe, zrodzone przez pomyślny zbieg okoliczności.

Teoretycznie madryccy piłkarze uczynili wiele, by zyskać reputację potęgi. W dodatku pracowali na nią nie tygodniami, miesiącami ani nawet w pojedynczym roku – nie, oni pracowali latami, pracują nadal, raczej nie planują przestać.

W 2013 roku wydarli Realowi Puchar Króla na jego własnym stadionie – wygrali, choć przegrywali 0:1; przesądzili o sezonie rywali bez trofeum; zgotowali trenerowi José Mourinho upokarzające pożegnanie z Madrytem. W 2014 roku wydarli Barcelonie mistrzostwo kraju – znów na jej stadionie, pomimo prowadzenia gospodarzy. A tydzień później sekundy dzieliły ich od triumfu w Lidze Mistrzów. Nawet w minionym sezonie, słabszym i poprzedzonym ucieczką gwiazd do Chelsea, zdołali narozrabiać w Champions League – w ćwierćfinale ulegli w madryckich derbach minimalnie, tym razem sekundy dzieliły ich od dogrywki. Grasowali na scenach najważniejszych, przyciągających kibiców z całej planety. A teraz znów rzucają wyzwanie hiszpańskiemu duopolowi jako zupełnie nowa drużyna. Zamiast zasłaniającego całą bramkę Courtoisa obskakuje ją Jan Oblak, zamiast Ardy Turana od pola karnego do pola karnego zasuwa Saúl Ñíguez, oddanego i przygasłego w minionych miesiącach Diego Costę wyręcza snajper Antoine Griezmann etc. Do 1/8 finału LM weszli spacerkiem, bronią najszczelniej w Europie (choć w kraju naparzają się z przeciwnikami mocniejszymi niż przeciwnicy Bayernu czy PSG), imponują siłą rezerwowych, wieloletnia regularność wyniosła ich na piąte miejsce w klubowym rankingu UEFA. Czego chcieć więcej?

A jednak madrytczycy wciąż pozostają niewidzialni. Doskonale to widać – czy raczej: nie widać – w plebiscycie Złota Piłka, modelowym dzisiaj objawem przewagi komerchy nad sportem. Rok 2015? Wśród 23 nominowanych finalistów nikogo z Atlético. Rok 2014? Wśród finalistów nikogo z Atlético (Costa i Courtois zebrali pojedyncze punkty już jako gracze Chelsea, mieli tam znakomitą jesień). Rok 2013 – wśród finalistów również nikogo z Atlético. Zresztą w pięćdziesiątce najlepszych piłkarza świata fachowego magazynu „World Soccer”, gdzie głosowania nie ograniczają żadne narzucone z góry „nominacje”, przedstawiciela Atlético też dojrzymy jedynie na 31. pozycji, którą zajmuje Diego Godín – być może najbardziej niedoceniany stoper, niedoceniany naturalnie z powodu niewłaściwego pochodzenia klubowego. A moja ulubiona „La Gazzetta dello Sport” nie zmieściła Oblaka w dziesiątce czołowych bramkarzy w Europie.

Lata mijają, nazwiska w jedenastce się zmieniają, zwycięstwa się mnożą, a gang Diego Simeone wciąż pozostaje na dorobku. Niezależnie od wszystkiego. Jeszcze na początku stycznia szanowany ESPN dawał mu żałosny 1 (słownie: jeden) procent szans na odzyskanie mistrzostwa kraju, choć Atlético nie tylko znów od miesięcy dotrzymuje kroku Barcelonie i Realowi – ta drużyna już udowodniła, że potrafi potentatów złamać, i to ledwie półtora roku temu. Nie sposób zdezawuować jej nawet dyżurnymi frazesami o „braku doświadczenia” czy „kompleksach”, to taka Borussia według Kloppa po upgradzie, czyli Borussia, która powodzeniem się nie zmęczyła i zdołała nie popaść w kryzys.

Owszem, rywale składali Atlético hołdy, bodaj najwspanialszym był transfer Ardy Turana do Barcelony – oto drużyna utożsamiana z subtelnością i krystaliczną wirtuozerią zaprosiła do siebie gracza ucieleśniającego wściekłą zadziorność, chropowatość oraz pracowitość z Vicente Calderón. Jednak trwający od miesięcy stanowczy marsz madrytczyków przez europejskie murawy był przyjmowany obojętnie, oni wciąż się skradają, po zaszczyty przemykają chyłkiem, zaledwie do wielkości aspirują.

Dopiero w sobotę staną przed szansą, by wreszcie narobić rabanu i przynajmniej na chwilę wyjść z cienia. Wyprawiają się na barcelońskie Camp Nou, a gdzie zyskiwać chwałę, choćby chwilową, jeśli nie tam. Ale wciąż nie ulega wątpliwości, że w sensie wizerunkowym wskórają niewiele. Łatwiej dzisiaj pokonać mistrzów, niż przekonać świat, że to nie była aż taka sensacja.

wtorek, 26 stycznia 2016

liga portugalska, Ledman Chinese

W piłce Chińczyki trzymają się mocno, a nawet coraz mocniej. Chcą zorganizować mundial i chcą go wygrać, dlatego w 400 tys. szkół wprowadzają futbol jako przedmiot obowiązkowy, w najbliższej dekadzie zamierzają przećwiczyć 260 mln chłopców i dziewcząt. Sprawa jest najwyższej wagi państwowej, osobiście dogląda jej prezydent Xi Jinping. Pisałem o niej obszernie tutaj.

Na razie wysłannicy przyszłego supermocarstwa rozbiegli się po świecie, żeby zebrać odpowiednie know-how.

Miliarder Wang Jian Lin kupił 20 proc. udziałów w Atletico Madryt; firma Ledus przejęła francuskie Sochaux, a pekińskie konsorcjum – holenderskie Den Haag; CEFC China Energy pozyskała 60 proc. udziałów w Slavii Praga; Rastar Group stał się właścicielem większościowego pakietu w Espanyolu; grupa China Media Capital kupiło 13 proc. Manchesteru City. I ubili lub zaraz ubiją jeszcze mnóstwo innych interesów, wszystkich wymienić tu nie sposób. Sprowadzają też zagranicznych  trenerów – pracowali tam bądź pracują m.in. Marcello Lippi, Luis Felipe Scolari, Sven Göran Eriksson, Philippe Troussier, Dan Petrescu – i zagranicznych piłkarzy, którzy tak bardzo przewyższają tubylców, że zajmują 23 z 25 czołowych pozycji w klasyfikacji strzelców ligi chińskiej. I to pomimo znacznych ograniczeń, w jedenastce można tam upchnąć maksymalnie pięciu obcokrajowców.

Teraz jednak Chińczycy przeszli samych. Czy może raczej – przeszli samych siebie Portugalczycy, którzy propozycję przyjęli.

Otóż firma Ledman Chinese została tytularnym sponsorem tamtejszej drugiej ligi, ale nie zadowoliła się obklejeniem rozgrywek swoim logo. Zagwarantowała sobie jeszcze, że od przyszłego sezonu czołowe 10 klubów obowiązkowo zatrudni 10 chińskich piłkarzy (każdy po jednym) i zapewni im określony w kontrakcie czas spędzony na boisku, by „podnosili swój poziom sportowy”. To, że tamtejsze drużyny będą musiały też przyjąć trzech trenerów asystentów z Chin, to już właściwie detal.

Związek zawodowy portugalskich piłkarzy skrytykował umowę, argumentując, że przybysze z Azji będą grali niezależnie od umiejętności i formy – czyli pozostali ligowcy będą dyskryminowani. Ale umowa została podpisana. I nie ma sensu nawet zastanawiać się, czy faworyzowani piłkarze z Azji nie będą czuli obciachu, skoro działają na chwałę narodu – rozkwit chińskiej piłki nożnej ma być częścią jeszcze większej strategii, czyli zbudowania do 2025 roku sportowego sektora gospodarki o wartości 850 miliardów dol.

Tu wypada dodać, że wartość całego globalnego biznesu sportowego szacuje się obecnie na blisko 400 miliardów.

16:53, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 25 stycznia 2016

Liga Mistrzów, rewolucja

Ma wybuchnąć w roku 2018, uderzy również w polski futbol. Planują ją najbogatsze kluby, które chcą być w elicie już zawsze. Jeśli nie dzięki sukcesowi w rozgrywkach krajowych, to choćby za historyczne zasługi.

Jeszcze mniej zaproszeń dla drużyn z krajów drugorzędnych i trzeciorzędnych, jeszcze więcej zaproszeń dla krajów pierwszorzędnych, już teraz uprzywilejowanych. Oto scenariusz zmian łagodnych, stosunkowo najmniej niebezpiecznych dla Lecha, Legii czy innych naszych klubów z ambicjami.

Zanim najbogatsi ludzie debatowali przed kilkoma dniami na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos, zarządcy czołowych firm futbolowych spiskowali w Nyonie. Mówili o tym, co zwykle – jak zarobić więcej. Ale również o nowym – jak przeciwstawić się przytłaczającej przewadze finansowej ligi angielskiej. I rosnącej w takim tempie, że ma grozić pożarciem niemal całej, wyjąwszy może kilka wysepek luksusu (Real Madryt czy Paris Saint Germain), europejskiej konkurencji.

Wiadomo na razie tyle, że w sezonie 2018/19 Liga Mistrzów zostanie przekształcona. Nie wiadomo natomiast, jak radykalnie. Ale wiadomo też, że UEFA, poddana presji Europejskiego Stowarzyszenia Klubów (ECA), wpuściła do swojego Komitetu Wykonawczego dwóch potężnych lobbystów – szefa ECA i zarazem prezesa Bayernu Monachium Karla-Heinza Rummenigge oraz prezesa Juventusu Turyn Andrei Agnellego. To oni będą negocjować w imieniu bogaczy, którzy naciskają coraz mocniej, zbliżając się do granicy szantażu. Albo znów zreformujecie LM na naszą korzyść, albo my zorganizujemy własną, częściowo zamkniętą Superligę.

Strategię zrodziło kilka wielkich liczb.

Po pierwsze, Agnelli zżyma się, że śledzona przez 1,6 mld kibiców piłka nożna marnuje swój potencjał, skoro jej najpopularniejsze rozgrywki przynoszą rocznie 1,3 mld euro z praw telewizyjnych, a wizytówka śledzonego przez ledwie 150 mln kibiców futbolu amerykańskiego, czyli NFL, wyciąga rocznie blisko 7 mld. Dlatego trzeba Champions League uatrakcyjnić.

Po drugie, ewentualny sezon bez LM kosztuje elitę zbyt wiele, nawet kilkadziesiąt milionów. Manchesteru United nie było w tych rozgrywkach w ubiegłym sezonie, być może nie będzie ich również w następnych. Prawdopodobnie nie awansuje do nich również Chelsea. Milanu brakuje w Champions League od dwóch lat i jesienią zabraknie go najpewniej ponownie. Na to globalne korporacje pozwolić sobie nie mogą. Czy raczej – nie chcą.

Po trzecie, najważniejsze, istnieje turniej uzmysławiający, ile można wyciągnąć z piłki nożnej. Angielska Premier League zagwarantowała sobie 3,5 mld euro rocznie za transmisje, czyli więcej niż jej główni konkurenci – ligi hiszpańska, niemiecka, włoska i francuska – razem wzięci. Prawdziwa fortuna dopiero do niej spłynie, a już dzisiaj zdumiewamy się, gdy widzimy, że West Ham czy Stoke stać na graczy formatu Dimitriego Payeta czy Xherdana Shaqiriego. Jeśli trend się nie odwróci, niebawem czołowe firmy z Serie A czy Bundesligi nie zdołają konkurować na rynku transferowym nawet z drużynami broniącymi się w Anglii przed spadkiem. Ba, zanosi się, że do czołowej „30” klubów o najwyższych przychodach na świecie wkrótce wepchnie się cała „20” z Premier League. To dlatego od koncepcji Superligi nie odżegnują się już wspomniani szefowie Bayernu i Juve, dotychczas zdecydowanie jej przeciwni.

Widmo Superligi – ekskluzywnego towarzystwa z nieodwołalnie zatrzaśniętymi drzwiami dla plebsu – wisi nad futbolem od dwóch dekad. Odpychał je prezes UEFA Michel Platini, obdarowując potentantów Finansowym Fair Play (projekt upada) czy trzecim miejscem w LM niepoprzedzonym udziałem w eliminacjach.

Teraz jednak w UEFA panuje bezkrólewie (Platini został zawieszony przez komisję etyki FIFA), a oligarchia jest zdeterminowana, by rewolucję wzniecić już w tym roku. Wtedy będzie można przygotować zupełnie nową ofertę przed negocjowaniem kolejnego kontraktu telewizyjnego, który zacznie obowiązywać właśnie od edycji 2018/19.

Bogaci żądają utworzenia ekskluzywnego grona klubów zapraszanego do każdej edycji LM – ze względu na markę i wyniki z przeszłości – i pozostawienia tylko niewielkiego odsetka zaproszeń, o które będzie się toczyć walka w kwalifikacjach, a także zwiększenia liczby meczów. A jeśli propozycja zostanie odrzucona, grożą zorganizowaniem wspomnianej Superligi, choćby pod egidą UEFA. Czyli turnieju na wzór NBA. Z gronem uczestników zamkniętym, ewentualnie częściowo co pewien czas odnawianym. Z sezonem podzielonym na fazę ligową (każdy gra z każdym) i pucharową. Z pojedynczymi meczami rozgrywanymi na innych kontynentach.

To wizje wciąż niedoprecyzowane, ale oddające kierunek myślenia rzeczywistów władców nowoczesnego futbolu. Oni biedoty sobie nie życzą, w geście dobrej woli mogą co najwyżej zaakceptować jej domieszkę – a biedotę rozumieją szeroko, widzą w niej wszystkich poza wąziutką elitą elit. I nawet jeśli nie przeforsują wariantu najradykalniejszego, to przeforsują taki, który jeszcze pogłębi gigantyczne nierówności.

W minionych pięciu latach przychody 20 najbogatszych klubów wzrosły o 1,5 mld dol. Przychody CAŁEJ reszty klubów z Europy – o 300 mln. Imponująca prędkość, ale to nie znaczy, że nie wolno jeszcze przyśpieszyć.

niedziela, 24 stycznia 2016

Ponieważ włoską piłką znów wstrząsnął skandal obyczajowy, przypomniałem sobie mecz przepojony agresją, nienawiścią, ślepą furią i innymi w ogóle mieszaniną toksycznych emocji bardziej trującą niż jakikolwiek inny, który w życiu oglądałem. Felieton do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” – nie tylko o tamtym wieczorze – przeczytacie tutaj.

22:41, rafal.stec
Link Komentarze (3) »
czwartek, 21 stycznia 2016

Napoli

Od „pedałów” i „ciot” zwyzywał trenera Interu Roberto Manciniego trener Napoli Maurizio Sarri. Został zdyskwalifikowany na dwa mecze i zapłaci 20 tys. euro grzywny. Znacznie surowszej kary uniknął dlatego, że obrażany rywal nie jest gejem.

Sceny, które wywołały we Włoszech gigantyczny skandal, zakończyły wtorkowe spotkanie Pucharu Włoch, wygrane przez mediolańczyków 2:0. Kiedy ich trener podszedł do sędziego technicznego, by zapytać, dlaczego zostało doliczone aż pięć minut gry, szkoleniowiec neapolitańczyków wpadł w furię. I rzucił feralne słowa. Obaj otrzymali czerwone kartki, a Mancini po ostatnim gwizdku nazwał adwersarza „rasistą”. Oświadczył przed kamerami, że „dla takich ludzi nie powinno być miejsca w futbolu”. I nie przyjął przeprosin Sarriego. – Odpowiedziałem, że powinien się wstydzić. Że byłbym dumny z bycia gejem – relacjonował Mancini. Wygrał mecz, awansował do półfinału, ale był rozdygotany. Na konferencję prasową nie przyszedł, wyjaśniając, że w zaistniałych okolicznościach kwestie piłkarskie nie mają dla niego żadnego znaczenia.

Trener Napoli niczego się nie wypierał. – Nawet nie pamiętam wszystkich zdań, które padły, to była typowa boiskowa kłótnia, która powinna pozostać na boisku. Trwała dziesięć sekund, ja byłem zdenerwowany brakiem karnego za faul na Mertensie i z wściekłości pewnie powiedziałem kilka słów za dużo. Dlatego publicznie ponawiam przeprosiny. Przepraszam także osoby homoseksualne, jeśli poczuły się urażone. Nie było to moją intencją. I nie jestem homofobem, miałem nawet dwóch przyjaciół gejów, którzy od niedawna nie żyją.

Sarri próbował łagodzić, ale nazajutrz incydent rozrósł się do afery rozpalającej całą Italię. Przypomniano, że kiedy szkoleniowiec pracował jeszcze w grającym wówczas w drugiej lidze Empoli i również ujrzał czerwoną kartkę, komentował po meczu, iż „piłka nożna stała się sportem pedałów”. Bo choć jest grą kontaktową, to we Włoszech odgwizduje się więcej fauli niż w Anglii z powodu „homoseksualnej interpretacji” boiskowych zdarzeń. Sprawę dodatkowo rozognił też wczoraj Mancini. – Tamte słowa nie obraziły mnie, lecz mnóstwo ludzi, których się wyszydza i którzy cierpią z tego powodu każdego dnia – tak tłumaczył, dlaczego nie zapomniał o incydencie, gdy emocje opadły.

Co ciekawe, nikt nie zbagatelizował jego reakcji jako wyrazu lewackiej nadwrażliwości, awantura nie podzieliła komentatorów podług politycznych światopoglądów. Owszem, piłkarze go bronili – ale przysięgając, że dzięki niemu dojrzewają i jako gracze, i jako ludzie, wtorkowych słów nie usprawiedliwiali. Owszem, niektórzy komentatorzy też wstawiali się za Sarrim – ale broniąc wspomnianej niepisanej reguły, że to, co dzieje się na murawie, powinno zostać na murawie (tak mówił m.in. właściciel Milanu Silvio Berlusconi). Owszem, niektórzy oskarżali również Manciniego – ale tylko za nieuprawnione obwołanie kolegi po fachu rasistą (stanowisko Renzo Ulivieriego, szefa stowarzyszenia trenerów). Owszem, niektórym nie podobała się perspektywa długiej dyskwalifikacji Sarriego – ale tylko w ramach nieśmiertelnej teorii spiskowej, jakoby Serie A potajemnie sterowali potentaci, w tym wypadku walczący z Napoli o mistrzostwo Juventus.

Najpierw zgodnie zapowiadano bowiem, że trener zostanie zawieszony na cztery miesiące – to regulaminowa sankcja za dyskryminację ze względu na rasę, religię, tożsamość seksualną, narodowość etc. I banicja objęłaby niemal na pewno również Ligę Europejską, ponieważ UEFA zaakceptowałaby decyzję włoskiej federacji. Neapolitański szkoleniowiec pozostałby uziemiony do końca sezonu.

Sarriemu wymierzono jednak łagodniejszą karę, ponieważ mając świadomość, że Mancini jest heteroseksualny – opartą na braku coming outu tegoż – nie mógł mieć zamiaru zwymyślania rywala jako homoseksualisty. Sędzia Giampaolo Tosel zawyrokował, że ukarany obraził, lecz nie homofobicznie, a zwyczajnie. Zamiast aktu dyskryminacji mieliśmy do czynienia z aktem ignorancji.

Tak czy owak Maurizio Sarri zyskał europejską sławę. Zyskać ją zresztą musiał, jego historia jest zbyt pociągająca, niezwykła i spektakularna, by nie wznieść się ponad wymiar lokalny. Ten absolwent ekonomii nigdy nie grał zawodowo w piłkę – pracował w banku i w firmach w Luksemburgu, Niemczech i Anglii. Trenować zaczął jako czterdziestolek (w szóstej lidze), a do Serie A przebił się w wieku 55 lat. Własnymi rękami, bo awansował tam z Empoli, które potem w najwyższej klasie rozgrywkowej utrzymał, choć klub dysponował najniższym budżetem. I już jako wschodząca gwiazda dostał posadę w swoim ukochanym klubie z Neapolu, gdzie wyniki osiąga rewelacyjne. Jego piłkarze zajmują pozycję lidera i zachwycają energetycznym stylem gry, a Gonzalo Higuain atakuje jak nawiedzony – tylko on w czołowych ligach kontynentu strzelił 20 goli w bieżącym sezonie. Bajka.

I właśnie kwestie czysto sportowe miały uczynić nazwisko Sarriego rozpoznawalnym ponad granicami. Zanim jednak jego Napoli wróciło do Ligi Mistrzów, w historii o jasnej stronie mocy pojawił się wątek mroczny – wśród zarzutów stawianych natchnionemu trenerowi wybrzmiał również ten, że nie zdążył on pojąć, jak eksponowane stanowisko zajmuje i jaki efekt wywołuje każdy jego gest. Że pod względem kultury pozostał trenerem prowincjonalnym.

Tagi: serie a
16:31, rafal.stec
Link Komentarze (27) »
wtorek, 19 stycznia 2016

Tenis, afera, bukmacherzy

Czy to możliwe, że mecze ustawiają najlepsi na świecie? I po co w ogóle nakłaniać do przekrętu akurat ich, skoro zarabiać można bez ryzyka na fałszowaniu pomniejszych turniejów?

Według BBC i BuzzFeed.com w procederze uczestniczą nawet wielkoszlemowi zwycięzcy singla i debla – współpracujący z mafiami bukmacherskimi – a światowe władze dyscypliny ich chronią. Jeśli powołujący się na wewnętrzne śledztwo ATP dziennikarze mają rację, to znów mamy tę samą historię od lat rujnującą reputację najpopularniejszych sportów. Nafaszerowanych dopingiem kolarzy kryli szefowie kolarstwa, nafaszerowanych lekkoatletów – szefowie lekkoatletyki, z wydaniem wojny stosowaniu zakazanej farmakologii mają się też ociągać szefowie futbolu (według zamówionego przez UEFA u naukowców raportu 7,7 proc. wyników próbek moczu uczestników Ligi Mistrzów z minionych lat zmieniało się w podejrzany sposób).

Tym razem skandal wyrósł jednak na zjawisku wybitnie nowoczesnym, czyli internetowym hazardzie, którego obroty zwiększają się w oszałamiającym tempie. Przed dziesięcioma laty globalny rynek wart był 13,8 mld dol. rocznie, przed pięcioma laty – 30,3 mld, w minionym roku – 41,4 mld. Unia Europejska już dawno uznała, że uboczne skutki rozprzestrzeniania się zakładów bukmacherskich stanowią największe zagrożenie dla wiarygodności wyczynowego sportu.

Obstawiać można z każdego miejsca na ziemi i wszystko – aż po piłkarską piątą ligę włoską, tenisowe rozgrywki najniższej kategorii czy imprezki juniorskie. Obstawiać można o każdej porze (przed lub w trakcie meczów), obstawiać można najdrobniejsze detale – od liczby rzutów rożnych w futbolu po liczbę rozegranych piłek w tenisowym gemie. To wie każdy doświadczony gracz, niewielu natomiast zdaje sobie sprawę, że w większości firm bukmacherskich „nie wolno” wygrywać zbyt dużo. Kto zacznie robić to seryjnie, bo sprawnie liczy i wykorzystuje nieadekwatne do realiów kursy – ustalają je ludzie, więc popełniają błędy, zwłaszcza w pomniejszych turniejach – ten zostaje skrępowany limitem niwelującym jego ewentualne zyski do minimum. U internetowego bukmachera możesz fortunę przegrać, ale na dłuższym dystansie nie możesz fortuny wygrać. Wyproszenie z kasyna, tyle że bez stosowania przemocy fizycznej. I bez podania przyczyn.

Nie dotyczy to oczywiście pojedynczego wydarzenia, z czego korzystają również sportowcy. Im niższy poziom rywalizacji, tym pokusa silniejsza i ryzyko zredukowane do minimum. Od lat się mówi, że tenisiści i tenisistki rywalizujący w setkach małych turniejów (nierzadko muszą do nich dopłacać) masowo dorabiają u bukmacherów. Wystarczy umówić się ze znajomym, by postawił na twoją porażkę w inauguracyjnym secie, a potem go przegrać. Albo z premedytacją oddawać gemy z własnym serwisem. Albo przewidzieć liczbę podwójnych błędów. Ba, faworyt(ka) może też doprowadzić do radykalnego spadku kursu na jej triumf w trakcie meczu, by następnie przez pośrednika wytypować swój triumf, zacząć walczyć na serio i wzbogacić się podwójnie. Nagroda za zwycięstwo od organizatorów turnieju plus zysk z obstawiania. Każdego tygodnia w niskopłatnych turniejach ITF zdarzają się wyniki urągające logice, np. 0:6 w inauguracyjnym secie absolutnej faworytki z nowicjuszką. Zdarza się też, że ktoś celowo odpada w pierwszej rundzie ze słabszym rywalem, by z nielegalnego zysku sfinansować wyprawę na inny kontynent, na kolejne zawody.

Tam w nietransmitowanych przez telewizje niszach przestępcy poruszają się z największą swobodą. Tak jak bukmacherskie mafie piłkarskie intensywnie działają przede wszystkim w niskich ligach, w których zawodników nakłonić do oszustwa łatwiej, ewentualnie łatwiej szantażować opornych. Opłacane wielomilionowo gwiazdy Barcelony i Realu Madryt mają wiele do stracenia i prawie nic do zyskania.

Podchodzenie do prestiżowych kortów też teoretycznie nie powinno mieć sensu, zwłaszcza że identyczny przekręt da się zaprojektować na peryferiach tenisa. Ale to prawda niepełna. Na byle turnieju zainwestujesz bowiem tylko byle pieniądze, bukmacherzy ustalają niskie limity. A nawet jeśli znajdziesz sposób, by ograniczenia obejść – np. poprzez założenie wielu kont – to nienormalnie wysokie kwoty szybko wzbudzą podejrzenia. Możliwości otwierają się dopiero na turniejach najwyższej rangi. I tylko te turnieje interesują gangsterów. Prokurator z włoskiej Cremony Roberto Martino, ścigający korupcję w sporcie m.in. w słynnej operacji „Last Bet”, skomentował tenisowe rewelacje wzruszeniem ramion: – To dla mnie jak ponowne wynalezienie koła, sam przekazywałem ATP materiały. Żeby ten proceder skutecznie zwalczać, trzeba koordynacji działań co najmniej na poziomie europejskim. Zmowa milczenia w świecie sportu nie ma sobie równych. Nawet wśród ludzi mafii.

22:33, rafal.stec
Link Komentarze (23) »
niedziela, 17 stycznia 2016

Lechia Gdańsk wykonała tak szlachetny gest wobec prześladowanego w USA Piotra Nowaka, że po prostu musiałem złożyć jej felietonowy hołd. Tekst do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

piątek, 15 stycznia 2016

Nienawistna ósemka, Quentin Tarantino, Samel L. Jackson

„Nienawistna ósemka” to prawdopodobnie jedyny film w historii, w którym absolutnie wszystkie, co do jednej, pojawiające się na ekranie postaci... Oczywiście nie mogę tego zdania dokończyć, popsułbym zabawę, z pełną beztroską donoszę natomiast, że jeszcze żaden reżyser nie potraktował kobiecej twarzy z takim okrucieństwem, z jakim Quentin Tarantino traktuje – przez bite trzy godziny, od pierwszych do ostatnich scen – twarz Jennifer Jason Leigh.

Nie tylko dlatego z każdym kolejnym filmem Tarantino coraz bardziej się wstydzę, że gapię się na te wytwory kinofila psychopaty z cielęcym zachwytem oraz rozparskany, i to gapię się wielokrotnie, do upadłego, aż do stoczenia się na skraj obrzydzenia do samego siebie, ilekroć wlezą mi pod oczy wojenne bękarty albo rezerwuarowe psy, to nie odpuszczam już do ostatniego kadru, potem trzeba tylko szybko wbiec pod prysznic. Są to widowiska fantastycznie opowiedziane, szalone i perwersyjne, ale często również sadystyczne i fenomenalnie pozbawione przesłania (choć ambitni krytycy stają na uszach, by znaleźć je w „Hateful Eight”), dlatego co pewien czas rozmarzam się, że oto zaapelowałem publicznie, by ich nie oglądać, a ludzie mnie posłuchali, ba, zdołałem przekonać całą ludzkość, nastąpił globalny bojkot, po raz pierwszy przedstawiciele wszystkich ras i światopoglądów zdołali osiągnąć w jakiejś sprawie kompromis, Tarantino nie oglądał już nikt, urządzano za to publiczne palenie nośników z jego dziełami.

I w ten sposób reżyser „Nienawistnej ósemki” przestaje kręcić, nikt już mu nie chce dać złamanego centa, nikt nie pozwala mu się zbliżyć do kamery – łajdak zostaje nieodwołalnie zakneblowany, może nawet ktoś odstrzelił mu jaja, cywilizacja wreszcie zrobiła postęp.

Choć ja naturalnie bojkot bym zbojkotował i Tarantino nadal bym oglądał, i to oglądał wielokrotnie, do upadłego, aż do stoczenia się na skraj obrzydzenia do samego siebie, ilekroć odpaliłbym wojenne bękarty albo rezerwuarowe psy, nie odpuściłbym już do ostatniego kadru.

Przepraszam za spontaniczne nablogowanie od czapy, dla siebie to zrobiłem natychmiast po seansie, traktujcie ten wybryk jak wpis terapeutyczny.

Tagi: film
20:23, rafal.stec
Link Komentarze (19) »
czwartek, 14 stycznia 2016

Pamiętacie ten szloch? Ach, Legia po nieszczęsnym meczu w Glasgow została wykopana z Ligi Mistrzów tylko dlatego, że pochodzi z polskiego wygwizdowa, ach, jak oni nas prześladują i dyskryminują, wielkiego klubu nikt by się nie ośmielił nawet tknąć.

Tymczasem ledwie zakaz transferowy odbyła Barcelona, a FIFA już zdążyła postawić szlaban Realowi i Atletico Madryt. Mocno oberwały obie najpopularniejsze firmy na świecie i rzucający im wyzwanie finalista Ligi Mistrzów sprzed półtora roku, aktualny lider ligi hiszpańskiej. Za to samo przestępstwo – nielegalny handel nieletnimi piłkarzami.

Atlético, jak się zdaje, zniesie karę stosunkowo łatwo. Podobnie jak Barcelona, choć z innych powodów. Szeroką i wyrównaną kadrę przed chwilą jeszcze wzmocniło, ma silnie obsadzoną każdą pozycję. Ale Real? Jak wytrzyma do lata 2017 klub, dla którego spektakularne wysokobudżetowe interesy, takie transferowe odpowiedniki „Avatarów”, są sensem istnienia, odruchową odpowiedzią na wszelkie problemy, podstawowym sposobem na udobruchanie wiecznie poirytowanych kibiców? I wydają się niezbędne zwłaszcza teraz, po roku bez trofeów?

Owszem, madrytczycy mogą kupować jeszcze przez dwa tygodnie, do zatrzaśnięcia zimowego okna transferowego. Tyle że w styczniu to raczej czas na interesiki pomniejsze, retuszujące skład. A królewski klub potrzebuje megahitów.

Jeśli jego nieuniknione odwołanie zostanie odrzucone, sankcje FIFA kardynalnie wpłyną na cały europejski futbol. I na kariery wybitnych graczy.

Nie przyleci do Madrytu nasz Robert Lewandowski – najwcześniej wyląduje tam w lipcu 2017 roku, tuż przed 29. urodzinami. Nie przyleci tam też Paul Pogba z Juventusu. Ani David De Gea, który między słupki Realu wchodził już w minione wakacje. Ani nawet Eden Hazard (gdyby oczywiście Florentino Perez wciąż pożądał śniętego rozgrywającego Chelsea). Jak obiecywał klasyk, nie będzie niczego. A mówimy tu o prezesie zakupoholiku, który zaskoczył wszystkich wstrzemięźliwością ostatniego lata, kiedy wydał „tylko” 75 mln euro.

Skoro Real nie kupi, to również nie sprzeda. Nie odda Cristiano Ronaldo do Paris Saint Germain – i nie wiadomo, czy zdoła na nim jeszcze zarobić fortunę, skoro Portugalczyk będzie mógł odejść dopiero pół roku po 32. urodzinach. Nie ma mowy też o ewentualnej ucieczce wiercącego się ponoć Garetha Bale’a, o którym marzy Manchester United, finansowy potentat zdolny wyrzucić dziesiątki milionów na nastoletniego Anthony’ego Martiala.

Słowem, knebel założony Florentinowi Perezowi może na rok znacząco wyciszyć rynek transferowy. W wyścigu El Clásico dać jeszcze wyraźniejszą przewagę Barcelonie. I zapewnić nam niespodziewane transferowe igrzyska już w teraz – czy Real wyrwie na zakupy i ile będą żądać za piłkarzy świadomi jego położenia konkurenci?

 
1 , 2
Archiwum
Tagi