RSS
niedziela, 31 stycznia 2016

Robert Lewandowski, Bayern Monachium

Skoro nawet staranny, stabilny i spokojny Bayern się zachwiał, to znaczy, że nikt nie zna dnia ani godziny. Felieton do „Gazety Sport.pl Ekstra” o futbolowym superklubie coraz bardziej nieprzewidywalnym przeczytacie tutaj.

czwartek, 28 stycznia 2016

Atletico Madryt

Nie znajdziemy chyba dobitniejszego niż Atlético dowodu, że odbiorem piłki nożnej manipuluje dziś marketingowa propaganda. Zamiast patrzeć na boisko, dajemy się uwodzić lśniącym logo słynnych marek, a jeśli nawet spojrzymy na murawę, to natychmiast wypychamy ze świadomości wszystko, co mogłoby ustaloną hierarchią zachwiać. Sukcesy drużyn pomniejszych bagatelizujemy jako przypadkowe, chwilowe, zrodzone przez pomyślny zbieg okoliczności.

Teoretycznie madryccy piłkarze uczynili wiele, by zyskać reputację potęgi. W dodatku pracowali na nią nie tygodniami, miesiącami ani nawet w pojedynczym roku – nie, oni pracowali latami, pracują nadal, raczej nie planują przestać.

W 2013 roku wydarli Realowi Puchar Króla na jego własnym stadionie – wygrali, choć przegrywali 0:1; przesądzili o sezonie rywali bez trofeum; zgotowali trenerowi José Mourinho upokarzające pożegnanie z Madrytem. W 2014 roku wydarli Barcelonie mistrzostwo kraju – znów na jej stadionie, pomimo prowadzenia gospodarzy. A tydzień później sekundy dzieliły ich od triumfu w Lidze Mistrzów. Nawet w minionym sezonie, słabszym i poprzedzonym ucieczką gwiazd do Chelsea, zdołali narozrabiać w Champions League – w ćwierćfinale ulegli w madryckich derbach minimalnie, tym razem sekundy dzieliły ich od dogrywki. Grasowali na scenach najważniejszych, przyciągających kibiców z całej planety. A teraz znów rzucają wyzwanie hiszpańskiemu duopolowi jako zupełnie nowa drużyna. Zamiast zasłaniającego całą bramkę Courtoisa obskakuje ją Jan Oblak, zamiast Ardy Turana od pola karnego do pola karnego zasuwa Saúl Ñíguez, oddanego i przygasłego w minionych miesiącach Diego Costę wyręcza snajper Antoine Griezmann etc. Do 1/8 finału LM weszli spacerkiem, bronią najszczelniej w Europie (choć w kraju naparzają się z przeciwnikami mocniejszymi niż przeciwnicy Bayernu czy PSG), imponują siłą rezerwowych, wieloletnia regularność wyniosła ich na piąte miejsce w klubowym rankingu UEFA. Czego chcieć więcej?

A jednak madrytczycy wciąż pozostają niewidzialni. Doskonale to widać – czy raczej: nie widać – w plebiscycie Złota Piłka, modelowym dzisiaj objawem przewagi komerchy nad sportem. Rok 2015? Wśród 23 nominowanych finalistów nikogo z Atlético. Rok 2014? Wśród finalistów nikogo z Atlético (Costa i Courtois zebrali pojedyncze punkty już jako gracze Chelsea, mieli tam znakomitą jesień). Rok 2013 – wśród finalistów również nikogo z Atlético. Zresztą w pięćdziesiątce najlepszych piłkarza świata fachowego magazynu „World Soccer”, gdzie głosowania nie ograniczają żadne narzucone z góry „nominacje”, przedstawiciela Atlético też dojrzymy jedynie na 31. pozycji, którą zajmuje Diego Godín – być może najbardziej niedoceniany stoper, niedoceniany naturalnie z powodu niewłaściwego pochodzenia klubowego. A moja ulubiona „La Gazzetta dello Sport” nie zmieściła Oblaka w dziesiątce czołowych bramkarzy w Europie.

Lata mijają, nazwiska w jedenastce się zmieniają, zwycięstwa się mnożą, a gang Diego Simeone wciąż pozostaje na dorobku. Niezależnie od wszystkiego. Jeszcze na początku stycznia szanowany ESPN dawał mu żałosny 1 (słownie: jeden) procent szans na odzyskanie mistrzostwa kraju, choć Atlético nie tylko znów od miesięcy dotrzymuje kroku Barcelonie i Realowi – ta drużyna już udowodniła, że potrafi potentatów złamać, i to ledwie półtora roku temu. Nie sposób zdezawuować jej nawet dyżurnymi frazesami o „braku doświadczenia” czy „kompleksach”, to taka Borussia według Kloppa po upgradzie, czyli Borussia, która powodzeniem się nie zmęczyła i zdołała nie popaść w kryzys.

Owszem, rywale składali Atlético hołdy, bodaj najwspanialszym był transfer Ardy Turana do Barcelony – oto drużyna utożsamiana z subtelnością i krystaliczną wirtuozerią zaprosiła do siebie gracza ucieleśniającego wściekłą zadziorność, chropowatość oraz pracowitość z Vicente Calderón. Jednak trwający od miesięcy stanowczy marsz madrytczyków przez europejskie murawy był przyjmowany obojętnie, oni wciąż się skradają, po zaszczyty przemykają chyłkiem, zaledwie do wielkości aspirują.

Dopiero w sobotę staną przed szansą, by wreszcie narobić rabanu i przynajmniej na chwilę wyjść z cienia. Wyprawiają się na barcelońskie Camp Nou, a gdzie zyskiwać chwałę, choćby chwilową, jeśli nie tam. Ale wciąż nie ulega wątpliwości, że w sensie wizerunkowym wskórają niewiele. Łatwiej dzisiaj pokonać mistrzów, niż przekonać świat, że to nie była aż taka sensacja.

wtorek, 26 stycznia 2016

liga portugalska, Ledman Chinese

W piłce Chińczyki trzymają się mocno, a nawet coraz mocniej. Chcą zorganizować mundial i chcą go wygrać, dlatego w 400 tys. szkół wprowadzają futbol jako przedmiot obowiązkowy, w najbliższej dekadzie zamierzają przećwiczyć 260 mln chłopców i dziewcząt. Sprawa jest najwyższej wagi państwowej, osobiście dogląda jej prezydent Xi Jinping. Pisałem o niej obszernie tutaj.

Na razie wysłannicy przyszłego supermocarstwa rozbiegli się po świecie, żeby zebrać odpowiednie know-how.

Miliarder Wang Jian Lin kupił 20 proc. udziałów w Atletico Madryt; firma Ledus przejęła francuskie Sochaux, a pekińskie konsorcjum – holenderskie Den Haag; CEFC China Energy pozyskała 60 proc. udziałów w Slavii Praga; Rastar Group stał się właścicielem większościowego pakietu w Espanyolu; grupa China Media Capital kupiło 13 proc. Manchesteru City. I ubili lub zaraz ubiją jeszcze mnóstwo innych interesów, wszystkich wymienić tu nie sposób. Sprowadzają też zagranicznych  trenerów – pracowali tam bądź pracują m.in. Marcello Lippi, Luis Felipe Scolari, Sven Göran Eriksson, Philippe Troussier, Dan Petrescu – i zagranicznych piłkarzy, którzy tak bardzo przewyższają tubylców, że zajmują 23 z 25 czołowych pozycji w klasyfikacji strzelców ligi chińskiej. I to pomimo znacznych ograniczeń, w jedenastce można tam upchnąć maksymalnie pięciu obcokrajowców.

Teraz jednak Chińczycy przeszli samych. Czy może raczej – przeszli samych siebie Portugalczycy, którzy propozycję przyjęli.

Otóż firma Ledman Chinese została tytularnym sponsorem tamtejszej drugiej ligi, ale nie zadowoliła się obklejeniem rozgrywek swoim logo. Zagwarantowała sobie jeszcze, że od przyszłego sezonu czołowe 10 klubów obowiązkowo zatrudni 10 chińskich piłkarzy (każdy po jednym) i zapewni im określony w kontrakcie czas spędzony na boisku, by „podnosili swój poziom sportowy”. To, że tamtejsze drużyny będą musiały też przyjąć trzech trenerów asystentów z Chin, to już właściwie detal.

Związek zawodowy portugalskich piłkarzy skrytykował umowę, argumentując, że przybysze z Azji będą grali niezależnie od umiejętności i formy – czyli pozostali ligowcy będą dyskryminowani. Ale umowa została podpisana. I nie ma sensu nawet zastanawiać się, czy faworyzowani piłkarze z Azji nie będą czuli obciachu, skoro działają na chwałę narodu – rozkwit chińskiej piłki nożnej ma być częścią jeszcze większej strategii, czyli zbudowania do 2025 roku sportowego sektora gospodarki o wartości 850 miliardów dol.

Tu wypada dodać, że wartość całego globalnego biznesu sportowego szacuje się obecnie na blisko 400 miliardów.

16:53, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 25 stycznia 2016

Liga Mistrzów, rewolucja

Ma wybuchnąć w roku 2018, uderzy również w polski futbol. Planują ją najbogatsze kluby, które chcą być w elicie już zawsze. Jeśli nie dzięki sukcesowi w rozgrywkach krajowych, to choćby za historyczne zasługi.

Jeszcze mniej zaproszeń dla drużyn z krajów drugorzędnych i trzeciorzędnych, jeszcze więcej zaproszeń dla krajów pierwszorzędnych, już teraz uprzywilejowanych. Oto scenariusz zmian łagodnych, stosunkowo najmniej niebezpiecznych dla Lecha, Legii czy innych naszych klubów z ambicjami.

Zanim najbogatsi ludzie debatowali przed kilkoma dniami na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos, zarządcy czołowych firm futbolowych spiskowali w Nyonie. Mówili o tym, co zwykle – jak zarobić więcej. Ale również o nowym – jak przeciwstawić się przytłaczającej przewadze finansowej ligi angielskiej. I rosnącej w takim tempie, że ma grozić pożarciem niemal całej, wyjąwszy może kilka wysepek luksusu (Real Madryt czy Paris Saint Germain), europejskiej konkurencji.

Wiadomo na razie tyle, że w sezonie 2018/19 Liga Mistrzów zostanie przekształcona. Nie wiadomo natomiast, jak radykalnie. Ale wiadomo też, że UEFA, poddana presji Europejskiego Stowarzyszenia Klubów (ECA), wpuściła do swojego Komitetu Wykonawczego dwóch potężnych lobbystów – szefa ECA i zarazem prezesa Bayernu Monachium Karla-Heinza Rummenigge oraz prezesa Juventusu Turyn Andrei Agnellego. To oni będą negocjować w imieniu bogaczy, którzy naciskają coraz mocniej, zbliżając się do granicy szantażu. Albo znów zreformujecie LM na naszą korzyść, albo my zorganizujemy własną, częściowo zamkniętą Superligę.

Strategię zrodziło kilka wielkich liczb.

Po pierwsze, Agnelli zżyma się, że śledzona przez 1,6 mld kibiców piłka nożna marnuje swój potencjał, skoro jej najpopularniejsze rozgrywki przynoszą rocznie 1,3 mld euro z praw telewizyjnych, a wizytówka śledzonego przez ledwie 150 mln kibiców futbolu amerykańskiego, czyli NFL, wyciąga rocznie blisko 7 mld. Dlatego trzeba Champions League uatrakcyjnić.

Po drugie, ewentualny sezon bez LM kosztuje elitę zbyt wiele, nawet kilkadziesiąt milionów. Manchesteru United nie było w tych rozgrywkach w ubiegłym sezonie, być może nie będzie ich również w następnych. Prawdopodobnie nie awansuje do nich również Chelsea. Milanu brakuje w Champions League od dwóch lat i jesienią zabraknie go najpewniej ponownie. Na to globalne korporacje pozwolić sobie nie mogą. Czy raczej – nie chcą.

Po trzecie, najważniejsze, istnieje turniej uzmysławiający, ile można wyciągnąć z piłki nożnej. Angielska Premier League zagwarantowała sobie 3,5 mld euro rocznie za transmisje, czyli więcej niż jej główni konkurenci – ligi hiszpańska, niemiecka, włoska i francuska – razem wzięci. Prawdziwa fortuna dopiero do niej spłynie, a już dzisiaj zdumiewamy się, gdy widzimy, że West Ham czy Stoke stać na graczy formatu Dimitriego Payeta czy Xherdana Shaqiriego. Jeśli trend się nie odwróci, niebawem czołowe firmy z Serie A czy Bundesligi nie zdołają konkurować na rynku transferowym nawet z drużynami broniącymi się w Anglii przed spadkiem. Ba, zanosi się, że do czołowej „30” klubów o najwyższych przychodach na świecie wkrótce wepchnie się cała „20” z Premier League. To dlatego od koncepcji Superligi nie odżegnują się już wspomniani szefowie Bayernu i Juve, dotychczas zdecydowanie jej przeciwni.

Widmo Superligi – ekskluzywnego towarzystwa z nieodwołalnie zatrzaśniętymi drzwiami dla plebsu – wisi nad futbolem od dwóch dekad. Odpychał je prezes UEFA Michel Platini, obdarowując potentantów Finansowym Fair Play (projekt upada) czy trzecim miejscem w LM niepoprzedzonym udziałem w eliminacjach.

Teraz jednak w UEFA panuje bezkrólewie (Platini został zawieszony przez komisję etyki FIFA), a oligarchia jest zdeterminowana, by rewolucję wzniecić już w tym roku. Wtedy będzie można przygotować zupełnie nową ofertę przed negocjowaniem kolejnego kontraktu telewizyjnego, który zacznie obowiązywać właśnie od edycji 2018/19.

Bogaci żądają utworzenia ekskluzywnego grona klubów zapraszanego do każdej edycji LM – ze względu na markę i wyniki z przeszłości – i pozostawienia tylko niewielkiego odsetka zaproszeń, o które będzie się toczyć walka w kwalifikacjach, a także zwiększenia liczby meczów. A jeśli propozycja zostanie odrzucona, grożą zorganizowaniem wspomnianej Superligi, choćby pod egidą UEFA. Czyli turnieju na wzór NBA. Z gronem uczestników zamkniętym, ewentualnie częściowo co pewien czas odnawianym. Z sezonem podzielonym na fazę ligową (każdy gra z każdym) i pucharową. Z pojedynczymi meczami rozgrywanymi na innych kontynentach.

To wizje wciąż niedoprecyzowane, ale oddające kierunek myślenia rzeczywistów władców nowoczesnego futbolu. Oni biedoty sobie nie życzą, w geście dobrej woli mogą co najwyżej zaakceptować jej domieszkę – a biedotę rozumieją szeroko, widzą w niej wszystkich poza wąziutką elitą elit. I nawet jeśli nie przeforsują wariantu najradykalniejszego, to przeforsują taki, który jeszcze pogłębi gigantyczne nierówności.

W minionych pięciu latach przychody 20 najbogatszych klubów wzrosły o 1,5 mld dol. Przychody CAŁEJ reszty klubów z Europy – o 300 mln. Imponująca prędkość, ale to nie znaczy, że nie wolno jeszcze przyśpieszyć.

niedziela, 24 stycznia 2016

Ponieważ włoską piłką znów wstrząsnął skandal obyczajowy, przypomniałem sobie mecz przepojony agresją, nienawiścią, ślepą furią i innymi w ogóle mieszaniną toksycznych emocji bardziej trującą niż jakikolwiek inny, który w życiu oglądałem. Felieton do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” – nie tylko o tamtym wieczorze – przeczytacie tutaj.

22:41, rafal.stec
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum
Tagi