RSS
środa, 29 stycznia 2014

Wayne Rooney, Manchester United soul

Oto nowiusieńki, jeszcze pachnący drukarką kontrakcik, sir, wystarczy złożyć łaskawy podpis, proponujemy krągluteńkie 300 tys. funtów tygodniowo, wychodzi 15 mln rocznie, żaden angielski piłkarz tyle nie wyciągał, a tutaj do wglądu lista naszych celów transferowych, chyba akceptowalna, sam pan szanowny widzi, że planujemy na bogato, został do omówienia drobiazg, mianowicie przyszłość wyobrażamy sobie z panem w stopniu kapitana, wystarczy wyrazić zgodę, ponownie prosimy o autograf... Tak, Wayne’owi Rooneyowi składają w klubie najwyższe honory, zanosi się wręcz, że awansuje do szarży nieformalnego asystenta trenera Davida Moyesa, a komentatorzy zdumiewają się i wzdychają, że za Alexa Fergusona to wszystko byłoby nie do pomyślenia.

Może i byłoby, ale również poprzedni trener naciągał dogmat „nikt nie jest większy niż klub”, gdy Rooney w 2010 r. podważał klasę kolegów z szatni i usiłował zbiec do firmy bardziej godnej jego talentu, być może wręcz do sąsiadów z Manchesteru City. Ferguson postanowił zatrzymać renegata za wszelką cenę, choć wielokrotnie dawał dowody, że nie lęka się pożegnań z najznamienitszymi osobistościami – jak twardziel Keane, niezastąpiony marketingowo Beckham, bezlitosny goleador van Nistelrooy.

Naturalne kontrowersje wzbudza też pasowanie na kapitana piłkarza, który dwukrotnie (!) usiłował się ewakuować, kiedy zdawało mu się, że okręt tonie. Piłkarza indoktrynowanego przez Paula Stretforda, notorycznie karanego grzywnami notorycznego krętacza. Zaprzeczenie kibicowskiego marzenia – może adekwatniej byłoby: urojenia – o wierności barwom odczuwanej tym głębiej, w im większe tarapaty popadnie klub. To nie jest człowiek zrośnięty z Manchesterem United.

Sęk w tym, że kiedy widzimy Rooneya na boisku, widzimy właśnie Manchester United. Ten najczystszej, diabelnie czerwonej krwi, tchnący etosem wprowadzanym przez Fergusona. Ile by ten gracz nie nacudował w sensie sportowym – niech z przewrotki w derbach machnie nawet całego hattricka – pozostaje nade wszystko uniwersalnym, zasuwającym do upadłego, ryjącym po całej murawie robotnikiem, ja w każdym razie dostrzegam najpierw pasję, determinację i szaleństwo w oczach (musi tam być, wiem to bez zbliżeń), a dopiero potem wybitnego piłkarza.

To wartość bezcenna, jeśli wierzymy, że grupę napędza coś więcej niż techniczne kompetencje jednostek i taktyczny podział ról. I że klub potrzebuje tożsamości – nawiasem mówiąc, również klub jako marka. A Manchesterowi grozi rozmycie się tożsamości, skoro z rozmaitych przyczyn mogą go wkrótce opuścić Patrice Evra (żołnierz z blizną, najbliższy Rooneyowi), Nemanja Vidić, Rio Ferdinand czy Ryan Giggs.

Ferguson bez skrupułów żegnał wszystkich, którzy mu się narazili, ale zarazem pilnował, by w szatni dominowali ludzie wielosezonowo związani z klubem. Przytaczałem kiedyś – bodaj na blogu, nie umiem odnaleźć tekstu – dane CIES Football Observatory, z których wynikało, że MU ma kadrę z najdłuższym w Europie średnim stażem w klubie kupionego piłkarza. Nie wychowywał następnego Giggsa czy Scholesa, to przynajmniej starał się trzymać ludzi rozumiejących ducha miejsca.

Jeśli weźmiemy pod uwagę niepewną przyszłość wspomnianego wyżej kwartetu – a także ciężko doświadczanego przez los Darrena Fletchera – to klub ryzykuje, że niebawem znikną z szatni niemal wszyscy, którzy przelewają krew za manchesterską czerwień od wieczności. Że z weteranów ostanie się Michael Carrick, na służbie od siedmiu lat.

On i Rooney, któremu zaraz stuknie dekada spędzona na Old Trafford. Po zakończeniu karier przez Giggsa i Ferdinanda, a może również pożegnaniu z Evrą, stanie się w szatni postacią absolutnie wyjątkową.

Gdyby mistrzowie Anglii go stracili, już nie tyle płynnie przechodziliby z przeszłości w przyszłość, ile całkiem z przeszłością by zrywali. Obserwowaliśmy to niedawno w Milanie, który cały tłum starych mistrzów przepędził niemal z dnia na dzień. Decyzję uzasadniał ich wiek oraz realia budżetowe, ale wystąpił przykry skutek uboczny – drużyna utraciła jakiekolwiek punkty podparcia. I tożsamość właśnie.

Czy ktoś wierzy, że Ferguson, który sam nie chciał kiedyś ujawnić gwiazdorzącemu graczowi strategii transferowej, nadal kategorycznie się temu sprzeciwiał? Że David Moyes postąpił wbrew jego opinii lub – rozmawiają regularnie – o niczym mu nie wspomniał? Wynoszenie Rooneya ponad wszystkich może nie tylko nie naruszać równowagi, ale przeciwnie, przywracać ją. Dotychczas, kiedy już Anglik po fochach wracał do gry, zasuwał jak zawsze, a teraz, na szczycie hierarchii – pozbawionej już oświeconego dyktatora – powinien poczuć jeszcze większą odpowiedzialność za los całej grupy. Co więcej, nowa pensja zbliża go do finansowego statusu Messiego czy Ronaldo i uczyni realnym celem dla dosłownie trzech-pięciu klubów, które zwłaszcza w erze finansowego fair play nie muszą marzyć o rekordowym wykosztowywaniu się akurat na piłkarza dobiegającego trzydziestki.

No i w swoim świecie Wayne widzi cele poruszające wyobraźnię. Jeszcze tylko 42 gole dzielą go od obalenia klubowego rekordzisty, legendarnego Bobby’ego Charltona. Bardziej przekonujących powodów, by podejmować ryzyko, Manchester nie znajdzie.

wtorek, 28 stycznia 2014

Mamy za to nowego króla pośredniczących w handlu piłkarzami agentów, całą konkurencję spuścili pan Neymar da Silva i jego żona Nadine, znani także jako rodzice młodego gwiazdora Barcelony. Felieton z wczorajszej „Wyborczej” przeczytacie tutaj.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Polscy siatkarze dowiedzieli się dziś, że na początku sierpniowych mistrzostw świata zagrają m.in. z Australią i Wenezuelą. Całą resztę wiedzieli wcześniej, bo w Warszawie odbyło się co najwyżej ćwierćlosowanie.

Organizatorzy – Polski Związek Piłki Siatkowej, ale i Polsat, w tej dyscyplinie bardziej wpływowy niż jej władze – chcieli, żeby na scenie się działo. Uroczyście, podniośle, rozrywkowo. Spraw sportowych było jednak do załatwienia niewiele.

Przed transmitowanym na cały glob losowaniem mundialu piłkarskiego – wzór dla innych gier – nikt nie wie, na kogo wpadnie, więc ceremonia wzbudza autentyczne emocje. W siatkówce tradycja nakazuje nie zdawać się na ślepy traf, lecz ustalać, kto z kim zagra. Albo na podstawie międzynarodowego rankingu, albo w negocjacjach działaczy. Tym razem wszystkie kluczowe dane znaliśmy wcześniej –  w pierwszej rundzie spośród drużyn najwyżej sklasyfikowanych w świecie Polakom przydzielono Serbię (mecz otwarcia na Stadionie Narodowym) oraz Argentynę, a w drugiej nie grozi im zderzenie z Brazylią oraz Rosją, czyli oboma supermocarstwami, które obsadzają ostatnio mecze finałowe turniejów najwyższej rangi.

W Sali Kongresowej okazało się jedynie, że we wstępnej fazie nasi siatkarze zagrają także z Australią, Wenezuelą oraz trzecią drużyną eliminacji afrykańskich (jeszcze trwają) ­– mecze z tymi przeciwnikami wszyscy z ambicjami medalowymi powinni odfajkowywać.

Treści wieczór zatem właściwie nie miał, miał wyłącznie oprawę.

Na obu głównych faworytów Polacy mogą wpaść dopiero w trzeciej rundzie. To runda również grupowa, co przypomina, że siatkówka zapadła na chorobę nieuleczalną. Jeśli nawet unika skandalu – wybuchł na poprzednim mundialu, regulamin zachęcał do szwindli – to nie umie stworzyć stabilnych, przejrzystych reguł gry, które preferują sporty pragnące uchodzić za poważne. Tym razem obejrzymy turniej absurdalnie rozdęty. Choć znów wystąpią 24 drużyny, medaliści zagrają aż 13 razy, o trzy więcej niż przed czterema laty we Włoszech.

Tam nasi siatkarze, broniący wówczas srebra, zlecieli na 13. miejsce. Szokujące, znacznie poniżej aspiracji kraju wyznaczającego organizacyjne standardy w świecie. Potem nastąpił udekorowany łańcuszkiem medali czas trenera Andrei Anastasiego, który też jednak kadencję kończył, delikatnie mówiąc, marnie. Na ostatnich igrzyskach Polacy ulegli nawet Australii. Ostatnią Ligę Światową skończyli na 11. miejscu, najniższym od 1998 roku. Na ostatnich mistrzostwach Europy jedyne zwycięstwa odnieśli - po nielekkich przeprawach - nad Turcją i Słowacją. To seria ciosów, jakiej nasza siatkówka pod obcymi selekcjonerami nie przyjęła.

Czy z nowicjuszem Stephane'em Antigą – oficjalnie pierwszym selekcjonerem – oraz doświadczonym Philippem Blainem – oficjalnie asystentem selekcjonera – odzyska pion? W trakcie sezonu klubowego, w siatkówce ostro oddzielonego od reprezentacyjnego, niczego nie wyprognozujemy, eksperyment rozpocznie się w maju. Na razie klęskę w mundialowych eliminacjach poniosła reprezentacja Polski kobiet, reanimowana metodami wyrafinowanymi jak budowa cepa – zwołano pospolite ruszenie gwiazd z przeszłości, Wojciech Drzyzga mówił wręcz, że tę wspomnieniową kadrę „napisano trenerowi na kartce”.

Ożywianie męskiej wygląda na razie podobnie. Wszyscy „wiedzą”, kto z weteranów „musi” do niej wrócić, prezes PZPS Mirosław Przedpełski nie krępuje się nawet z podawaniem w wywiadach dokładnego składu podstawowej szóstki.

Trzeba mieć nadzieję, że francuski tandem opanuje ten bajzel, bo godny popis na MŚ u siebie to już kwestia smaku. Ten turniej zawsze był imprezą kameralną, na dzisiejszą galę nie pofatygowały się tłumy korespondentów zagranicznych, a największy sportowy dziennik we Włoszech – teoretycznie kraju siatkarsko rozwiniętego – dał o niej zaledwie kilkuzdaniową wzmiankę na 42. stronie. Skoro zatem tylko my wkładamy w mundial tyle serca, pieniędzy i organizacyjnego wysiłku, to wypada jeszcze dodać najwyższej klasy sportowej. Inaczej pozostanie nam rólka gościnnych gospodarzy, którzy nadają się tylko do podsunięcia mistrzom pełnej przepychu sceny.

niedziela, 26 stycznia 2014

Real Madryt, Primera Division, Carlo Ancelotti

Gdybyście szukali wyciszenia, podkradnijcie się pod szatnię Realu Madryt, przytulnie w niej jak w domku na prerii, a nie wyjaśnia tutaj wszystkiego powodzenie na boisku, z powodzeniem faworytów na hiszpańskich boiskach mamy zawsze ten kłopot, że nigdy nie wiemy na pewno, jak je wyceniać – jeśli w trzecim sezonie z rzędu do zdobycia tytułu potrzeba uzbierać 100 punktów, to nawet dłuższe zwycięskie serie niewiele znaczą, pojedyncza wpadka zniweczy cały wysiłek.

Dlatego ton – i wektor – komentarza zależy wyłącznie od decyzji komentującego. Komplementować 630 minut bez straty gola, wyczyn oglądany dopiero drugi raz w historii klubu, czy zwrócić uwagę na kontekst, znaczy wypomnieć niską klasę ostatnich przeciwników, którzy pod madryckie pole karne jednak potrafili się zapuszczać? Sławić piłkarzy za nadrabianie punktowych zaległości do Barcelony oraz Atlético czy sprowadzać ich na ziemię przypomnieniem, że oba najważniejsze testy w sezonie ligowym (właśnie z Barceloną oraz Atlético) oblali, a ich w starciach z Juventusem w Champions League nie wyglądali na pewnie sięgających po swoje? Klękać przed gracją Luki Modricia, zasłużonego wszechstronnie myśliciela środka pola – nie dość, że odbierze piłkę, to jeszcze przebiegle przekaże ją dalej – czy awanturniczo szukać dziury w całym, gdy Gareth Bale mecze doskonałe przeplata z przeciętnymi?

Wiem, proponuję sztuczne dylematy, w Realu wszystko wygląda wręcz zbyt idyllicznie, wypada raczej gratulować, że w Jesé wreszcie podziwiają rozkwitającego wychowanka, w Karimie Benzemie zmartwychwstał snajper, Ángelowi di Maríi wygodnie grać również z dala od skrzydła, w trakcie wędrówki po wszystkich pozycjach oglądalibyśmy wyłącznie ładne krajobrazy, w tym wreszcie rozanielonego, znów uhonorowanego Złotą Piłką Cristiano Ronaldo. Od lat przyzwyczajałem się jednak, że w Madrycie właśnie albo tworzą sztuczne problemy, albo do problemów rozdymają problemiki, tam był potrzebny nie tyle psycholog, ile psychiatra, a kiedy środowisku tak naelektryzowanemu naraził się jeszcze José Mourinho, trener pożądający wysokiego emocjonalnego napięcia wszędzie, gdzie pracuje, to już kibic królewskich musiał poczuć, że znikąd nadziei. Real jako oddział zamknięty.

Aż nagle się rozpogodziło. Konfrontacyjnego Portugalczyka zastąpił trochę mistrz zen, a trochę jowialny, lubiany przez całą rodzinę wujek, który rozładuje każdą sytuację, nie wywyższa się – być może najbardziej przypominający poprzedniego trenera, który wygrywał z Realem Ligę Mistrzów, nawet jeśli Vicente del Bosque nie nosił w sobie autorytetu wybitnego zawodnika. W niedawnym wywiadzie dla „Financial Times” znów czytamy, że Carlo Ancelotti nie wierzy, by piłkarze najwyższej klasy potrzebowali motywacji – ich trzeba raczej mitygować, uspokajać. Nie wierzy też, że musi im zawsze rozkazywać – w Chelsea zdarzało mu się wręcz prosić drużynę, by sama ustaliła, jak grać (i to w finale Pucharu Anglii). A przede wszystkim przestał już doświadczony dekadami wielkich gier Włoch odczuwać meczowy stres, nawet wieczorami o dużą stawkę głównie się rozkoszuje. Namiętnego romansu z szatnią to nie obiecuje, ale stabilnie, mięciutko i bielutko mają piłkarze Realu jak nigdy.

Otoczenie klubu podporządkowało się nastrojowi, przywykło już nawet do unieruchomionego obok murawy Ikera Casillasa (od ostatniego występu ligowego minął ponad rok), słowem, powtarzane przez Ancelottiego zaklęcie o „równowadze” działa nie tylko na boisku. To chyba jego największy sukces – poza Monachium nigdzie na szczytach sytuacja nie jest aż tak opanowana, inni albo tracą prezesa, albo sprzedają Matę, albo martwią się kontuzjami, albo niepokoją o zbyt wąską kadrę, albo już zbyt wiele w tym sezonie poprzegrywali, tylko w Madrycie święty spokój. Czy tego piłkarze Realu potrzebowali? Po nieustającej burzy z piorunami odetchnąć w krainie łagodności?

Czar oczywiście może prysnąć w każdej chwili, w Madrycie nie znasz dnia ani godziny, ale zastanawiam się, czy gdyby królewskim piłkarzom się udało, gdyby np. po 12 latach Real znów wystąpił w finale Ligi Mistrzów, to cały splendor spadłby na Ancelottiego. Czy ktoś w tej metropolii czarno-białych sądów i krzykliwych czcionek doszedłby do wniosku, że czasem do sukcesu wiedzie sztafeta trenerów – zasłużył się Mourinho, który nauczył piłkarzy żyć z kontrataku i po latach klęsk wyniósł na poziom trzech z rzędu półfinałów Ligi Mistrzów, i zasłużył się jego następca, który dał im więcej swobody na boisku i uwolnił od nieustającej draki poza boiskiem.

piątek, 24 stycznia 2014

Neymar, Radamel Falcao, third party ownership

Czy Neymar kosztował 57 mln euro, jak podawała oficjalnie Barcelona, czy aż 95 mln, więcej niż pozyskany przez Real Madryt Cristiano Ronaldo? Gdzie popłynęły pieniądze? Czy ojciec i zarazem biznesowy przedstawiciel piłkarza istotnie brał miliony m.in. na „wspieranie dzieci w fawelach” i „wyszukiwanie talentów w Santosie”? Ile istnieje wersji kontraktu piłkarza z katalońskim klubem? Ile racji mają co bardziej popędliwi działacze z Brazylii, którzy krzyczą o największym przekręcie w handlowej historii futbolu? Czy po zsumowaniu wszystkiego, co przytulili Neymar oraz założona przez tatę agencja Neymar&Neymar, okaże się, że brazylijski dzieciak na dorobku zarabia więcej niż czterokrotny zdobywca Złotej Piłki? Czy afera nie sprawi, że Leo Messi będzie żądał jeszcze śmielej jeszcze obfitszych podwyżek? Że klub stanie przed wyborem – albo zachwiać strukturą płacową, albo rozważyć sprzedaż najjaśniejszej gwiazdy?

Na razie wiemy tylko, że socio, czyli zrzeszony kibic i zarazem współwłaściciel Barcelony oskarżył prezesa klubu o defraudację; że sądowy proces potrwa pewnie latami; że Sandro Rosell ogłosił rezygnację. Mnie najbardziej interesuje jednak, jak dalece stroną bez znaczenia był w tym całym ambarasie Santos, który Neymara sprzedawał – jego szefowie jeszcze przed wybuchem awantury wyrażali zdziwienie transferową kwotą podawaną przez Barcelonę, deklarując, że otrzymali niespełna 10 mln.

Do niedawna system wyglądał tak, że najlepszy interes ubijał właśnie klub, który eksportowanego gwiazdora wychował lub wylansował. Dziś nawet interes zaledwie przyzwoity ubija coraz rzadziej, bowiem prawa do piłkarza przejmuje „trzecia strona” („third party ownership”). Wspominałem już tutaj, że Atlético spadły ledwie ochłapy za oddanie do AS Monaco kolumbijskiego napastnika Radamela Falcao – madrytczycy tak naprawdę wypożyczali go z firmy Doyen Sports, więc to nie oni nim handlowali. To zjawisko zawrotnie popularne przede wszystkim na Półwyspie Iberyjskim, jednak błyskawicznie zdobywa nowe rynki, według audytorów KPMG zewnętrzni inwestorzy nabyli transferowe prawa do 1100 (!) graczy zatrudnionych w Europie. Zapłacili 1,1 mld euro, co ma stanowić 5,7 proc. rynkowej wartości wszystkich zawodowych piłkarzy na naszym kontynencie. Korzystanie z ich usług rozważa także prezes Legii Warszawa.

Przyduszone kryzysem kluby chętnie przystają na „alternatywne finansowanie” swej działalności i kupują tylko „pół”, „ćwierć” albo jeszcze drobniejszą cząstkę piłkarza. Dzielą się kosztami oraz ryzykiem (redukują straty, gdy np. młody zdolny okaże się niezbyt zdolny), ale również zyskami z przyszłego transferu. Stają się przechowalniami piłkarzy, służą za okno wystawowe – promują już nie dla siebie, lecz „trzeciej strony”. Portugalskie kluby nie mogą rozkwitnąć, choć hurtowo sprzedają piłkarzy za kilkadziesiąt milionów. Może dlatego, że zewnętrzni właściciele przejęli już 36 proc. praw do piłkarzy tamtejszej ligi?

Im więcej w futbolu szejków oraz globalnych machin marketingowych, tym więcej kapitału do zagospodarowania. Im więcej kapitału, tym więcej firm, które inwestują w żywy towar jak w zwykły papier wartościowy. Im więcej takich firm, tym intensywniejszy ruch na rynku – transferów przybywa, bo pieniędzmi trzeba obracać, inaczej się marnują, zamiast wytwarzać jeszcze więcej pieniędzy. A wraz z przyrostem pieniędzy przyrasta chciwości i zawiłych operacji finansowych niezbędnych, by maksymalizować zysk.

U Neymara wyglądało to o tyle nietypowo, że pomimo rozdzielenia udziałów w piłkarzu między Santos (55 proc.), grupę inwestycyjną DIS (40 proc.) oraz firmę TEISA (5 proc.), głównym beneficjentem transferu była wspomniana agencja Neymar&Neymar. Znaczy wszystko zostało w rodzinie. Także kontrola nad swoim losem, którą piłkarze często tracą. Już nie wystarczy im zgoda klubu na transfer, tak jak klubowi nie wystarczy zgoda piłkarzy – potrzeba nade wszystko akceptacji współudziałowca, mogącego realizować własną strategię biznesową, niekonieczne zbieżną z zamiarami zawodnika. Kiedy Falcao wyruszał do AS Monaco, zaroiło się od prasowych sugestii, że kolumbijski napastnik do beniaminka ligi francuskiej pójść raczej musi niż chce. I do dziś nie wiemy, ile Radamela w Radamelu należy do szefów Doyen Sports. I czy jego szans na przejście do ligi angielskiej nie zmniejsza to, że tam udział strony trzeciej jest zabroniony.

Agenta, z którym piłkarz mógł w dowolnej chwili zerwać współpracę, zastąpiły firmy, które posiadają piłkarza na własność. Ograniczają jego autonomię, ograniczają autonomię klubów. I wpływają na mentalność oraz obyczaje całego środowiska. Kto jeszcze przed chwilą wymyśliłby, że już juniora, nawet z talentem o skali Neymara, można oblepić procesem sprzedawania rozciągniętym na lata, pełnym zapisanych małym druczkiem klauzul, i jeszcze na szczytach FC Barcelony znaleźć wspólników, których nie zajmuje, komu właściwie i za co płacą?

środa, 22 stycznia 2014

Zdzisław Ambroziak

Rozpaczamy, że odchodzą autorytety, że wielkie postaci kultury, idei i polityki, dla których liczą się wartości, zastępują ubodzy duchem specjaliści, którzy służą wartościom liczbowym, my, dziennikarze sportowi taką niezmierzoną stratę ponieśliśmy 23 stycznia 2004 r. Najlepszy z nas, Zdzisław Ambroziak, umarł dokładnie przed dekadą, niedługo po 60. urodzinach.

Był przypadkiem najrzadszym, pisał bowiem mądrze i pięknie nie tylko dzięki swej refleksyjnej naturze, ale również dzięki wyjątkowemu stopniowi wtajemniczenia – zanim podniósł pióro, sam dotknął najwyższego wyczynu, reprezentował Polskę na igrzyskach w Meksyku i Monachium, zdobył też dla niej siatkarski medal mistrzostw Europy.

Kto nie czytał ani nie słuchał, temu fenomenu nie opiszę, z tej oczywistej przyczyny, że nie sposób go do nikogo porównać. Jako telewizyjny komentator uwodził niezapomnianą barwą głosu, jednak starał się nie zagłuszać spektaklu, owładniętych gadulstwem kolegów prosił, by nie niósł ich na antenie lęk, że „jeśli na moment zamilkną, to wylecą z roboty”. Jako publicysta frazę miał czystą i przejrzystą, a pasjami podejmował tematy doniosłe, sport czynił częścią kultury i przedstawiał jako uniwersalne ludzkie doświadczenie, przy okazji ucząc nas bezkompromisowości, nieulegania stadnym odruchom, intelektualnej niepodległości, bronienia nawet przegranych spraw, jeśli uważany je za słuszne. Gdy nie docierało, przypuszczał atak werbalny – a pojęciu „teatralnego szeptu” nadawał inny wymiar, im spokojniej przemawiał, tym bardziej go było słychać na sąsiednim stadionie.

Był artystą osobnym, gdyby znała go Zofia Kucówna, mogłaby powtórzyć słowa wypowiedziane nad grobem Tadeusza Janczara: „Takich ludzi wymyśla Pan Bóg, gdy jest w dobrym humorze, po dobrym obiedzie, gdy nie uwierają go ludzkie grzechy i gdy słucha anielskich chórów. Takich ludzi prawie nie ma, jest ich może dziesięciu na jedno stulecie, a może tylko trzech?”.

Często zastanawiam się, jak odnajdywałby się w dziennikarstwie 2.0. Jak znosiłby terror czasów, w których ułamek sekundy zawahania i zwłoki w wygłoszeniu wyrazistej opinii oznacza kapitulację z zawodu – on, rozdzielający każdy włos na sześcioro i bez pośpiechu (sławna rubryka „Słowo po niedzieli”). Jak przyjąłby Twitter, tyranię często niechlujnych 140-znakowych komunikatów – on, który pielęgnował polszczyznę, a w trakcie rozmowy potrafił znienacka „otworzyć nawias”, wypełnić go dwiema dygresjami i jednym zastrzeżeniem, by następnie wrócić do głównego wątku i kontynuować precyzyjny wywód. Jak radziłby sobie ze zniesieniem granic między dziennikarstwem a biznesem i PR, przez które czytelnik traci orientację, czy dowiaduje się o czymś dlatego, że to ważne, czy dlatego, że ktoś zapłacił za wmawianie, że to ważne.

Na pewno by wojował, walka byłaby porywająca. I spełniałby wymóg oryginalności. Miał niepodrabialny styl, „prosty magister od fikołków” – jak o sobie mówił – wynosił opowiadanie o sporcie na poziom literacki, wbrew modzie na zachwaszczanie języka slangiem szatni. Przede wszystkim jednak byłby Ambroży po kibicowsku wniebowzięty.

To bowiem nieprawda, że śmierć jest zawsze tak samo tragiczna, niesprawiedliwa i absurdalna, właśnie ta była niebywałym skandalem, skoro nastąpiła akurat w przededniu złotej ery polskiego tenisa i ożywienia polskiej siatkówki, obu jego ukochanych dyscyplin.

Zanim Ambroży odszedł, przez 20 lat oglądał klęski siatkarskich reprezentacji, które albo dawały ciała we wszelkich możliwych eliminacjach, albo po nielicznych awansach szorowały po dnie tabel, jak na igrzyskach w Atlancie. Przez te same ostatnie 20 lat życia nie ujrzał naszych tenisistów i tenisistek, którzy wychynęliby ponad wczesne rundy poważnych turniejów. Cóż za okrutny paradoks, że nad naszymi siatkami – w halach i na kortach – wypiękniało właśnie wtedy, gdy odszedł. Minął się z importowanymi trenerami zagranicznymi (włoski znał biegle), nie miał szans uczynić jeszcze bardziej niezapomnianymi medali siatkarzy, nigdy nie wyfantazjowałby sobie całkiem polskiej obsady ćwierćfinału w męskim Wimbledonie, nad ranem nie skomentuje walki o półfinał Australian Open Radwańskiej, która nie dość, że zwycięża, to jeszcze – zupełnie jak Ambroży – zniewala wdziękiem.

Właściwie trochę współczuję też naszym wspaniałym atletom, że się spóźnili. Zasłużyli, by upamiętniać ich triumfy jego słowami.

 

23:10, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
poniedziałek, 20 stycznia 2014

reprezentacja Polski, anomalia pogodowa

Dawno, dawno temu również posyłaliśmy niekiedy w świat drużynę odzianą na biało-czerwono, lecz złożoną z piłkarzy trzeciorzędnych, nie kalaliśmy jednak narodowej relikwii szumnym nazywaniem jej karykatury „reprezentacją Polski”, to była skromna „reprezentacja polskiej ligi”, a FIFA jej gierek nie wliczała do meczów oficjalnych, forma odpowiadała jeszcze wówczas treści. Staroświeckie nawyki jednak porzuciliśmy, w erze uporczywego miksowania kultury wysokiej z niską i ogólnego pomieszania pojęć inaczej nie wypada, poza tym dziś musisz się zdecydować, jakim towarem handlujesz, albo sprzedajesz reprezentację kraju, albo popłuczyny po reprezentacji kraju, każda metka ma swoją cenę, ze zrozumiałych względów lepiej monetyzować dumnie brzmiącą reprezentację kraju.

Stąd retuszowanie rzeczywistości, które stosujemy ostatnio często, bowiem biznesowy partner PZPN potrzebuje organizowania meczów na terenie neutralnym – mechanizm już objaśniałem – a do tego idealnie nadają się towarzyskie imprezy spoza kalendarza FIFA, na które poważne kluby swoich piłkarzy nie wypuszczają. Blogowałem przed dwoma laty, że Polacy rozgrywają takich meczów rekordowo dużo, osobliwość ich strategii rzucała się w oczy zwłaszcza w trakcie przygotowań do Euro 2012.

Nikt jednak nie chce zauważyć, że ilość przechodzi w jakość, zjawisko przemilczają złośliwie wszyscy komentatorzy, choć ma ono wymiar spektakularny – w zimowym futbolu reprezentacyjnym nie ma na naszą kadrę mocnych.

Na pewno patrzyliście przed chwilą, jak Polacy dają w Abu Zabi lekcję Mołdawianom, dołożyli im 1:0, Adam Nawałka upokarzał rywali m.in. drugoligowcami. Na pewno podziwialiście mecz w sobotę – na tym samym stadionie, również pustym jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący, Polacy rozbili Norwegów 3:0. Aż dwuodcinkowa seria polskich zwycięstw, to nie występuje w przyrodzie często. Oglądanie obu widowisk zyskuje jednak pełny sens, dopiero gdy umieścimy je we właściwym kontekście. Przypomnijmy sobie zatem styczeń 2013 – nasi skopali wtedy na hiszpańskiej murawie Rumunię 4:1. Przypomnijmy sobie grudzień 2012 – z Macedonią też było 4:1. I grudzień 2011 – Bośnię wraz z Hercegowiną pokonana 1:0. Brniemy jeszcze głębiej w zimowe sparingi na neutralnym terenie? Proszę bardzo: 1:0 z Norwegią, 1:0 z Mołdawią, 2:2 z Bośnią i Hercegowiną, 6:1 z Singapurem, 3:1 z Tajlandią, 1:3 z Danią, 1:0 z Walią, 1:1 z Litwą, 1:0 z Serbią, 2:0 z Czechami, 1:0 z Finlandią, 1:0 z Bośnią i Hercegowiną, 2:2 ze Słowacją, 4:0 Estonią.

Piorunujący bilans, nasi pozostają głęboką zimą niepokonani od 10 spotkań, a gdyby nie odosobniona wpadka z Danią, to pozostawaliby niepokonani od 19. Wziąłem pod uwagę minione siedem lat, poza wspomnianą wpadką 15-krotnie w tym bajecznym okresie zwyciężali i 3-krotnie remisowali, bramki 40-12, aż dziw, że jeszcze ktokolwiek chce grać z naszymi na neutralnym terenie, upadek prasy papierowej musi być doprawdy ostateczny, skoro nikt nie odnotował tak ewidentnie fantastycznej serii, nie ma analiz i stawiania pytań, czy aby nie wschodzi nowa potęga, trenowana już z myślą o mundialu w Katarze – wszak przeniesiony na zimę! Nasze służby musiały o tym wiedzieć – nieprzypadkowo wysyłana na próbne manewry akurat do pobliskich Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Znać tutaj planowanie dalekosiężne, innowacyjne, może wręcz niepokorne, mainstreamowe obyczaje to my mamy w głębokim poważaniu.

Skoro piłkarzy naszych klubów, którzy wiosną nadrabiali ligowe straty z rundy jesiennej, obwoływaliśmy w przeszłości rycerzami wiosny, to reprezentację kraju powinniśmy chyba reklamować jako rycerzy zimy, miejmy wreszcie jakąś piłkarską markę o zasięgu międzynarodowym, wspólnym wysiłkiem ją promujmy, stale dopieszczajmy wizerunek. A jeśli jakiemuś defetyście strzeli do łba straszyć, że obciach, że narazimy się na szyderstwa o anomaliach pogodowych – niewydarzeni kopacze z Polski nie umieją, to znaleźli sobie niszę i udają, że umieją – to przypomnijcie bałwanom, jak działa ranking FIFA.

Wlicza się do klasyfikacji punkty za niemal wszystkie zimowe sparingi rezerw na neutralnym terenie? Wlicza. Zajmują nasi miejsce 77., nieco upokarzające? Zajmują. To gdzie by leżeli i kwiczeli, gdyby nie owa fenomenalna dyspozycja zimowa, utrzymywana od lat bez względu na aktualnego selekcjonera?

Mój cotygodniowy felieton z dzisiejszej „Gazety Wyborczej” znajdziecie tutaj. Już się boję, bo zbiegiem okoliczności do dwóch kolejnych notek wkładam linki zza nienawidzonej przez niektórych ściany. Tylko nie strzelajcie do pianisty.

Tagi: piano
11:37, rafal.stec
Link Komentarze (1) »
sobota, 18 stycznia 2014

O wyjątkowości uznanego za najlepszego piłkarza świata Cristiano Ronaldo blogowałem króciutko kilka dni temu, tuż po przyznaniu mu Złotej Piłki. W weekendowym magazynie „Gazety Wyborczej” ujmuję temat w szerszym, uniwersalnym ujęciu. Tekst przeczytacie tutaj, jest za płatną ścianą.

środa, 15 stycznia 2014

Clarence Seedorf, AC Milan

Nastrój ogarnia mnie szampański, najchętniej natychmiast rozpluskałbym się w euforycznych rozważaniach, czy Clarence Seedorf będzie kolejnym wybitnym piłkarzem, który został wybitnym trenerem.

Od zawsze czytałem i słyszałem, że urodził się, by rządzić. Wedle legendy już po przedszkolu panoszył się jak pan dyrektor, rozsądzając wszelkie spory o zabawki i pocieszając płaczących za rodzicami; w wieku 12 lat pouczał trenera Ajaxu, że piłki należy pompować ustami, jak w jego rodzinnym Surinamie; cztery lata później w amsterdamskiej szatni nazywali go „dziadkiem”; w Milanie mówili o nim – już przywoływałem ten cytat – że „wypowiada się w 10 proc. jak piłkarz, w 20 proc. jak trener i w 70 proc. jak dyrektor generalny”. Wszędzie uchodził za nadprzeciętnie inteligentnego, świadomego taktycznie, charyzmatycznego, niemal filozofa. Pracował pod Louisem van Gaalem, Fabio Capello, Juppem Heynckesem, Guusem Hiddinkiem, Carlo Ancelottim i Frankiem Rijkaardem, jak nie liczyć, to grono na miarę ośmiu Pucharów Europy. We włoskim klubie już ładnych parę sezonów temu rodził się plan, by w przyszłości powierzyć mu funkcję menedżerską. Nie ustalono jedynie, jaką, choć dla poszerzania kompetencji Holender spotykał się akurat z Philem Jacksonem – legendarnym trenerem koszykarzy Chicago Bulls i Los Angeles Lakers. To wszystko sprawia, że nie wypada więzić go w ciasnym pojęciu trenerskiego żółtodzioba. Owszem, w Milanie debiutuje, ale wypada podejrzewać, że czuje się, i ma prawo się czuć, wyjątkowo przygotowany do nowej roli.

Niestety, najpierw Seedorf musi zwyczajnie przeżyć. On nie wchodzi do szatni, lecz wdeptuje w sam środek totalnej rozpierduchy, w towarzystwo zdołowane, gdzieniegdzie naznaczone zaburzeniami osobowości, pozbawione spójnej strategii, spętane jednym rozkazem – oszczędzać. Kiedy nowy trener zobaczy na pierwszych zajęciach, jak niewiele dziś trzeba umieć, by ubrać się w kolory Milanu, grozi mu poznawczy wstrząs.

Sprzyja Holendrowi co najwyżej tyle, że w przeciwieństwie do wylanego w poniedziałek Massimiliano Allegriego, właściciel Silvio Berlusconi go nie tylko akceptuje – poprzednika nawet nie tolerował – ale jeszcze uwielbia. I sam go wybrał, a włoscy komentatorzy bez wytchnienia przypominają, że upadły premier ma intuicję do trenerów – przez ćwierćwiecze rządów wskazał ledwie dwóch, Arrigo Sacchiego oraz Fabio Capello, i obaj podbijali Puchar Europy.

Co jeszcze zastanie Seedorf? Szurniętego Mario Balotellego w eksponowanej roli pierwszego talentu, z którym problem może być także wtedy, gdy Milan zechce się od niego uwolnić, ale żaden poważny klub nie zaoferuje kozetki. Starzejącego się w oczach bramkarza i podziurawioną linię obrony, w której w dłuższej perspektywie rokuje chyba tylko Mattia De Sciglio. Drużynę bez tożsamości, nie mającą pojęcia, jak zamierza grać. Trybuny coraz bardziej wrogie władzom klubu, już demonstrujące nieufność wobec nowego trenera (on ani razu nie naraził się tylko temu, z kim nie miał kontaktu). Budżetową nędzę – boleśnie obnażającą brak porządnego skautingu, niezbędnego przy ograniczeniach finansowych. Wojnę domową na szczytach, rozpętaną przez córkę właściciela, która postanowiła obalić wieloletniego zaufanego ojca, znakomicie zasłużonego Adriano Gallianiego. W Barbarze Berlusconi – przede wszystkim szefową bez klasy (przynajmniej na razie), publicznie poniżającą podwładnych (sposób zwolnienia Allegriego). To nie są standardy, do których przywykł Seedorf – typ o naturze mocno konfrontacyjnej, jeszcze raz podkreślmy – to jest opowieść bez głównego wątku, z dygresjami w większości przygnębiającymi.

A nie wystarczy powiedzieć, że planów trenera nie znamy, należy jeszcze dodać, że nieprędko zacznie je realizować. Teraz ponoć doraźnie wróci do ustawienia z czasów Ancelottiego (Kaká bliżej napastnika, Honda jako trequartista, Montolivo cofniętym rozgrywającym w typie Pirlo etc), dopiero latem ma wykuwać własny projekt, dopiero wówczas ma powstać jego autorski team z precyzyjnym podziałem obowiązków – Seedorf zajmie się pracą z pomocnikami, Jaap Stam poedukuje obrońców, Hernan Crespo przejmie napastników. Jeśli przy nich stanie jeszcze opiekujący się juniorami Filippo Inzaghi, to nam stanie – przed oczami – ostatnia wielka drużyna Milanu.

I ujrzymy jedyny powód, by fanów mógł dziś nieść entuzjazm. Zvonimir Boban ponoć wzdychał, że klub z San Siro stracił duszę, ja bym uściślił, że stracił elegancję, prestiż, profesorską powagę, maniery wyższych sfer. Gdyby nie wrócił Kaká, w szatni nie byłoby już w tym sezonie nikogo, kto zasłużył się dla największych europejskich triumfów. Brazylijczyk ożył – szału nie ma, ale jest więcej niż miało być – teraz jeszcze szlachetności miejscu doda Clarence Seedorf. Jego nie ośmielą się wykopać z roboty w najpodlejszym trybie pezetpeenowskim, czyli przez telewizję.

Chyba że się łudzę, zwiedziony urokiem chwili.

 
1 , 2
Archiwum
Tagi