RSS
czwartek, 31 stycznia 2013

Kupowanie kręci już kibiców jak wygrywanie, wielu szajbusów uważa ostatni dzień transferowy za najfajniejszy w roku, i ja na wstrętny merkantylizm naszych czasów stękał nie będę, właściwie też lubię te targi - toż w nich widzimy zapowiedź triumfów lub klęsk, a okazja do czytania przyszłości zdarza się rzadko. Teraz dzieje się gęsto, choć największe firmy gwałtownych rynkowych ruchów nie wykonują - raczej tkwią w bezruchu, w temperaturze zbliżonej do zera absolutnego - styczeń przebiega arcyciekawie. Dlatego postanowiłem poblogować o styczniowym handlu żywym towarem kilkunastogodzinnie, do wieczora. Tzw. okno zostanie zatrzaśnięte o północy.

13.48. Najdroższy, przynajmniej na razie, jest Mario Balotelli. Kosztował 20 mln euro (mogą jeszcze dojść kolejne 3 mln), a Włosi ogłosili, że ubili doskonały interes - Manchester City rozpoczął ponoć negocjacje z Milanem od 37 mln. Zastanawiam się, czy gdyby dla zgrywy wyspiarze zażądali na początek 50 mln, to kupujący zejście do ostatecznej ceny uznaliby za jeszcze większy sukces, bo sam mam co do sensowności tej transakcji grube wątpliwości. Przynajmniej ze sportowego punktu widzenia. Na San Siro wyrwy w składzie mają raczej pod własną bramkę, napastników potrzebują w dalece mniejszym stopniu. W dodatku wzięli towar wyjątkowo awaryjny i niezdolny do stałego funkcjonowania bez zarzutu. W tym sezonie ligi angielskiej strzelił Włoch całego jednego gola, do Ligi Mistrzów zajrzał na kilka chwil... Ale gwiazdor jest gwiazdor, a właściciel Milanu Silvio Berlusconi nade wszystko uprawia politykę, ten cytat jego intencje chyba wyjaśnia nieźle: „Kupiłem Mario, który strzelił dwa gole i doprowadził do płaczu Niemców [w półfinale Euro 2012 – red.], podczas gdy inny Mario [Monti, „techniczny” premier Włoch] doprowadził do płaczu Włochów”.

Zerknijcie, jak go gazeta powitała. Ładne, tam chyba prasa jeszcze nie upada.

14.01. Niejaki Harry Redknapp, który kupuje kompulsywnie, kilka dni temu porównał rynkowe obyczaje do „wojny gangów”. Musi wiedzieć, co mówi, on wyrósł na wybitnego specjalistę od naciągania przełożonych na wariackie wydatki, co niekiedy kończyło się katastrofą. Teraz prowadzi Queens Park Rangers, które w minionych 18 miesiącach pozyskało 28 piłkarzy. Właśnie podpisało kontrakt z Chrisem Sambą, obrońcą uciekającym z Anży Machaczkała, jak twierdzi, przed rasizmem ligi rosyjskiej (z trenerem Guusem Hiddinkiem się nawet nie pożegnał). Kosztował 12,5 mln funtów, w ostatniej drużynie Premier League będzie zarabiał 100 tysięcy funtów tygodniowo... We wspominanej wyżej Serie A więcej biorą tylko Gianluigi Buffon i Daniele De Rossi. Słyszeliście coś o Finansowym Fair Play?

14.25. Królem – sułtanem? – zimowych zakupów został oczywiście Ünal Aysal, majętny prezes Galatasaray Stambuł, który zafundował sobie triumfatorów Ligi Mistrzów Wesleya Sneijdera i Didiera Drogbę. Czy jeśli w wyobraźni przytkniecie piłkę kopniętą przez tego pierwszego do głowy tego drugiego, to zaczyna się wam majaczyć awans do ćwierćfinału Champions League? Turkom robi się ciasno w napadzie, przecież jesienią kanonadę na miarę lidera klasyfikacji najskuteczniejszych urządził sobie Burak Yilmaz. Nawiasem mówiąc, ich rywale - Schalke Gelsenkirchen – mają powody, by psioczyć na przepisy pozwalające gruntownie przemeblowywać szatnię w trakcie sezonu. Stambuł rośnie w fortecę, a im właśnie uciekł do Tottenhamu Lewis Holtby, gracz z podaniem zdolnym rozerwać każdą defensywę... Wypożyczenie Michela Bastosa z Lyonu może na rekompensatę nie wystarczyć.

15.14. Transfer, którego zupełnie nie umiem ocenić: niespełna 19-letni rozgrywający Mateo Kovačić wzięty przez Inter Mediolan za 11 mln euro. Kupuje klub zarządzany, delikatnie mówiąc, kontrowersyjnie, ale przychodzi młodzieniec o fantastycznej reputacji. Nie tylko wedle kryteriów czysto sportowych (najmłodszy strzelec gola w lidze chorwackiej, już od dwóch lat regularnie w składzie Dinama Zagrzeb, 12 meczów w Champions League w dorobku), również mentalnych - to wzorowy profesjonalista, z uciech życia korzysta oszczędnie również dlatego, że jest głęboko religijny (były ministrant), kapitanem poprzedniej drużyny został w wieku 17 lat i 82 dni. Włosi twierdzą, że zabiegali o niego również Real Madryt, Chelsea i Manchester United, ale nie dowierzam. Czy gdyby naprawdę intensywnie zabiegali, to klub zwiędłej Serie A miałby szansę? Tak czy owak ciekawość mnie zżera.

15.21. Fraza, której na pewno dzisiaj nie usłyszymy, pomimo unoszącego się zapachu mamony w bardzo silnym stężeniu: „Wybrałem ten klub, bo dawał najwięcej pieniędzy”. Ja chyba nigdy jej nie słyszałem, wszystkimi piłkarzami świata kierują ambicje sportowe albo miłość do barw, wiadoma sprawa. A może wy znacie przypadek (z linkiem poproszę), by ktoś otwarcie wywalił do mikrofonu, że dla szmalu przyszedł grać?

16.04. Dobra okazja, żeby przeprosić za oznajmującą w tonie notkę o Bartoszu Salamonie w Milanie – staram się stąpać po minowym polu plotek i nieplotek transferowych ostrożnie, ale tutaj uwierzyłem ludziom z Brescii, sądziłem też, że klub z San Siro upora się z kwestiami proceduralnymi, które nie pozwalają mu kupować w kraju, a pozwalają wysyłać miliony do Manchesteru. Błąd. Potem czytałem, że Mino Raiola (muszę tego typa kiedyś sportretować, przypomnijcie mi;-)) łazi po Londynie i tam szuka Polakowi pracodawcy, teraz mediolańczycy mają się nim podzielić z Pescarą.

Tak czy owak w styczniu utrzymał się pozytywny trend na wykresie rynkowej wartości polskich piłkarzy. Biorą naszych w wieku szczenięcym, biorą do uznanych klubów i mocnych lig, wreszcie płacą przyzwoite pieniądze. Za 19-letniego Arkadiusza Milika wicelider ligi niemieckiej dał około 3 mln euro, w Bayerze Leverkusen wylądował wcześniej Sebastian Boenisch, w 20-letniego Rafała Wolskiego Fiorentina również zainwestowała 3 mln (plus kontrakt oczywiście), rzeczonego 22-letniego Salamona oglądają raczej firmy mocne niż słabe, Pawła Wszołka ciągnęła Bundesliga... Jeszcze chwila, a reprezentację będziemy składać z naprawdę doborowego towarzystwa, sądząc przynajmniej po markach, pod którymi kopią.

16.33. Wydarzeniem już w sporej mierzy zaledwie przysportowym, bardziej z dziedziny glamour, jest powrót w nasze okolice Davida Beckhama. Ciężko będzie upchnąć go w drugiej linii Paris Saint Germain, ale właściciele klubu wiedzą, co czynią, mamy powody wierzyć blisko 38-letniemu Anglikowi, kiedy zeznaje, że wybierał spośród 12 różnych ofert. To wciąż potężny marketingowy wehikuł, a jeśli szejkowie chcą Paryż – metropolię w Europie czołową, acz futbolowo zaniedbaną – wynieść ponad inne piłkarskie korporacje, nie mogą zawężać perspektywy biznesowej do szerokości boiska. Beckham wylądował tam, gdzie urzędują już dawni znajomi z jego epizodu w Milanie – dyrektor Leonardo i trener Carlo Ancelotti. I cała zgraja innych dużych osobistości – odkąd PSG przed niespełna dwoma laty spadli z nieba Katarczycy, na transfery poszło już ponad ćwierć miliarda euro, a do tego trzeba dołożyć jeszcze pensje, ja nie dołożę, aż tak dobrze nie rachuję. W każdym razie dotąd chyba nikt w piłce nie wydał tak dużo w tak krótkim czasie, bonzowie z różnych Chelsea czy Manchesterów City to przy Nasserze El-Khelaifim dusigrosze. Chyba jednak nie powinniśmy całkiem wykluczać, że pewnego dnia zamachną się na duet Jose Mourinho - Cristiano Ronaldo, oczywiście zamachną się worem szmalu w dziejach transferowego szaleństwa rekordowym.

A Beckham po czołowym zderzeniu z pewnym latającym butem zwiedza wyłącznie metropolie - Madryt, Los Angeles, Mediolan, Londyn (ćwiczył z Arsenalem), Paryż... Światowiec.

16.50. „La Gazzetta” informuje na stronie internetowej, że Salamon jednak w Milanie. Na czołówce.

17.11. Lubię ten argentyński błękit w czarno-niebieskim Interze. Są już: kapitan Javier Zanetti, wicekapitan Esteban Cambiasso, Matias Silvestre, Walter Samuel, Rodrigo Palacio, Ricardo Alvarez, Diego Milito. Wczoraj przybył urodzony w Buenos Aires Ezequiel Schelotto. Latem nadciągnie (już się dogadały kluby) bramkarz Juan Pablo Carrizo. Jeśli mediolańczycy zechcą, to będą mogli chyba całą kadrę meczową uszyć z materiału południowoamerykańskiego – obok Argentyńczyków trenują jeszcze Urugwajczycy, Brazylijczycy, Kolumbijczyk... Zawsze mnie dręczyło, jak w takich prawie monotematycznie obcojęzycznych szatniach ludzie się zmuszają, żeby rozmawiać w języku tubylczym.

17.13. Balotelli przestaje być najdroższą ekstrawagancją stycznia? Willian, który planował ucieczkę na zachód, odwrócił się ponoć na wschód. Ukraińscy piszą, że najlepszy wśród Brazylijczyków z Szachtara Donieck ma pójść do Anży Machaczkała za 35 mln euro. Ligę Mistrzów zamienia na Ligę Europejską, jak się domyślam, ze względów sportowych – zostało więcej rund do końca rozgrywek, więc uznał, że trudniej zdobyć, to dopiero będzie wyzwanie.

17.51. Bayern załatwił sobie Pepa Guardiolę; Borussia Dortmund spróbuje reanimować Nuriego Sahina; Real Madryt zaciągnął między słupki Diego Lopeza (nie wprost informując Antonio Adana, że widzi w nim co najwyżej atrapę bramkarza); Manchester United przygotował przyszły transfer Wilfrieda Zahy; Chelsea łata dziurę po wielkiej klasie Fernando Torresa ściągnięciem Demba Ba; Manchester City uwolnił się od Balotellego; Juventus wynajął Nicolasa Anelkę; o ruchach PSG (jeszcze Lucas Moura wylądował), Interu (jeszcze Zdravko Kuzmanović) czy Milanu (Urby Emanuelson wydalony do Fulham) stoi napisane wyżej; kluby wschodnie również wydziwiają.

Milczy jeden moloch – Barcelona. Z lęku, że znów się nie uda przyswoić obcego (i lepiej nadal promować swoich chłopców)? Z poczucia, że sytuacja jest absolutnie opanowana? Że już nie ma czego polerować, wszystko ma błysk na miarę kolejnego Pucharu Europy?

18.04. Beckham nie weźmie od PSG ani eurocenta. Ogłosił na konferencji powitalnej, że odda pensję na cele charytatywne.

Negocjacje w Mediolanie zakończone. Salamon już oficjalnie w Milanie. Za 3,5 mln euro.

18.37. Jak się wydaje, Milan bierze w Salamonie (przynajmniej na teraz ) obrońcę, nie defensywnego pomocnika. Polak zastąpi w kadrze Francesco Acerbiego. Będzie rywalizował w rewirze teoretycznie najsłabiej obsadzonym, w drugiej linii i napadzie konkurencja wyraźnie mocniejsza. Jeśli mi wolno trochę pofantazjować, to nasza reprezentacja może wkrótce składać się WYŁĄCZNIE z przedstawicieli najmocniejszych lig (nie czepiajcie się detali, spontanicznie zestawiam, bez głębokiego pomyślunku): Szczęsny (Arsenal) – Piszczek (Dortmund), Glik (Torino), Salamon (Milan), Boenisch (Bayer Leverkusen) – Polanski (Hoffenheim), Krychowiak (Reims) - Błaszczykowski (Dortmund), Wolski (Fiorentina), Obraniak (Bordeaux) - Lewandowski (Dortmund). A są jeszcze Boruc (Southampton), Perquis (Betis), Milik (Leverkusen), Sobiech (Hannover). Powtarzam: rynkowo nasi wykonali ostatnio nieprawdopodobny skok. I zwróćcie uwagę na metryki, to wszystko naprawdę młodzi ludzie...

18.44. No musiał się Arsenal ruszyć, dlatego o nim nie wspominałem, pewnie też nie mieliście wątpliwości. Właśnie próbuje wyjąć z Malagi lewego obrońcę Nacho Monreala (a gdzie niby mieliby wyspiarze szukać, jak nie na trawach iberyjskich). Zrozumiałe zabiegi, warto wydać wiele, by już nigdy nie musieć wystawiać Andre Santosa...

Hiszpan ponoć już leci do Londynu, 10 mln ma kosztować.

19.20. Przeskanowałem, co nablogowałem, i za kuriozum dnia uważam – bezapelacyjnie – kontrakt Chrisa Samby. 100 tys. funtów tygodniowo to inaczej 6,07 mln euro rocznie, czyli, tutaj poprawka, wręcz więcej niż pensja najwyżej wycenianych w Serie A Buffona i De Rossiego. I zapewne więcej niż płacił jakikolwiek klub jakiejkolwiek ligi świata sklasyfikowany na ostatnim miejscu w tabeli, zagrożony następującą po degradacji utratą ogromnych wpływów z praw telewizyjnych... Nawiasem mówiąc, Tony Fernandes, malezyjski właściciel QPR, jednak szejkom czy innym poradzieckim oligarchom ustępuje, według nie tak starych danych „Forbesa” zgromadził „tylko” 400 mln. Dolarów, nie euro.

20.27. Wstyd się przyznać, przegapiłem istotny drobiazg - otóż kilka dni temu wspomniane Anży Machaczkała umówiło się z Racingiem Club na przejęcie Adriana Centuriona, kolejnego cudownego dziecka argentyńskiego futbolu, za którym łaziły duże zachodnie firmy. Zapłaciło 7,5 mln euro, 19-latek przyleci po sezonie, a klub z Dagestanu kontynuuje politykę importowania niemal wyłącznie obcokrajowców spoza Europy - teraz bierze wspomnianego Brazylijczyka Wiliana, trzyma już jego rodaków Joao Carlosa, Jucileia i Ewertona, ma też Marokańczyków Mbarka Boussoufa i Mehdiego Carcelę-Gonzaleza, Kameruńczyka Samuela Eto’o oraz Lacinę Traore z Wybrzeża Kości Słoniowej. Tylko Lass Diarra pochodzi z Francji, ale i on jest czarnoskóry, co podkreślam dlatego, że liga rosyjska boryka się z zarazą rasizmu, jak wiadomo, poważną.

Ciekawe tylko, kto obejmie władzę nad nimi wszystkimi po sezonie, w przededniu prawdopodobnego debiutu w Lidze Mistrzów – Guus Hiddink już zapowiedział, że kończy karierę trenerską.

20.35. Czytelnikowi @salamander8 opowiadającemu na forum o Sambie z czasów Blackburn daję uroczyste słowo honoru, że doskonale kojarzę jego występy w lidze angielskiej, co więcej, bardzo ceniłem grę Kongijczyka. Tu nie chodzi o niego, tu chodzi o ostatnią drużynę w tabeli, która funduje sobie jednego z najlepiej zarabiających obrońców świata - ilu przytula więcej? Pięciu? Siedmiu? - choć jej budżet płacowy wykracza już poza roczne przychody. Finansowa Fair Play nie ma sensu ani, jak sądzę, szans powodzenia.

21.10. Takie tam cytaciki, czyli słuchajcie, co mówią, a z pewnością zabłądzicie. Berlusconi (Milan) przed kilkoma tygodniami o Balotellim: „To zgniłe jabłko”. Ancelotti (PSG) w grudniu o Beckhamie: „Nie jesteśmy zainteresowani”. Redknapp (QPR): „Mamy stadion na 18 tys. ludzi i nie powinniśmy płacić wysokich pensji”.

A nasz Salamon gada Włochom, jak bardzo chce poznać Balotellego. Powiało grozą. Oby też ściemniał.

21.31. Mircea Lucescu, trener Szachtara Donieck, potwierdza, że traci Williana. Za 35 mln. Jutro brazylijski bohater jesieni w Lidze Mistrzów ma przejść testy medyczne w Anży. Szkoda, że akurat teraz. Planowałem zobaczyć go w marcu na żywo, z dortmundzkich trybun... A zobaczę pewnie jego następcę i rodaka Taisona, ściągniętego z Metalista Charków za 20 mln. Nie bawią się tam za drobne, na tym dzikim wschodzie.

22.07. Barcelona postanowiła przypomnieć, że istnieje. Pożycza Ajaksowi Amsterdam Isaaca Cuenca, tego skrzydlatego chłopca, o którym mogliście zapomnieć, leczył się ostatnio. Oba kluby będą mu płacić po połowie pensji.

Ale generalnie trochę nużąco, bezruch zapanował wieczorem. Przydałoby się jakieś grubokościste, tłuszczem kapiące transferowe mięcho. Mógłby Harry Redknapp Małeckiego podebrać Wiśle, na niego starczyłoby i ćwierć poborów Samby przecież, albo Smudę wyjąć na szefa banku informacji czy informatyzacji nawet, cokolwiek niech się podzieje. No, może nie cokolwiek, łamańce jak przygarnięcie Luki Gusicia do Podbeskidzia sobie wypraszam, trzeba się szanować przynajmniej na poziomie pozorów.

22.35. Kosmiczne jaja wymalował, a może raczej rozbił Peter Odemwingie. Musiał usłyszeć, na ile naciągnął właściciela QPR Chris Samba, bo pojechał na Loftus Road wbrew woli swojego aktualnego klubu. Zdążyć przed dedlajnem Nigeryjczyk chciał, sami rozumiecie. Nie docenili londyńczycy determinacji, nie wpuścili go do budynku.

23.40. Sorry, trochę się oddaliłem mentalnie. Zacząłem planować podróż do Brescii, toż trzeba tambylców powypytywać o naszego zucha w okolicach, w których spędził szmat czasu;-) Tylko nie wiem, kiedy uderzać, trudny wybór.

Tymczasem Real Madryt nabył 21-letniego Casemiro – środkowego pomocnika ponoć wyjątkowo wszechstronnego, i pomysłowego z piłką, i agresywnie broniącego bez piłki. Już debiutował w dorosłej reprezentacji Brazylii, białą koszulkę ma na razie zakładać tylko w rezerwach. Co przypomina nam, że Real jest też przegranym transferowego stycznia – znów nie zdołał wygonić Kaki.

23.51. Nakarmcie oczy dla relaksu. Estetyczna satysfakcja gwarantowana.

00.15. Arsenal potwierdza, zaciągnął na lewą obronę Nacho Monreala. Piłkarze nadal wyfruwają z przywalonej gargantuicznym zadłużeniem La Liga, gdyby Hiszpanie nie mieli systemu edukacji na fantastycznym poziomie, to już by chyba nie istnieli. Poza Barceloną i Realem Madryt oczywiście, te stwory lewitują w innej galaktyce.

Szkoda, że Tottenham nie dorwał podbramkowego predatora, fajny szwadron tam montują. Umieją grać te ich młode i głodne wilczki.

Tagi: transfery
13:48, rafal.stec
Link Komentarze (72) »
środa, 30 stycznia 2013

Przed kilkoma laty postanowiłem dla dziennikarskiej zgrywy wystartować w mistrzostwach Polski w łyżwiarstwie figurowym. Choć na lodzie utrzymuję się zaledwie jako tako, mierzyłem w medal. Z banalnego powodu - solistów nie wystarczało na obsadzenie całego podium, w konkurencji mężczyzn przyznawano tylko złoto i srebro, więc nawet ostatnie miejsce w zawodach gwarantowałoby mi brąz.

Potem oczywiście opowiedziałbym o wszystkim na łamach.

Plany porzuciłem, gdy okazało się, że do bycia sklasyfikowanym trzeba wykonać trudny program obowiązkowy, to mogłoby oznaczać dla amatora salto mortale. Tamten epizod utkwił mi jednak w pamięci jako świadectwo kuriozalności systemu, który państwowymi dotacjami karmi nawet dyscypliny niemal nieistniejące. W łyżwiarskich tańcach oraz parach sportowych rozdano wówczas... jedynie złote medale. Słowem, wystarczało być, by zostać mistrzem Polski.

Wtorkowa decyzja minister Joanny Muchy, by sporty zhierarchizować, ma pomóc w zdemontowaniu systemu. Dyscypliny wyróżnione jako strategiczne, dające nadzieję na sukces (kajakarstwo, kolarstwo, lekkoatletyka, narciarstwo, pływanie, podnoszenie ciężarów, wioślarstwo, zapasy, żeglarstwo) będą finansowane priorytetowo, dyscypliny poboczne (m.in. wrotkarstwo, kendo, płetwonurkowanie, psie zaprzęgi) stracą najpierw połowę, a w przyszłym roku całą dotację. Podobnie podzielone zostaną gry zespołowe.

„Pokrzywdzeni” się oburzyli i straszą, że ich pozbawione datków sporty padną. Wierzę im. I serdecznie życzę inwencji, dzięki której wpadną na spektakularne pomysły rozwijania swoich dyscyplin, przede wszystkim poprzez szkolenie młodzieży. Dla wizjonerów ministerstwo zostawiło 15 mln zł rezerwy.

W „Gazecie” od wielu lat apelowaliśmy, by zerwać z przekonaniem, że każdy, kto wyfantazjuje sobie wyczynowe uprawianie jakiejś konkurencji, choćby najbardziej ekscentrycznej, zasługuje na wsparcie państwa. Jeśli chcemy inwestować wydajnie, naloty dywanowe, czyli zasypywanie pieniędzmi całego pejzażu sportowego, musimy zastąpić bombardowaniem precyzyjnym, czyli atakowaniem konkretnych celów.

Można - nawet trzeba - dyskutować, czy ministerstwo obrało je właściwie. Czy państwo nie powinno przesunąć uwagi ze sportu wyczynowego (wyda nań w tym roku 175 mln zł) na upowszechnianie amatorskiego. Nade wszystko budować boiska, hale, pływalnie i korty, zwalczać marginalne znaczenie lekcji WF-u. Sam sprzeciwiam się m.in. finansowaniu piłki nożnej, choć uważam ją za najpiękniejszą z gier. Futbol jest najpopularniejszy, zaludniony przepłacanymi dyletantami, ma wciąż niewykorzystany potencjał marketingowy; mnóstwo pieniędzy płynie doń przez samorządy, w prezencie dostał już „orliki” i nowoczesne stadiony; PZPN zgromadził na koncie 40 mln zł rezerw, i to pomimo nienasycenia dojących związek działaczy.

Polskiemu sportowi nie brakuje pieniędzy, ale know-how. Rozwiązań jak te z Czech, w których np. każdy dorosły tenisista musi oddawać do klubów 25 proc. zarobionych na korcie nagród. Kiedy zatem Petra Kvitova wygrywa Wimbledon, pół miliona euro idzie na szkolenie najzdolniejszych juniorów, którzy często za treningi nie płacą wcale. My cierpimy na mentalny uwiąd, bowiem działaczy przez dekady rozleniwiało absolutne bezpieczeństwo. Za nic nie odpowiadali, pieniądze spadały z nieba, nawet ostatni partacze bywali za karę w najgorszym razie przesuwani na inny, równie wygodny odcinek. Jak na tamtych łyżwiarskich mistrzostwach, w których wystarczyło wystartować, by zdobyć medal.

19:59, rafal.stec
Link Komentarze (21) »
wtorek, 29 stycznia 2013

Jego Złotoustość zamilkł. Odkąd na przedmeczowych konferencjach prasowych Realu Madryt przemawiają – być może wbrew woli trenera, zdecydowali klubowi przełożeni – piłkarze, José Mourinho konferencje bojkotuje. Bez wątpienia cierpi, to orator zbyt namiętny i filozof zbyt skłonny do obdarowywania swoją myślą innych, by połknięcie knebla nie było dlań aktem heroicznym.

Zgubił też Jego Złotoustość kontakt z szatnią – jeśli nie z całą, to przynajmniej ze znaczącą jej częścią. Stracił wreszcie kontrolę i autorytet – jeśli nie całkiem, to przynajmniej w sporej mierze. Hiszpańskim brukowcom sportowym odruchowo nie wierzę, „Marca” przez lata skutecznie wpajała mi, że kłamie nałogowo i bezwstydnie, ale tym razem ulegam mnogości poszlak, które aż krzyczą, że w Realu trwa wojna domowa.

Właściwie do tego przywykliśmy, na Santiago Bernabeu to wszak okresy spokoju są stanem wyjątkowym, tam nawet trenerów zwycięskich traktuje się z buta (Fabio Capello), a rzetelną pracą gardzi (Manuel Pellegrini), tam niemal zawsze bossowie na szczytach szarpią się o władzę, a kiedy się zapomną i ucichną, napięcie natychmiast podnosi znudzona monotonią codzienności prasa. Teraz zaskakuje tylko skala. Skoro nad brakiem porozumienia trenera z piłkarzami publicznie rozpacza już Sara Carbonero – telewizyjna prezenterka, prywatnie partnerka Ikera Casillasa – to znaczy, że kapitana drużyny przed rozpalaniem złych emocji nie powstrzymuje nawet poczucie odpowiedzialności za wynik i świadomość, że sportowego celu – na miarę Ligi Mistrzów! – nie wolno poświęcać dla wygrywania prywatnych porachunków. Gdyby bramkarz wzdychał przy domowej kolacji, że niezbędne dla zwiększenia szans na sukces zdaje mu się przynajmniej tymczasowe zawieszenie broni, to Carbonero dobierałaby słowa ostrożniej. Doprawdy, musiał Mourinho narazić się madryckim gwiazdorom śmiertelnie.

Sceny kulminacyjne dopiero przed nami. Od jutrzejszego El Clasico rozpocznie się miesiąc (z niewielkim okładem), jakiego najstarsi nawet fani Królewskich mogą nie pamiętać. Barcelona, Manchester United, Barcelona, Barcelona, Manchester United. Przedzielone pomniejszymi potyczkami pięć starć wagi superciężkiej, a każde będzie zbliżać nas do puenty - i w opowieści o wielkim sporcie, i w komedii charakterów. To lubię najbardziej, rywalizacja wybitnych piłkarzy fascynuje, ale rywalizacja wybitnych piłkarzy wpleciona w teatr zamaszystych ludzkich zachowań fascynuje absolutnie.

Dramaturgicznie zepsuć się już tego nie da. Jeśli Real poprzegrywa, Mourinho wyleci najpewniej już w marcu, a jeśli wyleci, to na pewno nie potulnie, jego antagoniści też dadzą ognia, zapowiada się show nie do zapomnienia. Jeśli Real powygrywa – zwłaszcza dwumecz z liderem Premier League – Portugalczyk nadal będzie parł ku dekadzie, jakiej nie miał żaden w historii - zaznaczonej mistrzostwem Portugalii, Anglii, Włoch i Hiszpanii oraz triumfem w Champions League z trzema różnymi klubami. Możliwe jest wszystko, madryckiej awanturze towarzyszą ogromne wyrwy w składzie, którym los oszczędził Barcelonie i Manchesterowi. Jutro zabraknie przecież Casillasa, Pepe i Sergio Ramosa, a żaden godnego zastępcy nie ma. Defensywa została rozbrojona. Przynajmniej w teorii. Wyobrażacie sobie satysfakcję portugalskiego trenera, gdyby powiodło mu się bez zbuntowanego bramkarza?

Jeśli prześledzić El Clasico za kadencji Mourinho, okaże się, że Real w zmaganiach z Katalończykami robi ciągłe postępy, od pięciobramkowej klęski doszedł do fazy dość regularnego wygrywania lub nieprzegrywania. Jeśli natomiast prześledzić styczeń 2013, okaże się, poraniony Real wygląda na początku roku być może wręcz najsilniej w Europie - wszystkich poza Osasuną hiszpańskich rywali miażdżył wielobramkowo. Królewscy wciąż umieją sunąć jak czołg wyładowany działami potężnego kalibru. Czołg, wewnątrz którego trwa strzelanina.

niedziela, 27 stycznia 2013

Jezus (z Belo Horizonte) jako Ronaldinho. Fot. Leo Fontes, AP

Gdyby firma Deloitte, co sezon hierarchizująca piłkarskie przedsiębiorstwa według kryteriów biznesowych, rozszerzyła badania na wszystkie kontynenty, Europa mogłaby się poczuć jeszcze bardziej zagrożona. Do elity najbogatszych – reklamowanej jako Football Money League – wtargnęłoby brazylijskie Corinthians, które z 118 mln euro rocznego przychodu zajmowałoby 18. miejsce, tuż nad Valencią oraz Napoli, a nieco niżej zmieściłyby się w raporcie jeszcze Săo Paulo oraz Santos. Oszałamiający, 62-procentowy wzrost deklarują zwłaszcza ci ostatni, których od lat stać na zatrzymywanie Neymara, pożądanego przez najpotężniejsze firmy, z Barceloną i Realem Madryt na czele.

Choć brazylijska gospodarka zwolniła, brazylijski futbol nadal się ekonomicznie rozpędza, wykorzystując sprzyjającą koniunkturę związaną z organizacją przyszłorocznych mistrzostw świata. Sponsorzy lgną do rodzimych boisk jak nigdy, modernizowane lub budowane od gołej ziemi stadiony ładnieją, cała liga osiągnęła w 2011 roku miliard dolarów przychodu. A ponieważ gospodarka generalnie potężnieje (wyprzedziła brytyjską), ponieważ współtworzy jej sukces 200-milionowa populacja, dynamiczny rozrost klasy średniej i ogólnonarodowa futbolowa szajba, to kanarkowe piłkokopanie powinno wchodzić w złoty wiek. Znaczy – jeszcze bardziej złoty niż minione.

Niestety, sielankowo mają się wyłącznie księgowi. Z czego mógł zdać sobie sprawę każdy, kto zarywał noce, by rzucić okiem na mistrzostwa Ameryki Płd. dwudziestolatków. Z fazy grupowej nie wygramolili się tam ani Argentyńczycy, ani Brazylijczycy, przez co niebawem odbędzie się pierwszy w historii futbolu mundial – na razie młodzieżowy – bez obu tradycyjnych supermocarstw. Trzęsienie muraw z wyżyn skali Richtera, jeśli Andy nadal stoją, to ani chybi zaraz się zapadną.

***

Klapę argentyńską zniosłem spokojniej, im już sama wszechobecność Leo Messiego powinna wystarczyć, by uznać, że żyją w całkiem przyjemnych czasach. Inaczej Brazylijczycy, którzy na kontynentalnych mistrzostwach chłopiąt do lat 20 bronili tytułu, tytuł brali tam notorycznie, z podium nie schodzili od przeszło trzech dekad. Oni nie mają już gdzie spojrzeć, by poczuć sportową satysfakcję.

Z dwóch ostatnich mundiali dali się wykopać w ćwierćfinale, nie zmusili nawet rywali do wzlotu na wyjątkowy poziom – w RPA potentaci przegrali, gdy Felipe Melo władował pierwszego w historii mundiali brazylijskiego samobója, a potem przyjął czerwoną kartkę za tępą brutalność. Z Copa América „Canarinhos” też wylecieli w ćwierćfinale, też w podłych okolicznościach – w grupie wybiedzili jedno zwycięstwo, potem przez 120 minut mordowali się bezbramkowo z Paragwajem, by następnie spudłować ze wszystkich (!) rzutów karnych i zakończyć turniej na pozycji ósmej, najniższej w dziejach. Nie umieli wygrać nawet marnego turnieju olimpijskiego, choć się zawzięli, choć zaciągnęli do Londynu dorosłe gwiazdy – Thiago Silvę, Marcelo, Hulka. Wreszcie w rankingu FIFA uklękli Brazylijczycy na historycznym dnie – niech sobie stojący za nim algorytm zniekształca boiskową prawdę, 18. miejsce i tak pozostanie zawstydzające dla drużyny, która nigdy wcześniej nie wypadła z czołowej dziesiątki.

Ostatnio ta drużyna coraz częściej robi jednak przede wszystkim za dojną krowę wysyłaną na tłustopłatne sparingi. Piłkarze czasem uczczą reżim Roberta Mugabe, okładając workiem goli Zimbabwe, czasem pospacerują sobie towarzysko z Tanzanią, czasem na neutralnym, zazwyczaj egzotycznym terenie poznęcają się nad Irakiem lub Chinami. Działacze liczą szmal, a reprezentację toczy permanentny chaos. Właśnie okazało się, że czas po spartaczonym mundialu został przeputany, federacja wylała selekcjonera Mano Menezesa, który sytuacji nie opanował w żadnym rewirze – między słupki wepchnął do testów dwunastu bramkarzy, nie zdołał ukształtować stabilnego, kreatywnego środka pola, nie znalazł zabójczego goleadora.

***

O tamtejszej kadrze moglibyśmy opowiadać wielotomowo, to byłby fascynujący thriller pełen absurdalnych zwrotów akcji z bogatym tłem politycznym, o Seleçăo dbają przecież najszacowniejsze osobistości w państwie, aktywnie udzielał się były pan prezydent Lula, aktywnie udziela się obecna pani Dilma Rousseff. I jeszcze panuje pełna wspólnota poglądów, każdy, bez względu na przynależność partyjną, głosuje za odzyskaniem przez Brazylię w 2014 roku mistrzostwa świata.

Ale kryzys widać nie tylko w niepowodzeniach zbiorowych, czyli reprezentacyjnych, kryzys chyba jeszcze wyraźniej widać w ruchach jednostek. Niemrawych. Coraz rzadziej wykonywanych na najważniejszych stadionach. Coraz rzadziej międzynarodowo oklaskiwanych. W najnowszym plebiscycie na najlepszego gracza globu zaistniał jeden Neymar, i to zaistniał drugoplanowo, na miarę zaledwie 13. pozycji – a mówimy tutaj o głosowaniu, w którym brazylijski futbol dotąd zawsze wdzięczył się w czołowej dziesiątce, zwyczajowo tańcząc na szczytach, raz proponując Ronaldo, innym razem Rivaldo, a jeszcze innym Ronaldinho, ewentualnie podsuwając Kakę. Złota Piłka goniła Złotą Piłkę, odkąd zaczęliśmy rozdawać ją nie tylko Europejczykom, władzę nad nią przejęli kanarkowi.

Dziś nawet nie aspirują. Owszem, graczy obronnych – lub z założenia obronnych, acz z niepohamowanymi skłonnościami do ataku – nadal mają wspaniałych. Thiago Silva uchodzi za specjalistę od przyskrzyniania napastników najskuteczniejszego na planecie, wielkie kluby polegają też na Marcelo, Rafaelu, Dantem, Davidzie Luizie, być może zdoła jeszcze odzyskać moc Dani Alves. Kiedy przeniesiemy się jednak na drugi kraniec boiska, kolor kanarkowy blaknie. Albo wręcz znika.

***

W żadnej z najbardziej renomowanych lig europejskiej Brazylijczyk nie zabiega o tytuł króla strzelców. Najskuteczniejszy w hiszpańskiej Léo Baptistăo uciułał sześć goli dla Rayo Vallecano, od czołówki dzieli go otchłań. Najskuteczniejszego w niemieckiej – Diego z Wolfsburga – wyszukamy dopiero w trzeciej dziesiątce listy snajperów. Najskuteczniejszego w angielskiej – Ramiresa z Chelsea – w ósmej dziesiątce. Nieco wyżej plasuje się we włoskiej Hernanes z Lazio, lecz i on nie ma śladowych szans, by podejść pod podium. Liga francuska? Też trzeba kopać głęboko, aż dotrzemy do pięciu bramek Michela Bastosa z Lyonu. Zapomnijmy na chwilę o karczowaniu amazońskiej dżungli, karczują też brazylijskie murawy. Z talentu.

W klasyfikacjach asyst nie wypadają Brazylijczycy okazalej, sami ich porywających, nieopisywanych w statystykach ofensywnych figur też nie pamiętamy – wyjąwszy może epizody Ligi Mistrzów, z kopnięciami Oscara z Chelsea i kanarkową wyspą z Doniecku – bowiem największe firmy się od nich odwróciły. Puchnące finanse brazylijskich klubów wszystkiego nie wyjaśniają, skoro powrotom wielu bohaterów do ojczyzny towarzyszy westchnienie ulgi europejskich pracodawców. Nie wytrwali w profesjonalnej wstrzemięźliwości do końca karier Ronaldinho czy Adriano, nie zdołali podbić naszego kontynentu Fred, Elano czy Jo, madrycki Real chętnie pozbyłby się balastu w osobie Kaki, włoski Milan przepędził kruchego Pato. I przepędziłby również wiecznie rozchwianego – emocjonalnie i sportowo – Robinho, gdyby ten efekciarski drybler nie przykleił się do wysokiej pensji.

Kiedy agencje badawcze donosiły, że Argentyna zdystansowała sąsiada z północy jako największy eksporter piłkarzy, odruchowo tłumaczyłem to jej nową taktyką sprzedaży (coraz młodszymi młodymi zaczęły handlować prywatne szkółki, bez pośrednictwa klubów i menedżerów) oraz rosnącą wartością brazylijskiej waluty. Aż ponownie nastał czas selekcjonera Felipe Scolariego, który postanowił ocalić reprezentację „Canarinhos” powołaniem 33-letniego Ronaldinho. W Atletico Mineiro ostatnio fruwającego, ale niedającego żadnej pewności, że w poważnej grze w ogóle oderwie się od ziemi.

piątek, 25 stycznia 2013

El Clasico, FC Barcelona, Real Madryt

Długo łudziłem się, że Malaga wydusi przynajmniej dogrywkę, ale nie, cuda się nie działy, Barcelona nawet w niemrawym usposobieniu i z niemrawym Messim kropnęła cztery gole, awansowała przed chwilą do półfinału Copa del Rey, a tam już czeka Real Madryt. Obejrzymy zatem co najmniej 16 meczów będących największą futbolową superprodukcją naszych czasów na dystansie zaledwie dwóch lat - dziś pojęciem „El Clasico” operuje cała ludzkość, ale podejrzewam, że dekadę temu znał go najwyżej promil kibiców.

16 meczów w 2 lata? Zdaje mi się to serią nieledwie rekordową, sam sprawdziłem tylko, ile razy w tym okresie mierzyły się ze sobą Chelsea z Manchesterem United - też miałem wrażenie, że wpadają na siebie notorycznie. Doliczyłem się 12 starć, królewscy z Katalończykami biją wszystkich. I to nie dzięki agresywnemu marketingowi, lecz rozstrzygnięciom sportowym - wytrzymują do ostatnich rund w rozmaitych rozgrywkach, więc na siebie w końcu wpadają, inaczej się nie da. Niewykluczone, że tempo utrzymają lub jeszcze podniosą, w końcu wiosną mogą zderzyć się w Lidze Mistrzów.

I na razie nie ma sensu biadać, że lud się znudzi, odwróci oczy od telewizora, przeżarty do nudności pójdzie sobie precz, a biznes zdechnie. Canal+ rozesłał dziś informację, że w niedzielę będzie transmitował „małe” El Clasico - drugoligowe, rozgrywane przez rezerwy Barcelony i Realu. Wiedzą chłopy, co robią, oglądalność raczej wzrośnie niż spadnie. Widownia jamę chłonącą ma szerokopasmową, wystarczy przypomnieć sobie, jak często grają ze sobą bohaterowie koszykarskiej NBA - a grają niekiedy nawet 11 razy w sezonie, wyjąwszy oczywiście sparingi. Gdybym robił w dziale marketingu, doszedłbym do wniosku, że El Clasico nadal sprzedajemy, pomimo ostatnich postępów, zdecydowanie za rzadko.

 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum
Tagi