RSS
poniedziałek, 30 stycznia 2012

Piłka nożna, kobietom wstęp wzbroniony

Rozmyślam, o co chciałbym zapytać Magdalenę Środę (choć nadal nie wiem, czy zgodzi się na obiecywany przeze mnie wywiad, na razie nie sprawdzałem), wędruję po serwisach poświęconych futbolowi dziewcząt i rzuca mi się w oczy, jak niewiele tam trenerek.

Z 32 drużyn tegorocznej Ligi Mistrzów tylko cztery prowadzą kobiety (w dodatku prędko poodpadały z rozgrywek) - w pozostałych rządzą faceci. Z 16 reprezentacji uczestniczących w ostatnim mundialu tylko pięć prowadziły kobiety - w pozostałych rządzili faceci. Liga polska? Też haniebnie mało szefowych, zaledwie jedna - i nie wiadomo, czy się ostanie, bo jej TS Mitech Żywiec wystaje ledwie punkt ponad strefę spadkową. Nasza reprezentacja kraju? Selekcjonerki nie miała nigdy, zawsze kierował nią samiec.

O siatkówce to już w ogóle szkoda gadać. Ani jednej szefowej nie było na wrześniowych mistrzostwach Europy, ani jednej nie ma w naszej lidze (choć Małgorzata Niemczyk próbowała), zresztą w całym tym środowisku Serbka Swietłana Ilic, Chinka Lang Ping czy Austriaczka Therese Achammer stanowią wyjątki absolutnie unikalne. Babom rozkazują chłopy.

Jaki parlament, jakie zarządy firm - horrendalna płciowa nierównowaga to panuje dopiero na kierowniczych stanowiskach w sporcie. Aż dziwne, że feministki oraz walczące o prawa kobiet niefeministki jeszcze nie zajęły się tak jawnym przejawem masowej dyskryminacji. Gdyby się zajęły, to nie musiałbym dziś samemu łazić po labiryntach internetu, żeby dowiedzieć się, czy w jakimkolwiek zawodowym sporcie istnieje drużyna mężczyzn, którą rządzi kobieta.

A może wy wiecie, czy istnieje?

*Gdyby ktoś nie kojarzył, skąd pożyczyłem tytuł, niech kliknie tutaj.

17:58, rafal.stec
Link Komentarze (28) »
niedziela, 29 stycznia 2012

Udinese, Serie A

Turyńczycy pokonali Udinese i chyba ostatecznie rozwiali nadzieje, że w wielkim europejskim futbolu, zdominowanym przez metropolie, zaistnieje w tym sezonie niebogaty klub z małego miasta.

W Anglii o tytuł ścigają się potężne korporacje z przemysłowego Manchesteru, za którymi próbują nadążyć przedstawiciele aglomeracji londyńskiej. Hiszpania tradycyjnie żyje konfliktem barcelońsko-madryckim. W Niemczech najbogatszy Bayern z ponadmilionowego Monachium próbuje zdetronizować Borussię z leżącego w Zagłębiu Ruhry Dortmund. Francja nie uniknie raczej oglądania triumfującego, tuczonego bliskowschodnim kapitałem naftowym Paryża. Słynne firmy ze stołecznych oraz największych miast walczą o mistrzostwo także w Portugalii (Lizbona i Porto), Rosji (Sankt Petersburg i najludniejsza na kontynencie Moskwa), Turcji (Stambuł) czy Grecji (Ateny). Wielkomiejskie drużyny panują wszędzie, wyjąwszy tylko kraje metropolii pozbawionych.

Jedna liga włoska dawała ostatnio nadzieję, że oligopol mediolańsko-turyński naruszy klubik prowincjonalny, żyjący z umiejętnego wyławiania talentów, wychowywania ich na znakomitych graczy, a potem eksportowania do bogatszych firm. Jego model biznesowy i w ogóle innowacyjność budzi zazdrość ponad granicami - dzięki rozrzuconej po całym globie siatce 50 skautów (każdy ma pod sobą nawet setkę lokalnych współpracowników) Udinese znajduje świetnych młodych na mniej obleganych rynkach, a gargantuicznie rozrośniętą, liczącą dziesiątki nazwisk listę płac odchudza wypożyczaniem ich do innych klubów. Stale współpracuje np. z hiszpańską Granadą, której posyła niekiedy nawet kilkunastu zatrudnionych przez siebie piłkarzy. A jak odkrył 16-letniego wówczas Chilijczyka Aleksisa Sancheza (strzela dziś dla Barcelony), to najpierw pozwolił mu się rozwijać w przyjaznym otoczeniu południowoamerykańskim - oddawał go kolejno do ojczystego Colo Colo i argentyńskiego River Plate.

Kiedy w zeszłym sezonie piłkarze z Udine przeciwstawiali się potentatom (3:1 z Interem, 2:1 z Juventusem, wyjazdowe 4:4 z Milanem) i awansowali do kwalifikacji Ligi Mistrzów, nie było wiadomo, czy nie wzlecieli na chwilę. Minionej jesieni ich popisy sugerowały jednak, że trener Francesco Guidolin zbudował coś trwalszego. I groźnego dla potęg.

Choć przed sezonem zwierzchnicy sprzedali mu gwiazdę (wspomniany Alexis Sanchez) i innych ważnych graczy (Inlera oraz Zapatę), to jego drużyna utrzymała tempo z wiosny. Znów wtargnęła do ścisłej czołówki, długo miała najszczelniejszą defensywę w Serie A, na San Siro przetrwała mecz z Milanem (1:1) i pobiła Inter (1:0). Włosi zaczęli szeptać, że sensacja jest możliwa. Oni ostatecznego ligowego triumfu tak „małej” drużynki nie widzieli od roku 1985, w którym mistrzem zostało Hellas Werona. Co więcej, gdyby do wspomnianej sensacji doszło, stutysięczne Udine stałoby się najmniejszym mistrzowskim miastem we Włoszech po wojnie. Inna sprawa, że piłkarze - pomimo atrakcyjnego stylu gry - wyobraźnią tubylców nie zawładnęli. Właściciel klubu Giampaolo Pozzo obniżył niedawno ceny biletów, by wreszcie wypełnić 30-tysięczny stadion. Zirytował się, że tylko rywale z Serie A mają na swoim boisku przewagę - zawdzięczają ją właśnie namiętnie dopingującym fanom. - Niech i moi chłopcy wreszcie poczują, że grają u siebie - mówił.

Jeśli gracze Udinese naprawdę śnili - publicznie się do tego nie przyznawali - o tytule, to w sobotę zostali chyba ostatecznie wybudzeni. Ostatnio zwolnili, ale przed szlagierem w Turynie wiedzieli, że zwycięstwo pozwoli im doścignąć lidera.

Przegrali. Zderzyli się z rywalem śrubującym klubowy rekord - Juventus pozostaje niepokonany w 20 pierwszych kolejkach ligi, czego nie dokonał nigdy. Z rywalem, który nie zachwyca wyrafinowanym sposobem gry, lecz wymusza zwycięstwa dzięki zaangażowaniu w walkę, końskiej kondycji, niezłomności. Choć zarażający otoczenie swoją pasją Antonio Conte błądził i musiał w trakcie rozgrywek modyfikować obraną taktykę, to powoli rozbłyskuje w Italii na wschodzącą trenerską gwiazdę. Po dwóch sezonach wstrząsających (zakończonych na siódmym miejscu) wymagano od niego tylko, by dopchnął drużynę - wpędzaną w chaos transferową szamotaniną i eksperymentowaniem ze szkoleniowcami - na podium. A on nie tylko zmierza po tytuł. Kilka dni temu rozprawił się z Romą w ćwierćfinale Pucharu Włoch, którego Juventus nie zdobył od 1995 roku. A w sobotę złościł się, że jego rozochoceni gracze nie kontrolowali siebie i po objęciu prowadzenia nadal nacierali.

Goście być może by przetrwali, gdyby przeciwników nie ocalił Gianluigi Buffon, ostatnio znów zjawiskowy, znów uwijający się jak najwybitniejszy bramkarz nie tylko Serie A. Goście być może by przetrwali, gdyby z powodu Pucharu Narodów Afryki nie opuścili ich obrońca Mehdi Benatia i pomocnik Kwadwo Asamoah. I gdyby nie zawiódł Antonio di Natale.

Ten niziutki, 34-letni napastnik też dodaje swojej drużynie - zwanej „Le Zebrette”, czyli małymi zebrami - uroku. Rozkwitł dopiero jako weteran, właśnie mknie ku trzeciemu tytułowi króla strzelców z rzędu (po wojnie dokonali tego tylko fenomenalni Gunnar Nordahl i Michel Platini), niedawno odrzucił ofertę Juve, bo wolał zarabiać mniej, ale zostać w Udine. Do turyńczyków ma pecha. W bieżącym sezonie zdobył bramkę w meczach ze wszystkimi zespołami, które przyjeżdżały (także w europejskich pucharach!) na jego stadion, wyjąwszy właśnie Juventus. Dlatego ostatniej ofiary miał dopaść na wyjeździe - Włosi dyskutowali o tym od kilku dni.

Nie dopadł, choć okazję miał. I jego klubowi - na pensje wydaje ledwie 21 mln euro rocznie, co jest 14. wynikiem w lidze - trudno będzie rzucić się w pościg za uciekającym duetem Milan - Juve. Ale utrzymanie się na podium też byłoby wyczynem imponującym. Choć hiszpańskie Villarreal - pochodzące z miasteczka jeszcze mniejszego - potrafiło niedawno doskoczyć nawet do półfinału Champions League, to Udinese fruwa dłużej. Na pułapie Serie A - nieprzerwanie od 16 lat (jako jedyny klub obok rzymskich i mediolańskich). Ba, średnio co drugi sezon umila sobie zabawą w europejskich pucharach.

20:48, rafal.stec
Link Komentarze (18) »
sobota, 28 stycznia 2012

Bundesliga, Ariel Borysiuk, Robert Lewandowski, Kuba Błaszczykowski, Łukasz Piszczek

Były kiedyś boiska Bundesligi najbardziej nam przyjazne wśród zagranicznych, właściwie od dzieciństwa śledziłem dokonania wyróżniających się tam rodaków, dopiero na początku bieżącego stulecia stopniowo traciliśmy w niemieckim futbolu wpływy, aż przed kilkoma laty kompletnie zniknęliśmy - zdarzały się weekendy, w których na murawę wybiegał pojedynczy Krzynówek czy inny Błaszczykowski, nierzadko dopiero po przerwie, wyskakując z rezerwy. Wydawało się, że nieuchronnie nadciąga bundeskolejka bez jednego choćby Polaka w grze.

Trend odwrócili Lewandowski z Piszczkiem. Półtora sezonu temu. To oni stworzyli - wraz z Błaszczykowskim - polskojęzyczny tercet, jakiego Bundesliga nie widziała nigdy. Owszem, bywało, że nasi się w jakimś klubie tłoczyli, u schyłku lat 90. Wolfsburg zatrudniał przecież naraz Juskowiaka, Nowaka i Krygera, a później jeszcze Wałdoch z Hajto tworzyli czołową parę obrońców w Schalke. Nasi dortmundczycy przebili wszystkich - zdobyli mistrzostwo, z powodzeniem mkną ku obronie tytułu, w tym sezonie strzelili 42 procent ligowych goli Borussii i w ogóle odgrywają role znaczące. A niewykluczone, że Lewandowski - autentyczna gwiazda rozgrywek - da jeszcze klubowi pokaźny zysk finansowy, bo jeśli odejdzie, to będzie prawdopodobnie kosztował wyraźnie więcej niż Nuri Sahin, wyeksportowany do Realu Madryt za drobne 10 mln euro.

Wystarczyło kilkanaście miesięcy, by polski piłkarz odzyskał za zachodnią granicą markę. Ba, nastała moda na Polaków. Moda, czyli fenomen silnie wpływający na uczestników rynku nie tylko transferowego, w dodatku często prowokujący do zachowań nieracjonalnych.

Od stycznia zeszłego roku Bundesliga sprawiła sobie pięciu kolejnych naszych graczy. FC Koeln wzięło Sławomira Peszkę, Hannover - Artura Sobiecha (rocznik 1990), Wolfsburg - Mateusza Klicha (1990), Kaiserslautern - Jakuba Świerczoka (1992) oraz Ariela Borysiuka (1991). Import trwa - nawet się nasila - choć Sobiech i Klich niemieckimi murawami nie zawładnęli. Choć tamtejsze kluby świetnie szkolą młodzież i lubią promować wychowanków, a cała liga stale wspina się w kontynentalnej hierarchii.

Sprzedany dziś przez Legię Borysiuk to przypadek nie tylko wśród wymienionych osobny, pod pewnymi względami szczególniejszy nawet od kazusu Lewandowskiego. Jeszcze przed 17. urodzinami zaczął regularnie pełnić wymagającą szczególnej odpowiedzialności funkcję defensywnego pomocnika. Pisałem już, że nie przypominam sobie, by we współczesnym futbolu równie wcześnie wtargnął na tę pozycję - w klubie z mistrzowskimi aspiracjami - ktoś poza Ceskiem Fabregasem, wypchniętym kiedyś w Arsenalu na zastępcę kontuzjowanego Patricka Vieiry. Strzelił Borysiuk gola jako drugi najmłodszy (po Włodzimierzu Lubańskim) piłkarz w historii ekstraklasy, a dla Legii zdążył rozegrać 132 mecze (15 w europejskich pucharach). Dwudziestolatek!

Szkoda, że Legia oddała go tak tanio. Aż się chce krzyknąć, że 2 mln euro to cena skandaliczna.

PS Informuję/przypominam, że bazgram również na Facebooku.

czwartek, 26 stycznia 2012

Wspominałem już tutaj, że tegoroczny Puchar Narodów Afryki odbywa się w kraju będącym prywatną salą tortur urządzoną przez jednego z najkrwawszych i najchciwszych władców na świecie. Teodoro Obiang Nguema Mbasogo poddanych uważa za swoją własność, jeden z nich - cytowany przez Wojtka Jagielskiego - mówił o królu: „Ma władzę nad istotami żywymi i przedmiotami. Może kazać zabić każdego i nie zostanie potępiony, ponieważ pozostaje w ciągłym kontakcie z samym Stwórcą świata, a On daje mu moc”.

Płynie pod nim mnóstwo ropy, więc Teodoro żyje w ziemskim raju. Wyjmuję jeszcze jeden ustęp z Jagielskiego: „Najzupełniej oficjalnie lokuje rządowe pieniądze na własnych kontach bankowych, tłumacząc, że tak najlepiej uchroni swoich ministrów i dworzan przed pokusą podkradania z państwowego skarbca. Prawie miliard dolarów, upchany w walizkach, jego synowie i żony przewieźli do Ameryki i wpłacili do banku Riggs. Teodoro lata własnym boeingiem 737, ma posiadłości w amerykańskim stanie Maryland i w Paryżu, leczy się u najdroższych amerykańskich lekarzy, a upływający czas śledzi na złotym, wysadzanym diamentami roleksie”.

Gdyby król się bogactwem dzielił - nawet zachowując dla siebie większość zysków - Gwinejczykom żyłoby się jak mieszkańcom krajów Zachodu. Ponieważ jednak są niewolnikami, wegetują w nędzy. Dzienny dochód każdego z 70 proc. najbiedniejszych nie sięga nawet dolara dziennie, statystyczny obywatel umiera przed pięćdziesiątką, co piąte dziecko umiera przed piątymi urodzinami.

Kilka lat temu najdłużej panującemu w Afryce zbrodniarzowi zachciało się igrzysk, więc świat futbolu mu je podarował. Współorganizuje PNA z Gabonem.

Ponieważ królowi zachciało się również sukcesu, kazał importować najemników. Paszporty przyjęli kopacze z Brazylii, Kamerunu, Liberii, Senegalu, Wybrzeża Kości Słoniowej, Nigerii i Hiszpanii, więc żaden (!) z 13 zwycięzców sobotniego, otwierającego turniej meczu z Libią nie urodził się w Gwinei Równikowej.

Najemnicy pokonali też Senegal i awansowali do ćwierćfinału. Teoretycznie to absolutna sensacja - drużyna gospodarzy w całej swojej historii zdołała wygrać ledwie sześć meczów o stawkę.

Król jest usatysfakcjonowany. Wreszcie. W zeszłym roku jego reprezentacja kobiet, pomimo masowego importu Brazylijek i Nigeryjek, nie zdobyła na mundialu punktu.

Zadowolony Teodoro Obiang Nguema Mbasogo wypłacił piłkarzom milion dolarów premii. To tyle, ile wspomnianym 490 tys. najbiedniejszym poddanym - razem wziętym - musi wystarczyć na dwa dni życia. Dodatkowo król obdarowywał indywidualnie (np. strzelców goli), obiecał też następne bonusy. Oczywiście jeśli „Gwinejczycy” podtrzymają zwycięską passę. Od medalu dzieli ich niewiele.

Pamiętacie chryję po przyznaniu organizacji igrzysk olimpijskich łamiącemu prawa człowieka Pekinowi? Pamiętacie protesty organizowane na całej planecie w miesiącach poprzedzających tamtą imprezę?

Jeśli Chiny porównamy do więziennej celi, to Gwineę Równikową musimy wyobrazić sobie jako izolatkę, nad której lokatorami znęcają się sadystyczni strażnicy. Znęcają się nad wszystkimi, wielu mordują, oczywiście w sposób możliwie wyrafinowany. Działacze praw człowieka wymieniają ten kraj obok Korei Północnej.

Gwinejczycy triumfami wypożyczonych od zagranicy piłkarzy się cieszą. Na trybunach oklaskują niemal każde zagranie, potem tańczą na ulicach.

A wy? Kibicujecie gospodarzom?

środa, 25 stycznia 2012

FC Barcelona, Real Madrid, El Clasico

Jeśli już decyduję się blogować o futbolowym szlagierze, to zazwyczaj na długim dystansie - przez kilkanaście lub kilkadziesiąt godzin. Tym razem jednak dopiero przed chwilą strzeliło mi do głowy, że postukać w klawiaturę, więc postukam godzin zaledwie kilka.

Postukam przy okazji meczu, od którego murawa powinna zapłonąć od emocji, a dziś grozi nam, że na Camp Nou będzie raczej letnio. Skoro w pierwszym ćwierćfinale Copa del Rey Barcelona pokonała Real w Madrycie (2:1), skoro Realowi pod dowództwem Mourinho w 90 minutach nie uległa nigdy, to trudno uwierzyć, że za chwilę roztrwoni przewagę. Trudno też uwierzyć, że jej rywale wierzą. Ale poczekajmy. I poblogujmy.

20.15. Przypomnijmy: to będzie dziewiąte El Clasico w ostatnich dziewięciu miesiącach. A ponieważ wiosną czeka nas kolejny odcinek (w Primera Division), kolejne dwa odcinki (jeśli Barcelona z Realem zmierzą się także w finale Champions League) lub kolejne trzy odcinki (jeśli zderzą się w Champions League wcześniej), to może przeżyć trudny do pobicia rekord - serial 12 hitów rozegranych w 12 miesięcy. Marketingowcy z ekstazy oderwaliby się chyba od ziemi i prędko nie wrócili.

20.22. O humorze Jose Mourinho, zazwyczaj wielkogębnego i rozkoszującego się własną elokwencją, najlepiej świadczy przebieg wczorajszej konferencji prasowej. Dziennikarze zadali 20 pytań, na 11 z nich trener odpowiedział monosylabami: „tak”, „nie”, „nie wiem”, „nie komentuję”, „nie odpowiem”. Poza tym wykręcał się - „zapytaj swojego kolegi” (na pytanie, czy prawdziwe są prasowe doniesienia, że planuje w czerwcu odejść z klubu), „zapytaj piłkarzy” (na pytanie o kompleks Barcelony), „zapytaj kibiców” (na pytanie o wymierzone w niego gwizdy na Santiago Bernabeu). Myślicie, że walczył ze sobą, by wytrzymać i nie wywalić sforze pismaków wszystkiego, co o nich myśli?

20.31. W Barcelonie też dzieje się nietypowo. Trener Josep Guardiola, dla którego generalnie największym wyzwaniem jest dostarczanie swoim niezwyciężonym podwładnych motywacji i utrzymywanie ich w stanie pełnej koncentracji, po raz pierwszy nie pozwolił im spędzić nocy przed meczem w Copa del Rey w domach. Spali w hotelu, na minizgrupowaniu - to standard w Lidze Mistrzów. Trzeba uważać, Real to wciąż drapieżnik arcyniebezpieczny, jak nie byłby pogryziony, sam też wydaje się zdolny rozszarpać każdego wroga. A Barca może kiedyś stracić czujność - jeśli z Madrytu przylatują piłkarze co prawda agresywni, ale sportowo groźni jak kiciuś, co to mu jeszcze pazury nie wylazły...

20.38. Poszukałem, kiedy Real ostatni raz uzyskał na Camp Nou wynik, który dziś dałby mu awans. Stało się to wiosną 2002 roku - w półfinale Ligi Mistrzów wygrał 2:0. Ale żeby odnaleźć kolejny taki wynik, trzeba już cofnąć się do lutego 1980 roku - wtedy „Królewscy” też zwyciężyli 2:0, ale w Primera Division.

21.01. Po dzisiejszym wieczorze na szczycie znów zrobi się ekstremalnie. Jeśli Barcelona jak zwykle rozjedzie wroga, rozjuszony Madryt już Mourinho nie popuści - czy Real będzie wygrywał w lidze pięcioma, czy dziesięcioma golami, czy utrzyma, czy wręcz zwiększy przewagę nad Katalończykami w tabeli Primera Division, portugalski trener nasłucha się wyzwisk, słusznej i niesłusznej krytyki, mrożących krew opowieści o konflikcie w szatni prawdziwych i wyssanych z palca.

A jeśli zdarzy się cud (znaczy goście awansują), medialni ujadacze zapadną zbiorowo na amnezję i nad Mourinho znów rozbłyśnie aureola. Real stałby się wówczas bardzo poważnym pretendentem do przejęcia podwójnej korony - przyznawanej za ligę i przyznawanej za puchar. Ależ byłby niesamowity zwrot w hitowym serialu, co? Dzieli nas od niego tyci-tyci, jeden marny mecz... Żartowałem, dzieli nas od niego nieskończoność - trzeba pobić Barcę na Camp Nou.

21.08. Jeśli natomiast - to trzeci wariant, pośredni - Barcelona awansuje, ale Real wreszcie ją postraszy, zmusi do krańcowego wysiłku, zaaplikuje fanom gospodarzy rozstrój nerwowy (np. doprowadzając do dogrywki), to już sam nie wiem, co będzie. Przeczuwam tylko, że przez hiszpańskie powietrze zacznie płynąć prąd. O bardzo wysokim natężeniu.

21.12. Przeczytajcie też dwa ostatnie poświęcone interesującemu nas teraz tematowi teksty z „Gazety”. Michał Szadkowski tutaj napisał o wielkiej drace w Realu, a tutaj... też o wielkiej drace w Realu;-)

21.15. Chciałem się dzisiaj w redakcji zakładać (wymieniony wyżej Misza świadkiem;-)), że Mourinho na złość wszystkim wystawi Pepe. Miałem rację. Skład Realu już znamy: Casillas - Arbeloa, Pepe, Sergio Ramos, Coentrao - Lass, Xabi Alonso - Kaká, Ozil, Ronaldo - Higuaín.

21.17. Skład Barcelony bez niespodzianek: Pinto - Alves, Piqué, Puyol, Abidal - Xavi, Busquets, Iniesta - Cesc, Messi, Alexis Sanchez. Jeśli pominąć bramkę, to najsilniejsza moim zdaniem dostępna jedenastka Katalończyków, rozpędzający się Alexis Sanchez już się Villi dogonić nie da.

21.32. Barcelona w pełnym rynsztunku, Real bez jednej z najgroźniejszych broni - dopóki Angel di Maria wytrzymywał w zdrowiu, był obok C. Ronaldo, Xabiego Alonso i Casillasa wystawiany w El Clasico zawsze. I zazwyczaj wypadał stosunkowo nieźle. Tydzień temu nie zagrał po raz pierwszy. Argentyńczyk to specjalista od asyst - w czołowych pięciu ligach europejskich ma ich najwięcej (13). Wyprzedza Davida Silvę (12), Matthieu Valbuenę (10), Mesuta Ozila (po 9), Leo Messiego i Antonio Valencię (8).

21.41. Ciekawostka z Twittera: od 17 El Clasico Real Madryt wystawia młodszą jedenastkę niż Barcelona.

21.55. Byłem przeświadczony, że Pepe zagra, bo po latach spędzonych na obserwowaniu Mourinho intuicja podpowiadała mi, że on kombinuje tak: „Im bardziej mówią mi, że mam go nie wystawić, tym bardziej go wystawię. Wystawię, choćby miał urwaną nogę. Ja tu jestem szefem!”

22.00. Zaczynamy. El Clasico z Mourinho, odcinek dziewiąty. Po doświadczeniach z minionych ośmiu oczekiwania mam skromne: niech nie będzie krwawo, niech nie będzie żenująco, niech wreszcie nie będzie do jednej bramki. Niech wreszcie będą emocje czysto sportowe, podnoszące włosy do wyprostu, sprawiające, że ten serial się nam nie znudzi, lecz każe ze zniecierpliwieniem wypatrywać następnego razu. Zaraz grają!

22.30. Na razie wygląda na to, że moje prośby zostały wysłuchane - to się ogląda. Real w stałym kontrnatarciu, mój faworyt Mesut Ozil wreszcie czaruje jak spadkobierca Zidane’a, on i jego kompani mogli już ładnych parę goli załadować. Aż się Carles Puyol (jego postawa w wielkich meczach zawsze specjalnie mi imponuje) zezłościł i próbował udawać Messiego. That’s football!

22.54. Niewiarygodne. Jeśli ktoś o sercu barcelońskim widział już drużynę z Madrytu martwym, do 42. minuty musiał się czuć jak nocą bardzo żywych trupów. Goście przekłuwali defensywę gospodarzy regularnie, gospodarze defensywę gości co najwyżej nakłuwali. Real w żadnym ruchu - zazwyczaj oszałamiająco dynamicznym ruchu - nie wyglądał na grupę rozbitą, zniechęconą, zakompleksioną wobec rywala. Rozgrywał najlepszą połówę El Clasico pod Mourinho, sugerował, że jednak jest w stanie pokonać Barcelonę.

Aż Messi przypomniał, że jest możliwe przeciwstawić się Barcelonie, ale nie jest możliwe przeciwstawić się Messiemu. A potem petardę wypuścił Dani Alves... Niewiarygodne.

23.00. Ja wiem, że Jose Mourinho wielkim oratorem jest, ale po takich 45 minutach w szatni Realu nawet chór z Cyceronem, Demostenesem i Abrahamem Lincolnem mógłby co najwyżej pomilczeć... Już kiedyś o tym blogowałem - aż mnie skręca, żeby w takich chwilach mieć tam ukrytą kamerę. Druga połowa będzie tylko formalnością? Oby nie była krwawą jatką...

23.28. Cristiano Ronaldo znów trafia w El Clasico, 2:1. Ja generalnie - jakkolwiek ryzykownie to w tych okolicznościach nie zabrzmi - jestem pełen uznania dla gości. Piłkarzom Realu świat wmawiał, że są złamani i skłóceni, a oni na Barcelonę się rzucili i umieli ją poddusić. Piłkarze Realu zeszli na przerwę po dwóch nokautujących ciosach, ze świadomością, że znów polegli, ale po przerwie wciąż zasuwają nawet na połowie katalońskiej. I zdołali się odgryźć. Upieram się - to wielka drużyna.

23.35. Niewiarygodne. Niewiarygodne. 2:2, oni nadal żyją! Bezdyskusyjnie - najbardziej fascynujące z dziesięciu El Clasico za czasów Jose Mourinho. OK, to już nie będę wam wkładał do głów tej frazy o wielkiej drużynie z Madrytu;-)

W przerwie ćwierknąłem na Twitterze, przyznaję się bez awantur: „Kiedyś kpiło się tak z piłkarzy reprezentacji Hiszpanii, teraz ładnie leży na Realu: gramy jak nigdy, przegrywamy jak zawsze”.

23.55. Z proponowanych przeze mnie scenariuszy ziścił się trzeci. Faworyt ocalał, Real zostawił lepsze wrażenie. Choć znów zszedł z boiska pokonany, to przebieg wydarzeń na pewno piłkarzy z Madrytu nie zdołował - raczej bym typował, że dostali dziś energetycznego kopa. Udowodnili sobie, że Barceloną można ostro potargać, i to na jej trawach. Wspaniały wieczór z El Clasico. Wreszcie.

23.58. Aha, pobloguję jeszcze długo, tylko potrzebuję kilka chwil na zredagowanie relacji z meczu Michała Szadkowskiego i wysłanie ostatniego wydania „Gazety”;-)

00.19. Tekst zredagowany, zanim wyjdzie z korekty i pozwoli, by go wlać na stronę, refleksja natury ogólnej. Otóż mecze Barcelony z Realem Madryt pozwalają zrozumieć fundamentalną różnicę między piłkarzem amatorem, a piłkarzem zawodowcem. Zawodowiec to ten, który do perfekcji wytrenował odruch przewracania się, łapania za twarz lub zwijania z bólu po dowolnym zetknięciu z przeciwnikiem. My, amatorzy, padać po każdym kontakcie nie umiemy. Ten odruch musi być naprawdę trudno wypracować.

00.23. Z pomeczowych pogaduch. Casillas do sędziego: „Powinieneś balować razem z nimi”. Czyli rutyna. Szkoda, że piłkarzom najwyższej klasy gwiżdżą sędziowie miernej klasy.

00.40. Czarne wieści z szatni barcelońskiej. Alexis Sanchez i Andres Iniesta nie zagrają ponoć przez kilka tygodni. A przecież leczy się też David Villa...

00.45. Xabi Alonso: „Nie jesteśmy zadowoleni, ale jesteśmy dumni”. Piłkarz Realu czuje dumę. choć właśnie wyeliminowała go Barcelona? Oj, oni naprawdę świetnie zdają sobie sprawę, jak na razie wygląda kolejność dziobania...

00.48. „As” wyliczył, że po meczu piłkarze Barcelony wytykali sędziemu, że nie dał im dwóch rzutów karnych, a piłkarze Realu - że nie dał im trzech.

00.51. Iker Casillas już ochłonął. Przeprosił arbitra za to, że go w tunelu obraził. (A ja przypominam/informuję, że bazgram też na Facebooku).

01.03. Alvaro Arbeloa obwieścił, że on i jego kumple właśnie pozbyli się mentalnej blokady, która przeszkadzała im w El Clasico. Może się nie myli, ale wypada też przywołać wakacyjny dwumecz o Superpuchar Hiszpanii. Działo się jak minionego wieczoru - nawet wtedy, gdy Real sprawiał lepsze wrażenie i podpierał je atakami, Barcelony nie pokonał. Czyli na razie nihil novi. Jak Real gra dobrze, przegrywa. Jak Real gra źle, ponosi klęskę.

01.16. Najpierw uspokajam kibiców Blaugrana, że Alexis będzie pauzował maksimam dwa tygodnie (uraz barku). A teraz przejdźmy do wydarzenia wieczoru - w drugiej połowie Real Madryt trzymał piłkę przez 51 proc. czasu gry! Jak Mourinho zobaczy te dane, urządzi taktyczną połajankę, wyśledzi klejących się do piłki najdłużej, każe im w trakcie połajanki klęczeć, a wszystkim rozkaże, by następnym razem aż tak się nie napalali;-)

wtorek, 24 stycznia 2012

Jose Mourinho, Real Madryt, FC Barcelona, El Clasico

Kiedy nasłuchuję, jak na publicystycznym ogniu Hiszpanie przypalają niezłego skądinąd trenera José Mourinho, odruchowo sprawdzam, czy jego historia w Madrycie nie przebiegała tak: przejmuje Real w świetnej kondycji, drużynę niemal doskonałą stopniowo demontuje, wygląda na to, że zaraz zostawi po sobie porozrzucane bez ładu i składu cząstki elementarne.

A przecież działo się i dzieje trochę inaczej.

Za kadencji Mourinho jego piłkarze uzyskali w Lidze Mistrzów następujące wyniki: 3:0, 6:2, 2:0, 4:0, 3:0, 1:0, 1:0, 4:0, 3:0, 1:1, 4:0, 4:0, 2:2, 2:0, 1:0, 2:0. 14 zwycięstw, 2 remisy, 43-5 w bramkach. Kosmos. Przegrali tylko - nie wymieniłem tego półfinałowego dwumeczu - z Barceloną.

Jesienią wypracowali w tych rozgrywkach najlepszy dorobek grupowy w ich historii. Okazalszy nawet od barcelońskiego.

W poprzednim sezonie zostali wicemistrzami Hiszpanii, z gigantyczną 21-punktową przewagą nad trzecią w lidze hiszpańskiej Valencią. Ulegli tylko Barcelonie.

W bieżącym sezonie w krajowej lidze prowadzą. Wyprzedzają - wyraźnie - nawet Barcelonę, mają ogromną szansę na tytuł. Bukmacherzy widzą w nich faworytów. Faworytów ligi należącej do ścisłej europejskiej czołówki.

Poprzednią edycję krajowego pucharu wygrali. Po 18 latach posuchy. W finale pobili Barcelonę.
Przez tę edycję pucharu też frunęli, dopóki nie zderzyli się z Barceloną. I najprawdopodobniej odpadną.

Żeby uświadomić sobie, jaką moc ma Real Madryt, możemy jeszcze wspomnieć, że notorycznie okłada przeciwników festiwalem goli. Strzela je częściej niż jakakolwiek pierwszoligowa drużyna w Europie, wyjąwszy amatorskie UE Santa Coloma z Andorry. Strzela je oczywiście częściej niż Barcelona. I częściej niż strzelał kiedykolwiek wcześniej w całej historii klubu.

Z dostępnych nam danych musimy wyciągnąć wniosek, że Mourinho zbudował na Santiago Bernabeu drużynę na miarę klubowego wicemistrza świata. Jego machina rozgniata wszystko, co stanie jej na drodze i nie wiruje w kolorach katalońskich.

Nie zwalnia Real nawet po dołujących klęskach w El Clasico. W minionym sezonie pozycję drugiego po bogu miał prawo przypisywać sobie zespół Aleksa Fergusona, któremu udało się wyminąć Barcelonę przed finałem Champions League, więc rozegrał w elicie jeden mecz więcej. Ale teraz, po sensacyjnych międzynarodowych klęskach obu klubów z Manchesteru, madryccy piłkarze godnych przeciwników - godnych i, niestety, niezwyciężonych - znajdują tylko w Katalonii.

A teraz przypomnijmy sobie, co Mourinho na Santiago Bernabeu zastał.

Zastał drużynę, która pomimo obfitych inwestycji w transfery - obfitych i przed, i po jego przybyciu - przez sześć sezonów nie potrafiła dotoczyć się do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, choć dotaczało się do niej nawet Fenerbahce Stambuł czy Bordeaux. Drużynę, która w 1/8 finału dostawała od Lyonu, Liverpoolu (0:1 i 0:4!), Romy (1:2 i 1:2), Bayernu Monachium, Arsenalu i Juventusu. Drużynę wykopywaną z Copa del Rey przez prowincjonalne Alcorcon i Real Union, przez Mallorcę, Betis Sewilla, Real Saragossa albo Valladolid.

Tamto przeciętniactwo zastąpili ludzie, którzy przegrywają tylko z supergrupą Josepa Guardioli. Owszem, zbierają zazwyczaj ciężkie razy. Ale na tle katalońskim z boiska znika nawet Manchester United w wersji najwydajniejszej w całej erze Fergusona. Jeśli znika rzadziej, to dlatego, że los rzadziej skazuje go na najtrudniejsze wyzwanie we współczesnym futbolu - poszukiwanie ucieczki, zazwyczaj rozpaczliwe, z labiryntu mikropodań Barcelony. W pułapkę bez wyjścia szczęściarz wpadł tylko dwukrotnie, i to dopiero w finale Ligi Mistrzów.

Choć Real nadal nie zbliża się od Katalończyków, to będę się upierał, że niezmiennie staje się coraz lepszą drużyną. Niestety, rywale pędzą ku perfekcji jeszcze szybciej. I tak El Clasico - serial z akcją wciąż się zagęszczającą, jutro obejrzymy dziewiąty odcinek w niespełna dziewięciu miesiącach - zafałszowuje wszystko, czego Mourinho dokonał.

Medialne palenie go żywcem nie byłoby właściwie zaskakujące - zastępy wrogów narobił sobie wszędzie, gdzie pracował, zazwyczaj zresztą zrażał do siebie świadomie, dla niego mecz toczy się także przed kamerami. Nie byłoby zaskakujące, gdyby nie doniesienia, że żarzy się także w drużynie, że autorytet trenera kąsają także piłkarze. Mourinho zdarzało się już przegrywać, zdarzało mu się znosić ognistą krytykę, wielokrotnie wysłuchiwał, jak to morduje futbol i ucieka się do brudnych chwytów. Ale w szatni - każdej szatni - był guru. Bossem nie tyle wymuszającym ślepe posłuszeństwo, ile uwodzicielskim, sprawiającym, że podwładni publicznie ogłaszali - jak Wesley Sneijder - że są gotowi dla niego umrzeć.

Gdyby szatnia Realu się podzieliła, nadwątliła jego autorytet albo straciła doń zaufanie, poniósłby Mourinho klęskę w karierze bezprecedensową, być może boleśniejszą niż niezapomniane 0:5 z El Clasico - runąłby mit trenera, którego piłkarze tylko wielbią. A kiedy się z nim rozstają, wpadają w szloch.

Ale może też Mourinho przegrać typowo, z unikalną specyfiką Santiago Bernabeu. To tam Fabio Capello dwukrotnie tracił posadę tuż po triumfie w lidze hiszpańskiej. To tam można sobie wyobrazić sobie, że Florentino Perez wyleje trenera, choć wówczas cały pobyt Portugalczyka w klubie - od ceny wykupu z Interu, przez pensje i premie, po odprawę - kosztowałby go 100 mln euro. Można sobie wyobrazić paradoks: Mourinho odchodzi tuż po zdobyciu mistrzostwa w czwartym kraju w Europie i wyrównaniu rekordu Ernsta Happela.

Najtrudniej wyobrazić sobie, kto byłby w stanie go zastąpić i zacząć wygrywać z Barceloną już, zanim jej fenomenalne pokolenie wyginie.

niedziela, 22 stycznia 2012

Szczęsny, Twitter, piłka nożna

Naprawdę każdy. I mądry, i głupi. Napisałem do „Gazety” felieton o inwazji futbolu na Twittera albo - zależy od punktu widzenia - o inwazji Twittera na futbol. Znajdziecie go tutaj. Życie dopisało doń intrygujący epilog - namiętnie ćwierkający Wojtek Szczęsny, który miał ostatnio trochę wpadek, ćwierknął, że chce dorosnąć i skupić się na piłce, więc ćwierkanie porzuca...

22:29, rafal.stec
Link Komentarze (6) »
sobota, 21 stycznia 2012

Puchar Narodów Afryki, Gwinea Równikowa, Gabon, Burkina Faso

Impreza popularna także jako Puchar Narodów Afryki rozpocznie się dziś w Gwinei Równikowej, którą rządzi masowy morderca, przez wygnanych opozycjonistów zwany ludojadem, a sam tytułujący się „Wyzwolicielem”.

Na chwałę jego kraju - czy raczej: jego prywatnego folwarku - zagrają naturalizowani piłkarze z Brazylii, Kamerunu, Senegalu, Wybrzeża Kości Słoniowej, Nigerii i Hiszpanii. W podstawowym składzie reprezentacji zmieści się być może tylko jeden gracz urodzony w Gwinei. A być może nie zmieści się żaden. Zagrają za to trzecioligowcy i czwartoligowcy. Powinni dać z siebie wszystko, za przyjęcie paszportów dostali uczciwą zapłatę. Co nie powinno nikogo oburzać - skoro tak wielu oryginalnych obywateli zostało zgładzonych przez wodza Teodoro Obianga Nguema Mbasogo i tak wielu ocalałych uciekło zagranicę, to niewielki, niezbyt ludny kraj musi ich kimś zastąpić.

Z kronikarskiego obowiązku dodajmy, że drużyna gospodarzy w turnieju debiutuje.

Współgospodarze mistrzostw - Gabon - korzystają z usług ledwie kilku importowanych najemników, wystawią za to grupkę amatorów, którzy żyją z czego innego, a piłkę kopią dla relaksu. Ta drużyna już w turnieju finałowym występowała. Na poprzednim jej piłkarze sądzili nawet, że awansowali do ćwierćfinału, ale okazało się, że nie przeczytali regulaminu.

Regulaminu nie przeczytali też futbolowi bohaterowie Republiki Południowej Afryki, więc w meczu wieńczącym eliminacje do tegorocznej edycji grali ze Sierra Leone na remis. Dopięli swego, po ostatnim gwizdku wpadli w ekstazę, ale nie awansowali. Dzięki ich beztrosce awansowali piłkarze Nigru.

Piłkarze Nigru, którym do awansu wystarczyło strzelać średnio jednego gola na mecz. Czego zresztą nie powinni, nawiasem pisząc, się wstydzić - Botswana też przetrwała kwalifikacje, mimo że wpychała ledwie 0,88 bramki na mecz.

Gwiazd afrykańskiego futbolu zobaczymy na PNA niewiele. W kwalifikacjach przepadli i broniący tytułu Egipcjanie, i aż czterech finalistów ostatniego mundialu - poza RPA także Kamerun, Nigeria i Algieria. Wyczuwacie skalę sensacji? Jeśli nie, to wyobraźcie sobie, że na Euro 2012 nie przyjeżdża Hiszpania, Holandia, Włochy, Francja i Anglia. (I że organizują je nie Polska z Ukrainą, lecz Albania z Rumunią). Albo wygrzebcie z archiwów inną imprezę rangi mistrzowskiej, na którą nie dostało się tylu tradycyjnych faworytów i w której zarazem weźmie udział tylu tradycyjnych słabeuszy.

Nic dziwnego, że chyba po raz pierwszy można znaleźć na opinie zagranicznych komentatorów, którzy utrzymują, że jakaś drużyna jest mocna dzięki duetowi przedstawicieli ligi... polskiej. A przecież niewiele brakowało, by jeden z nich w ogóle na PNA nie poleciał - Prejuce Nakoulma został zaproszony do kadry Burkina Faso dopiero po osobistej interwencji prezydenta kraju Blaise’a Compaore.

Czy to znaczy, że nie będzie ciekawie? Ależ oczywiście. Nie intryguje was linia pomocy reprezentacji Mali, w której „World Soccer” widzi Abdou Traore, Kalilou Traore, Bakaye Traore oraz Mahamane Traore? Albo atak wspomnianego Burkina Faso, który zdaniem tego samego magazynu stworzą znany nam doskonale Abdou Razack Traore i Alain Traore? Nie macie ochoty udzielić humanitarnej pomocy i ofiarować kilka naszych nazwisk tym, którym w bazie danych nazwisk ewidentnie brakuje?

Choć oczywiście mogłoby być jeszcze bardziej intrygująco. Gdyby np. sąsiadujące ze sobą Mali i Burkina Faso się zjednoczyły w jeden kraj, mieliby szansę zestawić pomoc i atak w kształcie najtrudniejszym do rozpoznania dla rywali w całej historii futbolu: Traore, Traore, Traore, Traore - Traore, Traore. I mianować selekcjonerem prowadzącego Senegal Amarę Traore...

Turniej mógłby też odbywać się u władcy jeszcze oryginalniejszego niż wszechpanujący w Gwinei Równikowej, już w 2003 roku ogłoszony bogiem Teodoro Obiang Nguema Mbasogo. Osobiście proponowałbym opiekującego się ludem Suazi króla Mswatiego III, który dla udowodnienia swojej jurności zgwałcił niedawno byka.

Bez obaw, Mswati III przeżył. Imponującą przezornością wykazał się już w grze wstępnej - poddani doprowadzili bydlę do półprzytomności na wypadek, gdyby bydlę się zaszczytowi spółkowania z królem opierało.

Aż dziwne, że pod opieką monarchy tak przebiegłego piłkarze Suazi się na Puchar Narodów Afryki nie dostali.

piątek, 20 stycznia 2012

Hector Cuper, korupcja, Primera Division

Tyle miał wziąć od camorry trener Hector Cuper za ustawienie dwóch meczów ligi hiszpańskiej i dwóch ligi argentyńskiej.

W zeszłym roku, kiedy prowadził Racing Santander, przybysze z Włoch przekazało mu ponoć ukrytą w skarpetach i slipach gotówkę. On zrewanżował się kartką z wynikami meczów. Rzecz jasna meczów mających się dopiero odbyć...  Jeden skończył się jednak rezultatem innym niż zaplanowany, co wywołało kłótnię między gangsterami. Awanturowali się przez telefon podsłuchiwany przez włoską brygadę antymafijną.

Pisałem już obszernie o oplatającym całą planetę przemyśle nielegalnych zakładów bukmacherskich i mnóstwie fałszowanych przez bandytów meczów na wszystkich kontynentach (tutaj przeczytacie o technologii przekrętu). W tropieniu międzynarodowej szajki największe zasługi mają śledczy z Włoch, którzy tym razem dopadli naprawdę dużą osobistość. Jeśli zarzuty się potwierdzą, Cuper będzie najznaczniejszym bohaterem korupcyjnej afery, która rozlała się już na kilkanaście krajów i prawdopodobnie nadal się będzie rozlewać. Z Valencią argentyński trener dwa razy z rzędu dotarł do finału Ligi Mistrzów, Mallorkę zaprowadził do finału Pucharu Zdobywców Pucharów, z Interem Mediolan zdobył wicemistrzostwo Serie A, a z Champions League odpadł dopiero w półfinale, po dwóch derbowych remisach. Znane firmy, ładny dorobek. Na początku stulecia uchodził Argentyńczyk za czołowego fachowca w Europie.

Cuper został przesłuchany. Tłumaczył, że przyjął pieniądze dla swojej teściowej, która miała za nie wyremontować dom, a nie łapówkę. Śledczych nie przekonał.

czwartek, 19 stycznia 2012

Gran Derbi, Real Madryt, Barcelona, Jose Mourinho

José Mourinho i jego Real znów polegli z Barceloną. 1:2. W kiepskim stylu, na swoim stadionie, co redukuje szanse na odwet w rewanżu do iluzorycznych. Do półfinału Copa del Rey raczej nie awansują.

To najdłuższa futbolowa wojna nowoczesnej Europy - Barca kontra drużyny, którym szefuje portugalski trener. Gdyby armia katalońskich mikrusów nie istniała, miałby już zapewne w dorobku trzy Puchary Europy - a może wręcz cztery, bo wyeliminowała jego Chelsea także wiosną 2006 roku, kiedy zmierzała po swój pierwszy współczesny triumf. Gdyby Barca nie istniała, miałby też Mourinho mistrzostwo zdobyte w czwartym kraju (do dwóch wziętych w Portugalii, dwóch w Anglii i dwóch we Włoszech dołożyłby jedno w Hiszpanii). I w zawrotnym tempie mknąłby po tytuł trenera wszech czasów. Gdyby tylko Barca nie istniała...

Mourinho i tak nawygrywał sporo. Wystarczyła mu dekada, żeby uzbierać 18 trofeów, i wciąż jest blisko pobicia rekordów Boba Paisleya (trzykrotny zdobywca Pucharu Europy) oraz Ernsta Happela (był mistrzem czterech krajów - Holandii, Belgii, Niemiec i Austrii). Na jego fenomenalny bilans składają się niezwykłe passy, np. dziewięć lat bez ligowej porażki na własnym stadionie, a także rozmach, z jakim dzisiejszy Real nokautuje wszystkich krajowych i zagranicznych przeciwników. Wszystkich poza Barceloną.

W Mediolanie założył gang, który ją wykończył. Tamten zwycięski dwumecz Interu z Katalończykami w półfinale Ligi Mistrzów to chyba największe pojedyncze arcydzieło Mourinho.

W Madrycie zastał więcej pieniędzy i znakomitszych piłkarzy - wśród nich Cristiano Ronaldo, jedynego zdolnego rzucić wyzwanie Leo Messiemu - ale na widok Barcelony maleje, staje się mocny tylko w gębie, taktycznie bezradny. Zwyciężył w ledwie jednej, stosunkowo mało prestiżowej bitwie (dopiero po dogrywce, w poprzednim finale Pucharu Hiszpanii), w wojnie ponosi druzgocącą klęskę. Czy to nie niezwykły paradoks, że akurat w erze trenera takiego formatu Katalończycy zostali pierwszą w historii drużyną, która na madryckim Santiago Bernabeu nie przegrała siedmiu kolejnych meczów?

Mourinho nad strategią intensywnie myśli. Na każdy z dziewięciu meczów wystawiał inną jedenastkę. Tak podwładnych nakręcał, że wbiegali na murawę z żądzą mordu. Próbował i otwartej walki, i wojen podjazdowych. Wszystko na próżno. Okres, w którym wydawało się, że Real powoli znajduje sposób na Barcelonę, minął. Ostatnio wydaje się raczej, że nie umie się do niej choćby zbliżyć. Ba, trudno wyobrazić sobie transfery, które by to umożliwiły. Tutaj trzeba raczej wynalezienia systemu gry będącego odpowiedzią na katalońską perfekcję. Skoro nawet Manchester United był w zetknięciu z nią - w obu finałach LM - bezbronny...

Madryckim graczom nie pomogło nawet to, że dzięki wpadkom bramkarzy Valdesa i Pinto prowadzili zarówno w grudniowym meczu ligowym, jak i środowym meczu pucharowym. To wymarzony scenariusz zwłaszcza dla Mourinho, który rywalom kontrolującym piłkę lubi odpowiadać kontrolą nad przestrzenią. Lubi, ale w starciach z Katalończykami nie umie. Gdyby goście zdołali w środę zachować we wrogim polu karnym ciut więcej precyzji, znów mogliby Real zbić do nieprzytomności.

Gospodarze tym razem wymęczyli wynik nie tak zawstydzający jak słynne już 0:5 sprzed półtora roku, lecz wrażenie zostawili fatalne. Zapamiętamy ich prymitywny plan gry, po przejęciu piłki polegający na odruchowym przerzuceniu jej pod nogi Ronaldo, zapamiętamy tępą brutalność i tanie aktorstwo Pepe, który nadepnął na dłoń Messiemu, ale sam zwijał się z bólu po mocniejszych podmuchach wiatru.

Uciekaniem się do brudnych chwytów „Królewscy” zdradzają szlachetną przeszłość klubu. Już nie niwelują dystansu do głównych rywali, lecz go tracą. Coraz trudniej uwierzyć, że jeszcze wierzą. Raczej czują, iż trofeów będą dopadać, jeśli Katalończyków wyminą. Porażki w El Clásico jeszcze potęgują ich nadnaturalną koncentrację i pasję do gry w innych meczach ligowych, bo wiedzą, że Barcelona niekiedy gubi punkty. W Lidze Mistrzów też może się zdarzyć, że z kimś przegra. Batalie z Madrytem wyzwalają w niej zbyt dużą determinację.

Piłkarze Guardioli pewnie również woleliby, żeby nie istniał Mourinho. Wówczas ich zeszłoroczny sukces w Pucharze Europy byłby prawdopodobnie trzecim z rzędu - dokonaliby wyczynu niewidzianego od połowy lat 70. i uciszyli nieufnych, którzy odmawiają im tytułu największej drużyny w historii.

To działa w obie strony - Mourinho z powodu Barcy nie może (na razie?) zostać klubowym trenerem wszech czasów, Barca z powodu Mourinho nie zdołała (jeszcze?) zostać klubową drużyną wszech czasów.

W środę stało się chyba jasne, kto jest bliżej celu.

PS Informuję/przypominam, że bazgram również na Facebooku.

 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi