RSS
poniedziałek, 30 stycznia 2012

Piłka nożna, kobietom wstęp wzbroniony

Rozmyślam, o co chciałbym zapytać Magdalenę Środę (choć nadal nie wiem, czy zgodzi się na obiecywany przeze mnie wywiad, na razie nie sprawdzałem), wędruję po serwisach poświęconych futbolowi dziewcząt i rzuca mi się w oczy, jak niewiele tam trenerek.

Z 32 drużyn tegorocznej Ligi Mistrzów tylko cztery prowadzą kobiety (w dodatku prędko poodpadały z rozgrywek) - w pozostałych rządzą faceci. Z 16 reprezentacji uczestniczących w ostatnim mundialu tylko pięć prowadziły kobiety - w pozostałych rządzili faceci. Liga polska? Też haniebnie mało szefowych, zaledwie jedna - i nie wiadomo, czy się ostanie, bo jej TS Mitech Żywiec wystaje ledwie punkt ponad strefę spadkową. Nasza reprezentacja kraju? Selekcjonerki nie miała nigdy, zawsze kierował nią samiec.

O siatkówce to już w ogóle szkoda gadać. Ani jednej szefowej nie było na wrześniowych mistrzostwach Europy, ani jednej nie ma w naszej lidze (choć Małgorzata Niemczyk próbowała), zresztą w całym tym środowisku Serbka Swietłana Ilic, Chinka Lang Ping czy Austriaczka Therese Achammer stanowią wyjątki absolutnie unikalne. Babom rozkazują chłopy.

Jaki parlament, jakie zarządy firm - horrendalna płciowa nierównowaga to panuje dopiero na kierowniczych stanowiskach w sporcie. Aż dziwne, że feministki oraz walczące o prawa kobiet niefeministki jeszcze nie zajęły się tak jawnym przejawem masowej dyskryminacji. Gdyby się zajęły, to nie musiałbym dziś samemu łazić po labiryntach internetu, żeby dowiedzieć się, czy w jakimkolwiek zawodowym sporcie istnieje drużyna mężczyzn, którą rządzi kobieta.

A może wy wiecie, czy istnieje?

*Gdyby ktoś nie kojarzył, skąd pożyczyłem tytuł, niech kliknie tutaj.

17:58, rafal.stec
Link Komentarze (28) »
niedziela, 29 stycznia 2012

Udinese, Serie A

Turyńczycy pokonali Udinese i chyba ostatecznie rozwiali nadzieje, że w wielkim europejskim futbolu, zdominowanym przez metropolie, zaistnieje w tym sezonie niebogaty klub z małego miasta.

W Anglii o tytuł ścigają się potężne korporacje z przemysłowego Manchesteru, za którymi próbują nadążyć przedstawiciele aglomeracji londyńskiej. Hiszpania tradycyjnie żyje konfliktem barcelońsko-madryckim. W Niemczech najbogatszy Bayern z ponadmilionowego Monachium próbuje zdetronizować Borussię z leżącego w Zagłębiu Ruhry Dortmund. Francja nie uniknie raczej oglądania triumfującego, tuczonego bliskowschodnim kapitałem naftowym Paryża. Słynne firmy ze stołecznych oraz największych miast walczą o mistrzostwo także w Portugalii (Lizbona i Porto), Rosji (Sankt Petersburg i najludniejsza na kontynencie Moskwa), Turcji (Stambuł) czy Grecji (Ateny). Wielkomiejskie drużyny panują wszędzie, wyjąwszy tylko kraje metropolii pozbawionych.

Jedna liga włoska dawała ostatnio nadzieję, że oligopol mediolańsko-turyński naruszy klubik prowincjonalny, żyjący z umiejętnego wyławiania talentów, wychowywania ich na znakomitych graczy, a potem eksportowania do bogatszych firm. Jego model biznesowy i w ogóle innowacyjność budzi zazdrość ponad granicami - dzięki rozrzuconej po całym globie siatce 50 skautów (każdy ma pod sobą nawet setkę lokalnych współpracowników) Udinese znajduje świetnych młodych na mniej obleganych rynkach, a gargantuicznie rozrośniętą, liczącą dziesiątki nazwisk listę płac odchudza wypożyczaniem ich do innych klubów. Stale współpracuje np. z hiszpańską Granadą, której posyła niekiedy nawet kilkunastu zatrudnionych przez siebie piłkarzy. A jak odkrył 16-letniego wówczas Chilijczyka Aleksisa Sancheza (strzela dziś dla Barcelony), to najpierw pozwolił mu się rozwijać w przyjaznym otoczeniu południowoamerykańskim - oddawał go kolejno do ojczystego Colo Colo i argentyńskiego River Plate.

Kiedy w zeszłym sezonie piłkarze z Udine przeciwstawiali się potentatom (3:1 z Interem, 2:1 z Juventusem, wyjazdowe 4:4 z Milanem) i awansowali do kwalifikacji Ligi Mistrzów, nie było wiadomo, czy nie wzlecieli na chwilę. Minionej jesieni ich popisy sugerowały jednak, że trener Francesco Guidolin zbudował coś trwalszego. I groźnego dla potęg.

Choć przed sezonem zwierzchnicy sprzedali mu gwiazdę (wspomniany Alexis Sanchez) i innych ważnych graczy (Inlera oraz Zapatę), to jego drużyna utrzymała tempo z wiosny. Znów wtargnęła do ścisłej czołówki, długo miała najszczelniejszą defensywę w Serie A, na San Siro przetrwała mecz z Milanem (1:1) i pobiła Inter (1:0). Włosi zaczęli szeptać, że sensacja jest możliwa. Oni ostatecznego ligowego triumfu tak „małej” drużynki nie widzieli od roku 1985, w którym mistrzem zostało Hellas Werona. Co więcej, gdyby do wspomnianej sensacji doszło, stutysięczne Udine stałoby się najmniejszym mistrzowskim miastem we Włoszech po wojnie. Inna sprawa, że piłkarze - pomimo atrakcyjnego stylu gry - wyobraźnią tubylców nie zawładnęli. Właściciel klubu Giampaolo Pozzo obniżył niedawno ceny biletów, by wreszcie wypełnić 30-tysięczny stadion. Zirytował się, że tylko rywale z Serie A mają na swoim boisku przewagę - zawdzięczają ją właśnie namiętnie dopingującym fanom. - Niech i moi chłopcy wreszcie poczują, że grają u siebie - mówił.

Jeśli gracze Udinese naprawdę śnili - publicznie się do tego nie przyznawali - o tytule, to w sobotę zostali chyba ostatecznie wybudzeni. Ostatnio zwolnili, ale przed szlagierem w Turynie wiedzieli, że zwycięstwo pozwoli im doścignąć lidera.

Przegrali. Zderzyli się z rywalem śrubującym klubowy rekord - Juventus pozostaje niepokonany w 20 pierwszych kolejkach ligi, czego nie dokonał nigdy. Z rywalem, który nie zachwyca wyrafinowanym sposobem gry, lecz wymusza zwycięstwa dzięki zaangażowaniu w walkę, końskiej kondycji, niezłomności. Choć zarażający otoczenie swoją pasją Antonio Conte błądził i musiał w trakcie rozgrywek modyfikować obraną taktykę, to powoli rozbłyskuje w Italii na wschodzącą trenerską gwiazdę. Po dwóch sezonach wstrząsających (zakończonych na siódmym miejscu) wymagano od niego tylko, by dopchnął drużynę - wpędzaną w chaos transferową szamotaniną i eksperymentowaniem ze szkoleniowcami - na podium. A on nie tylko zmierza po tytuł. Kilka dni temu rozprawił się z Romą w ćwierćfinale Pucharu Włoch, którego Juventus nie zdobył od 1995 roku. A w sobotę złościł się, że jego rozochoceni gracze nie kontrolowali siebie i po objęciu prowadzenia nadal nacierali.

Goście być może by przetrwali, gdyby przeciwników nie ocalił Gianluigi Buffon, ostatnio znów zjawiskowy, znów uwijający się jak najwybitniejszy bramkarz nie tylko Serie A. Goście być może by przetrwali, gdyby z powodu Pucharu Narodów Afryki nie opuścili ich obrońca Mehdi Benatia i pomocnik Kwadwo Asamoah. I gdyby nie zawiódł Antonio di Natale.

Ten niziutki, 34-letni napastnik też dodaje swojej drużynie - zwanej „Le Zebrette”, czyli małymi zebrami - uroku. Rozkwitł dopiero jako weteran, właśnie mknie ku trzeciemu tytułowi króla strzelców z rzędu (po wojnie dokonali tego tylko fenomenalni Gunnar Nordahl i Michel Platini), niedawno odrzucił ofertę Juve, bo wolał zarabiać mniej, ale zostać w Udine. Do turyńczyków ma pecha. W bieżącym sezonie zdobył bramkę w meczach ze wszystkimi zespołami, które przyjeżdżały (także w europejskich pucharach!) na jego stadion, wyjąwszy właśnie Juventus. Dlatego ostatniej ofiary miał dopaść na wyjeździe - Włosi dyskutowali o tym od kilku dni.

Nie dopadł, choć okazję miał. I jego klubowi - na pensje wydaje ledwie 21 mln euro rocznie, co jest 14. wynikiem w lidze - trudno będzie rzucić się w pościg za uciekającym duetem Milan - Juve. Ale utrzymanie się na podium też byłoby wyczynem imponującym. Choć hiszpańskie Villarreal - pochodzące z miasteczka jeszcze mniejszego - potrafiło niedawno doskoczyć nawet do półfinału Champions League, to Udinese fruwa dłużej. Na pułapie Serie A - nieprzerwanie od 16 lat (jako jedyny klub obok rzymskich i mediolańskich). Ba, średnio co drugi sezon umila sobie zabawą w europejskich pucharach.

20:48, rafal.stec
Link Komentarze (18) »
sobota, 28 stycznia 2012

Bundesliga, Ariel Borysiuk, Robert Lewandowski, Kuba Błaszczykowski, Łukasz Piszczek

Były kiedyś boiska Bundesligi najbardziej nam przyjazne wśród zagranicznych, właściwie od dzieciństwa śledziłem dokonania wyróżniających się tam rodaków, dopiero na początku bieżącego stulecia stopniowo traciliśmy w niemieckim futbolu wpływy, aż przed kilkoma laty kompletnie zniknęliśmy - zdarzały się weekendy, w których na murawę wybiegał pojedynczy Krzynówek czy inny Błaszczykowski, nierzadko dopiero po przerwie, wyskakując z rezerwy. Wydawało się, że nieuchronnie nadciąga bundeskolejka bez jednego choćby Polaka w grze.

Trend odwrócili Lewandowski z Piszczkiem. Półtora sezonu temu. To oni stworzyli - wraz z Błaszczykowskim - polskojęzyczny tercet, jakiego Bundesliga nie widziała nigdy. Owszem, bywało, że nasi się w jakimś klubie tłoczyli, u schyłku lat 90. Wolfsburg zatrudniał przecież naraz Juskowiaka, Nowaka i Krygera, a później jeszcze Wałdoch z Hajto tworzyli czołową parę obrońców w Schalke. Nasi dortmundczycy przebili wszystkich - zdobyli mistrzostwo, z powodzeniem mkną ku obronie tytułu, w tym sezonie strzelili 42 procent ligowych goli Borussii i w ogóle odgrywają role znaczące. A niewykluczone, że Lewandowski - autentyczna gwiazda rozgrywek - da jeszcze klubowi pokaźny zysk finansowy, bo jeśli odejdzie, to będzie prawdopodobnie kosztował wyraźnie więcej niż Nuri Sahin, wyeksportowany do Realu Madryt za drobne 10 mln euro.

Wystarczyło kilkanaście miesięcy, by polski piłkarz odzyskał za zachodnią granicą markę. Ba, nastała moda na Polaków. Moda, czyli fenomen silnie wpływający na uczestników rynku nie tylko transferowego, w dodatku często prowokujący do zachowań nieracjonalnych.

Od stycznia zeszłego roku Bundesliga sprawiła sobie pięciu kolejnych naszych graczy. FC Koeln wzięło Sławomira Peszkę, Hannover - Artura Sobiecha (rocznik 1990), Wolfsburg - Mateusza Klicha (1990), Kaiserslautern - Jakuba Świerczoka (1992) oraz Ariela Borysiuka (1991). Import trwa - nawet się nasila - choć Sobiech i Klich niemieckimi murawami nie zawładnęli. Choć tamtejsze kluby świetnie szkolą młodzież i lubią promować wychowanków, a cała liga stale wspina się w kontynentalnej hierarchii.

Sprzedany dziś przez Legię Borysiuk to przypadek nie tylko wśród wymienionych osobny, pod pewnymi względami szczególniejszy nawet od kazusu Lewandowskiego. Jeszcze przed 17. urodzinami zaczął regularnie pełnić wymagającą szczególnej odpowiedzialności funkcję defensywnego pomocnika. Pisałem już, że nie przypominam sobie, by we współczesnym futbolu równie wcześnie wtargnął na tę pozycję - w klubie z mistrzowskimi aspiracjami - ktoś poza Ceskiem Fabregasem, wypchniętym kiedyś w Arsenalu na zastępcę kontuzjowanego Patricka Vieiry. Strzelił Borysiuk gola jako drugi najmłodszy (po Włodzimierzu Lubańskim) piłkarz w historii ekstraklasy, a dla Legii zdążył rozegrać 132 mecze (15 w europejskich pucharach). Dwudziestolatek!

Szkoda, że Legia oddała go tak tanio. Aż się chce krzyknąć, że 2 mln euro to cena skandaliczna.

PS Informuję/przypominam, że bazgram również na Facebooku.

czwartek, 26 stycznia 2012

Wspominałem już tutaj, że tegoroczny Puchar Narodów Afryki odbywa się w kraju będącym prywatną salą tortur urządzoną przez jednego z najkrwawszych i najchciwszych władców na świecie. Teodoro Obiang Nguema Mbasogo poddanych uważa za swoją własność, jeden z nich - cytowany przez Wojtka Jagielskiego - mówił o królu: „Ma władzę nad istotami żywymi i przedmiotami. Może kazać zabić każdego i nie zostanie potępiony, ponieważ pozostaje w ciągłym kontakcie z samym Stwórcą świata, a On daje mu moc”.

Płynie pod nim mnóstwo ropy, więc Teodoro żyje w ziemskim raju. Wyjmuję jeszcze jeden ustęp z Jagielskiego: „Najzupełniej oficjalnie lokuje rządowe pieniądze na własnych kontach bankowych, tłumacząc, że tak najlepiej uchroni swoich ministrów i dworzan przed pokusą podkradania z państwowego skarbca. Prawie miliard dolarów, upchany w walizkach, jego synowie i żony przewieźli do Ameryki i wpłacili do banku Riggs. Teodoro lata własnym boeingiem 737, ma posiadłości w amerykańskim stanie Maryland i w Paryżu, leczy się u najdroższych amerykańskich lekarzy, a upływający czas śledzi na złotym, wysadzanym diamentami roleksie”.

Gdyby król się bogactwem dzielił - nawet zachowując dla siebie większość zysków - Gwinejczykom żyłoby się jak mieszkańcom krajów Zachodu. Ponieważ jednak są niewolnikami, wegetują w nędzy. Dzienny dochód każdego z 70 proc. najbiedniejszych nie sięga nawet dolara dziennie, statystyczny obywatel umiera przed pięćdziesiątką, co piąte dziecko umiera przed piątymi urodzinami.

Kilka lat temu najdłużej panującemu w Afryce zbrodniarzowi zachciało się igrzysk, więc świat futbolu mu je podarował. Współorganizuje PNA z Gabonem.

Ponieważ królowi zachciało się również sukcesu, kazał importować najemników. Paszporty przyjęli kopacze z Brazylii, Kamerunu, Liberii, Senegalu, Wybrzeża Kości Słoniowej, Nigerii i Hiszpanii, więc żaden (!) z 13 zwycięzców sobotniego, otwierającego turniej meczu z Libią nie urodził się w Gwinei Równikowej.

Najemnicy pokonali też Senegal i awansowali do ćwierćfinału. Teoretycznie to absolutna sensacja - drużyna gospodarzy w całej swojej historii zdołała wygrać ledwie sześć meczów o stawkę.

Król jest usatysfakcjonowany. Wreszcie. W zeszłym roku jego reprezentacja kobiet, pomimo masowego importu Brazylijek i Nigeryjek, nie zdobyła na mundialu punktu.

Zadowolony Teodoro Obiang Nguema Mbasogo wypłacił piłkarzom milion dolarów premii. To tyle, ile wspomnianym 490 tys. najbiedniejszym poddanym - razem wziętym - musi wystarczyć na dwa dni życia. Dodatkowo król obdarowywał indywidualnie (np. strzelców goli), obiecał też następne bonusy. Oczywiście jeśli „Gwinejczycy” podtrzymają zwycięską passę. Od medalu dzieli ich niewiele.

Pamiętacie chryję po przyznaniu organizacji igrzysk olimpijskich łamiącemu prawa człowieka Pekinowi? Pamiętacie protesty organizowane na całej planecie w miesiącach poprzedzających tamtą imprezę?

Jeśli Chiny porównamy do więziennej celi, to Gwineę Równikową musimy wyobrazić sobie jako izolatkę, nad której lokatorami znęcają się sadystyczni strażnicy. Znęcają się nad wszystkimi, wielu mordują, oczywiście w sposób możliwie wyrafinowany. Działacze praw człowieka wymieniają ten kraj obok Korei Północnej.

Gwinejczycy triumfami wypożyczonych od zagranicy piłkarzy się cieszą. Na trybunach oklaskują niemal każde zagranie, potem tańczą na ulicach.

A wy? Kibicujecie gospodarzom?

środa, 25 stycznia 2012

FC Barcelona, Real Madrid, El Clasico

Jeśli już decyduję się blogować o futbolowym szlagierze, to zazwyczaj na długim dystansie - przez kilkanaście lub kilkadziesiąt godzin. Tym razem jednak dopiero przed chwilą strzeliło mi do głowy, że postukać w klawiaturę, więc postukam godzin zaledwie kilka.

Postukam przy okazji meczu, od którego murawa powinna zapłonąć od emocji, a dziś grozi nam, że na Camp Nou będzie raczej letnio. Skoro w pierwszym ćwierćfinale Copa del Rey Barcelona pokonała Real w Madrycie (2:1), skoro Realowi pod dowództwem Mourinho w 90 minutach nie uległa nigdy, to trudno uwierzyć, że za chwilę roztrwoni przewagę. Trudno też uwierzyć, że jej rywale wierzą. Ale poczekajmy. I poblogujmy.

20.15. Przypomnijmy: to będzie dziewiąte El Clasico w ostatnich dziewięciu miesiącach. A ponieważ wiosną czeka nas kolejny odcinek (w Primera Division), kolejne dwa odcinki (jeśli Barcelona z Realem zmierzą się także w finale Champions League) lub kolejne trzy odcinki (jeśli zderzą się w Champions League wcześniej), to może przeżyć trudny do pobicia rekord - serial 12 hitów rozegranych w 12 miesięcy. Marketingowcy z ekstazy oderwaliby się chyba od ziemi i prędko nie wrócili.

20.22. O humorze Jose Mourinho, zazwyczaj wielkogębnego i rozkoszującego się własną elokwencją, najlepiej świadczy przebieg wczorajszej konferencji prasowej. Dziennikarze zadali 20 pytań, na 11 z nich trener odpowiedział monosylabami: „tak”, „nie”, „nie wiem”, „nie komentuję”, „nie odpowiem”. Poza tym wykręcał się - „zapytaj swojego kolegi” (na pytanie, czy prawdziwe są prasowe doniesienia, że planuje w czerwcu odejść z klubu), „zapytaj piłkarzy” (na pytanie o kompleks Barcelony), „zapytaj kibiców” (na pytanie o wymierzone w niego gwizdy na Santiago Bernabeu). Myślicie, że walczył ze sobą, by wytrzymać i nie wywalić sforze pismaków wszystkiego, co o nich myśli?

20.31. W Barcelonie też dzieje się nietypowo. Trener Josep Guardiola, dla którego generalnie największym wyzwaniem jest dostarczanie swoim niezwyciężonym podwładnych motywacji i utrzymywanie ich w stanie pełnej koncentracji, po raz pierwszy nie pozwolił im spędzić nocy przed meczem w Copa del Rey w domach. Spali w hotelu, na minizgrupowaniu - to standard w Lidze Mistrzów. Trzeba uważać, Real to wciąż drapieżnik arcyniebezpieczny, jak nie byłby pogryziony, sam też wydaje się zdolny rozszarpać każdego wroga. A Barca może kiedyś stracić czujność - jeśli z Madrytu przylatują piłkarze co prawda agresywni, ale sportowo groźni jak kiciuś, co to mu jeszcze pazury nie wylazły...

20.38. Poszukałem, kiedy Real ostatni raz uzyskał na Camp Nou wynik, który dziś dałby mu awans. Stało się to wiosną 2002 roku - w półfinale Ligi Mistrzów wygrał 2:0. Ale żeby odnaleźć kolejny taki wynik, trzeba już cofnąć się do lutego 1980 roku - wtedy „Królewscy” też zwyciężyli 2:0, ale w Primera Division.

21.01. Po dzisiejszym wieczorze na szczycie znów zrobi się ekstremalnie. Jeśli Barcelona jak zwykle rozjedzie wroga, rozjuszony Madryt już Mourinho nie popuści - czy Real będzie wygrywał w lidze pięcioma, czy dziesięcioma golami, czy utrzyma, czy wręcz zwiększy przewagę nad Katalończykami w tabeli Primera Division, portugalski trener nasłucha się wyzwisk, słusznej i niesłusznej krytyki, mrożących krew opowieści o konflikcie w szatni prawdziwych i wyssanych z palca.

A jeśli zdarzy się cud (znaczy goście awansują), medialni ujadacze zapadną zbiorowo na amnezję i nad Mourinho znów rozbłyśnie aureola. Real stałby się wówczas bardzo poważnym pretendentem do przejęcia podwójnej korony - przyznawanej za ligę i przyznawanej za puchar. Ależ byłby niesamowity zwrot w hitowym serialu, co? Dzieli nas od niego tyci-tyci, jeden marny mecz... Żartowałem, dzieli nas od niego nieskończoność - trzeba pobić Barcę na Camp Nou.

21.08. Jeśli natomiast - to trzeci wariant, pośredni - Barcelona awansuje, ale Real wreszcie ją postraszy, zmusi do krańcowego wysiłku, zaaplikuje fanom gospodarzy rozstrój nerwowy (np. doprowadzając do dogrywki), to już sam nie wiem, co będzie. Przeczuwam tylko, że przez hiszpańskie powietrze zacznie płynąć prąd. O bardzo wysokim natężeniu.

21.12. Przeczytajcie też dwa ostatnie poświęcone interesującemu nas teraz tematowi teksty z „Gazety”. Michał Szadkowski tutaj napisał o wielkiej drace w Realu, a tutaj... też o wielkiej drace w Realu;-)

21.15. Chciałem się dzisiaj w redakcji zakładać (wymieniony wyżej Misza świadkiem;-)), że Mourinho na złość wszystkim wystawi Pepe. Miałem rację. Skład Realu już znamy: Casillas - Arbeloa, Pepe, Sergio Ramos, Coentrao - Lass, Xabi Alonso - Kaká, Ozil, Ronaldo - Higuaín.

21.17. Skład Barcelony bez niespodzianek: Pinto - Alves, Piqué, Puyol, Abidal - Xavi, Busquets, Iniesta - Cesc, Messi, Alexis Sanchez. Jeśli pominąć bramkę, to najsilniejsza moim zdaniem dostępna jedenastka Katalończyków, rozpędzający się Alexis Sanchez już się Villi dogonić nie da.

21.32. Barcelona w pełnym rynsztunku, Real bez jednej z najgroźniejszych broni - dopóki Angel di Maria wytrzymywał w zdrowiu, był obok C. Ronaldo, Xabiego Alonso i Casillasa wystawiany w El Clasico zawsze. I zazwyczaj wypadał stosunkowo nieźle. Tydzień temu nie zagrał po raz pierwszy. Argentyńczyk to specjalista od asyst - w czołowych pięciu ligach europejskich ma ich najwięcej (13). Wyprzedza Davida Silvę (12), Matthieu Valbuenę (10), Mesuta Ozila (po 9), Leo Messiego i Antonio Valencię (8).

21.41. Ciekawostka z Twittera: od 17 El Clasico Real Madryt wystawia młodszą jedenastkę niż Barcelona.

21.55. Byłem przeświadczony, że Pepe zagra, bo po latach spędzonych na obserwowaniu Mourinho intuicja podpowiadała mi, że on kombinuje tak: „Im bardziej mówią mi, że mam go nie wystawić, tym bardziej go wystawię. Wystawię, choćby miał urwaną nogę. Ja tu jestem szefem!”

22.00. Zaczynamy. El Clasico z Mourinho, odcinek dziewiąty. Po doświadczeniach z minionych ośmiu oczekiwania mam skromne: niech nie będzie krwawo, niech nie będzie żenująco, niech wreszcie nie będzie do jednej bramki. Niech wreszcie będą emocje czysto sportowe, podnoszące włosy do wyprostu, sprawiające, że ten serial się nam nie znudzi, lecz każe ze zniecierpliwieniem wypatrywać następnego razu. Zaraz grają!

22.30. Na razie wygląda na to, że moje prośby zostały wysłuchane - to się ogląda. Real w stałym kontrnatarciu, mój faworyt Mesut Ozil wreszcie czaruje jak spadkobierca Zidane’a, on i jego kompani mogli już ładnych parę goli załadować. Aż się Carles Puyol (jego postawa w wielkich meczach zawsze specjalnie mi imponuje) zezłościł i próbował udawać Messiego. That’s football!

22.54. Niewiarygodne. Jeśli ktoś o sercu barcelońskim widział już drużynę z Madrytu martwym, do 42. minuty musiał się czuć jak nocą bardzo żywych trupów. Goście przekłuwali defensywę gospodarzy regularnie, gospodarze defensywę gości co najwyżej nakłuwali. Real w żadnym ruchu - zazwyczaj oszałamiająco dynamicznym ruchu - nie wyglądał na grupę rozbitą, zniechęconą, zakompleksioną wobec rywala. Rozgrywał najlepszą połówę El Clasico pod Mourinho, sugerował, że jednak jest w stanie pokonać Barcelonę.

Aż Messi przypomniał, że jest możliwe przeciwstawić się Barcelonie, ale nie jest możliwe przeciwstawić się Messiemu. A potem petardę wypuścił Dani Alves... Niewiarygodne.

23.00. Ja wiem, że Jose Mourinho wielkim oratorem jest, ale po takich 45 minutach w szatni Realu nawet chór z Cyceronem, Demostenesem i Abrahamem Lincolnem mógłby co najwyżej pomilczeć... Już kiedyś o tym blogowałem - aż mnie skręca, żeby w takich chwilach mieć tam ukrytą kamerę. Druga połowa będzie tylko formalnością? Oby nie była krwawą jatką...

23.28. Cristiano Ronaldo znów trafia w El Clasico, 2:1. Ja generalnie - jakkolwiek ryzykownie to w tych okolicznościach nie zabrzmi - jestem pełen uznania dla gości. Piłkarzom Realu świat wmawiał, że są złamani i skłóceni, a oni na Barcelonę się rzucili i umieli ją poddusić. Piłkarze Realu zeszli na przerwę po dwóch nokautujących ciosach, ze świadomością, że znów polegli, ale po przerwie wciąż zasuwają nawet na połowie katalońskiej. I zdołali się odgryźć. Upieram się - to wielka drużyna.

23.35. Niewiarygodne. Niewiarygodne. 2:2, oni nadal żyją! Bezdyskusyjnie - najbardziej fascynujące z dziesięciu El Clasico za czasów Jose Mourinho. OK, to już nie będę wam wkładał do głów tej frazy o wielkiej drużynie z Madrytu;-)

W przerwie ćwierknąłem na Twitterze, przyznaję się bez awantur: „Kiedyś kpiło się tak z piłkarzy reprezentacji Hiszpanii, teraz ładnie leży na Realu: gramy jak nigdy, przegrywamy jak zawsze”.

23.55. Z proponowanych przeze mnie scenariuszy ziścił się trzeci. Faworyt ocalał, Real zostawił lepsze wrażenie. Choć znów zszedł z boiska pokonany, to przebieg wydarzeń na pewno piłkarzy z Madrytu nie zdołował - raczej bym typował, że dostali dziś energetycznego kopa. Udowodnili sobie, że Barceloną można ostro potargać, i to na jej trawach. Wspaniały wieczór z El Clasico. Wreszcie.

23.58. Aha, pobloguję jeszcze długo, tylko potrzebuję kilka chwil na zredagowanie relacji z meczu Michała Szadkowskiego i wysłanie ostatniego wydania „Gazety”;-)

00.19. Tekst zredagowany, zanim wyjdzie z korekty i pozwoli, by go wlać na stronę, refleksja natury ogólnej. Otóż mecze Barcelony z Realem Madryt pozwalają zrozumieć fundamentalną różnicę między piłkarzem amatorem, a piłkarzem zawodowcem. Zawodowiec to ten, który do perfekcji wytrenował odruch przewracania się, łapania za twarz lub zwijania z bólu po dowolnym zetknięciu z przeciwnikiem. My, amatorzy, padać po każdym kontakcie nie umiemy. Ten odruch musi być naprawdę trudno wypracować.

00.23. Z pomeczowych pogaduch. Casillas do sędziego: „Powinieneś balować razem z nimi”. Czyli rutyna. Szkoda, że piłkarzom najwyższej klasy gwiżdżą sędziowie miernej klasy.

00.40. Czarne wieści z szatni barcelońskiej. Alexis Sanchez i Andres Iniesta nie zagrają ponoć przez kilka tygodni. A przecież leczy się też David Villa...

00.45. Xabi Alonso: „Nie jesteśmy zadowoleni, ale jesteśmy dumni”. Piłkarz Realu czuje dumę. choć właśnie wyeliminowała go Barcelona? Oj, oni naprawdę świetnie zdają sobie sprawę, jak na razie wygląda kolejność dziobania...

00.48. „As” wyliczył, że po meczu piłkarze Barcelony wytykali sędziemu, że nie dał im dwóch rzutów karnych, a piłkarze Realu - że nie dał im trzech.

00.51. Iker Casillas już ochłonął. Przeprosił arbitra za to, że go w tunelu obraził. (A ja przypominam/informuję, że bazgram też na Facebooku).

01.03. Alvaro Arbeloa obwieścił, że on i jego kumple właśnie pozbyli się mentalnej blokady, która przeszkadzała im w El Clasico. Może się nie myli, ale wypada też przywołać wakacyjny dwumecz o Superpuchar Hiszpanii. Działo się jak minionego wieczoru - nawet wtedy, gdy Real sprawiał lepsze wrażenie i podpierał je atakami, Barcelony nie pokonał. Czyli na razie nihil novi. Jak Real gra dobrze, przegrywa. Jak Real gra źle, ponosi klęskę.

01.16. Najpierw uspokajam kibiców Blaugrana, że Alexis będzie pauzował maksimam dwa tygodnie (uraz barku). A teraz przejdźmy do wydarzenia wieczoru - w drugiej połowie Real Madryt trzymał piłkę przez 51 proc. czasu gry! Jak Mourinho zobaczy te dane, urządzi taktyczną połajankę, wyśledzi klejących się do piłki najdłużej, każe im w trakcie połajanki klęczeć, a wszystkim rozkaże, by następnym razem aż tak się nie napalali;-)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Archiwum
Tagi