RSS
poniedziałek, 31 stycznia 2011

... czyli o brzydszej twarzy globalizacji w piłce napisałem do dzisiejszej „Gazety”. Felieton znajdziecie tutaj.

17:10, rafal.stec
Link Komentarze (27) »
sobota, 29 stycznia 2011

Kiedy opisujemy futbolową drużynę przymiotnikiem w stopniu najwyższym - np. w ostatnich latach, przed zmianami w obu klubach, nazywaliśmy Arsenal „najmłodszym”, a Milan „najstarszym” - to zazwyczaj ubezpieczamy się zawężeniem w rodzaju „naj... w europejskiej elicie”, „naj... w czołowych ligach”, „naj... w lidze hiszpańskiej” etc. Nikt, nawet właściciele najtęższych głów o niezmierzonej pasji poznawczej, nie orientuje się przecież choćby z grubsza w gigantycznym bezliku rozgrywek.

Autorzy corocznego opracowania „Demographic Study of Footballers in Europe”, które właśnie przyszło do mnie pocztą, też nie oglądali wszystkich boisk i szatni, ale zajęli się naprawdę solidną połacią kontynentalnego futbolu. Przyjrzeli się 36 najsilniejszym pierwszym ligom Europy, czyli 534 klubom, czyli 13108 piłkarzom. Dane zbierali w październiku i listopadzie, pod uwagę brali każdego gracza, który wszedł choć raz na boisko w podanym okresie lub dwóch poprzednich sezonach. (Tylko bramkarzy potraktowano inaczej - wzięto pod uwagę wszystkich zgłoszonych do rozgrywek, nawet jeśli nie grali ani minuty).

Wyniki są tyleż intrygujące, co rozległe, ja chciałem rzucić tu tylko drobiazgi, które nie tylko potwierdzają nasze intuicyjne przeświadczenie o wyjątkowości pewnych klubów, lecz jeszcze ich wyjątkowość wyjaskrawiają. A dotyczą potęg rządzących czołowymi ligami - Barcelona, Inter oraz Manchester są, jak się okazuje, i najlepsze pod względem sportowym w swoich krajach, i absolutnie ekstremalne pod pewnymi względami w skali międzynarodowej.

Katalończycy wystawiają drużynę nie tylko najniższą pośród wszystkich drużyn, które jako fani kojarzymy, ale najniższą pośród wszystkich 534 przebadanych, czyli należących do czołowych lig w Europie. Ich średnia to 177,38 cm. Byłaby znacznie niższa, gdyby wziąć pod uwagę podstawową jedenastkę (często niemożliwą do zdefiniowania). Barcelona „wyprzedza” w tej klasyfikacji irlandzkie Shamrock Rovers, cypryjskie AEK Larnaka, francuskie Lorient i Saint Mirren ze Szkocji. (Najwyższe są chłopiska z Mattersburga, które zaraz spadną z ligi austriackiej, w czołówce drągali znajdujemy też m.in. Werder Brema, Stoke i PSV Eindhoven). i

Inter wystawia natomiast najstarszą drużynę w (niecałej) Europie, ze średnią wieku 29,61 lat. Wyprzedza węgierskie Szolnoki i całą ławę klubów cypryjskich, w czołowej dziesiątce są też Milan i Roma, w następnej dziesiątce Napoli, Chievo i Juventus).

Wreszcie Manchester United ma najstabilniejszą kadrę - jej statystyczny piłkarz gra w klubie od 5,71 sezonu. Co więcej, o ile Barcelona oraz Inter w rankingach maluchów oraz weteranów wyprzedają wiceliderów minimalnie, o tyle klub z Old Trafford ma nad rywalami ogromną przewagę. Za nim sklasyfikowano: Dynamo Kijów (4,68 sezonu), Barcelonę (4,48), Mattersburg (4,41), szwedzkie Hacken (4,33), Athletic Bilbao (4,27), Milan (4,19), CSKA Moskwa (4,14), Chelsea (4,13) i rumuński Sportul Studentesc (4,10). Czy przewaga MU bierze się przede wszystkim stąd, że Alex Ferguson rzadko dochodzi do wniosku, iż popełnił błąd transferowy? Że potrafi zadbać o zadowolenie wszystkich, nawet rzadziej grających? Że jak już ktoś wprowadza się na Old Trafford, to nie chce się wynieść?

I czołówka jeszcze jednego zestawienia - hierarchizującego kluby według liczby wychowanków znajdujących aktualnie zatrudnienie w badanych 36 ligach: 1) Dynamo Kijów 44; 2) Real Madryt 43; 3) Ajax Amsterdam oraz Hajduk Split po 41; 5) Sporting Lizbona oraz Partizan Belgrad 39; 7) Szachtar Donieck 34; 8) Feyenoord Rotterdam 33; 9) CSKA Sofia i Lewski Sofia 32; 11) Barcelona 31.

czwartek, 27 stycznia 2011

...otworzył drzwi. Wyglądał jak Leo Messi, chodził jak Leo Messi, mówił jak Leo Messi - to był Leo Messi. Musiałem odczekać dobrą chwilę, zanim przedstawił mi swoją konkubinę, Cristianę Ronaldo. Byłem wyrozumiały - nie chciała zachowywać się grubiańsko, po prostu szukała ulubionych butów. Potem poznałem dzieci - córkę Leę Messi (ależ podobna do taty! nie odróżniłbym) i syna Cristiano Ronaldo (ależ podobny do mamy! nie odróżniłbym). Zamieniliśmy ledwie kilka zdań. Oni spieszyli się na piknik, ja spieszyłem się do psychiatry, więc wziąłem obiecaną książkę „Historia wojen barcelońsko-madryckich”, podziękowałem rodzicom, że pożyczają, pogratulowałem latorośli, wyszedłem. Coś mi nie grało, świat wydał się nagle jakiś taki monochromatyczny, zmysły przytępiło znużenie. Na ulicy się pogorszyło. Za straganem z cytrusami stał Messi, kupował u niego Messi, nieopodal niedopałek eleganckim zwodem przydeptywał Messi, na przystanku tłoczyła się cała kupka Messich. Za kierownicą autobusu siedział Ronaldo, bilety przedzierał Ronaldo, na przedzie kolejki protestował - podobno go popchnęli - Ronaldo. Za przystankiem był sklep, w stojących na wystawie telewizorach biegał Messi, który przedryblowywał Messiego i strzelał na bramkę - frunący do słupka Messi nie miał szans. Messi szalał na wszystkich ekranach poza tymi, na których prężył się, przed rąbnięciem z rzutu wolnego, Ronaldo. Otworzyłem gazetę, na pierwszej stronie wywiad z Ronaldo - tłumaczył, że wcale nie rywalizuje z Messim...

Uff, wreszcie pobudka i powrót między żywych. Koszmar był przerażający, choć nie aż tak przerażający, jak przeżywany przez bohatera filmu wymyślonego przez genialny duet Charlie Kaufman - Spike Jonze:

Ja wyśniłem typów do Malkovicha niepodobnych, bo przysnąłem tuż po wczorajszej rozwałce na Camp Nou. Barcelona roztrzaskała Almerię pięcioma golami, a ponieważ wcześniej Real poddusił rywali z Sewilli, kataloński-madrycki finał Pucharu Hiszpanii stał się więcej niż prawdopodobny. Czeka nas już nie podwójne, lecz potrójne El Clasico, czyli hiperwypasionymegahit z hiperwypasionymmegabudżetem, hipermegawypasioną obsługą medialną i hipermegawypasionymi emocjami.

Niby nic nadzwyczajnego, bywało już w nowoczesnym futbolu nadmiaru więcej. Przypomnijmy sobie batalie Chelsea z Liverpoolem oraz Liverpoolu z Chelsea, które mierzyły się pięciokrotnie w sezonach 2004/2005, 05/06, 06/07, 07/08. Powody? Liga, rozmaite rozgrywki pucharowe krajowe i międzynarodowe.

Ale wyspiarze mierzyli się jednak w odstępach kilkumiesięcznych lub kilkutygodniowych. Barcelona z Realem, jeśli los skaże ich na wspólny ćwierćfinał Ligi Mistrzów, odetchnąć nam ani sobie nie dadzą. Zagrają:

5 lub 6 kwietnia - w ćwierćfinale LM;

12 lub 13 kwietnia - w rewanżowym ćwierćfinale LM;

17 kwietnia - w lidze hiszpańskiej;

20 kwietnia - w finale Copa del Rey, czyli Pucharu Hiszpanii.

Co więcej, w tę serię wdarłyby się tylko - w ligowej kolejce 10 kwietnia - Almeria z Athletikiem Bilbao. Wyobrażacie sobie? Cały kwiecień z El Clasico!? Poczwórne stężenie na dystansie dwóch tygodni? A przecież ów ćwierćfinał to jest scenariusz wcale prawdopodobny. Na pewno bardziej prawdopodobny niż Malkovich włażący do głowy Malkovicha...

O letnim dwumeczu w Superpucharze Hiszpanii wolę na razie nie myśleć, choć i on powoli staje się nieunikniony. Sześć meczów w cztery miesiące - tego jeszcze nie było, ale w czasach coweekendowego ustanawiania przez Barcę i Real rekordów wszech czasów właściwie należy się spodziewać, że będzie. Kibicowski lud poczułby, że przedawkował? Czy raczej pochłonął jednym haustem i poprosił o dokładkę?

środa, 26 stycznia 2011

O masowym imporcie do naszej reprezentacji piłkarzy wychowanych za granicą wychowanych blogowałem nie raz, więc tekstu do dzisiejszej „Gazety” - opublikowanej na 500 dni przed Euro na drugiej stronie, więc skierowanym przede wszystkim dla kibiców okazjonalnych - nawet bym tutaj nie linkował, gdyby nie jego bohater Maciej Chorążyk.

O nim chyba nie wspominałem jeszcze nigdy, tymczasem to od pewnego czasu postać dla kadry tak samo kluczowa, jak jej selekcjoner. I pracownik PZPN kompletnie nieodpowiadający reputacji, na jaką zapracowała jego organizacja. Chorążyk sam z ideą do działaczy przyszedł, pracuje z pasją, skutecznie, za pół darmo. Za pół darmo, choć do drużyn juniorskich i seniorskiej przetransferował już tylu graczy, że zasługiwałby raczej na sutą prowizję. W związku w ogóle łatwego życia nie ma, o czym zresztą wiem od innych - sam zwierza się niechętnie, prawdopodobnie w obawie, że się szefostwu narazi i go wyleją. Co odcięłoby nasze reprezentacje od istotnego źródła zasilania, ale sami wiecie - kto by się w pezetpeenówku takimi duperelami przejmował.

14:20, rafal.stec
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 24 stycznia 2011

Brytyjska telewizja Sky Sports zatrudnia cholernie bystrych i dowcipnych komentatorów piłki kopanej. Bystrych, bo gdy Sian Massey wyszła w sobotę na boisko, żeby posędziować na linii - bezbłędnie, co w tym momencie nie ma znaczenia - mecz Wolverhampton z Liverpoolem, natychmiast wytropili, że jest kobietą. Dowcipnych, bo natychmiast po wytropieniu, jaką Massey reprezentuje płeć, wymienili kilka porażających przenikliwością uwag na temat jej niewątpliwej niekompetencji. Niekompetencji spowodowanej oczywiście brakiem chromosomu Y, ich zdaniem niezbędnego, by mieć mgliste pojęcie o przepisach futbolowych - zagadnieniu, co w samczych stadach wysysa się z mlekiem ojca, nieskończenie bardziej skomplikowanemu niż mycie garów.

Obaj komentatorzy, oczywiście dumni posiadacze penisów, są prawdopodobnie aż tak bystrzy, że na antenie by się swoimi przemyśleniami nie przechwalali. Niestety, nie wiedzieli, że na szczytach humoru unoszą się przy włączonych mikrofonach.

Wybuchła afera. Temat: seksizm.

Przyznam się, że kiedy czytam o tej sprawie, odkrywam w sobie hipokrytę. Gdybym bowiem jako szef obu typów usłyszał tę gadaninę tylko ja, do głowy by mi nie przyszło wylewać ich z roboty. Co najwyżej uznałbym obu za dupków. Gdyby jednak usłyszeli ją również widzowie, wylałbym Richarda Keysa oraz Andy Graya bez chwili wahania. I rzucił na pożegnanie: „Uważam, że macie pełne prawo być neandertalczykami, ale po godzinach. Mieliście pecha, ludzie was nakryli. Nie zamierzam skazywać moich widzów na wysłuchiwanie neandertalczyków. Wy skorzystaliście z prawa do nieograniczonej kulturą i elementarną logiką wolności słowa, ja z rozkoszą korzystam ze swojego prawa, by was wystawić za drzwi”.

Nadwrażliwych przepraszam za chropowatość sformułowań, ale wydaje mi się adekwatna do środków wyrazu zaproponowanych przez bohaterów wpisu. Obaj zdumiewają mnie tym bardziej, że sam panie z chorągiewką mam ochotę traktować nie z nadzwyczajną złośliwością i pogardą, lecz nadzwyczajną życzliwością i podziwem - skoro kobieta wchodzi na trawy nawożone samym testosteronem i między wściekłych ligowych buhajów, zdając sobie sprawę z istnienia tabunu Keysów i Grayów, to musi naprawdę kochać piłkę do szaleństwa.

Co zachęca mnie do przedstawienia prywatnej ogólnej teorii na jakże pociągający temat „Futbol a kobiety”. Wywodzi się ona z wciąż niewystarczająco popularnego przeświadczenia, iż jedną z najwyższych form dyskryminacji ze względu na płeć jest zniechęcanie kobiet do futbolu, utrudnianie im dostępu do futbolu, a także wyrosła na lenistwie opieszałość mężczyzn w objaśnianiu adeptkom początkującym, na co powinny zwrócić najbaczniejszą uwagę. Proceder ów uprawiają, niestety, również feministki - także polskie, na czele z nienawidzącą sportu w ogóle Magdaleną Środą, która w „Gazecie” swego czasu wyklinała „budowanie nikomu nie potrzebnych stadionów w kształcie kupy”. Nawiasem mówiąc, w poetyckości frazy dorównując mówionym dziełom komentatorów Sky.

Ponieważ Środa nie udziela się na forum mojego blogu, mogę nadal zwierzać się z programowej, specjalnej przychylności dla czytelniczek, u których zdiagnozowałem  - własne doświadczenie, nie było próby reprezentatywnej - mniejsze niż u czytelników w rozmawianiu o sporcie szowinizm i zajadłość.

Wracając do ogólnej teorii: gdy jakiś znajomy bądź nieznajomy skarży się, że jego kobieta nie przepada za futbolem, patrzę na niego z politowaniem, a na nią ze współczuciem. Trzeba być beznadziejnym nieudacznikiem i nudziarzem, by nie zaintrygować drugiej połowy dyscypliną tak pasjonującą - wyładowaną emocjami, oryginalnymi osobowościami, epickimi opowieściami.

Na szczęście kobiety swój rozum mają i kibicek (oraz sędzi) przybywa. Pomimo sabotażu feministek, które skandal w Sky Sports utwierdzi w podejrzeniu, że oglądanie futbolu odbiera rozum.

23:14, rafal.stec
Link Komentarze (95) »
 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum
Tagi