RSS
poniedziałek, 31 stycznia 2011

... czyli o brzydszej twarzy globalizacji w piłce napisałem do dzisiejszej „Gazety”. Felieton znajdziecie tutaj.

17:10, rafal.stec
Link Komentarze (27) »
sobota, 29 stycznia 2011

Kiedy opisujemy futbolową drużynę przymiotnikiem w stopniu najwyższym - np. w ostatnich latach, przed zmianami w obu klubach, nazywaliśmy Arsenal „najmłodszym”, a Milan „najstarszym” - to zazwyczaj ubezpieczamy się zawężeniem w rodzaju „naj... w europejskiej elicie”, „naj... w czołowych ligach”, „naj... w lidze hiszpańskiej” etc. Nikt, nawet właściciele najtęższych głów o niezmierzonej pasji poznawczej, nie orientuje się przecież choćby z grubsza w gigantycznym bezliku rozgrywek.

Autorzy corocznego opracowania „Demographic Study of Footballers in Europe”, które właśnie przyszło do mnie pocztą, też nie oglądali wszystkich boisk i szatni, ale zajęli się naprawdę solidną połacią kontynentalnego futbolu. Przyjrzeli się 36 najsilniejszym pierwszym ligom Europy, czyli 534 klubom, czyli 13108 piłkarzom. Dane zbierali w październiku i listopadzie, pod uwagę brali każdego gracza, który wszedł choć raz na boisko w podanym okresie lub dwóch poprzednich sezonach. (Tylko bramkarzy potraktowano inaczej - wzięto pod uwagę wszystkich zgłoszonych do rozgrywek, nawet jeśli nie grali ani minuty).

Wyniki są tyleż intrygujące, co rozległe, ja chciałem rzucić tu tylko drobiazgi, które nie tylko potwierdzają nasze intuicyjne przeświadczenie o wyjątkowości pewnych klubów, lecz jeszcze ich wyjątkowość wyjaskrawiają. A dotyczą potęg rządzących czołowymi ligami - Barcelona, Inter oraz Manchester są, jak się okazuje, i najlepsze pod względem sportowym w swoich krajach, i absolutnie ekstremalne pod pewnymi względami w skali międzynarodowej.

Katalończycy wystawiają drużynę nie tylko najniższą pośród wszystkich drużyn, które jako fani kojarzymy, ale najniższą pośród wszystkich 534 przebadanych, czyli należących do czołowych lig w Europie. Ich średnia to 177,38 cm. Byłaby znacznie niższa, gdyby wziąć pod uwagę podstawową jedenastkę (często niemożliwą do zdefiniowania). Barcelona „wyprzedza” w tej klasyfikacji irlandzkie Shamrock Rovers, cypryjskie AEK Larnaka, francuskie Lorient i Saint Mirren ze Szkocji. (Najwyższe są chłopiska z Mattersburga, które zaraz spadną z ligi austriackiej, w czołówce drągali znajdujemy też m.in. Werder Brema, Stoke i PSV Eindhoven). i

Inter wystawia natomiast najstarszą drużynę w (niecałej) Europie, ze średnią wieku 29,61 lat. Wyprzedza węgierskie Szolnoki i całą ławę klubów cypryjskich, w czołowej dziesiątce są też Milan i Roma, w następnej dziesiątce Napoli, Chievo i Juventus).

Wreszcie Manchester United ma najstabilniejszą kadrę - jej statystyczny piłkarz gra w klubie od 5,71 sezonu. Co więcej, o ile Barcelona oraz Inter w rankingach maluchów oraz weteranów wyprzedają wiceliderów minimalnie, o tyle klub z Old Trafford ma nad rywalami ogromną przewagę. Za nim sklasyfikowano: Dynamo Kijów (4,68 sezonu), Barcelonę (4,48), Mattersburg (4,41), szwedzkie Hacken (4,33), Athletic Bilbao (4,27), Milan (4,19), CSKA Moskwa (4,14), Chelsea (4,13) i rumuński Sportul Studentesc (4,10). Czy przewaga MU bierze się przede wszystkim stąd, że Alex Ferguson rzadko dochodzi do wniosku, iż popełnił błąd transferowy? Że potrafi zadbać o zadowolenie wszystkich, nawet rzadziej grających? Że jak już ktoś wprowadza się na Old Trafford, to nie chce się wynieść?

I czołówka jeszcze jednego zestawienia - hierarchizującego kluby według liczby wychowanków znajdujących aktualnie zatrudnienie w badanych 36 ligach: 1) Dynamo Kijów 44; 2) Real Madryt 43; 3) Ajax Amsterdam oraz Hajduk Split po 41; 5) Sporting Lizbona oraz Partizan Belgrad 39; 7) Szachtar Donieck 34; 8) Feyenoord Rotterdam 33; 9) CSKA Sofia i Lewski Sofia 32; 11) Barcelona 31.

czwartek, 27 stycznia 2011

...otworzył drzwi. Wyglądał jak Leo Messi, chodził jak Leo Messi, mówił jak Leo Messi - to był Leo Messi. Musiałem odczekać dobrą chwilę, zanim przedstawił mi swoją konkubinę, Cristianę Ronaldo. Byłem wyrozumiały - nie chciała zachowywać się grubiańsko, po prostu szukała ulubionych butów. Potem poznałem dzieci - córkę Leę Messi (ależ podobna do taty! nie odróżniłbym) i syna Cristiano Ronaldo (ależ podobny do mamy! nie odróżniłbym). Zamieniliśmy ledwie kilka zdań. Oni spieszyli się na piknik, ja spieszyłem się do psychiatry, więc wziąłem obiecaną książkę „Historia wojen barcelońsko-madryckich”, podziękowałem rodzicom, że pożyczają, pogratulowałem latorośli, wyszedłem. Coś mi nie grało, świat wydał się nagle jakiś taki monochromatyczny, zmysły przytępiło znużenie. Na ulicy się pogorszyło. Za straganem z cytrusami stał Messi, kupował u niego Messi, nieopodal niedopałek eleganckim zwodem przydeptywał Messi, na przystanku tłoczyła się cała kupka Messich. Za kierownicą autobusu siedział Ronaldo, bilety przedzierał Ronaldo, na przedzie kolejki protestował - podobno go popchnęli - Ronaldo. Za przystankiem był sklep, w stojących na wystawie telewizorach biegał Messi, który przedryblowywał Messiego i strzelał na bramkę - frunący do słupka Messi nie miał szans. Messi szalał na wszystkich ekranach poza tymi, na których prężył się, przed rąbnięciem z rzutu wolnego, Ronaldo. Otworzyłem gazetę, na pierwszej stronie wywiad z Ronaldo - tłumaczył, że wcale nie rywalizuje z Messim...

Uff, wreszcie pobudka i powrót między żywych. Koszmar był przerażający, choć nie aż tak przerażający, jak przeżywany przez bohatera filmu wymyślonego przez genialny duet Charlie Kaufman - Spike Jonze:

Ja wyśniłem typów do Malkovicha niepodobnych, bo przysnąłem tuż po wczorajszej rozwałce na Camp Nou. Barcelona roztrzaskała Almerię pięcioma golami, a ponieważ wcześniej Real poddusił rywali z Sewilli, kataloński-madrycki finał Pucharu Hiszpanii stał się więcej niż prawdopodobny. Czeka nas już nie podwójne, lecz potrójne El Clasico, czyli hiperwypasionymegahit z hiperwypasionymmegabudżetem, hipermegawypasioną obsługą medialną i hipermegawypasionymi emocjami.

Niby nic nadzwyczajnego, bywało już w nowoczesnym futbolu nadmiaru więcej. Przypomnijmy sobie batalie Chelsea z Liverpoolem oraz Liverpoolu z Chelsea, które mierzyły się pięciokrotnie w sezonach 2004/2005, 05/06, 06/07, 07/08. Powody? Liga, rozmaite rozgrywki pucharowe krajowe i międzynarodowe.

Ale wyspiarze mierzyli się jednak w odstępach kilkumiesięcznych lub kilkutygodniowych. Barcelona z Realem, jeśli los skaże ich na wspólny ćwierćfinał Ligi Mistrzów, odetchnąć nam ani sobie nie dadzą. Zagrają:

5 lub 6 kwietnia - w ćwierćfinale LM;

12 lub 13 kwietnia - w rewanżowym ćwierćfinale LM;

17 kwietnia - w lidze hiszpańskiej;

20 kwietnia - w finale Copa del Rey, czyli Pucharu Hiszpanii.

Co więcej, w tę serię wdarłyby się tylko - w ligowej kolejce 10 kwietnia - Almeria z Athletikiem Bilbao. Wyobrażacie sobie? Cały kwiecień z El Clasico!? Poczwórne stężenie na dystansie dwóch tygodni? A przecież ów ćwierćfinał to jest scenariusz wcale prawdopodobny. Na pewno bardziej prawdopodobny niż Malkovich włażący do głowy Malkovicha...

O letnim dwumeczu w Superpucharze Hiszpanii wolę na razie nie myśleć, choć i on powoli staje się nieunikniony. Sześć meczów w cztery miesiące - tego jeszcze nie było, ale w czasach coweekendowego ustanawiania przez Barcę i Real rekordów wszech czasów właściwie należy się spodziewać, że będzie. Kibicowski lud poczułby, że przedawkował? Czy raczej pochłonął jednym haustem i poprosił o dokładkę?

środa, 26 stycznia 2011

O masowym imporcie do naszej reprezentacji piłkarzy wychowanych za granicą wychowanych blogowałem nie raz, więc tekstu do dzisiejszej „Gazety” - opublikowanej na 500 dni przed Euro na drugiej stronie, więc skierowanym przede wszystkim dla kibiców okazjonalnych - nawet bym tutaj nie linkował, gdyby nie jego bohater Maciej Chorążyk.

O nim chyba nie wspominałem jeszcze nigdy, tymczasem to od pewnego czasu postać dla kadry tak samo kluczowa, jak jej selekcjoner. I pracownik PZPN kompletnie nieodpowiadający reputacji, na jaką zapracowała jego organizacja. Chorążyk sam z ideą do działaczy przyszedł, pracuje z pasją, skutecznie, za pół darmo. Za pół darmo, choć do drużyn juniorskich i seniorskiej przetransferował już tylu graczy, że zasługiwałby raczej na sutą prowizję. W związku w ogóle łatwego życia nie ma, o czym zresztą wiem od innych - sam zwierza się niechętnie, prawdopodobnie w obawie, że się szefostwu narazi i go wyleją. Co odcięłoby nasze reprezentacje od istotnego źródła zasilania, ale sami wiecie - kto by się w pezetpeenówku takimi duperelami przejmował.

14:20, rafal.stec
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 24 stycznia 2011

Brytyjska telewizja Sky Sports zatrudnia cholernie bystrych i dowcipnych komentatorów piłki kopanej. Bystrych, bo gdy Sian Massey wyszła w sobotę na boisko, żeby posędziować na linii - bezbłędnie, co w tym momencie nie ma znaczenia - mecz Wolverhampton z Liverpoolem, natychmiast wytropili, że jest kobietą. Dowcipnych, bo natychmiast po wytropieniu, jaką Massey reprezentuje płeć, wymienili kilka porażających przenikliwością uwag na temat jej niewątpliwej niekompetencji. Niekompetencji spowodowanej oczywiście brakiem chromosomu Y, ich zdaniem niezbędnego, by mieć mgliste pojęcie o przepisach futbolowych - zagadnieniu, co w samczych stadach wysysa się z mlekiem ojca, nieskończenie bardziej skomplikowanemu niż mycie garów.

Obaj komentatorzy, oczywiście dumni posiadacze penisów, są prawdopodobnie aż tak bystrzy, że na antenie by się swoimi przemyśleniami nie przechwalali. Niestety, nie wiedzieli, że na szczytach humoru unoszą się przy włączonych mikrofonach.

Wybuchła afera. Temat: seksizm.

Przyznam się, że kiedy czytam o tej sprawie, odkrywam w sobie hipokrytę. Gdybym bowiem jako szef obu typów usłyszał tę gadaninę tylko ja, do głowy by mi nie przyszło wylewać ich z roboty. Co najwyżej uznałbym obu za dupków. Gdyby jednak usłyszeli ją również widzowie, wylałbym Richarda Keysa oraz Andy Graya bez chwili wahania. I rzucił na pożegnanie: „Uważam, że macie pełne prawo być neandertalczykami, ale po godzinach. Mieliście pecha, ludzie was nakryli. Nie zamierzam skazywać moich widzów na wysłuchiwanie neandertalczyków. Wy skorzystaliście z prawa do nieograniczonej kulturą i elementarną logiką wolności słowa, ja z rozkoszą korzystam ze swojego prawa, by was wystawić za drzwi”.

Nadwrażliwych przepraszam za chropowatość sformułowań, ale wydaje mi się adekwatna do środków wyrazu zaproponowanych przez bohaterów wpisu. Obaj zdumiewają mnie tym bardziej, że sam panie z chorągiewką mam ochotę traktować nie z nadzwyczajną złośliwością i pogardą, lecz nadzwyczajną życzliwością i podziwem - skoro kobieta wchodzi na trawy nawożone samym testosteronem i między wściekłych ligowych buhajów, zdając sobie sprawę z istnienia tabunu Keysów i Grayów, to musi naprawdę kochać piłkę do szaleństwa.

Co zachęca mnie do przedstawienia prywatnej ogólnej teorii na jakże pociągający temat „Futbol a kobiety”. Wywodzi się ona z wciąż niewystarczająco popularnego przeświadczenia, iż jedną z najwyższych form dyskryminacji ze względu na płeć jest zniechęcanie kobiet do futbolu, utrudnianie im dostępu do futbolu, a także wyrosła na lenistwie opieszałość mężczyzn w objaśnianiu adeptkom początkującym, na co powinny zwrócić najbaczniejszą uwagę. Proceder ów uprawiają, niestety, również feministki - także polskie, na czele z nienawidzącą sportu w ogóle Magdaleną Środą, która w „Gazecie” swego czasu wyklinała „budowanie nikomu nie potrzebnych stadionów w kształcie kupy”. Nawiasem mówiąc, w poetyckości frazy dorównując mówionym dziełom komentatorów Sky.

Ponieważ Środa nie udziela się na forum mojego blogu, mogę nadal zwierzać się z programowej, specjalnej przychylności dla czytelniczek, u których zdiagnozowałem  - własne doświadczenie, nie było próby reprezentatywnej - mniejsze niż u czytelników w rozmawianiu o sporcie szowinizm i zajadłość.

Wracając do ogólnej teorii: gdy jakiś znajomy bądź nieznajomy skarży się, że jego kobieta nie przepada za futbolem, patrzę na niego z politowaniem, a na nią ze współczuciem. Trzeba być beznadziejnym nieudacznikiem i nudziarzem, by nie zaintrygować drugiej połowy dyscypliną tak pasjonującą - wyładowaną emocjami, oryginalnymi osobowościami, epickimi opowieściami.

Na szczęście kobiety swój rozum mają i kibicek (oraz sędzi) przybywa. Pomimo sabotażu feministek, które skandal w Sky Sports utwierdzi w podejrzeniu, że oglądanie futbolu odbiera rozum.

23:14, rafal.stec
Link Komentarze (95) »
niedziela, 23 stycznia 2011

Zdobyty dziś Puchar Polski to już 11. krajowe trofeum siatkarzy z Bełchatowa, najszybciej potężniejącego klubu w naszym współczesnym sporcie. Przy lokalnej konkurencji wyglądają oni coraz częściej jak Brazylijczycy przy globalnej - muszą szukać inspiracji po własnej stronie siatki i sami wyrządzać sobie krzywdę, by zmusić się do wytężonego wysiłku. A jeśli przegrają, wszyscy wiedzą, że to wpadka bez znaczenia.

Supremację Skry najchętniej tłumaczymy budżetem, który pozwala jej brać z rynku każdego, kogo zapragnie. Bełchatowian wyróżnia jednak przede wszystkim nadzwyczajna, rzadko spotykana nawet w skali międzynarodowej stabilność kadrowa. Dostrzegalna wszędzie - od trenera Nawrockiego, który na początku stulecia jeszcze jako gracz awansował z bełchatowianami do pierwszej ligi, przez najjaśniejszą gwiazdę (Wlazły), po głębsze rezerwy (Wnuk). Wyjąwszy grupkę młodych - między dorosłych wprowadzanych zawsze niespiesznie - Skrę tworzą ludzie związani z nią przez wieczność lub ładnych parę lat.

Jeśli wspomnianego Nawrockiego uznamy za następne wcielenie Daniela Castellaniego (wcześniej Polak był asystentem Argentyńczyka), to rewolucji ani nawet rewolucyjki szkoleniowej nie przeżyła Skra od 2006 r. Wlazły gra dla niej od 2003, Pliński, Bąkiewicz i Antiga od 2007, Falasca, Kurek i Możdżonek od 2008 r. Każdy poza Winiarskim kluczowy siatkarz wytrzymuje już w Bełchatowie co najmniej trzeci sezon. A ponieważ niemal wszyscy spędzają ze sobą okrągły rok - połowę sezonu pod flagą reprezentacji Polski, połowę pod herbem Skry - to w całej europejskiej czołówce nie znajdziemy strategii bardziej spójnej i konsekwentniej realizowanej. Co najwyżej - porównywalnie spójne i konsekwentne.

Dlatego tak często widzimy, że po bełchatowskiej stronie siatki nawet w trudnych chwilach nie panuje bałagan. Skrę wynoszą na krajowy szczyt nie tylko lepsi siatkarze, ale i lepiej zsynchronizowane ruchy grupy, a przecież ta gra polega na manewrach wyłącznie zbiorowych. Najpoważniejsi konkurenci mistrza wypolerować współpracy na połysk nie są w stanie, bo płacą za niecierpliwość szefów. Ba, porywczość.

Przypadek ekstremalny oglądamy w Rzeszowie, gdzie co sezon zwalnia się (prawie) wszystkich poza trenerem - w sobotę w podstawowej szóstce zmieściło się czterech ludzi, którzy przyjechali latem, w dodatku niemal każdy z innej ligi (Baranowicz i Cernic z włoskiej, Grozer z niemieckiej, Millar z tureckiej), a piąty (Buszek) pomagał jako rezerwowy. Do Kędzierzyna zjechali przed sezonem rozgrywający (Zagumny), grupka przyjmujących (Idi, Świderski, Urnaut), środkowy (Czarnowski) oraz libero (Gacek), dołączywszy do wziętych zaledwie rok wcześniej atakującego (Jarosza) i drugiego środkowego (Gładyra) - wśród podstawowych graczy ciut dłużej skacze dla ZAKSY jeden Ruciak.

Jeszcze raz: Skra niemal wszystkich kluczowych ludzi trzyma w klubie trzeci sezon lub dłużej, tymczasem zestrzelone w Warszawie z boiska drużyny albo liczących się siatkarzy o takim stażu nie mają wcale (Resovia), albo ostał się im jeden (ZAKSA). Rywale ledwie się poznali, a już każą im się porywać na nałogowych zwycięzców. Gdzie indziej prezesi też wariują, wśród klubów z ambicjami stosunkowo stabilnie - nie dominują tam pierwszoroczniacy - jest tylko w Częstochowie (długo sensacyjny wicelider ligi), którego jednak przydusza do boiska przeciętna kondycja finansowa. Być może dlatego stawka dzieli się na hegemona i poszatkowaną na drobno resztkę - pod Skrą hierarchia się rozmywa, każdy może tam pokonać każdego, a wielkiej sensacji nie wywoła.

Jak rywalom trzeba wytknąć ułatwiające bełchatowianom przywiązanie do chaosu, tak wypada dostrzec okoliczności łagodzące. Dzięki miażdżącej przewadze ekonomicznej zarządcy z Bełchatowa (z budżetem niemal dwukrotnie wyższym od najbogatszych konkurentów) wznoszą potęgę bez wyrafinowanej strategii transferowej - selekcja odbywa się gdzie indziej, oni tylko werbują juniorskich i seniorskich reprezentantów kraju. Proces upodabniania klubu do kadry się nasila, więc mamy już właściwie PolSkrę Bełchatów. Teraz w obu drużynach obserwujemy przygotowywanie do łagodnej zmiany pokoleń. Libero więdnącego (Gacka) zastąpił libero rozkwitający (Zatorski), przy mistrzach Europy Pliński z Możdżonkiem dojrzewa środkowy przyszłości (Kłos), zaraz zgodnie z logiką wydarzeń podawać piłkę sławniejszym kolegom zacznie zapewne najdorodniejszy młody rozgrywający (Drzyzga). Proste jak drut, prąd płynie swobodnie - zapraszamy głównie Polaków, zakłóceń wywołanych problemami z aklimatyzacją nie ma, przeciwnikom oddamy lub wypożyczymy tylko kadrowiczów przez nas niechcianych, komu podobają się inne miasta i miasteczka, tego porazimy ciężkim szmalem i w końcu zamieszka u nas.

I tak wśród czołowych lig na kontynencie polska pozostaje zjawiskiem osobnym. Odkąd w 2005 r. zapanowała u nas Skra, Włosi wyłonili pięciu mistrzów kraju, a Rosjanie, Grecy i Francuzi - trzech. Monopol utrzymuje się w krajach siatkarsko uboższych, czyli całej resztce (europejskiej). Oby Skra wreszcie przypomniała w Lidze Mistrzów, że my do nich nie należymy. W końcu inni reprezentacji swojego kraju tam nie wysyłają.

20:17, rafal.stec
Link Komentarze (15) »
piątek, 21 stycznia 2011

Zdarzyło się kilka lat temu. Redakcyjny kolega wpadł do Gazety z dramatycznymi wieściami - ukradli mu samochód. Współczuliśmy szczerze i na całego, zamierzaliśmy solidaryzować się gromadnie i do upadłego, aż po paru godzinach zadzwonili z myjni.

Zadzwonili, by zapytać, czy pan Leniarski odbierze wreszcie samochód, bo zaczyna im zawadzać.

Co oczywiście musiałem sobie przypomnieć, gdy czytałem o przypadku Jermaine’a Pennanta. Otóż skrzydłowy Stoke, kiedyś najdroższy nastolatek w historii angielskiego futbolu, odebrał telefon od przedstawicieli swego poprzedniego klubu, Realu Saragossa (oddali skrzydłowego na wypożyczenie, bo notorycznie spóźniał się na treningi). Byli pracodawcy mieli pretensje jak tamci z myjni. Przypomnieli piłkarzowi, że na parkingu przy dworcu kolejowym w ich mieście pół roku temu zostawił Porsche.

Pennant zbaraniał. On nie zapomniał, że Porsche na dworcu zostawił. Zapomniał, że ma Porsche. Początkowo próbował się nawet upierać, że wcale nie ma, ale dzwoniący przycisnęli go niezbijalnym argumentem. Indywidualnie dobraną tablicą rejestracyjną, na której widniało znajome P33NNT. (Kluczyki znaleźli na przednim siedzeniu).

Komentatorzy naturalnie zaczęli się prymitywnie wyzłośliwiać i głośno pytać, czy Pennant nie ma aby więcej pieniędzy niż szarych komórek. Łatwizna - sięgnąć po pierwszy z brzegu stereotyp kopacza kretyna, co to za dużo zarabia.

I znów mamy dowód, że media głupieją, wulgaryzują się i w ogóle złażą na psy. Publicysta życzliwszy bliźnim od siebie sławniejszym, bogatszym i zdolniejszym, którzy przecież również mają prawo do błędów młodości, znalazłby dobre powody, żeby 28-latka docenić za autentyczną, jakże rzadką w naszym rozszalałym konsumpcjonizmie pogardę dla ekskluzywnych zbytków. Nawet dla zbytków wycenianych, jak rzeczone Porsche, na 98 tys. funtów, czyli mniej więcej - szacuję na oko, precyzyjnych danych o pensji Pennanta nie mam - dwa tygodnie jego ciężkiej pracy. Ja właśnie zaliczam się, jeśli mogę nieskromnie pochwalić samego siebie, do owych życzliwszych, więc powodów, by angielskiego piłkarza docenić, znajduję mnóstwo. Widzę całą sprawę tak: choć wciąż nie wiemy, nad jakimi zagadnieniami Pennant rozmyśla między katorżniczym wysiłkiem meczowym (gdy daje uciechę innym ludziom) i treningowym (gdy się samodoskonali), to dowiedzieliśmy się przynajmniej, że nie przywiązuje wagi do przedmiotów i nie trwoni czasu na sprawy nieistotne. Nie przesiaduje w garażu, nie obmacuje godzinami karoserii, nie liczy wozów od lewej do prawej, a potem od prawej do lewej. Może wie, że każda chwila jest kroplą wieczności, a życie mgnieniem jej oka? Że ci, którzy w dzień końca świata czekają błyskawic i gromów, będą zawiedzeni? Że wszechświat nie będzie rozszerzał się już zawsze? Że nadal jesteśmy moralnie zobowiązani szukać odpowiedzi na pytanie, co było przed Wielkim Wybuchem?

Właśnie takie rozważania wolałbym obok relacjonowania przypadku Pennanta znaleźć. Swoich czytelników też proszę, by nie prześliznęli się po niniejszej notce jak po ulotnej, weekendowej dupereli, lecz dostrzegli w niej uskrzydlającą intelektualnie opowiastkę z morałem, pogłębiającą naszą wiedzę o futbolistach, którzy bywają bardziej wielowymiarowymi postaciami niż się po powierzchownym oglądzie zdaje.

Ja jeszcze tylko dodam z kronikarskiego obowiązku, że odzyskaną tablicę rejestracyjną Pennant przytroczył do swojego nowiutkiego Ferrari.

21:47, rafal.stec
Link Komentarze (24) »
czwartek, 20 stycznia 2011

Przekonywałem już wielokrotnie, że stanu polskiego piłkarstwa najprecyzyjniej wcale nie weryfikują wyniki reprezentacji ani wspomaganych importem zagranicznej siły roboczej klubów, lecz siła drużyn, które zatrudniają polskich kopaczy. Dlatego w latach minionych, wraz ze staczaniem się naszego futbolu ubywało naszych rodaków w Bundeslidze, a przybywało np. w lidze greckiej. Dlatego kompletnie zniknęli z hiszpańskiej, a rozmnożyli się - ba, przez moment wręcz królowali - w lidze cypryjskiej. Czasem też w kierunkach migracji odbijało się kilka procesów. Jeśli nasi całkiem sporą grupką zjechali - ostatnio, gdy akurat dołują - na boiska włoskie, to mamy ostateczny dowód, że calcio pochudło sportowo i finansowo, a zarazem przekonujemy się, jak bezcennym atutem bywa unijny paszport. Wiwat integracja europejska, bez niej polski kopacz nie podbierałby pracy zdolniejszym południowym Amerykanom.

Ale rynek też niepodważalnie wiarygodny w ocenie kompetencji piłkarzy nie jest, bo pracodawcy lubią zachowywać się nieracjonalnie. Czego intrygujący przejaw widzimy właśnie w klubach tureckich, które zatrudniają już dziewięciu Polaków. To najwyżej sklasyfikowana przez UEFA - na dziesiątym miejscu - liga na kontynencie zainteresowana ich usługami na masową skalę.

Najazd naszych na Turcję nie zdumiewałby, gdyby cała operacja była rozciągnięta w czasie. Gdyby Polacy zdobywali tam renomę stopniowo, z sezonu na sezon, gdyby ich popularność rosła tak, jak rosła popularność polskich bramkarzy na Wyspach - ci długo udowadniali, że wyrastają ponad polskich piłkarzy z pola, aż doczekaliśmy się szlagierowego meczu Manchesteru United z Arsenalem, w którym uczestniczyło aż trzech (Szczęsny stał między słupkami, Kuszczak i Fabiański siedzieli na ławce).

Turcy nie odkrywali naszych muraw kępa po kępie. Aż ośmiu graczy, czyli wszystkich poza Marcinem Kusiem, wzięli w tym sezonie - braci Brożków, Arkadiusza Głowackiego, Kamila Grosickiego, Macieja Iwańskiego, Mariusza Pawełka, Marcina Robaka i Michała Żewłakowa. Reagują, jakby dopiero wczoraj zauważyli na mapie ludny kraj nad Bałtykiem, uznali, że go przez roztargnienie przeoczyli i postanowili czym prędzej się zrehabilitować, oczywiście z neoficką nadgorliwością. Ooo, jakie duże państwo, ani chybi pełne zdrowych i silnych obywateli, nawet kiedyś króla miało, co to nas pod Wiedniem przed wiekami nie dopuścił pod swoje pole karne, musi coś w nich być, bierzemy od razu wszystkich.

W futbolu nie wydarzyło się ostatnio nic, czym można w naturalny sposób wytłumaczyć nagły przypływ uczuć do naszych ligowców. Reprezentacja przegrywała, nadal przekopując boiska w poszukiwaniu rankingowego dna; kluby w Europie też wypadały byle jak, wyjąwszy opanowanego przez obcokrajowców Lecha; nasze kraje nie ogłaszały hucznie zacieśnienia współpracy gospodarczej, nasi premierzy nie spędzali razem weekendów, nasz jedyny ostatnio piłkarz w Turcji - wspomniany Kuś - megagwiazdą nie został. Co więcej, niektórzy pozyskani wpadli ostatnio w dołek. Jeśli przedstawiciele Manisaporu istotnie śledzili jesienią popisy Iwańskiego, to łatwiej byłoby im wypatrzeć powody, dla których bezpieczniej w niego nie inwestować (zwłaszcza jeśli przeprowadzili także wywiad środowiskowy).

Gdy każdy transfer rozstrząsać z osobna, to większość daje się logicznie wytłumaczyć. Skoro lider ligi tureckiej przyjął Piotra Brożka, to możemy się domyślać, że zaakceptował pakiet - obrońcę wraz ze zdolniejszym bratem Pawłem. Grosicki - chłopak po przejściach, który podejrzanie często zmienia barwy - wylądował w klubie broniącym się przed spadkiem. Pawełka, Robaka i rzeczonego Iwańskiego również przygarnęły drużyny przeciętne lub słabiutkie. Dezorientuje tylko skala zjawiska. Wczoraj nie jedli Turcy bigosu niemal wcale, dziś pochłaniają go chochlami, na śniadanie, obiad, podwieczorek i kolację.

Na ich gusta wpłynął najwyraźniej Bartłomiej Bolek, postać jeszcze przed chwilą anonimowa, która staje się bohaterem zimy w polskim futbolu. To on „sprzedawał” - jako agent - Brożków, Pawełka, Głowackiego, Iwańskiego i Robaka. Ma 31 lat, działa od blisko siedmiu, zaczął jeszcze w trakcie studiów ekonomicznych.

Poświęciłem niedawno obszerny felieton niejakiemu Jorge Mendesowi, który posłużył mi za ilustrację rosnących wpływów pośredników transferowych we współczesnym futbolu. Bolek też mógłby posłużyć. Portugalczyk działa na szczytach futbolu (wśród klientów ma Mourinho, C. Ronaldo i jeszcze kilkudziesięciu rodaków), Polak działa na niżej - odpowiednio dla poziomu sportowego tych, których trzyma w swojej stajni.

Turcy ewidentnie lubią robić interesy z oboma. Mendes oddał aż czterech ludzi Besiktasowi. Do Ricardo Quaresmy, Simao Sabrosy oraz Manuela Fernandesa dołączył niedawno Hugo Almeida, którego nie dały sobie wcisnąć kluby angielskie - odstraszyła ich kwota 2,1 mln funtów, których portugalski agent żądał za samo podjęcie negocjacji. Besiktas szalone warunki wstępne przyjął. I zapewne hojnie piłkarza opłaca. Od Anglików jego przedstawiciele chcieli 40 tys. funtów tygodniowo.

Polakami kluby ze Stambułu się na razie nie interesują - choć niedawno sensacyjnie oddały panowanie w lidze, to wciąż są lokalnymi supermocarstwami, zatrudniającymi trenerów klasy Franka Rijkaarda i piłkarzy klasy króla strzelców ligi francuskiej Mamadou Nianga. Bracia Brożkowie i Głowacki stoją jednak przed szansą na ładny awans sportowy. Jeśli Trabzonspor nie zleci z pozycji lidera, jesienią zadebiutuje w Lidze Mistrzów. Pytanie, czy nasi wytrzymają rywalizację o miejsce w składzie. Pracują w przyjemnych okolicznościach przyrody, od gospodarzy dostali urocze, nadmorskie wille z basenami i w ogóle pod pupami mają cieplutko. Grać nie umierać.

Wypytałem o obrotnego menedżera kolegów po fachu z innych miast, którzy stale piszą o transferach. Opinię wystawili mu ładną, w swojej branży, wywołującej często brzydkie skojarzenia, wyróżnia się ponoć wiarygodnością - nie ściemnia, nie próbuje np. wywołać wrażenia, że na jego klientów pożądliwie spoglądają kluby z całej Europy. Sam też do Bolka zadzwoniłem. Usłyszałem, że o przeprowadzce braci Brożków do Trabzonu zaczął rozmawiać już na kolacji po podpisaniu kontraktu przez Głowackiego, że ten ostatni uwiódł tubylców wyjątkowym profesjonalizmem, że jesienią Turcy oglądali z trybun niemal każdą kolejkę ligową i wszystkim kupionym namiętnie się przyglądali. Jak nawiązał z Turcją kontakt, opowiadać ze szczegółami Bolek nie chciał. Zdradził tylko, że znalazł na tamtejszym rynku równie sprawnego partnera, który znajduje kontrahentów dla piłkarzy o zaproponowanej charakterystyce.

Co znów przypomina, jak wiele klubów opiera politykę transferową na zaufaniu do ludzi z zewnątrz. Rekomendowanych graczy, owszem, sprawdzają. Ale gdyby rekomendacji nie dostali, nie mieliby kogo sprawdzać.

Na stronie internetowej należącej do Bolka agencji BMG-Sport znajdziecie nazwiska innych związanych z nią piłkarzy, m.in. Patryka Małeckiego, Rafała Boguskiego i Kubę Rzeźniczaka. Niewykluczone, że wokół niektórych wysłannicy tureckich klubów już chodzą - zwłaszcza sytuacja obrońcy Legii wygląda kusząco, bowiem jego kontrakt z warszawskim klubem wygasa w czerwcu. Najpierw jednak nad Bosforem przekonają się, jakie koty w worku kupili - niegroźne futrzaki, co to przede wszystkim lubią wylegiwać się w słońcu, czy drapieżne tygrysy, które przepadają za rozszarpywaniem rywali na strzępy. Turcy są impulsywni. Uczuciem do Polaków mogą się zarazić prezesi na biało-czerwony powab na razie nieczuli, ale moda może też się skończyć tak nagle, jak się zaczęła.

17:50, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
środa, 12 stycznia 2011

Ze sportowego punktu widzenia mianowanie selekcjonerem reprezentacji siatkarzy Jacka Nawrockiego jest nawet nie ryzykowne, lecz ryzykanckie - zwłaszcza w przededniu olimpijskich kwalifikacji i przy świadomości, że jeśli Polacy do igrzysk w Londynie nie doskoczą, zadadzą nokautujący cios całej dyscyplinie.

Nie ma powodu, by podważać jego trenerskie kompetencje. Skoro Nawrocki pracuje z panującą od lat w kraju - i usiłującą podbić, na razie bezskutecznie, Europę - Skrą Bełchatów, to znaczy, że nadąża. Kadrę powinniśmy jednak powierzać najlepszym z najlepszym. Albo wielokrotnie sprawdzonym i zasłużonym, albo przykuwającym uwagę atutami, które niemal nie zostawiają wątpliwości, że honorujemy wybitny talent. Nawet jeśli to debiutanci lub prawie debiutanci. Innych wariantów krajowi tak siatkarsko mocnemu, z szefostwem szczycącym się sukcesami menedżerskimi i znakomitą kondycją finansową związku nie wolno w ogóle rozważać.

Trener z Bełchatowa ledwie zaczął. Samodzielnie przepracował jeden pełen sezon, do zdobycia mistrzostwa kraju wystarczyło mu nie roztrwonić miażdżącej, wieloletniej przewagi Skry nad całą konkurencją. To osiągnięcie ładne, ale nie oszałamiające. Zaimponować mógł w rozgrywkach międzynarodowych - niestety, do turnieju finałowego Ligi Mistrzów jego drużynę wciągnęli działacze, którzy turniej zorganizowali, więc trzecie miejsce bełchatowianie zajęli nie po wielorundowym znoju fazy pucharowej, ale po jednym zwycięstwie nad słoweńskim Bledem. Nawrocki nie odniósł też sukcesu na klubowych MŚ; nie udowodnił, że umie perfekcyjnie wymierzyć przygotowania drużyny, by formą eksplodowała w tym jednym, najważniejszym momencie; nie terminował wreszcie jako asystent poprzednich selekcjonerów, w przeciwieństwie do trenerów Świderka, Stelmacha, Panasa, Sordyla czy Kowala, którzy specyfice pracy z kadrą się przyglądali. Co oznacza, że szefowie PZPS jeszcze przed chwilą nie widzieli go nawet w szerokim gronie kandydatów na selekcjonera.

Powtórzmy: pięknej przyszłości nie wolno Nawrockiemu odmawiać, już za chwilę może on przecież wynieść Skrę na szczyt kontynentalny. Tyle że musimy opierać się na domniemaniach, konkretami dysponujemy dziś znikomymi. Na pewno wiemy jedynie, że trener znienacka wskoczy w zupełnie obcą dlań rzeczywistość - przywódcy siatkarskiej reprezentacji muszą u nas wytrzymywać niesłychaną presję, nigdzie indziej na świecie nie pracują pod wyższym napięciem.

Znosili je Lozano i Castellani, Nawrockiego czeka próba jeszcze cięższa, na miarę elektrowstrząsów, jeśli istotnie spróbuje udźwignąć więcej niż poprzednicy - i kadrę, i czołowy klub.

Z takimi rozwiązaniami już się oswoiliśmy - w siatkówce selekcjoner Waldemar Wspaniały pracował kiedyś równocześnie w Mostostalu Kędzierzyn, w piłce ręcznej selekcjoner Bogdan Wenta pracuje dziś równocześnie w VIVE Targi Kielce. Obu tamtych przypadków nie sposób jednak do wyzwania stojącego przed Nawrockim porównywać.

Tylko we współczesnej siatkówce rok dzieli się na krańcowo intensywny sezon klubowy i krańcowo intensywny sezon reprezentacyjny, co wywołuje nieuchronny spór pomiędzy oboma światami. Meczów przybywa szybko, organizmy ludzkie ewoluują wolno, nawet wyczynowcy muszą kiedyś odpoczywać. Nawrocki wielokrotnie stanie więc między dylematem, czy podjąć decyzję, na której potencjalnie ucierpi Skra, czy taką, na której ucierpi polska kadra.

To ewidentny, niedopuszczalny konflikt interesów.

Kolekcjonującemu czołowych rodzimych graczy klubowi przybędzie też fantastyczny atut w negocjacjach - dla siatkarza z ambicjami reprezentacyjnymi stanie się jasne, że warto podpisać kontrakt w Bełchatowie. Kto stoi bliżej selekcjonera, temu łatwiej być zauważonym. Logiczne. Piłka ręczna podejmuje ryzyko podobne, acz z dwiema istotnymi różnicami - ryzyko uzasadniają tam odmienne realia finansowe i wyjątkowość Wenty, który najpierw został osobistością ponad wszystkie w tym sporcie i zdobywał z kadrą medale, a dopiero potem poświęcił część swojej energii VIVE.

Znów: nie mamy powodów, by kwestionować osobistą uczciwość Nawrockiego. Ale jego dwuwładza i tak faworyzowałaby bełchatowski klub. I uprzykrzyła mu - jemu, debiutantowi! - pracę, bo grozi podłą atmosferą wokół reprezentacji. Wątpliwości, podejrzeń ani mocnych oskarżeń nowy selekcjoner nie uniknie. Przygniecie go też powszechne przeświadczenie, że zbyt aktywnie sufluje mu zwierzchnik z klubu Konrad Piechocki.

Piechocki, którego pojedynczo tytułować już nie wypada. Chyba, że użyjemy wielofunkcyjnego terminu „nadselekcjoner”. Nasza siatkówka wyhodowała w jednej osobie: członka zarządu krajowej federacji, prezesa najpotężniejszego klubu męskiego (Skra), prezesa najbogatszego klubu żeńskiego (Atom Trefl Sopot), człowieka, który już po raz drugi z rzędu oddaje swojego trenera reprezentacji. Porównywalnie wpływowego działacza nie znajdziemy prawdopodobnie w żadnym europejskim kraju w żadnym poważnym sporcie zespołowym. Pozostaje tylko czekać, kiedy swego kolejnego podwładnego - Alessandro Chiappiniego z klubu sopockiego - Piechocki mianuje selekcjonerem reprezentacji kobiet.

20:24, rafal.stec
Link Komentarze (22) »
wtorek, 11 stycznia 2011

Tajności głosowania nie ma, organizatorzy upubliczniają preferencje wszystkich uczestników plebiscytu - selekcjonerów, kapitanów reprezentacji i dziennikarzy - dlatego możemy do woli zabawiać się odgadywaniem, jakimi motywami kierowali się przyznający Złotą Piłkę. Czy Thomas Vermaelen uznał za najlepszego gracza roku Ceska Fabregasa dlatego, że futbolem interesuje się średnio, meczów generalnie nie ogląda i wybrał tego, który wyróżnia się wśród oglądanych na co dzień, czyli kumpla z Arsenalu? Czy Franciszek Smuda wskazał Samuela Eto’o, bo musiał - wypadało odwdzięczyć się za koszulkę podarowaną przezeń po sparingu z Kamerunem? Czy kilku egzotycznych piłkarzy i trenerów oddało głos na Asamoha Gyana, bo akurat przeoczyli mundialowy ćwierćfinał i umknęło im, że napastnik z Ghany spudłował z najważniejszego rzutu karnego w dziejach afrykańskiego futbolu, a poza mistrzostwami świata nie zasłużył się niczym szczególnym? I wreszcie - dlaczego tajlandzki trener (Bryan Robson) i tajlandzki kapitan (Nattaporn Phanrit) wybrali tak identycznie, jak dziwacznie, wpychając na podium Miroslava Klose?

My się bawimy, gdzie indziej nastał czas rytualnego oburzania się, że wygrał nie ten, który powinien. Wyjątkowo bezmyślnie zareagowała, co nie zaskakuje, madrycka „Marca”, która za plebiscytową hańbę - do Złotej Piłki Hiszpanie nie szczęścia nie mieli - obwinia Seppa Blattera. Na Blatterem, choć nie wprost, znęca się też „La Gazzetta dello Sport”.

Obwinianie szefa FIFA uważam za odruch naturalny, świadczący najczęściej o dobrej kondycji intelektualnej i psychicznej obwiniającego, ale tym razem mocy sprawczej Szwajcar nie miał. Pretensje można było - nawet trzeba było - mieć do ekspertów, którzy na szerokiej liście 23 nominowanych do nagrody nie zmieścili Diega Milito. To jedyny skandal w tej edycji plebiscytu, przeciw wszystkim rozstrzygnięciom późniejszym buntować się wypada o tyle ostrożnie, że nie istnieją nie tylko kryteria, według których powinniśmy wynagradzać indywidualne popisy w sporcie zespołowym - nie istnieje nawet gremium, które mogłoby je spróbować ustalić. Złotej Piłki nie wręcza obradujące wspólnie jury, Złotą Piłkę przyznaje się po zsumowaniu punktów napływających ze wszystkich stron świata. Głosuje i reprezentant Wysp Dziewiczych Andy Davis (poza Premier League prawdopodobnie świata nie widzi, postawił na Drogbę), i wybitny bramkarz Gianluigi Buffon (Iniestę ustawił ponad Sneijderem!). I trener leżącego na dnie rankingu FIFA Monsterratu, i powszechnie szanowani selekcjonerzy mistrzów czy wicemistrzów świata. Ba, są nawet jurorzy niezidentyfikowani, opisani jako „Kapitan drużyny narodowej Komorów” albo „Kapitan drużyny narodowej Gwinei Równikowej”.

Jurorzy się ze sobą nie kontaktują (może poza tajlandzkim trenerem i tajlandzkim kapitanem), łączy ich tyle, że prawdopodobnie wszyscy nie wiedzą, wedle jakich kryteriów oceniać. Głosują, jak czują. Jeśli zaglądają kandydatom do gablot z trofeami drużynowymi, to uciekają od własnej bezradności. Nikt nie skonstruował dotąd urządzenia, które precyzyjnie odmierzałoby wpływ jednostki na wynik meczu, większość argumentów da się obalić lub podważyć. I żadnych nie absolutyzujemy. Czy ktoś protestował w 2004 roku, gdy bohater sensacyjnych mistrzów Europy z Grecji Theodoros Zagorakis zajął w rankingu „France Football” zaledwie piąte miejsce, zebrawszy marne 5 proc. głosów, a nagrodę wziął Andrij Szewczenko, który nie zdobył wtedy żadnego międzynarodowego trofeum? Czy uzależnianie wszystkiego od wyników mundialu w erze podupadającej piłki reprezentacyjnej ma sens? A faworyzowanie Xaviego podparte przeświadczeniem, że „należy mu się” za całokształt twórczości, lub obawą, że ze względu na wiek staje przed ostatnią szansą na nagrodę w życiu?

W tym roku zezłoszczeni na uhonorowanie Leo Messiego - przecież nieudacznik „niczego nie wygrał” - nie mogą sobie nawet popluć na wredne, manipulujące opinią publiczną media, które wraz z cyklistami odpowiadają za większość nieszczęść ludzkości. Gdyby bowiem zliczyć jedynie głosy dziennikarzy, wygrałby Wesley Sneijder. Argentyńczyka wnieśli na piedestał piłkarze - wyłącznie rywale! - oraz trenerzy.

Sam umiem zaakceptować nawet założenie, które przyjął, jak podejrzewam, Vicente del Bosque. Skoro za Messim ustawił Cristiano Ronaldo, to pewnie odzwierciedlił to, co wszyscy widzimy - to oni  biją się o tytuł najbardziej spektakularnych futbolowych solistów na świecie, niezależnie od finałowych rozstrzygnięć na mundialu i w Lidze Mistrzów. Zwycięzcy turniejów już trofea odebrali. Drużynowe.

Gdybym mógł oddać swój głos, wpadłbym w tarapaty bez wyjścia. Co czołowej trójki nie mam grubszych wątpliwości, układam według alfabetu - w 2010 roku rządzili Messi (jak dopadał piłki, to miękły kolana i jego przeciwników, i moje), Sneijder (jako jedyny był bohaterem najważniejszych wieczorów w LM i na MŚ) oraz Xavi (truchtający emblemat całej epoki, to on dyryguje orkiestrami barcelońską i hiszpańską). Kogo ustawić na czele, nie mam pojęcia.

Uwiera mnie tylko, jak już pisałem, wepchnięcie do ścisłego finału Iniesty, którego, nawiasem mówiąc, wielbię za subtelność w prowadzeniu piłki. Jego drugie miejsce utwierdza mnie w podejrzeniu, że odruchowe premiowanie zwycięzców mundialu - który argumentem jest mocnym, to oczywiste - to wcale nie zacna, godna pielęgnowania tradycja, lecz ucieczka w pojęciowe schematy, które zwalniają z intensywniejszego namysłu.

11:50, rafal.stec
Link Komentarze (55) »
 
1 , 2
Archiwum
Tagi