RSS
niedziela, 31 stycznia 2010

Przemawiał selekcjoner piłkarzy ręcznych po porażce w meczu o brąz: „Na spokojnie przeanalizowaliśmy kilka razy ten mecz [półfinał z Chorwacją - red]. I znaleźliśmy dziesięć sytuacji, z których tylko jedną można interpretować na korzyść jednej czy drugiej drużyny. Pozostałe decyzje były na korzyść Chorwatów”. Przeczytałem i się lekko wnerwiłem. Czy sędziowie świadomie wspierali rywali, czy zwyczajnie się mylili, czas przed walką o medal rozsądniej poświęcać na przygotowania do walki o medal, rozpamiętywać niepowodzenia i/lub protestować można po turnieju. Raul Lozano i Daniel Castellani - znakomici dowódcy naszych medalowych siatkarzy - na każdej imprezie zanudzają frazą, że uczą podwładnych myśleć tylko o następnym meczu. To w wielkim sporcie elementarz - kto spogląda w przeszłość - także najbliższą, choćby rozpaczając nad poprzednią akcją - płaci rozczarowaniem.

Ale z wielkiego sportu znamy również inne prawo - dla wielu przekonanych o swej mocy atletów, którzy prują po złoto, po półfinałowym niepowodzeniu mistrzostwa tracą sens. Nie umieją już, nawet jeśli sobie tego nie uświadamiają, odnaleźć w sobie wystarczającej energii, by umierać za pomniejsze łupy. Umiem sobie wyobrazić, że właśnie ta przypadłość obezwładniła dzisiaj naszych ręcznych. Że po fenomenalnym początku turnieju poczuli nadzwyczajną siłę, po srebrze i brązie mundiali pożądali już tylko złota, chorwacka klapa kompletnie ich zniechęciła, zwłaszcza jeśli czuli się obrabowani przez sędziów. Ocknęli się w przerwie ostatniego meczu, na pościg za Islandią było już ciut za późno.

Przegrali, turniej zwieńczony trzema porażkami pewnie uważają - tak najskryciej, w rozmowach z samymi sobą - za klęskę. Ale to i tak drużyna w naszym sporcie wyjątkowa. Nie zgłaszamy pretensji ani nie drwimy, gdy jej się nie uda, raczej razem z nią się wściekamy, w tej grze idzie przecież o sprawy ostateczne - kto komu urwie ramię, kto komu zrobi dziurę we łbie, kto komu przywali, że zacytuję naszych bohaterów, w ryja. Nie ma ani symulowania (jak w nożnej), ani trzymania bezpiecznego dystansu (jak w siatce). Gracze Bogdana Wenty od 2007 roku trzykrotnie przepychali się do półfinału prestiżowych imprez - dwa razy wskakiwali na podium mistrzostw świata, czynili stały postęp na mistrzostwach Europy (zajmowali ostatnio miejsca 10., 7., 4.). W przyszłym roku pojadą na mundial po medal. Jak zwykle. Poprawię, co napisałem tydzień temu na Twitterze - odkąd świadomie śledzę polski sport, żadna nasza drużyna nie imponowała mi bardziej niż gang Wenty.

22:17, rafal.stec
Link Komentarze (44) »
sobota, 30 stycznia 2010

Piłkarze Togo nie wystąpią w dwóch najbliższych edycjach Pucharu Narodów Afryki. Za karę. Zgrzeszyli poważnie, można rzec - śmiertelnie. Sami pamiętacie: dali się ostrzelać w trakcie podróży na tegoroczny turniej, widzieli śmierć trzech osób (inne zostały ciężko ranne), zszokowani wycofali się - także pod wpływem perswazji władz państwowych - z rywalizacji. I to właśnie ingerencją polityków uzasadnia nałożenie sankcji Afrykańska Konfederacja Piłkarska (CAF). Niezależność wszelkich futbolowych biurokratów to wszak, jak powszechnie wiadomo, świętość nad świętościami. Nic dziwnego, że piątkowy kongres CAF jednogłośnie uznano za owocny.

Nie będę się tutaj spektakularnie oburzał, łajdactwo jest zbyt ewidentnie obrzydliwe, równie doniośle wybrzmiałoby tłumaczenie, że nie wypada przychodzić na pogrzeb schlanym i wymiotować na żałobników. Właśnie dlatego nigdy nie angażuję się w tak modne pisanie listów manifestów do FIFA, w których lud błaga o zezwolenie na uzdrawianie naszej piłki radykalnymi metodami. To pomysły straceńcze, urzędasy z piłkarskich szczytów tworzą kastę bezwzględnych cyników kierujących się jednym kryterium: własnym interesem. Inni - ileż znamy wyjątków? - prawdopodobnie odpadają na niższych szczeblach jako niewystarczająco zdegenerowani.

Bossowie CAF najpierw do ostatniej chwili naciskali na drużynę Togo. Ależ zagrajcie, wybierzcie przyszłość, skoro wczoraj widzieliście śmierć trenera, to przynajmniej jutro pocieszycie się golem, życie trwa nadal, przedstawienie też, niech zwycięży sport. Wtedy działacze reagowali pod wpływem chwili, teraz podjęli decyzję po refleksji. Myślicie, że konsultowali ją z Seppem Blatterem, który uświetnił ich kongres? Myślicie, że szef FIFA spurpurowiał ze zgorszenia? Myślicie, że zostaną ukarani - OK, nie znęcajmy się, niech zostaną tylko upomnieni - działacze, którzy wymyślili, by część turnieju rozgrywać w regionie ogarniętym wojną domową?

21:22, rafal.stec
Link Komentarze (23) »
piątek, 29 stycznia 2010

Przekopuję się przez śniegi zachodniopomorskie, które najwyraźniej roztopiły bezprzewodową łączność z wirtualnym kosmosem, dlatego wpadam tutaj tylko na półtorej chwili, póki mogę, by rzucić kilka cyferek związanym z dzisiejszym zwolnieniem z pracy Ciro Ferrary.

Trener Juventusu jeszcze niedawno ogłaszał urbi et orbi, że czuje się jak Rocky, że nie powalą go żadne ciosy, że odporność na uderzenia czuje w sobie nieskończoną. Celniej beznadzieję jego sytuacji jednak podsumował Jose Mourinho, który w geście rzadkiej u niego solidarności z wrogami po fachu przypomniał, że na ławkach Serie A nie siedzi już prawie nikt, kogo napotkał, gdy półtora roku temu przyleciał do Włoch. I ocenił, że dla trenera przetrwać sezon w tych rozgrywkach to dokonać wyczynu heroicznego.

Co sądzę o chaosie na turyńskich szczytach, pisałem już na blogu kilkakrotnie (np. tutaj i tutaj). Zapowiadane cyferki dotyczą spraw ogólniejszych. Otóż w angielskiej Premier League posadę oddało w tym sezonie trzech trenerów. W hiszpańskiej Primera Division - czterech. We włoskiej Serie A.... Nie, nie pięciu, nawet nie dziesięciu. Włosi wyrzucili już na zbity pysk 14 (słownie: czternastu) szkoleniowców, przebijając nawet nienajwyższe przecież standardy naszej tzw. Ekstraklasy. (Z pamięci młócę, ewentualne błędziki skoryguję wieczorem).

To paradoks, że kraina eksportująca w świat najwybitniejsze trenerskie mózgi jednocześnie ma dla trenerów tak niewiele szacunku. I nie rozumie prostej zasady, iż zbyt częste trenerów zmiany świadczą przede wszystkim o krzyczącej niekompetencji zmieniających (czy Juventusowi na pewno opłacało się zwalniać Ranieriego?). Wzięty dziś (na tymczasowego) Alberto Zaccheroni nie pracuje w zawodzie od lat, ostatnio musiał być skrajnie zdesperowany w próbach powrotu, skoro zabiegał o posadę selekcjonera kadry Polski. Życzyć mu powodzenia? Zabrzmiałoby chyba zjadliwie.

16:45, rafal.stec
Link Komentarze (32) »
wtorek, 26 stycznia 2010

Gdy będziemy wymieniać powody, dla których niełatwo uwierzyć w historyczny, pierwszy medal afrykańskiej reprezentacji na tegorocznym mundialu, najpierw wytkniemy palcami bramkarzy. Kto śledzi Puchar Narodów Afryki, wie, o co się rozchodzi. Do wczorajszej wpadki Kameruńczyka Carlosa Kameniego oglądaliśmy na turnieju dwóch solistów bez skazy, teraz ostał się już jeden Egipcjanin El-Hadary. Resztę podzieliłbym na fachowców ćwierćprzeciętnych, rozczulająco słabych i skończone melepety, które dla ich własnego dobra należało by trzymać z dala od muraw - tak jak podchmielonym odradza się chodzenie na szczudłach. Pewnie i wam ulżyło, gdy okazało się, że tamten puszysty niedorajda z Mozambiku jakimś cudem przeżył mecz z Beninem.

Wyczytałem teorię, że bramkarzy z klasą Afryka nie produkuje, bo kandydaci zbyt często ćwiczą na betonie bądź betonie przysypanym kamieniami i szkłem. Dlatego co trzeci gol na angolskim turnieju pada dzięki rozpaczliwej pomyłce piłkołapa.

Statystyk nie prowadziłem, ale na moje nieuzobrojone oko pada tak co drugi. A gdybym był trenerem na PNA, obierałbym taktykę o roboczej nazwie „na zderzenie czołowe”. Do wyćwiczenia zdaje się łatwa: wkopujesz piłkę między bramkarza oraz stoperów i czekasz, co będzie. Tzn. kto w kogo wyrżnie. Bez kolizji obywa się rzadko.

Bramkarskich patałachów afrykańskie drużyny wystawiały na ważnych zawodach już wielu. Jeśli jesteśmy przy mundialach, to tamten z 1974 roku był pamiętny nie tylko dla nas. To wówczas po raz pierwszy w dziejach mistrzostw świata bramkarz został zdjęty z boiska z innej przyczyny niż kontuzja. Nazywał się Robert Kazadi Mwamba, grał dla Zairu, próbował bronić strzałów Jugosławii. Trener upokorzył go przy stanie 0:3. Między słupki wysłał niejakiego Dimbiego Tubilandu (co mogło mieć drugie dno, czytaj tutaj), a ten pierwszy raz dotknął piłki po strzale na 0:4. Jugosławia ostatecznie wtłukła dziewięć goli, w popisach golkiperów najbardziej uderza ich ograniczona ruchliwość i aktywność oraz pilnie skrywana zwinność. Zresztą zobaczcie sami:

Wspomniany Robert Kazadi Mwamba został niedawno wybrany w swoim kraju - dziś Demokratyczna Republika Konga - najlepszym sportowcem poprzedniego milenium. Nawet nie najlepszym piłkarzem - najlepszym sportowcem. Popatrzcie jeszcze, jaki numer wyciął (ostatnia bramka) w mundialowym meczu z Brazylią:

18:29, rafal.stec
Link Komentarze (31) »
poniedziałek, 25 stycznia 2010

Zapraszam do mojego felietonu z dzisiejszej „Gazety Sport.pl”. Znajdziecie go tutaj.

16:26, rafal.stec
Link Komentarze (33) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Archiwum
Tagi