RSS
czwartek, 31 stycznia 2008

Nie, to nie jest efekciarski tytuł, lecz inne spojrzenie na uporczywie powtarzane beenhakkerowskie zalecenie, byśmy zawsze spoglądali na jasną stronę księżyca. Holenderski selekcjoner co rusz - w wywiadach, na zgrupowaniach reprezentacji, wszędzie, gdzie to możliwe - przekonuje, że piłkarskich talentów widzi nad Wisłą bez liku, że w żadnym razie nie powinniśmy popadać w kompleksy, bo nasi gracze są pełnoprawnymi bohaterami futbolowego spektaklu.

On Polaków zachwala, reszta świata Polaków zwalnia. Żurawski z pułapu fazy pucharowej zsuwa się na depresyjne poziomy amerykańskich rozgrywek MLS; Matusiak wraca z Palermo przez holenderskie Heerenveen do Bełchatowa; Kosowski zagranicznego pracodawcę znajduje w drugiej lidze hiszpańskiej; uchodzący za nieprzeciętnie uzdolnionego Sebastian Mila nie dał rady nawet w lidze norweskiej i również planuje powrót z emigracji. Można oczywiście każdy przypadek analizować z osobna, można roztrząsać, komu zabrakło charakteru i determinacji, a komu talentu, kto miał pecha, a kto źle wybrał klub. Ale spoglądając na problem z lotu ptaka widać tylko jedną regułę: otóż polski piłkarz osiąga zazwyczaj szczyt podpisując pierwszy zagraniczny kontrakt. Później jest już tylko gorzej, nawet jeśli początki na obczyźnie były niezłe - jak u Żurawskiego, Szymkowiaka, Frankowskiego i niemal wszystkich innych, którzy wyjeżdżają w wielki świat.

I właściwie nie wiadomo, dlaczego. Czy beznadziejny poziom szkolenia wystarczy, by wyjaśnić to, że w 38-milionowej populacji nie trafiają się - poza bramkarzami - nawet pojedyncze indywidualności zdolne rywalizować z najlepszymi na świecie?

Niestety, sytuacja stale się pogarsza. W latach 90. oglądaliśmy Polaków grających (Kosecki) lub wręcz strzelających gole (Warzycha) w półfinałach Ligi Mistrzów. Jeszcze nie tak dawno, za kadencji selekcjonera Jerzego Engela reprezentacja miała znaczące postaci Bundesligi (Hajto, Wałdoch) oraz zawodników zdolnych utrzymać się blisko dekadę we włoskiej Serie A (Koźmiński).

Dziś - powtórzmy: poza bramkarzami - nie ma już prawie nikogo. Szczęśliwcy błyszczą w drugich ligach (Rasiak), ewentualnie eksplodują formą na kilka miesięcy (Saganowski). W Lidze Mistrzów ostał się Michał Żewłakow - wśród naszych rodaków absolutny unikat, bo utrzymujący dość mocną pozycję na rynku od kilku sezonów. Nawet Krzynówek, w eliminacjach do Euro 2008 lider drużyny pełną gębą i facet ze znakomitą przeszłością w europejskich pucharach (gole strzelane Realowi Madryt, Romie, Liverpoolowi), miota się na ławce rezerwowych Wolfsburga. A wyjątkowy jak na nasze standardy drybler i w ogóle nadzieja całego naszego futbolu Kuba Błaszczykowski? W rankingu piłkarzy Bundesligi w rundzie jesiennej zajmuje 194. miejsce. Na 214 sklasyfikowanych!

Gdzie byśmy nie nadstawili ucha, słyszymy, że Polacy nie umieją grać. Jeśli wykluczymy ponadnarodową zmowę, jeśli reszta świata ma choć trochę racji, to Beenhakker na cztery miesiące przed mistrzostwami Europy jest w rozpaczliwej opresji. Już jego poprzednicy - Jerzy Engel i Paweł Janas - byli w sytuacji niewdzięcznej, ale nawet oni powoływali piłkarzy, których cenił ktoś jeszcze oprócz nich. Holender wybiera niemal wyłącznie spośród odrzuconych.

Pozostaje mu kłamać. Wmawiać swoim zdołowanym piłkarzom, że reszta świata tkwi w błędzie.

PS. Właśnie podali, że Rasiak został wypożyczony do Boltonu, ale tym tematem - z pewnych względów specjalnie mi bliskim - zajmę się za czas jakiś...

18:12, rafal.stec
Link Komentarze (37) »
środa, 30 stycznia 2008

O nieee, tym razem przywaliłeś Michał jak kulą w płot, i to w dodatku z bardzo grubej rury. (Kto nie wie, do czego piję, niech kliknie tutaj.) Z jednym się mogę zgodzić: nagła dymisja w trakcie turnieju wygląda podejrzanie i - biorąc pod uwagę odwieczne kłopoty Henryka Kasperczaka z publicznym wyznawaniem własnych, trenerskich win - wersję najsmutniejszą, czyli dezercję, nakazuje rozpatrywać serio.

Poza tym jednak mam ochotę zbuntować się przeciw niemal wszystkiemu, co napisałeś.

Przywołujesz chwalebny przykład Beenhakkera, który po klęsce w okropnym stylu z Finlandią reprezentacji Polski nie opuścił. A przecież holenderski selekcjoner był wówczas na samiuuuutkim początku drogi i rezygnacją totalnie by się skompromitował, tymczasem Kasperczak dotarł właśnie do mety - w każdym razie mety pewnego, bardzo ważnego etapu swojej pracy. I tak naprawdę nie mamy bladego pojęcia, co się w senegalskiej szatni stało, sam wiesz, że afrykański futbol to światek dość specyficzny. Powtarzam: nie jestem w stanie wykluczyć, że Kasperczak zwyczajnie zwiał. Zarazem jednak logika męczy mnie wątpliwościami, bo sytuacja jest nadzwyczajnie nadzwyczajna. Senegal wszystkich szans na awans nie stracił, więc nasz rodak w pewnym sensie zagrał wbrew sobie. Jeszcze jedno niepowodzenie więcej niewiele by zmieniło, natomiast ewentualny triumf radykalnie by sytuację Kasperczaka poprawił. Nigeria też wydawała się być zaledwie kilkadziesiąt godzin temu praktycznie poza turniejem, a jednak przetrwała.

W dodatku miał Polak wsparcie wszystkich, od działaczy po piłkarzy, z wysławiającym go w wywiadach - już po dymisji - kapitanem Dioufem na czele! Nikt mu nie wyrzuca rejterady, nikt go nie atakuje. Ile znacie takich przypadków?! Ja sobie nie przypominam żadnego i stąd moja wstrzemięźliwość w ocenianiu postawy Kasperczaka, postawy na pierwszy rzut oka rzeczywiście nie do przyjęcia. Intuicja podpowiada mi, że nie wiemy czegoś istotnego.

Najbardziej jednak uderzyła mnie u Michała dramatyczna teza, ujęta zmyślnie w pytaniu (retorycznym?), czy aby na pewno jest Kasperczak dobrym trenerem. Uderzyła, bo reprezentuje popularny u nas styl myślenia, nakazujący wydawać generalne sądy o szkoleniowcu na podstawie jego ostatniego meczu, ostatniego tygodnia lub ostatniego miesiąca pracy. Co pokutuje maniakalnym szkoleniowców zwalnianiem i zatrudnianiem, uniemożliwiającym zbadanie, jakiej klasy fachowcem jest rzucany z ławki na ławkę X. I błędne koło się zamyka.

Gdyby zatem Kasperczaka trenera chcieć rzetelnie podsumować, choćby skupiając się na dorobku wypracowanym w Afryce, to trzeba by wziąć pod uwagę także jego poprzednie występy na mistrzostwach kontynentu: brąz wywalczony z Wybrzeżem Kości Słoniowej, srebro wywalczone z Tunezją, czwarte miejsce (historyczne, bo bezprecedensowe) wywalczone z Mali. Żadnego sukcesu nie odniósł tylko z kadrą Maroka. Całość nie jest w żadnym razie dziełem do pogardzenia. Zwłaszcza na tle międzynarodowych wyczynów konkurencji znad Wisły.

Kasperczaka karierę w Polsce i Europie pomijam, bo i bez niej krótki komentarz pod twoim, Michale, wpisem zmienił się w przydługawą notkę na moim blogu :-) Do przemyślenia rzucam tylko jedno: otóż jeśli były trener Wisły zostanie wkrótce w St. Etienne odpowiednikiem Bernarda Lacombe’a, to będzie odpowiedzialnym za transfery, każdy będzie wymagał jego aprobaty. A przecież co do jednego w Krakowie nie pozostawił żadnych wątpliwości: oceniać potencjału i kupować piłkarzy to on nie potrafi.

20:58, rafal.stec
Link Komentarze (10) »

Świetnie pamiętam wzruszenie, z jakim gazety z antypodów opisywały ludzki odruch Davida Beckhama, który przebywając na tournee ze swoim amerykańskim klubem Los Angeles Galaxy - nie wiem już, w Australii lub Nowej Zelandii - zrezygnował z mieszkania w luksusowym apartamencie. Zrezygnował i wziął pokój jak wszyscy koledzy z drużyny: skromny, o marnych kilkudziesięciu metrach kwadratowych powierzchni. Nawet właściciel hotelu, który wyszykował dla niego skrawek raju na ziemi, był zdumiony Beckhama prostolinijnością i gotowością do umartwiania się w imię solidarności z zespołem.

Pamiętam jeszcze coś: treningi LA Galaxy. Najbardziej oblegane treningi świata. Tłum przyszedł, by zobaczyć, jak David - jeszcze kończący leczenie kontuzji - truchta, poprawia sznurówki, spogląda z zamyśleniem w kalifornijską przestrzeń.

Pamiętam te epizody, bo one właśnie oraz im podobne były - mogło się zdawać - kulminacyjnymi momentami krótkiej na razie kariery półboga popkultury w amerykańskiej lidze MLS. A przywołuję je dlatego, że uświadamiają one, jak dalece wszechobecne porównania do Beckhama są dla naszego Macieja Żurawskiego niepochlebne.

Były gwiazdor Manchesteru United i Realu Madryt wyjechał za ocean przedwcześnie, lecz wyjechał będąc piłkarzem spełnionym. Wyjechał do cyrku. Wyjechał, by wycisnąć kolejne setki milionów dolarów z biznesu, który z prawdziwą, polegającą na twardej rywalizacji świetnych graczy rywalizacją nie ma nic wspólnego. Wybrał rolę bohatera mas uwielbianego raczej za ładną buzię i podśpiewującą żonę niż arcyprecyzyjne kopnięcia z rzutów wolnych.

Żurawski piłkarzem spełnionym nie jest. Ba, przeżył bolesny upadek w chwili, gdy miał zrealizować swoje marzenie - nieskrywane, artykułowane rytualnie w niemal każdym wywiadzie - o gloach w Lidze Mistrzów. I jeśli wyjechał do Columbus Crew, klubu z pułapów przeciętniactwa polskiej pierwszej ligi, to znaczy, że znalazł się w sytuacji rozpaczliwej, że w Europie nie chciały go nawet drużyny o sile lekkopółśredniej. Skalę tej beznadziei oddaje prosta konstatacja: wśród wszystkich najważniejszych reprezentantów Polski grających za granicą nie ma chyba ani jednego, który występowałby dziś w zespole słabszym. Do MLS wyjeżdżają przecież głównie gracze człapiący ku emeryturze, chcący ubić ostatni interes w swoich zawodowych karierach.

Pisałem już kilkakrotnie, że dla mnie Żurawski - biorąc pod uwagę wyłącznie względy czysto piłkarskie - był ostatnio chyba jedynym polskim futbolistą poza bramkarzami, którego umiejętności powinny skazywać na niebagatelny sukces w Europie. Nie wiem, czy zabrakło mu charakteru, czy zaszkodziły mu zawirowania w życiu osobistym - miłosne zauroczenia i rozstania. Wiem, że dziś pozostało mu już tylko zarabianie. Chciałbym oczywiście odzyskać go dla reprezentacji Polski, ale poza ewentualnym udanym epizodem na Euro 2008 z punktu widzenia futbolu z najwyższej półki Żurawski piłkarz właśnie przestał istnieć. (Dla nas też, jeśli jego ewentualne gole będziemy musieli szukać na You Tube. Dlatego wolałbym jego powrót do Krakowa, o czym już pisałem.) Będzie grał w środku nocy, jego sezon potrwa w dziwacznym okresie od kwietnia do listopada, przy pomyślnym przebiegu zdarzeń wystąpi w równie dziwacznych dla nas rozgrywkach play-off. A w wokółbeckhamowym cyrku zabraknie chyba tylko kobiety z brodą, choć i tego nie możemy być całkiem pewni - kto wie, co jest w stanie wymyślić Victoria, by przyciągnąć jeszcze jeden flesz więcej.

Jemu zostaje zarabianie, a nam zostają wspomnienia. I zaduma nad losami całego kwintetu gwiazd tamtej fantastycznej Wisły Kraków Henryka Kasperczaka, jedynej polskiej drużyny klubowej w ostatniej dekadzie grającej nowoczesny futbol i zdolnej konkurować z mocnymi rywalami.

Szymkowiak wzleciał na chwilę w lidze tureckiej, by znienacka zgasnąć, uciec do Polski i przedwcześnie skończyć karierę.

Kosowski zjeździł Niemcy, Anglię i Włochy, by ostatecznie wylądować w drugoligowym hiszpańskim Cadiz, gdzie zresztą też ktoś przykleił mu łatkę polskiego Beckhama. (Swoją drogą ciekawe, czy kiedykolwiek inny nasz gracz zwiedzi cztery najmocniejsze piłkarsko kraje w Europie i wszędzie dostanie pracę.)

Frankowski kilkakrotnie próbował szturmować drugie ligi - hiszpańską i angielską. Ze skutkiem wzbudzającym współczucie.

Najdalej może zabrnąć chyba Kalu Uche, który miewa przebłyski w Primera Division i wstępne zainteresowanie jego osobą wyraziły Everton oraz Bolton. Ale on, niestety, jest spośród nich wszystkich najmniej Polakiem.

Pamiętacie? Jak pamiętacie, to też zajrzyjcie:

11:02, rafal.stec
Link Komentarze (45) »
wtorek, 29 stycznia 2008

W moim cyklicznym felietonie do poniedziałkowej „Gazety Sport” złożyłem hołd jubilatowi Gianluigiemu Buffonowi, do którego serdecznie zapraszam, a na blogu postanowiłem uprzedzić wasze całkowicie słuszne ataki za mój czołobitny stosunek do włoskiego bramkarza. Poniżej namacalne dowody, że zdradza on jednak ludzkie cechy i niekiedy popełnia błędy. Grube błędy.

To być może najsłynniejszy, popełniony w meczu z Chievo w sezonie 2001/2002, czyli tuż po rekordowym transferze z Parmy do Juventusu:

A tutaj poważna wpadka z sezonu 2004/2005, która jednak – jak zwykle w przypadku szczęściarza Buffona - nie odebrała Juventusowi ani zwycięstwa nad Atalantą, ani tytułu mistrzowskiego (anulowanego potem wskutek korupcyjnej afery Calciopoli):

A na koniec, by jednak Buffonowi reputacji przesadnie nie plamić i nie zostawiać was z wrażeniem, na które nie zasługuje, moja - i chyba nie tylko moja – ulubiona interwencja z bieżącej edycji mistrzostw Włoch. W grudniowym spotkaniu z Lazio golkiper Juve tak zatrzymał uderzenie Tommaso Rocchiego:

22:27, rafal.stec
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 28 stycznia 2008

Mój typ to, z grubsza licząc, okrąglutkie zero. Żaden Roger, o którego udziale w mistrzostwach trąbi dziś „Przegląd Sportowy”, nigdzie nie pojedzie, cała sprawa jest klasyką strategii koncernu Axel Springer: wymyślamy coś, robimy harmider, jakaś rozświergotana dziennikarka TVN24 na pewno się rozochoci, rozegzaltuje i będzie pod domem brazylijskiego piłkarza Legii czatować od zmierzchu do świtu, a potem jeszcze od świtu do zmierzchu. Będą nas cytować, staniemy się najbardziej opiniotwórczym pismem w całej Europie Środkowo-Wschodniej.

„Niemal rok temu powiedział Pan (tamten wywiad zainspirował „PS” - przyp. RS), że dla Polski by chętnie zagrał. Mówił Pan serio? Byłby Pan tak miły?” Roger nie będzie miał wyjścia. Z rozanielonym uśmiechem odpowie dobroczynnym „tak”.

Teoretycznie wszystko oczywiście jest możliwe. Ogólnoświatowym trendem naturalizowania każdego obcokrajowca, który akurat prosto kopnął piłkę i przydałby się kadrze przybranej ojczyzny, już się na tym blogu zajmowałem (Typowałem nawet tutaj, że jakiś Brazylijczyk zostanie królem strzelców Euro 2008.). Większość spośród Was, czytelników, widzi w tym groźny proceder i żąda surowych ograniczeń, ja też instynktownie się buntuję, choć wiem, że to reakcja straceńcza - zacierania się granic nie powstrzymamy, kupowania sobie piłkarzy do reprezentacji kraju też nie. Ale tym razem zadaję sobie inne pytanie: dlaczego prosić o pomoc akurat Rogera?

Dlaczego, skoro dziurą na lewym skrzydle kadra nas nie straszy, a są palące problemy istotnie nakazujące bić na alarm?

Dlaczego nie ubłagać Ediego Andradiny, jeśli poza Smolarkiem nie mamy ani jednego regularnego snajpera? Dlaczego nie sprawdzić jako zmiennika dla Błaszczykowskiego Radovicia? Dlaczego nie pożebrać u każdego Brazylijczyka? „A może jednak by Pan nas wsparł? Przecież dobrze Panu tu, w Polsce? Nie zakochał się Pan jeszcze w Central Station zwanej u nas zwyczajnie Centralnym i w legendarnym Palace of the Culture and Science? Dlaczego nie sprawdzić, czy przodków z naszym paszportem nie ma Dudu, były król strzelców ligi indyjskiej? Jego sprawą trzeba się zająć bezzwłocznie, bo niektóre źródła podają, że grał w nigeryskiej młodzieżówce. Czym prędzej sprawdźmy te podejrzane źródła, z Afrykanami nigdy nic nie wiadomo.

Dlaczego nie przypuścić zmasowanego szturmu na najlepszych ligowych obrońców, którymi są niemal w komplecie obcokrajowcy? Cleberowi co prawda lat nie ubywa, ale ostatecznie można by go wziąć na jeden turniej, nic wielkiego, a Jacek Bąk na pewno czułby się raźniej. „No niech Pan zagra, ledwie kilka meczów, nowa ojczyzna Panu tego nie zapomni, a chłopaków z kadry na pewno Pan polubi, to świetna paka jest.”

A Inaki Astiz? Czy jemu moralnego prawa do biegania po boiskach Euro 2008 nie daje już to, że zjeździł naszą ziemię od południa do północy, że zwiedza najstarsze nasze grody, poprzestając nie tylko - jak się zwierzał - na rutynowym wypadzie do Krakowa? A Hernani?

Im dłużej o tym myślę, tym bardziej jestem pewny: świetny defensor Arboleda, który kasę bierze w Zagłębiu Lubin a bezczelnie zagrał cztery razy dla Kolumbii, zwyczajnie nas zdradził.

13:16, rafal.stec
Link Komentarze (35) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
Archiwum
Tagi