RSS
czwartek, 31 stycznia 2008

Nie, to nie jest efekciarski tytuł, lecz inne spojrzenie na uporczywie powtarzane beenhakkerowskie zalecenie, byśmy zawsze spoglądali na jasną stronę księżyca. Holenderski selekcjoner co rusz - w wywiadach, na zgrupowaniach reprezentacji, wszędzie, gdzie to możliwe - przekonuje, że piłkarskich talentów widzi nad Wisłą bez liku, że w żadnym razie nie powinniśmy popadać w kompleksy, bo nasi gracze są pełnoprawnymi bohaterami futbolowego spektaklu.

On Polaków zachwala, reszta świata Polaków zwalnia. Żurawski z pułapu fazy pucharowej zsuwa się na depresyjne poziomy amerykańskich rozgrywek MLS; Matusiak wraca z Palermo przez holenderskie Heerenveen do Bełchatowa; Kosowski zagranicznego pracodawcę znajduje w drugiej lidze hiszpańskiej; uchodzący za nieprzeciętnie uzdolnionego Sebastian Mila nie dał rady nawet w lidze norweskiej i również planuje powrót z emigracji. Można oczywiście każdy przypadek analizować z osobna, można roztrząsać, komu zabrakło charakteru i determinacji, a komu talentu, kto miał pecha, a kto źle wybrał klub. Ale spoglądając na problem z lotu ptaka widać tylko jedną regułę: otóż polski piłkarz osiąga zazwyczaj szczyt podpisując pierwszy zagraniczny kontrakt. Później jest już tylko gorzej, nawet jeśli początki na obczyźnie były niezłe - jak u Żurawskiego, Szymkowiaka, Frankowskiego i niemal wszystkich innych, którzy wyjeżdżają w wielki świat.

I właściwie nie wiadomo, dlaczego. Czy beznadziejny poziom szkolenia wystarczy, by wyjaśnić to, że w 38-milionowej populacji nie trafiają się - poza bramkarzami - nawet pojedyncze indywidualności zdolne rywalizować z najlepszymi na świecie?

Niestety, sytuacja stale się pogarsza. W latach 90. oglądaliśmy Polaków grających (Kosecki) lub wręcz strzelających gole (Warzycha) w półfinałach Ligi Mistrzów. Jeszcze nie tak dawno, za kadencji selekcjonera Jerzego Engela reprezentacja miała znaczące postaci Bundesligi (Hajto, Wałdoch) oraz zawodników zdolnych utrzymać się blisko dekadę we włoskiej Serie A (Koźmiński).

Dziś - powtórzmy: poza bramkarzami - nie ma już prawie nikogo. Szczęśliwcy błyszczą w drugich ligach (Rasiak), ewentualnie eksplodują formą na kilka miesięcy (Saganowski). W Lidze Mistrzów ostał się Michał Żewłakow - wśród naszych rodaków absolutny unikat, bo utrzymujący dość mocną pozycję na rynku od kilku sezonów. Nawet Krzynówek, w eliminacjach do Euro 2008 lider drużyny pełną gębą i facet ze znakomitą przeszłością w europejskich pucharach (gole strzelane Realowi Madryt, Romie, Liverpoolowi), miota się na ławce rezerwowych Wolfsburga. A wyjątkowy jak na nasze standardy drybler i w ogóle nadzieja całego naszego futbolu Kuba Błaszczykowski? W rankingu piłkarzy Bundesligi w rundzie jesiennej zajmuje 194. miejsce. Na 214 sklasyfikowanych!

Gdzie byśmy nie nadstawili ucha, słyszymy, że Polacy nie umieją grać. Jeśli wykluczymy ponadnarodową zmowę, jeśli reszta świata ma choć trochę racji, to Beenhakker na cztery miesiące przed mistrzostwami Europy jest w rozpaczliwej opresji. Już jego poprzednicy - Jerzy Engel i Paweł Janas - byli w sytuacji niewdzięcznej, ale nawet oni powoływali piłkarzy, których cenił ktoś jeszcze oprócz nich. Holender wybiera niemal wyłącznie spośród odrzuconych.

Pozostaje mu kłamać. Wmawiać swoim zdołowanym piłkarzom, że reszta świata tkwi w błędzie.

PS. Właśnie podali, że Rasiak został wypożyczony do Boltonu, ale tym tematem - z pewnych względów specjalnie mi bliskim - zajmę się za czas jakiś...

18:12, rafal.stec
Link Komentarze (37) »
środa, 30 stycznia 2008

O nieee, tym razem przywaliłeś Michał jak kulą w płot, i to w dodatku z bardzo grubej rury. (Kto nie wie, do czego piję, niech kliknie tutaj.) Z jednym się mogę zgodzić: nagła dymisja w trakcie turnieju wygląda podejrzanie i - biorąc pod uwagę odwieczne kłopoty Henryka Kasperczaka z publicznym wyznawaniem własnych, trenerskich win - wersję najsmutniejszą, czyli dezercję, nakazuje rozpatrywać serio.

Poza tym jednak mam ochotę zbuntować się przeciw niemal wszystkiemu, co napisałeś.

Przywołujesz chwalebny przykład Beenhakkera, który po klęsce w okropnym stylu z Finlandią reprezentacji Polski nie opuścił. A przecież holenderski selekcjoner był wówczas na samiuuuutkim początku drogi i rezygnacją totalnie by się skompromitował, tymczasem Kasperczak dotarł właśnie do mety - w każdym razie mety pewnego, bardzo ważnego etapu swojej pracy. I tak naprawdę nie mamy bladego pojęcia, co się w senegalskiej szatni stało, sam wiesz, że afrykański futbol to światek dość specyficzny. Powtarzam: nie jestem w stanie wykluczyć, że Kasperczak zwyczajnie zwiał. Zarazem jednak logika męczy mnie wątpliwościami, bo sytuacja jest nadzwyczajnie nadzwyczajna. Senegal wszystkich szans na awans nie stracił, więc nasz rodak w pewnym sensie zagrał wbrew sobie. Jeszcze jedno niepowodzenie więcej niewiele by zmieniło, natomiast ewentualny triumf radykalnie by sytuację Kasperczaka poprawił. Nigeria też wydawała się być zaledwie kilkadziesiąt godzin temu praktycznie poza turniejem, a jednak przetrwała.

W dodatku miał Polak wsparcie wszystkich, od działaczy po piłkarzy, z wysławiającym go w wywiadach - już po dymisji - kapitanem Dioufem na czele! Nikt mu nie wyrzuca rejterady, nikt go nie atakuje. Ile znacie takich przypadków?! Ja sobie nie przypominam żadnego i stąd moja wstrzemięźliwość w ocenianiu postawy Kasperczaka, postawy na pierwszy rzut oka rzeczywiście nie do przyjęcia. Intuicja podpowiada mi, że nie wiemy czegoś istotnego.

Najbardziej jednak uderzyła mnie u Michała dramatyczna teza, ujęta zmyślnie w pytaniu (retorycznym?), czy aby na pewno jest Kasperczak dobrym trenerem. Uderzyła, bo reprezentuje popularny u nas styl myślenia, nakazujący wydawać generalne sądy o szkoleniowcu na podstawie jego ostatniego meczu, ostatniego tygodnia lub ostatniego miesiąca pracy. Co pokutuje maniakalnym szkoleniowców zwalnianiem i zatrudnianiem, uniemożliwiającym zbadanie, jakiej klasy fachowcem jest rzucany z ławki na ławkę X. I błędne koło się zamyka.

Gdyby zatem Kasperczaka trenera chcieć rzetelnie podsumować, choćby skupiając się na dorobku wypracowanym w Afryce, to trzeba by wziąć pod uwagę także jego poprzednie występy na mistrzostwach kontynentu: brąz wywalczony z Wybrzeżem Kości Słoniowej, srebro wywalczone z Tunezją, czwarte miejsce (historyczne, bo bezprecedensowe) wywalczone z Mali. Żadnego sukcesu nie odniósł tylko z kadrą Maroka. Całość nie jest w żadnym razie dziełem do pogardzenia. Zwłaszcza na tle międzynarodowych wyczynów konkurencji znad Wisły.

Kasperczaka karierę w Polsce i Europie pomijam, bo i bez niej krótki komentarz pod twoim, Michale, wpisem zmienił się w przydługawą notkę na moim blogu :-) Do przemyślenia rzucam tylko jedno: otóż jeśli były trener Wisły zostanie wkrótce w St. Etienne odpowiednikiem Bernarda Lacombe’a, to będzie odpowiedzialnym za transfery, każdy będzie wymagał jego aprobaty. A przecież co do jednego w Krakowie nie pozostawił żadnych wątpliwości: oceniać potencjału i kupować piłkarzy to on nie potrafi.

20:58, rafal.stec
Link Komentarze (10) »

Świetnie pamiętam wzruszenie, z jakim gazety z antypodów opisywały ludzki odruch Davida Beckhama, który przebywając na tournee ze swoim amerykańskim klubem Los Angeles Galaxy - nie wiem już, w Australii lub Nowej Zelandii - zrezygnował z mieszkania w luksusowym apartamencie. Zrezygnował i wziął pokój jak wszyscy koledzy z drużyny: skromny, o marnych kilkudziesięciu metrach kwadratowych powierzchni. Nawet właściciel hotelu, który wyszykował dla niego skrawek raju na ziemi, był zdumiony Beckhama prostolinijnością i gotowością do umartwiania się w imię solidarności z zespołem.

Pamiętam jeszcze coś: treningi LA Galaxy. Najbardziej oblegane treningi świata. Tłum przyszedł, by zobaczyć, jak David - jeszcze kończący leczenie kontuzji - truchta, poprawia sznurówki, spogląda z zamyśleniem w kalifornijską przestrzeń.

Pamiętam te epizody, bo one właśnie oraz im podobne były - mogło się zdawać - kulminacyjnymi momentami krótkiej na razie kariery półboga popkultury w amerykańskiej lidze MLS. A przywołuję je dlatego, że uświadamiają one, jak dalece wszechobecne porównania do Beckhama są dla naszego Macieja Żurawskiego niepochlebne.

Były gwiazdor Manchesteru United i Realu Madryt wyjechał za ocean przedwcześnie, lecz wyjechał będąc piłkarzem spełnionym. Wyjechał do cyrku. Wyjechał, by wycisnąć kolejne setki milionów dolarów z biznesu, który z prawdziwą, polegającą na twardej rywalizacji świetnych graczy rywalizacją nie ma nic wspólnego. Wybrał rolę bohatera mas uwielbianego raczej za ładną buzię i podśpiewującą żonę niż arcyprecyzyjne kopnięcia z rzutów wolnych.

Żurawski piłkarzem spełnionym nie jest. Ba, przeżył bolesny upadek w chwili, gdy miał zrealizować swoje marzenie - nieskrywane, artykułowane rytualnie w niemal każdym wywiadzie - o gloach w Lidze Mistrzów. I jeśli wyjechał do Columbus Crew, klubu z pułapów przeciętniactwa polskiej pierwszej ligi, to znaczy, że znalazł się w sytuacji rozpaczliwej, że w Europie nie chciały go nawet drużyny o sile lekkopółśredniej. Skalę tej beznadziei oddaje prosta konstatacja: wśród wszystkich najważniejszych reprezentantów Polski grających za granicą nie ma chyba ani jednego, który występowałby dziś w zespole słabszym. Do MLS wyjeżdżają przecież głównie gracze człapiący ku emeryturze, chcący ubić ostatni interes w swoich zawodowych karierach.

Pisałem już kilkakrotnie, że dla mnie Żurawski - biorąc pod uwagę wyłącznie względy czysto piłkarskie - był ostatnio chyba jedynym polskim futbolistą poza bramkarzami, którego umiejętności powinny skazywać na niebagatelny sukces w Europie. Nie wiem, czy zabrakło mu charakteru, czy zaszkodziły mu zawirowania w życiu osobistym - miłosne zauroczenia i rozstania. Wiem, że dziś pozostało mu już tylko zarabianie. Chciałbym oczywiście odzyskać go dla reprezentacji Polski, ale poza ewentualnym udanym epizodem na Euro 2008 z punktu widzenia futbolu z najwyższej półki Żurawski piłkarz właśnie przestał istnieć. (Dla nas też, jeśli jego ewentualne gole będziemy musieli szukać na You Tube. Dlatego wolałbym jego powrót do Krakowa, o czym już pisałem.) Będzie grał w środku nocy, jego sezon potrwa w dziwacznym okresie od kwietnia do listopada, przy pomyślnym przebiegu zdarzeń wystąpi w równie dziwacznych dla nas rozgrywkach play-off. A w wokółbeckhamowym cyrku zabraknie chyba tylko kobiety z brodą, choć i tego nie możemy być całkiem pewni - kto wie, co jest w stanie wymyślić Victoria, by przyciągnąć jeszcze jeden flesz więcej.

Jemu zostaje zarabianie, a nam zostają wspomnienia. I zaduma nad losami całego kwintetu gwiazd tamtej fantastycznej Wisły Kraków Henryka Kasperczaka, jedynej polskiej drużyny klubowej w ostatniej dekadzie grającej nowoczesny futbol i zdolnej konkurować z mocnymi rywalami.

Szymkowiak wzleciał na chwilę w lidze tureckiej, by znienacka zgasnąć, uciec do Polski i przedwcześnie skończyć karierę.

Kosowski zjeździł Niemcy, Anglię i Włochy, by ostatecznie wylądować w drugoligowym hiszpańskim Cadiz, gdzie zresztą też ktoś przykleił mu łatkę polskiego Beckhama. (Swoją drogą ciekawe, czy kiedykolwiek inny nasz gracz zwiedzi cztery najmocniejsze piłkarsko kraje w Europie i wszędzie dostanie pracę.)

Frankowski kilkakrotnie próbował szturmować drugie ligi - hiszpańską i angielską. Ze skutkiem wzbudzającym współczucie.

Najdalej może zabrnąć chyba Kalu Uche, który miewa przebłyski w Primera Division i wstępne zainteresowanie jego osobą wyraziły Everton oraz Bolton. Ale on, niestety, jest spośród nich wszystkich najmniej Polakiem.

Pamiętacie? Jak pamiętacie, to też zajrzyjcie:

11:02, rafal.stec
Link Komentarze (45) »
wtorek, 29 stycznia 2008

W moim cyklicznym felietonie do poniedziałkowej „Gazety Sport” złożyłem hołd jubilatowi Gianluigiemu Buffonowi, do którego serdecznie zapraszam, a na blogu postanowiłem uprzedzić wasze całkowicie słuszne ataki za mój czołobitny stosunek do włoskiego bramkarza. Poniżej namacalne dowody, że zdradza on jednak ludzkie cechy i niekiedy popełnia błędy. Grube błędy.

To być może najsłynniejszy, popełniony w meczu z Chievo w sezonie 2001/2002, czyli tuż po rekordowym transferze z Parmy do Juventusu:

A tutaj poważna wpadka z sezonu 2004/2005, która jednak – jak zwykle w przypadku szczęściarza Buffona - nie odebrała Juventusowi ani zwycięstwa nad Atalantą, ani tytułu mistrzowskiego (anulowanego potem wskutek korupcyjnej afery Calciopoli):

A na koniec, by jednak Buffonowi reputacji przesadnie nie plamić i nie zostawiać was z wrażeniem, na które nie zasługuje, moja - i chyba nie tylko moja – ulubiona interwencja z bieżącej edycji mistrzostw Włoch. W grudniowym spotkaniu z Lazio golkiper Juve tak zatrzymał uderzenie Tommaso Rocchiego:

22:27, rafal.stec
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 28 stycznia 2008

Mój typ to, z grubsza licząc, okrąglutkie zero. Żaden Roger, o którego udziale w mistrzostwach trąbi dziś „Przegląd Sportowy”, nigdzie nie pojedzie, cała sprawa jest klasyką strategii koncernu Axel Springer: wymyślamy coś, robimy harmider, jakaś rozświergotana dziennikarka TVN24 na pewno się rozochoci, rozegzaltuje i będzie pod domem brazylijskiego piłkarza Legii czatować od zmierzchu do świtu, a potem jeszcze od świtu do zmierzchu. Będą nas cytować, staniemy się najbardziej opiniotwórczym pismem w całej Europie Środkowo-Wschodniej.

„Niemal rok temu powiedział Pan (tamten wywiad zainspirował „PS” - przyp. RS), że dla Polski by chętnie zagrał. Mówił Pan serio? Byłby Pan tak miły?” Roger nie będzie miał wyjścia. Z rozanielonym uśmiechem odpowie dobroczynnym „tak”.

Teoretycznie wszystko oczywiście jest możliwe. Ogólnoświatowym trendem naturalizowania każdego obcokrajowca, który akurat prosto kopnął piłkę i przydałby się kadrze przybranej ojczyzny, już się na tym blogu zajmowałem (Typowałem nawet tutaj, że jakiś Brazylijczyk zostanie królem strzelców Euro 2008.). Większość spośród Was, czytelników, widzi w tym groźny proceder i żąda surowych ograniczeń, ja też instynktownie się buntuję, choć wiem, że to reakcja straceńcza - zacierania się granic nie powstrzymamy, kupowania sobie piłkarzy do reprezentacji kraju też nie. Ale tym razem zadaję sobie inne pytanie: dlaczego prosić o pomoc akurat Rogera?

Dlaczego, skoro dziurą na lewym skrzydle kadra nas nie straszy, a są palące problemy istotnie nakazujące bić na alarm?

Dlaczego nie ubłagać Ediego Andradiny, jeśli poza Smolarkiem nie mamy ani jednego regularnego snajpera? Dlaczego nie sprawdzić jako zmiennika dla Błaszczykowskiego Radovicia? Dlaczego nie pożebrać u każdego Brazylijczyka? „A może jednak by Pan nas wsparł? Przecież dobrze Panu tu, w Polsce? Nie zakochał się Pan jeszcze w Central Station zwanej u nas zwyczajnie Centralnym i w legendarnym Palace of the Culture and Science? Dlaczego nie sprawdzić, czy przodków z naszym paszportem nie ma Dudu, były król strzelców ligi indyjskiej? Jego sprawą trzeba się zająć bezzwłocznie, bo niektóre źródła podają, że grał w nigeryskiej młodzieżówce. Czym prędzej sprawdźmy te podejrzane źródła, z Afrykanami nigdy nic nie wiadomo.

Dlaczego nie przypuścić zmasowanego szturmu na najlepszych ligowych obrońców, którymi są niemal w komplecie obcokrajowcy? Cleberowi co prawda lat nie ubywa, ale ostatecznie można by go wziąć na jeden turniej, nic wielkiego, a Jacek Bąk na pewno czułby się raźniej. „No niech Pan zagra, ledwie kilka meczów, nowa ojczyzna Panu tego nie zapomni, a chłopaków z kadry na pewno Pan polubi, to świetna paka jest.”

A Inaki Astiz? Czy jemu moralnego prawa do biegania po boiskach Euro 2008 nie daje już to, że zjeździł naszą ziemię od południa do północy, że zwiedza najstarsze nasze grody, poprzestając nie tylko - jak się zwierzał - na rutynowym wypadzie do Krakowa? A Hernani?

Im dłużej o tym myślę, tym bardziej jestem pewny: świetny defensor Arboleda, który kasę bierze w Zagłębiu Lubin a bezczelnie zagrał cztery razy dla Kolumbii, zwyczajnie nas zdradził.

13:16, rafal.stec
Link Komentarze (35) »
niedziela, 27 stycznia 2008

Wyobrażacie sobie, jak wyglądałby dziś Real, gdyby piłkarzy rekrutował wyłącznie z Madrytu i okolic? Wyobrażacie sobie, że naczelny kosmopolita futbolu Arsene Wenger szuka gwiazd dla Arsenalu wyłącznie w Londynie? Wyobrażacie sobie Milan ograniczający zasięg transferowych łowów do Lombardii?

Athletic BilbaoSzefowie Athletic Bilbao podobny eksperyment prowadzą od 109 lat. Zatrudniają wyłącznie graczy baskijskiego pochodzenia, preferując w dodatku - by skrępować się jeszcze mocniej - tych, którzy znają baskijski (o czym przekonał się swego czasu pochodzący z drugiej strony Pirenejów Bixente Lizarazu). Są do bólu konsekwentni, choć nawet sąsiedzi z Realu Sociedad, niegdyś również wierni polityce narodowościowego zamknięcia, poddali się już 19 lat temu i wobec postępującej globalizacji futbolu wzięli Johna Aldrigde’a. Tymczasem w Bilbao wciąż mają stadion - ostatni już pośród monumentalnych katedr piłki kopanej - na którym kibice rzeczywiście utożsamiają się z drużyną, bo tę tworzą ich krewni, sąsiedzi, rodacy. Nawet jeśli nazwa „Athletic” brzmi obco, bo klub założyli, podobnie jak mnóstwo innych na wszystkich kontynentach, Brytyjczycy.

A my raz po raz oglądamy - ostatnio kilkadziesiąt minut temu - megagwiazdy przyjeżdżające do Bilbao i z trudem wywożące stamtąd remis. Ba, dziś piłkarze Athleticu mogli Barcelonę nawet pokonać. Mogli, bo w końcówce niosło ich chyba coś więcej niż zwykłe pragnienie ligowego triumfu. Straceńczo parli na katalońską bramkę po ostatnią sekundę gry, choć ryzykowali sporo - jeden zabójczy kontratak wystarczyłby do odebrania im dobrego przecież wyniku, remisu 1:1.

Nie, wcale nie chcę tutaj ani uprawiać taniej egzaltacji, ani rozczulać się nad nieśmiertelnością baskijskiej tradycji. Zwłaszcza że nigdy nie wiadomo gdzie przebiega granica między romantycznymi ideałami a mrocznym nacjonalizmem (pamiętacie, jak ETA szantażowała Lizarazu, żądając – jak to nazwała – podatku rewolucyjnego?). Ponownie wyrażam tylko - spontanicznie, pozostając pod wrażeniem dzisiejszego meczu - zdumienie, że ten eksperyment daje tak niesamowite rezultaty.

Przecież Athletic Bilbao nigdy nie spadło z Primera Division (jako jedyny klub obok Barcelony i Realu!), choć zachowuje się jak maratończyk, który przed startem knebluje sobie usta, by tylko rywale oddychali pełną piersią. Przecież Athletic dobiera piłkarzy spośród ledwie 3 milionów osób, a robi to w teraz, gdy kluby nie tylko najmocniejszych lig przefiltrowują wszystkie podwórka świata, czyli przebierają wśród 7 miliardów ludzi. I z tymi ostatnimi Baskowie wcale nie tak rzadko wygrywają, przez co ich zapewnienia, że nawet spadając do drugiej ligi nie zmieniliby personalnej polityki, brzmią niemal kokieteryjnie.

Jakim cudem? Jaki cudem w supersilnej lidze hiszpańskiej utrzymuje się najbardziej ekskluzywna, bo żądająca od graczy odpowiedniego pochodzenia, drużyna globu? Czyżby Baskowie wiedzieli o piłce coś, czego nie wiedzą nawet Brazylijczycy?

21:55, rafal.stec
Link Komentarze (19) »
piątek, 25 stycznia 2008

Spieraliśmy się wczoraj w redakcji, czy 13-letniego chłopca wolno posyłać do poważnej sportowej rywalizacji z dorosłymi. Spieraliśmy się jeszcze przed doniesieniami o wybuchu ojca Klimka Murańki - który zagroził, że jego syn nigdy nie wystąpi w reprezentacji Polski, jeśli nie zostanie dopuszczony do kwalifikacji - i dyskusja była raczej ogólna, nie dotyczyła tego konkretnego przypadku.

Sam uważam, że nie ma żadnych powodów, by dzieciom zabraniać startów w poważnych zawodach. Tak jak nie widzę nic zdrożnego w programowaniu kilkulatka na wielkiego tenisistę, szachistę czy kierowcę i sterowaniu jego karierą od wieku szczenięcego. Robert Kubica, który będąc szkrabem wsiadł po raz pierwszy do małego pojazdu napędzanego silnikiem i już nigdy nie chciał z niego wysiąść, nie zgłasza pewnie pretensji do taty, że ten wywiózł go w młodzieńczym wieku do Włoch i tam pomagał mu piąć się w wyścigowej hierarchii. (Z nim to historia w ogóle osobna, trochę jak z genialnymi niemowlakami, co to jeszcze seplenią, ale już wybrzdąkują na fortepianie Poloneza As-dur.)

Cała operacja musi się jednak odbywać pod pewnymi warunkami, a jednym z fundamentalnych jest zadbanie, by dziecko się sportem bawiło, by podążało za fascynacjami, a nie działało wbrew sobie, dla dogodzenia mamusi czy tatusiowi. Każdy psycholog poda przykłady toksycznych rodziców, którzy poprzez dziecko realizują własne niespełnione ambicje (lub ubijają interes) i skazują go na życie pod stałą presją, pełne strachu przed porażką, pozbawione dzieciństwa etc. Stoi taki tatuś obok boiska z kopiącymi piłkę brzdącami, napięcie rozsadza mu żyły, gdy syn biegnie sam naprzeciw bramkarza, wpada z furią na boisko, gdy sędzia podyktuje karnego dla przeciwników, a po meczu okłada wściekłością dziecko, bo słabo grało. Słowem, dziecku szkodzić można niezależnie od tego, czy rywalizuje ono z rówieśnikami, czy z dorosłymi.

Sytuacji Klimka Murańki z detalami nie znam, ale po jego debiucie w Pucharze Świata przed wyrażeniem znacznie ostrzejszego stanowiska niż Darek Wołowski nie powstrzymują mnie żadne wątpliwości.

Otóż jeśli Klimek natychmiast nie wróci między rówieśników i szczenięcej frajdy ze skakania dla samego skakania, to sprowokujemy ogromne ryzyko wyrządzenia mu krzywdy. On już teraz walczy na skoczni na śmierć i życie, zamiast się cieszyć z fruwania między dorosłymi opłakuje po nieudanym skoku klęskę, a ojciec widzi w nim gwiazdę mogącą stawiać warunki. (Oczywiście sam je stawia w jego imieniu. I właściwie nie wiadomo, z jakiej racji Murańka senior grozi, że junior nigdy nie wystąpi w reprezentacji. Za dorosłego też będzie podejmował decyzje? Czy może już z małym przeprowadził głęboką analizę i tamten dokonał dojrzałego wyboru?)

Konsekwencji nie da się przewidzieć na pewno, bo wiele zależy od indywidualnych predyspozycji, ale można - więcej: trzeba - zakładać najgorsze: że Klimek będzie psychicznym wrakiem jeszcze zanim dojrzeje, że popadnie w patologiczny narcyzm, że zamiast klasowym skoczkiem zostanie frustratem. Albo że pozycja „klasowego” skoczka będzie dla niego nieszczęściem, bo los ponoć skazał go na wybitność.

Kiedy Austriacy mówią, że mają u siebie dziesięciu malców z talentem Murańki, ale chronią ich na razie przed światłami wielkiego sportu, to nie sądzę, by się tylko przechwalali.

PS Z tym Polonezem As-dur lekko przesadziłem, ale popatrzcie, co smarkacze wyprawiają z Chopinem:

12:01, rafal.stec
Link Komentarze (42) »
czwartek, 24 stycznia 2008

l 

Nie wiadomo, czy francuski trener reprezentacji Ghany Claude Le Roy wyznaje starą piłkarską prawdę, że gospodarzom pomagają ściany, ale na pewno nie wierzy, że pomaga im własne boisko. - Od ponad 20 lat mieszkam w Afryce i jeszcze nigdy nie widziałem murawy w tak beznadziejnym stanie. To o niej trzeba myśleć, a nie o tym, czy fotel w pokoju dla VIP-ów jest wygodny - wściekał się po inaugurującym mistrzostwa kontynentu meczu z Gwineą.

Wściekał się także dlatego, że jego zdaniem w lepszych warunkach piłkarz John Pantsil nie narzekałby po ostatnim gwizdku na zawroty głowy i nie musiał zostać odwieziony do szpitala. A w przerwie nie zwierzałby się: nie pamiętam niczego z pierwszej połowy. Zawodnicy bowiem upadaliby i zderzali się ze sobą rzadziej. (To znów opinia Le Roya.)

Pantsil został zniesiony z boiska na noszach. Na pierwszy rzut oka widać było tylko, że, by tak rzec, obluzowała mu się szczęka. W szpitalu przeleżał dobę, zanim lekarze uradzili, że należy go zbadać rezonansem magnetycznym. Ruszyły poszukiwania. Jedyna aparatura w całej Ghanie okazała się zepsuta.

Poszukiwania przeniesiono do sąsiedniego Togo. Togo też ma jeden aparat. Też nie działający.

Na szczęście ten z nigeryjskiej stolicy Lagos (nie wiem, czy jedyny) działał. Pantsila zbadano i mógł wrócić do reprezentacji.

Działacze z piłkarskiej federacji Ghany również mieli pecha. Kiedy przyjechali do hotelu, usłyszeli, że ich marokańscy koledzy - znaczy też działacze - byli szybsi. Zapytali, ile płacą ci z Ghany. Po czym zaproponowali podwójną cenę. Rezerwacja została anulowana dwie sekundy później.

Niestety, nie przeżywam tego wszystkiego na własne oczy i uszy, Puchar Narodów Afryki śledzę z Warszawy. I dojrzewam do solennego postanowienia, że na następny turniej polecieć muszę. Niezależnie od okoliczności, choćby w każdym hotelu uprzedzali mnie działacze z Maroka i przejmowali mój pokój. Widziałem już mnóstwo beznadziejnie przygotowanych imprez sportowych, ale PNA to unikat, którego trzeba skosztować czym prędzej, zanim i tam dotrze nuda nienagannie zorganizowanych turniejów a la Europa. Na razie tamtego świata liznąłem tylko przez szybę: np. poznając dziennikarzy z Beninu, którzy na mundialu w Niemczech próbowali wciągać europejskich kolegów po fachu w biznes polegający na upłynnianiu prasowych wejściówek na mecze. (Bo po co samemu pchać się na trybuny, jak w biurze prasowym są telewizory?)

Aż strach pomyśleć, jak fantastyczny interes z biletami i zaproszeniami rozkręcili Benińczycy na mistrzostwach w Ghanie. Na stadionie w Akrze widzów podzielono na więcej kategorii niż gdziekolwiek w świecie. Są tam m.in. loże dla VVIP-ów, czyli Bardzo Bardzo Ważnych Osób, które wprowadzono dla odróżnienia ich od VIP-ów, czyli zwykłych Bardzo Ważnych Osób. VVIP-y? Ci to dopiero muszą mieć wygodne siedziska.

A z wygodą w Ghanie bywa różnie. Cztery reprezentacje uczestniczące w PNA musiały stanąć przed zarezerwowanym hotelem, by zorientować się, że hotel, owszem, stoi, ale jeszcze nie cały. Dwie z nich zawieziono na boiska treningowe, na których, by posłużyć się poetyką Leo Beenhakkera, nawet spacerujący pies zwichnąłby sobie łapę. Wreszcie Nigeryjczycy dowiedzieli się już na lotnisku, tuż przed przesiadką, że samolot (linii krajowych) nie pomieści całej ekipy. Poproszono ich, by poczekali, bo większy na pewno się znajdzie. Nigeryjczycy wytrzymali dwie godziny czekania. Pojechali autokarem.

Ich trener, Niemiec Berti Vogts mówi: Gdyby Nigeria miała tak zorganizowany futbol jak Niemcy, byłaby niepokonana. Nawet Brazylia musiałaby uważać.

Pił do swoich przybranych rodaków. Ciekawe, co powie po wyjeździe z turnieju w Ghanie, który stali bywalcy obwołali już - i to śmiertelnie serio - najlepiej zorganizowanym w historii.

l

22:09, rafal.stec
Link Komentarze (12) »
środa, 23 stycznia 2008

Zdzisław Ambroziak. Fot. Sławomir Kamiński

Gdyby wciąż żył, i tak byłby dziś wniebowzięty.

Siatkówkę i tenis kochał przecież ponad wszystkie inne sporty, tymczasem polskie sukcesy musiał wyławiać wspomnieniami z lat 70. Teraz obie dyscypliny przeżywają u nas rozkwit lub przynajmniej - to dotyczy kortów - dają rozkwitu obietnicę.

Ambroży tej chwili nie dotrwał, choć chyba każdy, kto go poznał, pomyślał, że jest nieśmiertelny. Tak jak każdy, komu zmiażdżył dłoń swoimi wielkimi łapskami, nie uwierzyłby, że spod nich mogą spływać na klawiaturę subtelne zdania.

Na kilkadziesiąt minut przed meczem Agnieszki Radwańskiej brakuje go specjalnie. Każda runda Australian Open, każdy triumf siatkarek bądź siatkarzy inspirowałby Ambrożego do refleksji ubranej w słowa co najmniej tak smaczne jak sukces sportowca rodaka. A wszyscy my - piszący o sporcie - uczylibyśmy się pokory. Bo choć wiemy, że trzeba się starać i przeć do przodu, to wiemy też, że nikt z nas najlepszy nie będzie. Najlepszy był - i jest - Ambroży. (Najhojniejszy komplement, jaki od Niego usłyszałem: „Z sensem to napisałeś.” Do dziś pamiętam, gdzie, kiedy i za co padł.)

Muszę uciec w cytaty. Muszę, bo żeby napisać „z sensem” o Ambrożym, trzeba by pisać jak Ambroży. Ja nie umiem.

Ten kawałek wyciągnąłem z arcydzieła literatury. (Jeden z jego bohaterów postanawia nigdy się nie zestarzeć i popełnić samobójstwo, gdy skończy 60 lat. Kończy je 23 stycznia…) Opisuje postać z zupełnie innej planety i wyrwany z kontekstu razi trochę patosem, ale moim zdaniem jakąś prawdę o Ambrożym mówi, a On sam patosu się nie wstydził:

„Sam siebie definiował jako urodzonego pacyfistę, zwolennika ostatecznej ugody między liberałami i konserwatystami dla dobra ojczyzny. Mimo to jego publiczne wystąpienia cechowała tak dalece idąca niezależność, że nikt nie uważał go za swojego: liberałowie mieli go za jaskiniowego wstecznika, konserwatyści mawiali, że brakuje mu jedynie tego, by wstąpił do masonerii, masoni zaś odrzucali go jako zakonspirowanego klechę Watykanu.”

Jak mówiłem - trochę od czapy, ale m.in. właśnie niezależność, prócz innych, czysto dziennikarskich zalet, czyniła Ambrożego wyjątkowym.

00:20, rafal.stec
Link Komentarze (12) »
wtorek, 22 stycznia 2008

Michał Pol w bardzo ciekawym wpisie rozważa, czy wokół naszej tenisistki wybuchnie w Polsce szaleństwo o skali małyszomanii i porównuje ją z innymi okolicznymi bohaterami narodowymi. Rozważa wszechstronnie, choć moim zdaniem jeden drobiazg jednak pomija. Otóż dla kibiców niezwykle istotne jest, czy oferowany im sportowy spektakl jest łatwy, czy trudny w odbiorze.

A lubią oczywiście przede wszystkim sporty proste.

Dwaj atleci zawładnęli masową wyobraźnią Polaków po 1989 roku. Andrzej Gołota i Adam Małysz. Postaci z zupełnie innych bajek. Zwalisty bokser o chropowatych manierach, bywający niekiedy na bakier z prawem, oraz wiotki, skromny skoczek, który długo przezwyciężał swoją nieśmiałość.

Obu łączy jedno: rywalizują w zmaganiach lekkostrawnych dla widza, niewymagających wytężonej koncentracji i zagłębianiu się w fachowe niuanse. Gołota wchodzi na ring i leje po mordzie, a wygrywa ten, kto mordobicie przetrwa i jeszcze rozkwasi rywala (ewentualnie nie ucieknie z ringu). Małysz zjeżdża po zeskoku, a wygrywa ten, kto wyląduje najdalej. Niczego prostszego nie sposób sobie wyobrazić. To trochę jak z kinem, książką i całą resztą rozrywek. Masowy widz nie kupuje biletów na egzystencjalne dramaty z bohaterem cierpiętnikiem, który zastanawia się, czy być, czy jednak nie być, ewentualnie rozstrząsa filozoficzne konsekwencje nieistnienia obiektywnej rzeczywistości. Woli szarpiący za emocje fajerwerk, który nie męczy głowy.

Wiecie, jak to było - jest? - z Małyszem. Niedzielne popołudnie, rodzinny obiadek, są i dziadkowie, i wnuczkowie, w tle telewizor z trochę leniwym, stonowanym komentarzem Szaranowicza. Niby cały czas ktoś tam skacze, ale generalnie chodzi o to, by nie przegapić momentu, w którym gogle poprawi Małysz.

Z Gołotą jest inaczej, rzecz dzieje się zazwyczaj w nocy. Nierzadko suto zakrapianej, bo jego walka, odbywająca się przeważnie w weekend, to świetna okazja do małego lub całkiem dużego party.

Jeszcze raz podkreślam: mówię tu kibicu masowym, a nie wytrawnym koneserze sportu.

Radwańska będzie miała trudniej, bo tenis jako takiego skupienia jednak wymaga. No i trzeba słuchać gadaniny w językach obcych, o tych wszystkich bekhendach i smeczach. A najtrudniej ma Robert Kubica - jak zjedzie do pitstopu, to nie wiadomo, które właściwie zajmuje miejsce, najciekawsze są kwalifikacje (generalnie mało w tym ściganiu wyprzedzania), gadka o bolidach tonie w technologicznych detalach, tak samo ważni jak kierowcy są jajogłowi konstruktorzy czy zmieniacze opon. Tego, cholera, bez dwóch fakultetów nie przełkniesz.

Czyżby Małyszowi mógł dorównać jedynie - poprzestając na sportach indywidualnych - bijący rekordy świata polski sprinter?

11:49, rafal.stec
Link Komentarze (77) »
 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum
Tagi