RSS
poniedziałek, 15 grudnia 2014

Nie znoszę komunału o statystykach, które kłamią, to oczywista nieprawda, oszukujemy się jedynie ich błędnymi interpretacjami - mogę się co najwyżej zgodzić z tureckim trenerem Fatihem Terimem, który głosi, że statystyki przypominają minispódniczki, odkrywają bowiem wiele, ale nie wszystko. Dziś jednak coraz trudniej bronić się przed zalewem dezorientujących liczb i właściwie każdą należy analizować krytycznie, czego skutkiem ubocznym jest postępująca dewaluacja pojęcia „rekord”. O czym napisałem felieton do „Gazety Sport.pl Ekstra”, przeczytacie go tutaj.

01:51, rafal.stec
Link Komentarze (7) »
piątek, 12 grudnia 2014

Nie wiadomo, czy gdyby Legia nie zagapiła się w sprawie nieszczęsnego Bereszyńskiego, awansowałaby w następnej rundzie do Ligi Mistrzów. Ale nie możemy tego wykluczyć, z Celtikiem rozprawiła się w oszałamiającym stylu.

Nie wiadomo, czy gdyby Legia nie rozesłała po Europie infantylnego listu „rekomendującego” transfer Michała Żyro, wyjęłaby za niego w przyszłości więcej niż wyjmie. Ale nie możemy tego wykluczyć, epistolograficzny wybryk rynkowej wartości skrzydłowego na pewno nie podniósł.

Nie wiadomo, na kogo Legia wpadnie w poniedziałkowym losowaniu 1/16 Ligi Europejskiej, ale nie możemy wykluczyć, że w lutym podejmie przy pustych trybunach naprawdę renomowaną firmę – Liverpool, Ajax, Romę czy – to dopiero byłaby strata dla kibiców! – Celtic.

Nie wiadomo wreszcie, czy gdyby Legia nie trwoniła milionów złotych przez notoryczną niesubordynację na trybunach, wydałaby je mądrze na nowych piłkarzy. Ale nie możemy wykluczyć, że znacząco wzmocniłaby kadrę, o czym najładniej świadczą popisy Ondreja Dudy, zjawiskowo jak na standardy naszych boisk uzolnionego młodzieńca ze Słowacji.

Do wszechogarniającego rozgardiaszu w polskich klubach przywykliśmy, jednak warszawski jest wyjątkowy, bowiem jako pierwszy u nas przeżywa równocześnie tak dynamiczny, wielowymiarowy rozwój sportowy. Odkąd Legią dowodzi Henning Berg, czyli w kalendarzowym roku 2014, piłkarze mają bilans wprost nieskazitelny – obronili tytuł mistrza kraju, wygrali 24 z 34 meczów ligowych (następny Lech – ledwie 17), nie przegrali ani jednego krajowego hitu (cztery zwycięstwa i dwa remisy z Wisłą i Lechem, bramki 15-4), zwyciężali (na boisku) w 10 z 12 spotkań europejskich pucharów (24-4). Uprawiają futbol uporządkowany, elastyczny taktycznie i reagujący na styl przeciwnika, nawet w zderzeniu z zagranicą wyglądają na świadomych swojej siły. I nie zależą, wbrew niedawnym podejrzeniom, od ponadprzeciętnych jednostek, o czym przekonuje każdy mecz bez kontuzjowanego Radovicia. Jeśli pomyślimy jeszcze o szerokiej, wymuszającej niespotykaną u nas ostrą rywalizację kadrze (jesienią grało 32 ludzi!), kosztującej 1,5 mln euro rocznie akademii (dla porównania: Bayern wydaje 3 mln) oraz planach budowy ośrodka treningowego, to widzimy zupełnie nową jakość w polskim futbolu. Jakość, dzięki której teraźniejszość cieszy, a potencjalna przyszłość wprawia w euforię.

Najbliższy sportowy cel jest jasny: zostać pierwszym od 1991 roku polskim klubem, który po przerwie zimowej wygra dwumecz w europejskich pucharach. Będzie potwornie trudno, nie tylko z powodu klasy rywala – nie wszyscy wielcy traktują LE całkiem serio – ale również przez realia klimatyczno-logistyczne. Legia wyjdzie na kolejną rundę ledwie tydzień po wznowieniu rozgrywek. Czyli kompletnie odzwyczajona od twardej walki o niebagatelną stawkę.

Ale tak naprawdę martwi u niej dziś wyłącznie to, co pozasportowe. Jeśli przytoczoną na wstępie listę wpadek rozciągniemy do wiosny i wspomnimy zadymy podczas wizyty w Warszawie Jagiellonii, znajdziemy aż dwa mecze oddane przez Legię walkowerem. To też w cywilizowanym – ba, także polskim – futbolu rzadkość. To europejskiej firmie zwyczajnie nie przystoi.

20:57, rafal.stec
Link Komentarze (6) »
środa, 10 grudnia 2014

1) Drużyny najpotężniejsze jesienią w Lidze Mistrzów się bawią, a wśród nich od lat najhuczniej bawią się Hiszpanie. Odkąd obowiązuje obecna formuła rozgrywek, trzykrotnie zdarzyło się, że triumfator grupy uzbierał komplet punktów – obecny Real Madryt (bramki 16-2), Real z sezonu 2011/12 (19-2, to był najlepszy grupowy występ w historii) oraz Barcelona 02/03 (13-4). Co ciekawe, wśród klubów z dorobkiem skażonym jednym remisem też królują przedstawiciele Primera División, najlepszy stosunek miały Barcelona 11/12 (20-4), Real 13/14 (20-5), Barcelona 05/06 (16-2), Valencia 02/03 (17-4), Real 10/11 (15-2) oraz Atlético z poprzedniej edycji (15-3). Jeszcze raz: dziewięć najznakomitszych punktowo-bramkowo popisów w fazie grupowej Champions League dały kluby hiszpańskie. Korrida.

2) Tym razem zasłonili wszystkich piłkarze Carlo Ancelottiego, których potęgę uzmysławiają także inne dane. Najwięcej trafień w słupki i poprzeczki? Real Madryt – 5. Najwięcej strzałów? Real Madryt – średnio 20,2 w meczu. Najwięcej strzałów celnych? Real Madryt – średnio 8 w meczu. Najwięcej wykreowanych szans bramkowych? Real Madryt – według Squawka.com w sumie 94. Analitycy tego ostatniego serwisu przyznali też królewskim gigantyczną przewagę w ogólnym poziomie gry, który opisują wskaźnikiem „performance score”, sumującym wszystkie odnotowywane statystycznie zdarzenia boiskowe. Co uderzające, aż cztery gole zawdzięczają akcjom wykonanym po rzutach rożnych – to też najlepszy wynik w rozgrywkach – choć za trenera pracującego nad doktoratem ze stałych fragmentów gry uchodzi filozofujący w sąsiednim Atlético Diego Simeone. Słowem, Real wywołuje wrażenie drużyny totalnej. Choć oczywiście należy pamiętać, że wiosna w LM brutalnie zweryfikowała już kilka drużyn urzekająco roztańczonych jesienią.

3) Piłkarze Atlético też przeżyliby rundę niemal perfekcyjną, gdyby nie inauguracyjna wpadka w Pireusie. Po tamtym meczu nie stracili już ani jednego gola – 467 minut z czystym kontem, najdłuższa passa w tegorocznej LM – i generalnie wykonywali swoją robotę z minami zimnych zawodowców, którzy na tym etapie rywalizacji dopiero się rozgrzewają. W minionym sezonie inspirowali skojarzenia z tamtą Borussią Jürgena Kloppa, która też rzuciła wyzwanie finansowym hegemonom z kraju i Europie, a teraz wydaje się, że są w stanie osiągnąć nawet więcej – w maju sekundy dzieliły ich od zdobycia trofeum, w poniedziałkowym losowaniu zostaną rozstawieni, za zamianę Diego Costy na Mario Mandżukicia nie zapłacili utratą jakości, a ich styl, czyli miks wysublimowanej całozespołowej defensywy z wysublimowaną obsługą stałych fragmentów gry, to niezły pomysł na rozstrzyganie pucharowych dwumeczów.

Postawa Atlético przypomina, że Madryt to stolica europejskiego futbolu w 2014 roku bezdyskusyjna, każda inne metropolia niknie przy niej do pipidówy. W Londynie fason trzyma jedna Chelsea, w chyba najpotężniejszym w sensie ekonomicznym Manchesterze tylko City utrzymało się w Lidze Mistrzów (gdzie tradycyjnie wypada średnio), panujący przed dekadą Mediolan cały wyleciał z elity. A Madryt pozostaje w tym roku kalendarzowym niezdobyty – na Vicente Calderón gospodarze wygrali pięć meczów i jeden zremisowali (bramki: 15-1!), natomiast na Santiago Bernabéu gospodarze nie oddali nikomu choćby remisu (sześć zwycięstw, bramki: 17-2!). Totalna dominacja, w historii futbolu bezprecedensowa. Nawiasem mówiąc, Real Madryt na swoim stadionie w LM nie przegrał od kwietnia 2011 roku – uległ wtedy w półfinale Barcelonie, potem tylko wygrywał (19 meczów) lub remisował (2 mecze).

4) Reprezentacja Hiszpanii podupadła, ale w futbolu klubowym imperium nie tyle trwa, ile kontynuuje ekspansję. Jeśli zajrzymy do pozostałych faworytów LM, to świat zmieni się tylko trochę – Bayernem sterują Pep Guardiola (spoza boiska) oraz Xabi Alonso (na boisku), a Chelsea to już w ogóle jeden wielki przeszczep z Primera División – od głównego snajpera Diego Costy, przez rozgrywającego Cesca Fàbregasa i obrońców Azpilicuetę oraz Filipe Luísa, po wylansowanego w Madrycie bramkarza Thibauta Courtoisa. Bardziej niż hiszpańska proweniencja głównych faworytów łączy jednak typ przywództwa. Real, Bayern i Chelsea oddały władzę nad szatnię supertrenerom, którzy zbudowały już w przeszłości fantastyczne drużyny i urośli na multimedalistów – Carlo Ancelotti, Pep Guardiola i José Mourinho wygrali 7 z ostatnich 12 edycji Ligi Mistrzów. I powinniśmy się spodziewać, że w maju złota trójca jeszcze ten bilans poprawi.

A na samym dnie leżą ci, którzy wydają fortuny na transfery i pensje piłkarzy, lecz nie umieją znaleźć charyzmatycznych, odpowiadających aspiracjom klubu supertrenerów. Jak Zenit St. Petersburg, najbardziej klęskowa obok wstającego Manchesteru City firma Champions League – nikt nie wydaje tak wiele, by wygrywać tak niewiele.

poniedziałek, 08 grudnia 2014

Wystarczy im we wtorkowy wieczór zremisować w Liverpoolu, by awansowali do 1/8 finału Ligi Mistrzów. Piłkarze Basel, czyli klubu, który przypomina spełniony sen właścicieli Legii Warszawa.

Kto nie śledzi uważnie poczynań mistrzów Szwajcarii, intuicyjnie da im co najwyżej śladowe szanse na sukces. Gdzie reprezentantowi tego średniego w futbolu kraju do renomowanej firmy angielskiej? A jednak w Basel nie znajdą żadnych powodów, by przystępować do gry z kompleksem niższości. Przeciwnie, to gospodarze powinni czuć niepokój.

Piłkarze Bazylei prześladują bowiem Premier League jak, nie przymierzając, Real Madryt czy Barcelona. W październiku pokonali Liverpool 1:0. W minionej edycji LM w fazie grupowej dwukrotnie pobili Chelsea – 1:0 i 2:1 – co się w erze Abramowicza niemal nie zdarza. Trzy sezony temu uporali się z Manchesterem Utd – 2:1 i 3:3 – i wykopali faworyta z rozgrywek! Także z Ligi Europejskiej zdołali wypchnąć niedawno Tottenham, zanim w półfinale przeżyli jedyne w starciach z wyspiarzami niepowodzenie – wyeliminowała ich Chelsea, późniejszy zdobywca trofeum. W Champions League nie przegrywają nigdy.

A szefowie klubu działają tak, jakby buntowali się przeciw wszystkiemu, co uprawiają kluby angielskie – wystawiający ledwie pojedynczych wychowanków i notorycznie przepłacający za przeciętnych piłkarzy. Młodzieżowa akademia w Basel szkoli ze wspaniałym znawstwem. Słychać o niej rzadziej, ponieważ nie wypuszcza gwiazd formatu Iniesty czy Müllera – tu trzeba jeszcze wybitnie utalentowanej jednostki – ale rozsyła mnóstwo absolwentów po czołowych ligach. To z niej wywodzą się Rakitić z Barcelony, Shaqiri z Bayernu, Inler z Napoli, Kuzmanović z mediolańskiego Interu, a także kilkunastu innych uznanych wyczynowców zatrudnianych aktualnie w Bundeslidze. Nawet u nas kopie jeden z nich – wypożyczony do Lecha Poznań Darko Jevtić.

Zanim najzdolniejsi wyjadą w wielki świat, wygrywają dla Basel we wspomniane wieczory europejskie. Być najwydajniejszą fabryką piłkarzy spoza futbolowej elity elit czyni mistrza Szwajcarii ponad 40 (!) wychowanków, którzy w tym stuleciu występowali lub występują w podstawowym składzie. Dla październikowego zwycięstwa nad Liverpoolem zasłużyli się m.in. nadający płynność całej drużynie środkowy pomocnik Fabian Frei; wspierający go Taulant Xhaka; zdobywca bramki i kapitan Marco Streller; również biegający w ataku, zaledwie 17-letni, urodzony w Kamerunie Breel Embolo. A jeśli dostawimy do nich jeszcze energetycznego Philippa Degena, który wówczas się leczył, to okaże się, że wychowankowie stanowią połowę jedenastki. Lepsze pod tym względem są w LM tylko Barcelona i Athletic Bilbao.

Dlaczego w Bazylei spełnia się sen Legii? Bo tam też rozpoczęli od wzniesienia efektownego stadionu, wylansowali modę na odwiedzanie trybun, zainwestowali mnóstwo energii w akademię i skauting. Nie ozłocił ich oligarcha w typie Rinata Achmetowa i nie wykonali gigantycznego skoku z dnia na dzień, lecz postawili na zrównoważony rozwój. Ich drużyna szaleje w młodzieżowej Lidze Mistrzów (3,4 gola na mecz, w grupie nad Realem), co sezon sprzedają dwóch-trzech graczy – z atrakcyjnym przebiciem, w ub.r. kupionego za 2,5 mln euro Mohameda Salaha wyeksportowali do Chelsea za 16,5 mln – i natychmiast wynajdują następców. Dziś wypracowują 29 mln rocznego przychodu, także dzięki wpływom z europejskich pucharów, które w każdej edycji dają fanom trochę lub mnóstwo frajdy. Więcej niż np. wszyscy przedstawiciele ligi holenderskiej, znacznie bogatszej w tradycje. Mały wielki klub, o jakim marzymy w Polsce.

21:52, rafal.stec
Link Komentarze (10) »
niedziela, 07 grudnia 2014

W felietonie do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” nie zajmuję się wadliwością bądź niewadliwością ustawy hazardowej, nie zajmuję się też tym, kogo karać, a kogo nie, pomijam nawet cyniczne kiwanie polskiego prawa przez Bońka – na potrzeby chwili mogę sobie wręcz wyobrazić, że nie istnieją u nas żadne ograniczenia reklamy zakładów sportowych.

Nawet wówczas pozostanie jednak wątpliwość, czy piłka nożna powinna propagować hazard. A zwłaszcza – czy powinien propagować go prezes PZPN. Felieton przeczytacie tutaj.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 379
Tagi