RSS
niedziela, 22 maja 2016

Leo Messi i Stephen Curry, Stephen Curry i Leo Messi, czyli jeden geniusz w dwóch wcieleniach. Mój cotygodniowy felieton do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

Tagi: Leo Messi NBA
20:32, rafal.stec
Link Komentarze (2) »
sobota, 21 maja 2016

AC Milan nic

Szczególnie żałosny był kwietniowy wieczór, gdy mecz na San Siro poprzedził popis aktorów wynajętych do odtańczenia na boisku bojowego haka, znanego w świecie przede wszystkim dzięki rugbystom Nowej Zelandii -  wyglądali jak Rysio z „Klanu” udający Batmana. A potem na murawę wtruchtali piłkarze Milanu i zrobiło się jeszcze nędzniej. 0:0 z Capri. Z tym samym biedniutkim Carpi, które po sezonie w pierwszej lidze właśnie stoczyło się z powrotem do drugiej.

Żałośnie było też kilka dni temu, gdy do internetu wyciekła relacja ze spotkania Silvio Berlusconiego z drużyną Milanu, podczas którego właściciel klubu groził piłkarzom, że przestanie im płacić. „Będziecie musieli podać mnie do sądu. A takie procesy trwają w naszym kraju osiem lat” - dworował sobie z podwładnych. Chyba żartował, ale kto go tam wie, znany jest z poczucia humoru ociężałego jak inteligencja Mario Balotellego.

Mieliśmy więc karykaturę aktorstwa, karykaturę mającego budzić u wrogów lęk rytuału, karykaturę (boiskową) wielkiej futbolowej firmy, a także karykaturę męża stanu - Berlusconi to były premier Włoch, polityk kształtujący rzeczywistość od dekad, jednak to nie przeszkadza mu robić sobie jaj ze sparaliżowanego wymiaru sprawiedliwości, czyli państwa, które nie działa.

„Karykatura” to w ogóle słowo dla obecnego Milanu kluczowe, oddające jego nędzę. Nędzę sportową, bo finansowo jest, owszem, źle, ale - wbrew obiegowej opinii - wcale nie beznadziejnie. A w każdym razie pieniędzmi nie wyjaśnimy tego, co piłkarze z San Siro wyprawiają na boisku.

Bo ich zbrodnia nie polega na tym, że nie umieją rzucić wyzwania Juventusowi, ekonomicznie bezkonkurencyjnemu. Ani nawet na tym, że nie nadążają za rozkwitającym Napoli czy Romą. Nie, oni nie umieją doczołgać się do marnej Ligi Europejskiej. 8. miejsce, 10. miejsce, 7. miejsce - to ich ostatnie sezony, składające się na passę, jakiej Milan Berlusconiego nie doświadczył nigdy. Teraz leżą w tabeli pod prowincjonalnym Sassuolo, niedawno nie umieli wydłubać zwycięstwa w meczach z rywalami zdegradowanymi do Serie B, pobiła ich nawet rozsmarowana na ligowym dnie Verona.

Nie blogowałem o swojej drużynie przez cały sezon, bo czułbym się jak chomik w kołowrotku - zasuwasz jak nawiedzony, a celu podróży nie widzisz, ba, nie wiesz nawet, czy istnieje. Na San Siro wciąż trwa opowieść o szokującym braku wizji i jakiejkolwiek strategii, a nad pojedynczymi meczami czy pojedynczymi decyzjami personalnymi nie warto się pochylać, bo wszystko, co się tam dzieje, to nieustająca gra pozorów.

Podobno Milan chcą od lat kupić Chińczycy - tyle że nikt ich nie widział. Podobno swój klub chce wreszcie sprzedać Berlusconi - tyle że najwyraźniej chce zarazem zachować nad nim kontrolę, na co nikt rozumny się nie zgodzi. Podobno istnieje tam jakaś polityka transferowa - ale to również złudzenie, niespójną „politykę” wyznaczają kolejne fanaberie właściciela, ostatnio uparł się na przykład, by szatnię obsadzić wyłącznie Włochami (co tym smutniejsze, że w przeszłości wyznaczał trendy, to on nie chciał w futbolu granic i promował poluzowywanie limitów na zatrudnianie obcokrajowców). Podobno szatnią rządzą w Milanie trenerzy - kolejna legenda, wpuszczani tam szkoleniowcy pracują zbyt krótko, by zdążyć objąć władzę, w dodatku trzej z ostatnich czterech to kompletne żółtodzioby (Clarence Seedorf, Filippo Inzaghi, Cristian Brocchi), co czyni klub osobliwością w skali europejskiej.

Jako kibic pogodziłbym się z nowymi realiami - dopingowaniem drużynie skromniejszej, koniecznością cieszenia się drobiazgami, życiem bez podziwiania wirtuozów czy oglądania Ligi Mistrzów. Pogodziłbym się, gdyby Milan dokądś zmierzał. Gdybym w zachowaniach jego szefów widział sens.

Nie widzę, więc nawet to, co dobre, wywołuje we mnie ambiwalentne uczucia. Weźmy na przykład Gianluigiego Donnarummę - nastoletniego bramkarza, który znienacka wtargnął do podstawowego składu. Normalnie chciałbym zatrzymać go w klubie na zawsze - wychowanek, niech broni dopóty, dopóki się nie zestarzeję - ale w aktualnych okolicznościach sumienie nie pozwala życzyć mu aż tak źle. Niech się chłopak rozwija, niech chwyta każdą nadarzającą się okazję, zamiast tkwić tam, gdzie nie widać nadziei.

Skalę mediolańskiego zamętu najlepiej ilustruje chyba ponowne sięgnięcie po Kevina Boatenga - piłkarza tyleż postrzelonego, co schorowanego, już dobiegającego trzydziestki, uporczywie przypominającego, że do dużego futbolu się nie nadaje. Nie nadaje się do niego już zapewne również Berlusconi, który zdziwaczał. Pomysły kontrowersyjne lub wręcz żenujące miewał zawsze, ale niegdyś miewał także świetne, a jeśli nawet nie miewał, to zatrudniał miewających je współpracowników. Dzisiaj nie tylko w polityce przypomina karykaturę samego siebie. Wszechmogącego prezesa zastąpił zubożały wariatuńcio, żyjący urojeniami i fałszywym przeświadczeniem, że jeszcze nad czymkolwiek panuje. Nie spodziewam się po nim już niczego i nie spodziewam już niczego po Milanie, dopóki Berlusconi go nie sprzeda. Nie wiem, co będzie potem, niech to będzie skok w nieznane, może wręcz ryzykancki, nie chce mi się nawet kończyć tej notki z sensem.

Tagi: serie a
23:33, rafal.stec
Link Komentarze (6) »
wtorek, 17 maja 2016

reprezentacja Polski, Euro 2016

Jeszcze nigdy tak wielu polskich piłkarzy nie znaczyło tak wiele w klubach wielkich lig kontynentu. Na zgrupowanie w luksusowym hotelu Bryza w Juracie zjeżdżali we wtorek niemal wyłącznie reprezentanci po wspaniałym sezonie ligowym lub czekający na awans w karierze.

Adam Nawałka obwołał nadmorski obóz regeneracyjnym, bo ma on być wstępem do obozu właściwego, w bieszczadzkim Arłamowie. Piłkarze mają najpierw odetchnąć, a tym, których głowy zaprzątają ważne sprawy - zawodowe lub prywatne - selekcjoner pozwolił się nawet spóźnić. Byle głowy uwolnić od wszystkiego, co mogłoby zakłócić przygotowania do mistrzostw.

Na szczęście piłkarze raczej nie muszą wyrzucać z pamięci zmartwień. Przeciwnie, wnoszą do reprezentacji tyle sportowego powodzenia, ile nie miała ani nasza drużyna na MŚ 2002, ani na MŚ 2006, ani na Euro 2008, ani na Euro 2012.

Wyobraźmy sobie nawet, że Robert Lewandowski nie istnieje. W Juracie to o tyle łatwiejsze, że napastnik Bayernu przyleci dopiero do Arłamowa, po sobotnim finale niemieckiego pucharu, w którym zmierzy z Borussią Dortmund, klubem innego spóźnialskiego, Łukasza Piszczka.

Lewandowski, wiadomo - właśnie zdobył piąte w karierze mistrzostwo kraju, został też piątym w karierze ligowym królem strzelców (w Bundeslidze od czterech sezonów jest albo królem, albo wicekrólem). Ale przecież wokół niego w reprezentacji tłoczy się jeszcze cały tłum nie byle jakich snajperów, ewentualnie specjalistów od podrzucania podań, po których innym snajperom nie wypada nie zdobyć bramki. Arkadiusz Milik to najlepszy strzelec sezonu w Ajaxie Amsterdam (i to dał ligową kanonadę o intensywności niewidzianej tam od czasów Luisa Suáreza!). Kamil Grosicki to drugi najlepszy strzelec Rennes (ustanowił rekord kariery!). Maciej Rybus to najlepszy strzelec Tereka Grozny (też rekord kariery! I jako skrzydłowy lub boczny obrońca wbił tyle goli, ile obaj najskuteczniejsi napastnicy klubu razem wzięci!). Artur Sobiech to najlepszy strzelec Hannoveru. Piotr Zieliński to najefektywniejszy ofensywny - gole plus asysty - młodzieżowiec w całej włoskiej Serie A (oczywiście też ustanowił rekord kariery). Nawet niezbyt poważnie traktowany u nas Paweł Wszołek, który po niepowodzeniu w Sampdorii właśnie spadł z ligi z Veroną, zakończył sezon jako drugi najczęściej asystujący w drużynie.

On nie świętuje, ligową degradację musieli przecierpieć też Sobiech oraz Przemysław Tytoń, najniżej sklasyfikowany w reprezentacyjnej hierarchii bramkarzy. Jednak pechowcy stanowią wyjątki, w dodatku daleko im do pierwszoplanowych ról w obsadzie Nawałki - marzą raczej o epizodach, nie wiedzą nawet, czy polecą na Euro 2016 postatystować. Wśród postaci kluczowych niepokój, co będzie dalej, czuje tylko Kuba Błaszczykowski, uziemiony w Fiorentinie daleko od podstawowego składu. Bo już Kamil Glik, który ostatnio zmarniał wraz z całym Torino i wysłuchiwał coraz gwałtowniejszej krytyki, zdaje sobie sprawę, że niechybnie zmieni pracodawcę na hojniejszego.

Niewykluczone zresztą, że wkrótce obejrzymy transferowy serial spektakularny, bez precedensu w naszym futbolu. Że najpierw polski rekord ustanowi Zieliński (Liverpool zapłaci około 12 mln euro), następnie pobije go Glik (Zenit St. Petersburg oferuje 13-15 mln), następnie - Arkadiusz Milik (interesują się nim Inter Mediolan, Lazio i Leicester, zwłaszcza przedstawiciele ligi angielskiej brzydzą się kupować tanio). I wszyscy sportowo awansują.

A przecież nie wspomnieliśmy jeszcze o Grzegorzu Krychowiaku, który może przylecieć do kraju w najlepszym nastroju. Przed chwilą nominowany do jedenastki najjaśniejszych gwiazd minionej dekady w swoim klubie, w środę bije się z Sevillą w finale Ligi Europejskiej. I jeśli mu się powiedzie, zostanie pierwszym Polakiem, który obronił europejskie trofeum. Znów - fura sportowego powodzenia oraz perspektywy na jeszcze więcej, ostatecznie za Krychowiakiem ledwie połowa seniorskiej kariery.

Gdzie się zatem po reprezentacji nie rozejrzeć, tam dzieje się albo dobrze, albo idyllicznie. Nawet odprężają się piłkarze w adekwatnych do okoliczności luksusach. W hotelu, który podczas Euro 2012 gościł rodziny gwiazd złotej wówczas Hiszpanii. I w którym pachnie nawet woda w prysznicach przy saunie - ciepła pomarańczą, a zimna miętą. Może to i dobrze, że w Juracie przez cały dzień przynajmniej lało jak z cebra.

20:46, rafal.stec
Link Komentarze (43) »
poniedziałek, 16 maja 2016

Piotr Zieliński, Liverpool

Rozgrywający naszej reprezentacji - w minionym sezonie czołowy młodzieżowiec ligi włoskiej - podpisze kontrakt z Liverpoolem i zostanie najdroższym polskim piłkarzem w historii.

Według włoskich źródeł ósmy klub ligi angielskiej zapłaci za Piotra Zielińskiego około 12 mln euro. Ta sama firma w 2001 r. wyłożyła 7,5 mln za dotychczasowego polskiego rekordzistę, bramkarza Jerzego Dudka. Oczywiście obu wymienionych rynkową wartością zdecydowanie przelicytowuje Robert Lewandowski, ale jego Bayern Monachium wyciągał z Borussii za darmo, po wygaśnięciu kontraktu napastnika z dortmundzkim klubem.

Piotr Zieliński to jeden z tych graczy nowej generacji - generacji świata bez granic - którzy nigdy nie kopnęli piłki w naszej lidze. Jako junior poleciał do Udinese (chłopcem wypatrzonym na turnieju 17-latków interesowały się też Milan, Fiorentina i Chievo), gdzie debiutował w Serie A przed 19. urodzinami. Błyskawicznie wtargnął do składu, w sezonie 2012/13 miewał asysty, sprowokował trenera Francesco Guidolina do obwieszczenia narodzin gwiazdy i westchnienia, że drużyna cierpiąca na brak klasycznego rozgrywającego odkryła we własnej szatni następcę sprzedanego do Barcelony Alexisa Sáncheza.

Kiedy jednak w następnym sezonie Polak zgasł, niemal całkiem zniknął. Siedział albo w rezerwie, albo na trybunach, aż został wypożyczony do prowincjonalnego Empoli i tam też nie umiał się wyrwać z rólki piłkarza wchodzącego na boisko rzadko, który gra bezbarwnie, zbyt często bywa wręcz bezużyteczny. Ożył dopiero po letniej zmianie trenera. Marco Giampaolo ewidentnie na niego stawiał, znalazł mu też nową pozycję – głębiej w środku pola – na której Zieliński częściej dotyka piłki, najczęściej w drużynie wprowadza ją w strefę ataku, kreuje najwięcej szans bramkowych.

I ma za sobą sezon znakomity, który wedle włoskich komentatorów powinien „oprawić w ramkę”. Dryblował z piątą najwyższą skutecznością w Serie A. Pięć bramek i cztery asysty to bilans niedościgniony wśród młodzieżowców, czyli przedstawicieli rocznika 1994 lub młodszych, uprawnionych do występu w przyszłorocznych mistrzostwach Europy U-21. Wedle not analitycznego serwisu WhoScored.com był najlepszym piłkarzem ligi w tej grupie wiekowej. A w niedzielę na pożegnanie wbił gola Torino i został obwołany bohaterem meczu. Czysty talent. I kandydat na rasowego rozgrywającego, za jakim polski futbol tęskni od lat.

Teraz zajmie się nim Jürgen Klopp, w XXI wieku najważniejszy dla naszej piłki trener zagraniczny, któremu wzlot na pułap finału Ligi Mistrzów zawdzięczają Lewandowski, Kuba Błaszczykowski i Łukasz Piszczek. On Zielińskiego upatrzył sobie rok temu. I od tamtej pory na jego polecenie postępy Polaka intensywnie monitorował Željko Buvač, wieloletni asystent niemieckiego szkoleniowca, znany jako „Mózg” oraz mentalny bliźniak swego przyjaciela i szefa - obaj postrzegają futbol identycznie, a porozumiewają się telepatycznie.

Z wczorajszych słów Adama Nawałki na konferencji otwierającej zgrupowanie reprezentacji w Juracie wynika, że pertraktacje Zielińskiego z Liverpoolem trwały już w marcu. - Mam nadzieję, że Piotrek szybko sfinalizuje transfer - powiedział selekcjoner. A sam piłkarz już przed kilkoma tygodniami przyznawał się włoskim reporterom, że przyciągnął uwagę wielkich firm. I że w Empoli nabrał takiej pewności, iż ewentualne wyzwanie na najwyższym poziomie „podejmie bez najmniejszych obaw”. Wskazał nawet swoje wymarzone barwy (Real Madryt), wymienił ulubionych piłkarzy (Luka Modrić, Andrés Iniesta, Paul Pogba), podał nazwisko pomocnika królewskiego klubu, którego chętnie by zastąpił (Toniego Kroosa lub Casemiro, by grać obok Modricia). I wyznał, że dopiero dzisiaj czuje się sportowcem dojrzałym. Dba o każdy istotny dla kariery detal, aż po wyrafinowaną dietę zaleconą przez Annę Lewandowską, żonę naszego reprezentacyjnego napastnika („Niektórych spraw nawet nie rozumiem, a niektóre rzeczy zamawiam tylko przez Internet, bo sklepach ich nie ma”).

Sam siebie definiuje jako zawodnika „technicznego, obunożnego, szybkiego”, ale zdaje sobie sprawę z przywar. Za dalekie od ideału uważa przede wszystkim swoje reakcje defensywne, tymczasem Klopp wymaga, by jego podwładni wściekle dopadali rywali natychmiast po utracie piłki - to esencja preferowanego przezeń stylu gry. Zieliński znów musi zatem udowodnić, że jest pojętny, zwłaszcza że wyląduje w nieznanym sobie środowisku, na boiskach ligi angielskiej wszystko dzieje się znacznie szybciej niż na włoskich. A tamtejsi prezesi, obdarowywani coraz hojniejszymi kontraktami telewizyjnymi, mogliby funtami wyściełać klubowe biura, więc z piłkarzami za kilkanaście milionów, którym się nie powiedzie, rozstają się bez hamletyzowania.

Zieliński rzeczywiście jednak jest graczem znacznie bardziej doświadczonym niż sugerowałaby metryka. Choć w piątek skończy ledwie 22 lata, uzbierał już 82 występy w lidze włoskiej (Lewandowski w jego wieku dopiero wyjeżdżał z naszej ekstraklasy). Ale teraz z prowincji przeniesie się do futbolowej metropolii, pod legendarną trybunę The Kop. A w środę wieczorem, jeśli finał Ligi Europejskiej zakończy się zwycięstwem Liverpoolu nad Sevillą, może się okazać, że jesienią stanie przed szansą debiutu w Lidze Mistrzów.

Tagi: transfery
20:14, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
niedziela, 15 maja 2016

Jak ma zachwycać, skoro nie zachwyca? Felieton do poniedziałkowej „Gazety” o tym, czy Legia potęgą jest, przeczytacie tutaj.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 432
Tagi