RSS
piątek, 07 grudnia 2018

Szachy, AlphaZero

Wielkim odkryciem mijającego roku był dla mnie efekt pisania o szachach. Zająłem się tematem znienacka, natchniony wspaniałym popisem Polaków na olimpiadzie w Batumi, i okazało się, że ludzie chcą o nim czytać. Mamy w redakcji twarde dane – lgnęli i do długiego wywiadu z młodym arcymistrzem z Krakowa, i do trailera meczu o mistrzostwo świata, i do opowieści o triumfie Magnusa Carlsena nad Fabiano Caruaną, zassali nawet podsumowanie o fenomenie królewskiej gry w Norwegii oraz jej kondycji u schyłku drugiej dekady XXI wieku. Frajdę czerpałem z obstukiwania szachownicy klawiaturą niesłychaną, czułem do czytelników autentyczną wdzięczność. I wyrzucałem sobie: dlaczego, łachudro, nie poruszałeś się po łamach ruchem skoczka wcześniej? Dlaczego usiłowałeś zataić przed ludźmi, co jest dobre?

Odkrycie, że szachy intrygują stada homo sapiens, ładnie wpisało się w cały sportowy rok 2018, w którym notorycznie zdarzały się rzeczy teoretycznie nie mające prawa się wydarzyć. Weźmy chociaż znaleziska mundialowe, z dwóch szczególnie mnie interesujących dyscyplin zespołowych.

Oto nasi sąsiedzi zza zachodniej granicy uparli się udowodnić, że futbol to jest taka gra, w której 22 facetów gania za piłką, a na końcu zawsze przegrywają Niemcy. Przerżnęli wszystko, co było do przerżnięcia, nie zastanawiając się, czy przypadkiem nie unicestwią ludzkości, gwałcąc prawa przyrody. Dokonali niemożliwego, wyczynu niepodobnego do niczego z przeszłości, ja właściwie do teraz łapię się na tym, że uważam ich za aktualnych mistrzów świata. W siatkówce natomiast obalili wszystkie prawdy o samych sobie Polacy. Okazało się, że to nasze skłócone, bałaganiarskie nadwiślańskie plemię jest w stanie obronić złoto mundialu. Znów: nic podobnego wcześniej się nie zdarzyło, w żadnej grze drużynowej. Ja wiem, że akurat przez siatkę przeskakiwaliśmy na szczyt podium wcześniej, ale co innego wpaść tam pojedynczo, tym może zarządzić przypadek, a co innego podwójnie, to już wymaga grubszego planowania, sprawnie działającego systemu, może nawet strategii. Sensacyjny wniosek: na środkowym wschodzie musi być jakaś cywilizacja!

Mógłbym usypać wam cały stos incydentów zbyt nieprawdopodobnych, żeby uwierzyć w ich zaistnienie, ale nie mam cierpliwości, muszę biec do meritum, do odkrycia z samego szczytu piramidy nieprawdopodobieństwa. Otóż magazyn „Science” ujawnił całą prawdę o AlphaZero, czyli sztucznej inteligencji, która sama nauczyła się grać w szachy i pojęła je nie tylko lepiej niż ludzkość – to łatwizna – ale też nieporównywalnie lepiej od wszelkich istniejących dotychczas programów. A one nieźle przesuwają figury, Carlsen może im co najwyżej procesory czyścić. Dlatego rywalizują między sobą, w mistrzostwach świata komputerów. Dopiero w zetknięciu z AlphaZero zrobiły się malutkie – najpotężniejszy Stockfish8 wygrał ledwie 6 partii, a przegrał aż 155 (reszta zakończyła się remisem).

Wyczyny inżynierów z Deep Mind śledzę zafascynowany od dawna, bo szachy spotykają się tu z najważniejszym obok zmiany klimatycznej procesem współczesności – rozwijaniem oraz implementowaniem do rzeczywistości sztucznej inteligencji, która coraz przemożniej wpływa na nasze życie, a my niekoniecznie zdajemy sobie sprawę, że zakrada się wszędzie, wkrótce nie będziemy bez niej umieli samodzielnie wybrać płatków śniadaniowych ani rozumieć, dlaczego coś się dzieje tak, a nie siak. Ale w kwestie ogólne nie wnikam, obsługuje mnie zbyt tępy mózg nieelektronowy. Wracajmy do szachów: otóż dzięki AlphaZero wiemy, że one są zupełnie inne, niż sądziliśmy, nasze około 1500 lat analiz i udoskonalania metod wygrywania wygląda tylko trochę bardziej przydatnie niż budka telefoniczna w głównej kwaterze Apple’a.

Upraszczając, software mądrali z Deep Mind tym się różni od tradycyjnych programów szachowych, że tamtym wdrukowaliśmy algorytmy, czyli zdefiniowane czynności prowadzące do celu (wygrania partii), natomiast AlphaZero otrzymała tylko neuronową sieć zdolną się „uczyć”. Tamtych w pewnym sensie zatruliśmy ludzkimi uprzedzeniami i schematami myślenia, a AlphaZero podsunęliśmy szachownice, podaliśmy reguły gry, i pozwoliliśmy samej dochodzić do prawdy. (Proces nazywa się uczenie „reinforcement learning”, opiera się ponoć na systemie „kar” i „nagród”, ale nawet jego twórcy nie wiedzą, co się dzieje i jak to przełożyć na ludzki język).

Skutek jest zniewalający. Wraz z materiałem w „Science” opublikowano kolejne partie rozegrane przez AlphaZero – partie przepiękne, obezwładniające oryginalnością, o przebiegu kwestionującym klasyczne spojrzenie na istotę gry. Każdy może sobie je obejrzeć i posłuchać komentarza ludzkiego arcymistrza, ale uprzedzam, że ciarki oblezą was od stóp do głów, każdy włos stanie na baczność, dotknięcie Tajemnicy, zafundujecie sobie ostatnią scenę „Interstellar” przy własnym biurku. AlphaZero zdaje się mieć w głębokiej pogardzie straty materialne (ewidentnie nie wie, że małpy nadały każdej figurze liczbową wartość), potrafi poświęcić masę pionów dla dalekosiężnego celu, atakuje z totalną elastycznością i nieprzewidywalnością. Ja już ją uczłowieczyłem, myślę o nowej królowej szachów „ona”, choć to raczej wykraczający poza nasz horyzont poznawczy Pan Bóg, tfu, Pani Bogini, zachwyca i przeraża, na pierwszej randce bałbym się wydukać słowo.

Jej bezczelność nie zna zresztą granic. Jak powszechnie wiadomo, wysiłkiem wszystkich pochylonych nad szachownicą pokoleń ustaliliśmy, że wybitnie sensownym ruchem otwierającym partię jest przesunięcie stojącego przed królem piona o dwa pola do przodu. Jest bezdyskusyjnie najpopularniejsze na każdym poziomie, tak zaczęło się 10 z 15 partii rozegranych niedawno przez Carlsena i Caruanę, od ruchu e4.

Gdy AlphaZero gra białymi, nie zaczyna tak nigdy. Jakby wymazywała całą historię królewskiej gry i ogłaszała, że schrzaniliśmy wszystko. Nawet pierwszy ruch trzeba przemyśleć jeszcze raz. To w moim mikrokosmosie najważniejsze odkrycie 2018 roku.

17:53, rafal.stec
Link Komentarze (45) »
wtorek, 27 listopada 2018

Ależ piękna to para: dziewczyna z Krakowa i chłopak z Krakowa. Ją wzruszony świat właśnie żegnał, jego wzruszony znów witał – co wzmagało również nasze emocje, bo przecież nie istnieje nic ważniejszego niż legendarny „wizerunek Polski za granicą”. Nowy felieton do poniedziałkowej „Gazety” przeczytacie tutaj.

niedziela, 25 listopada 2018

River Plate - Boca Juniors, Superclasico, Copa Libertadores. Fot. Gustavo Garello (AP)

Miał być finałem wszech czasów, okazał się wydarzeniem dla futbolu haniebnym. I, niestety, dość logiczną puentą historii derbów Buenos Aires – reklamowanych zazwyczaj jako najgorętsze na świecie, ale przede wszystkim najkrwawszych.

Podstawowe fakty chyba wszyscy znają. Rewanżowy mecz River Plate z Boca Juniors, czyli największymi argentyńskimi klubami, w finale Copa Libertadores, czyli południowoamerykańskim odpowiedniku Ligi Mistrzów, zaplanowano na sobotę. Ale na autokar wiozący piłkarzy gości spadły kamienie, butelki, kije. I obejrzeliśmy przygnębiające sceny: nagraną smartfonem panikę wewnątrz pojazdu, wybite szyby, opatrywanych w szatni zawodników, policję rozpylającą gaz pieprzowy. Przerażony kierowca zemdlał i gdyby wiceprezes klubu Horacio Paolini nie chwycił kierownicy, doszłoby do wypadku. Niektórzy gracze po przybyciu na stadion wymiotowali, zapłakany kapitan drużyny Pablo Pérez i jego kolega z zespołu Gonzalo Lamardo zostali odesłani do szpitala z uszkodzonym szkłem okiem.

Początek meczu opóźniano. O godzinę, dwie, trzy. Gdy postanowiono przesunąć go na niedzielny wieczór, wokół stadionu trwały już regularne zamieszki – gaz nie wystarczył, policja strzelała gumowymi kulami. Obie drużyny nie chciały grać, nalegać miały jednak władze Conmebol i zaproszony na mecz prezes FIFA Gianni Infantino.

Nazajutrz wciąż trwały negocjacje, a równocześnie dowiadywaliśmy się, że np. wspomniany Pablo Perez częściowo nie widzi na jedno oko i do składu wpisano go wbrew zaleceniom lekarzy. Aż wreszcie mecz przełożono na nie wiadomo kiedy. Na pewno nie odbędzie się przez następne 10 dni – w czwartek stolica Argentyny gości szczyt G20, a już wcześniej uzgodniono, że w czasie jego trwania wszelkie imprezy sportowe zostaną odwołane.

Tymczasem sprowadzanie derbów Buenos Aires do „imprezy sportowej” byłoby skandalicznym zawężaniem tematu.

Wszyscy od dawna czuli przed tym dwumeczem obezwładniający lęk. Zdarzy się raz i już się nie powtórzy. Nigdy. Okazji do zemsty nie będzie, pokonany jest skazany na wieczne potępienie. W sobotni wieczór w Buenos miał nastąpić sąd ostateczny.

I nie myślcie sobie, że wciskam wam typową dla pisania o sporcie mieszaninę przesady i patosu wzmocnioną jeszcze przez wokółfinałowy zamęt. Akurat w tym przypadku, niezależnie od wypadków z weekendu, każda hiperbola jest uzasadniona. Ewentualnie – za mała.

Kiedy Boca i River rywalizowały w półfinałach Copa Libertadores z Palmeiras i Gremio, to prezydent kraju Mauricio Macri otwarcie przyznawał, że kibicuje brazylijskim rywalom. Żeby tylko uniknąć finałowej wojny domowej. Wojny rozciągniętej w czasie, ponieważ trofeum zdobywa się tam, inaczej niż w europejskiej Champions League, w systemie mecz i rewanż. Mówił Macri o trzech tygodniach bezsenności, nieuniknionym paraliżu miasta i strachu przed kibicowskim amokiem, którego stolica nie wytrzyma. Buenos Aires wielokrotnie stawało w ogniu z powodu derbów – przesyconych przemocą jak żadna futbolowa rywalizacja na świecie, z setkami ofiar śmiertelnych w porachunkach gangów związanych z oboma klubami. Gdy w 2015 r. giganci zderzyli się w 1/8 finału Copa Libertadores, rewanż odwołano i przyznano walkower River Plate, bo w przerwie rewanżu na stadionie Boca Juniors piłkarze gości zostali zaatakowani w tunelu gazem pieprzowym, czterech wylądowało w szpitalu, wcześniej w trakcie gry obrzucano ich z trybun przedmiotami.

Nazywają ów szlagier Superclasico i obwołują najgorętszym na planecie, ale nie ze względów sportowych, lecz właśnie przez ekstremalną temperaturę wokół boiska. Można powiedzieć, że stadiony Bombonera i Monumental leżą nie tyle w Buenos Aires, co tam, gdzie miłość do futbolu wyrodziła się w patologię.

Teraz ciągnęli w ich kierunku fanatycy ze wszystkich stron świata. „W ich kierunku”, ponieważ biletów oczywiście nie wystarczyło dla wszystkich chętnych (spłynęło ponad milion zgłoszeń, obu klubom kibicuje 65 proc. ludzi w liczącej 44 mln mieszkańców Argentynie), a kibiców gości na oba stołeczne obiekty od lat się nie wpuszcza. Agencja Reuters cytuje 33-letniego Byrona Stuardo Alquijaya, który przyleciał z Gwatemali: „River Plate to moje życie. Musiałem sprzedać samochód, żeby tu przyjechać. W przyszłości mogę kupić sobie inny, a powtórki tego meczu już nigdy nie będzie”.

Ma więcej niż rację: od przyszłego sezonu z Copa Libertadores znika finałowy dwumecz, o triumfie będzie decydowało pojedyncze spotkanie na neutralnym terenie. Dlatego Argentyńczycy krzyczeli o Finale Świata (La Final del Mundo) oraz Finale Wszech Czasów (La Final de Todos los Tiempos), dlatego pokonany nigdy nie zdoła wziąć odwetu, dlatego prezydent Macri (prezesował Boca w latach 1995-2008) szacował, że lizanie ran potrwa co najmniej 20 lat. A jeśli zanurzycie się w kibicowskie fora internetowe, odkryjecie, że żądza zwycięstwa ustępowała strachowi przed klęską. Drżeli zwłaszcza zwolennicy River Plate, które po wyjazdowym remisie 2:2 (gole na wyjeździe nie mają tam znaczenia) podejmowało Boca Juniors w rewanżu u siebie – niepowodzenie miało być niewysłowionym poniżeniem, bo rywale fetowaliby na stadionie Monumental! Apokalipsa. A mówimy o kulturze piłkarskiej szczególnej, w której rozkosz wywołana obserwowaniem cierpienia przeciwnika liczy się nawet bardziej niż ekstaza spowodowana własnym sukcesem. W czwartkowym minireportażu Reutersa wypowiada się także Maria de Faz, którego ojciec miał podczas derbów atak serca: „Nie lubię meczów River – Boca. Wykańczają mnie. Nie chciałem, by do tego finału doszło. I nie wiem, jak poradzę sobie ze sobą do sobotniego wieczoru”. A Vicente Zucala, niewidomy 29-latek uzależniony od River Plate, dodaje: „Jeśli przegramy, jesteśmy skończeni. Będzie po wszystkim”.

Dlatego wielu co bardziej przytomnych fanów nawoływało przed rewanżem, by ze względu na wyjątkowość chwili pozawierać pakty o nieagresji przynajmniej wewnątrz rodzin i grup znajomych. Było o co apelować, bo co rusz słyszeliśmy o ponurych incydentach – pewną awanturę między serdecznymi kumplami podzielonymi właśnie w kwestii kibicowskiej zwieńczyło podpalenie domu. W żyłach mieszkańców Buenos Aires bulgotały tak silne emocje, że gigantyczna mobilizacja sił policyjnych nie mogła niczemu zapobiec – brutalna bójka mogła wybuchnąć w każdej knajpie, na każdym podwórku, w każdym domu. Gdy przed siedmioma laty River jedyny raz w historii spadło do drugiej ligi, dzielnica, w której stoi Monumental, eksplodowała wandalizmem i ślepą nienawiścią. Zniszczone samochody, koktajle Mołotowa, gaz łzawiący... Efekty reagowania na piłkę nożną, które ponurą kulminację miało w 1968 roku, gdy derby rozpoczęte od palenia wrogich flag i rzucania workami z moczem zamieniły się w masakrę. Zginęło 71 osób, 150 było rannych.

Teraz jeszcze przed pierwszym meczem służby publiczne przypominały w mediach, by fani z problemami zdrowotnymi poumawiali wizyty u lekarzy, upewnili się, że mają wystarczającą ilość leków, w dniu wydarzenia nie objadali się i porządnie nawodnili, poćwiczyli fizycznie, a najlepiej – zrezygnowali z oglądania. Instytut Kardiologii przestrzegał stacje radiowe i telewizyjne, by podczas transmisji raczej tonowali nastroje, bo istnieje olbrzymie ryzyko tragedii – i np. Radio AM550 obiecało ściszyć odgłosy z trybun, puścić w tle muzykę relaksacyjną, rozkazać komentatorom, by wyrzucali z siebie słowa wolniej niż zazwyczaj, a przede wszystkim poprzestali na suchym relacjonowaniu faktów i unikaniu mogących wyzwalać skrajne emocje przymiotników. – Gdy w doliczonym czasie pierwszej połowy pierwszego spotkania gol Dario Benedetto dał prowadzenie Boca, opisałem tylko poprzedzającą go akcję. Nie wspomniałem ani słowem, że to katastrofa dla River – opowiadał „New York Timesowi” radiowiec Leonardo Uranga, który przed transmisją rozmawiał na antenie z kardiologiem, a w jej trakcie powstrzymał instynkty i najważniejszego meczu w karierze nie relacjonował w typowym dla siebie (i w ogóle wszystkich południowych Amerykanów) opętańczym tempie. Obłęd. Obłęd o rozmiarach nie do objęcia rozumem dla nikogo z naszej strefy klimatycznej, nawet znawców derbowych piekieł w Glasgow czy Stambule, nie mówiąc o piekiełkach w Sewilli czy tlących się nad El Clásico. Kiedy w ubiegłym tygodniu Boca zorganizowało otwarty trening, trybuny były nabite ponad granice bezpieczeństwa, roztańczone i rozśpiewane już godzinę przed wyjściem piłkarzy na boisko. Aż zaniepokojone władze miejsce obiekt zamknęły.

Weekendowy chaos zapewne odbija również głębokie społeczne problemy Argentyny, kraju pogrążonego w permanentnym kryzysie – z gigantycznym długiem publicznym, galopującą inflacją, bezrobociem i masowo uciekającymi inwestorami. O tym nie chcę się wymądrzać, ale tamtejszego bzika derbowego, czysto piłkarskiego, trochę zaznałem. Nie na Bombonerze i Monumental (choć oba wizytowałem), lecz w Santa Fe. Jechałem na nie z uzbrojoną eskortą, przez miasto zamarłe jak w stanie wojennym po godzinie policyjnej, murawę z obu dłuższych boków oddzielała od trybun fosa, za bramkami dostęp do boiska miał uniemożliwiać wysoki na dziesięć metrów parkan zwieńczony kłębami drutu kolczastego. I ten jednak był niestraszny śmiałkom, którzy wspinaczkę rozpoczęli tuż po rozpoczęciu meczu. Gdy najwytrwalsi docierali do szczytu, arbiter przerwał grę, bo kibice ryzykowali śmiertelnie, upadkiem na beton – wyściełany tylko papierami, które porywisty wiatr zatrzymał, gdy frunęły w kierunku murawy. Policjanci przyglądali się wspinającym się obojętnie, do powrotu na trybuny namówili ich dopiero piłkarze.

Widziałem tam mnóstwo niepełnosprawnych, większość siedziała w wózkach przy murku odgradzającym widownię od fosy. Czy raczej – miotała się w totalnym delirium. Przy każdym groźniejszym ataku, agresywniejszym faulu lub kontrowersyjnej (znaczy każdej) decyzji sędziowskiej wraz z całym stadionem wpadali w taki szał, że wielu zsuwało się na ziemię. Siedzący w najniższych rzędach podbiegali, wciągali ich z powrotem na wózki, wracali na swoje miejsca. Mijało kilka minut, inwalidzi znów wchodzili w niekontrolowany ruch wirowy, znów lądowali na podłodze, znów podnosili ich sąsiedzi etc. I tak po ostatni gwizdek.

W pamięci najmocniej utkwiła mi siedząca obok młoda matka. Uczucia kibicowskie toczyły w niej wewnętrzną walkę z macierzyńskimi, kobieta zerkała na oszołomioną hałasem i zziębniętą kilkuletnią córkę, po czym efektowny przerzut piłkarza przykuwał jej uwagę do boiska. Chciała poprawić dziecku kaptur i pewnie zrobiłaby to natychmiast, gdyby nie udany drybling prawoskrzydłowego. Gra pochłaniała ją do granic przytomności, to wówczas pierwszy raz pomyślałem, że futbolowa mania może osiągnąć stadium ciężkiej choroby. A po meczu ulżyło mi, że nie dostałem w głowę kubkiem wypełnionym moczem, pociskiem bardzo tam popularnym.

Kto zagląda na argentyńskie stadiony – nie tylko, piłka na całym kontynencie płonie – przywykł, że gra toczy się tam pod wysokim napięciem i zawodnicy, trenerzy oraz sędziowie opuszczają boisko osłaniani tarczami. Korespondent hiszpańskiego „El Pais” zżymał się wczoraj, że w Europie romantyzujemy tamtejszy futbol, dla własnej wygody zamykając oczy na fakt, że skolonizowały go hordy barbarzyńców, przed którymi normalni ludzie się ukrywają. (Mógłby dodać: koloryzujemy egzotykę znużeni monotonną estetyką korporacji barcelońskich, madryckich, paryskich itd.). Teraz w Buenos Aires ofiary fizycznej napaści wśród graczy mieliśmy jeszcze przed gwizdkiem, więc szefowie Boca żądają walkowera, a niedzielną decyzję o kolejnym przełożeniu meczu uzasadniono troską o równość szans. Nie wiadomo, gdzie i kiedy zostanie ostatecznie rozegrany, może nawet nie wiadomo, czy w ogóle się odbędzie. I czy powinien się odbyć. Finał i tak właściwie już rozstrzygnięto. Zatriumfowała nienawiść.

21:16, rafal.stec
Link Komentarze (9) »
czwartek, 22 listopada 2018

Robert Kubica, Williams

Tak się złożyło, że w grudniu 1999 roku z bliska patrzyłem, jak Robert Kubica pierwszy raz w życiu siada za kierownicą samochodu/bolidu wyścigowego. Na słynnym torze w Le Mans, gdzie został zaproszony na testy Formuły Campus. On był dzieckiem, które nie mogło jeszcze nawet zdawać na prawo jazdy, ja byłem studentem, który dopiero od roku pisał dla „Gazety”. Z tamtego wspólnego podróżowania po Francji najbardziej zapadło mi w pamięć to, jak Robert wykorzystywał każdą możliwą okazję, żeby dopaść kierownicy – ilekroć jego ojciec wysiadał, by np. zatankować, syn natychmiast wskakiwał na jego fotel, by kółko chociaż potrzymać.

Spłodziłem wówczas reportaż, ale to była era przedinternetowała, nigdzie w sieci nie ma. Dlatego postanowiłem przekleić go z archiwum tutaj.

Muzyka silnika

W co wsiądzie, zasuwa jak rakieta. Czy to jest najwyższej klasy sprzęt we Włoszech, czy zdezelowany wózek na amatorskim torze na ulicy Wawrzyńca w Krakowie – mówią fachowcy o 15-letnim Robercie Kubicy, okrzyczanym „geniuszem kartingu”, pierwszym Polaku, który ma usiąść za kierownicą Formuły 1.

Zawody kartingowe z cyklu Elf Masters w paryskiej hali Bercy. Na starcie Robert Kubica, zaproszony jako pierwszy Polak w historii imprezy. Wcześniej wygrał czasówkę, więc startuje z pole position. W pierwszy zakręt wchodzi jednak nie jako lider, ale na przedostatnim miejscu. Zmiany w regulaminie spowodowały, że nie zareagował na podniesienie flagi. Ruszyli wszyscy oprócz niego. Robert czekał na zielone światło. Czekał bardzo długo. Przekonany, że sędziowie ogłoszą falstart, nie ruszył nawet wtedy, gdy mijali go kolejni zawodnicy... Wreszcie jedzie. Na trasie szybko nadrabia stracony dystans. Mija kilkunastu kierowców i linię mety przejeżdża jako piąty. – Pewnie bym wygrał, gdyby wyścig miał normalną długość – mówił. – Zwykle trasa liczy 20-30 kilometrów, ta miała pięć.

Następnego dnia zwycięża bezdyskusyjnie. Zostawia w tyle czołówkę europejskiego kartingu, z mistrzem kontynentu Reinhardem Koflerem na czele.

Rzadko z tak młodym sportowcem wiąże się tak wielkie nadzieje. Robert dorasta wśród ludzi nieustannie powtarzających mu, że będzie pierwszym Polakiem, który usiądzie w bolidzie Formuły 1. – Nie odczuwam presji. Przyzwyczaiłem się do tych proroctw. Marzę, żeby się spełniły, ale zdaję sobie sprawę, że jest zbyt wcześnie, by być czegokolwiek pewnym i snuć jakieś konkretne plany.

Pierwszy samochód dostał od ojca, kiedy miał niespełna cztery lata. Miniaturę z trzyipółkonnym silnikiem spalinowym opanował błyskawicznie. Już po kilku tygodniach z łatwością pokonywał ustawiane przez ojca slalomy. – Tradycji rodzinnych w tym sporcie nie mamy – opowiada Artur Kubica. – Nikt się nie ścigał. Przynajmniej pięć pokoleń wstecz. Auto kupiliśmy mu w prezencie, jak zwykłą zabawkę. Przez myśl mi nie przeszło, że w przyszłości mógłby jeździć profesjonalnie.

Robert ćwiczył na małym placu niedaleko domu. Tata zaczął wytyczać mu coraz trudniejsze trasy. – Pokonywał je perfekcyjnie – wspomina. – Nie mogłem uwierzyć, że samochód można poznać na wylot tak szybko. I to w tym wieku.

– Tym samochodzikiem bawił się dwa lata. W końcu przestało to mieć sens. Kiedy syn skończył siedem lat, przesiadł się na gokarta z silnikiem dwusuwowym, dziewięciokonnym. Trafiliśmy do automobilklubu i zaczęliśmy regularnie jeździć na treningi. Do Kielc i Częstochowy, bo w Krakowie nie ma toru z prawdziwego zdarzenia.

Przez następne trzy lata Robert tylko ćwiczył. W zawodach startować nie mógł, bo w Polsce licencję sportową można otrzymać dopiero po ukończeniu dziesiątego roku życia. –Nie ścigał się, ale trenowaliśmy bardzo dużo. Syn należy do tych dzieciaków, które nigdy nie mają dość.

To nienasycenie widać bez przerwy. Robert nieustannie mówi o samochodach, a gdy tylko może, siada za kierownicą. Robi wszystko, by choćby potrzymać kółko, bo prowadzić jeszcze nie może. Kiedy w grudniu jechał na zawody do Francji, wykorzystywał każdy moment - na stacji benzynowej czy podczas postoju - by usiąść na miejscu kierowcy. Podskakiwał niecierpliwie na siedzeniu, zapalał silnik. Kiedyś, we Włoszech, usiadł za kierownicą forda mondeo. Po kilkunastu minutach szaleńczych wywijasów na torze, na którym odbywały się zawody kartingowe, w samochodzie trzeba było wymienić opony. – Po raz pierwszy usiadł za kierownicą w wieku jedenastu lat i przyznaję, że choć uważam się za dobrego kierowcę, już wtedy potrafił przejechać tor szybciej ode mnie – wspomina ojciec. – Kiedy siedziałem obok niego na siedzeniu pasażera, kilkakrotnie dreszcz przeszedł mi po plecach. Spytałem go, czy wie, że właśnie idzie w poślizgu na cztery koła, i czy wie, co się stanie, jak zahamuje. Pokiwał spokojnie głową. Teraz, kiedy prowadzę samochód, a on siedzi na miejscu pasażera, czuję się jak na egzaminie. Cały czas mnie instruuje. Bez przerwy słyszę uwagi w rodzaju „Weź, dociągnij tę trójkę” albo „Wrzuć już tę trójkę”.

– Kiedy w szkole pani od muzyki spytała uczniów, jakiej muzyki słuchają, nie wiedziałem, co powiedzieć – mówi Robert. – Nie byłem pewny, czy potrafi zrozumieć, że uwielbiam ryk silnika, że to mój ulubiony gatunek.

Pierwsze trzy sezony ścigał się w Polsce. Z miejsca stał się postrachem kartingowych torów. Ile razy zdobywał wtedy mistrzostwo kraju, nikt już nie pamięta. – Chyba sześć – z trudem próbuje przypomnieć sobie Artur Kubica. - Pierwszy tytuł wywalczył już w debiutanckim sezonie. Później go obronił i zaczął wygrywać w innych kategoriach. Od 10 do 15 lat.

Rodzice Roberta nie byli jeszcze wtedy pewni, czy ściganiem ma się zająć na poważnie. Ta decyzja zapadła przed kilkunastoma miesiącami, kiedy zaczął odnosić sukcesy za granicą. – Dopóki się jeździ tylko w Polsce i nawet wygrywa, nie wiadomo, ile kierowca jest wart – twierdzi Artur Kubica.

Kartingową Europę Robert zachwycił, kiedy skończył 13 lat. Dopiero wówczas mógł uzyskać licencję międzynarodową, która umożliwia start w mistrzostwach Europy i w imprezach pucharowych. Zadebiutował w otwartych mistrzostwach Włoch. Mimo że Półwysep Apeniński to najsilniejszy ośrodek kartingowy (stąd pochodzi 80 procent dobrych teamów i sprzętu), już w pierwszym starcie zajął drugie miejsce. – Zaprocentowały treningi w tym kraju, na które jeździliśmy wcześniej – w zimie, kiedy w Polsce sezon jest martwy – opowiada Artur Kubica. – Robert znał już rywali i byłem przekonany, że przyjedzie w czołówce. W głębi duszy nie miałem wątpliwości, że pojedzie bardzo szybko.

Kariera Roberta nabrała rozpędu. Po kilku startach pojawił się sponsor – przedstawiciele firmy CRG zaproponowali, by Polak jeździł w ich teamie fabrycznym. – Robert nie zarabiał na tych startach pieniędzy i nadal nie zarabia. Ale od tej chwili nie musiałem już do tej zabawy dokładać. A karting to drogi sport. Sezon w Polsce, czyli osiem eliminacji mistrzostw Polski plus kilka sesji treningowych, to koszt minimum stu tysięcy złotych.

Teraz Kubica reprezentuje barwy zespołu Opel Kart Team Holzer. Komfortowe warunki treningów i startów zaowocowały lawiną tytułów. – Puchary układałem na półkach – opowiada. – Po jakimś czasie trzeba było dorobić nowe. Teraz trofea stawiam na podłodze. Mam ich już około 120. – Jak nie dostanie większego pokoju, niedługo nie będzie mógł do niego wejść – śmieje się ojciec.

W 1998 roku jako pierwszy obcokrajowiec w 40-letniej historii włoskiego kartingu wywalczył międzynarodowe mistrzostwo tego kraju juniorów. A na Półwyspie Apenińskim ściga się cała europejska czołówka. W tym roku obronił tytuł. Nie musiał nawet startować we wszystkich sześciu eliminacjach. Wygrywając cztery, zapewnił sobie triumf w klasyfikacji generalnej. Do tego dołożył mistrzostwo Niemiec i piąte miejsce w mistrzostwach Europy.

– Widziałem go kilka razy w akcji i jestem pod wrażeniem. W co wsiądzie, zasuwa jak rakieta – mówi wicemistrz Polski w rajdach samochodowych Janusz Kulig. – Czy to jest najwyższej klasy sprzęt we Włoszech, czy zdezelowany wózek na amatorskim torze na ulicy Wawrzyńca w Krakowie. To zaleta, która pozwala przypuszczać, że nie będzie miał problemów z żadnym pojazdem, do jakiego wsiądzie. Skupia w sobie wiele cech idealnego kierowcy. Nawet w krytycznych sytuacjach zachowuje zimną krew, nie daje się ponieść emocjom. No i w ściganie się wkłada serce. Walczy jak lew w każdych okolicznościach.

– Potrafi kalkulować i, co jest cechą raczej zawodników doświadczonych, zdaje sobie sprawę, że nie zawsze warto wyprzedzać, czasami lepiej poczekać – mówi Artur Kubica. – Bardzo dobrze „czuje” i słyszy silnik, a w kartingu można regulować gaźnik. Wśród juniorów niewielu to potrafi.

Zawodowy kierowca ma dwie drogi do wyboru – jedna prowadzi do wyścigów Formuły 1, druga do rajdów samochodowych. – Lubię bezpośrednią rywalizację, a ta jest możliwa tylko na torze – mówi Robert. – Dlatego o pójściu w ślady Tommiego Makinena raczej nie myślę.

Po znakomitym występie podczas zawodów Elf Masters Kubicą zainteresował się dyrektor renomowanej szkoły kierowców wyścigowych La Filiere Henri Pescarolo, czterokrotny triumfator 24-godzinnego wyścigu Le Mans. Zaprosił go na słynny tor, by wziął udział w testach Formuły Campus.

Na pierwszych kilometrach nic nie wskazywało na to, że Robert osiągnie znakomity wynik. Po raz pierwszy usiadł za kierownicą nie tylko Formuły Campus, lecz także w ogóle samochodu wyścigowego. A rywali miał doświadczonych. Wszyscy byli o kilka lat starsi i wcześniej spędzili sporo czasu w podobnych bolidach. Polak musiał też przyzwyczaić się do tego, że w Formule Campus hamuje się prawą nogą, a nie – jak w gokarcie – lewą. A ponieważ prawo jazdy otrzyma najwcześniej za dwa lata, braku doświadczenia nawet w części nie mogły zrekompensować mu kilometry spędzone w normalnym samochodzie.

Robert zaczął w swoim stylu – bezkompromisowo i na granicy ryzyka. Już na trzecim okrążeniu spróbował wejść w jeden z zakrętów – jak później tłumaczył – trochę szybciej. Zbyt mocno nacisnął hamulec, jedno z kół znieruchomiało, a bolid wypadł z drogi i wylądował na bandzie. Uszkodzenie okazało się poważne i dla młodego Polaka trzeba było przygotować nowy pojazd. Po kilkunastu minutach ruszył po raz drugi. Z trasy wypadł już na pierwszym okrążeniu.

W polskiej ekipie zapanowała konsternacja. Francuzi ponownie „oprowadzili” Roberta po torze, dając wskazówki, jak dojechać bezpiecznie do mety. Zaczęli patrzeć na niego wilkiem. – Od razu chciał się ścigać - wyjaśniał niepowodzenia były kierowca rajdowy Błażej Krupa. - Musiał być najlepszy. A tutaj chodziło o to, żeby zapoznać się z całkowicie nowym dla niego pojazdem. Uczyć się, uczyć się, uczyć się – powtarzał jak zaklęcie.

Kolejny start towarzyszący synowi Artur Kubica obserwował z niepokojem. Polak pojechał rozważniej, przyśpieszał dopiero wtedy, gdy lepiej poczuł bolid i trasę. Uzyskał najlepszy czas okrążenia. A przed zakończeniem testów kilkakrotnie zdążył jeszcze wyprzedzić rywali, mimo że kierowcy startowali w sporych odstępach czasowych.

– Zaczęło się pechowo, ale nie mogło być inaczej – mówił Robert. – Taki bolid to całkiem inna bajka niż gokarty. Musiałem się nauczyć jego reakcji. Tutaj, jeśli na wirażu naciśnie się hamulec za szybko i zbyt mocno, nie ma szans utrzymać się na trasie. Potrzeba więcej precyzji. No i to hamowanie. Minęło trochę czasu, zanim nauczyłem prawą nogę tego, co wcześniej bezbłędnie robiła lewa.

– Wykręcił świetny czas w momencie, kiedy całym jego doświadczeniem była godzina w bolidzie – mówił w zamyśleniu prowadzący testy. Był bardzo zdziwiony wynikiem młodego Polaka, na którego po pierwszych niepowodzeniach narzekali wszyscy. Zakłócił przecież precyzyjnie zaplanowany przebieg testów.

Testy zorganizowała szkoła La Filiere, która w ten sposób dokonuje selekcji wśród największych talentów w Europie. Choć zrobił duże wrażenie we Francji, nie może jako pierwszy Polak zostać w Le Mans na dłużej. Dolna granica wieku przyjmowanych kierowców to 16 lat.

– Jeszcze przez co najmniej rok chcę pojeździć gokartem. Zdaję sobie sprawę z wieku i konieczności zdobywania doświadczeń, zanim wypłynę na szerokie wody. Ale mam nadzieję, że częściej będę miał okazję wsiadać do samochodów wyścigowych. To zaprocentuje w przyszłości – mówił na mecie Robert Kubica.

Na torach kartingowych Robert będzie się ścigał jeszcze rok, góra dwa. Potem przesiądzie się do większego bolidu. – Będzie to jakaś formuła młodzieżowa, ma zamiar pojeździć w niej rok, później spróbować sił w Formule 3. To wariant optymistyczny – mówi Artur Kubica. – Tak zaczynali wszyscy wielcy, z Michaelem Schumacherem na czele.

21:05, rafal.stec
Link Komentarze (7) »
wtorek, 20 listopada 2018

Liga Narodów, UEFA

Poprosiła mnie niedawno redakcja turyńskiego „Tuttosport”, żebym wytypował pięciu kandydatów – zhierarchizowanych – do nagrody Złoty Chłopiec (Golden Boy) przyznawanej rok w rok najlepszemu piłkarzowi do lat 21 grającemu w Europie. Na pozycji lidera umieściłem Matthijsa De Ligta (Kylian Mbappé jest spalony, wygrał poprzednią edycję), a na pozycji wicelidera – Jadona Sancho (nie przyjęli, bo wziąłem go spoza listy nominowanych...), i właśnie pokojarzyłem, że obaj reprezentują nacje, które w mijającym roku 2018 dokonały w rywalizacji międzypaństwowej bodaj najbardziej imponującego postępu.

19-letni obrońca, który kapitanuje Ajaxowi Amsterdam z miną tak pewną siebie, jakby zaznał setek meczów o wysoką stawkę, gra dla Holandii, czyli upadłej potęgi usiłującej wygramolić się z zapaści wręcz poniżającej. Nie wpuścili jej na Euro 2016, nie doczołgała się do mundialu, klękała nawet przed odwołującą się do kopaczy tzw. ekstraklasy Bułgarią. Aż wreszcie wypuściła eskadrę młodych, którzy znienacka rozprawili się z aktualnymi i poprzednimi mistrzami świata (2:0 z Francją, 3:0 z Niemcami). A fachowcy jęli rozprawiać, czy wspomniany Matthijs De Ligt, 21-letni Steven Bergwijn albo jego rówieśnik Frenkie De Jong przywrócą krajowi status futbolowego mocarstwa. Zwłaszcza ten ostatni to klejnot. Środkowy pomocnik o oryginalnym, brawurowym stylu gry, który nie zamierza wyrzekać się ryzykanckich odruchów, bo „ufa swojej intuicji” i nie chce być „piłkarzem jak tysiące innych”, więc nawet gdy kiwa głową, że zrozumiał trenera, to potem i tak działa na boisku po swojemu. Powrót pomarańczowej fantazji.

Jadon Sancho (rocznik 2000) czaruje jeszcze efektowniej, a reprezentuje kraj, który po dekadach borykania się z aspiracjami pociesznie rozbieżnymi z możliwościami z każdym miesiącem zdaje się bardziej skazany na kolorowe jutro. O juniorskich nawałnicy Anglików już pisałem, seniorom aż tak nie ufałem – w półfinale mundialu widziałem raczej splot sprzyjających okoliczności niż przełom mentalny, o którym śpiewały wyspiarskie media. Jesienią nastały jednak sensacyjne wygrane drużyna Garetha Southgate’a nad Hiszpanią oraz Chorwacją, urzekający wzlot wspomnianego Sancho, a także cała łańcuch większych i mniejszych drobiazgów sugerujących, że nadciąga pokolenie zupełnie nowe, inne niż wszystkie poprzednie. I że dojrzeje szybciej niż sądzimy. Trent-Alexander Arnold, Phil Foden, Raheem Sterling, Marcus Rashford i inni tworzą watahę młodych lub nieprzyzwoicie młodych zbyt liczną, by zakładać, że przepadną wszyscy. Tam ewidentnie rodzi się jakaś cywilizacja.

Skoku Holendrów i Anglików byśmy nie fetowali, gdyby nie Liga Narodów. To dzięki niej mogli oni wyrządzić realną krzywdę finalistom ostatniego mundialu (Francja, Chorwacja) i triumfatorom obu poprzednich z XXI wieku (Niemcy, Hiszpania), zatarasowując faworytom wstęp do miniturnieju rozgrywek bądź co bądź nietowarzyskich.

Nowy wynalazek UEFA przyjmowałem z rezerwą, nawet sceptycznie, broniąc na łamach „Gazety” sparingów – jako realizacji naszego prawa do nudy, do nicsieniedziania, do odpoczynku między kolejnymi intergalaktycznymi superekstrahipermegahitami. Kto jednak chce balować zawsze, Ligę Narodów musi błogosławić. Dotąd po imprezie mistrzowskiej zanurzaliśmy się w kwalifikacje do następnej imprezy mistrzowskiej, które potentaci leniwie odfajkowywali. Przykładowi Niemcy mogli się na starcie zagapić, jak podczas pamiętnego wieczoru na Narodowym we wrześniu 2014 roku, ale w ostatecznym rozrachunku nie miało to śladowego znaczenia, a częściej jednak wystukiwali komplet lub prawie komplet punktów. Żadnych emocji. Dopiero Liga Narodów pokojarzyła ze sobą rywali o zbliżonej sile, obarczając ich w dodatku wymiernymi celami – w każdej dywizji zwycięzcy grup gdzieś awansują, a przegrani grup gdzieś spadają, więc mecze bez stawki niemal zniknęły. Esencja wyczynowego sportu.

Jeszcze wyraźniej atrakcyjność zmiany widać na dołach. Przed laty dzieliłem się na blogu lub w „Gazecie” ideą (nie mogę znaleźć linka, jak znajdę, to wkleję) zorganizowania „małych” mistrzostw kontynentu, które pozwoliłyby pożyć piłkarzom z państewek skazanych na wieczne potępienie – jak byłeś Andorą, to usiłowałeś wymodlić coś znośniejszego niż 0:6, a jak spłodzili cię Luksemburczycy, to mierzyłeś najwyżej w przedostatnie miejsce w tabeli. Tortury, o jakich nie zamarzyłby najbardziej martyrologicznie zorientowany Polak. Aż tu nagle odświeżony system wciągnął notorycznych przegrywaczy w realną rywalizację. Taki Luksemburg, który zresztą niezależnie od regulaminowego wsparcia rozwinął się piłkarsko, do ostatniej kolejki marzył o awansie i generalnie ma za sobą rok z najładniejszym bilansem w historii. Do końca o wydostanie się z dywizji D do dywizji C walczyły też Armenia i Azerbejdżan. Ba, dwumeczową zwycięską serię fetował Gibraltar! Ten sam safandułowaty Gibraltar, który w eliminacjach Euro i MŚ hojnie rozdawał przyjemności, obrywając kolejno 0:7, 0:7, 0:3, 0:4, 1:6, 0:7, 0:4, 1:8, 0:4, 0:6, 1:4, 0:4, 0:6, 1:3, 0:5, 1:2, 0:9, 0:4, 0:6 i 0:4! Doprawdy, czystego tlenu dostarczyliśmy nieborakom, którzy dotąd w każdym meczu musieli czuć się jak w maskach gazowych. I w kaftanie bezpieczeństwa. Na niereformowalnych wyglądają tylko piłkarze San Marino, których absolutna niezdolność do wturlania komukolwiek choć ćwiartki gola to jeszcze większy obciach niż polskie wykopki.

Najwspanialszy triumf odniesie natomiast ktoś z kwartetu: Gruzja, Białoruś, Kosowo, Macedonia. Zwycięzcy grup Dywizji D, którzy w 2018 roku również czerpali z futbolu więcej frajdy i wygranych meczów niż kiedykolwiek wcześniej, rozegrają półfinały i finał o awans do Euro 2020 (o ile oczywiście nie przebiją się do nich przez regularne kwalifikacje). Znaczy już wiadomo, że wystąpi tam debiutant – prawdopodobnie zaniżający poziom rywalizacji, to jednak razi.

Nie wiem więc, czy plusy przesłaniają tutaj minusy, a już na pewno nie zawiwatuję na cześć UEFA, którą pcha wyłącznie chciwość. Zarazem nie mam jednak wątpliwości, że gdyby zmierzyć ilość emocji –  kibiców, piłkarzy, trenerów etc. – wywoływanych przez Europę z Ligą Narodów i Europę bez Ligi Narodów, to przeszłość nie miałaby z teraźniejszością szans. 

22:37, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
sobota, 17 listopada 2018

Polska, Niemcy, reprezentacja Polski, Jerzy Brzęczek, Joachm Low

Dopiero dzisiaj, z perspektywy czasu, wyraźnie dostrzegamy przełomowość roku pańskiego 2014. Roku, w którym my, Polacy, wreszcie wzlecieliśmy w piłce nożnej na poziom Niemiec – wystrzeliliśmy na mistrzowski nieboskłon znienacka, po dekadach nieprzerwanego poddaństwa, podczas których nigdy, przenigdy, nie byliśmy w stanie nawet śmielej spojrzeć im w oczy.

Zniszczyli ich nasi piłkarze wtedy na Narodowym dwa do jaja, rozpoczynając pomyślne eliminacje Euro 2016, zakończone idealnym remisem – w rewanżu we Frankfurcie rywale wygrali, doprowadzając w dwumeczu do wyrównania. Zrobiło się 3:3.

Podczas turnieju finałowego spotkaliśmy się w fazie grupowej. 0:0, ze wskazaniem na drużynę Adama Nawałki – w dość zgodnej opinii obserwatorów była bliżej zwycięstwa. W tabeli po siedem punktów.

Następnie odróżniły nas od sąsiadów ostatnie sceny ćwierćfinału. Dla piłkarzy z obu stron granicy na Odrze i Nysie remisowego, tyle że Polacy serię rzutów karnych przegrali (z Portugalią), a Niemcy jak zwykle wygrali (z Włochami). Znów prawie równowaga.

W 2017 roku wróciliśmy do relacji idealnie remisowej. Zarówno tamci, jak i nasi triumfowali w grupie eliminacji mistrzostw świata.

Z mundialu w Rosji solidarnie poszliśmy sobie precz w fazie grupowej. Tyle że tym razem – w przeciwieństwie do mistrzostw kontynentu – maleńki plusik po stronie Polaków, bo od dającej awans do 1/8 finału pozycji wicelidera dzieliło ich mniej punktów. No ale fakty są takie, że obie reprezentacje rozłożyły się na dnie tabeli. I obie podobnie przerżnęły turniej, nie zgrywajmy lepszych.

Aż wreszcie nastała jesień 2018 i nowo wymyślona Liga Narodów. Wymyślona prawdopodobnie po to, żeby ostatecznie potwierdzić braterską równość sąsiadów. Zarówno Polacy, jak i Niemcy uciułali na razie po punkciku i jeszcze przed rozegraniem ostatniego meczu stoczyli się z dywizji A do dywizji B. Zresztą w całym roku kalendarzowym przegrali po sześć meczów.

Idziemy łeb w łeb. Łeb w łeb z piłkarzami najbardziej utytułowanej w historii reprezentacji w Europie! Malkontenci oczywiście wyjęczą, że to oni zniżyli się do poziomu Polaków, może nawet zostali zarażeni klęskowym wirusem (wtedy na Narodowym), ale przebieg wypadków zdecydowanie temu przeczy – Niemcy, którzy przecież uchodzą za znawców futbolu, nie zwolnili selekcjonera, przeciwnie, Joachim Löw przemawia, jakby był przekonany, że nikt mu stołka spod pupy nie wykopie. Znaczy pełna kontrola sytuacji. A już we wtorek decydujące starcie – ich mecz z Holandią i nasza wyprawa do Portugalii rozstrzygną, kto zwali się do drugiego koszyka w losowaniu eliminacji Euro 2020. Choć uczciwie się przyznam, że wolałbym ustalić to w bezpośredniej rozgrywce barażowej. Z nikim nam tak ostatnio nie wychodzi, jak z nimi.

środa, 14 listopada 2018

Czechy

Czwartkowi rywale reprezentacji Polski czują, że ich piłka nożna osunęła się ostatnio w studzienny kryzys, i cieszą się każdym udanym drobiazgiem. Ale i tak pod wieloma względami chcielibyśmy być jak oni.

Jeśli przejrzeć nazwiska, jakimi obsadzają reprezentację, powinniśmy spoglądać na nich z wyższością. Na sparing w Gdańsku trener Jaroslav Šilhavý powołał ledwie jednego napastnika, bo bogatego wyboru nie ma – rozważał nawet wzięcie Zdenka Ondráška z Wisły Kraków. Wyróżniony Patrick Schick, który błyszczał w Sampdorii, też zresztą przygasł po transferze do Romy.

To najbardziej rozpoznawalny obecnie czeski piłkarz. Otaczają go w najlepszym razie zatrudnieni w niemieckich czy angielskich klubach spoza europejskich pucharów, a opaskę kapitana zakłada Bořek Dočkal, który z chińskiego Henan Jianye został wypożyczony do amerykańskiego Philadelphia Union. Egzotyka, jakiej do reprezentacji Polski pomimo kłopotów już nie wpuszczamy. Czesi reagują więc jak my w mrocznej drugiej połowie lat 90., w której w mediach zauważaliśmy lub wręcz fetowaliśmy każdy pełen mecz rozegrany przez rodaka w porządnej zachodniej drużynie.

Wyniki reprezentacji też wyglądają marnie. Niedawno przyjęła pięć goli na wyjeździe od Rosji, nie awansowała na trzy ostatnie mundiale, w Lidze Narodów dwukrotnie uległa Ukrainie i wygrała na Słowacji.

Już kluby jednak dokonują bezapelacyjnie więcej od polskich. I działają sensowniej. Jeśli zanalizować całokształt twórczości, to nie mamy z Czechami szans – i to nie tylko pod względem czystego wyniku. Oni nie chorują na przesadne ambicje, nie przepłacają piłkarzy, nie krzyczą o futbolu jako narodowym sporcie, bo mają jeszcze hokej. A i tak kopią z generalnie lepszym skutkiem niż Polacy.

Kiedy latem 2012 roku Viktoria Pilzno rozprawiała się (7:0 w dwumeczu) z Ruchem Chorzów w eliminacjach Ligi Europy, stał za nią budżet na poziomie nizin nadwiślańskiej tzw. ekstraklasy, a cel osiągnęła nogami piłkarzy rodzimych i pochodzących z sąsiedniej Słowacji. Od tamtej pory pieniędzy przybyło – wraz ze zwycięstwami – jednak strategia się nie zmieniła. Właściciel klubu powtarza, że stać go na transfery za milion euro, ale do triumfu w rozgrywkach krajowych ich nie potrzebuje, a awansu do Ligi Mistrzów nie zagwarantują.

Do tej ostatniej znów się zresztą Viktoria dostała – po raz trzeci (!) w bieżącej dekadzie. A ponieważ w „gorszych” latach w tym okresie wpraszała się do LE (cztery razy!), ponieważ wiosną dopiero po dogrywce uległa lizbońskiemu Sportingowi w walce o ćwierćfinał, to jej losy przypominają sen na jawie prezesa polskiego klubu. I do wszystkiego doszła własnymi siłami, z perspektywy ekstraklasy struktura narodowościowa kadry szokuje – 20 Czechów, czterech Słowaków i jeden Nigeryjczyk (raczej rezerwowy), nad którymi czuwa Pavel Vrba, czyli rodzimy trener (jak wszyscy poprzedni z wyjątkiem epizodu ze Słowakiem Romanem Pivarnikiem). Jeszcze raz: właściciel Legii Warszawa, gdyby zechciał, mógłby przed kilkoma laty wykupić całą pilzneńską materię ożywioną, od menedżerów po psa ogrodnika. Ba, wydałby mniej niż przeznaczył na ludzi, którzy zawalają mu dwumecze z luksemburskim Dudelange czy Spartakiem Trnava.

Nasza efektownie opakowana, rozgrywana na nowoczesnych stadionach i bogatsza liga to na tle czeskiej kolosalny przerost formy nad treścią. W rankingu UEFA stoczyła się właśnie 25. miejsce (za rozgrywki z Kazachstanu), tymczasem Czesi trzymają się dzielnie na pozycji 17., a tej jesieni poza Viktorią Pilzno w LM dopingują jeszcze FN Jablonec (ostatnio dziewięciu Czechów w podstawowym składzie i Slavię Praga (ośmiu) w Lidze Europy. To wszystko w kraju ledwie 10-milionowym, w którym wciąż mówi się, że na piłkarza idzie ciamajda niezdolny do hokeja. Ta ostatnia dyscyplina jest tam w sensie ścisłym masową, kijem wymachiwał w dzieciństwie zarówno wspomniany Ondrášek z Wisły, jak i prawdopodobnie każdy inny czeski gracz zatrudniony w ekstraklasie. Choć wbrew stereotypowi u południowych sąsiadów ganianie za piłką dorównuje popularnością zasuwaniu za krążkiem, to dzięki potędze hokeja porażki futbolowe nie wywołują histerii. Czeski futbol jawi się jako królestwo zdrowego rozsądku, umiarkowania i efektywności.

Efektywności, która reprezentacji w bieżącej, czyli kryzysowej dekadzie daje ćwierćfinał mistrzostw kontynentu. W poprzedniej – półfinał. W jeszcze wcześniejszej, zamykającej poprzednie stulecie – finał. Chcielibyśmy tyle osiągnąć od upadku komuny. 

21:32, rafal.stec
Link Komentarze (25) »
piątek, 09 listopada 2018

Magnus Carlsen - Fabiano Caruana, Carlsen - Caruana, szachy

Magnus Carlsen zaczyna dzisiaj grać o szachowe mistrzostwo świata w meczu z Fabiano Caruaną. W moim prywatnym rankingu to największe sportowe wydarzenie jesieni.

Tytułu broni Norweg – po raz trzeci, przed dwoma laty pokonał próbującego go obalić Siergieja Karjakina, co relacjonowałem w gazetowym tekście „Koniec wojny umysłów”. O kolejnej burzy dwóch potężnych mózgów też napisałem dzisiaj spory kawałek (polecam fragment o przesuwaniu łóżka), usiłując uzmysłowić również tym czytelnikom, którzy mają skromne pojęcie o królewskiej grze, że to rywalizacja wbrew pozorom potwornie dynamiczna, szarpiąca za emocje, daleka od stereotypowych wyobrażeń o chuderlawych okularnikach, którzy leniwie przesuwają figurki po szachownicy i patrzą na skaczącego po niej konika składającego się z samego łba. W każdym razie ja się jaram jak cholera. No i zaobserwowałem pod notką o polskich prawie złotych szachistach, którzy próbowali niedawno sensacyjnie zatriumfować na olimpiadzie, że wśród stałych bywalców bloga tłoczno od wielbicieli 64 pól, a wywiad z naszym młodym arcymistrzem, Janem Krzysztofem Dudą, cieszył się sporym zainteresowaniem na portalu.

Faworytem meczu w Londynie jest Carlsen, ale on ostatnio nieco podupadł i przydarzają mu się grube pomyłki, oczywiście jak na jego standardy – starsza siostra Ellen zaszokowała środowisko wywiadem, w którym oświadczyła, że choć brat czuje się równie mocny jak przed pięcioma laty, to nie gra równie dobrze, zatracił flow, ta świadomość go wykańcza, ewentualna utrata tytułu mistrza świata grozi przynajmniej czasowym zawieszeniem kariery. Sam Magnus też zresztą ze zdumiewającą otwartością opowiadał, jak bardzo boi się porażki. Zdumiewającą i dlatego, że wybitni szachiści bywają raczej w swej pewności aroganccy, i dlatego, że się przed rywalem obnaża, może nawet daje mu psychologiczną przewagę.

Natomiast Caruana osiągnął życiową formę – i rankingu dzieli ich różnica minimalna.

Za to pod każdym innym względem dzieli ich otchłanna przepaść. Choć Norweg jest ledwie 20 miesięcy starszy, to wieczność temu zyskał globalną sławę, od zawsze był skazany na wszechsukces, „Cosmopolitan” umieszczał go nawet w rankingu najseksowniejszych ludzi na świecie, tymczasem rozpoznawalność Amerykanina nie sięga poza szachowy mikrokosmos. Kiedy mierzyli się przed dwoma miesiącami, Carlsen jak zwykle rozdawał autografy i musiał wymijać transfery, a Caruana opuszczał halę nieniepokojony.

Rywale za sobą nie przepadają. Wymieniają najkrótsze możliwe w uściski dłoni, na czwartkowej konferencji unikali kontaktu wzrokowego. Trochę bardziej kibicuję chyba temu Caruanie, z egoistycznych pobudek. Gdyby zatriumfował, miałbym więcej frajdy z tworzenia jego sylwetki do gazety – o obrońcy tytułu napisano wszystko, sam wklawiaturowałem już trochę zdań na jego temat. Amerykanin włoskiego pochodzenia to natomiast, jako się rzekło, terytorium nieznane, postać dla przeciętnego czytelnika anonimowa.

A dla mnie intrygująca. Lubię np. opublikowane w „Timesie” zeznanie Dominica Lawsona, szefa angielskiej federacji szachowej, który podczas styczniowego turnieju w Gibraltarze podsłuchał, jak Caruana zwierza się indyjskiej szachistce Tanii Sachdev w te słowa: „Czerpię pewną sadystyczną przyjemność z oglądania, jak moim rywalom nie idzie. Zdecydowanie nie jestem szczęśliwy, kiedy im wychodzi. Lubię widzieć, jak przegrywają. Wiem, brzmi sadystycznie, ale nic na to nie poradzę”. Neurony i hormony trochę buzują, prawda?

Tagi: szachy
01:06, rafal.stec
Link Komentarze (46) »
sobota, 03 listopada 2018

Legia Warszawa - Górnik Zabrze. Fot. uba Atys

Najgorsze, że środowisko piłkarskie całkiem się już przyzwyczaiło. Zobojętniało. Przerwali mecz, trudno. Mieli ochotę zadymić stadion, to wygonimy piłkarzy do szatni i po prostu przeczekamy, aż się przejaśni.

Dzisiejszy ligowy klasyk, spotkanie Legia Warszawa - Górnik Zabrze, poprzedziły uroczystości związane ze stuleciem odzyskania niepodległości. Gdy wybrzmiewał hymn, przemknęło mi przez głowę, że może tym razem władcy stadionów się wstrzymają, ale nic z tego. Zasyfili wieczór już kilka minut później.

Kiedyś sporo pisałem o problemie i chyba nawet przyczyniłem się do popularyzacji słowa „kibol” jako swoistego antonimu do mającego pozytywny wydźwięk „kibica” (kulawego antonimu, bo np. w Wielkopolsce „kibol” to po prostu „kibic”). Wielokrotnie je definiowałem, dzisiaj skrótowo bym powiedział, że to stadionowy bywalec, który ma w pogardzie wszystkich innych zainteresowanych. Gardzi kibicami (to ci lubiący sport), gardzi piłkarzami, gardzi ludźmi, którzy organizują widowisko. Co ciekawe, często uważał się za uciśnionego - choć było wręcz przeciwnie - i zawsze znajdował sojuszników, zazwyczaj wykorzystujących jego figurę w celach politycznych.

Lata mijają i kibole, którzy uważa się za lepszych od „zwykłych” kibiców, wciąż są uprzywilejowani czy raczej hołubieni. Do nich należą stadiony. Mogą łamać prawo ze świadomością, że pozostaną bezkarni, a kluby chętnie płacą grzywny za ich wybryki. Uciążliwą nowością ostatnich sezonów stało się jednak właśnie wyganianie piłkarzy z boiska - rzucaniem rac, zadymianiem czy inną dziecinadą. Zmuszali sędziów do przerywania meczu również w przeszłości, ale teraz zmuszają ich notorycznie, długimi okresami kolejka w kolejkę, według mojej wiedzy częściej niż gdziekolwiek w Europie. Wiosną nie oszczędzili nawet meczu decydującego o tytule, który zakończył się skandalem. Ściślej - nie zakończył się, więc Legia wygrała z Lechem walkowerem.

Zaraza tak się rozniosła, że narzekać zaczęli już nawet dziennikarze sportowi, którzy swego czasu tzw. oprawy wielbili. Ale polska piłka jak była, tak jest zakładnikiem uprzywilejowanej mniejszości. Nie mam pojęcia, jak temu zaradzić, jeszcze bardziej niż kiedyś - w końcu żyjemy w czasie bezwstydnego łamania jakichkolwiek reguł gry, także w dziedzinach ważniejszych niż rozgrywki sportowe. Czuję bezradność, obawiam się, że za kultywowane obyczaje znów słono zapłacimy w europejskich pucharach. A bloguję tylko dla higieny - niech w jakiejś niszy stanie napisane, że znów było paskudnie, nikt inny afery z tego nie zrobi.

22:40, rafal.stec
Link Komentarze (26) »

 Superliga, Liga Mistrzów, WikiLeaks, Real Madryt, FC Barcelona, Bayern monachium

Żeby zrozumieć, dlaczego wielka futbolowa oligarchia lgnie do stworzenia zamkniętej, ekskluzywnej Superligi, trzeba wreszcie uświadomić sobie, jak nędznie zarabiają najbogatsze kluby. Wcale nie ironizuję – zarabiają nędznie.

O nieuchronności powstania rozgrywek tylko dla wybranych, z których uprzywilejowani nigdy nie spadną, nie tylko ja piszę od lat (one zresztą powstają na naszych oczach, a my jesteśmy naiwni jak gotująca się żaba), ale z materiałów ujawnionych właśnie przez FootballLeaks wynika, że proces przyspieszył. W zmowie mającej obalić aktualny porządek uczestniczy 11 klubów planujących założenie spółki, która zorganizuje ligę poza UEFA: Real Madryt (największy akcjonariusz, weźmie 18 proc. udziałów), FC Barcelona, Juventus, AC Milan, Manchester United, Manchester City, Liverpool, Chelsea, Arsenal, Bayern Monachium oraz Paris Saint-Germain. Spiskowcy zamierzają też dopraszać drużyny z zewnątrz, w inauguracyjnym sezonie do zaszczytu kandydują Atlético Madryt, Inter Mediolan, AS Roma, Borussia Dortmund, Olympique Marsylia i może jeszcze ktoś. Skład oczywisty: 16 klubów pochodzi z pięciu czołowych lig na kontynencie. Cel równie oczywisty: wycisnąć z piłki więcej szmalu, nie dzielić się z resztą Europy.

Pomyślicie, że przebrzydła chciwość i ja chętnie wam przyklasnę, ale rządzące zabawą menedżerstwo na pewno wyliczyło sobie, że wręcz przeciwnie. Zresztą sami zobaczcie.

Liderujące rankingowi najbogatszych Manchester United i Real Madryt osiągnęły w ostatnim analizowanym sezonie odpowiednio 676,3 i 674,6 mln euro przychodu. Czyli po około 2,9 mld złotych. To w zestawieniu „Wprost” klasyfikującym polskie przedsiębiorstwa dało by im ledwie miejsca 49. i 50. – tuż nad Impexmetalem. Dociera? Najwspanialsze futbolowe firmy wyciągają tyle samo, co wytwórnia blach, taśm do produkcji listew budowlanych i innych łożysk.

Barcelona, pod której flagą czaruje sam Leo Messi, znajduje się nawet za Impexmetalem. Wydłubuje ledwie 2,7 mld zł rocznie.

Bayern Monachium uciułał w ostatnim okresie rozliczeniowym troszeczkę ponad 2,5 mld zł. Przychód równy przychodowi Amiki – pewnie słyszeliście, ta firma z miasteczka Wronki, która robi piekarniki, zmywarki, lodówki etc.

Sklasyfikowany na dziesiątym miejscu w futbolowym biznesie Juventus zarabia 1,7 mld zł. Czyli operuje na poziomie Ferm Drobiu Woźniak. Wśród nadwiślańskich firm zajmowałby 78. pozycję.

Borussia Dortmund wypracowała ostatnio 1,4 mld zł. To z kolei pułap Okręgowej Spółdzielni Mleczarskiej w Łowiczu (co ciekawe, jej zacne zręby powstały w 1906 roku, trzy lata przed założeniem niemieckiego klubu).

Przychód Atlético Madryt nie sięgnął nawet 1,2 mld zł, więc nie może się równać ani z biurem podróży Rainbow, ani z Zakładami Mięsnymi Henryk Kania. W najnowszym rankingu „Wprost” wystarczyłoby ledwie na 108. miejsce. AC Milan? 821 mln i 141. pozycja w Polsce, niedaleko za Miejskimi Zakładami Autobusowymi w Warszawie.

Takie to z futbolowych superklubów finansowe imperia, jeśli wolno mi w tak poważnej sprawie przymrużyć oko.

Wiadomo, że na piłce nożnej zarobić trudniej niż na, dajmy na to, jajkach, których potrzebują wszyscy bez względu na wyznanie, tożsamość seksualną i kolor skóry (mój rekord życiowy: jajecznica z dziesięciu). Ale mimo wszystko da się wyciągnąć więcej – zwłaszcza jeśli zauważymy, że przychód ligi futbolu amerykańskiego (NFL) to niemal 500 proc. przychodu popularnej we wszystkich strefach klimatycznych UEFA Champions League. Przywyczailiśmy się myśleć o Realach Madryt i Barcelonach jako gigantach, władających wszystkimi oceanami Lewiatanach, którym wystarczy dmuchnąć, by odepchnąć Księżyc do sąsiedniej galaktyki, tymczasem one dopiero zaczęły rosnąć – współtworzą przemysł rozrywkowy znajdujący się w fazie wczesnego rozwoju, z olbrzymimi perspektywami komercyjnymi. Tak przynajmniej sądzą biznesmeni, którzy nim kierują. I musieliby zgwałcić własną naturę, by swoją żądzę zysku powstrzymać. To byłoby wręcz niemoralne.

Mnie niezbyt chce się wierzyć, że czołowe kluby całkiem zrezygnują z rywalizacji w kraju, co też się sugeruje – nie zrezygnują nie ze względu na ideały, lecz własny interes, w końcu jak długo przykładowy Bayern zniósłby seryjne zajmowanie czwartych albo piątych miejsc, które w europejskiej rywalizacji mogą zdarzyć się każdemu? Brzydko by to wyglądało, wypada przynajmniej wystroić się w trofeum za Bundesligę. Ale Superliga musi zaistnieć. Jeśli ktoś wciąż w to wątpi, to zwyczajnie brakuje mu wyobraźni. Nasza cywilizacja oferuje mnóstwo pieniędzy do zarobienia, trzeba tylko się schylić.

14:31, rafal.stec
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 252
Archiwum
Tagi