RSS
wtorek, 23 września 2014

Złota drużyna polskich siatkarzy rozpadła się dzień po zwycięskim finale z Brazylią. Reprezentację trzeba budować właściwie od zera.

Porzucają ją atleci, których kariery przebiegały wzorowo, w sposób nie tylko u nas niemal niespotykany - wszyscy z mistrzów świata juniorów wydorośleli na mistrzów świata seniorów. 37-letni Paweł Zagumny jeszcze przed mundialem ogłosił, że opuszcza kadrę; decyzję 31-letniego Mariusza Wlazłego, namówionego do powrotu po kilku sezonach, poznaliśmy tuż przed niedzielną dekoracją; jego rówieśnik Michał Winiarski przygnębił kibiców w poniedziałek rano. Tracimy połowę szóstki, która w rozstrzygających setach finału obalała wszechpanującą Brazylię.

Niestety, połowę tracimy jedynie w sensie arytmetycznym. W istocie wymienieni tworzyli tercet znaczniejszy, wręcz bezcenny.

Wlazły z Winiarskim to nie tylko czołowi w świecie skrzydłowi, którzy podtrzymują - odpowiednio - cały polski atak i przyjęcie, lecz także ci, którzy stanowią o potędze serwisu. W całym turnieju zaserwowali aż 30 z 70 asów drużyny. Zagumny wnosił na boisko najdokładniejsze, sterowane niebanalnym zmysłem rozegrania dłonie. Przyłożył je - on jedyny! - do wszystkich głównych sukcesów minionych lat, od złota i srebra mundiali, przez złota mistrzostw Europy i Ligi Światowej, po srebro Pucharu Świata. To jedyny polski siatkarz, który wystąpił na czterech turniejach olimpijskich. I jedyny, jak możemy wnosić z dorobku, reprezentacji niezbędny. Zagrał dla niej 411 razy, ustępuje pod tym względem jednemu Piotrowi Gruszce (450 meczów). Ile znaczy, zobaczyliśmy w finale. To on wylansował na gwiazdę wieczoru nowicjusza Mateusza Mikę.

Naturalnie nie powinniśmy całkiem wykluczać, że Wlazły z Winiarskim - przyjaźnią się, mieszkają w pokoju na zgrupowaniach - jeszcze swoje decyzje przemyślą. Nie zaraz, lecz w 2016 roku. Czy sportowiec może nie chcieć złota igrzysk? Zwłaszcza sportowiec już obwieszony medalami, świadomy swoich niezmierzonych możliwości, któremu brakuje tylko kruszcu najcenniejszego, właśnie olimpijskiego?

Najpierw jednak trzeba na turniej w Rio de Janeiro awansować, ponieważ siatkówka nie wynagradza mistrzów świata zaproszeniem na igrzyska. I pogodzić w 2015 roku grę o stawkę ze wznoszeniem nowej reprezentacyjnej konstrukcji, być może z zupełnie nowymi punktami podparcia.

Zabijaki zdolnego wyręczyć Wlazłego szukamy bezskutecznie od dawna. Przez dwa minione lata selekcjonerzy przesuwali do ataku przyjmującego Bartmana, powoływali też Jarosza, Boćka i - ostatnio - Konarskiego. Nieustająca żonglerka. I nikogo choćby porównywalnie utalentowanego na horyzoncie.

Wielofunkcyjnego skrzydłowego klasy Winiarskiego też nie widać. A gdyby udało się odzyskać dla reprezentacji Bartosza Kurka - co wydaje się zadaniem coraz pilniejszym - to nie wiadomo, czy skupieni na rzetelnej defensywie francuscy trenerzy chcieliby ustawiać tego 205-centymetrowego drągala obok 206-centymetrowego Miki. Owszem, dysponowalibyśmy najwyższą parą przyjmujących na świecie. Ale ryzykowalibyśmy zarazem niebagatelną obniżkę jakości w odbiorze serwisu. Choć mógłby to być wybór uzasadniony, to wymagałby radykalnej rewizji poglądów selekcjonerów Stéphane'a Antigi i Philippe'a Blaina.

Wreszcie kwestia rozgrywającego. Pocieszające, że na mundialu rozkwitł prawdziwy spadkobierca Zagumnego - Fabian Drzyzga, na niego też czekaliśmy zbyt długo. Jednak na tej pozycji Polacy czerpali moc z przykładnej współpracy tych dwóch siatkarzy różniących się stylem. Złączyła ich jednak twórcza, pozytywna chemia - starszy akceptował w razie konieczności rolę rezerwowego, a młodszy mówił o nim wyłącznie z należnym szacunkiem, trochę jak Antiga zawzięcie podkreślający zasługi Blaina. To też nowość - rozgrywający reprezentacji w minionych latach zazwyczaj albo ledwie się tolerowali, albo za sobą otwarcie nie przepadali. I też kotłowało się tutaj sporo nazwisk. Słowem, o wartościowego partnera dla Drzyzgi również będzie bardzo trudno.

Zanosi się zatem na to, że w przyszłym sezonie francuskich trenerów czeka wyzwanie jeszcze trudniejsze niż w zakończonym. Zwłaszcza jeśli uzmysłowimy sobie, jaka presja będzie towarzyszyć reprezentacji, która po czterech dekadach wróciła na światowy szczyt. Naturalnym faworytem mistrzostw Europy czyni ją zresztą także analiza występów w dłuższym okresie - odkąd w 2006 r. Polska zdobyła srebro mundialu, uzbierała siedem medali różnych imprez. Na naszym kontynencie więcej - 10 - wzięła ich tylko Rosja.

Tagi: siatkówka
12:05, rafal.stec
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 22 września 2014

Chyba nie przesadziłem z tytułem, co? Felieton o polskich mistrzach świata do dzisiejszej GW przeczytacie tutaj. A jeszcze przed półfinałami o współczesnej siatkówce porozmawiałem z Raulem Lozano - obszerny wywiad znajdziecie tutaj.

Tagi: siatkówka
02:46, rafal.stec
Link Komentarze (16) »
sobota, 20 września 2014

Mariusz Wlazły, Polska - Niemcy. Fot. Kuba Atys  Orlen

Rozczulającą naiwność niemieccy siatkarze ujawnili przede wszystkim w ostatnich mgnieniach drugiego seta, którego zapewne by wzięli, gdyby nie przełożone przez siatkę dłonie Maxa Günthora. Oni wyfrunęli na mistrzostwach świata znacznie powyżej swoich przyzwyczajeń i to się czuło, nawet jeśli stawiali bardzo twardy opór i nałykaliśmy się mnóstwo stresu. Umieli nawet dojść do remisu z wyniku 10:17, choć wielu - w tym niżej podpisany - przypuszczało, że Polacy zrobią dziś Niemcom to, co Niemcy zrobili Brazylii w półfinale mundialu piłkarskiego.

Dla Polaków dzisiejszy mecz miał być trochę jak nagroda za wszystkie niebezpieczeństwa, z którymi uporali się dotychczas. Odkąd przed kilkunastu laty wrócili na prestiżowe imprezy, jeszcze nie zdarzyło im się zderzyć ze wszystkimi największymi. Bo jeśli zza siatki naskakują na ciebie Brazylia, Rosja, USA, Włochy, Serbia i Francja, to znaczy, że przeżyłeś wszystko. A nasi ulegli tylko Amerykanom. Bardziej „zasłużyć” na awans do strefy medalowej się nie da.

Jak po takich przygodach mieliśmy obawiać się przeciwnika, który medalu nie zdobył - pomijam zamierzchłą przeszłość enerdowską - nawet na mistrzostwach kontynentu? Którego przyjmujących zatrudniają lub zatrudniły właśnie polskie kluby, i to poza Jastrzębiem bardzo przeciętne? Który pokonanym przez polskich siatkarzy Brazylijczykom, Rosjanom i Francuzom nie potrafił urwać choćby secika? Nawet zwalista postać György’ego Grozera, pomimo onieśmielającej potęgi jego ataku, mogła świadczyć na niekorzyść Niemców w tym sensie, że pokładanie wszelkich nadziei w jednym soliście to w siatkówce raczej cecha drużyn słabych. Z czego Polacy zresztą skwapliwie skorzystali. Z 32 zbić Grozer uciułał ledwie 12 punktów.

Jutro nasi siatkarze odbiorą kolejne nagrody. Po pierwsze, zostaną udekorowani medalami. Po drugie, mają wszystko, by dostąpić zaszczytu zdetronizowania panującej od trzech mundiali Brazylii. We własnej hali. Takiej frajdy nie doświadczyły nawet legendy Huberta Wagnera.

Obwołać Polaków faworytami nie umiem, choć wciąż majaczy mi przed oczami triumf z wtorku. Wieloletnia nietykalność Brazylii nigdy nie oznaczała, że rywale nie byli jej w stanie nawet skaleczyć. Przeciwnie, na każdych złotych MŚ objawiał się ktoś, kto ją rozjuszył. W 2010 r. uległa w pierwszej rundzie Kubie. W 2006 r. – Francji, też w pierwszej rundzie. W 2002 r. - Amerykanom, oczywiście w pierwszej rundzie. Kiedy jednak padała, wzruszaliśmy ramionami, zdając sobie sprawę, że przegrywa z roztargnienia, ewentualnie szuka dodatkowej motywacji, by wzbić się na swój najwyższy poziom. I po drobnym niepowodzeniu już do końca turnieju fruwała jak natchniona, szalejąc zwłaszcza w finałach. W przedostatnim oddała w setach odpowiednio 12, 22 i 17 punktów. W ostatnim - 22, 14, 22. Brazylijczycy nie wygrywali, oni przeciwników wysadzali w powietrze.

Teraz też się potknęli, nogę podstawiła im Polska. Ale wstali błyskawiczne, nazajutrz po wycieńczającym mentalnie 2:3 - pamiętamy pomeczową zadymę - zestrzelili z boiska Rosję. I w półfinale przepchnęli Francję. Walczącą, lecz w rozstrzygających chwilach bezradną. Wszystko razem wygląda na scenariusz typowy. Najpierw Brazylia się zapomni i przegra, następnie rywale nabierają nadziei, aż wreszcie „Canarinhos” gwałtem sprowadzą ich na ziemię.

Okoliczności oczywiście się zmieniły. W kanarkowych strojach oglądamy generację graczy uboższą w talent niż poprzednie, a jej lider Endres Murilo poprzestaje właściwie wyłącznie na uwijaniu się przypodłogowym - w serwisie i obronie - nie zbija niemal wcale. Nie powinniśmy się jednak łudzić, że na niedzielny finał wyjdzie tamta zestresowana Brazylia z wtorku. Wyjdzie inna i personalnie (ze odzyskanymi wspomnianym Murilo oraz atakującym Wallacem), i mentalnie. Dysząca żądzą rewanżu, podekscytowana blaskiem finału, dotykająca już bezprecedensowego w siatkówce czwartego z rzędu tytułu mistrza świata. Z poirytowanym rozgrywającym Rezende juniorem, który obwołał dzisiaj Michałą Kubiaka największym chuliganem, jakiego spotkał na boisku. I z trenerem wszech czasów Rezende seniorem, który idzie po 32. złoto i 52. medal w selekcjonerskiej karierze. Nie zanosi się na powtórkę łatwo oddanego finału sprzed ośmiu lat, zanosi się na wieczór wściekłej awantury o każdą piłkę. Zwłaszcza że Polacy nie wyglądają przy rywalach całkiem na nowicjuszy - tamten mundial mają w dorobku Wlazły, Winiarski i Zagumny, tymczasem wśród Brazylijczyków jedynie Murilo.

Wszystko to nawet logiczne - jeśli chcesz strącić z tronu panującą od wieczności Brazylię, to musisz położyć ją dwukrotnie. Jeszcze jeden mecz dzieli Polaków do przejścia do legendy.

Tagi: siatkówka
22:58, rafal.stec
Link Komentarze (41) »
czwartek, 18 września 2014

To był wieczór tyleż piękny, co osobliwy. Oglądałem na żywo kilkadziesiąt meczów siatkarzy z Rosją - w tym sporcie to klasyk o tradycjach mierzonych dekadami - ale jeszcze nigdy nie otaczała mnie tak niezachwiana pewność, że Polacy zdmuchną ją z boiska niemal bez wysiłku. Siedziałem na setkach meczów siatkarzy w naszych halach, ale nigdy dotąd nie słyszałem wygwizdanego hymnu.

Poza tym jednak działo się w łódzkiej Atlas Arenie przewidywalnie, długo wręcz nudnawo. Polacy wraz z upływem mistrzostw konsekwentnie upiększają reputację drużyny odpornej na kryzysy, pewnej swojej siły i świadomej celu. Takiej, która nie obraziłaby kibiców ostentacyjną kapitulacją, na jaką rywale pozwolili sobie wczoraj z Brazylią. A Rosja w całym sezonie rusza się niemrawo - dziś długo wyglądała jak ubity niedźwiedź, którego pozostało tylko wypatroszyć. I wieczór przypominał chwilami benefis Mariusza Wlazłego. Rekordowego na MŚ dorobku z meczu z Brazylią - 31 punktów! - nasz atakujący nie poprawił chyba tylko dlatego, że po dwóch setach (miał wtedy 17 pkt. z 25 zbić) walka na poważnie się skończyła. On nadal mknie po nagrodę dla MVP turnieju, z napędu odrzutowego właśnie przeszedł na rakietowy.

Kiedy we wtorek siatkarze przeskakiwali „Canarinhos”, odtrąbialiśmy triumf w XXI wieku bezprecedensowy - pierwszy odniesiony nad Brazylią na imprezie rangi mistrzowskiej. Z Rosją łączy nas relacja znacznie przyjemniejsza. Choć Polacy rzadziej sięgają po medale i czują przed nią respekt, to na najważniejszych turniejach raczej wygrywają niż przegrywają, a jeśli wspomnieć okoliczności, to nad rywalami znęcają się ze szczególnym okrucieństwem. Owszem, na ostatnich igrzyskach przegrali 0:3, ale na przedostatnich było 3:2 (pomimo dwukrotnego prowadzenia Rosjan). Na ostatnim mundialu się nie spotkali, ale na przedostatnim było 3:2 (pomimo prowadzenia Rosjan 0:2). Na ostatnich mistrzostwach kontynentu też się nie spotkali, ale na przedostatnich nasi zwyciężyli w meczu o brąz. Czy to jest bilans pariasa, który powinien odruchowo pokornieć na widok wielkiego pana?

Co więcej, Polacy zapadają rywalom w pamięć jako siatkarze nieśmiertelni, którzy tym bardziej powstają, im bardziej zdają się konać. Tak było także w poprzedzającym trwającym MŚ Memoriale Wagnera, w którym byli górą, choć przegrywali 0:1 i 1:2. Jeśli zatem dzisiejszy triumf mielibyśmy obwołać nadzwyczajnym, to dlatego, że nasi wykańczali Rosję na zimno, aż dotarli do momentu rzeczywiście zdumiewającego - oto po dwóch wygranych partiach mogli sobie pozwolić na odfajkowywanie następnych w kompletnym roztargnieniu. To przeciwnicy mieli powód do walki jakże znajomy dla fana polskiego sportu. Bili się o tzw. honor.

Polacy wygrali czwarty tie-break z rzędu, co każdemu kibicowi nieuchronnie kojarzy się najbardziej dla siatkarzy zaszczytnie - z „mistrzami piątego seta” Huberta Wagnera. Niezwykłe jest jednak przede wszystkim to, że w dwa dni ludzie Stephane’a Antigi uporali się z oboma supermocarstwami współczesnej siatkówki. Takiego turnieju jeszcze nie przeżyliśmy, w nagrodę w sobotę znów będziemy odkrywać nieznany ląd - oto Polacy przystąpią do półfinału MŚ (z Niemcami) jako bezdyskusyjni faworyci.

Zanim jednak od ziemi oderwie się katowicki Spodek, przykry obowiązek rozegrania nikogo nieinteresującego meczu o piąte miejsce wykonają Rosjanie. Dla nich nasi siatkarze stają się powoli dręczycielami, którzy nie tyle wygrywają, ile wściekle ich prześladują.

Tagi: siatkówka
23:08, rafal.stec
Link Komentarze (25) »
wtorek, 16 września 2014

Nigdy dość powtarzania, że nasi siatkarze - niegdyś oskarżani o mentalną miękkość - imponują na mistrzostwach świata przede wszystkim hartem ducha. Niepowodzenia w ogóle ich nie deprymują, nigdy nie pękają, dziś też potrafili wziąć seta, w którym rywal prowadził 14:9. I podnieść się po partii beznadziejnej, w której rywal rozsmarował ich po boisku. A był to rywal tak wyjątkowy, że zwycięstwo nad nim jest prawdopodobnie najbardziej sensacyjnym współczesnym triumfem Polaków w pojedynczym meczu o stawkę.

Owszem, Brazylia utraciła reputację drużyny nietykalnej - kilka lat temu, gdy odeszło najwybitniejsze chyba pokolenie w historii siatkówki. To wciąż jednak główne supermocarstwo, incydentalnie tylko zatrzymywane przez Rosję lub USA. Polscy siatkarze umieli kilkakrotnie ją pokonać jedynie w towarzyskiej Lidze Światowej, zwłaszcza w latach parzystych traktowanej jako etap przygotowań do ważniejszych turniejów. W imprezach rangi mistrzowskiej w XXI wieku nie skrzywdzili jej do teraz ani razu, ba, generalnie nie potrafili jej choćby zadrasnąć urwanymi setami. W Pucharze Świata było 2:3, na igrzyskach olimpijskich 0:3 i 0:3, na mundialach 0:3 i 0:3, w Pucharze Wielkich Mistrzów też 0:3. Tortury.

Oprawcami za każdym razem kierował Bernardo Rezende, najbardziej utytułowany trener w dziejach siatkówki, który przez dwie dekady zdobył z żeńską (1994-2000) i męską (od 2001) reprezentacją Brazylii 51 medali, w tym 31 złotych. Nie dość, że gigant, to nienasycony i nadpobudliwie zaharowany. Gdy wychodzi z sali treningowej, jest przedsiębiorcą - w Rio de Janeiro otworzył sieć restauracji Tropikalna Gorączka, ma największą w Ameryce Płd. sieć klubów fitness, kieruje pozarządową organizacją wychowującą biedną młodzież przez sport. Od siatkarzy też wymaga coraz więcej i więcej, wychodząc z założenia, że jeśli zdobyli złoto po zgrupowaniu, podczas którego wstawali o ósmej rano, to w kolejnym sezonie powinni wstawać o siódmej - by czuli, że porywają się na coraz wyższe szczyty.

Tak, żółtodziób Stephane Antiga rzucił wyzwanie trenerowi nad trenerami, tak, Polacy obalili pomnik. I nie ma szczątkowego znaczenia, że przewrócili pomnik z mnóstwem rys, że niemal wszyscy fachowcy zgadzają się, iż tak przeciętnej generacji graczy Rezende pod sobą jeszcze nie miał. Tu toczy się gra o mistrzostwo świata, a nasi właśnie zatrzymali obrońców tytułu - dążących do bezprecedensowego czwartego złota z rzędu - i jedynego niepokonanego dotąd uczestnika turnieju. To nie czyni ich faworytami, ale pozwala wierzyć, że niemożliwe nie istnieje. Jeśli wygrywasz z Brazylią - bez kapitana Michała Winiarskiego! - to znaczy, że stać cię na wszystko.

Tagi: siatkówka
23:12, rafal.stec
Link Komentarze (43) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 370
Tagi