RSS
czwartek, 14 lutego 2019

Real Madryt, Sergio Ramos

Wypada Sergio Ramosowi oddać, co królewskie. Jego bezczelność nie zna granic.

Kapitan Realu Madryt z beztroską otwartością przyznał w środowy wieczór, że z premedytacją popełnił faul, by wymusić na arbitrze wlepienie mu żółtej kartki – równoznaczne z karą zawieszenia na jeden mecz. Dzięki temu ominie go rewanż z Ajaxem w 1/8 finału Ligi Mistrzów i nie będzie ryzykował nieobecności w kolejnej rundzie. Ramos prędko się zreflektował i szczerą deklarację odwołał, ale jest jasne, że sprostował samego siebie wyłącznie z obawy o reakcję UEFA, która może zechcieć nałożyć nań dodatkową dyskwalifikację. Tak, obejrzał kartkę, bo chciał obejrzeć.

Natychmiast odżyła dyskusja, czy to zachowanie niegodne i niesportowe, czy dopuszczalny pragmatyzm, trochę jak tzw. „taktyczny” faul ­w trakcie gry, gdy łamiesz przepisy bez jakiejkolwiek próby czystego odbioru piłki – nikt nikogo nie krzywdzi, mamy jedynie domieszkę niezbędnego w grze dla dorosłych cynizmu.

Bliżej mi do drugiej opinii, ale generalnie dylemat niespecjalnie mnie zajmuje, ponieważ nie sądzę, by kolejna wymiana argumentów mogła tutaj wnieść cokolwiek świeżego i wartego refleksji. Bardziej interesujące są okoliczności, w których Ramos obwieścił – oczywiście między wierszami – że uważa dwumeczową awanturę z Ajaxem za rozstrzygniętą. Ileż trzeba nosić w sobie zuchwałości, pewności siebie, wielkopańskiego poczucia wyższości, by uznać się za zwycięzcę akurat teraz! Przecież madrytczycy nie przedefilowali w Amsterdamie do wielobramkowego zwycięstwa, lecz ledwie doturlali się do 2:1, a od znacznie gorszego wyniku dzieliły ich centymetry! Przecież nie grali z byle pętakami z ligi niedzielnej, lecz z rywalami doskonale wytrenowanymi, którzy wyglądali na boisku lepiej, a jesienią dwukrotnie zatrzymali Bayern Monachium! Przecież również sam Ramos mógł w środę kilkakrotnie skamienieć ze strachu, np. wtedy, gdy przegrał pojedynek z Duszanem Tadiciem i bezradnie patrzył, jak Serb uderza w poprzeczkę! Doprawdy, idealny moment, by ogłosić koniec rywalizacji...

To była spektakularna autodenuncjacja – owszem, Sergio Ramos szanuje przeciwnika, ale szanuje tylko tyci-tyci, raczej teoretycznie, bez przekonania, toteż nie uważa, by jego obecność na boisku w rewanżu była szczególnie potrzebna. Co więcej, gdy zajrzymy w przeszłość, to jego spokój wyda się całkowicie zrozumiały. Jeśli skład Realu Madryt w ostatnich latach niemal się nie zmieniał, to znaczy, że niemal wszyscy piłkarze pamiętają, jak było: począwszy od 2014 roku tylko raz zdarzyła im się wiosną w Lidze Mistrzów przykrość. W 2015 pozwolili się wyeliminować w półfinale Juventusowi. Poza tym wygrywali wszystkie dwumecze i wszystkie finały: z Liverpoolem, Bayernem, Juventusem, Paris Saint-Germain, znów Juventusem, Atlético Madryt, znów Bayernem, Napoli, znów Atlético, Manchesterem City, Wolfsburgiem, Romą, znów Atlético, Schalke, znów Atlético, znów Bayernem, Borussią Dortmund, znów Schalke.

Jeszcze raz, pełna lista ofiar: Liverpool, Bayern, Juventus, PSG, Juventus, Atlético, Bayern, Napoli, Atlético, Manchester City, Wolfsburg, Roma, Atlético, Schalke, Atlético, Bayern, Borussia, Schalke. Do wyboru, do koloru. 18 pokonanych rywali, przy ledwie jednej wpadce. Wije się po Europie ten łańcuch rozkoszy od pięciu lat, czyli w futbolu wieczność. Jak tu nie przyzwyczaić się, że decydujące starcia w Champions League to nasz prywatny bal, innych gości potrzebujemy najwyżej po to, by się w nich poprzeglądać, zachłystywać własnym powabem, mieć komu podać trzewiki do wypastowania na błysk?

Madrytczycy mogą oczywiście rewanż przegrać i ustąpić Ajaxowi – to byłaby okrutna lekcja pokory dla ich kapitana. Na razie jednak przebywają w swoim własnym świecie, na plebs spoglądają z wysokiego zamku, okiem półboga. Pomimo porażek w rozgrywkach hiszpańskich, których w przywoływanych pięciu latach uzbierali mnóstwo, oraz tarapatów, w jakie wpadli na początku bieżącego sezonu, przy hymnie Ligi Mistrzów niesie ich poczucie własnej wartości o rozmiarach być może niedostępnych dla nikogo w Europie, wątpię, czy na manewr Ramosa (rezygnację z rewanżu z Ajaxem po wygranej 2:1) porwaliby się Gerard Piqué, Giorgio Chiellini albo liderzy defensywy z innych wielkich klubów. Czy byliby w ogóle w stanie o nim pomyśleć. Są w futbolu wyższe sfery, a gdzieś nad nimi unosi się Real Madryt.

18:53, rafal.stec
Link Komentarze (27) »
wtorek, 12 lutego 2019

Atalanta

Pozwólcie, że opowiem wam o ciekawej krainie, która leży nie aż tak daleko stąd – za ledwie kilkoma górami i lasami – ale niekoniecznie o niej słyszeliście. Choć powinniście słyszeć. Zwłaszcza teraz, gdy dzieją się rzeczy intrygujące, może nawet fascynujące, na pewno unikatowe w skali Europy.

Każdy, kto się tam urodzi, dostaje w prezencie koszulkę klubu piłkarskiego Atalanta. Dosłownie każdy – tradycja obejmuje wszystkie szpitale położnicze z miasta Bergamo lub przyległości, więc w ostatnim zarejestrowanym roku kandydatów na przyszłych fanów przyszło na świat 8702, począwszy od Jianlin, dziewczynki pochodzenia chińskiego.

Rodzinność klubu ucieleśniają też kolejni prezesi, niezmiennie wywodzący się z sąsiedztwa. Od 2010 roku rządzi Antonio Percassi – pełnił tę funkcję także w latach 90., wcześniej był w Atalancie piłkarzem (uciekł tylko na sezon wieńczący karierę, do Ceseny), uczył się tam wreszcie gry jako junior. Spędził z drużyną całe życie, godząc pasje sportowe z biznesem, i albo sam produkował kosmetyki czy buty, albo dawał się wynajmować globalnym markom, jak Victoria’s Secret, LEGO czy Nike. Podobnie przebiegały kariery jego poprzedników – raczej mecenasów niż sponsorów i menedżerów, nierzadko dziedziczących obowiązki z pokolenia na pokolenie. Władza należała m.in. do dynastii Ruggerich czy rodu Bortolottich, którego najstarszy przedstawiciel, o antycznym imieniu Achille, finansował jeszcze klinikę i dom spokojnej starości, a do pensjonariuszy zachodził pograć w karty.

Mamy więc młodocianych kibiców i dojrzałych prezesów, a między nimi zawsze byli piłkarze, czyli szczęściarze, którzy od dekad mogą liczyć na bardzo staranne wykształcenie. Atalanta świetnie bowiem szkoli i wyprawia w wielki świat (Dom Młodych i cały proces edukacji od ponad ćwierćwiecza nadzoruje oczywiście ten sam Mino Favini), tylko w ostatnich kilkunastu miesiącach eksportowała wychowanków do Juventusu (Mattia Caldara), Milanu (Franck Kessié, Andrea Conti) czy Interu (Roberto Gagliardini).

Zanim jednak bergamczycy wyruszą na podbój obcych muraw, zawsze zdążą trochę powygrywać. „Trochę” w liczbach bezwględnych, bo jak na swoje rozmiary osiągają mnóstwo – zdarzyło im się zdobyć Coppa Italia (dwukrotnie wystąpili w finale), a w Serie A spędzają właśnie 58. sezon, choć żaden inny klub z miasta o ludności mniejszej niż 150 tys. nie przetrwał tam nawet 40 edycji. Tymczasem Bergamo liczy ledwie 120 tys. Dlatego Atalanta  słynie we Włoszech jako największa wśród małych drużyn, dlatego dosłużyła się tytułu „Królowej Prowincji”. I jest dumna z pewnego nietypowego rekordu – otóż przed dwiema dekadami, grając w Serie B, awansowała do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów. To najlepszy wynik drugoligowca w dziejach kontynentalnych rozgrywek UEFA.

Ale wspominam o niej dzisiaj nie dlatego, że pięknie było kiedyś, w odległej starożytności, lecz dlatego, że tu i teraz jest piękniej niż kiedykolwiek w przeszłości. I z powodu treści, i z powodu formy. I dzięki wynikom, i dzięki sposobowi, w jaki Atalanta pruje po zwycięstwa.

Jej belle epoque otworzyło zatrudnienie Gian Piero Gasperiniego – słabiej obeznani z włoskim futbolem mogą kojarzyć go z pechowcem, którego Inter Mediolan wykopał kiedyś z pracy po pięciu meczach. W sezonie 2016/17 ten trener zaciągnął Atalantę na najwyższe w historii, czwarte miejsce w lidze (przywrócił jej europejskie puchary, po 26 latach przerwy). W sezonie 2017/18 podpisał swoim nazwiskiem siódme miejsce. W trwającym właśnie sezonie 2018/19 znów krąży w pobliżu podium, tracąc ledwie punkcik do Milanu – i właśnie tyle dzieli ich od pozycji, której zajęcie pozwoliłoby im zadebiutować Lidze Mistrzów. Im, dysponującym ledwie 14. budżetem płacowym w całej Serie A, od dekad totalnie zdominowanej przez kluby z metropolii.

Nade wszystko urzekają jednak piłkarze Gasperiniego stylem, w jakim rozprawiają się z bogatszymi od siebie. Zamiast szukać bowiem sposobu na ukrycie swych mankamentów – i uprawiać futbol ostrożny, wzorem innych drużyn świadomych swoich mankamentów – preferują grę bezkompromisową, pełną przygód i gwarantującą nieoczekiwane zwroty akcji. Ich skłonności ładnie oddają mecze z Romą, z którą dwukrotnie zremisowali 3:3, tyle że jesienią przeputali prowadzenie 3:1 (na wyjeździe), by przed dwoma tygodniami ocaleć pomimo przegrywania 0:3 (u siebie). Jeszcze efektowniej prezentuje się całokształt. Atalanta nastrzelała dotąd więcej goli niż ktokolwiek w Serie A, włącznie z hegemonem z Turynu, a ponieważ w rozgrywkach pucharach jeszcze bardziej nie zna umiaru, to w czołowych futbolowych państwach znajdziemy tylko cztery zespoły skuteczniejsze – Barcelonę (lider ligi hiszpańskiej), Borussię Dortmund (lider ligi niemieckiej), PSG (lider ligi francuskiej), Manchester City i Liverpool (liderzy ligi angielskiej). Na huczniejsze kanonady stać tylko absolutnych potentatów!

Kiedy grasz przeciwko Atalancie – nazwę wzięła z mitologii, zresztą klub ma przydomek Dea, czyli Bogini – niebezpieczeństwo grozi ci zewsząd. Możesz paść pod naporem Duvana Zapaty, kompletnie odmienionego napastnika z odzysku, który odpala pociski szybciej nawet od naszego Krzysztofa Piątka (18 goli w ostatnich 12 spotkaniach, jedyna taka seria w Europie!), a możesz oberwać od każdego z obrońców, którzy razem wzięci zdobyli już 16 bramek (znów: bezkonkurencyjni w czołowych ligach na kontynencie!). Zresztą ofensywne zasługi generalnie rozkładają się w Bergamo na tabun zawodników, pozostaje tylko wypatrywać, aż koledzy natchną Arkadiusza Recę i uziemiony Polak również wreszcie pouczestniczy w bajecznej podróży, być może niepowtarzalnej. Bo ile to jeszcze potrwa? Szczegółów nie znamy, ale wiadomo, że znacznie krócej niż wieczność.

Prezes Percassi, który ponoć już kilka razy podczas meczu prawie wykorkował, obwołuje teraźniejszość najwspanialszym okresem w dziejach klubu i przysięga, że Gasperiniemu, jeśli ten zechce, nie odbierze posady dozgonnie. Przysięga kłamliwie – los każdego trenera jest przesądzony w dniu podpisania kontraktu, trzeba tylko poczekać na kilka porażek, w sporcie nieuniknionych. Na razie jednak cała atalancka rodzima cieszy się chwilą, którą zrodziła, co dodatkowo interesujące, ucieczka od tradycji. Oto klub przyzwyczajony do uporczywego promowania wychowanków przystał na ściąganie piłkarzy zbieżnych ze specyficznymi wymaganiami Gasperiniego – a sam przetrzymuje obecnie na wypożyczeniu aż 76 zawodników (!), co stanowi prawdopodobnie rekord świata. W każdym ja nigdzie nie dokopałem się dłuższej listy.

Próbowałem też wynaleźć jakąś włoską drużynę, która w bieżącym sezonie dostarczałaby tzw. bezstronnym widzom intensywniejszych wzruszeń. Nie zdołałem. Poczytałem więc o antycznej Atalancie, która z niechęci do zamążpójścia rzuciła adoratorom szczególne wyzwanie  – oświadczyła, że poślubi tylko mężczyznę potrafiącego pokonać ją w biegu, a jeśli to ona prędzej wpadnie na metę, zalotnika zabije. Okrutne. I radykalne jak usposobienie Atalanty. Jako wielbiciel przygotowuję się psychicznie, że z jej powodu może zginąć nawet mój Milan (rywalizują o awans do Ligi Mistrzów, bezpośrednie starcie w sobotę). Wiem przecież, że gdyby zliczyć wyniki z ostatnich trzech sezonów, to miałaby okazalszy bilans niż obaj jej sąsiedzi ze stadionu San Siro i okazałaby się najsilniejsza w regionie. Widziałem też, jak przed kilkoma chwilami zrównała z murawą Juventus, wyrzucając go z Coppa Italia. Uśmierciła obrońców trofeum, którzy zamierzali podnieść je po raz piąty z rzędu.

Wygrała 3:0. Ależ ciosy spadły na turyńczyków! Odkąd do szatni Juve przed pięcioma laty wszedł trener Massimiliano Allegri, tak brutalnie potrafiły zdzielić ich tylko Barcelona oraz Real Madryt.

23:33, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
środa, 30 stycznia 2019

AC Milan, Krzysztof Piątek, Robert Lewandowski, Arkadiusz Milik

I tak oto zupełnie niespodziewanie, nie wiadomo skąd i dlaczego, nasz legendarny brak futbolowego systemu szkolenia zyskał w Europie markę. Zaczął być kojarzony nie z pojedynczym nazwiskiem, lecz z konkretną, wymagającą wysokich kwalifikacji specjalizacją. Obcokrajowcy nam zazdroszczą, i nie mówię tu o byle obcokrajowcach prowincjuszach z zapadłych dziur, mówię o obcokrajowcach, którzy w naszych oczach należą do lepszego świata. Nawet oni rozpoznają polski znak jakości.

Ale po kolei.

Niniejszą notkę powinienem oczywiście poświęcić wiadomemu napastnikowi, który od weekendu zaszczyca swoją obecnością skład AC Milan, ale zajmowałem się nim w trzech poprzednich wpisach, a przez ponad 11 lat istnienia bloga jeszcze nigdy nie zdarzyło się – jestem tego absolutnie pewien – żebym zaatakował czytelników tak monotematyczną serią, skupioną na sylwetce jednego człowieka. Aż nadto wystarczy nam egzaltacji redaktorów „La Gazzetta dello Sport”, którzy zdjęcie Krzysztofa Piątka wywalali na okładkę 11 z 13 ostatnich wydań (!) tego największego włoskiego dziennika sportowego. Niech się podniecają, my do swoich goleadorów przywykliśmy i będziemy reagować ze stonowaną godnością, dostojnie.

Nie ucieknę jednak od 23-letniego piłkarza jako elementu współtworzącego polski tercet kanonierów. Robert Lewandowski, Arkadiusz Milik i Krzysztof Piątek to przecież eskadra, jakiej pragnęliby selekcjonerzy niemal wszystkich drużyn narodowych w Europie. Nawet jeśli nie sposób upchnąć wszystkich w podstawowym składzie, to gwarantują najwyższy komfort – siły ognia nie odbierze reprezentacji kontuzja, w razie czyjegoś słabego meczu lub zmęczenia można w trakcie gry sięgnąć do fantastycznie wyposażonej rezerwy. Wszyscy reprezentują renomowane kluby, wszyscy prawdopodobnie zagrają w następnej edycji Ligi Mistrzów, wszyscy kręcą się wokół szczytu klasyfikacji strzelców rozgrywek krajowych. Gdybyśmy chcieli wskazać nacje bogatsze lub porównywalnie bogate na środku ataku, to poprzestalibyśmy na Anglii, gdzie są Harry Kane, Marcus Rashford i Raheem Sterling (trochę naginam, to skrzydłowy), Francji dysponującej Kylianem Mbappe, Antoine’em Griezmannem i choćby Alexandrem Lacazatte’em, Hiszpanii mającej Paco Alcácera, Diego Costę i Álvaro Moratę, oraz Belgią uzbrojoną w Romelu Lukaku i Driesa Mertensa. To tyle. A już bez chwili zawahania każdego z naszych snajperów adoptowaliby podziwiający ich z bliska Niemcy, którzy potrafią łatać środek ataku niejakim Markiem Uthem, oraz Włosi, którzy rozważają powrót do powoływania Fabio Quagliarelli, weterana już 36-letniego (jutro obchodzi urodziny, a gra wspaniale, to fakt). Naprawdę, na tle Europy czerpiemy ze złóż arcybogatych, trener Jerzy Brzęczek ma napastników jak Holandia tulipanów, jak Brazylia kawy, jak Kongo koltanu. Możemy się asekurować, apelować o umiar w rozsypywaniu komplementów, zamartwiać się, czy aby jutro Piątek się nie zablokuje. Ale są jeszcze twarde dane. Nasze trio nastrzelało już w bieżącym sezonie klubowym 57 goli.

Co oczywiście ani nie obiecuje sukcesu w futbolu reprezentacyjnym, który wymaga porządnego obsadzenia innych części boiska oraz porządnego pomysłu na grę, ani nie czyni z naszego kraju kopalni talentów. Sprawia jednak, że Polska staje się międzynarodowo rozpoznawalna jako fabryka napastników. No, może minifabryka. Wpiszcie sobie w rozmaite internetowe wyszukiwarki zbitkę nazwisk Lewandowski, Milik i Piątek, a przekonacie się, że nie tylko my, spoglądający na na rzeczywistość przez biało-czerwony filtr, zauważyliśmy zjawisko – znajdziecie westchnienia do naszych napastników we wszystkich językach świata.

Na moją wyobraźnię wciąż ze szczególną mocą działa przypadek Mariusza Stępińskiego, któremu ostatnio trudno dochrapać się choćby powołania do szerokiej polskiej kadry – nie wspominając o wpuszczeniu go na boisko. Kopie w słabiutkiej drużynie, ale w minionych 10 miesiącach wbijał gole kolejno: Milanowi, Napoli, Interowi, Crotone, Juventusowi, Romie, Cagliari, Parmie i Fiorentinie. Przecież ten facet dekadę temu zmonopolizowałby czołówki wszystkich polskich mediów sportowych, klękalibyśmy i wyśpiewywali serenady, z lotniska na zgrupowanie reprezentacji podróżowałby niesiony w lektyce! A dzisiaj selekcjoner wyniośle go ignoruje, nie wywołując w dodatku niczyjego oburzenia. Już całkiem zapomnieliśmy, że polski gol w Serie A padał z grubsza raz na 10 lat, choć doświadczaliśmy tej klęski żywiołowej całkiem niedawno, właściwie przed kilkoma chwilami.

Skąd się wzięła zmiana, jeszcze nie ustalono, nadal obowiązuje konsensus o beznadziejnej organizacji naszej piłki, który zresztą zasadniczo podzielam. Tym więcej przyjemności daje ów paradoks – oto akurat w mrocznych czasach dla polskiej reprezentacji i polskich klubów pojawił się efektowny polski znak firmowy. Za mojego świadomego życia świat łączył z naszym futbolem co najwyżej niezłą szkołę bramkarzy, teraz na horyzoncie rozbłysnął zalążek szkoły napastników. I nieważne, czy ona istnieje, czy w żadnym razie nie istnieje, nikt nam nie każe ujawniać całej prawdy, nikt niczego nie zdemaskuje, z niczego nie musimy się przed nikim tłumaczyć, wszak stare piłkarskie porzekadło głosi, że liczy się to, co w sieci.

poniedziałek, 28 stycznia 2019

O Krzysztofie Piątku jako opowieści z innej epoki, z czasów, gdy w futbolu istniała jeszcze tajemnica. Cotygodniowy felieton do „Gazety” można przeczytać tutaj.

środa, 23 stycznia 2019

AC Milan, Krzysztof Piątek

Kiedy skuteczny środkowy napastnik zmienia klub na znacznie silniejszy, zakładamy, że zacznie strzelać jeszcze więcej goli niż strzelał. Dotyczy to również Krzysztofa Piątka, choć naczytałem się już tu i ówdzie, że w Milanie snajperów nęka jakaś tajemnicza klątwa – nikomu tam od lat nie wychodzi.

Prawda jest nieco bardziej przygnębiająca. Otóż tej drużynie, zasilanej najwyższym po Juventusie budżetem płacowym w lidze włoskiej, od baaardzo dawna dramatycznie brakuje kreatywności, pomysłu na ofensywę, schematów pozwalających regularnie zagrażać bramce rywala. Gdyby nie istniał Manchester United, to ogłosiłbym wręcz, że wśród renomowanych europejskich firm futbolowych nie istnieje żadna, która w minionych latach osiąga tak mało za tak gigantyczne pieniądze (Legia jednak nie jest aż tak renomowana). I napastnik czuje się tam trochę jak żołnierz, któremu rozkazują strzelać, choć trzyma giwerę z pustym magazynkiem.

W bieżącym sezonie Milan zdobywa średnio 1,4 bramki na mecz, plasuje się pod tym względem w połowie tabeli, częściej fetują swoich piłkarzy nawet fani Sassuolo czy Sampdorii. W poprzednich edycjach rozgrywek wyglądało to niemal identycznie – ten sam wskaźnik wynosił, cofając się w czasie, 1,47; 1,5; 1,29 bramki na kolejkę.

Co gorsza, skandaliczne statystyki w żadnym razie nie wynikają z nieporadności piłkarzy odpowiedzialnych za wykańczanie akcji ofensywnych. W tym sezonie mediolańczycy strzelili 28 goli przy liczbie 28,16 tzw. goli oczekiwanych. Na wszelki wypadek, gdyby ktoś nie znał: to oparty o analizę gry współczynnik sugerujący, ile razy zespół „powinien” trafić do siatki, biorąc pod uwagę okoliczności, w jakich gracz uderza na bramkę (skąd, nogą czy głową, po dobitce czy podaniu etc.). Polegający na gigantycznej bazie meczowych danych algorytm szacuje prawdopodobieństwo, że w danej sytuacji padnie bramka.

Słowem, liczby oddają poziom ofensywnej aktywności Milanu. Milan zdobywa z grubsza tyle bramek, na ile zasługuje. Owszem, do Gonzalo Híguaina można zgłaszać pretensje, bo zamiast trafiać z efektywnością powyżej średniej, zszedł ciut poniżej (wbił sześć goli, jego xG przekracza minimalnie siedem). Generalnie jednak wkomponował się on w grupę niezdolną do regularnego napadania na wrogie pole karne. Dotąd Argentyńczyk oddawał się intensywnej kanonadzie wszędzie, gdzie grał, od Realu Madryt przez Napoli po Juventus – zablokował się dopiero na San Siro. Tam, gdzie od lat szczytem możliwości wydaje się piłkarska solidność i, mówiąc żargonem tzw. ekstraklasy, rozgrywanie „typowych meczów walki”, natomiast w okresach słabszych uprawia się styl gry wyzuty z idei, kompletnie nieznośny w odbiorze. Tam, gdzie od kilku lat polega się zasadniczo na błyskotliwości Suso, czyli skrzydłowego od indywidualnych zrywów, który potrafi każdego przedryblować i albo podarować asystę, albo samemu uderzyć.

Dlatego w bieżącym sezonie tylko cztery drużyny Serie A mają w składzie najlepszego strzelca z dorobkiem uboższym niż najskuteczniejszy wśród mediolańczyków Híguain – Frosinone, Chievo, Bologna oraz Sassuolo. Dlatego w minionym sezonie główny snajper drużyny, Patrick Cutrone, uciułał ledwie 10 trafień i w ligowym rankingu zajął ex aequo miejsca 19-23. Dlatego kompletnie zawiódł André Silva (kosztował nawet więcej niż Piątek), który gdzie indziej swobodnie bryka sobie po polach karnych. Dlatego żałosne statystyki od lat mają wszyscy środkowi napastnicy (wyjątek stanowi tylko epizod z Carlosem Baccą, zdołał uzbierać 18 bramek w sezonie ligowym), dlatego Milan od lat nie miał nikogo z realnymi szansami na koronę króla strzelców Serie A.

Dlatego wreszcie przed Piątkiem niebagatelne wyzwanie, poważniejsze niż się zdaje. W tekście do gazety napisałem, że na San Siro „gole nie spadają napastnikowi z nieba”, ale ująłem to zbyt łagodnie – tam trzeba je sobie wyszarpać. Teoretycznie Polak znajduje się w sytuacji komfortowej, bo o miejsce w składzie konkuruje tylko z Cutrone – zawodnikiem o zbliżonej charakterystyce, obaj w przeciwieństwie do Híguaina nie nadają się do obmyślania gry kombinacyjnej. Sprzyjać może mu też przylot Lucasa Pacquety, brazylijskiego młodzieńca reklamowanego jako spadkobierca Kaki, który nada mediolańczykom ofensywnego polotu. Generalnie jednak dołącza do grupy z przewlekłym defektem, do środowiska oswojonego z przeciętnością. Znamienne, że obaj pozyskani ostatnio przez Milan właściciele słynnych nazwisk, Híguain i Leonardo Bonucci, błyskawicznie stamtąd uciekli.

I wciąż bardziej prawdopodobne wydaje się, że więcej goli w lidze niż Piątek – nawiasem mówiąc, napastnik harujący jak wół, to jego chyba zbyt rzadko podkreślana zaleta – nastrzela w tym sezonie rozpędzony Arkadiusz Milik, który w niedzielę rozegrał, jak nieśmiało przypuszczam, swój życiowy mecz. W każdym razie zanosi się na wyścig intrygujący, nawet pasjonujący. Wyścig, jakiego polski kibic jeszcze nie widział.

20:40, rafal.stec
Link Komentarze (22) »
poniedziałek, 21 stycznia 2019

Najnowsze wieści są takie, że Leo Messi (wkrótce skończy 32 lata), Cristiano Ronaldo (34), Robert Lewandowski (31) i jeszcze paru innych wcale nie zamierzają posłusznie schodzić ze szczytu. Nie, oni prawdopodobnie jeszcze swojego szczytu nie osiągnęli. Coponiedziałkowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

wtorek, 15 stycznia 2019

AC Milan, Krzysztof Piątek

Pozwolę sobie na intymne wyznanie, a co mi tam. Otóż nigdy, przenigdy nie miałem ochoty oglądać polskiego piłkarza w koszulce mojej ulubionej drużyny.

Ilekroć wyobraziłem sobie Lewandowskiego w Milanie, sztywniałem przerażony. To byłby kibicowski koszmar, myślałem, to byłoby wieczne potępienie na samym dnie piekła, rzęziłbym, nie zniósłbym gromadnego, jazgotliwego spoglądania na Milan przez nadwiślański biało-czerwony mikroskop, spoglądania zredukowanego do modlitwy o gola „naszego rodaka”, nie wytrzymałbym tego świętego oburzenia, że skrzydłowy mu nie podał, tylko sam strzelał, tego wrzaskliwego łajania Suso, że zachował się haniebnie jak Robben, egoista zakichany i w ogóle dzban. Bardzo bałem się wreszcie nieustającego ogólnonarodowego gaworzenia o drużynie z San Siro – klub, który nie obchodził u nas prawie nikogo, znienacka zacząłby obchodzić wszystkich, otaczaliby mnie wyłącznie najtężsi znawcy spraw mediolańskich, nie dałoby się od harmidru uciec, nasz chłopak grałby w SŁYNNYM Milanie. Eurowizja na sterydach. Trwająca w kółko, przez okrągły sezon po sezonie.

Lęki wzięły się stąd, że jako indywiduum wybitnie niestadne – tym bardziej: nieplemienne – cierpię na mentalną aberrację. Nie przepadam mianowicie za całodobowym, nachalnym epatowaniem patriotyzmem (poza wyjątkowymi okazjami kochajmy Polskę po cichu, segregując śmieci i zagadując samotnie mieszkających sąsiadów, czy wszystko u nich w porządku) i nie przepadam za kibicowaniem w zbyt gęstej ciżbie ludzi, mainstreamowość Milanu mi przeszkadza, w chwilach desperacji roiłem sobie wręcz, że posiadłem go na własność, jestem jedynym fanem rossonerich w galaktyce, obsadzam sobą zarówno cały sektor rodzinny, jak i sektor ultrasów, niech mi się nikt nie wtrąca. A teraz miałbym jeszcze wysłuchiwać spazmów brzmiących prawie jak tamte z czasów „polskiej Borussii”?! Giń, przepadnij, siło nieczysta.

Perspektywę transferu Krzysztofa Piątka – chyba nieuniknionego, o ile w ostatniej chwili do licytacji nie dołączy Real Madryt – powinienem więc przyjmować zrozpaczony. Nie dość, że biorą Polaka, to jeszcze biorą nawiedzonego goleadora, będzie odpalał fajerwerk za fajerwerkiem, będzie ekstaza i uniesienie, wykończy mnie już pierwsza połówka sezonu. Tymczasem dzieje się inaczej, jestem podekscytowany. Zorientowałem się, że nie widzę w Piątku piłkarza polskiego, lecz napastnika o niesłychanym instynkcie snajperskim. Takiego, co to uwodzi mnie i fabułą (błyskawicznym, niemal bajkowym podbojem Italii), i jesiennymi meczami, w których wyglądał świetniej niż obiecująco nawet wtedy, gdy zderzał się z potentatami Serie A, w ataku sobie nie mógł poszaleć, schodził z boiska bez gola. Bo wyciskał maksimum. Jeśli znajdował między sobą i bramką półcentymetrową lukę, to choćby akurat stał na głowie, oddawał arcygroźny strzał. Predator.

Dziwi mnie nawet, że Piątek przyjmuje ofertę – jeśli ją przyjmie – z klubu tak przeciętnego. Grającego byle jak w bieżącym sezonie, grającego jeszcze marniej w sezonach minionych. Do Ligi Mistrzów nie zajrzał Milan od wiosny 2014 roku (Lewandowski kopał wówczas jeszcze na chwałę Dortmundu!), z Ligi Europy wykopał go w jesiennej fazie grupowej Olympiakos Pireus. Bieda aż piszczy. Spada nam nowy napastnik z nieba, trzeba go fetować bez względu na pochodzenie i nadciągającą paradę januszy. To nic zdrożnego, że ktoś jest Polakiem. Wybaczę wszystkim wszystko, byle Piątek strzelał.

Tagi: AC Milan
20:26, rafal.stec
Link Komentarze (27) »
wtorek, 08 stycznia 2019

Wisła Kraków nie jest ofiarą, Wisła różni się od reszty naszego krajobrazu w mniejszym stopniu, niż nam się zdaje. Poniekąd każdy sponsor polskiej piłki – dosłownie: każdy – płaci haracz mierzony twardą walutą bądź skalą etycznego kompromisu. Cotygodniowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

12:58, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
niedziela, 06 stycznia 2019

Walery Łobanowski

Zmarł młodo, w 2002 roku – na udar mózgu. Gdyby żył, skończyłby dzisiaj 80 lat.

Choć w sporządzanych przez fachowców rankingach wszech czasów plasuje się wysoko, to wśród głównych myślicieli futbolu wymienia się go mimo wszystko stosunkowo rzadko. Wiadomo – pochodzi z dzikiego wschodu, jego refleksje zapisywano głównie cyrylicą, a szyld „Związek Radziecki”, pod którym pracował, nie kojarzy się dobrze. Zresztą dobrej prasy nie miał Walery Łobanowski nawet wśród swoich.

A jednak należy do gigantów, czołowych innowatorów, z jego teorii czerpali najwięksi trenerzy, także znacznie sławniejsi. Był pionierem w traktowaniu najpiękniejszej z gier jako dziedziny nauk ścisłych, twierdził, że nie rozumie konceptu „atrakcyjnego futbolu”, mecz uważa za wojnę, jedynym celem jest pokonanie przeciwnika. Chociaż jego drużyny często grały ładnie.

– Najważniejsza w życiu jest dla mnie piłka, zaraz za nią piłka i na kolejnych dziesięciu pozycjach również piłka, a dopiero później cała reszta – mówił wywodzący się z polskiej szlachty kijowianin, z którego nazwiskiem łączą się wszystkie reprezentacyjne i klubowe sukcesy radzieckiej piłki ostatnich 20 lat istnienia ZSRR. Z kadrą narodową zdobył srebro mistrzostw Europy – pamiętam, że w przeciwieństwie do wszystkich otaczających mnie dorosłych kibicowałem w finale jej, a nie Holandii, jako niespełna dwunastoletni brzdąc na polityce się nie wyznawałem.

Po raz pierwszy o Łobanowskim zrobiło się naprawdę głośno w 1975 roku, kiedy prowadzone przez niego Dynamo Kijów najpierw sięgnęło po Puchar Zdobywców Pucharów, by w walce o Superpuchar Europy dwukrotnie pokonać Bayern Monachium. Ów wielki Bayern – z mistrzami świata Seppem Maierem, Franzem Beckenbauerem, Gerdem Müllerem czy Karlem-Heinzem Rummenigge.

Łobanowski zawsze i aż do przesady stawiał na grupę, nie znosił nie tylko gwiazdorstwa, ale nawet indywidualizmu. – Tacy gracze jak Ronaldo [brazylijski - przyp. red.] opóźniają rozwój futbolu – powtarzał z przekonaniem. – Dostają pieniądze, na które nie zasługują. Myślą, że rozwijają się we właściwym kierunku, a nie mają pojęcia, czego wymaga nowoczesna piłka nożna. Nigdy nie wziąłbym do swojej drużyny Alana Shearera. Doskonały gracz to 1 procent talentu i 99 proc. ciężkiej pracy – dodawał.

Jednak kiedy w 1996 roku po kilkuletnim pobycie na Bliskim Wschodzie, gdzie prowadził reprezentacje Zjednoczonych Emiratów Arabskich oraz Kuwejtu, triumfalnie powrócił do Kijowa i poprowadził Dynamo do półfinału Ligi Mistrzów, nazwiska jego graczy poznał cały kontynent. Silvio Berlusconi jako właściciel AC Milan rzucił fortunę za Andrieja Szewczenkę, którego uhonorowano potem, już po śmierci ukraińskiego trenera, Złotą Piłką, czyli najcenniejszym wyróżnieniem dla boiskowych solistów. Tamten napastnik, mój rówieśnik, był twarzą innej superdrużyny, którą zaliczam do ulubionych – kijowianie potrafili rozbić Barcelonę 4:0 na Camp Nou, potrafili też pokonać 2:0 madrycki Real, i to oni powinni byli stawiać się Manchesterowi United w niezapomnianym finale w 1999 r. Niestety, nie dali rady Bayernowi. Prawie wszystkie gole wbijał wówczas właśnie Szewczenko, wraz z Serhijem Rebrowem tworzący duet napastników, do którego mam sentyment jako chyba do żadnego innego.

Wychował ich autentyczny fanatyk, pasję do futbolu łączący z pasją do obliczania wszystkiego, co się da obliczyć. W dzieciństwie i młodości Łobanowski biegał za piłką przed lekcjami, po lekcjach, a nierzadko również zamiast lekcji, ale nigdy nie miał kłopotów z nauką. Wręcz przeciwnie, jego rówieśnicy wspominali, że często szukali Walerego na miejskich boiskach, szukając pomocy przed wyjątkowo trudnymi testami z algebry. Zdobywał zresztą medale na olimpiadach matematycznych. Całe życie powtarzał, że „wszystko jest cyfrą”, i stąd wziął się jego specyficzny stosunek do futbolu – pragnienie opracowanie idealnego algorytmu gry, o której sensie stanowi relacja między jednostką a współtworzoną przez nią zbiorowością, czyli między elementem systemu i systemem. Jonathan Wilson w „Odwróconej piramidzie”, kanonicznym dziele o historii taktyki piłkarskiej, pisał o Łobanowskim tak: „Dorastał w czasach obsesji na punkcie postępu naukowego. Był zaledwie nastolatkiem, gdy w ZSRR powstała pierwsza elektrownia jądrowa. Wkrótce potem posłano w kosmos Sputnika, a Kijów stał się centrum przemysłu komputerowego”. Tam, gdzie ukraiński – radziecki – trener studiował inżynierię grzewczą, powstał pierwszy instytut cybernetyki, który stał się światowym liderem w dziedzinie zautomatyzowanych systemów kierowania, sztucznej inteligencji oraz modeli matematycznych, to właśnie w Kijowie opracowano prototyp współczesnego komputera osobistego. I właśnie na politechnice Łobanowski zafascynował się możliwościami maszyn obliczeniowych.

Zanim cała Europa poznała efekty jego prekursorskiej myśli szkoleniowej, był zdolnym zawodnikiem, choć nie osiągnął sukcesów na miarę możliwości. Na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie flegmatyka, nawet leniucha. Biegał po lewym skrzydle, ale zupełnie nie odpowiadał ówczesnym wyobrażeniom o zawodniku grającym na tej pozycji, zwykle niskim, silnym i przede wszystkim piorunująco szybkim. Łobanowski był wysoki i długonogi, poruszał się dość niezgrabnie, tylko nieprawdopodobny drybling pozwalał mu z łatwością mijać obrońców. W latach 1958-68 strzelił 71 goli w lidze, większość bardzo pięknych. Jego popisowym zagraniem był „bananowy strzał” lub „suchy liść”, czyli zawijasowate uderzenie na bramkę rywala z końcowej linii boiska. Radzieccy defensorzy nadali mu przydomek „Sznurek”, zarówno ze względu na smukłą sylwetkę, jak i umiejętność minięcia rywala na bardzo wąskim fragmencie boiska.

Mimo nieprzeciętnego talentu Łobanowski nie zrobił wielkiej kariery – był podatny na kontuzje, a z futbolem próbował godzić naukę. Kiedy po raz pierwszy zdobywał z Dynamem tytuł mistrza kraju (jeszcze jako piłkarz), kończył równocześnie kijowską politechnikę. Sukcesy osiągnął dopiero jako szkoleniowiec.

Już jako piłkarz miał wiele pomysłów dotyczących strategii i taktyki, których nie krył przed klubowym trenerem, co nieuchronnie prowadziło do konfliktu. W 1964 r. po meczu ligowym skrytykował ówczesnego szkoleniowca Dynama Wiktora Masłowa, który przestawał wystawiać go w pierwszym składzie. Po latach już jako trener Łobanowski przyznał, że całkowicie zgadza się z postępowaniem przełożonego Masłowa wobec niesubordynowanego podwładnego Łobanowskiego. Co ładnie oddaje ewolucję słynącego z żelaznej ręki Ukraińca – jako piłkarz nieustannie walczył o swoją niezależność, jako trener u piłkarzy ostro ją zwalczał.

Szkoleniowe sukcesy Łobanowski zaczął odnosić bardzo szybko. Już w 1971 roku (miał ledwie 32 lata) wprowadził do pierwszej ligi prowincjonalne Dnipro, by po dwóch sezonach wrócić do Kijowa i natychmiast zdobyć dublet w rozgrywkach krajowych. Wówczas po raz pierwszy przylgnął do niego pseudonim „Wahadło” ze względu na charakterystyczne ruchy, jakie wykonywał na ławce trenerskiej. Prawdziwą furorę zespół Łobanowskiego zrobił w sezonie 1974/75, wygrywając absolutnie wszystko: ligę, krajowy puchar, PZP i Superpuchar Europy (po wspomnianym triumfie nad Bayernem), a Oleg Błochin został uznany za najlepszego piłkarza kontynentu.

Wtedy też Łobanowski stał się współautorem rekordu, który można wyrównać, ale który nigdy nie zostanie pobity. Reprezentacja ZSRR zagrała dwa mecze w całości złożona z graczy Dynama. Kijowianie w narodowych barwach pokonali w eliminacjach ME Turcję 3:0 oraz Irlandię 2:1. Zawodnik był dla niego tylko elementem systemu, więc po co miał trwonić czas na wmontowywanie w drużynę elementów obcych?

Przełomowym momentem w życiu Łobanowskiego był rok 1968, kiedy poznał Anatolija Zieleńcowa, specjalistę od bioenergetyki, szefa i pomysłodawcę Centrum Naukowego założonego przez Dynamo w latach 70. – Kiedyś Walery powiedział mi na przyjęciu przy świadkach: „Gdyby nie ty, nigdy bym nie zabłysnął jako szkoleniowiec. Zawdzięczam ci całą moją wiedzę, umiejętności i rozumienie futbolu” – chwalił się potem Zieleńcow. To on współtworzył zespół naukowców, który odpowiadał za bazę danych zawierającą informacje o każdym zawodniku klubu. – Staramy się w pełni wykorzystać potencjał graczy. W oparciu o badania tworzymy indywidualne programy treningowe, by maksymalnie wykorzystać ich predyspozycje. W bazie mamy kartoteki wszystkich, którzy przewinęli się przez zespół w ciągu ostatnich dziesięciu lat, niezależnie od tego, na jak długo u nas zostali. Pracujemy nad różnymi modelami gry i treningu. Chcemy znaleźć model idealnych zachowań piłkarza w określonych sytuacjach na boisku – wyjaśniał ukraiński naukowiec. Jeszcze jeden skrócony cytat z księgi Wilsona, podpisany przez obu współpracowników, Łobanowskiego i Zieleńcowa: „Gdy mówimy o ewolucji taktycznej, mamy na myśli opracowywanie ciągle nowych sposobów gry, by utrudnić rywalowi dostosowanie się do naszego stylu. Gdy mu się to uda i stworzy plan przeciwdziałania, należy znaleźć nową strategię. Na tym polega dialektyka futbolu”.

Te koncepcje służyły nie tylko wychowankom kijowskiego potentata. W latach 1978-82 korzystała z nich m.in. reprezentacja Włoch, która na MŚ w Hiszpanii wzięła złoto. Zieleńcowa zapraszały również niemieckie szkoły trenerskie, gdzie jego wykładom przysłuchiwał się m.in. Franz Beckenbauer. A przemawiał w specyficzny sposób, jakby relacjonował eksperymenty przeprowadzone na szczurach laboratoryjnych.

Mimo bezdyskusyjnych osiągnięć Łobanowski nigdy nie miał dobrej prasy. Nawet kiedy wyniki potwierdzały słuszność jego decyzji, krytykowano graniczący z cynizmem pragmatyzm jego myśli szkoleniowej, o której niektórzy mówili nawet, że hamuje rozwój radzieckiego futbolu. Zarzucano mu też, że ściąga najlepszych zawodników z całego kraju, nie mając zamiaru wystawiać ich w pierwszym składzie. – Lepiej, żeby siedzieli obok mnie na ławce, niż strzelali gole mojemu zespołowi – odpowiadał.

Piłkarze też za nim nie przepadali, uważając go za lodowatego technokratę, który odbiera im prawo do posiadania własnej opinii. Ale Łobanowski nigdy nie przejmował się ani porażkami, ani krytyką. – Cierpliwość, cierpliwość, praca, praca – odpowiadał pytany o tajemnicę sukcesów. – Nie zmieniaj niczego, nawet kiedy przegrywasz. Porażki są częścią drogi do zwycięstw. W 1984 zajęliśmy dziesiąte miejsce w lidze. Na szczęście dla klubu nie zostałem zwolniony i w następnym sezonie sięgnęliśmy po tytuł i Puchar Zdobywców Pucharów – perorował trener, który chyba nigdy nie czuł pełnej satysfakcji. Nawet w okresach masowego wygrywania stale zwiększał intensywność ćwiczeń, wywołując bunty wśród podwładnych, którym zdarzało się nawet ogłaszać strajk.

Życiowy sukces miał szansę odnieść na meksykańskim mundialu w 1986 roku. Prowadzona przez niego reprezentacja ZSRR, okrzyknięta rewelacją turnieju, przeszła jak burza fazę grupową, rozbijając Węgry 6:0, by w 1/8 finału pechowo ulec Belgom, którzy zdobyli dwie bramki z ewidentnych spalonych. Jednak prasa nie zostawiła na Łobanowskim suchej nitki dopiero cztery lata później. Na MŚ we Włoszech ZSRR nie wyszedł nawet z grupy i na ukraińskiego szkoleniowca zwaliła się lawina obelg. Małomówny Łobanowski nie miał zamiaru tłumaczyć się z niepowodzeń. Wyjechał na Bliski Wschód, gdzie prowadził reprezentacje Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Kuwejtu.

Kiedy wrócił i w Lidze Mistrzów rozszalało się jego Dynamo (w dwumeczu z Barceloną było 7:0!), już nawet adwersarze przyznawali, że wyprzedził epokę. Atletyczną kijowską piłkę, opartą na pełnej wymienności funkcji, perfekcyjnym przygotowaniu fizycznym i różnorodności schematów, opiewali wszyscy znawcy, w ankiecie tygodnika „Kicker” najświetniejsi trenerzy i piłkarze uznali Łobanowskiego za jedną z największych postaci w historii futbolu. Dynamo zajęło ósmą pozycję, lokując się pomiędzy Benficą Lizbona i Juventusem Turyn, a Johan Cruyff umieścił kijowian nawet w pierwszej trójce, obok Ajaksu i Milanu. – Co z tego, że Real dziewięć razy zdobywał europejskie puchary – wyjaśniał Holender. – Łobanowski potrafił zbudować zespół, który utrzymał równą formę przez dwie dekady, mimo że korzystał jedynie z rodzimych zawodników, a ZSRR nie jest przecież kopalnią piłkarskich talentów.

Dla kolegów po fachu ukraiński szkoleniowiec był wówczas wzorem. „Kiedy Arrigo Sacchi osiągał największe sukcesy z Milanem, korzystał z metod Łobanowskiego jak z przewodnika” – pisało „Corriere dello Sport”. – Wiele jego koncepcji zyskało ogromną popularność w Serie A. Bardzo zmienił włoską piłkę, która stała się agresywna i dynamiczna. Wszyscy wiemy, ile zawdzięcza mu futbol – mówił Marcello Lippi, kiedy prowadził jeszcze Juventus. – Spotkałem go kiedyś na międzynarodowym seminarium i wywarł na mnie ogromne wrażenie. Jest nie tylko piekielnie inteligentny, ale i niezwykle charyzmatyczny i sprytny.

Chociaż futbolowi Łobanowski poświęcił się bez reszty, podczas meczów na jego twarzy trudno było dostrzec jakiekolwiek oznaki emocji. Niezależnie od tego, czy jego zespół zdobywa, czy traci bramkę, pozostawał tak samo niewzruszony. To najbardziej nieruchomy trener, jakiego widziałem w życiu, skrajne przeciwieństwo rozskakanych furiatów w typie Diego Simeone czy Antonio Conte.

A miał co fetować. Z Dynamem zdobył osiem tytułów mistrza ZSRR i pięć Ukrainy, dziewięć razy wygrywał krajowy puchar, dwukrotnie sięgał po PZP, raz po Superpuchar Europy – spędził w kijowskim klubie z przerwami 20 lat. Wschodnia wersja Alexa Fergusona, tyle że bogatsza o sukcesy reprezentacyjne. Z radziecką kadrą wygrał Łobanowski srebrny medal mistrzostw kontynentu w 1988 roku, a dwa lata wcześniej została ona uznana przez branżowy (i prestiżowy) magazyn „World Soccer” za drugi zespół na planecie, ustępujący jedynie mistrzom świata – Argentynie.

Ambicje Łobanowskiego nie kończyły się jednak na wyniku. Wielokrotnie przytaczano jego reakcję na zdobycie mistrzostwa kraju, gdy wygrywał je jeszcze jako zawodnik. Oświadczył wtedy, że spełnione marzenie przestaje być marzeniem, pochwały uznał za bezpodstawne, nie chciał ich wręcz przyjąć, zawyrokował, że drużyna grała kiepsko, ale zdobyła więcej punktów niż drużyny grające jeszcze gorzej, a potem wyłożył – pewnie nieświadomy znamienności wypowiadanych zdań – swoje przyszłe trenerskie kredo.

Wyjaśnił mianowicie, że prawdziwego naukowca nie cieszy uzyskanie magisterium, doktoratu ani habilitacji. Że prawdziwy naukowiec chce wpłynąć na rozwój swojej dziedziny. Odcisnąć piętno. Zrewolucjonizować ludzkie myślenie.

Nęka mnie podejrzenie, że Łobanowski nie był w pełni usatysfakcjonowany swoimi osiągnięciami. Chociaż powinien.

20:55, rafal.stec
Link Komentarze (19) »
sobota, 05 stycznia 2019

Sportowiec roku 2018. I Umberto Boccioni, czemu nie

Zanim wystartowała impreza, podczas której Kamil Stoch znów zostanie obwołany sportowcem roku (errata: jednak Bartosz Kurek! ale numer!), patrzyłem na mecz na szczycie włoskiej ligi siatkarzy ­– między Trentino a Perugią, dla której zbija Wilfredo León. Kubańczyk z pochodzenia i Polak z wyboru wypadł słabo, ale pozostaje graczem numer jeden na świecie, w skali sezonu nie ma w Serie A konkurencji. Dlatego skłonił mnie do refleksji o kandydatach na kolejnych herosów naszego sportu. Takich, których kariery uważnie śledzę i/lub szczególnie kibicuję. Idoli jutra. Krótki subiektywny wybór podaję w porządku nieprzypadkowym, od urodzonych najpóźniej do najstarszych.

Iga Świątek (rocznik 2001). Jeszcze niczego nie wygrała, juniorski Wimbledon to zachęta, a nie spełnienie, ale seniorską karierę zaczęła właściwie dopiero kilka dni temu. Ciekawe, że raczej odcina się od Agnieszki Radwańskiej – choć naturalnym byłoby szukać natchnienia w polskiej tenisistce wszech czasów, to Świątek wywija rakietą po swojemu, nade wszystko przewyższa sławną poprzedniczkę siłą oraz skłonnością do ofensywy. Lubi też, jak sama przyznaje, robić na korcie show. Na wielkie sceny dopiero wejdzie, w tym roku spróbuje zapoznać się z wielkoszlemowym graniem dla dorosłych.

Jan-Krzysztof Duda (1998). Jeszcze niczego nie wygrał, wicemistrzostwo świata w szachach błyskawicznych to mimo wszystko zaledwie sukcesik, figury na serio przesuwa się po głębszym namyśle. Wcześniej został jednak Duda jednym z bohaterów wrześniowej olimpiady szachowej, podczas której nasza drużyna wypadła najlepiej od przedwojnia. Zajęła czwarte miejsce, do ostatniej rundy miała szansę na złoto, od absolutnego szczytu dzieliła ją wygrana w jednej z czterech zremisowanych partii w kończącym rywalizację meczu z Indiami. Lider polskiej reprezentacji w wywiadzie mówił otwarcie, że mierzy w mistrzostwo świata – podał nawet perspektywę czasową, cel chce osiągnąć przed trzydziestką. Na razie w globalnym rankingu FIDE zajmuje 18. miejsce. Mało kto wie, że rolę sparingpartnera przed meczem o mistrzostwo świata z Fabiano Caruaną proponował mu Magnus Carlsem. Duda musiał odmówić, bo podjął wcześniej inne zobowiązania.

Krzysztof Piątek (1995). Jeszcze niczego nie wygrał, ale ma za sobą najbardziej spektakularny w dziejach debiut polskiego piłkarza w czołowej lidze zagranicznej, jego nazwisko pojawia się w każdej dyskusji o największych objawieniach sezonu w Europie, ewidentnie zanosi się, że latem zostanie naszym najdroższym futbolistą w historii, bo Genoa planuje spieniężyć go za minimum 60 mln euro. Kto powiedział, że po Lewandowskim nie będzie już niczego?

Wilfredo León (1993). Jeszcze niczego dla Polski nie wygrał, ale przecież on całe życie zajmuje się wyłącznie wygrywaniem, a biało-czerwoną koszulkę założy dopiero w lipcu. Od naszych humorzastych kadrowiczów, którzy od lat raz grają tak albo siak – i nie osiągają wiele w wymagających stabilizacji klubach – różni się tym, że jego najgorsze występy są zazwyczaj przynajmniej bardzo dobre. Selekcjoner naszej drużyny narodowej Vital Heynen się do tego nie przyzna, ale to prawdopodobnie sylwetka Kubańczyka sprawia, że nie tyle obiecuje walkę o medal igrzysk w Tokio, ile niejako zapowiada, że medal będziemy fetować. Bo tak się z Leónem „umówił”. A jeśli nasi siatkarze rzeczywiście wystrzelą na olimpijskie podium, to Wilfredo, chłopak urodzony w Santiago de Cuba, powinien należeć do naturalnych faworytów plebiscytu na polskiego sportowca roku 2020. A tego jeszcze u nas nie grali, prawda?

21:39, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 253
Archiwum
Tagi