RSS
wtorek, 19 sierpnia 2014

Bartosz Kurek, reprezentacja Polski siatkarzy, mistrzostwa świata w siatkówce

Szokująca decyzja, by zrezygnować przed mundialem z Bartosza Kurka, przypomina, że w obu reprezentacjach siatkarskich – męskiej i żeńskiej – od lat szaleje zaraza. Atakująca głowy jednostek najwybitniejszych.

Kibice i fachowcy – także zagraniczni – zbaranieli, ale jeśli Stephane Antiga wykopał największego gwiazdora ostatnich lat – on, trenerski debiutant – to znaczy, że znalazł cholernie ważne powody. Nawiasem mówiąc, ostatecznie rozwiewając wątpliwości z czasu nominacji, czy dla byłych partnerów ze Skry Bełchatów nie będzie bardziej kumplem niż szefem.

Zrozumieć się tego wszystkiego nijak nie da. W idealnym, a może tylko normalnym świecie selekcjonerowi powinno ponad wszystko zależeć na graczu tak unikalnym jak Kurek. Przyjmujący o gabarytach środkowego. W zbiciu zahaczający dłonią o sufit, a zarazem zdolny schylić się, by odebrać serwis znad podłogi. Na świecie jest ledwie kilka podobnie dorodnych okazów. Nic dziwnego, że nasz uwijał się już i dla bajecznie bogatego klubu rosyjskiego, i dla najlepszego klubu włoskiego. I był bohaterem kilku turniejów reprezentacyjnych.

Kurkowi też powinno – nie w idealnym, lecz normalnym świecie – ponad wszystko zależeć, by zasłużyć na mistrzostwa świata. Gruby szmal zarabiasz w klubie, ale nieśmiertelną sławę i sportowy dorobek wypracowujesz w reprezentacji – przeciętny Polak nigdy nie słyszał o Lube Banca Macerata, z którą nasz siatkarz zdobył wiosną mistrzostwo Włoch, i nigdy o niej nie usłyszy. A mundial w Polsce to fenomen, który się już podczas kariery Kurka nie powtórzy. Ba, może się nie powtórzyć za jego całego życia.

Dlatego drugorzędne wydaje mi się to, dlaczego Antiga uznał, że z gwiazdora musi zrezygnować. Nieważne, kto się na kogo bardziej obraził, w jakim stopniu decyzję sprowokowała kiepska forma sportowa Kurka, a w jakim zwyczajnie nie dało się dłużej tolerować zawodnika, który stroi fochy, bo przestał być pępkiem reprezentacyjnego świata, i sabotuje treningi. Ważne, że od zakończenia sezonu klubowego upłynęło wystarczająco dużo czasu, żeby Kurek pozaleczał wszystko, co miał do zaleczenia, i urósł – przy wsparciu trenera – do Kurka w najwyższej formie. Czyli atlety, któremu przepowiadano status pierwszego siatkarza świata.

Ale zadanie nie zostało wykonane. Sylwetka Kurka majaczyła się nam gdzieś w rezerwie, aż całkiem zniknęła. Biorąc pod uwagę, ile mocy mógłby dodać reprezentacji, gdyby odzyskał pełną albo prawie pełną, Polacy ponieśli gigantyczną stratę.

Nie pierwszy raz. Czy raczej – jak zwykle. To niesłychane, jak silny w naszej siatkówce – na mapie polskich gier drużynowych krainie szczęśliwości obwieszonej medalami – jest gen autodestrukcji. Jeśli zanalizować ostatnie kilkadziesiąt imprez rangi mistrzowskiej z udziałem Polaków lub Polek, to okaże się, że co piąty albo wręcz co dziesiąty turniej udaje się rozegrać w pełnym składzie. W pełnym rozumianym jako skład możliwie najmocniejszy, co najwyżej z ubytkami uzasadnionymi realnymi kontuzjami.

Co więcej, dezerterują – albo „nie dostają powołań” – najlepsi i najlepsze. Gwiazdy nie krajowej, lecz światowej siatkówki. Zanim odcięliśmy się od Kurka, latami zbijaliśmy bez Mariusza Wlazłego, bezapelacyjnie najznakomitszego atakującego w Polsce. A kadrę siatkarek to już w ogóle kleciliśmy głównie ze swobodnie traktujących swoje obowiązki, kapryśnych solistek. Małgorzata Glinka i Dorota Świeniewicz rezygnowały i wracały. Annę Barańską szantażem zmuszał do gry PZPS. Katarzyna Skowrońska ostrzegała, że nie wie, czy zagra dla Polski, że „trzeba ustalić pewne kwestie”, choć wydawałoby się, że selekcjoner powinien po prostu rozsyłać powołania do kadry, niczego wcześniej nie ustalając.

Jeszcze raz prześledźmy listę nazwisk – tworzą ją wyłącznie jednostki najwybitniejsze. Nie ma chyba innej dyscypliny sportu, w której tak wiele tak wielkich polskich gwiazd sugerowałoby, że reprezentacja znaczy dla nich nie aż tak wiele. Rutynowo to piłkarzy przywołuje się – i przeciwstawia przedstawicielom innych dyscyplin – jako zdemoralizowanych skandalicznie tłustymi kontraktami gwiazdorów, ale czy ktokolwiek sobie wyobraża, że przed każdym meczem kibice się zastanawiają, czy powołanie przyjmie – lub czy je otrzyma – Lewandowski albo Błaszczykowski?

Oczywiście nad naszą siatką, choć jest notorycznie dziurawa, rozbłyskuje mnóstwo medali. Ba, paradoks męskiej reprezentacji polega na tym, że jedyne współczesne złoto – mistrzostw Europy w 2009 r. – zdobyła drużyna poszatkowana przez kontuzje, a najboleśniejszą ostatnio klęskę – miejsce 13-18 na mundialu w 2010 r. – poniosła drużyna kompletna, gdy akurat udało się zwołać wszystkich. Czy jednak nie mamy prawa podejrzewać, że sukcesów wyskakalibyśmy jeszcze więcej, gdybyśmy dezintegrujących grupę konfliktów i konflikcików nie unikali wyłącznie od święta?

Teraz też nie wiemy, co będzie na MŚ. Ale już wiadomo, że nie cała energia popłynęła we właściwym kierunku, nie było pełnej mobilizacji wszystkich, znów nie zrobiliśmy wszystkiego, co było do zrobienia. Nawet przed imprezą promowaną jako najważniejsza w historii polskiej siatkówki.

Tagi: siatkówka
20:32, rafal.stec
Link Komentarze (35) »
poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Po trzech miesiącach przerwy – usprawiedliwonej zwolnieniem lekarskim – do poniedziałkowej „Gazety Wyborczej” i Sport.pl Ekstra wraca rubryka „A jednak się kręci”. Przynajmniej na chwilę. W wydaniu niepapierowym znajdziecie ją tutaj.

środa, 13 sierpnia 2014

Jego najnowsze misje – zostać najlepszym środkowym napastnikiem świata, wygrać z Bayernem Ligę Mistrzów. Gdyby się powiodły, byłby naturalnym kandydatem do Złotej Piłki.

To wciąż brzmi zbyt fantastycznie, ale Robert Lewandowski nie przybył do Monachium, klubu pełnego triumfatorów Champions League oraz mundialu, jako czeladnik, który spróbuje schować się gdzieś w tłumie mistrzów. On ma lśnić blaskiem megagwiazdy. Na promocyjnych plakatach Bayernu z ostatnich tygodni wdzięczy się na pierwszym planie, przed Franckiem Riberym czy Philippem Lahmem.

Nawet najsłynniejszy polski piłkarz Zbigniew Boniek, w dniu wylotu do Juventusu, nie miał aż takiej europejskiej renomy i nie zapraszała go aż tak renomowana marka.

Lewandowski od lat mknie wyżej i wyżej, a polscy fani – zniechęceni codzienną tandetą naszej piłki – nadal wątpili. Czy popisy w Lechu Poznań oznaczają, że wybije się w Borussii z fotela rezerwowych? A potem – czy utrzyma pozycję w podstawowym składzie? Następnie – czy aby nie rozbłysnął, jak to u naszych emigrantów bywa, na ledwie parę chwil? Czy podoła również wyzwaniom Ligi Mistrzów? Aż wreszcie – czy nie przelęknie się największych futbolowych firm?

Dziś to już on straszy. Kto wie, czy na wyciągnięcie go z Dortmundu nie nalegali także obrońcy Bayernu, których wielokrotnie ostro poturbował – i jeszcze sprawiał, że byli notorycznie karani kartkami. Królem strzelców zostawał i w drugiej, i w pierwszej, i w najwyższej polskiej lidze, w minionym sezonie spotężniał na najlepszego snajpera Bundesligi. Nazdobywał główne trofea w Polsce i Niemczech, przegrany finał dzielił go od triumfu w Champions League. Jego kariera ma pęd wystrzelonej rakiety. Nigdy się w rozwoju nie cofnął, nie zatrzymał, ba, nawet nie zwolnił. Jeśli się nie wywróci, na długo przed zejściem z boiska urośnie do najbardziej utytułowanego polskiego gracza w historii.

Najpierw musi uwieść Pepa Guardiolę. Najwybitniejszego trenerskiego debiutanta, niestrudzonego innowatora, który chce, by jego podwładni nieustannie wymyślali futbol na nowo, co oznacza tylko i aż tyle, że stale poszukują detali, które jeszcze poprawią ich grę bez piłki. Przesunięcie się o kilka centymetrów wte lub wewte, decyzja podjęta ułamek sekundy wcześniej, może sprawić, że monachijczycy jeszcze lepiej zapanują nad przestrzenią – dlatego na boisku trzeba myśleć, i to analizować dane piekielnie szybko. Polerować perfekcję. Guardiola to bezwzględny tępiciel środkowych napastników, bez względu na ich klasę. Z Barcelony wykopał Samuela Eto’o oraz importowanego za gigantyczne pieniądze Zlatana Ibrahimovicia, z Bayernu wypchnął właśnie Mario Mandžukicia, zatem uznał, że wystarczy mu zaledwie jeden rezerwowy snajper, dla którego środowiskiem naturalnym jest pole karne – 36-letni już Claudio Pizarro.

Jeśli sądzić po wakacyjnych gierkach, Lewandowski osiąga najwyższy stopień wtajemniczenia. Nie dlatego, że w pięciu sparingach wbił pięć goli, ale że wbijał je w najrozmaitszych okolicznościach, demonstrując przy okazji geniusz natchnionego solisty – w meczu z Borussią Mönchengladbach dwoma piruetami zawrócił w głowach aż czterem obrońcom, by następnie przerzucić ich subtelnym lobem. Takie arcydzieła są już przywilejem najwybitniejszych.

Wśród snajperów królują dziś skrzydłowy (Cristiano Ronaldo) oraz były skrzydłowy, który biega, gdzie sobie wyfantazjuje (Leo Messi). To wirtuozi z innego wymiaru, ale Polak ma wszystko, by zostać najlepszym środkowym napastnikiem świata. Rzucić wyzwanie Zlatanowi Ibrahimoviciowi, Luisowi Suárezowi (odsiaduje wyrok za ugryzienie rywala), Radamelowi Falcao (wraca po ciężkim urazie) oraz Robinowi van Persiemu. Rywalom albo wyraźnie starszym, albo często pauzującym z powodu niesubordynacji, albo kontuzjogennym.

Lewandowski, który atletycznie rośnie w oczach, nie choruje właściwie nigdy. I jeśli także w Bayernie, jak w każdym swoim dotychczasowym klubie, zdoła strzelać najintensywniej, a Bayern za rok czy dwa znów podbije LM, to być może będziemy mieli pierwszego w historii Polaka lansowanego na naturalnego faworyta Złotej Piłki.

Wątpicie? Pewnie tak. Ale to już dla Lewandowskiego normalka.

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Czy jest w ogóle sens zestawiać zwycięzcę Ligi Mistrzów z klubem, który do najbliższej edycji nawet nie awansował, ba, nie wepchnął się do drugorzędnej Ligi Europejskiej, grzęznąc na zawstydzającej ósmej pozycji w słabnącej przecież włoskiej Serie A? Pewnie bym uznał, że nie ma sensu, gdybym od zawsze obu firm nie kojarzył ze sobą jako najbardziej utytułowanych na kontynencie – i w perspektywie historycznej, i za mojego życia, podczas którego Milan wziął pięć Pucharów Europy, a Real Madryt cztery. I gdybym nie zwracał już blogowo uwagi na dwa trendy. Otóż ci pierwsi, przyduszeni bezprecedensową w erze Silvio Berlusconiego zapaścią finansową, wyspecjalizowali się w wystrajaniu szatni w sklepach z odzieżą mocno używaną, za którą nie płacą niemal wcale, ustanawiają w tej konkurencji nieprawdopodobne rekordy. Drudzy natomiast, ponownie zarządzani przez Florentino Pereza, brzydzą się wszystkimi piłkarzami, za których nie trzeba dać tyle złota, ile ważą, i też ustanawiają w tej konkurencji nieprawdopodobne rekordy.

Oba trendy właśnie się nasiliły.

Miarą nędzy potentata włoskiego jest euforia, w jaką mnie, fana rossonerich, wpędziło pogonienie z klubu Kevina Constanta (każdy jego kontakt z piłką był hańba dla drużyny, w której na lewej obronie biegał Paolo Maldini) oraz Robinho (w drużynie znacząco podniesie się średni iloraz inteligencji), ale najbardziej uderza, jak sprawnie Milan wyłuskuje z różnych zakątków świata piłkarzy dostępnych za darmo. I to zazwyczaj piłkarzy zatrudnianych w bardzo renomowanych firmach. Gdyby lato transferowe kończyło się dziś, to podstawową jedenastkę być może współtworzyłoby aż siedmiu graczy wziętych za darmo (w nawiasach ceny piłkarzy w mln euro)...

... zatem cała kosztowałaby ledwie 42,75 mln euro. To w wielkim futbolu taniocha już właściwie niespotykana, w lidze angielskiej tak biednie ubierają się jedynie pomniejsze Burnley, Leicester czy Crystal Palace, mistrzowski Manchester City wydaje więcej na pojedynczego obrońcę (Mangala kosztował 54 mln), średniak Southampton w jedno lato zdołał zarobić na wyprzedaży piłkarzy 115 mln. A przecież łatwo wyobrazić sobie, że do mediolańskiej jedenastki z różnych powodów wchodzą Mexes (za Ramiego), Honda (za El Shaarawy’ego) oraz Pazzini (za Balotellego). I wtedy jedenastka Milanu zeszłaby do niewiarygodnego kosztu 16 mln, z zaledwie dwoma (!) piłkarzami, na których trzeba wyłożyć jakiekolwiek pieniądze:

I wcale nie musimy tu naciągać rzeczywistości, to zestawienie wygląda całkiem realnie. Milan uprawia politykę transferową tak ekstremalną, że właściwie nie wiadomo, czy można od niego czegokolwiek wymagać. Owszem, wciąż utrzymuje imponujący budżet płacowy (około 100 mln euro rocznie, ustępuje tylko Juventusowi), a sukces w futbolu silniej niż z wydatkami transferowymi jest skorelowany właśnie z wydatkami na pensje. Zsuwa się jednak sportowo z sezonu na sezon (mistrzostwo → wicemistrzostwo → trzecie miejsce → ósme miejsce), szatnię znów powierzył trenerskiemu debiutantowi, przed chwilą stracił przychody z udziału w Lidze Mistrzów, nie ma żadnych perspektyw na dynamiczny rozwój biznesowy, który pozwalałby wierzyć, że w przewidywalnej przyszłości wróci na europejski szczyt.

Jeszcze kilka lat temu unosił się tam razem z Realem Madryt. To były dwie potężne globalne marki – równorzędne, o zbliżonych aspiracjach sportowych, zbliżonym potencjale marketingowym, zbliżonych możliwościach finansowych. W 2006 roku królewscy wypracowali 292 mln euro przychodu, a mediolańczycy – 239 mln. Teraz dzieli ich otchłań. Real – 519 mln, Milan – 263 mln.

Madrycki klub też uprawia politykę transferową ekstremalną, o kosztach nie mających precedensu w historii futbolu. Graczy wziętych za darmo nie ma w podstawowym składzie wcale, nawet jedynego wychowanka musiał odkupywać od Bayeru Leverkusen. Między słupki wpuściłem Keylora Navasa, bo zakładam, że bramkarz, który zawalił w Lidze Mistrzów, na mundialu i w letnim sparingu z Manchesterem Utd, nie odzyska z dnia na dzień formy:

Kiedy przed dwoma laty blogowałem o madryckim rekordzie wszech czasów, José Mourinho wystawiał jedenastkę za 351 mln. Teraz mkniemy ku dniu, w którym pęknie pół miliarda. Ba, nawet aktualna jedenastka rezerwowa pochłonęła majątek – 142 mln (!) to aż 3,5 raza więcej niż podstawowa mediolańska:

Real, który bezskutecznie usiłuje pozbyć się Di Marii oraz Khediry, ma więc kadrę za ponad 600 mln. To rekord absolutny, tyle na urządzanie szatni nie przeznaczyły nawet sponsorowane przez obrzydliwie bogatych wschodnich bonzów Chelsea (około 445 mln) czy Manchester City (415 mln). Madrytczycy muszą już kupować dla samego kupowania, by nieustannie rozszerzać zasięg swego panowania – dziś nie wystarczy zwyciężać na boisku, dziś trzeba bez wytchnienia kręcić medialną machiną, przyciągać uwagę konsumentów (tfu, kibiców) także w międzysezonowych przerwach, wywoływać wrażenie, że luksusowe transfery są tak wzniosłe jak wielkie triumfy.

I końca obłędnej licytacji nie widać. Wystarczy policzyć, ile Manchester United będzie niebawem zarabiał na samych koszulkach – od produkującego je Adidasa wyciągnie 94 mln euro, od reklamującego się na strojach meczowych Chevroleta 64 mln, od reklamującego się na strojach treningowych AON 21 mln. To daje w sumie 179 mln. Rocznie.

niedziela, 10 sierpnia 2014

Tak, Celtic zachowałby się wspaniale, gdyby zrezygnował z awansu do następnej rundy, uznając, że przegrał z Legią sportową walkę. Podoba mi się, że regulamin to umożliwia. I szkoda, że nikogo w futbolowym biznesie na szlachetne gesty nie stać.

Ale Legii zwyczajnie nie wypada publicznie się tego domagać – i to jeszcze w formie moralnego szantażu, odwołując się do „honoru i uczciwości”. Niech właściciel warszawskiego klubu walczy o swoje na drodze prawnej, zamiast pisać histeryczne listy i sugerować, że jeśli Celtic nie spełni żądania, to „zniszczy piękne klubowe tradycje”.

Przepraszam, ale to jeszcze bardziej zawstydzające niż wpadka z Bereszyńskim. Liga Mistrzów jest grą dla dorosłych, opisaną regulaminem, którego należy przestrzegać. Legia popełniła błąd, więc ponosi konsekwencje. I to jej szefowie zachowują się niehonorowo – oraz infantylnie – jeśli nie potrafią tego zaakceptować.

20:28, rafal.stec
Link Komentarze (58) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 366
Tagi