RSS
czwartek, 30 czerwca 2016

Ależ to okrutne. Odpaść z mistrzostw, nie przegrywając meczu. Więcej - nawet przez moment nie pozwalając żadnemu przeciwnikowi prowadzić. Zdarzyło się Polakom. W ćwierćfinale Euro 2016.

Na końcu znów wybuchła strzelanina. W poprzedniej rundzie karne nasi wykonywali perfekcyjnie, więc teraz uderzali w identycznej kolejności. Trzej pierwsi - Lewandowski, Milik i Glik - idealnie, portugalski bramkarz pewnie nawet nie usłyszał świstu mknącej piłki.

Piłkę kopniętą przez Błaszczykowskiego odbił. Po karnych zawsze ktoś krwawi, tym razem padło na bohatera meczów z Ukrainą i Szwajcarią. Najbardziej wydajnego - gole i asysty - Polaka na XXI-wiecznych turniejach. Ot, klasyczny paradoks futbolu.

Polacy mówili, że chcą zapisać się w historii, ale nie wspominali, że zapiszą kilka tomów naraz. Tymczasem do nieszczęsnego kopnięcia rozgrywali najdłuższe mistrzostwa w dziejach piłki. Jakby chcieli nadrobić to, czego nie przeżywaliśmy na poprzednich. I wykończyć kibiców przyzwyczajonych, że turnieje nie kończą się dreszczowcami, lecz bojami o honor. Znów dogrywka, znów karne.

Choć wystartowali jak sprinterzy. Znów. Mijała setna sekunda gry, gdy Lewandowski wreszcie dopadł piłki tam, gdzie nie było nikogo innego. Napastnik najwyższej klasy światowej tego gola - drugiego najszybciej wbitego w dziejach mistrzostw Europy - strzelić zwyczajnie musiał. Zresztą wiadomo, że on odpala w chwilach wiekopomnych, że jeśli uprze się zniszczyć czterema bramkami Real Madryt, to wybierze akurat półfinał Ligi Mistrzów. Wysoka stawka go inspiruje, nie przeraża.

A teraz stawka była najwyższa. I skoro rywale wiedzieli, że wypominamy supernapastnikowi Bayernu godziny bez gola, to powinni się być przerażeni. Taka anomalia nie może trwać długo.

Polacy znów natychmiast napadli z furią na rywala, jak w 1/8 finału, gdy Milik spudłował do pustej szwajcarskiej bramki. I znów nie tylko prowadzili, ale zachwycali. Gdy rozpruli defensywę Portugalii po akcji utkanej z nieskończonej plątaniny podań, trybuna prasowa westchnęła - i to nie tylko polskojęzyczna! - a analityczne serwisy zaraz te kopnięcia zsumowały. 22. Oto Polska jako synonim piękna piłki nożnej. Czy to się dzieje w jakiejś odległej przyszłości, której nie mieliśmy nigdy dożyć?!

Potem jeszcze strzelał Lewandowski, któremu gol dał olbrzymiego kopa. Wyrywał do przodu jak opętany, znów był napastnikiem torpedą, rozbijającym obrońców atletycznym monstrum. A ja rozmyślałem, czy Adam Nawałka nie ogląda polskich meczów, zanim zostaną rozegrane - w środę obiecywał kontrolę nad sytuacją i jego piłkarze długo sytuację kontrolowali, zjawiskowo wyszkoleni technicznie atakujący Portugalii wyglądali na obezwładnionych.

Do czasu. Portugalia to potęga, Portugalia jest w stanie wyrządzić krzywdę każdej drużynie świata. Im bliżej było przerwy, tym częściej łapaliśmy się za głowy. Wyrównał Renato Sanches, 18-latek wyeksportowany właśnie za 35 mln do Bayernu, a sędzia mógł jeszcze odgwizdać rzut karny za faul Michała Pazdana na Cristiano Ronaldo. Przybywało strzałów, po których Polacy musieli osłaniać bramkę całym ciałem. Samego Ronaldo blokowali trzy razy. Cierpieli.

Wiedzieliśmy, że się nacierpią. I że grozi nam mecz trudny do zniesienia dla niezaangażowanych emocjonalnie kibiców - klincz, łańcuch wystudiowanych zagrań piłkarzy chcących zredukować ryzyko do zera. Ostatecznie Portugalia wychodziła na marsylską murawę jako jedyny ćwierćfinalista, który w 90 minut nie wygrał na turnieju ani razu. A Polska - jako ćwierćfinalista, który strzelił najmniej goli. Brzmiało właśnie jak obietnica dogrywki.

Jednak nasza reprezentacja, zdolność do przemyślanej defensywy łącząca z ofensywną różnorodnością, nie funduje publice spektakli nudnych. Przeciwnie, serwuje mecze atrakcyjne. I jej gracze nigdy nie tracą głowy - ani nie uciekają się do chaotycznego wybijania piłki, ani nie idą w ułańskie szarże. Dlatego delektowaliśmy się batalią godnych siebie rywali. Jak Polacy nie odpuszczali mistrzom świata z Niemiec, tak nie odpuszczali wybitnym specjalistom od Euro, którzy jako jedyni doskakują do ćwierćfinału mistrzostw kontynentu stale, turniej po turnieju, od 1996 roku!

Nawałka znów zwlekał ze zmianami. W 1/8 finału trzymał podstawowy skład do połowy dogrywki, co się niemal nie zdarza, tutaj przed upływem podstawowego czasu gry odważył się wpuścić - też późno, 82. minucie ! - tylko zdyskwalifikowanego poprzednio Bartosza Kapustkę, jedynego rezerwowego, któremu naprawdę ufa. Tym bardziej imponujące, że Polacy wytrzymali wieczór fizycznie. Przed karnymi czasami nacierali, nie poprzestali jedynie na próbach przetrwania kanonady Portugalczyków.

I my, Polacy, wreszcie zostaliśmy pełnoprawnymi uczestnikami futbolowych igrzysk, czerpiącymi z nich radość jak inni. Piłkarze wreszcie dostarczyli nam wrażeń innych niż żenujące, ba, uczynili Euro 2016 pięknym kibicowskim przeżyciem pokoleniowym.

Byłby pierwszym dla Polski na Euro, byłby pierwszym od 34 lat na imprezie mistrzowskiej. I byłby jeszcze bardziej sensacyjny niż mundialowy brąz drużyny Górskiego. Żeby go zdobyć, trzeba zatrzymać Portugalię.

Medal jest symboliczny, ponieważ pokonanych w półfinale się nie dekoruje, a meczu o trzecie miejsce na mistrzostwach kontynentu się nie rozgrywa. Jednak ci, którzy przeżyją ćwierćfinał, zdobywają brąz. Tak zapisujemy w tabelach.

Nasi piłkarze na Euro 2016 wystrzelili zatem na kolejny poziom. Najpierw mierzyli w wyjście z grupy, czyli chcieli wreszcie nie narobić obciachu. Potem przekopali się do ćwierćfinału, czyli osiągnęli bezdyskusyjny sukces. A teraz pragną przejść do historii, dołączyć do króciutkiej listy futbolowych medalistów z Polski.

Owszem, można wzbić się jeszcze wyżej. Ale trudno wyobrażać sobie tamte okolice bez zawrotów głowy. Tymczasem w czwartkowy wieczór potrzeba więcej przytomności umysłu i zimnej krwi niż kiedykolwiek.

***

Portugalia to bowiem przeciwnik najbardziej cyniczny i przebiegły pośród wszystkich dostępnych na Euro 2016. I być może trudniejszy do pokonania nawet od Niemców, na których nasi wpadli w fazie grupowej - wtedy faworyci się dopiero powoli rozpędzają - i którzy zawsze stawiają na futbol na tak, ich prześlizgiwanie się do kolejnych rund to już przeszłość.

Piłkarze Fernando Santosa nie brzydzą się żadnych środków. Potrafią zabijać grę, potrafią wykazać się anielską cierpliwością - do ćwierćfinału wkradli się po golu wbitym w 117. minucie, wcześniej zajmowali się niemal wyłącznie krępowaniem ruchów Chorwatów. Potrafią zdominować rywali fizycznie, ale ich ofensywni zawodnicy wnoszą też na boisko nieskazitelną technikę. Po przechwycie potrafią w mgnieniu oka przejść z obrony do ataku. Potrafią wreszcie odwołać się do brudnych chwytów, wówczas mają twarz Pepe, osławionego brutala z Realu Madryt, który Roberta Lewandowskiego zapewne sprowokuje do wściekłej szamotaniny, a Arkadiusza Milika spróbuje wystraszyć.

10-milionowe państewko z samego krańca kontynentu to w porównaniu z Polską - zresztą nie tylko Polską - futbolowe supermocarstwo. I historycznie, i tu i teraz. My przywykliśmy do odpadania w fazach grupowych imprez mistrzowskich, oni opłakują je jak klęskę - przytrafiło im się na ostatnim mundialu, ale na Euro dobiegają w tym stuleciu do finału (2004), półfinału (2012), w najgorszym razie ćwierćfinału (2008). My nie dowierzamy, że ktoś wreszcie zamierza zapłacić za piłkarza wychowanego nad Wisłą więcej niż kilka milionów euro, oni sezon w sezon eksportują tłum graczy po kilkadziesiąt milionów za sztukę. My ledwie dwukrotnie oklaskiwaliśmy Polaka na podium plebiscytu Złota Piłka (Kazimierz Deyna, Zbigniew Boniek), a oni podziwiali tam swojego rodaka 14 razy (połowę tego dorobku załatwił Cristiano Ronaldo). Nasze kluby biedzą się w kwalifikacjach pucharów, a kluby portugalskie uzbierały już dziesięć europejskich lub globalnych trofeów.

Ich reprezentacja kojarzy się nam przyjemnie, to w meczu z nią reprezentacja, kierowana wtedy przez Leo Beenhakkera, odniosła największy XXI-wieczny triumf przed zwycięstwem drużyny Adama Nawałki nad Niemcami. Jednak przez eliminacje Portugalczycy przechodzą roztargnieni notorycznie, dopiero w turniejach poważnieją. Przed czterema laty tylko oni zdołali zdławić hiszpańską ofensywę, po półfinałowym 0:0 i po przegranych rzutach karnych mieli prawo pomstować na okrucieństwo losu.

Tymczasem reprezentację wyselekcjonowują z ledwie 133 tys. zarejestrowanych graczy, mniej niż jednej czwartej naszych zasobów. Oto ludzie stworzeni, by kopać piłkę - zresztą w Marsylii znów usłyszałem od Portugalczyka, że jego rodacy czują swoją odrębność, że Szwed czy nawet Polak bywa dla nich bardziej egzotyczny niż Brazylijczyk. A przecież Brazylia to futbol.

***

Nasi ćwierćfinałowi rywale pozostają reprezentacyjnie niespełnieni, ich drużyna narodowa uchodzi za element piłkarskiego krajobrazu najbardziej zaniedbany. I o ile kibice zrozumieliby niepowodzenie w 1/8 finału z Chorwacją, to nie pojmą - i nie zaakceptują, nie przebaczą - porażki z Polską.

Z Polską, która przybywa znikąd. Kiedy orły Kazimierza Górskiego leciały na Wembley, a potem po medal na mundialu, stawały się mitem jako nasi powojenni debiutanci na mistrzostwach, ogłaszaliśmy sensację. Jednak tamtą epopeję poprzedzały poszlaki pozwalające przeczuć nadejście lepszego - Górnik Zabrze umiał awansować do finału Pucharu Zdobywców Pucharów, Legia Warszawa biła się w półfinale Pucharu Europy (ówczesny odpowiednik Ligi Mistrzów), reprezentacja olimpijska sunęła po złoto igrzysk w Monachium. A Nawałka wchodził do szatni przybitej ciężką depresją, władzę nad kadrą przejmował w momencie, w którym leżała ona na historycznym dnie, wygrywała co najwyżej z Mołdawiami i San Marino. Tylko tercet dortmundzki dawał nam resztkę kontaktu z dużym futbolem.

Dlatego medal zdobyty teraz byłby w pewnym sensie jeszcze bardziej sensacyjny niż tamten. Nawet jeśli ani piłkarze, ani trener nie chcieli wczoraj słyszeć, że ich występ w półfinale byłby choćby niespodzianką. Milik przyznał tylko, że podziwia Ronaldo, zawsze się na nim wzorował, marzył o grze przeciw niemu - już po jesiennym awansie na Euro życzył sobie wylosowania Portugalii. Zaraz potem dodał, że stawka meczu nie czyni na nim żadnego wrażenia.

Pewnie mówił szczerze, bo doczekaliśmy się drużyny zawodowców. Zawodowców przyzwyczajonych do gry pod presją w europejskich firmach, a zarazem świadomych wyjątkowości drużyny narodowej. Lewandowski jeszcze przed turniejem opowiadał, jak innym wyzwaniem - pod względem emocjonalnym - jest gra dla kibiców mówiących tym samym językiem, za sukcesem w biało-czerwonych barwach głośno tęsknił też Błaszczykowski.

Słowem, na Portugalię naskoczą piłkarze, którzy wiedzą, że pieniądze zdobywa się w zagranicznych klubach, ale nieśmiertelną chwałę - w reprezentacji.

środa, 29 czerwca 2016

Kto by pomyślał, że przed ćwierćfinałem bliżej jedenastki gwiazd Euro będzie obrońca Legii, teoretycznie najsłabszy punkt reprezentacji Polski, niż Robert Lewandowski, teoretycznie jej punkt najsilniejszy.

Nieopodal paryskiej stacji metra Odeon, przy stoliku restauracji „Luisa Maria”, rozmawiałem o tęsknocie do piłki sprzed lat. Z bardzo nietypowym włoskim kibicem w dojrzałym wieku - nazajutrz po ćwierćfinale, w którym dzięki Italii przepadli broniący złota Hiszpanie - który opowiadał, że w patrzeniu na boiska zawsze pociągało go odkrywanie nowego. Nieznanych kultur, stylów gry, mentalności. Zawodników, o których nigdy nie słyszał i którzy znienacka zjawiali się, by powstrzymać gwiazdy. Wspominał, że kiedyś było o to łatwo, a dzisiaj ostały się już tylko mundiale, gdzie indziej zawsze grają ze sobą ci sami (nieprawda, ale nie polemizowałem). No i Euro w nowym wydaniu, zapraszające na turniej aż 24 kraje, na co się tyle narzeka.

Kiedy zapytał, skąd pochodzę, ożywił się i zdumiał mnie wyznaniem, że na Euro 2016 wpadł mu w oko Michał Pazdan. W odpowiedzi na moje zbaranienie rzucił, że owszem, rozpoznaje Polaków, bo stara się uważnie oglądać na mistrzostwach prawie wszystkie mecze, taki już ma zwyczaj. I wyjaśnił, że obrońca Legii to właśnie bohater z jego ulubionego gatunku. Nigdy nie słyszał nazwiska ani nie widział twarzy, ale ów anonim panoszy się na prestiżowym turnieju jak na swoim podwórku, broni bez tremy i z sensem, jest świetny (cholera, sądziłem, że przybysz z Italii odruchowo zawiesi oko raczej na Kamilu Gliku).

Pogawędka nie rozciągnęła się, niestety, w niekończącą się dyskusję, ale przygodny znajomy uzmysłowił mi, do jakiego stopnia Pazdan faktycznie jest przybyszem z peryferiów, z samego krańca piłki nożnej. Jak mój Włoch pierwszy raz w życiu ujrzał legijnego obrońcę, tak legijny obrońca pierwszy raz w życiu dotknął wybitnego napastnika.

Postanowiłem przejrzeć całą jego karierę, którą spędził - do Warszawy przeniósł się minionego lata - w Górniku Zabrze i Jagiellonii. Żeby znaleźć najznakomitszych przeciwników, jakich powstrzymywał. I ranking wyszedł mi jeszcze skromniejszy niż sądziłem - na szczycie musiałbym umieścić Macieja Żurawskiego (ale tego schyłkowego, po powrocie do Polski!) czy Danijela Ljuboję, czyli snajperów ponadprzeciętnych głównie w perspektywie lokalnej. W nielicznych występach w europejskich pucharach Pazdan też spotykał przeciwników prowincjonalnych (dopiero w październiku przez kwadrans siłował się z Gonzalo Higuainem z Napoli), a w reprezentacji - choć powoływał go już za młodu Leo Beenhakker - grywał tylko w sparingach do zapomnienia. Nic dziwnego, że stale podkreśla, jak wiele znaczyło dla jego rozwoju wspólne trenowanie z Robertem Lewandowskim.

Aż awansował do kadry Nawałki. I znienacka zaczął błyskawicznie unosić się coraz wyżej i wyżej, operacja Euro 2016 była jak eksplozja - najpierw kilka tygodni ćwiczebnych zmagań ze wspomnianym napastnikiem Bayernu, potem starcie (już na poważnie) z Thomasem Müllerem, a dzisiaj zderzenie z Cristiano Ronaldo. Gracz kompletnie zielony na arenie międzynarodowej z dnia na dzień wskoczył na sam szczyt, bezpośrednio po gimnazjum wylądował na Oxfordzie. I jeśli zda również ćwierćfinałowy egzamin, zostanie bohaterem najbardziej niesamowitego awansu w reprezentacji Polski, jaki pamiętam.

Tagi: Euro 2016
21:47, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
wtorek, 28 czerwca 2016

Kiedy przed wylotem do Francji rozmawialiśmy z Michałem Szadkowskim o tym, co zdarzy się na Euro 2016, największy kłopot mieliśmy z Anglią. Jako kibice polskiej reprezentacji uważaliśmy ją - za wybitnie pożądanego przeciwnika w 1/8 finału (spotkanie było możliwe) albo w każdej innej rundzie. Ale jako korespondenci „Gazety” i Sport.pl spotkania z wyspiarzami bardzo się obawialiśmy. Zdawaliśmy sobie bowiem sprawę, że czego nie napiszemy przed lub po meczu, to prawdopodobnie skrajnie się rozminiemy ze zbiorowymi nastrojami w kraju.

Przed meczem naród oczekiwałby szlagierowego zderzenia z potentatem, wielką futbolową firmą marką, zdecydowanym faworytem. Nawet bez rutynowych odwołań do Wembley od patosu można by dostać mdłości. Tymczasem my - gdybyśmy chcieli pisać uczciwie i szczerze, a przecież zawsze chcemy - musielibyśmy zająć się objaśnianiem, że Anglicy to drużyna byle jaka, której renoma pozostaje dla nas nieodgadniona. Że za faworyta uważamy Polskę. Że jesteśmy spokojni jak nigdy.

Po meczu też byłoby trudno. Po nieuniknionym triumfie naród zapewne ujrzałby już naszych udekorowanych medalem, wygraną z Anglią odebrałby bowiem jako niezbity, spektakularny dowód polskiej potęgi. A my z kolei wiedzielibyśmy, że dla drużyny zorganizowanej jak ta Adama Nawałki rozprawienie się z wyspiarskim bezhołowiem (Roy Hodgson dał mocną kandydaturę na najmarniejszego trenera turnieju) to niemal obowiązek, odfajkowanie zadanka graniczącego z dopełnieniem formalności.

W Anglików na szczęście nie wdepnęliśmy, ale przed 1/8 finału znów czuliśmy się outsiderami. Widzieliśmy, że Islandia wygląda na Euro 2016 lepiej - bije sławniejszych rywali nawet dojrzałością - i nie rozumieliśmy dlaczego komentatorzy oraz bukmacherzy typują inaczej. Podczas oglądania transmisji na paryskim Saint-Denis (w biurze prasowym, po hicie włosko-hiszpańskim) Michał Zachodny przewidział nawet, po którym wyrzucie z autu Islandczycy wyrównają.

A potem powtórzyło się to, co zawsze. Gdzie nie kliknąć, tam nagłówki o sensacji.

Niepojęte. Rozumiem, że Premier League cieszy się obłędną popularnością i onieśmiela publikę wydawanymi na transfery wszechmilionami. Ale nie rozumiem, dlaczego świat wciąż daje się wyrolować w kwestii reprezentacji Anglii. Najbardziej zmistyfikowanej drużyny na planecie.

Fakty są dla wyspiarzy brutalne.

Jeśli angielski klub poszaleje w Lidze Mistrzów, czyli dokopie się do półfinału, to uczyni to niemal wyłącznie kopnięciami obcokrajowców.

Jeśli angielski klub wpuści do szatni angielskiego trenera, to będzie to klub broniący się przed spadkiem, no, w najlepszym razie unoszący się w dolnych stanach średnich tabeli. (Ostatnio tubylcy prowadzili tylko Bournemouth, Crystal Palace i Sunderland).

Jeśli angielska kadra próbuje sprawdzić się w mistrzostwach Europy, to albo odpada tuż po wyjściu z grupy (2012, 2004), albo z grupy nie wylezie (2000), albo w ogóle się na turniej nie zakwalifikuje (2008).

Jeśli kadra poleci na mundial, to albo również przepadnie w fazie grupowej (2014, ostatnie miejsce w tabeli, urwała tylko punkt Kostaryce!), albo zbierze ostre cięgi w 1/8 finału (2010, Niemcy włożyli jej cztery gole), albo doczłapie do ćwierćfinału (2006, prześliznęła się dzięki odosobnionemu kopnięciu Davida Beckhama, męczyła się z Ekwadorem potwornie).

Tak, to w żadnym razie nie jest produkt na miarę półfinałów, tu ćwierćfinały są mozolnie wydłubywaną niespodzianką. Ich ostatnie wyniki w fazie pucharowej mistrzostw kontynentu i mistrzostw świata wyglądają tak: 1:2, 0:0, 1:4, 0:0, 1:0, 2:2, 1:2. W XXI wieku przekonująco pokonali tylko Danię - 3:0, przed 14 laty w japońskiej Niigacie.

Powtórzmy: porządne zwycięstwo odnieśli raz. Nie będę tu przywoływał bezliku teorii próbujących tę bezradność objaśnić nie tylko dlatego, że znacie je na pamięć, ale przede wszystkim dlatego, że zbyt wiele w nich psychologizowania, hipotetyzowania o zżerającej wyspiarskich kadrowiczów presji, a za mało merytorycznej oceny umiejętności wychowywanych przez Anglię zawodników. Przemawia do mnie co najwyżej coraz powszechniejsze przekonanie, że deprawuje ich niewyobrażalny szmal. Zdobywany zbyt wcześnie i bez żadnych zasług. Kiedy czytam, że Dominic Solanke - 18-letni wychowanek Chelsea, reprezentant kraju we wszystkich kategoriach juniorskich - nie zagrał jeszcze w klubie w seniorach, ale żąda 2,5 mln (!) funtów rocznej pensji, to nie wątpię, że on swoje życie już wygrał.

Niech sobie zatem Anglicy odprawiają poklęskowe rytuały, my wiedzmy, że w poniedziałek nie było żadnej sensacji. Islandia to drużyna znakomita. To uczestnik Euro 2016, który w podróży do ćwierćfinału spotkał chyba najwięcej przyzwoitych przeciwników - od Holandii, Czech i Turcji w eliminacjach, po Portugalię i Austrię w fazie grupowej turnieju. Bezsilny pozostaje tylko wobec nieśmiertelnej legendy o Anglii jako futbolowej potędze.

12:52, rafal.stec
Link Komentarze (43) »

Pojawiła się w reprezentacji znienacka. Piłkarze Adama Nawałki są tak odmienni od poprzedników, że stale zadajemy sobie pytanie, czy aby nie przeskoczyli jednego etapu ewolucji.

Jeśli nowoczesny futbol utożsamimy z elastycznością, zdolnością do adaptacji do wytwarzanych przez najrozmaitszych przeciwników okoliczności, to reprezentacja Polski z lat 2014-2016 będzie wręcz w awangardzie.

Potrzebowała w eliminacjach Euro 2016 tłuc mnóstwo punktów, to była drapieżna w ofensywie i strzelała najwięcej goli na kontynencie. Chciała w fazie grupowej francuskiego turnieju dokładać punkcik do punkcika ostrożnie i metodycznie, to zmieniła swoje pole karne w fortecę, ściboląc zwycięstwa minimalne - i jej bramka pozostałaby zapewne nietykalna do dzisiaj, gdyby Xherdan Shaqiri nie zdobył się na strzał z woleja idealny, po akrobacji, która wychodzi raz w życiu. Postanowiła zaskoczyć Szwajcarów furiackim pressingiem, to omal ich w pierwszej połowie nie obrzuciła całym worem goli. Nawet do dogrywki podeszli Polacy tak, jakby była zwykłym dniem w biurze, a nie wyzwaniem, z którym nasza reprezentacja mierzyła się dotąd tylko podczas antycznego mundialu w roku 1938 (przygotowane zawczasu przed dogrywką karimaty do masażu przejdą do legendy).

A rzuty karne, których nie doświadczyła nigdy? Walili piłkarze z całej siły, ale nie na oślep, tylko Arkadiusz Milik dał bramkarzowi milisekundę złudzenia, że może mu się udać. Beznamiętni zawodowcy.

Ich odmienność zaczęła być jednak jeszcze bardziej uderzająca, gdy zaczęli mówić. Już świadomi, że awansowali do ćwierćfinału mistrzostw Europy. Że osiągnęli najlepszy polski wynik od co najmniej 30 lat.

Grzegorz Krychowiak wytłumaczył rozentuzjazmowanej dziennikarskiej ciżbie, że „niczego jeszcze nie osiągnęli”. Robert Lewandowski dodał, że „nie czas na euforię”, że przebywają „w swoim świecie, skupieni na konkretnej robocie”. Tylko Arkadiusz Milik zgodził się na „pięć minut radości”, ale zaraz zaznaczył, że na Euro 2016 trzeba „brać wszystko, co dają”.

Przywołuję cytaty tużpomeczowe, zarejestrowane wtedy, gdy piłkarze powinni być najbardziej spontaniczni, odurzeni sukcesem. Nie byli. I nazajutrz, gdy wrócili z Saint-Étienne do La Baule, nic się nie zmieniło. Łukasz Fabiański mówił nam, że u nikogo nie widział przesadnego zadowolenia z tego, co już było, i że nikomu nie przyszło do głowy, że dokonał historycznego wyczynu. Przyznawał tylko, że on i koledzy stoją przed szansą, by wreszcie do historii przejść.

To nie jest zlecona przez trenera Adama Nawałkę strategia narracyjna, piłkarze nie wygłaszają znanych z codziennej politycznej młócki, rozsyłanych przez szefa „przekazów dnia”. Oni naprawdę nie sądzą, że osiągnęli sukces.

I tym zaskakują podczas Euro chyba najbardziej. Kiedy się odezwą, stają się szczególnie „niepolscy” - jak powiedziałby kibic doświadczony, wymęczony przewlekłą klęskowością reprezentacji. Od wieczności przyzwyczajaliśmy się przecież, że celem tyleż nieosiągalnym, co wymarzonym, wręcz fetyszem, jest „wyjście z grupy”. Że fetujemy nawet udane eliminacje, w skrajnych przypadkach zasypując Stadion Narodowy tonami konfetti i odkorkowując szampany. Polski futbol kojarzył się z minimalizmem, przeciętnością, syndromem bojącego się poprosić o swoje petenta. Zresztą i teraz można było gdzieniegdzie - na szczęście daleko od reprezentacyjnej szatni - usłyszeć westchnienia, że lepiej byłoby trafić w fazie pucharowej na rywali z lepszą marką, bo wówczas publika przychylniej przyjmie ewentualne niepowodzenie. Klasyczne szukanie alibi na wypadek, gdyby się nie udało.

Ludzie Nawałki nie kombinują. Reprezentant Polski AD 2016 sprawia wrażenie, jakby przeskoczył jeden etap ewolucji, bo zazwyczaj dzieje się tak, że z kolejnymi sukcesikami musisz się oswoić, zanim pomyślisz o większych - a dla nas ćwierćfinał jest bezdyskusyjnie osiągnięciem. Piłkarze interpretują jednak sytuację kompletnie inaczej.

Portugalski supergwiazdor Cristiano Ronaldo, który spotka Polaków w ćwierćfinale, po remisie z Islandią szydził z rywali, którzy po ostatnim gwizdku wpadli w ekstazę. Oskarżał ich o „mentalność małego kraju”, ogłaszał, że nigdy niczego nie osiągną, skoro cieszą się, zanim cokolwiek wygrają. Nasi kadrowicze - biorąc pod uwagę przetrąconą psyche nadwiślańskiego futbolu - mogliby się zachowywać identycznie. Ale oni zachowują się, jakkolwiek nieprawdopodobnie i wiekopomnie to nie zabrzmi, jak piłkarze z wielkiego kraju. Jak faworyci. Po wyleczeniu kompleksu niższości wzbiliśmy się na pułap pewnych siebie profesjonalistów, którzy nie pukają, tylko wchodzą razem z drzwiami. Wzbiliśmy się natychmiast, bez etapu pośredniego. Zahukanych prowincjuszy wyparli wysoko wykwalifikowani specjaliści z metropolii.

W sporcie charakteryzują się oni tym, że nie odmierzają, czy na aktualnym poziomie rozgrywek osiągnęli wynik ciut lepszy od poprzedników, czy „spełnili oczekiwania”, czy ktokolwiek się do nich przyczepi. To statystyczne fakty bez znaczenia. Kiedy Bayern - a wraz z nim Lewandowski - przegrywa z Atlético w półfinale, to po prostu przegrywa Ligę Mistrzów. Piszczek w Borussii też walczy do ostatnich rund Bundesligi, niemieckiego pucharu, Ligi Europy. I Krychowiak - pierwszy Polak, który obronił (z Sevillą) europejskie trofeum.

Ten ostatni wyrasta być może na postać w drużynie czołową. Nieustraszony, żarłoczny zakapior, który w klubie strzeli gola w finale, a w reprezentacji załaduje z karnego gola dającego ćwierćfinał. Ponoć ma ambicje kapitańskie (czego głośno nigdy nie przyzna, hierarchię należy szanować), w Paris Saint-Germain ruszy zaraz po najcenniejsze tytuły. Tacy jak on zarażają swoim parciem na sukces innych. I niewykluczone, że to dzięki kilku liderom wszyscy kadrowicze spoglądają wyłącznie w przyszłość.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 439
Tagi