|
wtorek, 09 lutego 2010
Gdy debatujemy, gdzie piłka nożna ma się dzisiaj najlepiej, wskazujemy Anglię bądź Hiszpanię, zadając sobie zarazem pytanie, czy obaj liderzy nie wspierają aby swojej potęgi na kruchych fundamentach, skoro ich kluby - także, nawet przede wszystkim czołowe - uginają się pod potwornym zadłużeniem. Tutaj znajdziecie pedeefa ze szczegółowym raportem, który umożliwia postawienie nieśmiałej hipotezy, gdzie futbol zdaje się mieć najbardziej obiecujące perspektywy. Przychody pierwszej i drugiej Bundesligi rosną nieprzerwanie - i dynamicznie - od pięciu lat, w minionym sezonie padła bariera 2 miliardów euro. Nie będę tutaj przytaczał wszystkich ekonomicznych wskaźników, zainteresowani niech klikną w tamten link, poprzestańmy na ogólnej refleksji, że dzielą się owe wskaźniki z grubsza na dobre, bardzo dobre i imponujące. Także dzięki temu kluby mogą obficie inwestować w akademie dla młodzieży (61 mln euro, 62, 69, 78 - to zaokrąglone dane z ostatnich lat), czego wymagają przepisy licencyjne, a ponieważ umiejętnie pielęgnuje talenty także tamtejsza federacja, niemieccy juniorzy zdobyli właśnie złote medale na mistrzostwach Europy we wszystkich kategoriach wiekowych - 17-, 19- i 21-latków. Co więcej, nie splamili tych turniejów ani jedną porażką! By dopełnić sielankowego obrazka, dodajmy, że Bundesligę ogląda się na lśniących, nowoczesnych stadionach, że nie zawładnęło nimi kibolstwo, że bilety są znacznie tańsze niż w innych czołowych ligach (kosztują przeciętnie 21 euro, we Francji 26, we Włoszech 27, w Hiszpanii 40, w Anglii 43), że sprzedaje się ich najwięcej w Europie (średnia frekwencja to 41 904 widzów, w Anglii 35 592, w Hiszpanii 28 478, we Włoszech 25 304, we Francji 21 034). W dodatku olbrzymia część fanów czuje się zaangażowana w rywalizację o najwyższe cele, w przeciwieństwie do wymienionych konkurencyjnych lig, które co sezon przygrywają na tę samą nutę. Czołówką targa rotacja jak tornado (trzej różni mistrzowie w trzech ostatnich latach), panuje w niej wieczny punktowy ścisk, walka o tytuł trwa po ostatnią lub niemal ostatnią kolejkę. Widać na tej niemieckiej ziemi obiecanej właściwie tylko jedną skazę. Bundesliga nie osiąga międzynarodowych sukcesów, po 2002 roku ledwie raz doturlała się do finału europejskiego pucharu, w dodatku był to mniej prestiżowy Puchar UEFA. Złote dzieciaki wydorośleją, triumfy to tylko kwestia czasu?
poniedziałek, 08 lutego 2010
Snajperem był Francisco Varallo bezlitośnie regularnym. Już w próbnym sparingu, który jego drużyna Gimnasia La Plata wygrała 9:1, zdobył wszystkie bramki. W sławniejszym Boca Juniors namłócił 194 gole, ustanawiając klubowy rekord pobity dopiero wiele pokoleń później przez Martina Palermo. Był też snajperem pazernym. W finale mistrzostw świata wściekł się, jak sam opowiadał, po golu na 2:1 dla jego Argentyny, bo piłka frunęła do niego, ale przejął ją - ponoć go odpychając - król strzelców tamtego turnieju Guillermo Stabile. Był snajperem ofiarnym. We wspomnianym finale zagrał z kontuzją, a ta pogłębiła się przy oddawaniu strzału, który na niewiele się zdał, bo piłka uderzyła w poprzeczkę. Argentyńczyk właściwie nie mógł już wtedy nawet chodzić, więc odsunął się na skrzydło - przepisy nie zezwalały jeszcze na zmiany. Gdyby wcześniej przymierzył precyzyjniej, byłoby 3:1. A tak Urugwajczycy najpierw wyrównali, ostatecznie zwyciężyli 4:2, to oni wzięli złoto. Po meczu Varallo płakał. Był snajperem pechowym. Kilka lat później doznał - znów grając dla kraju - ciężkiego urazu kolana. Mimo to wystąpił w lidze, a kiedy jego stan się znacząco pogorszył, nie przystał na operację. Spędzał cały tydzień w łóżku, by oszczędzać nogę i wstawać na niedzielne mecze. Poddał się jako 29-latek, skończył karierę. Dopiero niedawno, gdy Palermo poprawiał jego osiągnięcia, groził, że ją wznowi. W piątek Francisco Varallo, ostatni żyjący uczestnik pierwszego w historii mundialu - europejskie reprezentacje płynęły nań jeszcze statkami, co trwało tygodniami - skończył 100 lat. Zapraszam do mojego felietonu z dzisiejszej „Gazety Sport.pl”. I ciekaw jestem waszych refleksji o erze przesytu. Jaką przyjęliście strategię obrony przed popadnięciem w obłęd? Konieczność ciągłego dokonywania wyboru męczy? Nurkujecie w niszę czy utrzymujecie się na powierzchni, ale za to pływacie po większej części oceanu? Lubicie futbolowe kolejki ligowe rozlane na cztery dni? Co powiecie, gdy będą trwały już okrągły tydzień? Przyjmiecie propozycję i otworzycie paszcze? A siatkarki - mają jakąkolwiek szansę? Itd...
niedziela, 07 lutego 2010
Gdy blogując o derbach Mediolanu wyliczałem, dlaczego Włosi słusznie uważają je za największe obecnie derby w Europie, ustaliliśmy, że na naszym kontynencie konkurować ze stolicą Lombardii zdolna jest tylko stolica Wlk. Brytanii. Ba, ilościowo wręcz rywalizację wygrywa, bo w Premier League panoszy się aż 5 z 13 zawodowych klubów londyńskich, więc tamtejsi lokalni rywale zmierzą się ze sobą w sezonie aż 20-krotnie. Co też rekordem - popodróżujmy jeszcze chwilkę po futbolowych klasykach - nie jest, absolutny prymat dzierży Buenos Aires. Mają tam 24 profesjonalne kluby (w tym dwa legendarne) i zazwyczaj mniej więcej co trzeci występuje w pierwszej lidze. Ale wracajmy do Londynu. Chelsea - Arsenal już o 17. 12.13. Od razu zaznaczam, że tzw. aferą Terry’ego podniecał się nie będę. Dla mnie to sprawa między nim, Bridgem i tą panią, która - wedle kolejnych doniesień - postanowiła być pucharem przechodnim dla piłkarzy Chelsea. No i jak zwykle w takich sprawach smuci mnie, że nikt nie zajmuje się szubrawcami z brukowca, którzy włażą z buciorami w cudzą prywatność. (Jak często robią to nielegalnie, łamiąc prawo? Zajrzyjcie tutaj.) 12.47. Zrekapitulujmy, co stało się wczoraj. Liverpool nie przegrał siódmy raz z rzędu, znów nie stracił gola, zaimponował hartem ducha, znów jest w strefie „Liga Mistrzów”. Znów tam jest, bo konkurenci - Tottenham i Man City - usłużnie pogubili punkty. Konsekwencje dla Chelsea? Żadnych. Konsekwencje dla Arsenalu? Jeśli dziś przegra, to już w środę - zagra z Liverpoolem - zagrozi mu powrót do walki o przetrwanie w czołowej czwórce. Co do Liverpoolu, to po jego pucharowej klęsce z Reading - w najbardziej ryzykownym momencie, był wtedy na dnie - nierozważnie założyłem się z Michałem Okońskim, że następny sezon rozpocznie z Benitezem na ławce. Mam szansę wygrać? 13.25. O kim opowiadamy? Arsenal to idealny kandydat na bohatera pozytywnego - hołubi młodość, zachowuje się wstrzemięźliwie na rynku transferowym, chce uwodzić stylem gry, czyli ma wszystkie cechy uchodzące w piłce za romantyczne. Na Stamford Bridge znienacka chlusnęły natomiast setki milionów Abramowicza, Chelsea podebrała wiele gwiazd konkurencji, pożąda sukcesu tu i teraz. Klasyczny futbolowy czarny charakter. Paradoks - to Arsenal nie ma żadnego gracza, który by wieki spędził w klubie i stał się jego symbolem, jak Terry czy Lampard u rywali. Nawet Fabregas lubi wspominać, jak to od 9. miesiąca życia uczęszczał na Camp Nou:-) 14.05. Właściwie całą opowieść można budować na opozycjach. Trener Wenger sam grał głównie amatorsko, lubi pozować na filozofa futbolu, pouczać kolegów i wrogów po fachu, opowiadać, jak jego zdaniem powinien być zorganizowany świat piłki. Trener Ancelotti graczem był wybitnym, nie lubi przemawiać, nikomu się nie naraża, nie wywołuje kontrowersji. To pod wieloma względami pojedynek teorii z praktyką, liryki z prozą, spekulacji z konkretem… 14.17. Nie rozumiem narzekań na wczorajsze derby Liverpoolu. Mnie wciągnęły całego. Dziś poproszę o mniej krwi, więcej płynności w grze, tyle samo emocji. 14.48. Miękkie podbrzusze Arsenalu to Manuel Almunia - gdyby sklasyfikować EPL według klasy bramkarzy (spróbujecie na forum?), Kanonierzy nie awansowaliby do europejskich pucharów, może wręcz zdryfowali w okolice strefy spadkowej. Miękkie podbrzusze Chelsea to odrętwienie przy stałych fragmentach gry - po rzutach rożnych i wolnych stracili „The Blues” 15 z 20 goli w tym sezonie. 15.07. A propos bramkarza, tuż przed zatrzaśnięciem okna transferowego Wenger usiłował kupić od Stoke T. Soerensena, ale nie zdążył. Co wiele mówi o pozycji Fabiańskiego, on też już wyrósł z chłopca w 25-latka… 15.31. Ponieważ lider Serie A właśnie zaczął miażdżyć Cagliari, przypomnę, że Wenger chciałby zaopiekować się niejakim Balotellim, arcyzdolnym chuliganem, o którym Mourinho powiedział niedawno - sprytnie, nie wprost - że ma w głowie co najwyżej jeden neuron, bo gdyby miał więcej, to by się w takim klubie jak Inter dynamicznie rozwijał. Przyznaję, byłoby fascynująco popoglądać, jak profesor Wenger wychowuje łobuza. Mourinho idzie słabo. 16.07. W to też bawiliśmy się przed derbami Mediolanu. Taką jedenastkę bym złożył, gdybym dobierał z szatni Chelsea i Arsenalu: Cech - Bosingwa, Terry, Vermaelen, Cole - Essien, Fabregas, Lampard - van Persie, Drogba, Arszawin. Właściwie to trochę naginałem swoje opinie, bo wychodziło mi aż 8:3 dla Chelsea:-) 16.43. Charakterystyczna liczba Chelsea: tylko cztery ligowe porażki na własnym boisku poniosła ta drużyna, odkąd w 2003 roku kupił ją Abramowicz. Ostatnią – z Arsenalem. Charakterystyczna liczba Arsenalu: aż siedem goli strzelił we wszystkich rozgrywkach sezonu Thomas Vermaelen, który rośnie na najskuteczniejszego obok van Buytena (też Belga) obrońcę w futbolowej elicie od lat. A zarazem wiemy, że gdyby ułożyć tabelę EPL według szczelności defensyw, Kanonierzy zajmowaliby ex aequo ósme-dziewiąte miejsce z Fulham… 16.57. Składy. Chelsea: Cech; Ivanovic, Terry, Carvalho, Cole, Ballack, Mikel, Lampard, Malouda, Anelka, Drogba. Arsenal: Almunia; Sagna, Gallas, Vermaelen, Clichy, Fabregas, Song, Daiby, Walcott, Arshavin, Nasri. 17.11. Pierwsze sceny przewidywalne pierwsze sceny Bonda - zabójczy strzał miała paść i padł, zabił ten, co zawsze zabija. Drogba strzela 11. gola w 10. ostatnich meczach z Arsenalem. Oprawca. 17.30. Czasem mi się wydaje, że jeśli ustawiamy Arszawina na środku ataku, to równie dobrze moglibyśmy zabrać Puszkinowi kałamarz i kazać mu operować młotkiem. Ale Drogba to właściwy predator na właściwym miejscu. 2:0, choć z premią za moc strzału i tempo kontry powinno być 3:0. 17.55. Do przerwy 2:0, ja uparcie wracam do tematu defensywy. Siłę gospodarzy ucieleśnia wspomniany Drogba, ale czy wcisnąłby pierwszego gola, gdyby Arsenal ustawił kogoś przy lewym słupku? Czy przywaliłby - po kontrze - drugim, gdyby nie zasieki Chelsea? Skoordynowane ruchy tej drużyny przypominają mi przegrupowania Milanu Ancelottiego ze szczytowego okresu - Manchester Utd wyglądał wtedy na San Siro (0:3, podziwiałem z trybun) tak samo bezradnie, jak dziś wygląda Arsenal. 18.32. Wenger robi w 63. minucie to, co Mourinho zrobiłby w przerwie, czyli zmienia Walcotta na swojego wieżowca - gdyby rozmnożyć Bendtnera do trzech Bendtnerów, to stając obok siebie mogliby zasłonić Drogbę. Na razie podrygi arsenalskie wzbudzają chwilami litość, a jak już rywale raz puścili samopas Nasriego, ten postanowił przemyśleć swoje życie. Rzut wolny Fabregasa też nie pomógł, bo między słupkami nie stoi typ almuniopodobny. Goście atakują, ja bardziej wierzę w 3:0 niż w 2:1. 18.47. Drogba w poprzeczkę z rzutu wolnego (bramka chyba pusta, miejsca pobytu Almunii nie ustalono). Gdyby trafił, strzeliłby 4. gola w sezonie kopnięciem nieruchomej piłki i doścignął wybitnych specjalistów - C. Ronaldo oraz Sneijdera. 18.58. Gospodarze wykonali robotę, goście się starali. Koniec, 2:0. Czy byśmy ważyli mięśnie, czy charaktery, musielibyśmy umieścić rywali w różnych kategoriach wagowych. Chelsea to superciężka, Arsenal lekkopółśrednia. Dlatego pierwsi w ostatnich, powiedzmy, 30 miesiącach tworzą wraz MU i Barcą elitę elit w Europie, a drudzy rozstrzeliwują małych. I kto wie, może po środowym meczu z Liverpoolem - jeśli go wygrają - znów zaatakują czołówkę? Czeka ich przyjemna seria - Sunderland (d), Stoke (w), Burnley (d). Ja zgodnie z tradycją nie przestaję blogować - popodsumowujemy, może zajrzymy do Florencji, tam przyjeżdżą Roma, od której Wenger mógłby się uczyć rozsądnego wydawania pieniędzy na transfery:-) 19.20. Upewniłem się w archiwach - Arsenal także w LM przegrał WSZYSTKIE dwumecze z angielskimi rywalami (MU, Liverpool, Chelsea). Do jedynego finału awansował po zwycięstwie nad maleństwem Villarreal, także dzięki przestrzelonemu przez Riquelme karnemu... 19.57. Nie mogę się doczekać zderzenia w LM Chelsea z Interem. To dwa gangi złożone z zabijaków o stalowych kończynach, cięższej jazdy w Europie nie ma. Plus Mourinho. Kto nie ogląda Serie A, może nie doceniać nerazzurich, ale to naprawdę nowa jakość, nawet jeśli faworytem są londyńczycy. Kilka miesięcy temu dawałbym im 70 procent szans. Dziś daję 55 proc. 20.30. W popularnym temacie "czy finanse Arsenalu nie powodują, że powinniśmy doceniać jego coroczny awans do LM": to sam Wenger i jego ludzie stawiają sobie za cel walkę o tytuł, to oni wyznaczają punkt widzenia. A jeśli trener z niedzieli na poniedziałek - pod wpływem jednego meczu - usiłuje kupić bramkarza, to budzi, oględnie mówiąc, zdumienie. Czy Arsenalu na pewno nie stać na kogoś lepszego od Almunii? Bliźniaczych pytań można by postawić jeszcze kilka... 21.03. Kłócicie się o Wengera - ja cieszę się, że jest, takie postaci cholernie wzbogacają futbol, ale też sądzę, że z przeszło 100 mln funtów budżetu płacowego wypada co pewien czas zdobyć trofeum (a niechby pomniejsze) albo wicemistrzostwo. Ponad rok temu napisałem o nim felieton "Wielki eksperymentator", który przypominam, bo przymierzam się do kontynuacji, tym razem poświęconej temu, co może się kołatać w głowach chłopców Wengera:-) Złudzenie czy na moim blogu przeważają fani Arsenalu? 21.41. Ancelotti po meczu dał wsparcie Terry'emu, uczynił z niego bohatera wieczoru ("perfect captain", "fantastic attitude"), poza tym jak zwykle nudził. Wenger był zadowolony z poziomu gry i ducha walki, jego piłkarze ponoć "całkowicie dominowali" na boisku, u rywali dostrzegł głównie "efektywność". Hmmm... 22.18. Drobiażdżek przydatny (niezbędny?) dla sporządzenia portretu psychologicznego Arsenalu. Jutro minie ROK od ostatniej czerwonej kartki - w jakichkolwiek rozgrywkach - dla tej drużyny. 23.16. Od przeciwieństw zaczęliśmy, na przeciwieństwach skończmy. W półfinale LM'09 piłkarze Chelsea polegli po dwóch remisach z Barcą, sędziowskich kontrowersjach i golu straconym w doliczonym czasie gry; w finale LM'08 po remisie z MU i pudle z karnego Terry'ego, w półfinale LM'07 po remisie w dwumeczu z Liverpoolem i serii jedenastek. Ani razu nie przegrali, a jednak za każdym razem przegrywali. Rozsadza ich moc, którą zwielokratnia niebywałe poczucie krzywdy? Znajdujecie w europejskiej elicie atletów tak zranionych, wściekłych, zdeterminowanych? Czy to nie jeszcze jedna, najważniejsza opozycja między dzisiejszymi zwycięzcami a pokonanymi, których wyrozumiały pan profesor przekonał, że należy z pogodą ducha znosić niepowodzenia, skoro najważniejsza jest przyszłość?
sobota, 06 lutego 2010
Szli Liverpool z Juventusem łeb w łeb. Oba kluby zdobyły w minionym sezonie wicemistrzostwo swoich krajów, oba planowały szturm na sam szczyt, oba całkowicie rozczarowały, oba wyleciały z hukiem z Ligi Mistrzów. A skoro tak, to oczywiście oba stanęły przed dylematem: zwalniać czy nie zwalniać trenera. Rafa Benitez ocalał, a Liverpool odzyskuje równowagę. Od siedmiu kolejek nie poległ, stracił zaledwie jednego gola, wrócił na pozycję dającą awans do kwalifikacji Champions League. Ciro Ferrara nie ocalał, a Juventus wciąż się nad fanami znęca. Dziś po koszmarnej grze zremisował w Livorno, serię bez zwycięstwa wydłużył do pięciu meczów. Alberto Zaccheroni piłkarzy nie ocucił, jego nominacja pozostaje dla mnie najbardziej niepojętą trenerską nominacją sezonu 2009/2010 w wielkim futbolu. Nie dlatego, że nie udało mu się ani w debiucie, ani dzisiaj, nie strzeliłoby mi do głowy ścinać przedstawiciela tego fachu na podstawie dwóch meczów. Nie pojmuję decyzji bossów Juventusu z przyczyn ogólniejszych - nie widzę żadnych sensownych argumentów, które by ją uzasadniały. Wyjąwszy kilkumiesięczny epizod w Torino, Zaccheroni przebumelował na bezrobociu całą piłkarską epokę, a sukcesy - też incydentalne - odnosił tak dawno temu, że nikt nie ma pewności, czy się nam nie przywidziały (pewność mieliśmy w jednej tylko kwestii - że wróci do ustawienia z trójką obrońców). Przejął tymczasem grupę zrezygnowaną i zdezorientowaną, którą czekają niesłychanie trudne wyzwania, z niemal wszystkimi najmocniejszymi przeciwnikami - Interem, Milanem, Napoli, Fiorentiną i Sampdorią - zmierzą się turyńczycy na wyjazdach. Sprawa się rozjaśnia, gdy zlustrować personalne decyzje szefów Juve z najbliższej przeszłości. Wszystkie były kontrowersyjne. Nie wiadomo, dlaczego po awansie do Serie A nie zatrzymali turyńczycy Didiera Deschampsa; Claudio Ranieriego zwolnili w środku sezonu i nie kłopotając się brakiem renomowanego następcy; Ferrary też nie wymienili na wytrawnego zawodowca, który samym wejściem do szatni tchnie w nią trochę życia. A może nikt poważny nie za bardzo chciał rozmawiać? Może szanujący się fachowcy wolą trzymać się z dala od klubu utaplanego w chaosie, niespecjalnie rokującego na przyszłość? Swego czasu konsekwentnie nazywałem Real Madryt najgorzej zarządzaną wielką futbolową korporacją świata. Dziś oddaję swój prywatny prymat w tej konkurencji Juventusowi. Ich przebiegły plan zatrudnienia latem Rafy Beniteza może nie wypalić, jeśli będą usiłowali skazać go na pracę poza Ligą Mistrzów. PS Ponownie zapraszam na jutrzejszy maraton blogowy o derbach Londynu i w ogóle Premier League. Planuję ruszyć około południa. |
Ostatnie notki
Zakładki:
A tu klikam natrętnie
Ferajna z sąsiedztwa
Niezbędnik inteligenta
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||