RSS
czwartek, 02 lipca 2015

literatura piękna, poezja prozą

Powiśle za burtą Pucharu Polski. Gospodarze zaczęli z wysokiego „C”, ale musieli przełknąć gorzką pigułkę i uznać wyższość Czarnych. Przegrali 1:2.

Przyjezdni zapowiadali, że postawią twarde warunki, jednak nikt nie spodziewał się, że zawieszą poprzeczkę tak wysoko. I że pokuszą się o wygraną. Ich defensywa nie stanowiła ostatnio monolitu, drugiej linii brakowało waleczności, nawet chwalony wcześniej atak nie grał jak z nut. A Powiśle szło jak burza. Wywiozło punkt z trudnego terenu w Świętochłowicach, w lidze znów zasiadło na fotelu lidera. W dodatku rozpoczęło dzisiejsze spotkanie od mocnego uderzenia – w drugiej minucie po wykopie bramkarza piłka padła łupem zupełnie niepilnowanego Jana Ziemniakiewicza, który z najbliższej odległości dopełnił formalności.

Zrobiło się 1:0, a faworyci nie spoczęli na laurach. Mieli optyczną przewagę, mecz toczył się pod ich dyktando i stopniowo nabierał rumieńców. Szczególną ochotę do gry przejawiał Robert Kociołek, na którego parol zagięli włodarze czołowego klubu Bundesligi.

– Słyszałem, że jestem w orbicie zainteresowań, ale teraz koncentruję się tylko na Powiślu i w każdym spotkaniu daję z siebie wszystko – nie ukrywał przed meczem młody napastnik, który w bieżącym sezonie legitymuje się średnią 0,8 gola na spotkanie. W 23. minucie zobaczyliśmy, że bardzo pali się do gry. Wyrósł jak spod ziemi w polu karnym, idealnie złożył się do strzału i podwyższyłby prowadzenie, gdy rywali nie uratował słupek. Świeżo upieczony reprezentant kraju od pierwszego gwizdka grał pierwsze skrzypce i wydawało się, że w pojedynkę przechytrzy skomasowaną obronę Czarnych.

Występ popularnego „Kotła” miał być nie lada gratką dla kibiców, ale goście powoli łapali wiatr w żagle. Oni też ostrzyli sobie zęby na trofeum i zapewniali, że szybko stracony gol ani nie ustawi meczu, ani nie ostudzi ich apetytów. Kiedy niedługo przed przerwą zaatakowali i po raz pierwszy zatrudnili bramkarza Filipa Konopczyńskiego, sytuacja zaczęła zmieniać się jak w kalejdoskopie. Obaj golkiperzy mieli pełne ręce roboty, bo obie strony miały ochotę na strzelenie gola do szatni.

W drugiej odsłonie trener Czarnych desygnował do gry Macieja Maciejkę, który niedawno groził sternikom klubu, że jeśli nie podniosą mu apanaży, to poszuka drużyny, która zaproponuje lepsze warunki. A wróble ćwierkają, że znajduje się na celowniku kilku pierwszoligowców. I to nie kto inny jak Maciejko odmienił losy spotkania. Jego pierwsze próby strzałów z dystansu spaliły na panewce, ale zebrał brawa za decyzje, bo kibice widzieli, że dobrze wprowadził się do gry. Dzięki niemu goście zaczęli rządzić i dzielić w środku pola. Ręce same składały się do oklasków.

Kiedy w 52. minucie Maciejkę sfaulował w polu karnym Ziemniakiewicz, sędzia wskazał na wapno. Sprawiedliwość wymierzył sam poszkodowany, sprawiając sobie prezent z okazji 28. urodzin. Było 1:1, zapachniało sensacją. Goście nie kwapili się jednak, by mocniej zaatakować, natomiast gospodarze nie potrafili narzucić im swojego stylu gry. Sytuacji podbramkowych było jak na lekarstwo, z boiska wiało nudą.

Na kwadrans przed końcem regulaminowego czasu gry przebudził się pogrążony w letargu Jakub Danielak, który przez trzy sezony bronił barw Powiśla, więc zna ich drużynę od podszewki. Piłka odbiła mu się od uda i minęła kompletnie zaskoczonego Konopczyńskiego, któremu nikt nie przyszedł w sukurs. Sensacja wisiała w powietrzu, a załamani gospodarze nie robili nic, by przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. I ponieśli porażkę na własne życzenie. A Czarni, niezależnie od wyniku finału, zapewnili sobie awans do europejskich pucharów. I mają szansę na niezły wynik. To mieszanka rutyny z młodością, która jest w stanie uprzykrzyć życie każdemu.

Szkoleniowiec gospodarzy nie chciał bić się w piersi. Pierwszy pospieszył z gratulacjami do kolegi po fachu, który prowadzi Czarnych, a potem tłumaczył zgromadzonym dziennikarzom, że jego drużynie brakuje doświadczenia, że wielu jej młodych zawodników to dopiero melodia przyszłości. Zauważył też, iż puchary rządzą się swoimi prawami. – Zdecydowała dyspozycja dnia – podsumował spotkanie. Czy włodarze klubu będą tego samego zdania?

*Relacja napisana z okazji Międzynarodowego Dnia Dziennikarza Sportowego. Z fikcyjnego meczu, za to taka, o jakiej napisaniu zawsze marzyłem.

19:26, rafal.stec
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 29 czerwca 2015

Brazylia, apokalipsa

Brazylii nie boi się już nikt. Teraz boi się Brazylia. Nawet Wenezueli, niegdyś ostatniego przybłędy w Ameryce Południowej, niemiłosiernie okładanego przez wszystkich rywali. Gdy „Canarinhos” grali z nią przed tygodniem w fazie grupowej Copa América, w końcówce bronili minimalnego prowadzenia sześcioma (!) obrońcami oraz dwójką defensywnych pomocników. Gotowy obrazek na okładkę opowieści o utraconej godności.

Proces gnicia najpotężniejszej reprezentacji świata trwa pięć lat. I przyspiesza. Brazylijczycy nie tylko przegrywają, oni przegrywają w coraz bardziej przygnębiających okolicznościach.

Mundial 2010 przerżnęli z powodu ślepej furii niejakiego Felipe Melo, który załadował Brazylii pierwszego w historii mundiali samobója oraz podeptał rywala, i przy jazgocie oskarżeń, że cyniczny trener Dunga okrywa rodaków hańbą, bo preferuję grę zbyt wyrachowaną. To była przyczyna bezpośrednia, o przyczynach głębszych nikt jeszcze nie wspominał.

Copa América 2011 Brazylijczycy przerżnęli, bo zdołali wyścibolić ledwie jedno zwycięstwo, a w ćwierćfinale po dogrywce pierwszy raz w historii zmarnowali wszystkie rzuty karne.

Mundial 2014 przerżnęli po najbardziej makabrycznej w historii klęsce drużyny gospodarzy, półfinałowym 1:7 z Niemcami i odbierającym medal 0:3 z Holandią.

Copa América 2015 przerżnęli bez statystycznych fajerwerków, ale znów w okolicznościach bez precedensu w historii. W rozstrzygających chwilach odwoływali się do ludzi, na których wczoraj lub przedwczoraj ani by nie spojrzeli – napastnika z chińskiego Shandong Luneng (Diego Tardelli), skrzydłowego emirackiego Al-Ahli (Everton Ribeiro) czy infantylnego dryblera wykopanego z Europy (Robinho, należał w dodatku do najlepszych w drużynie!). Degrengolada totalna. Do podstawowej jedenastki wpuszcza się przeciętniaków, którzy przed chwilą nie dopchaliby się na kraniec ławki rezerwowych. – Musimy wymyślić brazylijską piłkę na nowo – wzdychał selekcjoner Dunga. I zasugerował, że odbudowa potrwa wiele lat. Pewnie słusznie, skoro pierwszy raz czytam u poważnych komentatorów, że Brazylia ma... przestarzały system szkolenia.

Rzeczywistość rzęzi na każdym poziomie. Na ledwie połowie z wzniesionych na mundial stadionów grają pierwszoligowe kluby, co trzeci stoi pusty lub służy celom niesportowym, najdroższy – obiekt w Brasilii – nieużywany niszczeje. Maleje frekwencja na trybunach, absurdalnie rozdęty system rozgrywek jednych piłkarzy skazuje na granie do upadłego, a innych – na wielomiesięczne nieróbstwo. Według prasowych doniesień reprezentację zaprzedano komercyjnym firmom, z którymi selekcjoner musi konsultować powołania. Korupcyjna afera goni aferę, co przytomniejsi Brazylijczycy – na czele z hałaśliwym parlamentarzystą Romario – rozpaczają, że piłkę nożną przejęli hochsztaplerzy skupieni wyłącznie na jednym celu – próbują go wydoić do ostatniej kropelki.

Wszechogarniająca patologia spowodowała zapaść sportową, którą jeszcze wyraźniej widać poza reprezentacją. W czołowych klubach hiszpańskich występował w minionym sezonie tylko jeden ofensywny gracz brazylijski (Neymar). W czołowych klubach niemieckich – też jeden (30-letni Raffael). W angielskich – trzech (Oscar, Willian, Coutinho). We włoskich – znów jeden (Felipe Anderson). We francuskich – dwóch (Lucas Moura, Matheus). Nie ma ich na szczytach rankingów strzelców, nie ma ich wśród najczęściej asystujących. Jak na brazylijskie standardy, przeraźliwa nędza. Europejskie potęgi dopuszczają „Canarinhos” już właściwie tylko do bronienia – w defensywie lub w rolach ustawionych tuż przed defensywą, osłaniających ją tarcz. Owszem, Brazylia wciąż pozostaje czołowym eksporterem piłkarzy i w ostatniej edycji Lidze Mistrzów miała aż 81 swoich przedstawicieli, ustępując liczebnie jedynie Hiszpanii (88). Coraz częściej ilość zastępuje jednak jakość. Przylatują gracze dobrzy i bardzo dobrzy, nie przylatują wybitni. Przylatują silni, szybcy, agresywni i waleczni, nie przylatują natchnieni. Format Szachtara, ale nie Realu Madryt. O skali dramatu świadczy fakt, że w kopalni zjawiskowych napastników wciąż lamentują po ucieczce pod flagę hiszpańską Diego Costy. Od zakończenia kariery przez Ronaldo nie dochowali się żadnego innego supersnajpera. A z mistrzostw kontynentu 20-latków nie przywieźli właśnie medalu dwa razy z rzędu, co nie zdarzyło się jeszcze nigdy.

Jest nie tyle źle, ile coraz beznadziejniej, Brazylijczycy zażarcie ryją dno, by odkrywać, że da się zejść jeszcze głębiej. Tegoroczna Copa América była wstrząsem również dlatego, że klęski nie sposób usprawiedliwić nawet młodością czy niewystarczającym doświadczeniem, wśród wyeliminowanych przez Paragwaj piłkarzy nie widać nikogo z przyszłością, po oczach bije deficyt osobowości. W ćwierćfinale odpadali m.in. 31-letni Robinho, 30-letni Diego Tardelli, 30-letni Fernandinho, 30-letni Elias, 32-letni Dani Alves, 31-letni Thiago Silva, 31-letni Miranda i 30-letni Filipe Luis. Jedna z najstarszych reprezentacji na planecie. A w rezerwie siedział niejaki Geferson, młodzieniec z ledwie kilkunastoma meczami w seniorach. Oto efekty personalnej rewolucji wznieconej przez Dungę – z podstawowej jedenastki, która podpisała 1:7 z Niemcami, ostał się jeden Fernandinho. Koszmarnego Freda zastąpił Diego Tardelli. Bylejakiego Jo – Everton Ribeiro.

A przecież brazylijska myśl szkoleniowa poza Brazylią też nie istnieje. Argentyńską rozsławia w Lidze Mistrzów Diego Simeone, wyrafinowania nadaje jej awangardysta Marcelo Bielsa, rodacy obu wymienionych prowadzą wszystkich (!) półfinalistów Copa América, Gerardo Martino zaufała niedawno Barcelona. Trenerów znad Amazonii nie chce nikt z bardzo szeroko pojętej czołówki, ostatnią szansę dostał w 2008 roku Felipe Scolari – poniósł zresztą w Chelsea klęskę. Kto wie, może futbolowy naród nad narodami połknie dumę i wynajmie wkrótce zagranicznego selekcjonera? Plotki o zatrudnieniu Guardioli, gdy Katalończyk odpoczywał w Nowym Jorku, krążyły.

Jeden tytuł Brazylijczycy utrzymali. Nieoficjalny – mistrzów świata w sparingach. Wygrali ostatnich 19. Ale nawet w nich – jeśli nie tłukli wielobramkowo Hondurasu czy Panamy, które za przywilej bycia zatłuczonymi płaciły milionami dolarów – wypadali niepokojąco. Jak w marcowej gierce z Chile, w której popełnili 32 faule, przy 15 przewinieniach rywali. Oni już zresztą uświadomili sobie, że zatracili również styl. Jakikolwiek. „W europejskiej piłce jest więcej podań, u nas obowiązują długie przerzuty i bieganie do upadłego” – mówi cytowany przez „World Soccer” Geuvanio, młody napastnik Santosu. Słowa, jak mawiają nasi politycy, porażające. Pep Guardiola, gdy Barcelona znokautowała tenże Santos 4:0, rzucił: „Moja drużyna traktowała piłkę tak, jak według opowieści moich dziadków czyniła to kiedyś Brazylia”. A Rivelino, kanarkowy mistrz świata z 1970 roku, wścieka się, że nie znajduje już w reprezentacji techniki, liczą się tylko mięśnie.

Kataklizm nadciągnął nagle. Kiedy pięciokrotni mistrzowie świata uzyskali prawo organizacji mundialu, wpadli w ekstazę – turniej miał być dopalaczem dla rozwoju futbolu i tak dynamicznego, bo napędzanego rozwojem gospodarczym kraju, zapowiedź cudownej przyszłości odczytywano m.in. w gwiazdach wracających do rodzimej ligi. Zyski z przedmundialowego prosperity zostały jednak przeputane na pensje podstarzałych gwiazd (w typie Ronaldinho czy Ronaldo), a młodzi nadal trenują na kartofliskach. Zaślepieni perspektywą rozkwitu ekonomicznego działacze przestali widzieć esencję – to, co się dzieje na boiskach. Zresztą brazylijskiego krachu nie wyobrażał sobie zapewne nikt na świecie, sam pamiętam, że gdy przepowiadałem w felietonie ciężkie czasy „Canarinhos” (oczywiście nie aż tak ciężkie), spotkałem się z nadzwyczaj intensywnym protestem czytelników. A dzisiaj prasa w Europie ponownie ogłasza „zmierzch bogów”, jakby nie chciała przyjąć do wiadomości, że „bogowie” zostali sprowadzeni między zwykłych śmiertelników już na ubiegłorocznym mundialu.

Cały krajobraz wygląda apokaliptycznie. Jakby królestwo wiecznego futbolowego dobrobytu zostało zbombardowane i czekało je wieloletnie odgruzowywanie ruin. Pierwszy raz w życiu przemknęła mi przez głowę myśl, że Brazylia będzie musiała się natrudzić, by w ogóle awansować do MŚ (jako jedyna uczestniczyła we wszystkich turniejach). Sparingi wygrywa seryjnie, ale wspomnijcie ostatnie mecze o stawkę z rywalami z kontynentu i okolic – remis z Paragwajem, wymordowane 2:1 z Wenezuelą, porażka z Kolumbią, ocalone w ostatnich sekundach zwycięstwo nad Peru (Copa América), 2:1 z Kolumbią, 1:1 z Chile, 0:0 z Meksykiem... To nie jest obietnica pomknięcia na mundial autostradą, to zapowiada udrękę po wybojach. Zwłaszcza że, jak ustaliliśmy na początku, dawny dyżurny faworyt zmalał do faworyta papierowego, którego nikt się już nie lęka.

Brazylia się odbuduje. Jest zbyt zakochana w futbolu, zbyt ludna i zbyt bogata, żeby nie nie włączyć się ponownie w walkę o panowanie na świecie. Pozostaje pytanie, jak długo to potrwa. Czy wystarczy jej już traum, czy trzeba kolejnych – np. wstyd na igrzyskach w Rio, zamiast upragnionego, nigdy jeszcze nie zdobytego olimpijskiego złota. Na razie jest tak marnie, że pierwszy raz w życiu przyszło mi do głowy jeszcze jedno – Brazylii mogłaby zdrowo ponaprzeszkadzać nawet reprezentacja Polski.

23:21, rafal.stec
Link Komentarze (7) »
niedziela, 28 czerwca 2015

O gwiazdorach południowoamerykańskiego futbolu, którzy zdradzili. O typach notorycznie grasujących po odbytach i genitaliach rywali. Felieton nie tylko o Copa América z najnowszej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

22:37, rafal.stec
Link Komentarze (3) »
piątek, 26 czerwca 2015

Choć reprezentacja A uległa Iranowi, a reprezentacja B – Bułgarii, to ten historyczny dla naszej siatkówki dzień był słodko-gorzki.

Piątek był nadzwyczajny, bo jeszcze nigdy nie zdarzyło się, by kibice spędzili naraz tyle czasu z drużyną narodową. Najpierw siatkarze trenera Andrzeja Kowala przegrali dreszczowiec (13:15 w tie-breaku!) w półfinale igrzysk europejskich w Baku, a potem siatkarze Stéphane’a Antigi przegrali 2:3 z rywalem ścigającym ich w grupie Ligi Światowej. I o awans do turnieju finałowego będą zapewne walczyć do ostatniej kolejki.

Ale to nie znaczy, że wydarzyła się katastrofa.

Wyniki w LŚ reżyseruje na razie przede wszystkim harmonogram gier. Wyjąwszy kompletnie rozbitą Rosję, WSZYSCY w naszej grupie – Polska, USA oraz Iran – wygrywają WSZYSTKIE mecze u siebie. Nic zaskakującego, to impreza unikalna w sportach drużynowych. Żadna inna nie wymaga tak intensywnego latania międzykontynentalnego.

Polacy opuścili kraj przed dwoma tygodniami. Podróż z Warszawy do Chicago trwała 15 godzin. Z Chicago do Kazania – 26 godzin. Z Kazania do Teheranu – 13 godzin. Przelecieli 19 tys. kilometrów, czyli odległość odpowiadającą niemal połowie długości równika. Dwumetrowi drągale gnietli się w klasie ekonomicznej, koczowali na lotniskach, zmieniali strefy czasowe i klimatyczne. Wyprawę zakończyli w potwornych upałach w Iranie, gdzie życie uprzykrza jeszcze egzotyczność kulturowa i polityczna, wyrażająca się np. w blokowaniu dostępu do internetu. Jako niemoralne zakazane są tam i Twitter czy Facebook, i Gazeta.pl czy Sport.pl.

Z tej perspektywy wypada raczej docenić, że Polacy wytrzymali irańską nawałnicę aż przez pięć setów. Zwłaszcza że znienacka stracili kontuzjowanego Bartosza Kurka, bezdyskusyjnie najskuteczniejszego gracza LŚ. A wobec niedyspozycji (sportowej) Mateusza Miki obsadzili skrzydła średnią wzrostu we współczesnej siatkówce niemal niespotykaną – Jakubem Jaroszem (197 cm), Rafałem Buszkiem (194), Michałem Kubiakiem (191). Grali wreszcie w fanatycznym jazgocie, w wypełnionej wyłącznie męską publicznością hali, którą libero Paweł Zatorski obwołał po meczu najtrudniejszą do zniesienia na świecie. Finałowe akcje przerywały ogniste awantury z sędziami, więc tylko pięciu minut zabrakło, by widowisko w Teherenie ciągnęło się przez bite trzy godziny.

Podwładni Antigi oddali ostatniego seta w słabym stylu, ich kolegów w Baku – wcześniej wygrywali tie-breaki z Francją, Turcją i Serbią – od triumfu dzieliły drobiazgi. Paradoks znów polega jednak na tym, że mecz z Bułgarią dał sporo powodów do optymizmu. Rywale przylecieli do azerskiej stolicy w bardzo mocnym i „dorosłym” składzie, tymczasem Polacy ostro ich nastraszyli siłami 21-letniego rozgrywającego Michała Kędzierskiego, 23-letniego atakującego Szymona Romacia, 20-letnich przyjmujących Artura Szalpuka i Aleksandra Śliwki. W niedzielę zagrają o brąz z Rosją, a my utwierdziliśmy się w przekonaniu, że przyszłość w siatkówce należy do Polski.

Tagi: siatkówka
22:27, rafal.stec
Link Komentarze (8) »
czwartek, 25 czerwca 2015

Odkąd Silvio Berlusconi jął wiosną rozgłaszać, że Milan najbliższej przyszłości będzie niemal w całości złożony z piłkarzy włoskich – jego też martwi nadmiar zagranicznych złogów w Serie A – nabrałem pewności, że wkrótce Milan ze zdwojoną energią rzuci się do polowania na obcokrajowców. Wszystko, co się dzieje wokół tego klubu, obserwuję dość uważnie, więc wyciągnąłem oczywiste wnioski z minionych lat, długoterminowa strategia goniła tam długoterminową strategię, każda kolejna zaprzeczała poprzedniej, a rzeczywistość zazwyczaj wyglądała dokładnie odwrotnie, niż zapowiadali to bujający w obłokach właściciele, prezesi i dyrektorzy. Milan jako osobnik urżnięty w trupa, spłukany i zataczający się od ściany do ściany – tak to widziałem.

Ostatnio coś się jednak zmieniło. Milan podobno znów ma pieniądze. Zaczął zatem kompletować istną drużynę gwiazd.

Najpierw intensywnie negocjował z pewnym Brazylijczykiem, który właśnie wygrał z Barceloną Ligę Mistrzów. Negocjował, negocjował, aż Dani Alves się rozmyślił i oświadczył, że zostaje na Camp Nou. Zostaje naturalnie z miłości do barw – to najczęstsza motywacja piłkarzy ­– choć ja wrednie podejrzewałem, że wykorzystał zainteresowanie mediolańskiego klub jako kartę przetargową w rozmowach o nowym kontrakcie.

Potem Milan właściwie już podpisał kontrakt z pewnym Kolumbijczykiem, o sprzedaży oficjalnie informowało FC Porto, sam entuzjazmowałem się na Twitterze transferem, jakiego na San Siro nie było od lat (35 mln euro, więcej kosztował tylko Filipo Inzaghi). Niestety, Jackson Martinez potajemnie negocjował również z Atlético, dał się przekabacić, w przyszłym sezonie zamieszka w Madrycie.

Równocześnie fantazjowali mediolańczycy o odzyskaniu pewnego Szweda – nawiasem mówiąc, stały dostęp do ich głów zawdzięczamy Adriano Gallianiemu, zawsze chętnie relacjonującemu publicznie swoją działalność transferową. Podekscytowane gazety wyliczały już, że w Zlatanie Ibrahimoviciu oraz wspomnianym Martinezie objawi się zjawiskowy duet napastników, którzy nastrzelali w sumie 589 goli w klubach i reprezentacjach. Niestety, emocje znów opadły, bo hałaśliwie kupowanie wirtuoza z PSG trwało około tygodnia, potem stopniowo cichło, aż niemal całkiem zniknęło z eteru.

Miał też Milan w rękach pewnego Francuza. Cena: 40 mln euro, tym razem już absolutnie rekordowa. Ale Geoffrey Kondogbia zdradził – i to zdradził wyjątkowo podle, przeszedł na stronę sąsiedniego Interu. Oczywiście wszystko wyjaśnił, ujawnił mianowicie, że „o Interze marzył od zawsze”, że „wielki Inter oglądał w dzieciństwie w telewizji” etc. To wtedy Galliani podał rozbrajającą interpretację najnowszych wydarzeń, w których tylko laik mógł dostrzec porażkę, skoro na fiasku petraktacji z Kondogbią i Martinezem – jak usłyszeliśmy – klub zarobił 75 mln. (O dziwo, włoscy dziennikarze nie zapytali, czy ta nowatorska metoda bogacenia się będzie kontynuowana. Przecież umiejętne niekupowanie drogich piłkarzy prędko przyniesie fortunę wprost niewyobrażalną!)

Chwytał też już w sidła Milan kolejnego Brazylijczyka. Tym razem Brazylijczyka do wzięcia za darmo – wygasa mu kontrakt – więc teoretycznie łatwo dostępnego, takich na San Siro brali ostatnio stadami. Niestety, również Luiz Adriano (jesienią strzelił pięć goli w meczu Ligi Mistrzów) się właśnie wypiął i z Doniecka przeniesie się do Dubaju. Niestety, nie znalazłem na razie informacji, czy o reprezentowaniu klubu Al Ahli marzył od zawsze.

Im bardziej zatem Milan kupuje, tym bardziej nie kupuje, realizację strategii hurtowego pozyskiwania Włochów rozpoczął brawurowo, od niepozyskania pięciu obcokrajowców, i wcale nie zamierza zwalniać, aktualnie błaga o litość pewnego Belga, choć Axel Witsel upiera się, że kluby poniżej Ligi Mistrzów są zarazem klubami poniżej jego godności. Podchodów pod Polaka Kamila Glika nie komentuję, bo czytałem tylko plotki z niewiadomych źródeł, konkretów uzbierało się na razie tyle, że Milan wziął Brazylijczyka Rodrigo Ely’ego (22-latek z Avellino, grał jedynie w Serie B) oraz odzyskał wychowanka Simone Verdiego (za 450 tys. euro, o dziwo, Włocha). Rachunek jest prosty i obiecujący, z 75 mln zarobionych na niekupieniu Martineza i Kondogbii zostało jeszcze do wydania 74,55 mln.

Niektóre fiaska transferowe spośród wymienionych to błogosławieństwo – przejęty przez Inter francuski dryblas wydaje się grubo przepłacony, a niespełna 34-letni Ibrahimović, choć jego talent wielbię, jest ostatnim piłkarzem, wokół którego budowałbym drużynę, to przecież skrajny egocentryk, monopolizujący grę i jako wybitny solista zwalniający z odpowiedzialności partnerów. We wszystkich przywołanych wyżej kabaretowych skeczach widzę jednak nade wszystko brutalną prawdę o zupełnie nowym wizerunku Milanu. Klub z fantastyczną przeszłością, który właśnie ogłosił podnoszenie się z kryzysu, nie jest marką podupadłą przejściowo, lecz marką z trwałą skazą, i poszukiwanym na rynku piłkarzom służy co najwyżej jako argument w pertraktowaniu z innymi. Jego zarządcy zupełnie nie umieją się w nowej sytuacji odnaleźć – i dlatego, że wystawiają firmę na pośmiewisko, i poprzez niezdolność do wykrycia w globalnej rzeczywistości kogokolwiek, kto czeka, by go wylansować. Talentu bez doskonale już rozpoznawalnego nazwiska, stosunkowo taniego, niegrymaszącego. Jak to się robi, dała przykład Borussia Dortmund, wyciągając z nicości Lewandowskiego, Kagawę, Piszczka, Sahina, Gündogana etc.

Demoralizowani stałym dopływem kapitału mediolańczycy nie tkali rozległej siatki skautów, a dzisiaj nie prowadzi ich lider z wizją i charyzmą Jürgena Kloppa, ba, dzisiaj nie wiadomo nawet, czy jutro rzeczywiście zostaną zbawieni finansowo. Owszem, odtrąbiono sukces Berlusconiego, który ubijając interes z Bee Taechaubolem, miał osiągnąć oba swoje cele, choć wyglądały na sprzeczne – zachował kontrolę nad klubem, a zarazem go dokapitalizował. 480 mln euro za 48 proc. akcji wywołuje jednak zdziwienie wielu ludzi biznesu, a tajski biznesmen wcale jeszcze nie zapłacił, on zaledwie zagwarantował sobie, że właściciel Milanu przez osiem tygodni nie będzie negocjował z nikim innym. Niepokojąco przypomina to obiecanki cacanki, dzięki którym zaoszczędzono 75 mln na transfery.

Co więcej, z ekonomicznych analiz nie wynika, by Bee Taechaubol cokolwiek gdziekolwiek stworzył, to raczej cyniczny kapitalista, który lubi dobrze kupić i jeszcze lepiej sprzedać, czasami przy pierwszej nadarzającej się okazji. A Włosi twierdzą, że jeśli transakcja zostanie sfinalizowana, to będzie tylko wstępem do przejęcia pakietu większościowego.

Dlatego o przyszłości Milanu wiemy najwyżej tyle, że nic o niej nie wiemy. Dlatego niewykluczone, że już za chwilę usłyszymy o strategii zupełnie najnowszej, oczywiście zwalającej z nóg.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 401
Tagi