RSS
czwartek, 21 czerwca 2018

MŚ 2018. Leo Messi

Znów wyobraziłem sobie, że kopie pod flagą Hiszpanii. Lubię fantazjować o alternatywnych rzeczywistościach, wyławiać pojedyncze decyzje czy epizody, wszelkie drobinki, które wykręciłyby Historię w zupełnie innym kierunku. Leo Messi, który w sensie futbolowym jest dwojga narodowości – wedle reguł stosowanych przez UEFA to wychowanek Barcelony – stanowi tu studium wymarzone. Przecież nie trzeba niczego naciągać, on przez nieargentyński system edukacji został przejęty już w wieku szczenięcym.

No więc wyobraziłem sobie, że wybrał swoją ojczyznę numer dwa, przybraną. Na Euro 2008 być może nie szalałby jeszcze jako mistrz ceremonii. Ale mundial 2010? Euro 2012? Ktokolwiek przytomny sądzi, że przeszkodziłby magikom z„Furia Roja” w zdobywaniu złota? Że zamiast sreber mistrzostw świata i kontynentu, nie zwisałyby z jego szyi złota? Ja sądzę raczej, że Hiszpania wtłukłaby w podróży po triumf w RPA więcej goli niż osiem (tyle obecna Rosja wrzuciła Arabii Saudyjskiej i Egiptowi...); nie wykluczam, że Messi kręciłby się tam wokół korony króla strzelców, a jeśli nie wtedy, to na kolejnym turnieju, brazylijskim; że medali reprezentacyjnych uzbierałby więcej, np. Euro 2016 potraktowałby poważnie i też starał się wydłubać jakiś kruszec; że iberyjskie derby Hiszpanii z Portugalią przeobraziłyby się w międzynarodową wersję El Clásico.

No więc wyobraziłem sobie, że Messi czaruje na chwałę Hiszpanii. Nigdy, przez całą dekadę, nie spotkałby w środku pola drużyny narodowej piłkarza z ligi chińskiej, jak w Argentynie. Między słupkami nie ujrzałby rezerwowego w swoim klubie, jak w Argentynie, lecz zawsze podziwiał bramkarza przynajmniej kandydującego do numeru jeden na planecie. W jego obronie nie pałętaliby się ludzie szerszej publiczności kompletnie nieznani lub średnio rozpoznawalni, i to nieznani nie dlatego, że lud głupi. Nie miałby prawa czuć się jak George Weah, Andrij Szewczenko czy Ryan Giggs, którzy urodzili się w niewłaściwym kraju, mogli spełniać marzenia wyłącznie w futbolu klubowym.

Tak, wyobraziłem sobie, że Messi zaszczycił Hiszpanię. Nikt nie zgłaszałby dzisiaj wątpliwości, dyskusje już dawno by wygasły: rozkładaliśmy przed nim czerwone dywany, uszyte specjalnie dla piłkarza wszech czasów. No ale pozostał Leo wierny Argentynie, a o dzisiejszej Argentynie szkoda gadać, wolałem pobujać w obłokach.

21:58, rafal.stec
Link Komentarze (1) »
wtorek, 19 czerwca 2018

Kaługa, wizyta przy okazji Polska - Senegal na MŚ 2018

Naparzanka rozdryblowanych Meksykańców z rozbałaganionymi Giermańcami była jednym z najfajniejszych meczów, jakie oglądałem z trybun, ale najbardziej na mundialu podobała mi się na razie wyprawa do Kaługi.

Do Senegalczyków w ogóle bym nie dotarł, gdybym zdesperowany nie zaczął łazić od prywatnego samochodu do prywatnego samochodu, aż dwiema setkami rubli przekonałem właściciela jednego z nich, byśmy wspólnie poszukali ośrodka tak nowego, że nie uwzględnia go Google Maps; do Moskwy nie zdołałbym wrócić, gdyby nie dwóch studentów mieżdunarodnego biznesu - jeden Gruzin, drugi Ormianin, ależ obśmiali lokalny uniwerek - którzy odwieźli mnie pod drzwi zdezelowanego autobusu; potem w pociągu zapoznałem się z całym wagonem, wmuszano we mnie wysooktanowy sok jabłkowy (wszyscy z jednego kartonu ciągnęliśmy), na popitkę miałem rumianek przyrządzony dzięki zamontowanemu w kącie samowarowi. Wyobrażacie sobie przyjemniejszą wycieczkę za miasto? Ja nie umiem.

Ale przejdźmy do kwestii zasadniczej, czyli nadawanego we wtorkowe popołudnie filmu Polska - Senegal. Prawie wszystko, co piszę, wysyłam na Wyborcza.pl, więc tu postanowiłem chociaż usypać mały sześciopak:

1) Dzięki wypadowi do Kułagi powstał reportażyk o naszych rywalach, którzy zaszyli się w kosmosie. I sprawiają wrażenie drużyny mało afrykańskiej, zresztą sami oznajmili na początku rozmawiania, że o artykułu o klasycznym subsaharyjskim chaosie raczej nie napiszę. Tekst przeczytacie tutaj.

2) Nie mogłem nie wyklawiaturować ody do Kuby Błaszczykowskiego, który na inaugurację mundialu zagra 100. mecz w reprezentacji. Nikt nie ma tylu żyć co on, to najbardziej ikoniczna postać reprezentacji Polski ostatnich kilkunastu lat. Cotygodniowy felieton do „Gazety” znajdziecie tutaj.

3) Zanim przyleciałem do Rosji, razem z Michałem Szadkowskim pogadaliśmy dłużej z Błaszczykowskim w Arłamowie - wywiad jest tutaj, mnie najbardziej ujął fragment o telepatycznym porozumieniu z Łukaszem Piszczkiem.

4) Napisało mi się również o Robercie Lewandowskim, wydał mi się dość ważny. Temat: w zagranicznym klubie robisz za płatnego wyczynowca, który realizuje zlecenia, w drużynie narodowej jest wznioślej - wypełniasz misję, którą żyją miliony rodaków. To ogólna teoria względności futbolu, której kapitan reprezentacji nie obali ani w Bayernie, ani w Realu Madryt. Całość tutaj.

5) Na naszego supernapastnika zasadzi się niejaki Kalidou Koulibaly, mój ulubiony obrońca minionego sezonu ligi włoskiej. No więc dowiedziałem się w Kałudze, że zanim wielkolud z Napoli zaczął grać dla Senegalu, to ojczyzny rodziców prawie nie odwiedzał. Ale rodacy do takich jak on mają szczególną słabość - tutaj przeczytacie, dlaczego.

6) Naczelną obserwację mam na razie taką, że uczestnicy MŚ podobni do nas - bez dorobku, z aspiracjami - chyba również tak myślą, bo na rosyjskich boiskach nie tyle grają, ile toczą wojny. Islandczycy z Argentyną, Meksykanie z Niemcami czy Szwajcarzy z Brazylią, a także Peruwiańczycy i Duńczycy zasuwali tak, jakby jutra nie było, w tempie obłędnym, spotykanym jeszcze chyba tylko w późnych rundach Ligi Mistrzów, w której teoretycznie uprawia się futbol o zdecydowanie większej intensywności niż w rywalizacji drużyn narodowych. To nie są bezrefleksyjnie powtarzane komunały, mundial naprawdę stanowią wyzwanie ponad wszystkie inne, na rosyjskich stadionach to widać, słychać i czuć. O tym poczytacie tutaj.

Ciekawe, czy po Polakach też zobaczymy, że grają jak o życie. Ja cały czas uważam, że rządzi reprezentacją najlepiej i najciężej pracujący trener, odkąd śledzę ją jako dziennikarz, że tworzą ją najlepsi, najbardziej przytomni i profesjonalni w tym okresie piłkarze, że generalnie przez minione lata ani razu ta grupa nie zawiodła. Nie wiem kluczowego: jak są przygotowani oni, jak przygotowani są rywale.

Tagi: MŚ 2018
08:54, rafal.stec
Link Komentarze (114) »
sobota, 16 czerwca 2018

VAR, MŚ 2018, mundial 2018, Peru

Miałem niespełna sześć lat, nasi piłkarze bezbramkowo remisowali do przerwy z Peru, a ponieważ wcześniej wykopali 0:0 z Włochami i 0:0 z Kamerunem, któryś z siedzących obok dorosłych rzucił ponuro: „Wiecie, może być tak, że Polska na tym mundialu nie strzeli ani jednego gola”.

Z mistrzostw rozgrywanych w mrocznym roku 1982 pamiętam niewiele, skrawki meczów i chwil nie dłuższych niż mgnienie oka, ale tamta uwaga wryła mi się w pamięć jako bodaj pierwsza w życiu złowroga, prawie apokaliptyczna – mogę przekręcać dzisiaj słowa, które padły, ale emocji i zaschniętego gardła nie przekłamuję, zamarłem przerażony, przybity. Bramka Smolarka była wybawieniem, to prawdopodobnie wówczas dojrzewałem do oczywistej konstatacji, że mundial zasłania resztę świata, wprowadza ją w stan tymczasowego zawieszenia, że niczego bardziej doniosłego człowiek nie doświadcza. Następny turniej, imienia niebłogosławionego Maradony, oglądałem już świadomie i pochłonięty dziecięco maniackim studiowaniem atlasów geograficznych, więc zacząłem wzbierać dodatkowo przekonaniem, iż z powodu futbolowych igrzysk cała ludzkość rzuca w diabły wszystkie inne zajęcia. Tę intuicję przez lata wzmacniały powielane w nieskończoność doniesienia, jakoby przed transmisjami piłkarskimi zasiadała publiczność miliardowa albo wręcz ponadmiliardowa – krążą do dzisiaj, co wynika z ignorancji, głównie nieumiejętności interpretowania podawanych w tabelach liczb, które mają odbiorcę omamić.

To teraz nieważne, przepisuję powyższy akapit z dodatku mundialowego „Gazety” z powodu drużyny Peru. Drużyny Peru, której nawet nie podejrzewałem, że ma dla mnie dzisiaj jeszcze jakiekolwiek znaczenie. Choć wspomnienia odświeżyłem sobie na niedawnym finale Ligi Mistrzów: siadam na trybunie prasowej, pytam sąsiada, skąd się wziął, Alejandro Rozas odpowiada, sam pyta, a ja mu na to rebusem, że jego rodacy grali z nami swój ostatni mecz na MŚ, w 1982 roku. On wtedy recytuje polski skład i mówi, że przed podróżą do Kijowa na lotnisku w Limie żegnał go Guillermo La Rosa, który strzelił honorowego gola Polsce, na 1:5. Nawet wspólne zdjęcie przesyła przez Whatsappa...

No więc przed paroma chwilami oświeciło mnie, że Peru jednak we mnie żyje. Znacie nieodgadnioną metafizykę kibicowania – nagle orientujesz się, że komuś sprzyjasz, decyzja nie jest właściwie aktem wolnej woli, zapada pomimo ciebie, często nie wiadomo dlaczego, zresztą niekiedy zauroczenie rozbłyskuje niemal wbrew tobie, ja to przeżyłem w niezwykłym sezonie 2009/10, gdy jako fan Milanu związałem się emocjonalnie z Interem Mediolan, porwany team spiritem (sorry, nigdy nie znalazłem adekwatnego polskiego tłumaczenia) oraz organizacją gry wykreowanymi przez José Mourinho, znajdującego się wówczas w apogeum swojej menedżerskiej żywotności. A dzisiaj na stadionie moskiewskiego Spartaka byłem z Islandczykami, których uwielbiam za etykę pracy, zespołowość, lodowatą niezłomność.

Aż wreszcie, gdy patrzyłem na kolejny mecz, już spoglądając na ekran w biurze prasowym, zorientowałem się, że zacząłem – znów: znienacka, nieświadomie – życzyć gola Peruwiańczykom, którzy naparzali się z Duńczykami.

Przyznaję się do zaangażowania beztrosko, ponieważ nigdy nie uważałem, że dziennikarz od opisywania fikołków z piłką musi oglądać fikołki bezstronnie, uważam to za niemożliwe, wręcz za aberrację, dziennikarz musi tylko starać się, w miarę możliwości, bezstronnie i uczciwie pisać. Peru we mnie migocze, gdzieś tam w przedsionku zasadniczego mięśnia, prawdopodobnie z powodu strojów – znam wielu rówieśników lub niemal rówieśników, którym wdrukował się w łepetynę czerwony skośny pas przecinający torsy piłkarzy, oryginalny, czyniący koszulkę inną niż wszystkie, dzisiaj ożywiający tamte wrażenia i uruchamiający przez to rozkoszne emocje. U mnie też wydobywa wspomnienia z dzieciństwa, a przecież bycie dorosłym polega na nieustannym powracaniu do dzieciństwa, czytałem na ten temat w siedmiu grubych tomach Prousta, blogował poniekąd i o tym kilka dni temu Okoński, kręcił arcydzieło Welles, bez przerwy uganiamy się za swoimi magdalenkami i różyczkami, nawet ułamek sekundy z tamtym zapachem, smakiem lub widokiem działa jak narkotyk, ośrodek przyjemności szaleje.

Że peruwiańskie pasy silnie na mnie wpływają, zrozumiałem, gdy gambijski sędzia Bakary Papa Gassama podchodził dzisiaj do monitora, by wydać wyrok: karny albo nie karny. Zatweetowałem spontanicznie, napisałem, że VAR jest wspaniały, że uwielbiam ten ceremoniał, gest sędziego, dodatkowe emocje – naszła mnie owa refleksja dopiero teraz, choć spędziliśmy z wideoweryfikacją cały sezon, i w tzw. ekstraklasie, i w lidze włoskiej.

Oczywiście, że dopiero teraz! Mundial wzmaga doznania, a Peru na mundialu wzmaga doznania razy milion, nie widziałem Peru na mundialu od tamtego dnia w 1982 roku, w którym najpierw było posępnie, a następnie zrobiło się wspaniale, więc właśnie dzisiaj przeżyłem świadomie swój pierwszy raz z Peru na mundialu.

Nie przypuszczałem, że Peru jeszcze mnie ruszy – ależ grali! ależ intensywny mecz z Danią! – nie przypuszczałem też, że pokocham VAR, nękały mnie raczej wątpliwości. Choć uznawałem konieczność dopuszczenia tej technologii, to zarazem nie wyobrażałem sobie, jak ma ona nie zniszczyć płynności gry, nie zatruć jej naturalnego rytmu technokratycznym ustalaniem prawdy przez biegłych. A jednak się udało. Nawet wzbogaciło futbol, wniosło kolejny wymiar emocji. Teraz nabrałem przekonania, że przywykniemy, będę z VAR jak stare dobre małżeństwo, na zawsze, wszyscy wkrótce będziemy się sobie dziwić, że żyliśmy w lęku przed zmianą, a nasi przodkowie nie będą w stanie sobie wyobrazić, że kiedykolwiek istniała piłka nożna bez arbitra, który podczas meczu ogląda filmy.

Tagi: MŚ 2018
20:22, rafal.stec
Link Komentarze (30) »
środa, 13 czerwca 2018

 Wybory gospodarza mundialu 2026. Gianni Infantino. Fot. Pavel Golovkin, AP

10 lat upłynęło od mojego poprzedniego najazdu na Moskwę, więc zapomniałem, jaki to moloch.

Mieszkam na szczycie trzydziestopiętrowca, wokół widzę stada innych wysokościowców o zbliżonych albo pokaźniejszych gabarytach, mój przynależy do akademickiego kompleksu (kształcą tu chyba kadry urzędnicze) rozległego jak dzielnica, Galeria Mokotów sąsiaduje z dwiema kolejnymi Galeriami Mokotów, na ścianach rozmigotane ekrany nie jak u nas, w wymiarach piłkarskiego pola karnego, tylko wielkie jak boisko do hokeja na lodzie, w dodatku też przytulają się jeden do drugiego, a drugi do trzeciego, centrum metropolii jest poprzecinane nie alejami, lecz czteropasmowymi autostradami, nawet do metra zjeżdżasz ruchomymi schodami do nieskończoności, ze startu nie widzisz mety, tubylcy chyba próbowali przekopać Ziemię na wylot. Wszystko ponad człowieczą miarę, gdyby wymazało mi Rosjan z ulic, pomyślałbym, że pomieszkują tu ludzkie mamuty.

Nie wiem, może moje ponowne zdumienie - identyczne łupnęło mnie przed dekadą, jeszcze tylko w Pekinie czułem się jak mrówka - wynika z niezrozumienia potrzeb imperiów, państw największego terytorialnie i najliczniejszego ludnościowo. W każdym razie okoliczności przyrody wydały mi się idealnie przystawać do zorganizowanych tu dzisiaj wyborów gospodarza mundialu w 2026 roku, które wygrał już nie kraj, nie dwa kraje, lecz właściwie cały kontynent. USA, Kanada i Meksyk. W dodatku rywalizował, o paradoksie, z marokańskim maleństwem, zdolnym obecnie wysupłać ledwie sześć stadionowych czterdziestotysięczników, czyli minimalnych obiektów akceptowanych przez FIFA. W Stanach Zjednoczonych stoi takich... 130.

Szerzej o wydarzeniu piszę tutaj, doblogować chciałem tylko o swoim przeczuciu, że przeginamy. Czeka nas cała seria turniejów ekstremalnych - ekstremalna jest Rosja, z innych względów Katar 2022, z jeszcze innych względów Euro 2020 też rozrzucone po całym kontynencie, teraz zwaliła się na nas Ameryka Północna 2026.

Choć intuicyjnie sprzeciwiam się rozdęciu mundialu do 48 drużyn (kiedy byłem małym chłopcem, grały 24), a mistrzostw Europy do 24 (zaczynałem od ośmiu), to nie jestem absolutnie przekonany do swoich racji. Futbolu najwyższej jakości szukam w Lidze Mistrzów czy szerzej, w całej szamotaninie klubowej, od rywalizacji międzypaństwowej wymagając innych atrakcji - m.in. rozpalania emocji o większym zasięgu społecznym, także wśród osobników nieobdarzonych łaską wiary w piłkę nożną. Dlatego rozumiem argumenty tych, którzy chcą wciągać w zabawę możliwie dużo krajów, również takich, które w dotychczasowych formułach rozgrywek nie śmiałyby o awansie do turnieju finałowego pomarzyć. (Pozostaję zarazem świadomy hipokryzji działaczy, oni podążają za zapachem pieniądza, nie ideami). W każdym polepszaniu lepszego na jeszcze lepsze można jednak przedobrzyć. W sporcie może to polegać na uderzeniu w pryncypia - w naturalne pragnienie takiego zaplanowania igrzysk, by zapraszały najwybitniejszych i następnie wyłaniały najwybitniejszych z najwybitniejszych, by zderzały ich ze sobą.

Teraz ostatecznie tracimy i elitarność mundialu, i kameralność. Wystąpi na nim tyle reprezentacji, że właściwie wystąpią wszyscy. Odbędzie się on na tak olbrzymim terytorium, że odbędzie się wszędzie. Lepiej musi znaczyć więcej, nikt już nie chce, żeby znaczyło mniej, żeby mniej ofiarowało nam więcej, wszystko musi być ponad ludzką miarę, przesadzone, monstrualne, najdroższe oraz rekordowe, aż się zdaje, że osiągnęliśmy ostateczną granicę, wyznaczaną przez prawa fizyki - bardziej rozbudować mundialu już się nie da.

Co zaciąga mnie do nieuniknionej konkluzji - im bardziej się nie da, tym bardziej mamy obowiązek spróbować, niemożliwe nie istnieje, ludzie wytrzymują nawet w gargantuicznej Moskwie, ludzie nie mamuty, prędko nie wyginą.

21:13, rafal.stec
Link Komentarze (31) »
wtorek, 12 czerwca 2018

MŚ 2018, mundial 2018

Mundiale są dla mnie jak tabliczka mnożenia, którą nie tyle znamy, ile żyje ona głęboko w nas, wdrukowana od zawsze i na zawsze. Kiedy słyszymy „siedem razy osiem”, nikt nie przeprowadza wszak żadnych obliczeń, żeby dotrzeć do „pięćdziesiąt sześć”, lecz po prostu wie. To dane najbardziej elementarne, istniejące niemal poza świadomością – jak umiejętność oddychania czy rozpoznawanie twarzy rodziców.

Identyczny związek czuję z podstawowymi faktami mundialowymi. Kiedy i gdzie każde mistrzostwa zostały rozegrane, kto wziął złoto, kogo zlał w finale. Gdybym powiedział, że wyrecytuję to wyrwany ze snu w środku nocy, to bym nakłamał, nie doszacował, użył zbyt maleńkich słów. Nie, to sprawy konstytuujące, pozwalające orientować się w czasoprzestrzeni.

Zdaję sobie sprawę, że wypisuję najbanalniejsze oczywistości, że wszyscy zdrowi ludzie ciężko chorują na mundial, ale co innego miałbym wypisywać, skoro za kilkadziesiąt minut wylatuję do Rygi i potem do Moskwy, po futbolowych igrzyskach będę się szlajał przez 35 dni, nic więcej w jaźni mi się obecnie nie mieści? Owszem, jestem psychofanem Ligi Mistrzów, ale... Ona dzieje się na co dzień, widziana z perspektywy kosmicznej maleje do uprzyjemniacza okresu oczekiwania na kolejny mundial. Przetrwaliśmy jakoś minione cztery lata, to teraz nagroda.

Postaram się z rosyjskich stepów, tajg i metropolii w miarę regularnie blogować, choć zasadniczo najwięcej do czytania będę wysyłał do Wyborcza.pl. Teraz tylko zwierzę się, czego chcę tam – poza bliskimi spotkaniami trzeciego stopnia – doświadczyć.

W XXI wieku byłem korespondentem „Gazety” na wszystkich, wyjąwszy jeden, wielkich turniejach futbolowych – mistrzostwach świata i Europy, obejrzałem też z trybun 12 finałów Ligi Mistrzów. Zaznałem całego bogactwa najpiękniejszej z gier. Od wirtuozerskich popisów Messiego czy Ronaldinho (estetycznie wspanialszego niż Argentyńczyk, ja z tej sekty), przez zjawiskowo zsynchronizowaną współpracę piłkarzy hiszpańskiej kadry czy Barcelony, po szokujące złoto Greków na Euro 2004 czy stambulski triumf Liverpoolu, który do przerwy przegrywał z Milanem 0:3. Ale mam we wspomnieniach wyrwę, która czyni je niekompletnymi. Nigdy mianowicie nie widziałem, jak Polacy wygrywają mecz na mundialu. Ściślej – pokonali USA w 2002 r. i Kostarykę w 2006 r., ale to były ostatki bez znaczenia, odbębnione w rezerwowym składzie, po uprzednim odpadnięciu. Mundiale, jeden z genialniejszych wynalazków ludzkości, kojarzą mi się z biało-czerwoną klapą. Kompletną, podlaną stylem gry wręcz zawstydzającym.

Cel na Rosję jest zatem jasny. Nie tylko przeżyć kolejne wielkie sportowe igrzyska – będąc świadomym kontekstu i zwracając na niego uwagę, nie będąc pożytecznym idiotą Putina – ale jeszcze zobaczyć na własne oczy, jak Polacy wreszcie odnoszą mundialowy triumf. Wreszcie.

Przynajmniej jeden. Ponieważ Adam Nawałka wyprał mi mózg – w końcu słucham go od 55 miesięcy z hakiem – umiem myśleć tylko o najbliższym meczu, próby wychylenia się dalej kończą się umysłowym paraliżem. I zaczynam uciekać w najbezpieczniejsze rejony. Obronnie rzęzić, deklamując: rok 1930, pierwszy mundial, w Urugwaju, wygrywa Urugwaj, w finale...

06:54, rafal.stec
Link Komentarze (42) »
poniedziałek, 11 czerwca 2018

Najwyższa pora ujawnić najskrytszą tajemnicę piłkarskiej reprezentacji kraju. Najwyższa, bo inaczej podczas jutrzejszego oglądania sparingu z Litwą znów nie mieliście pojęcia, jak arcyważne wydarzenie oglądacie. Felieton z poniedziałkowej „Gazety” przeczytacie tutaj.

12:31, rafal.stec
Link Komentarze (10) »
wtorek, 05 czerwca 2018

Nieszczęście Kamila Glika jest osobistym dramatem piłkarza, który traci być może niepowtarzalną szansę na mundial, a zarazem powoduje - w połączeniu ze stratą Krzysztofa Mączyńskiego, innego kluczowego gracza reprezentacji - że dzieje się ciekawiej. Trzeba kombinować.

Na moje niewprawne, nietrenerskie oko rośnie prawdopodobieństwo, że Adam Nawałka spróbuje użyć na mundialu ćwiczonego od miesięcy ustawienia z trójką stoperów. Ewentualnie spróbuje użyć obu naraz - w tym samym meczu i bazowego z czwórką, i zmodyfikowanego. Wyjściowo mogłoby to wyglądać tak:

MŚ 2018, Kamil Glik

Łukasza Piszczka jako półprawego obrońcę wśród trzech środkowych wyobrażam sobie z łatwością: a) wprawiał się na tej pozycji w Borussii Dortmund w czasach Thomasa Tuchela i radził sobie tak zręcznie, że przez trenera był wynoszony wręcz na symbol drużyny; b) u selekcjonera wystąpił tam w towarzyskich meczach z Nigerią i Koreą Południową; c) identyczną rolę pełnił w niedzielnej gierce wewnętrznej na zgrupowaniu w Arłamowie. Za dużo tropów, by nie podejrzewać, iż selekcjoner bierze pod uwagę wariant, którego zaleta polega również na tym, że bez dokonywana jakiejkolwiek zmiany personalnej w każdym momencie gry Piszczka można przywrócić prawej obronie i defensywę trzyosobową przestroić na czteroosobową:

MŚ 2018, Kamil Glik

W każdej chwili, jeśli tylko pojawi się potrzeba, można też wrócić do ustawienia wyjściowego. Można manipulować, ile wlezie, przeformułowywać się z minuty na minutę - o czym wspominałem już w marcowym felietonie o Nawałce, u którego dostrzegłem nagłą skłonność do poszukiwań opcji alternatywnych, by uczynić drużynę elastyczniejszą taktycznie. (Czyżby w odpowiedzi na słowa trenera Duńczyków, który przed 0:4 Polaków w Kopenhadze wytknął pokonanym przewidywalność w grze?).

Lubiłbym takie gmeranie w systemie, to przecież nie jest ukochana dyscyplina sportu przedstawicieli polskiej myśli szkoleniowej. Rzekłbym raczej, że jej unikają.

Dzięki zaproponowanemu wyżej ustawieniu przybywa także pomysłów na odwołanie z boiska Jakuba Błaszczykowskiego, piłkarza niekoniecznie gotowego na zasuwanie przez pełne 90 minut. Moglibyśmy wówczas wymieniać go nie tylko na skrzydłowego lub wahadłowego, lecz również na środkowego obrońcę. Półprawym stoperem mianujemy np. Jana Bednarka, a w miejsce Błaszczykowskiego przesuwamy Piszczka. Znów: liczba potencjalnych rozwiązań rośnie.

MŚ 2018, Kamil Glik

Powyższy diagram dodatkowo ekscytuje dzięki obecności 22-letniego obrońcy Southampton, bo z jego twarzą kibice reprezentacji się nie oswoili, on jeszcze dwa miesiące temu jako mundialowy kadrowicz nie istniał. Kiedy jednak znienacka zadebiutował w lidze angielskiej, to nie dał się już z boiska wygonić, z powodzeniem stawiał się Edenom Hazardom i Jamiem Vardym, wytrzymał siedem pełnych meczów z rzędu. A w Arłamowie rozpływał się nad nim - bez naszych sugestii, sam wymienił nazwisko - Robert Lewandowski, nawet Nawałka nie umiał ukryć zachwytu. Są zatem poszlaki pozwalające sądzić, że na widok atakujących senegalskich, kolumbijskich czy japońskich Bednarek nie sposąwieje, a może nawet spróbuje im się ostro nauprzykrzać. No i doda przymałej drużynie trochę wzrostu.

No więc ja bym chętnie doczekał dnia, w którym z podstawowej jedenastki zupełnie nie wynika, jaki kształt będzie miała polska drużyna. I w ogóle dawajcie już ten mundial, robi się zbyt intrygująco, żeby awanturę odwlekać.

00:15, rafal.stec
Link Komentarze (95) »
poniedziałek, 04 czerwca 2018

Wszyscy już żyją mundialem i zaglądają, co tam za kotarą u reprezentantów Polski piszczy, więc mało kto zauważył, że w futbolu wybuchła niedawno wojna domowa. Choć może bardziej adekwatnie zabrzmi - wojna handlowa. Cotygodniowy felieton do „Wyborczej” przeczytacie tutaj.

PS Czy zwycięzcy konkursu związanego z finału Ligi Mistrzów naprawdę nie chcą otrzymać „Piłkomatyki”? Przypominam, że ogłosiłem ich pod notką o książce.

00:22, rafal.stec
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 28 maja 2018

Real Madryt, liga Mistrzów

Zaraz ustalimy odpowiedź na tytułowe pytanie, ale przedtem potrzebuję przypomnieć legendę o niezwyciężonym Bayernie. Znacie? To posłuchajcie.

Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce monachijczycy wznieśli imperium. Zebrali w szatni piłkarską supergrupę, która w połowie lat 70. trzy razy z rzędu podnosiła Puchar Europy – i przeobraziła się w mit, jeden z największych klubowych zespołów w dziejach kosmosu. To tamten heroiczny wyczyn powtórzył w sobotę Real Madryt.

Imperium Bayernu było przepotężne. Ojej, jakie przepotężne.

Edycję 1973/74 monachijscy wojownicy rozpoczęli od zapoznania się ze szwedzkim Atvidabergs FF, czyli „klubem, o którym nikt nigdy nie słyszał” (cytuję książkę Ulego Hessego) – i po 3:1 u siebie na kwadrans przed końcem rewanżu przegrywali 0:3, ledwie wyszarpali dogrywkę, ocaleli dzięki skuteczniej bitym rzutom karnym.

W pierwszym meczu kolejnej rundy przegrywali do przerwy 2:3 z enerdowskim Dynamem, ostatecznie wymordowali 4:3, w rewanżu zremisowali 3:3. Zacięty bój, w Monachium kibice przeraźliwie gwizdali.

Ćwierćfinały z CSKA Sofia i półfinały z Újpest Dozsa przebiegły względnie spokojnie, ale finał z Atlético Madryt był dreszczowcem: rywale wyglądali lepiej, Bayern dość szczęśliwie wydłużył rywalizację o dogrywkę, tam stracił gola na 0:1, wyrównał 15 sekund (!) przed końcem. Słownie: piętnaście. Przepisy nakazywały wówczas mecz powtórzyć, dwa dni później monachijczycy wygrali już pewnie. Generalnie jednak droga do sukcesu wiodła przez potworną udrękę.

W edycji 1974/75 Bayern najpierw dostał wolny los, a następnie chwilę postresował fanów w meczu z Magdeburgiem, zaczął od przegrywania u siebie 0:2. W ćwierćfinale po 2:0 z radzieckim Araratem nastąpiło 0:1 w Erywaniu, znów działo się nerwowo do ostatniego gwizdka. Finał wspomina się w Anglii jako wieczór, w którym okradziono Leeds – nie otrzymali ewidentnego karnego, anulowano im prawidłowo zdobytą bramkę, no i głównie oni atakowali (i to nie jest wyspiarska wersja, znów wyjmuję opinie z niemieckiego źródła). Bayern wreszcie się ocknął i huknął dwa gole, ale znów: triumf poprzedziły pot, krew i łzy, nie ma mowy o maszerowaniu do celu krokiem defiladowym.

Stosunkowo najpewniej monachijczycy płynęli po Puchar Europy w edycji 1975/76, m.in. dwukrotnie pokonali Real Madryt. Ale w finale znów potwornie cierpieli. Piłkarze St. Etienne wturlali faworytowi gola z minimalnego spalonego i z taką pasją obijali poprzeczki na Hampden Park, że weszły one francuskiego słownika jako „kwadratowe słupki” („les poteaux carres”), czyli symbol niezasłużonej porażki dzielnej drużyny, którą wszyscy skazywali na zrównanie równo z trawą. Bayern wydłubał 1:0, po uderzeniu z rzutu wolnego.

To ma być supermocarstwo?! Gdyby monachijczycy wykopywali swoje trofea w epoce internetowych nagłaśniaczy, miliony ludzi kwestionowałoby ich prymat, wrzeszczało o farcie, ubliżało posądzanym o oszustwa sędziom, snuło teorie o spisku sprzyjającej im UEFA. Zwłaszcza środkowy ze zwycięskich sezonów byłby idealnym celem: w Europie piłkarze Bayernu ciułali wówczas średnio 1,57 gola na mecz, a w krajowych rozgrywkach spisywali się beznadziejnie – Bundesligę skończyli na dziesiątym miejscu (wygrywali w ledwie 14 z 34 kolejek), z pucharu wylecieli w III rundzie, gdy ulegli MSV Duisburg. Niewydarzeni kopacze, więcej szczęścia niż rozumu. Zimą zarząd wylał nawet z roboty trenera Udo Lattka, bo stoczyli się na 14. miejsce w ligowej tabeli.

Zaplanowałem spisanie tej notki przed kilkoma tygodniami, gdy pomyślałem, że Real Madryt ponownie zatriumfuje w Lidze Mistrzów i sprowokuje międzynarodowe rozstrząsanie, czy zasługuje na przyjęcie do panteonu największych drużyn klubowych. Przypomniał mi się wtedy akurat znój Bayernu, bo to poprzedni właściciel łańcucha złożonego z trzech Pucharów Europy – właściciel, którego losy, katorżnicze wykuwanie epokowego sukcesu, uzmysławiają, że seryjne wygrywanie niemal zawsze wymaga kombinacji sportowej klasy, sprzyjających okoliczności, przypadku, sędziowskich błędów. Imperia bywają przepotężne w ogóle, ale niekoniecznie w szczególe. W futbolu nikomu nie zdarzają się całe lata gry o wielką stawkę bez skazy, perfekcją w niemal każdym szczególe lśnią co najwyżej pojedyncze sezony (najwspanialsze: Ajax Amsterdam 1971/72, Bayern 2012/13, FC Barcelona 2008/09). Dopiero po wielu latach – w tabelach, oczach ludzi nie wnikających w każdy ustęp kronik – z drużyny niedoskonałej zostaje tylko migoczące doskonałością hasło o „ostatnim klubie, który przez trzy lata panował w Europie”. Obecny Real, który przy monachijczykach sprzed czterech dekad wygląda imponująco, też w przyszłości to czeka, zwłaszcza że ludzie pamięć mają coraz krótszą.

Madryt według Zinedine’a Zidane’a skłania do zgłaszania wątpliwości, ponieważ wygrywa raczej prozą niż poezją (oczywiście w sensie kolektywnym, co innego przewrotki Ronaldo i Bale’a), i mnie nękały rozterki. Jeśli jednak nie zgodzimy się, że stanowi drużynę jedną z największych, to trzeba również wymazać z galerii chwały również tamten Bayern – z Seppem Maierem, Franzem Beckenbauerem, Gerdem Müllerem etc. A jeśli wygumkujemy monachijczyków, to okaże się, że futbolowe imperia nie istnieją.

niedziela, 27 maja 2018

Dopisałem jeszcze kawałeczek o przegranym, czyli wygranym z Ligi Mistrzów. W mojej poniedziałkowej rubryce w „Gazecie” - znajdziecie go tutaj.

23:50, rafal.stec
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 246
Archiwum
Tagi