RSS
niedziela, 13 kwietnia 2014

Kiedy tuż przed czwartkowym meczem z Lyonem usiadłem na Juventus Stadium - dlaczego, do cholery, już wszyscy oblepiają się metkami z angielszczyzną?! - opadła mnie melancholia. Poczułem intensywniej niż kiedykolwiek wcześniej, że wszystkie stadiony zaczynają wyglądać identycznie. Znaczy wszystkie nowoczesne - zmodernizowane lub powstałe po wyburzeniu starego, wyjęte z jednej sztancy, gwarantującej pełen komfort oglądania. Oczywiście nie mam nic przeciwko temu, że z trybun Juve wszystko, co trzeba, widać doskonale, zwłaszcza że pamiętam, jak niewiele było widać przed kilkoma laty. Ale koszty bywają dotkliwe. Stadiony zatracają swoją oryginalność i osobność, wewnątrz możesz zapomnieć, w jakim właściwie kraju przebywasz. Z perspektywy polskiego kibica tych lśniących cacek nie spowija już nawet aura lepszego świata, bo sami zafundowaliśmy sobie takie same lub jeszcze bardziej wytworne. Jaka jest różnica między wnętrzami domu Juventusu, do którego zaglądam od święta, a wnętrzami Legii, do której zachodzę regularnie? Umowna.

Do Turynu nie poleciałem z powodów biało-czarnych, lecz wręcz odwrotnie, łażę tutaj śladami bordowymi (a może kasztanowymi? słabo się wyznaję na kolorach, tubylcy mówią granata), czyli związanymi z Torino.

Ubożsi sąsiedzi Juve grają na obiekcie, mówiąc delikatnie, archaicznym i paskudnym - zajrzałem do nich dzisiaj. Tym razem po kilkunastu minutach gry zdjęła mnie przeraźliwa nuda. Gospodarze podejmowali Genoę, mecz stał na rozczarowującym poziomie technicznym, piłkarze obu stron z zapałem uświadamiali ewentualnym niezorientowanym, na czym polega kryzys włoskiego calcio. Prędko nabrałem przekonania, że zaserwują nam bezwydarzeniowe, bezlitosne dla kibiców 0:0. A po przerwie niewiele zabrakło, by jedynym spektakularnym epizodem popołudnia okazał się zamaszysty samobój Kamila Glika - na szczęście turyńskiego kapitana ocalił bramkarz Padelli.

„No tak, raz w życiu zdarzy ci się wdepnąć na mecz Torino, to dostajesz gniota, że popamiętasz na zawsze” - wzdychałem, a nie mogłem nawet zerkać, co dzieje się w hicie Liverpool - Manchester City, bo internetów na stadionie miejskim - widoczność boiska okropna, gdybyście pytali - jeszcze nie zainstalowali. Pogodziłem się zatem, że jedyną dzisiejszą przyjemnością pozostanie wcześniejsze włóczenie się z poznanymi kibicami Torino i podpytywanie ich, co myślą o swoim kapitanie, przypadkowo pochodzącym z Polski. W końcówce zrobiło się zresztą jeszcze smętniej - w 86. minucie Genoa wepchnęła piłkę do bramki i zdawało się, że gospodarze przepadli.

Ale wtedy piłka nożna znów wycięła mi jeden z tych numerów, dzięki którym wiem, że w każdej, najzwyklejszej choćby akcji - a niech przeprowadzają ją nawet skończone safanduły - tkwi zalążek czegoś niezwykłego. Co tu dużo gadać, interweniowali aniołowie.

Mijała 92. minuta, gdy ponieśli Ciro Immobile - jednego z dwóch graczy błyskotliwych, wyrastających ponad resztę drużyny Torino. To był rozpaczliwy solowy zryw zwieńczony rozpaczliwym strzałem strzałem ostatniej szansy, oddanym z linii pola karnego. Piłka przeszywa powietrze w prawym okienku bramki, jest 1:1!

Mijała 93. minuta, gdy aniołowie pochwycili drugą z gwiazdek, Alessio Cerciego. Ten jakby pozazdrościł koledze, który zerwał z siebie koszulkę i rzucił się w wariacki sprint wzdłuż sławnej trybuny Maratoneta. To znów był desperacki solowy zryw zwieńczony desperackim strzałem ostatniej szansy, tyle że oddanym już zza pola karnego. Piłka odbija się od spojenia słupka z poprzeczką w prawym okienku bramki, jest 2:1!

Wystrzeliłem, jakbym kibicował im od niemowlaka.

Dwie niemal identyczne akcje w odstępie kilkudziesięciu sekund, dwa sprinty dwóch zerwanych z siebie koszulek, przegrani przemieniają się w zwycięzców, Torino zyskuje realną szansę na powrót do europejskich pucharów. Po 20 latach. Wychodzę ze stadionu, rozentuzjazmowany Willi Peyote - ten od rapowego utworu „Glik” - informuje mnie, że nigdy czegoś podobnego nie przeżył - znaczy przeżył wielokrotnie, ale trupem zawsze padała jego drużyna. I żąda, żebym na następnym meczu też był.

Nie on jeden żąda, pomysł prędko zyskuje popularność. „Raz się ten Polak przypałętał i od ręki mieliśmy mecz stulecia” - znacie to, klasyczne kibicowskie myślenie magiczne.

Najpierw mnie zatem opadła w Turynie melancholia, potem nuda, potem ekstaza, a na samym końcu ludzie, których opętało po triumfie, jakiego nie umieliby nawet wyśnić. A przy okazji znów sobie przypomniałem, żeby na każdym stadionie zachowywać pełną czujność. Najnudniejsze mecze świata od niezapomnianych oddziela niekiedy granica tak maleńka, że niemal niewidzialna.

Tagi: serie a
20:26, rafal.stec
Link Komentarze (24) »
środa, 09 kwietnia 2014

Barcelona grała w półfinałach Ligi Mistrzów rekordowe sześć razy z rzędu. Aż wykończyły ją zakapiory z Atlético Madryt. Do czołowej czwórki wracają po 40 latach.

Strach byłoby wejść do szatni, z której oni wyszli na mecz. Tam nawet powietrze musi razić prądem. Barcelonę sparaliżowało, zanim gra na dobre się rozpoczęła. Trzy razy piłka odbijała się od jej słupków i poprzeczek, raz wpadła do siatki. Jedyny raz tego wieczoru.

– W każdym meczu oddaję życie – przedstawiał się w magazynie „Champions” madrycki napastnik Diego Costa. Co miał na myśli, zobaczyliśmy tydzień temu na Camp Nou. Wyszedł na boisko pomimo urazu pachwiny, a w trakcie gry naciągnął jeszcze mięsień, więc wykuśtykał poza linię boczną, ale tam przekonał trenera Diego Simeone, żeby pozwolił mu wrócić. Niestety, poutykał jeszcze tylko kilka chwil...

Costa to więcej niż snajper. Prześladuje wyprowadzających piłkę obrońców przeciwnika, nie daje żyć środkowym pomocnikom, a trener twierdzi, że jeszcze zaraża całą drużynę mentalnością nieustraszonego, nieśmiertelnego wojownika. Kiedy dziś okazało się, że na rewanż z Barceloną nie wydobrzeje, gospodarze mieli stracić pod każdym względem. Technicznym, fizycznym, psychologicznym.

Nie stracili. Atlético według Simeone jest jak Borussia według Jürgena Kloppa. Uzasadnia istnienie pojęcia „filozofii gry”, tak często nadużywanego. Madrycki system działa zbyt dobrze, by wyłączało go wyjęcie pojedynczego elementu.

Nieobecności Costy niemal nie zauważaliśmy, nieobecność barcelońskiego bramkarza Victora Valdesa kłuła w oczy. To jego kontuzja uczyniła strategię gospodarzy oczywistą oczywistością – już nie ustawiamy zasieków na swojej połowie, lecz rzucamy się całą sforą do pressingu na połowie wroga. Niech Katalończycy czują nasz oddech na każdej kępie trawy. Niech wycofują piłkę do rezerwowego Pinto, niech się niepokoją, może nawet panikują.

Taki styl da się oczywiście utrzymać przez kilka chwil, potem najtężsi atleci wyzioną ducha. Ale gospodarze wykonali plan błyskawicznie. Gol Koke w piątej minucie, potem jeszcze trochę naporu i można się bronić.

I to jak bronić! Atlético to gorące waleczne serca sterowane chłodnym rozumem, czyli idealny przepis na defensywę. A Barcelona tym razem wcale nie zmusiła ich do nadludzkiego wysiłku. Poprzednie mecze sezonu – 1:1, 0:0, 0:0, 1:1 – były potwornie zażarte, faworytom brakowało do zwycięstwa drobiazgów. Tym razem błąkali się wokół pola karnego gospodarzy wyzuci z idei, trwoniąc energię na jałowe dośrodkowania, do których nie miał kto wyskoczyć. Gospodarze nie potrzebowali nawet swoim zwyczajem zamieniać się w bestie, które wytrącają przeciwnika z równowagi brudnymi chwytami. Znów zniknął Leo Messi. Nad Atlético znęcał się niegdyś ze szczególnym okrucieństwem – w 15 meczach wbił mu 20 goli. Znęcał się, zanim władzy w szatni nie przejął Simeone. W ostatnich sześciu grach Argentyńczyk nie trafił ani razu...

I kiedy trener Gerardo Martino odwołał z boiska z Andrésa Iniestę, wracającego ostatnio – jak się zdawało – do fenomenalnej formy, wyglądało to jak akt kapitulacji. Gdzie się podziali zjawiskowi wirtuozi z La Masii?

Z perspektywy Ligi Mistrzów kibice Barcelony obserwują jej powolne staczanie się ze szczytu. Od odniesionego w przytłaczającym stylu triumfu w 2011 roku (finał z Manchesterem Utd), przez pechową półfinałową porażkę z Chelsea w 2012 i szokującą półfinałową klęskę z Bayernem w 2013, po ćwierćfinałowe niepowodzenie w 2014 z Atlético.

Z Atlético, czyli drużyną pełną ograniczeń i tych ograniczeń świadomą, która w czołowej czwórce na kontynencie wygląda jak pomyłka. Rywale biorą półfinały Ligi Mistrzów przez zasiedzenie. Real Madryt awansował tam po raz czwarty z rzędu. Bayern – po raz czwarty w pięciu minionych edycjach. Chelsea – po raz ósmy w jedenastu sezonach pod rządami Abramowicza. Elita elit.

Madrycki klub zabawiał się na tym poziomie w innej epoce, Hiszpanię dusiła jeszcze wtedy dyktatura generała Franco.

Miniony wieczór w Lidze Mistrzów znów przypomniał mi, że jeśli predator w typie Garetha Bale’a chodzi po sto baniek, to wielkie kluby powinny płacić grube miliony również za zwierzęta trenerskie.

Powiecie, że oni jednak nie grają? Zbigniew Boniek na pewno by tak powiedział... Widzieliśmy jednak przed kilkoma chwilami, że najbardziej niebezpieczny na boisku w Dortmundzie był bohater zbiorowy, znany pod urokliwym niemieckim nazwiskiem „Gegenpressing”. Kiedy on zadziała, to Borussia może sobie rzucić do boju Kirchów, Jojiciów, Friedrichów i innych nowicjuszy, którzy Ligę Mistrzów znali niedawno tylko z telewizora, a Real Madryt – ta ciężkozbrojna superprodukcja z budżetem „Avatara” – i tak zblednie, ocaleje w sporej mierze dzięki źle ułożonej stopie Henricha Mchitarjana, będzie drżał o wynik po ostatnią sekundę dwumeczu. Dortmundzki system gry według projektu Jurgena Kloppa funkcjonował perfekcyjnie, zaciął się tylko jeden trybik – właśnie kompletnie rozregulowany celownik ormiańskiego atakującego. I jeśli wziąć pod uwagę wszystkie okoliczności, to tegoroczne 2:0, które oznaczało rozstanie z LM, nie było wcale mniej imponujące niż ubiegłoroczne 4:1, które dało awans do finału.

A José Mourinho? O nim aż strach pisać, bo hejterzy w każdym, nawet najbardziej na zimno podanym zdaniu wywęszą poddańczy hołd, a fanatyczni wyznawcy – czołobitność skandalicznie niewystarczającą, zakrawającą na afront. Pierwsi będą stękać o „wielkich transferowych wydatkach” (to już prawie oskarżenie o nieetyczność) albo szczęśliwych losowaniach, na których cwaniacko korzysta, drudzy będą wrzeszczeć, że nawygrywałby jeszcze więcej, gdyby nie spisek sędziów i w ogóle wszystkich tajnych sił tego świata. Ale podstawowe fakty  przemawiają do wyobraźni – on właśnie wprosił się do piątego z rzędu półfinału Champions League. W trzecim kolejnym klubie. Wiosna 2010 – wprowadza tam Inter Mediolan, z którym jego poprzednicy seryjnie odpadali mniej więcej na pułapie w 1/8 finału. Wiosny 2011, 2012, 2013 – wprowadza tam Real Madryt, który przed jego przyjściem obrywa w 1/8 finału w sześciu kolejnych edycjach, i to obrywa od średniaków jak Lyon albo obrywa boleśnie, na miarę 0:5 z Liverpoolem. Wreszcie wiosna 2014 – wprowadza tam Chelsea – owszem, dobrze pamiętającą jeszcze triumf w tych rozgrywkach, ale w poprzednim sezonie wykopaną już w fazie grupowej.

W każdym z tych miejsc pracował w kompletnie odmiennych okolicznościach. Najpierw miał firmę pośmiewisko (w Europie, w kraju rządziła), którą reorganizował totalnie, ale nikt od niej cudów nie oczekiwał, porażki stały się mediolańczyków drugą naturą, jak to bywa z przyzwyczajeniami. Potem uczestniczył w wojnie domowej (sam też bywał prowodyrem) w klubie, który stać na wszystko. Teraz znów zarządza szatnią umeblowaną na bogato, ale pełną młodzieńców dopiero aspirujących, z ewidentnymi kadrowymi brakami (środek ataku). Bywa lepiej, bywa gorzej, ale poziom Mourinho trzyma. Poziom półfinału.

W Champions League rywalizuje po raz 10. w karierze. W półfinale jest po raz 8. Takiego trenera jeszcze futbol nie widział.

Czy to sensowne kryterium oceny jego kompetencji? Oszacujcie sami, w każdym razie piłkarz, który kluby – wyłącznie cholernie bogate! – zmienia jeszcze częściej niż Mourinho i jest najdroższym w historii – zsumowując wszystkie kwoty transferowe – nie może o takiej regularności nawet pomarzyć. Zlatan Ibrahimovic w Lidze Mistrzów wystartował po raz 14. Półfinału posmakował raz.

Posmakował go zresztą pod butem szefa, którego serdecznie nie znosił – Pepa Guardioli. Katalończyk też idzie po rekord. Jeśli piłkarze Bayernu wyeliminują dziś Manchester United, to w piątym sezonie trenerskiej kariery w półfinale Champions League wystąpi po raz piąty.

poniedziałek, 07 kwietnia 2014

Jerzy Janowicz

Jeśli 21. tenisista na świecie użala się nad sobą, to znaczy, że nie wie, w jakim kraju żyje.

Dziennikarze wymagają zbyt wiele, a nie mają prawa wymagać niczego, bo sami nie uprawiają wyczynowo tenisa. Nasi sportowcy trenują w szopach, a Polska to kraj bez perspektyw. Pokonany na korcie Jerzy Janowicz wziął odwet poza kortem. Zaatakował z furią i wszystkich.

Nie wiem, kto konkretnie go krzywdzi, uzurpując sobie prawo do stawiania mu przesadnie wysokich wymagań – środowiska tenisowego nie znam, sam zdążyłem dotąd jedynie wyrazić na łamach i blogu zachwyt rakietowym stylem, z jakim wstrzelił się w światowe korty. Z moich obserwacji wynika jednak, że generalnie to sportowcy wyznaczają cele, a otoczenie – medialne oraz kibicowskie – im się podporządkowuje. Piłkarze powtarzają, że chcą wygramolić się z grupy albo wcisnąć na mundial, to lud oczekuje, że wygramolą się z grupy albo wcisną na mundial. Siatkarze zasadzają się na medal, to lud posłusznie wypatruje medalu. Adam Małysz mierzy w olimpijskie złoto, to lud stara się ponieść go dopingiem do złota.

Nie miałem ochoty wsłuchiwać się w treść – a tym bardziej analizować – jego niedzielnej tyrady. Jeśli Janowicz notorycznie nie radzi sobie emocjonalnie z porażkami, to oczywiście należy się martwić, bo tej przykrości żaden sportowiec nie uniknie. Nawet wybitnie utalentowany sportowiec. Najbliższe otoczenie zapewne powinno się również zastanowić, czy nagły sukces wywołał tylko przejściowe zawroty głowy, czy problem jest głębszy – a zatem wymaga terapii, i to podjętej prędko, zanim zrujnuje pięknie rozpoczętą karierę. Czy jednak warto poważnie traktować to, co wyrwało się młodzieńcowi, gdy ewidentnie był w amoku, kompletnie siebie nie kontrolował? I na przykład upominać go, żeby nad beznadziejnymi warunkami treningowymi polskich sportowców rozpaczał z umiarem, gdy polscy sportowcy przegrywają akurat z chorwackimi? Czyli pochodzącymi z regionu, w którym wielu atletów ćwiczyło w lejach po bombach, a potem, już po zwycięstwach – Bałkany słyną z wyczynowców na najwyższym światowym poziomie – tłumaczyło, że bolesna przeszłość inspirowała ich do tytanicznej pracy? Że pragnęli wygrywać bardziej, by bliscy i rodacy choć na chwilę zapomnieli o traumie wojny domowej?

Obnażanie absurdalności niedzielnego wywodu nie miałoby sensu, gdyby nie fakt, że zacytowano go już wszędzie, a wielu odbiorców uznało, że Janowicz „powiedział głośno to, o czym wszyscy szepczą”, że „nazwał rzeczy po imieniu”, że „ktoś wreszcie powiedział prawdę”. Nie twierdzę, że tenisista wyraził zdanie większości, ale z internetu wylało się bajoro frustracji spod mentalnego sztandaru: „Jeśli mi się nie uda, to winę znajdę wszędzie, tylko nie w sobie”. A to ostatni przekaz, który powinien propagować mający jakiekolwiek poczucie odpowiedzialności idol i człowiek sukcesu. Sukcesu, którego nie osiągnąłby, gdyby istotnie urodził się w kraju bez perspektyw.

Bałkany to niejedyna okolica, gdzie wcale nie żyje się lepiej niż w Polsce. Owszem, biedzimy się z rozmaitymi społecznymi dolegliwościami – jak niemal wszyscy, nawet idealizowana u nas Ameryka dopiero próbuje opieką medyczną otoczyć większość obywateli. Zrozumiała jest przewlekła depresja wielu wykształconych ludzi, którzy czują, że na emigrację zostali wypchnięci, albo czują się oszukani, bo dwa fakultety i dwa języki miały im zagwarantować przyszłość. Sam złoszczę się na obyczajowe zacofanie mojego kraju. Ale wciąż mieszkamy w jednym z 25-30 najbogatszych, najbezpieczniejszych, dających najwięcej możliwości państw świata.

Janowicz miał niesłychane szczęście, że dorastał na skrawku terytorium cywilizacyjnie zaawansowanym. Tam, gdzie rodzice nie tylko mają co sprzedać, by zainwestować w syna, ale jeszcze mogą, w razie potrzeby, wyprawić go na trening do sąsiedniego kraju, no i są do tego stopnia wolni od elementarnych trosk, że w ogóle wpadają na podobne pomysły. Miażdżąca większość ludzi dorasta w miejscach, w których albo nikomu przez głowę nie przemknie porywanie się na tenisowe szczyty, albo znacznie trudniej je zdobywać. Skoro w Polsce po raz pierwszy w historii obrodziło w cały tłumek zawodników i zawodniczek pogrywających w szeroko pojętej światowej czołówce, to i tutaj widzimy dowód, że Polska się rozwija. A tenis pozostaje sportem elitarnym, który nie tylko u nas wynagradza często śmiałków skłonnych podjąć prywatną inicjatywę i finansować ją z własnej kieszeni.

Tak, Janowicz wyjątkowo słabo nadaje się do promowania mentalności roszczeniowej – nawiasem mówiąc, dla sportowca zabójczej, on powinien żądać przede wszystkim od siebie. Znacznie atrakcyjniej prezentowałby się jako orędownik postawy: „Stać cię na wszystko, jeśli tylko dasz z siebie wszystko, nawet skromne tradycje tenisowe twojego kraju nie zatrzymają cię w drodze do półfinału Wimbledonu”. I jako gwiazdor dający inspirację zamiast użalającego się, że „za granicą traktują sportowców lepiej” – to zresztą wyjątkowe dyrdymały, w typie kuriozalnego frazesu: „Takie rzeczy dzieją się tylko w Polsce”. Tyleż popularnego, co niepopartego jakimikolwiek poszlakami, że rzeczywiście „tylko w Polsce”, mającego wyłącznie ilustrować przekonanie autora, że Polacy są najgorsi na świecie. Wszyscy poza nim samym.

23:06, rafal.stec
Link Komentarze (59) »

FC Barcelona, La Masia, FIFA

Tam, gdzie Barcelona przechwyci każdego genialnego dzieciaka z drugiego końca świata, zanim wychowają go (a potem zarobią na sprzedaży) tubylcy. I tam, gdzie Chelsea pozwoli zdolnym grać dla kogo innego, tylko jeśli zagwarantuje sobie, że w każdej chwili może wezwać go do siebie (lub zarobić na jego sprzedaży). Mój felieton do „Sport.pl Extra”, magazynu z dzisiejszej „Wyborczej”, przeczytacie tutaj.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 359
Tagi