RSS
poniedziałek, 11 grudnia 2017

On triumfował globalnie – w prestiżowym plebiscycie „France Football” na najlepszego gracza roku na boiskach Europy. Ona triumfowała lokalnie – w plebiscycie największego w kraju dziennika „Berlingske” (i jednego z najstarszych na świecie, istnieje od 1749 roku!), ale wybiła się wysoko ponad sport, przyznano jej tytuł Duńczyka Roku. Nie mogłem się oprzeć, żeby złączyć ich felietonowo w „Gazecie” w parę. Efekt przeczytacie tutaj.

sobota, 09 grudnia 2017

Powiedzieć, że wszystko jesienią 2017 roku działo się inaczej niż zwykle, byłoby przesadą, ale odmieniło się sporo, cała faza grupowa Liga Mistrzów – ostatnimi czasy przewidywalna – przebiegała pod znakiem niszczenia naszych przyzwyczajeń. A skoro Europa zyskała nowe kontury... Niedawno zgrywałem kartografa mundialu, czyli najważniejszego turnieju w futbolu reprezentacyjnym, to teraz naszkicuję najważniejsze rozgrywki klubowe.

1) 100 proc. punktów kupionych za majątek znad Zatoki Perskiej. Zanim nadeszła jesień, zapowiadałem w „Gazecie” główny wątek: szturm obu klubów rządowych, o gigantycznym elektoracie negatywnym, należących do egzotycznych multimiliarderów. I szturm nastąpił.

Do ostatniej kolejki piłkarze Manchesteru City (prezesuje wicepremier rządu Zjednoczonych Emiratów Arabskich) oraz Paris Saint-Germain (prezesuje mu minister rządu katarskiego) mieli komplet możliwych do zdobycia punktów, choć mierzyli się z przeciwnikami mocnymi, Napoli i Bayernem. Ze stuprocentowej wydajności zeszli dopiero w tym tygodniu, gdy nie było niczego do przegrania. Zrelaksowane City rzuciło częściowo rezerwowy skład – dwóch nastolatków w obronie – na potwornie zmotywowany Szachtar, a wymowę porażki PSG w Monachium osłabia refleksja, że gwiazdorzy ze stolicy Francji ewidentnie potrzebują czuć pod stopami wysokie napięcie. W poprzedni weekend zgubili też punkty w lidze francuskiej, gdy musieli jechać do beniaminka ze Strasburga.

Zarówno oni, jak i wyspiarze liderują rozgrywkom krajowym z olbrzymią przewagą, co też świadczy o ich możliwościach. Manchester City zachwyca dodatkowo stylem gry, Pep Guardiola nadał mu w tym sezonie zupełnie nową jakość. Prognozować, co się stanie wiosną, nie zamierzam, w każdym razie ich jesień w Lidze Mistrzów była blisko statystycznych rekordów, a ponieważ ostatecznie lepszy bilans osiągnął jedynie Tottenham, to mamy niemal przewrót. Spójrzcie na tabelę z najlepszymi wynikami fazy grupowej, odkąd istnieje obecny system Ligi Mistrzów:

Liga Mistrzów, Real Madryt, FC Barcelona

2) Hiszpańskie skurcze. Oni z kolei wyglądają jak sportowiec, który narzucił sobie tak opętańcze tempo (patrz tabela wyżej), że z wycieńczenia nie zwolnił, lecz przystanął. Tylko Barcelona na czele grupy?! Real Madryt obrywa od Tottenhamu, który w lidze angielskiej wyprzedza Burnley tylko dzięki korzystniejszemu stosunkowi bramkowemu?! Sevilla połyka 5 (słownie: pięć) goli w Moskwie i nie umie wytruchtać zwycięstwa w Mariborze?! Atlético Madryt nie umie przetrzepać skóry Karabachowi, pomimo dwóch prób, i pokornie przystaje na relegowanie do Ligi Europy?! Tak, słyszę prychnięcia, pouczenia, rozkazy niemal, by czekać do wiosny, zamiast podniecać się grą wstępną. Ale na razie podliczamy jesień, a jesienią nastąpiło istne trzęsienie muraw – z 53 punktów uzbieranych przed rokiem wszechpanujący od lat Hiszpanie zmaleli do 43, i to pomimo sprzyjającego losowania.

3) Angielskie przebudzenie. Oni odbyli lot w przeciwnym kierunku. W ostatniej Lidze Mistrzów reprezentanci Premier League zdobyli w fazie grupowej 60 proc. możliwych do zdobycia punktów. W przedostatniej – 58 proc. A tej jesieni – aż 77 proc. Tylko Chelsea zleciała na finiszu z pozycji lidera (dlatego ma ponadnormalnie wielkie szanse na wylosowanie w 1/8 finału Barcelony), wszyscy inni skakali sobie jak chcieli. Jeszcze raz: tak, już słyszę prychnięcia, pouczenia, rozkazy niemal, żeby czekać do wiosny, zamiast podniecać się grą wstępną. Ale na razie podliczamy jesień, jak udawać, że się nie widzi? Może jednak nadciąga schyłek ery, w której Messi detronizuje Ronaldo, a Ronaldo detronizuje Messiego, ewentualnie wtrącą się Atlético z Bayernem?

Nie wiem, nie znam się, podaję tylko fakty: jak Hiszpania była dotąd jedynym w historii krajem, która miał pięć klubów w Lidze Mistrzów, tak Anglia stała się jedynym w historii krajem, który wprowadził pięć klubów do 1/8 finału Ligi Mistrzów. Dzieje się.

4) Kanonierzy. Też się dzieje. Na czele klasyfikacji strzelców widzimy wprawdzie Ronaldo, który w kalendarzowym roku 2017 kumulował chyba całą energię na Ligę Mistrzów – do 10 goli w 7 meczach wiosny dorzucił 9 wbitych w 6 meczach jesieni, bilans wprost niewiarygodny. Wokół niego krąży jednak tłum twarzy, do których te rozgrywki nie przywykły. Znów: w przeważającej mierze kopiących na chwałę klubów angielskich.

Gdybyśmy chcieli wyróżnić środkowego napastnika numer jeden fazy grupowej, to musielibyśmy poważnie rozważyć kandydaturę Harry’ego Kane’a, który trafiał co 69 minut (Ronaldo – co 60); z podobną łatwością uderza prawą stopą, lewą i głową; znacząco przyczynił się do zdobycia przez Tottenham nieoficjalnego tytułu mistrza jesieni w Champions League; zaczyna zagrażać marzeniom starszego o pięć wiosen Roberta Lewandowskiego o transferze do Realu Madryt. Gdybyśmy natomiast chcieli nagradzać zbiorowo, musielibyśmy wziąć pod uwagę niesamowity, jakże egzotyczny narodowościowo kwartet z Liverpoolu, tworzony przez Roberto Firmino, Coutinho, Sadio Mané (drżyj, ekipo Nawałki!) i Mohameda Salaha, a także eskadrę z Manchesteru City, której rozmiaru lepiej nie ustalać, bo nawet słowo o kwintecie czy sekstecie mogłoby się okazać określeniem niesprawiedliwie zawężającym, u Guardioli wszyscy zajmują się wszystkim. Ależ bym się pogapił, jak na ten arsenał – nie mylić z Arsenalem – odpowiadają potentaci hiszpańscy!

5) Jesień jak całe życie. Mile Svilar, mój ulubiony bohater. 18-latek najpierw przeszedł do historii Ligi Mistrzów jako jej najmłodszy bramkarz. Potem został antybohaterem. Następnie – bohaterem. Aż wreszcie – skrajnym pechowcem. Niezależnie od tego, jak potoczy się jego zawodowa kariera, początków w Europie nie zapomni do końca życia.

6) Wschód kontratakuje. Od kilku lat piszę o skutkach spisku Zachodu – zawiązanego jawnie – który podzielił Europę, spuszczając futbolową wersję żelaznej kurtyny. I odgrodził się nie tylko od obszaru byłych demoludów. W XXI wieku ani razu nie zdarzyło się ani razu, żeby do półfinału Champions League zajrzała drużyna z miasta położonego na wschód od Monachium. Ba, ostatnio i ćwierćfinał stał się osiągalny, a w poprzedniej edycji nawet w 1/8 finału znaleźli się wyłącznie przedstawiciele Hiszpanii, Anglii, Niemiec, Francji, Włoch i Portugalii – nikt inny nie przetrwał nawet fazy grupowej.

Aż nastała jesień 2017 i wschód, zamiast ostatecznie zniknąć, hałaśliwie przypomniał, że istnieje. Znienacka, jakby wbrew duchowi dziejów. Piłkarze Besiktasu Stambuł nie dość, że awansowali, to jeszcze byli praktycznie pewni sukcesu już po czterech kolejkach; zajęli pozycję lidera; pozostali niepokonani. Co więcej, wywołali sensację skrajnie niesensacyjną, bo tworzą przedsięwzięcie trochę jak hollywoodzki hit „Niezniszczalni”, w którym spotykają się herosi kina akcji – często już podstarzali, to hołd złożony kasowym przebojom z lat 80. i 90. – by wykonać jeszcze jedną misję. Rambo alias Stallone, Terminator alias Schwarzenegger, Punisher alias Dolph Lundgren czy John McClane alias Bruce Willis i jeszcze kilku innych tym razem działają wspólnie, na tym samym filmowym planie. Szerzej pisałem o stambulskim projekcie tutaj, realizują go prawie sami dobrzy znajomi.

Wygrywał Besiktas, wygrywał też Szachtar, który też stanowi przypadek niestandardowy. Potrafił awansować, choć jako jedyny rozegrał wszystkie mecze na wyjeździe – ze zbombardowanego stadionu w Doniecku uszedł dawno temu, teraz zżywa się z obiektem w Charkowie. I został, jak wynika z moich oględzin, pierwszym uczestnikiem 1/8 finału Ligi Mistrzów, którego zaciągnęły tam gole strzelane wyłącznie przez piłkarzy z Ameryki Południowej (Argentyńczyka Facundo Ferreyrę oraz Brazylijczyków Taisona, Bernarda, Ismaily’ego i Marlosa). Mnie osobiście smucą w tej historii jedynie losy zdyskwalifikowanego za doping Darijo Srny, wieloletniego kapitana w klubie oraz reprezentacji Chorwacji, którego uważałem za najznakomitszego prawego obrońcę wśród wszystkich, którego prawie nikt nie wymieniłby, gdyby go zapytać o najznakomitszego prawego obrońcę w Europie. Więcej blogowałem o nim tutaj.

Mistrzowie Turcji i Ukrainy mieli satysfakcję pełną, ale kibice ze wschodu zaznawali też przyjemności drobnych – Spartak wrzucił pięć goli Sevilli, CSKA do ostatniej kolejki biło się o awans (prowadziło na Old Trafford), Qarabag Agdam dwukrotnie zatrzymał Atlético. Ostatnie podrygi przed zatrzaśnięciem drzwi przez zachodnich oligarchów, konsekwentnie zmierzających ku Superlidze?

7) Polska na peryferiach, Polak zmarginalizowany. Powyższe pytanie wypada uzupełnić o pytanie, czy przedstawiciel tzw. ekstraklasy – to tam, gdzie piłka jest płaska – zdoła jeszcze kiedykolwiek rozegrać z Realem Madryt mecz inny niż pokazowy, stanowiący część wakacyjnych komercyjnych podróży słynnych firm. Eliminacyjny popis Legii Warszawa aż przykro wspominać, a na nadwiślańskich boiskach nie widać żadnych symptomów poprawy zwiastującej kolorowe jutro. Stołecznych obrońców tytułu czeka mozolne odmładzanie kadry niepięknych trzydziestolatków, których niełatwo, przepraszam za wulgaryzm, zmonetyzować na rynku transferowym, natomiast cała krajowa konkurencja to wszechogarniająca średniość. Zamiast lidera na szczycie tabeli oglądamy kolejnych p.o. lidera; przebywający tam akurat zabrzanie przebywają tam z najniższym odsetkiem punktów w skali całego kontynentu (nie gniewaj się, Górniku, też podoba mi się, jak grasz); ligowców właściwie nie sposób podzielić na lepszych i gorszych. Depresyjnie. Nawiasem mówiąc, gdyby piłkarze Lugano. nie wygrali w czwartek w Bukareszcie, ekstraklasa zleciałaby w rankingu UEFA pod ligę rumuńską. Z drugiej dziesiątki do trzeciej .

Ci polscy zawodnicy, których do Ligi Mistrzów 2017/18 wpuszczono (założyli zagraniczne barwy), też nie wpadali w ekstazę. Awansowali nieliczni, rozczarowania przeżyli liczni. Ponieważ Wojciech Szczęsny i Łukasz Skorupski są wiosną skazani na rólki rezerwowych bramkarzy Juventusu i Romy (o ile oczywiście nieszczęścia nie spadną na Gianluigiego Buffona i Alissona), to Robert Lewandowski (nawet on jesień miał bezbarwną) w 1/8 finału i ewentualnie później będzie osamotniony. Nieszczęście goniło nieszczęście, dlatego w środę ogłaszałem w „Gazecie” depolonizację Ligi Mistrzów.

Perspektywa mundialowa, po dolosowaniu nam grupowych rywali? Senegalski obrońca Koulibaly odpadł razem z Zielińskim (Napoli), ale skrzydłowy Sadio Mané zasuwa z Liverpoolem jak opętany; kolumbijski napastnik Radamel Falcao odpadł razem z Glikiem, ale w 1/8 finału będzie dopingować Davinsona Sancheza z Tottenhamu, Jamesa Rodrígueza z Bayernu, Juana Cuadrado z Juventusu czy Luisa Muriela z Sevilli. Mocarstwowe nastroje proponowałbym jednak w sobie zdusić.

Liga Mistrzów, losowanie

22:39, rafal.stec
Link Komentarze (11) »
niedziela, 03 grudnia 2017

Benevento, AC Milan

Była sobie piłkarska drużyna z Benevento, która przed tym sezonem nigdy nie grała we włoskiej Serie A; w tym sezonie oddała wszystkie 14 meczów; ustanowiła negatywny rekord czołowych lig w Europie, przelicytowując wyczyn Manchesteru United z międzywojnia (oberwał 12 razy z rzędu); przegrała nawet w Cagliari, gdzie w 94. minucie wyrównała z rzutu karnego; dała sobie wcisnąć decydującego gola w ostatnich sekundach meczu u siebie z lekkopółśmiesznym Sassuolo; nie tyle osiadła na dnie tabeli, ile leżała tam rozsmarowana na zero punktów, rechotała z niej cała Europa, jej istnienie służyło tylko naszej wrednej uciesze, tylko naszemu okrutnemu upodobaniu do szydzenia z cudzego nieszczęścia. Aż trafił jej się Milan. Rywal wymarzony, by zaproponować mu przekazanie roli pośmiewiska.

Krakałem od tygodni, że Benevento wystarczy cierpliwie poczekać na właśnie ten mecz, by wreszcie sobie pofiglować. I wykrakałem – zresztą jak klapę Włochów w eliminacjach mundialu, niewidzianą od 60 lat, tej jesieni doskonale sprawdzam się jako Kasandra. Ale nigdy w życiu nie wyobraziłbym sobie, że nieuniknione nadciągnie akurat tak: w 95. minucie, przy prowadzeniu 2:1, Milan pozwoli, by wysadził go w powietrze – golem wbitym głową – bramkarz.

Jako kibic zniosłem to dzielnie, nawet poczułem coś w rodzaju masochistycznej przyjemności, wolę historyczne sceny nie do zapomnienia niż przeżuwanie meczów jak papier ścierny, o smaku 0:0 z Genoą albo 0:0 z Torino. Najpierw jednak zesztywniałem, w żyłach zabulgotało, szczęka wysunęła się z zawiasów.

– Zamknąłem oczy i rzuciłem się do piłki jak bramkarz, nie jak napastnik – opowiadał bohater popołudnia Alberto Brignoli, przynajmniej przez weekend najsławniejszy przedstawiciel swojej profesji na kontynencie. Żeby jeszcze dodać historii pikanterii: w Benevento przebywa wypożyczony z Juventusu. I jeszcze: pierwszego gola dla gospodarzy strzelił George Puscas wypożyczony z mediolańskiego sąsiada Interu, a piłkarze tegoż Interu kilka chwil później roztańczyli się na San Siro wielobramkowo, kopali pięknie, obskoczyli Chievo na notę 5:0.

I wystrzelili na pozycję ligowego lidera. Ależ oni zachwycają!

Nie sugeruję, że fani Milanu przeżyli traumę ponad traumy, w końcu mówimy tu o plemieniu doświadczonym finałem Ligi Mistrzów w Stambule w 2005 roku – sam patrzyłem wtedy z bliska, rzężąc na trybunach, jak podróżują od 3:0 do przerwy, przez 3:3 w drugiej połowie, do kataklizmu w rzutach karnych. Benevento to był raczej bezprecedensowy obciach. Milan od dawna nie jest tortem, którym kibic się delektuje, ale dopiero teraz stał się tortem, którym kibic dostaje w twarz, żeby publika zachichrała się na śmierć. Gdy rzuciłem na Twitterze propozycję tytułu książki do wydania 10 lat po ostatnim triumfie w Champions League – „Od widowiska do pośmiewiska. Krótka historia Milanu 2007-2017” – podświadomie wyrażałem nadzieję, że wybryk w Benevento zamyka pewną epokę, że to idealna puenta wysokobudżetowego kina katastroficznego, wieżowiec już spłonął, Atlandyda zatonęła, asteroida zaraz dotknie powierzchni Ziemi, czas na napisy końcowe, teraz rozpocznie zupełnie inna fabuła, koniecznie heroiczna.

Marzenie ściętej głowy, jeszcze naoglądamy się zniszczeń. Mam nawet pomysł, jeśli Benevento go zrealizuje, dzisiejszy popis dodatkowo zyska na spektakularności: niech mianowicie Benevento, które przed remisem z Milanem przerżnęło 14 razy z rzędu, przerżnie teraz kolejne 14 meczów z rzędu.

21:16, rafal.stec
Link Komentarze (13) »
piątek, 01 grudnia 2017

mundial 2018, Adam Nawałka, reprezentacja Polski, mś 2018, losowanie mundialu

Kiedy przemierzałem Japonię dzięki swojemu pierwszemu mundialowi przeżywanemu w roli korespondenta, fascynowało mnie wszystko, w sensie sportowym i pozasportowym, poza jednym wieczorem: w trakcie ćwierćfinału senegalsko-tureckiego konałem. Nie działo się nic, emocji było jak przy kiszeniu ogórków, pewnie bym się roztopił z nudów, gdyby nieopodal – w loży honorowej – nie wyprężały się senegalskie boginie, to było najwyższe stężenie kobiecego piękna, jakie widziałem w życiu. Żony, narzeczone i kochanki piłkarzy? A może po prostu wyselekcjonowane najpiękniejsze dobra naturalne Senegalu, który chciał się pochwalić, że Senegal jest rajem na ziemi?

Nic nie poradzę – to moje pierwsze, zwierzęco odruchowe skojarzenie z reprezentacją kraju, o którym nie bardzo wiecie, gdzie leży. Nuda i zachwyt.

Z Japonią mam to podobnie. Nuda i zachwyt. Kraj chłonąłem rozanielony (podczas kilku wizyt zjeździłem wszystkie główne wyspy, odurzające doświadczenie), ale jej piłkarzom też zdarzyło się sprawić, że wyrywałem sobie włosy. Na innych mistrzostwach świata, w 2010 roku, wspólnie z Paragwajczykami postanowili ukatrupić mnie w 1/8 finału. Przeczołgali mnie przez bezbramkowe 120 minut, aż doczłapali do karnych. Pisałem wówczas do „Gazety”: „Przed takimi meczami mundialowy korespondent doświadczony dwoma turniejami czuje się jak skazaniec. Doskonale wie, jak będzie. W 2002 r. w Osace przeraźliwego gniota spłodzili Turcy z Senegalczykami w ćwierćfinale. W 2006 r. podobnie zagrali Szwajcarzy z Ukraińcami w 1/8 finału. Teraz do księgi mundialowych okropieństw weszli - niespiesznie i z przestraszonymi minami - Japończycy oraz Paragwajczycy. Gniota rodzą zawsze te same okoliczności. Piłkarze, którzy niewiele w życiu wygrali, pochodzący z krajów, których reprezentacje też niewiele wygrały, sprawiają niespodzianki, czasem nawet zyskują uznanie publiki spragnionej doznań estetycznych, aż docierają do etapu, do którego nie zaglądali w najodważniejszych snach. I właśnie wtedy zaczynamy rozumieć, że nie wytrzymają”.

Paradoks polega na tym, że dzisiaj, kiedy nasi piłkarze wylosowali Senegal i Japonię jako rywali w fazie grupowej mistrzostw świata, wpadłem w euforię niebezpiecznie bliską ekstazie. Nie ze względów sportowych – w tym sensie ruszamy w podróż w nieznane, o czym szerzej piszę tutaj, przypuszczając, że o zwycięstwa w Moskwie, Kazaniu i Wołgogradzie będzie potwornie trudno. Nie, rozpaliła mnie perspektywa wyprawy – mentalnej, żeby nabyć wiedzę – do krain tak bardzo odległych i obcych. Bo MŚ, oprócz bycia celem samym w sobie, od zawsze służą mi także za pretekst do podróży w nieznane.

Przyznałem się dzisiaj w tekście o mojej wymarzonej grupie, że przed losowaniem mundialu zawsze kombinuję jak skrajny egoista. Nie interesuje mnie interes drużyny, kibiców ani nawet - błagam o możliwie łagodny wymiar kary - narodu polskiego. Chcę tylko, żeby było interesująco. Albo sportowo, albo niesportowo. W wymarzonej grupie umieściłem nawet Senegal, jednego z trzech uczestników przyszłorocznego turnieju, z którym polscy piłkarze nie grali nigdy, nawet towarzysko.

Pozostałe życzenia się nie spełniły, ale i tak czuję pełną satysfakcję. Japonia? Moi ulubieni kosmici, mam na ich punkcie szmergla, sama frajda sprawdzać, co u nich słychać. Kolumbia? Kopaliśmy się z nimi tylko sparingowo, poza tym wystarczyło wyciągnąć ją w kulce, żeby się dowiedzieć od Radka Nawrota o istnieniu tamaryny białoczubej (te jajcary ze zdjęcia na górze, zaraz się będę zapoznawał, moja dziewczyna już zażądała adopcji jednego egzemplarza!). Czysta poezja, gdybym rządził światem, to bym zarządził, żeby mundial zaczynał się już, ależ jestem napalony na mundial, nie wiedziałem, że pół roku przed mundialem można się aż tak jarać mundialem, tę mundialową grupę wykroili chyba specjalnie dla mnie, co do milimetra pod moją mundialową szajbę, chyba zapominam wstawić w tym zdaniu kropkę, wypisuję te jęki mundialowego oszołoma w trakcie hiciora Napoli – Juve, nie umiem się na nim skupić, bo czekam na mundial, niech mnie zahibernują i wybudzą na mundial, niech ten mundial stanie się już.

poniedziałek, 27 listopada 2017

Przed dokładnie dwoma miesiącami, 27 września, chwyciłem za liczydło, by sprawdzić, jak długo pracują z drużyną aktualni trenerzy zatrudnieni w klubach tzw. ekstraklasy. Łatwo poszło, w kilku przypadkach prawie nie musiałem przesuwać koralików – posady akurat rozdawały Lechia Gdańsk, Legia Warszawa, Nieciecza i Piast Gliwice.

Dzisiaj aktualizuję rachuby, ponieważ okazja jest jeszcze bardziej odświętna, wykopany z roboty został Piotr Stokowiec (Zagłębie Lubin), szczęśliwiec utrzymujący ją najdłużej. Aktualna tabela wygląda zatem tak:

ekstraklasa

Kiedy poprzednio wymazywałem z listy Marcina Brosza i Radosława Mroczkowskiego, którzy przejmowali Górnika Zabrze i Sandecję Nowy Sącz w niższej lidze, okazało się, że średni staż szkoleniowca w najwyższej klasie rozgrywkowej trwa 206 dni.

Dzisiaj, po pozbyciu się lubińskiej anomalii – od tamtej pory zdymisjonowany został również Maciej Skorża – średnia spadła do 163 dni.

Powtórzę: nie znam branży z przeciętnym zatrudnionym pracującym krócej, można chyba rzec, że liga wręcz wyprzedza epokę, w której rynek pracy wymaga niespotykanej wcześniej mobilności. Jeszcze mocniej niż średnia szarpie za wyobraźnię mediana: oto połowa szkoleniowców utrzymuje posadę w tzw. ekstraklasie (wciąż wyłączam „beniaminków” Brosza i Mroczkowskiego) krócej niż 140 dni. Nie znajdziemy zresztą żadnego kryterium, które pozwalałoby wykryć w tym bajzlu jakiekolwiek symptomy stabilizacji. Po dzisiejszych rewelacjach ostał się ledwie jeden szkoleniowiec, który na obecnej posadzie w tzw. ekstraklasie rozpoczął pracę przed 2017 rokiem – Nenad Bjelica z Lecha Poznań.

Co przyjmuję z satysfakcją nie tyle jako kibic polskiego futbolu, ile niestrudzony kolekcjoner ligowych osobliwości. A wypatrując następcy Stokowca w Zagłębiu – absolutny debiutant Mariusz Lewandowski, w stężeniu eksperymentu na klub też bijemy rekordy – zastanawiam się, kiedy wreszcie prezesi pójdą po rozum do głowy i zaczną mierzyć czas zaoferowany trenerom w jednostkach bardziej adekwatnych do realiów. Nie w latach czy sezonach, lecz w ligowych kolejkach. Podpisujemy kontrakt na najbliższy mecz, ewentualnie z opcją przedłużenia na następny. Człowiek by wreszcie wiedział, na czym nie siedzi.

19:50, rafal.stec
Link Komentarze (25) »
niedziela, 26 listopada 2017

sztuczna inteligencja, piłka nożna

W poniedziałkowych felietonach z zasady rzadko zajmuję się sprawami błahymi, ale tym razem uciekłem od nich najdalej jak się da. Próbuję mianowicie ukoić lęki ludzkości – ostatnio narastające m.in. z powodu alarmistycznych doniesień medialnych – które przecież odczuwać mogą również moi czytelnicy. Tekst znajdziecie tutaj.

20:00, rafal.stec
Link Komentarze (3) »
środa, 22 listopada 2017

FC Barcelona, Real Madryt, Bayern Monachium, Arsenal, Tottenham

Podczas wakacji popełniłem felieton pod dudniącym tytułem „Symfonia Realu, kakofonia Barcelony”, w którym wykładałem, że nadciąga zamiana miejsc na dłużej – madrycki klub, przez lata zarządzany beznadziejnie, wypiękniał na projekt z wizją, natomiast kataloński klub, przez lata zarządzany wzorowo, zbrzydł wskutek chaotycznej galopady myśli szefów. Klawiaturowałem po dwumeczowym El Clásico, ale wcale nie wyciągałem generalnych wniosków z ówczesnego tu i teraz, zresztą dzisiaj sprawdziłem, co wówczas nawypisywałem, i stwierdziłem, że zasadniczo niczego bym nie zmienił – wywód sensownie uargumentowany, trzyma się kupy, zgrabnie ujęty.

Ma tylko jeden feler. Otóż piłkarze Barcelony, zamiast posłusznie staczać się czeluść, wystartowali w lidze hiszpańskiej z rozmachem dotąd niespotykanym, natłukli 34 z 36 możliwych punktów, ustanowili wszelkie nie tylko swoje rekordy. Przez fazę grupową Champions League też suną jak tornado, zdmuchnęli nawet Juventus, przez który zostali zdmuchnięci wiosną. A piłkarze Realu, zamiast przechadzać się po wszystkich rozgrywkach z arystokratycznym poczuciem wyższości, ledwie łażą. W kraju tysiące punktów dzielą ich nawet od wicelidera z Walencji (jak ona wyładniała! Można od radochy z oglądania dostać małpiego rozumu!), a w Europie uklękli przed Tottenhamem, do niedawna drużyną lekkopółśmieszną, wysyłanie jej nad podbój czegokolwiek było jak szczucie jamnikiem.

Kilka miesięcy później Michał Trela – jeden z moich dwóch ulubionych polskojęzycznych znawców Bundesligi, nieskłonny do stawiania radykalnych tez – ogłosił, że nadciąga kres absolutnej hegemonii Bayernu, panującego od rekordowych tam pięciu sezonów, i wreszcie należy oczekiwać twardej walki o tytuł. Znów: tekst wytrzymuje próbę czasu, czytany dzisiaj nadal brzmi rozsądnie, szefowie klubu istotnie kilka spraw zaniedbali, co powinno skazywać ich na popadanie w przynajmniej przejściowe tarapaty. Ponowna lektura ma tylko jeden feler. Monachijscy piłkarze od tamtej pory powygrywali wszystko, co się napatoczyło do wygrania, w tym szlagiery z najgroźniejszymi teoretycznie RB Lipsk i Borussią Dortmund. Co więcej, odkąd we wrześniu ponownie zajął się nimi trener Jupp Heynckes, pięciopunktową stratę do tej ostatniej, wówczas liderki, zamienili na dziewięciopunktową przewagę. Gwałtowny zwrot akcji, prawda? 14 punktów w dwa miesiące... I niewykluczone, że Bayern, ten prozaicznie nieguardiolowy i wypalony Bayern, zgodnie z tradycją trwającej dekady obroni tytuł szybciutko, bez konieczności szarpania się do ostatnich kolejek.

Jeszcze grubszy numer wyciął Jonathan Wilson, jeden z bardziej znanych publicystów anglojęzycznych i autor kanonicznej „Odwróconej piramidy”. Tuż przed sobotnimi derbami północnego Londynu przypomniał, że Tottenham nie tylko wyprzedził w hierachii Arsenal, ale cały czas powiększa przewagę – dzięki innowacyjności i strategii na przyszłość, które u sąsiadów ustąpiły kulturze stagnacji. A natychmiast po derbach, wygranych zdecydowanie przez podwładnych Arsene’a Wengera, Wilson zwrócił uwagę, że piłkarze Mauricio Pochettino są dziecinnie bezbronni na wyjazdach do dużych firm. Że wygrali ledwie cztery z ostatnich 87 meczów rozegranych na stadionach Manchesteru United, Arsenalu i Liverpoolu, że z taką postawą niewiele wskórają. Owszem, z niczego napisanego wcześniej się nie wycofał, ale w kilka godzin Tottenham jako drużyna przyszłości zmalał w jego oczach do drużyny z fundamentalnym problemem.

Opowiadam o perypetiach dziennikarzy, bo ładnie ilustrują jeden z moich ulubionych motywów: czas w futbolu pędzi zbyt szybko, żeby ktokolwiek za nim nadążył, a o wynikach decyduje zbyt wiele czynników, żeby wyłowić z nich wzorce pozwalające przewidywać, co będzie. Opowiadam o tym, bo czułem moralny nakaz złożenia publicznej samokrytyki – w tłumaczeniu na współczesną polszczyznę: zaorania siebie – a wycieram sobie gębę również cudzymi nazwiskami, bo jestem wredny. Niech inni też wyjdą na głupków.

Nie namawiam kibiców, by całkiem przestali czytać mnie i kolegów po fachu – choć to warte rozważenia: powstało zbyt wiele mądrych i pięknych zdań o sprawach istotniejszych, by truć się codziennym ględzeniem o ganianiu za piłką. Nie umieszczam nawet dziennikarzy sportowych na szczycie prywatnej hierarchii osób publicznych paplających, co im ślina naniesie, przeciwnie, do czołówki nam daleko, pozycję lidera przyznałbym chyba politologom, którzy z nadludzką sprawnością w ułamku sekundy zapominają o przedstawionych właśnie diagnozach, by nazajutrz postawić przeciwstawne. Nie namawiam więc do niczego, wystarczy mi, że dziennikarzy od fikołków (terminologia wspaniałego Zdzisława Ambroziaka) nie traktuje się zbyt poważnie.

I że mogę się pochichrać z wybitnego trenera Diego Simeone, który przed sezonem ocenił, że właśnie zbudował kadrę Atlético silniejszą niż kiedykolwiek, wystarczy tylko poczekać do zimy, aż wzmocnią ją napastnik Diego Costa i skrzydłowy Vitolo. Niestety, madrytczycy od dwóch miesięcy czekają w rytmie 0,7 gola strzelanego na mecz, w skandalicznym stylu odpadając z Ligi Mistrzów (chyba się nie łudzicie?), przynudzając remisami z Qarabag Agdam, Elche, Realem i Leganes. Ja oczywiście od początku wiedziałem, że tak się to skończy: Simeone zostanie zdemaskowany, pewnie nawet sam udowodni, jak blade ma pojęcie o piłce.

21:36, rafal.stec
Link Komentarze (45) »
poniedziałek, 20 listopada 2017

Piotr Zieliński, Napoli, MŚ 2018

Co ja poradzę, że wśród polskich piłkarzy wcale nie Lewandowski kręci mnie najbardziej? A przede wszystkim – co ja poradzę, że z jego powodu czuję nieustający niedosyt? Poniedziałkowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

sobota, 18 listopada 2017

AC Milan, Yonghong Li

Nie łudźcie się, w tym tygodniu najczarniejsze wieści dla Milanu wcale nie spłynęły z Neapolu, gdzie gospodarze przydzwonili dzisiaj gościom dwoma golami. Najczarniejsze – niepokojące w perspektywie przyszłości – spłynęły z Nowego Jorku.

Na boisku działo się to, co zwykle, mediolańczycy są od miesięcy potwornie przewidywalni, chyba najbardziej we wszystkich czołowych ligach Europy. Kiedy stają naprzeciw rywali z dolnej połowy tabeli, dają radę właściwie zawsze – zremisowali tylko z Genoą (obecnie 18. miejsce), poza tym wygrali 2:0 z Sassuolo (17. miejsce), 3:0 z Crotone (15. miejsce), 2:1 z Cagliari (14. miejsce), 2:1 z Udinese (13. miejsce), 2:0 ze SPAL (16. miejsce) i 4:1 z Chievo (11. miejsce). Kiedy natomiast próbują zdobywać szczyty tabeli, nie ma czego zbierać – 1:4 z Lazio (teraz piąte miejsce), 0:2 z Sampdorią (szóste), 0:2 z Romą (trzecie), 2:3 z Interem (czwarte) i 0:2 z Juventusem (drugie), aż dopełzali do 1:2 z Napoli (pierwsze).

Podliczmy: ze słabymi nie przegrali żadnego z siedmiu meczów (15-3 w bramkach), z mocnymi przegrali wszystkie sześć (4-15). Wyraźniejsze granice w przyrodzie nie istnieją. Ta powstała z oczywistych względów – przyzwoici piłkarze tworzą w Milanie nieprzyzwoicie marną drużynę, gdy zatem wystarcza im polegać na indywidualnych umiejętnościach, nie zawodzą. Gdy jednak zderzają się z porównywalnymi lub lepszymi od siebie, ich szanse spadają do zera. Solowe popisy Suso to zbyt mało.

I niewykluczone, że mediolańczycy są tego wszystkiego świadomi. Patrzyłem dzisiaj, jak Napoli kontroluje sytuację, i przypomniały mi się słowa Cristiano Ronaldo, sfrustrowanego po remisie z Islandią podczas Euro 2016. Oskarżał on wówczas rywali, rozradowanych urwaniem Portugalii punktu, o „mentalność małego kraju”. Przypomniały mi się, bo obecny Milan zbyt często demonstruje właśnie „mentalność małej drużyny”, nawet jeśli długo utrzymuje się przy piłce. Dzisiaj przed przerwą goście ani razu (!) nie dotknęli jej we wrogim polu karnym.

Gdyby ktoś nie nadążał, jaki to obciach – dotychczas identycznego wyczynu dokonał tylko jeden uczestnik sezonu 2017/18 w lidze włoskiej. Benevento. Dla mniej obznajomionych z tamtymi boiskami: absolutny debiutant w Serie A, szorujący dno tabeli, klęczący tam z okrągłym zerem punktów, mknący ku legendzie zgrai największych patałachów, którzy kiedykolwiek wkradli się do rozgrywek. Tak nisko upadł Milan, dekadę temu gigant panujący w Lidze Mistrzów. I niech was nie zmyli wynik z Neapolu, honorowego gola goście zawdzięczają desperackiemu strzałowi z dystansu oddanemu przez Alessio Romagnolego w ostatnich sekundach gry. Niech was nie zmyli, że zwłaszcza po przerwie goście znów zdołali przejąć piłkę, co na stadionie San Paolo zdarza się rzadko.

Wiadomo już zatem, że w sensie sportowym sezon się skończył. Pozostaje tylko czekać, kiedy i na kogo szefowie klubu wymienią trenera Vincenzo Montellę. Strata do czwartej pozycji, dającej awans do Champions League, jest olbrzymia, a nie ma śladowego znaczenia, czy Milan doczołga się do mety rozgrywek na szóstym, ósmym czy dziesiątym miejscu.

I tu docieramy do wieści z Ameryki, dalece bardziej niepokojących, bo być może zwiastujących – oby nie – zagrożenie dla klubu egzystencjalne. Kiedy Silvio Berlusconi sprzedał Milan, kilkakrotnie pisałem, że wyprawił go w podróż w dzikie i nieznane. Że właściwie nie wiadomo, kto kupuje, skąd czerpie środki, ile ryzykuje zadłużeniem się na lichwiarski procent w agresywnym funduszu inwestycyjnym. Brutalnie mówiąc: czy Yonghong Li nie jest gołodupcem.

Prześwietlić biznesmena postanowili dziennikarze śledczy „New York Timesa”. I utonęli w nieprzeniknionej sieci chińskich transakcji – często przeprowadzanych bez jakichkolwiek przelewów, między osobami o podobnie brzmiących nazwiskach (popularny tam proceder), podejrzanej proweniencji i mających zatargi z prawem. Kto chce szukać jądra ciemności, niech przeczyta cały artykuł, w każdym razie reporterzy ustalili, że Yonghong Li wcale nie dysponuje środkami, którymi wedle swoich deklaracji miał dysponować, i że do kogo innego należą udziały w kopalniach fosforu, którymi się reklamował. Aha, jego brat i ojciec odsiedzieli wyrok za oszustwo.

Chińczyk planował w trzy lata podwoić przychody klubu, zakładając, że piłkarze wproszą się do Ligi Mistrzów. Stąd letnie szaleństwa na rynku transferowym, które przelicytowały tylko Paris Saint-Germain i Manchester City.

Nie wiem, skąd Yonghong Li wytrzaśnie pieniądze, jeśli Milan nie awansuje do elity. A nie awansuje. Na myśl, że klub wpadnie w łapy macherów z amerykańskiego Elliott Management Corporation, łazi mi po łbie tylko jedno – stadion należy do miasta, stadionu nie zlicytują. I jakoś mnie to nie uspokaja.

23:53, rafal.stec
Link Komentarze (12) »
czwartek, 16 listopada 2017

Wreszcie. Mamy już komplet zaproszonych. Po nocnym zwycięstwie nad Nową Zelandią jako ostatni dołączyli do elity Peruwiańczycy, którzy na mundial czekali od 22 czerwca 1982 roku, gdy przyjęli ciosy od drużyny Antoniego Piechniczka. Polacy złoili ich wtedy 5:1. I teraz cały kraj czekał na awans jak na powrót do Edenu, przed rewanżowym barażem prezydent Pedro Pablo Kuczynski ogłosił, że jeśli piłkarze nie zawiodą, to następnym dzień będzie wolnym od pracy. Obligatoryjnym wszędzie – i w sektorze publicznym, i w prywatnym. (Piłkarze nie zawiedli, ale niewykluczone, że pomogły im brudne chwyty).

Rozejrzyjmy się zatem, kto na przyszłoroczne party u Putina wpadnie, a kto nie.

Perspektywa demograficzna. Najważniejsze piłkarskie igrzyska kojarzymy odruchowo z imprezą, w której uczestniczą niemal wszyscy, tymczasem dzieje się wręcz odwrotnie – to święto wykluczające, a edycja z 2018 roku, m.in. z powodu eliminacyjnej klapy Amerykanów, obecnych zawsze od 31 lat, będzie jeszcze bardziej wykluczająca niż zwykle. Jak zwykle nie zagrają także piłkarze z Chin, Indii oraz Indonezji, czyli czterech krajów o największej populacji, a generalnie swoich rodaków na rosyjskich boiskach nie zobaczy około 5,8 mld mieszkańców Ziemi. Czyli aż 76 proc. ludzkości:

ludność świata, populacja, MŚ 2018

Najmniejszym uczestnikiem – i to w całej historii mundiali – będzie oczywiście Islandia, która w ubiegłym roku została najmniejszym w historii uczestnikiem mistrzostw Europy. 335-tysięczna, mniej liczebna od dotychczasowego rekordzisty Trynidadu i Tobago, którego drużyna reprezentowała przed dekadą nację 1,3 miliona głów. Reprezentowała godnie. Zdołała urwać punkt Szwecji, a dopingowali ją najfajniejsi poznani przeze mnie mundialowi kibice – tłumaczyli, że „w życiu liczy się czysta woda i dobry banan”, pasjami objaśniali, czym się różni Trynidad od Tobago, i w ogóle sprawiali wrażenie skrajnych odmieńców, potwierdzając wszelkie stereotypy o karaibskiej mentalności „sex and beach”.

Teraz oddali rekord i trudno sobie wyobrazić, by w przyszłości ktokolwiek islandzkiego malucha przelicytował. W rankingu państw i terytoriów zależnych sklasyfikowanych według liczby ludności zajmuje 180. miejsce, tuż za nim są Barbados, Polinezja Francuska, Gujana Francuska, Nowa Kaledonia oraz Vanuatu.

Żeby jeszcze silniej szarpnąć za wyobraźnię: więcej mieszkańców od Islandii ma Bydgoszcz.

Islandia, piłka nożna, MŚ 2018

Perspektywa sąsiedzka. Niemcy pozostają przepotężni, od Euro 2016 tylko oni nie przegrali z nikim (16 zwycięstw, 5 remisów, 61-12 w bramkach). Poza tym otaczają nas jednak same patałachy – ani Litwini, ani Białorusini, ani Ukraińcy, ani Czesi, ani Słowacy nie umieli wepchnąć się choćby do baraży. Wprawdzie ci ostatni dzięki korzystniejszemu od Szkotów stosunkowi bramek zakończyli grupę na pozycji wicelidera, ale okazali się wiceliderem z najskromniejszym dorobkiem. W ogóle pomieszkujemy w okolicach futbolowo wyjałowionych, nawet baraży nie dotknęli również tylko ciut bardziej oddaleni Austriacy, Węgrzy, Rumuni, Mołdawianie, Łotysze... Wznieśmy sztandary i kufle bimbru chomikowanego na szczególne okazje! Jesteśmy regionalnym mocarstwem!

Perspektywa morska. A skoro już podglądamy sąsiadów ze środkowej Europy... Zwracam uwagę, że na mistrzostwa awansowały zaledwie dwa z aż 44 zrzeszonych w FIFA państw śródlądowych – Szwajcaria oraz Serbia. Czyżby brak dostępu do plaży upośledzał piłkarsko?

Ok, jaja sobie robię. Tak mi się jakoś pokojarzyło:-)

Perspektywa medalowo-historyczna (1). Do upadłych Holendrów (trzykrotni wicemistrzowie świata) przyzwyczajamy się od kilku sezonów, ich losy nadzwyczaj sugestywnie uzmysławiają, jak nagle skarleć może nawet gigant – na dwóch poprzednich mundialach wykopywali medale, kolejno srebrny i brązowy, by w eliminacjach ME 2016 i MŚ 2018 nie wśliznąć się nawet do baraży.

Teraz wstrząs wywołali jednak przede wszystkim czterokrotni mistrzowie świata Włosi, którzy tej jesieni wyduszali z siebie gola raz na 180 minut, ale użyli do tego aż 27 zawodników. Rzadko wina selekcjonera jest aż tak bezdyskusyjna – reprezentację oddano przeciętniakowi i mentalnemu prowincjuszowi, co tym bardziej paradoksalne, że mowa o krainie bodaj najbogatszej na świecie w wybitną myśl trenerską – w samej Anglii od 2010 r. mistrzostwo zdobyli Antonio Conte, Claudio Ranieri, Roberto Mancini i Carlo Ancelotti, w Lidze Mistrzów szalał ostatnio Massimiliano Allegri, teraz rośnie innowator Maurizio Sarri etc. Długo by wymieniać, zwłaszcza że Giampiero Ventura wygrywał tylko ligę czwartą (z Entelle i Pistoiese), trzecią (z Lecce) i drugą (z Torino), w tym ostatnim klubie znalazł swoje najbardziej prestiżowe miejsce pracy, tylko tam liznął europejskich pucharów. Znaczące: nawet niemiecki selekcjoner Joachim Löw, słysząc o buncie odmawiającego wejścia na boisko De Rossiego, zamiast solidaryzować się z kolegą po fachu, określił reakcję piłkarza jako świadczącą o jego wielkości.

Tymczasem Włosi próbując wyjaśnić przyczyny tragedii, gonią w piętkę. Rozpaczają, że w bieżącym sezonie Serie A kluby w aż 53 proc. polegają na piłkarzach zagranicznych, nie zauważając, że w Bundeslidze proporcja wygląda identycznie. I nie przeszkadza to Niemcom być najbardziej utytułowaną drużyną narodową trwającej dekady. Doprawdy, głębia poklęskowych analiz czasami poraża.

Perspektywa medalowo-historyczna (2). Węgrzy kopią najżałośniej pośród wszystkich, którzy kiedykolwiek zajrzeli do finału MŚ, a przecież oni zabawiali tam aż dwukrotnie, ba, przez ładnych parę lat fruwali na szczycie z zasłużoną sławą rewolucjonistów. Dzisiaj to piłkarskie państwo upadłe. W grupie eliminacyjnej zajęli trzecie miejsce z 14 (!) punktami straty do wicelidera. Przegrywali w ostatnich latach z Andorą, remisowali Wyspami Owczymi, wreszcie w ubiegłym tygodniu oberwali od Luksemburga. I pomyśleć, że trzyma tam władzę akurat były piłkarz i lider wielkiego programu odnowy węgierskiego futbolu! Premier Viktor Orban nadzorował nawet przegłosowywanie ustawy usuwającej ze stanowiska konkretnego człowieka – burmistrza miasteczka, w którym miało powstać centrum szkolenia... Miniony rok naszych bratanków do szabli i szklanki wyglądał tak, jakby szable ostatecznie ustąpiły szklankom:

Węgry, piłka nożna, Viktor Orban

Perspektywa odkrywcy. Na przeciwległym biegunie do Włochów i Holendrów oraz mistrzów Ameryki Południowej Chilijczyków, mistrzów Ameryki Północnej Amerykanów i mistrzów Afryki Kameruńczyków (ich wspólna nieobecność czyni mundial 2018 wręcz bezprecedensowym) umieściłbym nie tyle wspomnianych Islandczyków, którzy mają za sobą piękną przygodę na Euro 2016 oraz lata metodycznego wylewania fundamentów pod sukces, ile innych absolutnych debiutantów – Panamczyków. Stanowiących namacalny dowód, że na MŚ pośpiewać każdy może.

Oni nie weszli w epokę futbolowego oświecenia, im mundial spadł w pewnym sensie z nieba. W ostatniej kolejce kwalifikacji w Ameryce Północnej i Środkowej wyprzedzili reprezentację USA, która przeżywa szokującą zapaść i przegrała nawet z Trynidadem i Tobago. Tymczasem Panamczycy uporali się z Kostaryką (awansowała wcześniej), m.in. dzięki golowi, który w ogóle nie padł, w potwornym zamieszaniu w polu karnym piłkę w bramce dojrzał tylko sędzia liniowy. Wcześniej kopali na miarę swoich możliwości, czyli miernie. Wygrali ledwie dwa z pozostałych dziewięciu meczów, wspomnianym Amerykanom ulegli 0:4, strzelali średnio 0,9 gola na 90 minut. Nikt inny nie awansował z tak wątłą ofensywą.

Perspektywa swojska. Jak Panamczycy mieli słomiany zapał w ataku i zdobywali bramki najrzadziej wśród wszystkich finalistów, tak Polacy stawiali słomiany opór na swoim polu karnym i tracili bramki najczęściej wśród wszystkich finalistów. Przeciętnie 1,4 na mecz, co czyni ich defensywę bardziej dziurawą niż ponad 60 drużyn z całego świata. M.in. dlatego trener Adam Nawałka kombinuje z nowym, bezpieczniejszym systemem gry – powtarza strategię sprzed mistrzostw kontynentu, która przyniosła reprezentacji największy sukces od 1982 roku.

Perspektywa selekcjonerska. Aż pięciu finalistów poprowadzą na rosyjskim turnieju Argentyńczycy: Jorge Sampaoli (Argentyna), Edgardo Bauza (Arabia Saudyjska, przejął posadę już po awansie po Bercie van Marwijku, który zirytował przełożonych, bo wpadał do Rijadu tylko przy okazji meczów), José Pekerman (Kolumbia), Héctor Cúper (Egipt) i Ricardo Gareca (Peru).

Perspektywa weterana. Essam El-Hadary zadebiutuje na mundialu i od razu ustanowi rekord, zostając najstarszym uczestnikiem turnieju w jego dziejach. Co więcej, 44-letni bramkarz nie będzie pełnił funkcji żywej maskotki ani doświadczonego wiarusa od „atmosfery” lub trzymania dyscypliny w szatni, on reprezentacji Egiptu kapitanuje w sensie ścisłym, w eliminacjach wyszedł spomiędzy słupków tylko na ostatnie spotkanie, już po awansie. Karierę planuje zakończyć po MŚ 2022.

Perspektywa faworytów. Niemcy – wiadomo. 100 proc. zwycięstw w eliminacjach, 43-4 w golach. Nawet Hiszpania przed 2010 r. – dotychczasowy nowożytny rekordzista – była od nich łagodniejsza. Jednak nie dość, że skopali rywalom tyłki z właściwym sobie rozmachem, to jeszcze kadrę odmłodzili, wszczepiając do niej całą eskadrę nowych talentów. Zasobami dysponują bezkresnymi, w pełni docenilibyśmy je tylko wtedy, gdyby trzeba było wystawiać do gry zespoły co najmniej czterdziestosobowe. Dotyczy też: Hiszpania, Francja.

Presję ponad wszystkie będą dźwigać na sobie jednak Brazylijczycy, którzy przed czterema laty sprosili resztę świata na mundial, żeby reszta świata z bliska przyjrzała się, jak wygląda królowa futbolu rozniesiona na strzępy. 1:7 w półfinale i 0:3 w meczu o brąz to eksplozja, która już nigdy się nie powtórzy, w każdym razie nie w tym eonie. Odkąd jednak piłkarzy „Canarinhos” przechwycił trener Tite, ci rozbujali się jak na placu zabaw – 12 meczów bez porażki i ledwie jeden gol strzelony przez rywali z akcji (1080 minut!) to bilans przytłaczający, zwłaszcza w okolicznościach przyrody południowoamerykańskich. Kopać umieją tam wszyscy, niewykluczone nawet, że sportowo wszyscy zasługiwaliby na mundial.

Tymczasem zmartwychwstała Brazylia – wystrojona kolorowo, łącząca supergwiazdorów za ćwierć miliarda euro z graczami z chińskiego wygwizdowa – tańczy między nimi jak jej się zachce. I jeszcze onieśmiela symboliką, w końcu zaatakuje napastnikiem o anielsko brzmiącym, obiecującym zbawienie imieniu Gabriel Jesus. Wystarczy do złota? Dzisiaj wiadomo tylko tyle, że brazylijski triumf przyniósłby więcej radości niż jakikolwiek inny. Piłkarzy „Canarinhos” dopingować będzie 209 mln rodaków –  reprezentują wśród finalistów nację najliczniejszą.

losowanie MŚ 2018, koszyki, rozstawienie

08:02, rafal.stec
Link Komentarze (49) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 240
Archiwum
Tagi