RSS
poniedziałek, 22 maja 2017

Fajnie widzieć amsterdamski klub w finale europejskiego pucharu – jutro zagra z Manchesterem United – i fajnie widzieć jego powrót do przeszłości. Pięknej przeszłości. W cotygodniowym felietonie do sławię Ajax nie za kult młodości, lecz za wierność tradycji. Przeczytacie go tutaj.

20:32, rafal.stec
Link Komentarze (24) »
niedziela, 21 maja 2017

Liga włoska, Serie A, Juventus

Kto by przed dekadą wymyślił, że parę chwil po największej tragedii w dziejach klubu Juventus stanie się potężniejszy niż kiedykolwiek wcześniej?

Stał się. Wiosną 2007 roku wygramolił się z Serie B, do której został karnie relegowany po aferze Calciopoli, a wiosną 2017 roku zdobył szóste z rzędu mistrzostwo kraju.

Szóste. Z. Rzędu.

W lidze włoskiej nie zdarzyło się to jeszcze nigdy. W lidze hiszpańskiej też nie. Ani w niemieckiej. Ani w angielskiej. Majestat, jakiego wielki klubowy futbol nie widział.

Oczywiście istnieje pokusa, by umniejszyć turyński sukces utyskiwaniem na marność konkurencji – obaj rywale mediolańscy, tradycyjnie najgroźniejsi, stoczyli się na poziom skandalicznego przeciętniactwa. Ale nie wolno jej ulegać, to byłoby krzyczącą niesprawiedliwością wobec drużyny, która właśnie po raz drugi awansowała do finału Champions League, rozprawia się z ekipami klasy Napoli czy Romy, wiceliderów wyprzedza o kilka lub kilkanaście punktów, własny stadion pozwala zdobyć raz na kilkadziesiąt meczów. Juve to nie jednooki wśród ślepców, Juve to absolutna czołówka w Europie, zresztą od miesięcy prorokowałem turyńczykom zdobycie najcenniejszego trofeum na kontynencie. Zamiast kwestionować ich przywództwo, proponowałbym namysł nad ewentualną odnowieniem przydomka – niech Starą Damę zastąpi Żelazna Dama, to by brzmiało adekwatniej.

Wiem, radykalna zmiana, ale przecież obecny Juventus to właśnie klub radykalnej zmiany. Nieustającej radykalnej zmiany. Mijają ledwie dwa lata od poprzedniego występu w finale Ligi Mistrzów, a z klubu lub podstawowego składu zniknął cały ówczesny atak (Carlos Tevez i Alvaro Morata wyjechali), cała ówczesna pomoc (Andrea Pirlo, Paul Pogba i Arturo Vidal też wyjechali, Claudio Marchisio pełni rolę drugoplanową), a także boki obrony (Patrice Evra wyjechał, Stephan Lichtsteiner pełni rolę drugoplanową). Ba, porozjeżdżali się nawet ci, którzy w meczu z Barceloną przycupnęli w rezerwie – Marco Storari, Angelo Ogbonna, Simone Padoin, Kingsley Coman, Roberto Pereyra i Fernando Llorente.

To teoretycznie nie powinno działać. Jedna z najbardziej żywotnych prawd o futbolu głosi, że niezbędna jest „stabilizacja”, że ewolucja zamiast rewolucji, że „nawet wybitni potrzebują czasu na zgranie” itd. Zanalizujcie zresztą składy Barcelony, Realu Madryt, Bayernu czy innych potęg, wszędzie tam skład podlega co najwyżej korekcie, wszędzie raczej się retuszuje niż przemalowuje. W Juventusie kombinują inaczej – wymazują, co im się zachce, ale zawsze powstaje pejzaż wart mistrzostwa. Niewykluczone, że zmiany nawet pomagają, redukując niebezpieczeństwo, iż wygrywanie się turyńczykom znuży i z tygodnia na tydzień będzie im trudniej o pełną mobilizację. Przecież Gonzalo Higuaín czy Miralem Pjanic bili się o swój pierwszy tytuł w życiu.

Rywali najbardziej powinno niepokoić to, że Juve nie wyglądało na drużynę, która musi dać z siebie wszystko, by utrzymać panowanie. Przeciwnie, zwłaszcza wiosną wyczuwało się, że maksymalną energię turyńczycy wkładają w Ligę Mistrzów, a mecze krajowe odfajkowują w przerwach między poważnymi europejskimi wyzwaniami. Dlatego tak trudno przypuszczać, że abdykują w najbliższej przyszłości. W normalnych okolicznościach powinniśmy zakładać, że wkrótce utracą władzę absolutną – każdy popełnia kiedyś poważny błąd transferowy, wybiera niewłaściwego trenera, słabnie u niego żądza zwyciężania, przerwaca się z powodu zwykłego pecha. I zderzy się z potężnym rywalem. A w Neapolu trener Maurizio Sarri pracuje nad jednym z najciekawszych projektów w całej europejskiej piłce.

Ja jednak nie umiem sobie nawet wyobrazić, że Juventus maleje. Stać go na plądrowanie szatni najgroźniejszych przeciwników (wspomnianych Higuaína i Pjanicia podprowadził Napoli i Romie); po włoskich trawach biega mnóstwo zdolnych młodzieńców, których albo wypożyczył, albo zarezerwował w inny sposób (nie łudźcie się, że np. Mattia Caldara, rewelacyjny stoper z Atalanty, należy do Atalanty); własny stadion, czyli rzadkość w Italii, daje mu gigantyczną przewagę biznesową nad konkurencją korzystającą z obiektów miejskich; oba kluby mediolańskie, teoretycznie najgroźniejsze, toczy chaos. Znikąd nadziei. Wielokrotnie pisałem tu, że epoki w piłce nożnej trwają krótko, że imperia padają niemal z dnia na dzień, że przewidywanie przyszłości na boisku nie ma sensu. Ale kiedy patrzę na Juve, to nie wierzę samemu sobie. Widzę nieśmiertelność. A przynajmniej – żywotność jak u Gianluigiego Buffona, który prawdopodobnie młodnieje, czasami nawet podejrzewam, że po czterdziestce znów nie będzie musiał się golić.

20:23, rafal.stec
Link Komentarze (13) »
środa, 10 maja 2017

Real Madryt - Juventus, finał, Liga Mistrzów

Obaj finaliści są eleganccy, choć Real zakłada nonszalancko rozchełstaną koszulę człowieka, któremu wolno wszystko, a Juventus nosi galowo ułożony garnitur człowieka, który wie, że musi wypaść perfekcyjnie.

Być może dlatego madrytczycy tej wiosny w Lidze Mistrzów wpadali w tarapaty, i to w tarapaty głębokie, więc potrzebowali mieć kilka żyć, by przetrwać. Być może dlatego turyńczycy zadawali szyku w idealnym spokoju – przez 1/8 finału, ćwierćfinały oraz półfinały właściwie przedefilowali, nikt z nimi nawet przez sekundę nie prowadził. Ale pewien nie jestem. Niewykluczone, że Real cierpiał, bo zwyczajnie zderzył się z najsilniejszymi dostępnymi przeciwnikami – Bayernem Monachium oraz sąsiedzkim Atlético.

Tak czy owak mamy obsadę finału, której nikt nie podważy. Jak mawiają kibice, obaj rywale „zasłużyli”.

Różni ich nade wszystko rozmiar garderoby. Jeśli obaj trenerzy mogą wystroić drużynę, jak zechcą, to nie umiem zdecydować, kto wygrywa – porównanie Realu i Juve w podstawowych składach daje remis.

Im bardziej jednak Zinedine Zidane i Massimiliano Allegri muszą sięgać do rezerw, tym bardziej widać, czyja szafa jest obszerniejsza. Pierwszy dysponuje „rezerwowymi”, drugi – rezerwowymi. Realowi po sięgnięciu do „zapasów” nie ubywa, nawet mu przybywa. Juve z każdym takim ruchem ubywa.

Dlatego gdyby obie strony wystawiły na finał wszystko, co najlepsze, to prognozowałbym, że turyńczycy potrzebują rozstrzygnąć sprawę do 90. minuty. W dogrywce i w ogóle z każdą wymianą stroju na świeższy zacznie rosnąć przewaga madrytczyków.

Bo karne, to wiadomo, że Buffon, dziejowej sprawiedliwości musi stać się zadość, tego huraganu historii nie zatrzymałby nikt, każdy futbolowe dziecko wie, dlaczego czeka, aż Gigi odbierze nagrodę za całokształt twórczości.

Taką mam galopadę myśli teraz, gdy muszę czymś zająć czas, bo do samolotu do Cardiff wsiądę dopiero za kilka tygodni.

Jeden z moich ulubionych graczy reprezentacji Polski w półfinale Ligi Mistrzów brutalnie potraktował Gonzalo Higuaína. Nie wiem, czy z pełną świadomością i premedytacją – mógł zatracić się w boju, stracić na moment przytomność umysłu – ale nie ma wątpliwości, że nie walczył o piłkę. To była czysta, nieuzasadniona sportowo agresja. Faul i na czerwoną kartkę, i na wielomeczową dyskwalifikację.

Gdyby Kamil Glik został odesłany do szatni, doznałby tej przykrości w meczu z Juve po raz trzeci w karierze. Dwuznaczność słynnej miłości kibiców Torino do polskiego obrońcy – tam grał przed transferem do AS Monaco – polega na tym, że rozkochał ich sobie dzięki czerwonych kartkom obejrzanym w obu turyńskich derbach sezonu 2012/13 (najpierw również za brutalny faul, w rewanżu za sumę żółtych kartek). Co oczywiście nie było jego jedyną „zasługą”, fanów uwiódł stylem gry ucieleśniającym etos klubu. Tłumaczył Willie Peyote, turyński raper, autor utworu „Glik”, który oprowadzał mnie kiedyś po Turynie: Kamil reprezentuje ducha Torino. Ducha wywodzącego się z lat 60., kiedy największym twardzielem był Giorgio Ferrini. Rywale bali się wchodzić mu w drogę, a dla opisania stylu całej drużyny, który on jej nadał, wymyślono słowo „tremendismo” [w istocie pożyczone z hiszpańskiego – przyp. R.S]. Nas nie obchodzi, czy piłka klei mu się do nogi, my oczekujemy, że włoży w mecz całą swoją pasję, serce, wysiłek. Glik taki jest. Twardy, ale nie brutalny, ostre zagrania wynikają z totalnego zaangażowania, nie ze złego charakteru. Nawet gdy gra źle, gdy ewidentnie mu nie idzie, rzuca się w oczy, że chce. Bardzo chce.

Turyński raper mówi, jak jest, dlatego nigdy nie strzeliłoby mi do głowy, by podejrzewać, że Glik chciał Higuaínowi rozorać mięsień czy rozłupać kolano i uziemić go na kilka miesięcy. Ale też nie wypada udawać, że Polak nie zachował się po chamsku – na miarę czerwonej kartki czerwieńszej niż wszystkie poprzednie zebrane w karierze – tylko dlatego, że jest Polakiem. Zwłaszcza że taki przesycony hipokryzją i moralnością Kalego klimat mamy właśnie w kraju, nie tylko w sporcie. Zwłaszcza że Tomasz Hajto, były piłkarz i telewizyjny komentator będący autorytetem dla kibiców, zdążył już podać na Twitterze:

Tomasz Hajto, Kamil Glik

Szczerze mówiąc, nie pamiętam, kiedy obrońcy Juve „zachowali się identycznie” (choć nie wykluczam, że się zachowali, każdego meczu każdego z nich na dysku pod czaszką nie zakodowałem). Ale to sprawa drugorzędna. Gdyby ktoś podobnie potraktował Roberta Lewandowskiego, nikt rozumny nie będzie wszak usprawiedliwiał agresora przywołaniem niechlubnych wybryków kolegów sfaulowanego Polaka z reprezentacji kraju, np. Glika.

W każdym razie jako kibic naszego obrońcy odetchnąłem z ulgą. I dlatego, że udo/kolano Higuaína ocalało, i dlatego, że nie życzyłbym – nikomu, nie tylko rodakowi – nie musiał radzić sobie z wyrzutami sumienia, którego zapewne gnębiły Axela Witsela po złamaniu nogi Marcinowi Wasilewskiemu.

poniedziałek, 08 maja 2017

lekkoatletyka, doping, rekordy

Ważni ludzie chcą wymazać wszystkie lekkoatletyczne rekordy świata pobite przed 2005 rokiem. Rozwiązanie tak głupie, że aż wspaniale oddające ducha naszych czasów. Mój cotygodniowy felieton do „Gazety” jest tutaj.

czwartek, 04 maja 2017

 Cristiano Ronaldo, Real Madryt. Fot. Francisco Seco, AP

W półfinałach Ligi Mistrzów roztańczyli się atleci dojrzali, niekiedy nawet uważani za stetryczałych lub niezdolnych do wielkiej gry o wielką stawkę. Na chwałę Juventusu najlepiej pracowali 34-letni Dani Alves (o piłkarską demencję zbyt szybko posądzony przez Barcelonę), 39-letni Gianluigi Buffon oraz 29-letni Gonzalo Higuaín (strzelił prawie 300 goli w karierze, ale pamiętają mu głównie niestrzelone w finale mundialu, poza tym jest gruby), natomiast bohaterem Realu Madryt został 32-letni Cristiano Ronaldo (fot. Francisco Seco, AP), który ponoć niedołężnieje od wielu miesięcy. No i – to też znana kibicowska śpiewka – znęca się snajpersko jedynie nad słabymi. (Jego rówieśnik Luka Modrić wpływa na grę fundamentalnie, ale działa ciszej).

Stale przybywa i wiedzy o ludzkim organizmie, i wysiłku sztabu specjalistów doglądających ciał piłkarzy, co znacząco wydłuża ich sportowe życie, ale kto chce naprawdę skutecznie spowolnić upływ czasu, potrzebuje jeszcze własnego pomyślunku. Zdolności do ewoluowania. Wymyślania siebie na nowo. Inteligencji rozumianej jako umiejętność słuchania rad odpowiednich ludzi i wsłuchiwania się w swój organizm.

Ronaldo najwyraźniej ma wszystko. Od dawna obserwujemy – i opisujemy – jak ze skrzydła przesuwa się na pole karne, symptomatyczne zresztą, że w końcówce derbów Madrytu środkowego napastnika Karima Benzemę, spełniającego się w pełnieniu na boisku roli służebnej dla portugalskiego supergwiazdora, nie zastąpił środkowy napastnik Álvaro Morata (sam chciałby strzelać), lecz biegający bliżej flanki Lucas Vázquez. I parę chwil później asystował liderowi Realu przy ostatnim golu.

Równie istotne jednak, że Ronaldo poprzestawiał sobie w głowie. Pojął, że mniej może dać więcej. Częściej omija mecze i częściej przystaje na opuszczenie boiska przed ostatnim gwizdkiem, więc zamiast podpierać się nosem w rozstrzygające wieczory, jak zdarzało się minionej wiosny, w najważniejszych chwilach wybija się na swój atletyczny szczyt – to widać, słychać i czuć, w każdym geście emanuje energią. Dawny Ronaldo nigdy nie zrezygnowałby z podróży do La Corunii, gdzie można natłuc wór goli (Real wyjechał z sześcioma). Nie zrezygnowałby zwłaszcza po porażce w El Clásico, szukałby raczej każdej dostępnej okazji, by zaleczyć frustrację. A nowy Ronaldo zostawia bolid w garażu, żeby podrasować go i wypolerować na wyścigi, które ogląda cały świat.

Zarzucanie mu, że bije głównie słabych, zawsze brzmiało absurdalnie. Owszem, znakomici napastnicy zazwyczaj śrubują snajperskie statystyki w meczach z pomniejszymi rywalami (tacy w ogóle istnieją w Hiszpanii?!) – ale śrubują wszyscy znakomici napastnicy, Portugalczyk nie stanowi żadnego wyjątku, to elementarnie logiczne. Nawiasem mówiąc, w pucharowych rundach LM nazbierał już 52 gole i trzyma absolutny rekord, Leo Messi ma ich tylko 37. Przykra dla krytykantów ironia losu polega na tym, że Ronaldo po liftingu zaczyna być skrajnym przeciwieństwem piłkarza, który znika w chwilach stanowiących największe wyzwanie. Zwłaszcza jako goleador.

W bieżącym sezonie strzela rzadziej, prawdopodobnie zakończy go z najniższą średnią bramek na mecz, odkąd w 2009 roku podpisał kontrakt z Realem. Legii Warszawa nie trafił w dwumeczu ani razu. Wstaje jednak właśnie wtedy, gdy patrzy na niego cały świat. Gdy decydują się losy Złotej Piłki.

W ćwierćfinałach i półfinałach Champions League załadował już osiem goli – a półfinały nadal trwają. Załadował je w szlagierach nad szlagierami, z Bayernem oraz Atlético. Derby Madrytu uświetnił hat-trickiem dwukrotnie, jesienią i wiosną. Trzy ciosy zadał również Kashimie Antlers, który wprawdzie nie robi na nikim w Europie wrażenia, ale znów – ocknął się we właściwym momencie, gdy trwała dogrywka w finale klubowych mistrzostw świata. I jeśli utrzyma poziom z prestiżowych wieczorów, to być może i obroni tytuł króla strzelców w LM (zdobywając piąty z rzędu i szósty w ogóle, byłby absolutnym rekordzistą), i zatriumfuje w klasyfikacji asyst. W obu rankingach zajmuje pozycję wicelidera, minimalnie ustępując – odpowiednio – Messiemu oraz Neymarowi.

Można oczywiście wytknąć Ronaldo, że np. nie ugodził ostatnio Barcelony, bo generalnie każdemu piłkarzowi można coś wytknąć, wszystko zależy od stopnia determinacji wytykającego. Dzisiaj brzmiałoby to już jednak jak upierdliwość, która więcej mówi o podważającym wybitność Portugalczyka nienawistniku, niż o klasie Portugalczyka.

Wyścig o tytuł największego futbolisty XXI wieku trwa. Był już moment, w którym wyglądał na rozstrzygnięty, i wydawało się, że Ronaldo pozostanie „zaledwie” zjawiskowym snajperem, że nie zdoła konkurować z wszechstronniej wirtuozerskim Messim – w „meczu” na Złote Piłki przegrywał 1:4, urodził się dwa lata wcześniej od rywala, jego Real nie umiał dorównać Barcelonie. Tymczasem Ronaldo jako kolekcjoner zaszczytów rozszalał się dopiero po trzydziestce. Już ubiegły rok okazał się najbardziej obfitym w karierze – złoto mistrzostw Europy plus triumf w LM – a w obecnym jakże niewiele dzieli go od równie niezwykłego. Ozdobionego zdetronizowaniem Barcelony w lidze hiszpańskiej oraz wyczynem niewidzianym od ćwierć wieku z okładem, czyli obroną najcenniejszego trofeum w Europie.

Tak blisko, a zarazem tak daleko, w wysoce prawdopodobnym finale Champions League madrycki napastnik wraz z całym Realem potrzebują zdobyć twierdzę nietkniętą od 621 minut. Pomyślcie jednak o ewentualnych nagrodach! To rok, w którym Ronaldo może wyjść na podwójny remis – 5:5 w Złotych Piłkach, 4:4 w Pucharach Europy.

Kibicowski świat pozostanie podzielony jak nigdy, zantagonizowane strony wciąż będziemy łączyć tylko my, entuzjaści monumentalnych sportowych opowieści, którzy nikomu nie sprzyjają bardziej, zanadto są bowiem rozemocjonowani samym pojedynkiem. Nie mam nic przeciwko temu, by potrwał on dłużej niż myślałem, a zarazem jara mnie, że Buffon, Alves i reszta turyńskiej ferajny mają zupełnie inną opinię.

wtorek, 02 maja 2017

Nie wiem, czy mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus, raczej myślę, że w kieszonkową psychologię wątpię, ale podczas pisania o najpotężniejszej futbolowej metropolii odkryłem, że Atlético jest z Europy, a Real z Ameryki. Mój cotygodniowy felieton do „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

09:14, rafal.stec
Link Komentarze (69) »
poniedziałek, 01 maja 2017

Liga włoska, Serie A, Juventus

W podstawowym składzie gospodarzy (czy może raczej „gospodarzy”) niedzielnych derbów Rzymu wystąpili ledwie dwaj Włosi, blisko 34-letni Daniele De Rossi oraz 22-letni Stephan El Shaarawy. A z rezerwy wtruchtał jeszcze na murawę 40-letni Francesco Totti – resztę meczowej kadry stanowili obcokrajowcy.

Lazio też reprezentował pojedynczy tubylec, 32-letni Marco Parolo.

Wieczorem trener rozdzielającego w tabeli oba rzymskie zespoły Napoli postawił, a jakże, na jednego rodzimego gracza – 25-letniego Lorenzo Insigne.

Wreszcie na punkt dla Juventusu zapracowali w piątek weterani chroniący bramkę – 39-letni Gianluigi Buffon, 33-letni Giorgio Chiellini i 30-letni Leonardo Bonucci, do których w ostatnich minutach dołączył 36-letni Andrea Barzagli.

Nie wybrałem tych drużyn na chybił trafił, podaję dane z kwartetu najsilniejszych w Serie A. Rachunek jest prosty: mamy tu 1,75 włoskiego zawodnika na podstawowy skład. Zawodnika o wysokiej średniej wieku (30,7), która jeszcze by wzrosła (32,3) przy uwzględnieniu wspomnianych rezerwowych.

Powtórzę: ci, którzy biją się o tytuł lub awans do Champions League, wpuszczają pojedynczych Włochów, i to Włochów wiekowych.

I choć za nimi w tabeli czają się dwa kluby bardziej zitalianizowane – rewelacyjna w tym sezonie, słynąca z wychowawczych zapędów Atalanta, oraz Milan – to w całych rozgrywkach od lat przybywa miejsc, gdzie wpuszczają niemal wyłącznie cudzoziemców.

Udinese nie wystawiło dzisiaj ani jednego Włocha. Jak zwykle zresztą. Co więcej, wśród 11 rezerwowych upchnęło kolejnych dziewięciu (!) obcokrajowców.

Fiorentina? Jeden swojak w podstawowym składzie. 30-letni Davide Astori.

Sampdoria? Trzy wyjątki: 36-letni Christian Puggioni, 34-letni Fabio Quagliarella, 26-letni Vasco Regini.

W Genoi to samo, oszczędzę już nazwisk – trzech podstarzałych ligowców.

Obserwuję ten trend od lat, a on wciąż się nasila. Najpierw kosmopolityzował się jedynie mediolański Inter (nieprzypadkowo pełna nazwa brzmi „Internazionale”), który w całości obcą ekipę wystawił w zwycięskim finale Ligi Mistrzów, potem wielokolorowych wysp zaczęło przybywać. Owszem, frunie eskadra rodzimych młodych, którzy na przyszłą chwałę Italii dojrzewają w każdej części boiska – bramkarz Donnarumma, obrońcy Romagnoli czy Caldara, pomocnicy Locatelli i Gagliardini, napastnik Belotti. Rzucam nazwiska spontanicznie, te, które najpierw wypadają mi z głowy, ale wszystkich raczej nie wystarczy na prostą zastępowalność pokoleń. Włoskie potęgi są najmniej włoskie w historii i prędko się to nie zmieni. Bardziej realne wydaje się, że obejrzymy mecz na szczycie Serie A z udziałem 22 cudzoziemców.

To być może najbardziej miarodajny objaw kryzysu. Kadrową wątłość reprezentacji kraju można przysłonić wybitnym selekcjonerem, w Italii dokonał tego Antonio Conte podczas ubiegłorocznego Euro – nie zawsze się jednak uda, Włosi na ostatnich mundialach nie umieją przetrwać fazy grupowej, czasem obrywając od Kostaryki (2014), a czasem zlatując w tabeli pod Paragwaj, Słowację i Nową Zelandię (2010). Kluby też zdołają obronić się przed zapaścią, o ile przeprowadzą mądre lub kosztowne transfery zagraniczne. Kiedy jednak lokalne kluby zaczynają za wszelką cenę unikać lokalnych piłkarzy, to znaczy, że trzeba zabrać się do wytężonej pracy.

Niemcom, Hiszpanii czy Francji to się nie przytrafia, tam źródła nie tylko nie wysychają, lecz biją coraz mocniej. Spośród nacji, które uważają się w futbolu za „wielkie”, na dotykającą obecnie Włochów przypadłość zapadła jedynie Anglia. Tam jednak stanowi ona zaledwie jeden z objawów problemu szerszego – głębokiej ignoracji, obejmującej m.in. również trenerów. Bo może nawet angielscy trenerzy z klasą istnieli, ale istnieli tak dawno, że nie wiadomo, czy to wszystko nie legenda.

Tymczasem włoska myśl szkoleniowa jak zawsze kwitnie. Wyniki z trwającego weekendu sugerują, że jej przedstawiciele zdobędą zaraz mistrzostwa czterech z sześciu czołowych lig europejskich (za kryterium przyjmuję aktualny ranking UEFA) – niemieckiej (Carlo Ancelotti, Bayern, sprawa już załatwiona), angielskiej (Antonio Conte, Chelsea), włoskiej (Massimiliano Allegri, Juventus) oraz rosyjskiej (Massimo Carrera, Spartak właśnie wygrał derby Moskwy).

Serie A zresztą jest tak kosmopolityczna w kwestii piłkarzy, jak hermetyczna w kwestii trenerów. Dopuszcza albo swoich, albo tak udomowionych, że nawet nie zauważyli, kiedy stali się swoimi – posiadający obce paszporty Zdenek Zeman, Sinisza Mihajlović, Paulo Sousa oraz Ivan Jurić spędzili tam całe życie lub kawał życia.

Pod tym względem liga włoska też jest unikatowa, wszyscy inni obce idee tolerują, ewentualnie chłoną. Brakuje na tej demograficznej mapie już tylko jednego elementu – triumfu Juventusu według maestro Allegriego w Lidze Mistrzów.

00:12, rafal.stec
Link Komentarze (16) »
środa, 26 kwietnia 2017

Wassily Kandinsky, wiadomo

W niedzielnym El Clásico piłkarzy poniosło. Ujmujące, że to wciąż się zdarza, trochę uczłowieczając ten wysokobudżetowy biznes – herosi się zapominają, przestają działać według planu i tłuką się na pełnej spontaniczności, bo zwyczajnie chcą dokopać tym drugim. Realu Madryt nie zadowalał remis, choć grał w osłabieniu, a Barcelony nie zadowalał remis, choć grała na wyjeździe, więc obejrzeliśmy trochę futbolu w najprzyjemniejszym tego słowa znaczeniu podwórkowego. Uciechy było co nie miara, aż zacząłem się rozglądać za trzepakiem, jęcząc, że pofikałbym, pofikał, pofikał.

Gospodarze się zapędzili, w ostatnich sekundach zezwalając gościom na kontratak, którego być nie powinno – przy grze ostrożniejszej, zdroworozsądkowej.

A ponieważ także wcześniej obie strony ulegały porywom serca – znów: jak na podwórku, czyżby także przez mentalne wycieńczenie po hitach Ligi Mistrzów? – to nic dziwnego, że mecz wygrał Leo Messi. Bo najlepiej na świecie kiwa (pierwszy gol), bo demonstruje najwyższą przeciętną precyzję strzału nawet w stanie wycieńczenia (drugi gol).

Wieczór logicznie wynikał z przebiegu całego sezonu. Sezonu, w którym rzężącą jako drużyna Barcelonę wielokrotnie ocalił solista nad solistami i w którym perfekcyjnie funkcjonujący jako drużyna Real nie potrzebował jednego przesądzającego o wynikach supermana. Oto poeta Messi, wspierany ostatnio przez partnerów najmarniej od lat, znów się zawziął i postanowił wziąć sprawy w swoje stopy. Oto madrytczycy, za kadencji Zinedine’a Zidane’a uprawiający prozę najwyższej próby, zapomnieli, że defilowali od zwycięstwa do zwycięstwa dzięki futbolowi pragmatycznemu.

Ten jeden mecz, na emocje działający jak ładunek trotylu, mógł zmienić dynamikę walki o mistrzostwo Hiszpanii. Jednak ogólna sytuacja w obu klubach nie drgnęła.

Barcelona wciąż musi wierzyć w zrywy Messiego, ponieważ innych albo nie ma (zdyskwalifikowany Neymar), albo zbyt często ledwie łażą (Andrés Iniesta), albo działają bez koordynacji, prawie chaotycznie (gra defensywna). Dzisiejsze 7:1 z praktycznie zdegradowaną, zdziesiątkowaną Osasuną pomijam, odfajkowuję go jako odprężającą przebieżkę.

Real natomiast wciąż stawia na nieskończenie rozległe zasoby kadrowe. Na wyprawę do La Corunii w ogóle nie zabrał ani Cristiano Ronaldo (znać, że polerują ten bolid na wybrane, najważniejsze wyścigi), ani Toniego Kroosa (kluczowego dla stałych fragmentów gry, czyli arsenału w Madrycie o największej bodaj sile rażenia). Nie zabrał, choć w lidze hiszpańskiej na wyjeździe nie wolno lekceważyć nikogo, a Deportivo pobiło u siebie m.in. Barcelonę. I te „rezerwy” rozniosły rywali na strzępy, nie macie pojęcia, jak bym chciał, żeby trener Zinedine Zidane dał arcydzieło trollingu i wystawił je na derby w półfinale Champions League. (No dobrze, nie rozniosły, tylko mogły roznieść, ale nadmierne pocenie się byłoby poniżej królewskiej godności).

Innymi słowy, w lidze hiszpańskiej trwa wojna króla z królestwem.

I dzieje się pasjonująco. Dzieje się pasjonująco dlatego, że w niedzielę nastąpiła nieoczekiwana zmiana nastrojów – wszechklęskowa Barcelona dołożyła wszechzwyciężającemu Realowi – ale też dlatego, że obu wielkim rywalom, tak samo blisko do fantastycznego sukcesu, jak i do kataklizmu.

Jeśli Real zatriumfuje i w kraju, i w Lidze Mistrzów, to jego wyczyn będzie dla kibiców tym rozkoszniejszy, że Barcelona w najlepszym razie poprzestanie w tym sezonie na zabawnie skromniutkim zdobyciu Pucharu Króla, w którym potrzebuje tylko zdmuchnąć w finale Alaves. A nie oszukujmy się, w tej awanturze obie strony żywią się tyleż swoimi osiągnięciami, co krzywdą przeciwnika.

Jeśli natomiast Real nie dałby rady ani tu, ani tu, to trwająca druga era prezesa Florentina Pereza stałaby się w jeszcze boleśniejszym wymiarze erą totalnej dominacji Barcelony. Wzięłaby ona siódmy tytuł w minionych dziewięciu latach, przy ledwie jednym mistrzostwie Realu (i jednym Atlético).

W perspektywie krajowej to władza, jakiej Barcelona nie trzymała jeszcze nigdy. Naprawdę nigdy, przeskanujcie archiwa.

I jeszcze ten pikantny, wcale nieepizodyczny udział w batalii Atlético...

Powtórzę, przesylabizuję, bo się jaram, o to chodzi tym komiksie: Realowi bliziuteńko do sezonu cudownego, bo zwieńczonego niespotykaną od 1989 roku obroną trofeum w Lidze Mistrzów, a zarazem bliziuteńko do sezonu koszmarnego, bo nie dość, że zwieńczonego fiestą Barcelony, to jeszcze bezprecedensowo złotego dla nędzarzy z sąsiedniego Atlético.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Chyba najgorętszy temat ostatnich dni – tygodni? – w Lidze Mistrzów. Że wirtuozom gwiżdżą patałachy, a z wprowadzeniem powtórek wideo nie wolno zwlekać do jutra, należy wprowadzić jutro. Mój cotygodniowy felieton do „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

10:13, rafal.stec
Link Komentarze (71) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 234
Archiwum
Tagi