RSS
wtorek, 09 lutego 2016

Liverpool, Anfield Road

Rozważają strajk generalny. Wściekli się, bo uważają, że bezdyskusyjnie najbogatsza liga piłkarska znów chce ich oskubać. Najdroższe bilety świata będą jeszcze droższe.

Na razie 10 tys. fanów Liverpoolu opuściło stadion w 77. minucie sobotniego meczu z Sunderlandem, by zaprotestować przeciw podniesieniu ceny wejściówki na główną trybunę na Anfield Road - ma obowiązywać od przyszłego sezonu - właśnie do 77 funtów.

Ich jeszcze stać na symbolikę, kibice Arsenalu czy West Ham musieliby doczekać przynajmniej dogrywki. Tam bilety już dzisiaj kosztują odpowiednio 97 i 95 funtów.

Złość w tłumie narasta od lat. W kraju, w którym klub jako budujący wspólnotę fundament lokalnej tożsamości odgrywa szczególną rolę - druga liga angielska ma wyższą frekwencję niż pierwsza brazylijska, a trzecia liga angielska tylko ciut niższą niż polska ekstraklasa - futbol komercjalizuje się w szalonym tempie. I kibice płacą za wstęp na mecz Premier League kilkaset procent więcej niż w innych czołowych rozgrywkach w Europie, jak niemiecka Bundesliga czy hiszpańska La Liga. Niegdysiejsza rozrywka dla robotników zaczyna wymagać wyrzeczeń lub wręcz bywa niedostępna nawet dla klasy średniej. Nie mówiąc o ludziach młodych.

Dlatego niektórzy właściciele klubów dofinansowują fanom przynajmniej wyprawy na obce stadiony - Swansea gwarantuje, że za bilet na mecz wyjazdowy zapłacą maksymalnie 22 funty. A teraz toczy się dyskusja, czy cała liga nie powinna podjąć decyzji o zahamowaniu wzrostu cen dla kibiców przyjezdnych. I nie umówić się na 30 funtów jako górny pułap.

Według „Timesa” pomysł popierają m.in. Bournemouth, Southampton, Everton czy Newcastle - czyli biedniejsi, o ile wolno szukać biedniejszych w lidze, w której spadkowicz wyciąga z praw telewizyjnych więcej niż Bayern Monachium. Uszczuplać przychodów nie chcą natomiast potężniejsi, jak MU, MC, Arsenal, Chelsea czy Tottenham. Na razie projekt został odrzucony.

Wszystko to dzieje się, gdy Premier League wynegocjowała za prawa telewizyjne w latach 2016-19 horrendalne, absolutnie rekordowe w piłce nożnej 8,3 mld funtów. I bogacą się - znów: w obłędnym tempie - wszyscy zaangażowani w nią ludzie. Od piłkarzy i trenerów, przez klubowych działaczy, po pośredników transferowych. Nawet zarobki szefa związku zawodowego zawodników Gordona Taylora wzrosły z 1,13 mln do 3,37 mln rocznie.

Inaczej dynamikę zmian odczuwają fani, coraz bardziej oddaleni od idoli, których dopingują. Jeszcze trzy dekady temu wspólnie omawiali ostatni mecz w lokalnym pubie (w 1990 r. bilet na Anfield kosztował 4 funty), teraz znają piłkarzy tylko z mediów, w których czytają głównie o ich celebryckich ekstrawagancjach i pazerności. Dimitri Payet podpisał przed sezonem kontrakt z West Ham do 2020 r., ale już po kilku miesiącach gry - owszem, znakomitej - żąda nowego, oczywiście wyższego. Kibice zresztą zarzucają klubom chciwość również dlatego, że wobec gigantycznych dochodów z innych źródeł obciążanie ich kolejnymi podwyżkami cen biletów wpływa na budżety nieznacznie. I według „Daily Telegraph” rozważają strajk generalny. Wyjście ze wszystkich meczów jednej z najbliższych ligowych kolejek.

Ludzie aktualnie zatrudnieni w Premier League wypowiadają się o sprawie niechętnie, głośno zabrzmiał tylko Jürgen Klopp, który przybył do Liverpoolu z zupełnie innej kultury - w Bundeslidze VIP-y też płacą za loże sporo, ale kluby zarazem dbają, żeby na najtańsze miejsca na trybunach stać było wszystkich (choć i tam trybuny protestują ostatnio przeciw podwyżkom). Niemiecki trener oświadczył, że rozwiązania problemu trzeba szukać wyłącznie w porozumieniu z kibicami, by nie utracić tych najwierniejszych. A mógł jeszcze dodać, że afera wybuchła akurat w miejscu szczególnie dumnym z więzi lokalnej społeczności z klubem, wyrażanej w emocjonalnym, najsławniejszym wśród futbolowych hymnów utworze „You’ll Never Walk Alone”.

Awantura sięgnęła parlamentu. Buntowników z Anfield poparł John Pugh, poseł Liberalnych Demokratów, kibic Liverpoolu, który oskarżył właścicieli klubu - amerykańscy inwestorzy z Fenway Sports Group - że nie szanują najlojalniejszych fanów. I niewykluczone, że w Izbie Gmin odbędzie się debata o problemie redukowania futbolu do biznesu maksymalizującego zyski udziałowców.

Komercyjna agresywność menedżerów dotknęła już nawet piłkarzy. Tym z Liverpoolu zaoferowano ponoć prawo pierwszeństwa do wynajmu ekskluzywnych, zmodernizowanych ostatnio stadionowych loży na 25 osób za 300 tys. za sezon. Oni również się zbuntowali. Ale klub na tym nie straci - innych chętnych nie zabraknie.

poniedziałek, 08 lutego 2016

doping w sporcie

Przypadek sztangisty Szymona Kołeckiego, który prawdopodobnie przyjmował nielegalną farmakologię, jest tym bardziej przykry, że dotyczy sportowca najrzadszego gatunku. Tak walecznego i ambitnego, że nawet olimpijskie srebro zakładał ze wstrętem – nienawidził drugich miejsc, nazywał je klęskami, bywał po nich wściekle samokrytyczny. Naturalny kandydat na idola.

Mamy tu zarazem historię boleśnie typową, bo z informacji opublikowanych w dzisiejszej „Gazecie” wynika, że oszustwo Kołeckiego zataiły władze federacji podnoszenia ciężarów. Polskie i międzynarodowe, działające w zmowie. Do tego procederu już przywykliśmy. Nafaszerowanych dopingiem kolarzy kryli szefowie federacji kolarskiej, nafaszerowanych lekkoatletów – szefowie lekkoatletyki, z wydaniem wojny stosowaniu zakazanych środków podobno też się ociągają szefowie futbolu (według zamówionego przez UEFA u naukowców raportu 7,7 proc. wyników próbek moczu uczestników Ligi Mistrzów z ostatnich lat było podejrzanych).

Wszyscy działają oczywiście w szczytnym celu. By chronić wizerunek dyscypliny, by dyscyplina nie traciła sponsorów ani kibiców.

Naszprycowanych atletów ściga niezależna Światowa Agencja Antydopingowa (WADA), czasem afery wybuchają dzięki śledztwom dziennikarskim, ale znaczące zasługi w walce z zarazą mają także państwa, które doping skryminalizowały. Istnieje nawet pewien ponury paradoks – oto na kolarstwo niesława sportu wyjątkowo skażonego spadła głównie dlatego, że najważniejsze wyścigi odbywają się tam, gdzie oszustów karze się z największą determinacją. Nie byłoby gigantycznego skandalu – i jego doniosłych następstw – podczas Tour de France w 1998 r., gdyby sprawą leków wykrytych w ciężarówce grupy Festina nie zajęła się policja. A w polowaniu na sportowego zbrodniarza wszech czasów Lance’a Armstronga pomogli karabinierzy z NAS, oddziału specjalnego włoskiej policji, będącego czymś w rodzaju zbrojnego ramienia służby zdrowia. Tropi przestępców w przemyśle farmaceutycznym i spożywczym, a także sportowym.

WADA od lat zachęca do kryminalizacji nie tyle przyjmowania środków dopingujących, ile przemycania, dostarczania, zachęcania do ich użycia etc. By karać nie tylko sportowców. Odpowiednie sankcje wprowadziło już kilkanaście państw w Europie, a we wspomnianych Francji i Włoszech są one wyjątkowo surowe – skazanym za przestępstwa sportowe grozi nawet więzienie. Ściganie zaś jest skuteczniejsze dzięki zastosowaniu policyjnych metod operacyjnych.

W Polsce zapisanie w prawie oszustwa sportowego wypleniło z piłki obrzydliwą korupcję, lecz równie obrzydliwych dopingowiczów przed sądami nie widzimy. Przyłapani zawodnicy zostają pociągnięci tylko do odpowiedzialności dyscyplinarnej. Więzienie grozi jedynie tym, którzy doping podają – i to tylko bez wiedzy sportowca! – a i tak kara dwóch lat pozbawienia wolności jest za niska, by zmobilizować prokuratorów. Może więc trzeba czegoś więcej, skoro problem dotyczy milionów ludzi uprawiających i oglądających sport?

Tagi: doping
22:06, rafal.stec
Link Komentarze (2) »
niedziela, 07 lutego 2016

Leicester

Kiedy Claudio Ranieri przyleciał do angielskiego klubu, piłkarze się bali. Bali się typowego włoskiego belfra od taktyki, od którego wykładów rozbolą ich głowy. Dlatego trener poszedł z nimi na układ. Mój felieton do poniedziałkowej „Gazety Wyborczej” o absolutnie sensacyjnym liderze ligi angielskiej przeczytacie tutaj.

22:30, rafal.stec
Link Komentarze (7) »
piątek, 05 lutego 2016

Wisła Kraków, Śląsk Wrocław

Zanim odejdziesz z klubu, gorzko tego pożałujesz. O fatalnym, ale wiecznie żywym obyczaju w naszej piłce tym razem przypominają Wisła Kraków i Śląsk Wrocław.

Radosław Cierzniak ośmielił się podpisać kontrakt z Legią Warszawa – legalnie, na pół roku przed wygaśnięciem umowy z Wisłą – więc krakowski klub odsunął go od sparingu z Hajdukiem Split. A następnie, już po przeanalizowaniu sytuacji, postanowił rozciągnąć sankcje na całą wiosnę. Podstawowy dotąd bramkarz drużyny nie będzie z nią nawet trenował.

Wcześniej Flavio Paixao związał się z Lechią Gdańsk – też legalnie, na pół roku przed wygaśnięciem umowy ze Śląskiem – więc wrocławianie zesłali go do prowincjonalnych rezerw. A trener Romuald Szukiełowicz wpadł w furię i ostrzegł wszystkich piłkarzy mających prawo negocjować z innymi klubami, żeby pod żadnym pozorem nie postępowali jak portugalski napastnik.

Nietrudno się domyślić, co im grozi. Karne uziemianie zawodników przymierzających się do zmiany barw to proceder popularny w całej polskiej lidze – kiedy jesienią przedłużyć kontraktu z Jagiellonią nie chciał Filip Modelski, nie grał nawet w rezerwach – a akurat w Śląsku stał się wyjątkowo silną tradycją, pielęgnowaną przez niemal każdego zatrudnianego tam trenera. Kluby represjonują też piłkarzy, których chcą zmusić do zgody na obniżkę pensji lub rezygnacji z pracy, metody zależą tu tylko od wyobraźni i bezwzględności prezesów. Przemysław Trytko w tym samym Białymstoku swego czasu opowiadał, że zamiast trenować, musiał w klubie rozbierać choinkę i nosić meble. To już wręcz pogranicze mobbingu, definiowanego w polskim kodeksie pracy jako „działania lub zachowania dotyczące pracownika (...) polegające na uporczywym i długotrwałym nękaniu lub zastraszaniu, wywołujące u niego zaniżoną ocenę przydatności zawodowej, powodujące lub mające na celu poniżenie lub ośmieszenie pracownika, izolowanie go lub wyeliminowanie z zespołu współpracowników”.

Szczególnie niepokojącym obyczajem jest jednak właśnie karanie tych, którzy sportowo zasługują na podstawowy skład lub uchodzą wręcz za gwiazdy i nie dali żadnego merytorycznego powodu, żeby ich degradować. Zgrzeszyli wyłącznie chęcią rychłej zmiany miejsca pracy. Jak zdrajca Cierzniak. I w najgorszym razie nie tylko przestają grać, ale też poważnie – albo w ogóle! – trenować. Na pół roku odbiera im się możliwość wykonywania zawodu.

A sportowcy pozostają aktywni na rynku pracy nie do 67. roku życia, lecz przez maksymalnie kilkanaście lat. Co więcej, pół sezonu nieróbstwa może wyraźnie wpłynąć na ich formę, czyli zdolność do wykonywania zawodu – w skrajnych przypadkach karierę hamuje lub wręcz załamuje. (Warto pamiętać, że przed 33-letnim Cierzniakiem być może ostatni poważny kontrakt w życiu). Oczywiście kluby niekoniecznie łamią przepisy, nie sposób przecież udowodnić trenerowi, że odsuwając podwładnego, nie kieruje się względami merytorycznymi, lecz na przykład zemstą. Ale utrzymują fatalne standardy. Fatalne i w poważnych ligach właściwie niespotykane, gdzie indziej zdarzają się co najwyżej ponure epizody – jak szantaż stosowany przed laty przez właściciela Udinese Giampaolo Pozzo wobec piłkarzy niechętnych do przedłużenia kontraktu na każde żądanie szefa, natychmiast po odmowie wyrzucanych na trybuny. Ewentualnie zdarzają się sytuacje podobne tylko pozornie – gdy trener Louis van Gaal wysyłał niedawno na banicję Victora Valdesa, hiszpański bramkarz był w Manchesterze United rezerwowym i miał odmówić gry w zespole młodzieżowym, czyli zbojkotować polecenie służbowe.

Tymczasem Cierzniak to bramkarz podstawowej jedenastki, który jesienią bronił doskonale i nie wyszedł spomiędzy słupków ani na chwilę. Jako jedyny w Wiśle i jeden z ledwie ośmiu piłkarzy w ogóle rozegrał w lidze pełne 1890 minut. A trener Tadeusz Pawłowski pytany w ubiegłym tygodniu przez dziennikarzy, czy rywalizacja o bramkę zaczyna się od nowa, odpowiedział stanowczo: „Nie, Radek bez dwóch zdań jest numerem jeden”.

Trudno ustalić, co właściwie zyskuje na represjach klub, może poza ewentualną złośliwą satysfakcją, że zaszkodzi graczowi uciekającemu do nielubianego konkurenta. Wiadomo natomiast, co klub traci – sportowo, finansowo, wizerunkowo. Wizerunkowo cierpi zresztą cała liga, wciąż kojarzona z prymitywnymi metodami zarządzania. Nie wspominając o etycznym wymiarze patologii, której nikt się nie wstydzi – przeciwnie, jest powszechnie akceptowaną normą.

17:06, rafal.stec
Link Komentarze (27) »
środa, 03 lutego 2016

San Paolo, Napoli

Dawał ciała akurat wtedy, gdy patrzyły na niego miliony. W finale mundialu biegł samotnie na niemiecką bramkę, ale koszmarnie spudłował i Argentyna przegrała. W finale Copa America nie trafił do bramki z kilkudziesięciu centymetrów – w doliczonym czasie, marnując podanie Jego Wysokości Leo Messiego – a potem jeszcze przestrzelił z rzutu karnego i Argentyna znów przegrała. W ostatniej kolejce poprzedniego sezonu włoskiej Serie A też spartaczył „jedenastkę”, Napoli też przegrało (z Lazio) i zamiast szturmować latem Ligę Mistrzów, musiało poprzestać na Lidze Europejskiej.

Trzy arcyważne wieczory, trzy kardynalne błędy, trzy klęski. Dlatego stał się Gonzalo Higuain niemal pośmiewiskiem, napastnikiem pamiętanym bardziej za to, co zepsuł, niż za to, czego dokonał. Jeśli chcesz osiągnąć sukces, to w rozstrzygającej chwili oddaj piłkę każdemu, byle nie jemu, chodzącemu nieszczęściu, nadwrażliwcowi o zajęczym sercu, któremu wysoka stawka odbiera przytomność. Nie było w minionych latach innego napastnika jego klasy – zanim wylądował w Neapolu, spędził siedem sezonów w Realu Madryt – tak intensywnie kojarzonego ze snajperską impotencją. I do tego stopnia skazanego na drugorzędność we własnym kraju. Argentyna, jak wiadomo, wypluwa ofensywną znakomitość za znakomitością, więc Higuaina zawsze otaczał tłum wybitnych jednostek. Od Messiego, przez Sergio Agüero, po Carlosa Teveza.

Nie zamierzam udowadniać, że gwiazdor Napoli utracił cześć niezasłużenie, ale ilekroć słyszałem drwiny na jego temat, odczuwałem dysonans poznawczy – sam zawsze widziałem w nim bowiem kandydata na prototypowego środkowego napastnika, dla którego sens piłki nożnej sprowadza się do strzelania goli. I od strzelania goli uzależnionego, dysponującego dobrze ułożoną stopą, gotowego poprowadzić atak każdej drużyny świata. Latami czekałem, aż eksploduje, nawet przed bieżącym sezonem, czyli tuż po feralnych popisach w barwach Napoli i Argentyny, typowałem go na króla strzelców Serie A.

I chyba się doczekałem. Nieustraszonego drapieżnika obudził w nim Maurizio Sarri – chyba trenerskie odkrycie roku w Europie – który w Higuainie dostrzega potencjał na Złotą Piłkę. Wściekle agresywni i ruchliwi neapolitańczycy demonstrują ostatnio bodaj najładniejszy futbol na kontynencie, argentyński napastnik wraz z oblatującymi go skrzydłowymi Lorenzo Insigne i José Callejonem wypięknieli do neapolitańskiej odpowiedzi na słynny ofensywny tercet Barcelony, całe miasto uwierzyło, że piłkarzy stać na mistrzostwo kraju. Pierwsze od 26 lat dla południa Italii.

Od nowego trenera Higuain usłyszał, że jest zbyt leniwy, dlatego wykorzystuje ledwie 80-90 proc. swojego potencjału. Wynajął zatem znanego dietetyka, sezon rozpoczął lżejszy o trzy kilogramy, na boisku wygląda na silniejszego i dynamiczniejszego niż kiedykolwiek wcześniej, wbrew swoim nawykom zaczął aktywnie uczestniczyć w pressingu. A Sarri upublicznia rozmaite detale ich współpracy, bo wciąż traktuje podwładnego bardzo surowo – owszem, pochlebia mu uwagami o napastniku „kompletnym” i „najlepszym na świecie”, ale zarazem bez ustanku powtarza, że oczekuje jeszcze więcej. Więcej bezwzględności, zdecydowania, technicznej sumienności. Efekt są fantastyczne, bo nowy bohater Neapolu zasuwa jak na dopalaczu, potwornie niebezpieczny jest i wtedy, gdy przyjmuje piłkę odwrócony plecami do bramki, i wtedy, gdy mknie ku obrońcy.

Nikt już z niego nie kpi, przeżywa najlepszy sezon w karierze i strzela najczęściej wśród wszystkich uczestników czołowych lig na kontynencie. W 22 meczach (nie opuścił ani jednego) wbił 22 goli, więcej od Pierre-Emericka Aubameyanga (20), Roberta Lewandowskiego, Cristiano Ronaldo, Luisa Suareza i Zlatana Ibrahimovicia (po 19), choć on w przeciwieństwie do większości konkurentów nie współtworzy drużyny mającej w kraju monopol na wygrywanie, i to często wielobramkowe. Jego dorobek stanowi największy odsetek całego snajperskiego dorobku klubu (44 proc., przy 38 proc. Aubameyanga i Lewandowskiego), wicelidera rankingu strzelców wyprzedza aż o 10 trafień (sytuacja niespotykana w innych ligach), a jeśli utrzyma tempo do końca rozgrywek, stanie przed szansą ustanowienia ligowego rekordu wszech czasów, bo ostatni porównywalnie rozpędzeni napastnicy biegali po włoskich murawach w latach 50. Neapol z właściwą sobie egzaltacją sławi już w nim nowe wcielenie Diego Maradony, który odpowiadał za wszystkie najwspanialsze dla miasta futbolowe momenty – mistrzostwo kraju z 1987, Puchar UEFA z 1989 i ponowne mistrzostwo kraju z 1990 roku.

Najtrudniejsze jednak dopiero przed Higuainem. Nadal nie wiemy, czy ostatecznie wypędził z siebie neurotyka, nadal dostrzegamy w nim czasami typa nad wyraz emocjonalnego, niedawno zdarzyło się nawet, że poczuł niepokój i wbrew przedmeczowemu zarządzeniu trenera oddał rzut karny Insigne. Jeśli neapolitańczycy będą ostro ścigali się z Juventusem, to znów wszystko rozstrzygnie się w pojedynczych „finałowych” meczach – w bezpośrednim starciu z obrońcami tytułu (jesienią Argentyńczyk przywalił im zwycięskiem golem, a wcześniej dał asystę), w ostatnich kolejkach. I w razie niepowodzenie seryjne strzelanie w trakcie sezonu zmaleje do statystycznych okruchów. Reputacja notorycznego przegrywacza, z którego w krytycznej chwili zawsze wychodzi fajtłapa, przylgnie do Higuaina jeszcze mocniej.

Tagi: serie a
19:05, rafal.stec
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 422
Tagi