RSS
piątek, 30 stycznia 2015

Sądziłem, że na dnie jest siatkówka, że jej regulaminy – czy raczej: jej pozbawiony jakichkolwiek zasad regulaminowy rozgardiasz – to wydestylowana patologia, o stężeniu nieosiągalnym dla innych sportów, bo po prostu nie miałem pojęcia, co się dzieje w piłce ręcznej. W piłce ręcznej, dzięki której zacząłem doceniać zorganizowanie świata futbolu, też przecież dającego mnóstwo powodów, by go zajadle krytykować, irytować się, czuć moralną odrazę. Ale nawet skorumpowana do cna FIFA zadbała przynajmniej o to, by chronić sens rywalizacji drużyn narodowych, czyli chronić sens istnienia mundialu.

Medalowi Katarczyków na mundialu w szczypiorniaku – dotąd zajmowali miejsca 16, 21, 23, 20, rzadko się w ogóle kwalifikowali – można było zapobiec w bardzo łatwy sposób. Wystarczyło zakazać, jak w futbolu, zmieniania seniorskiej reprezentacji kraju. Nie oglądalibyśmy wtedy pierwszych mistrzostw świata, na które wpuszczono drużynę klubową – złożoną ze zwerbowanych na kilku kontynentach najemników, nie mających żadnych związków z krajem, dla którego grają. Nie oglądalibyśmy tandetnego, groteskowego teatru sprzed meczu – „Katarczycy” z Bośni, Czarnogóry, Francji, Hiszpanii, Egiptu, Tunezji i Kuby w komplecie położyli dłonie na sercach i „śpiewali” hymn gospodarzy turnieju, ewentualnie symulowali śpiew, w każdym razie poruszali ustami, jakby w kontraktach zapisano i ten obowiązek. Nie czytalibyśmy być może także o przekupieniu 60 hiszpańskich kibiców, którym za dopingowanie Kataru – także przeciw Hiszpanii! – opłacono przelot i pobyt na całych MŚ. Ani o milionach euro i luksusowych samochodach, za które zagraniczni sportowcy nawrócili się na katarskość.

Katarczycy przelicytowali wszystkich. Dopóki nie prognozowano im medalu, zdawali się drobnym, oddającym egzotykę miejsca kuriozum, ale po awansie do finału dotarło do mnie, że zwyczajnie sfałszowali mistrzostwa świata. Ich reprezentacja nie powinna zostać wpuszczona na podium, nie powinna była na turnieju wystąpić, nie powinna w ogóle istnieć. Jeśli koniecznie chcą sobie kupować ów „prestiż” – u nich właściwie wszystko jest tak sztuczne, że zasługuje na cudzysłów – to niech inwestują w kluby i podbijają Ligę Mistrzów, zamiast Ligę Mistrzów przemycać na mundial. Dla mnie niedzielny finał, niezależnie od wyniku, ukatrupia ideę mistrzostw. I zastanawiam się, czy ludzie, którzy się na tę patologię godzą, dostrzegliby problem, dopiero gdyby Katar poszedł za ciosem, wyłożył jeszcze więcej mamony i skoszarował u siebie kadrę złożoną z 17 najwybitniejszych szczypiornistów świata.

20:29, rafal.stec
Link Komentarze (28) »
czwartek, 29 stycznia 2015

Borussia Dortmund, Jurgen Klopp, Bundesliga

– W przerwie zimowej czułem się tak, jakbym spędzał wakacje w łóżku pełnym gwoździ – wzdycha trener Jürgen Klopp. Od soboty będzie próbował podnieść Borussię z dna Bundesligi.

To w ostatnich latach chyba najbardziej tajemnicza historia na futbolowych szczytach. Dlaczego porywająca całą Europę drużyna, która zdołała rzucić wyzwanie wszechpotężnemu Bayernowi Monachium i przez cztery sezony z rzędu zdobywała mistrzostwo lub wicemistrzostwo kraju, stoczyła się na przedostatnie miejsce w tabeli?

Analitycy wskazywali przyczynę najbardziej oczywistą – epidemię kontuzji, być może wywołaną stylem gry preferowanym przez Kloppa, który lubi, gdy piłkarze omdlewają po meczu z wycieńczenia. Tylko Pierre-Emerick Aubameyang i Łukasz Piszczek zdołali wytrzymać na boisku przez co najmniej 1100 z 1530 minut jesiennych meczów ligowych. Kierującego obroną Matsa Hummelsa nie było przez połowę rundy; najbardziej wirtuozerski zawodnik ofensywny Marco Reus rozegrał ledwie siedem spotkań; kompletnie rozpadła się linia pomocy, więc trener najintensywniej eksploatował 34-letniego już Sebastiana Kehla. A z ataku zostały zgliszcza po utracie wszechstronnego, zawsze przykuwającego uwagę co najmniej dwóch rywali Roberta Lewandowskiego. Jego następcy Ciro Immobile oraz Adrián Ramos rozczarowują tak bardzo, że trudno się nawet zorientować, kogo wyżej w hierarchii umieszcza trener Klopp.

To wszystko realne kłopoty Borussii, ale najbardziej zdumiewa to, że dortmundczycy, choć słabsi niż w minionych sezonach, wcale nie grali aż tak źle, by leżeć na dnie tabeli wraz z mającym identyczny dorobek Freiburgiem. Tylko Bayern dłużej od nich utrzymywał piłkę; tylko Bayern i Bayer oddały więcej strzałów; tylko Bayern i Bayer pozwalały rzadziej uderzać rywalom; tylko trzy drużyny Bundesligi celniej podawały; tylko pięć drużyn skuteczniej dryblowało. Niemal wszystkie cząstkowe statystyki sugerują, że wicemistrzowie Niemiec „zasługują” na pozycję nie tyle wyższą niż strefa spadkowa, ile bliską czołówki lub wręcz jedną z czołowych. Że ich jesień przypominała niekończący się mecz, w którym mieli przewagę, czasami bezdyskusyjną, lecz nie potrafili jej zatwierdzić golami. Niechlujstwo napastników? A może również monstrualny, rozciągnięty w czasie pech? Przecież w LM Borussia zwyciężała, ba, w sześciu meczach wbiła 14 goli.

Kiedy w kraju gubiła kolejne punkty, wszyscy kręcili w zbaranieniu głowami i powtarzali, że to przejściowe kłopoty, że już za tydzień wszystko wróci do normy. Pozycja trenera, który beznadziejnie przeciętny i zbiedniały klub wyniósł do finału Ligi Mistrzów w 2013 r., też nigdy nie była zagrożona – co zresztą również czyni dortmundzki przypadek absolutnie unikalnym: trudno wyobrazić sobie inną firmę z ambicjami, której szefowie (i kibice!) wytrzymaliby psychicznie tak długi kryzys. W końcu Borussia znów spotężniała, jest 11. pod względem przychodów klubem świata; sezon bez Champions League będzie dla niej klęską. I prawdopodobnie przed większym wyzwaniem niż wiosenna walka o utrzymanie w Bundeslidze – stanie latem. Zagraniczni potentaci łypią pożądliwie na obie największe gwiazdy – Reusa oraz Hummelsa – a to piłkarze o ambicjach ponadlokalnych. Jak ich zatrzymać?

Trener Klopp upiera się, że w pełni kontroluje sytuację. Zimą odzyskał część kontuzjowanych – przede wszystkim Reusa, nie tylko kreatywnego, ale i bardzo precyzyjnie uderzającego, zdolnego wyręczać napastników. Ściągnął też 24-letniego Słoweńca Kevina Kampla, którego uważa za stworzonego do stylu Borussii – to ruchliwy drybler, ze zmysłem do gry kombinacyjnej, w Salzburgu przywykł do wymaganego w Borussii agresywnego pressingu. W zimowych sparingach bardzo obiecująco współpracował z Reusem.

Wyniki sparingów wyglądają przyzwoicie (po 1:0 ze Sionem, Steauą i Utrechtem, 1:1 z Fortuną Düsseldorf, dwa z czterech goli strzelił Jakub Błaszczykowski), ale zwłaszcza ostatni nikogo nie uspokoił. Nawet w meczu z drugoligowcem niepewnie zachowywała się defensywa – gola Borussia straciła, gdy Hummels ze Schmelzerem próbowali łapać napastnika na spalonym, a Piszczek z Papastatopulosem wprost przeciwnie.

W sobotę będzie trudniej, dortmundczycy wyjeżdżają do trzeciego w tabeli Bayeru Leverkusen. Jeśli znów im się nie powiedzie, presja jeszcze wzrośnie. Zacznie się przypominanie, że Bundesliga przeżyła już najbardziej niewyobrażalne katastrofy. Właśnie Bayer tuż po awansie do finału Ligi Mistrzów w 2002 r. utrzymał się w Bundeslidze dopiero w ostatniej kolejce (jemu też Bayern podebrał dwie największe gwiazdy!). A piłkarze z Norymbergi zlecieli z niej w 1968 r., gdy… bronili mistrzostwa kraju.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Pablopavo, piłka nożna

Kiedy siedzieliśmy z Michałem Szadkowskim w herbaciarni na Saskiej Kępie i wypytywaliśmy o piłkę nożną Pablopavo, miałem chwilami wrażenie, że prowadzę wewnętrzny dialog z samym sobą. Nie tylko dlatego, że ja również, jak nasz rozmówca, najintensywniej wielbię rozgrywających – stąd moje modlitwy do Riquelme, Zidane’a, Pirlo czy Seedorfa – przede wszystkim znów się przekonałem, jak potężną siłą jest wspólnota pokoleń. Dla nas obu mitem założycielskim futbolowej szajby był mundial ’86, obaj czujemy sentyment do reprezentacji Związku Radzieckiego ’88 (byłem absolutnie pewien, że Pablopavo do bramki jedenastki wszech czasów wstawi Rinata Dasajewa), obaj z rozrzewnieniem wspominamy okres, w którym transmisja meczu była świętem, a jeśli jej nie było, to wynik często poznawaliśmy dopiero nazajutrz. I to niekoniecznie już rano, po wizycie w kiosku. Pamiętam, że o niedzielnych wynikach ligi włoskiej zdarzało mi się dowiadywać dopiero w poniedziałkowy wieczór – z korespondencji z Rzymu w radiowej jedynce nadawanej w Kronice Sportowej (wtedy rozpoczynała się jeszcze o 21.05). Kucałem przy odbiorniku i prędko zapisywałem w zeszycie, kto wygrał i kto komu strzelił gola, a potem uzupełniałem tabelę. Serie A to była dla mnie nierzeczywista kraina z innego kontynentu, którą zamieszkują wszyscy najwybitniejsi piłkarze świata, a rozkochiwałem się w niej właściwie na ślepo, słuchając i czytając, zamiast oglądać. Wyobraźnia kipiała.

Przynudzam snuciem się po starożytności lat 80., bo porozumienie duchowe z naszym rozmówcą poczułem również wtedy, gdy mówił, że kiedyś każdy mecz traktował jak święto – oglądało się jeden na tydzień – a dziś mu transmisje spowszedniały, coraz częściej spogląda na boisko obojętnie (nie mówimy tu o dopingowaniu z trybun, to osobne doświadczenie). Też to mam. Mam z każdym sezonem bardziej i bardziej. I zastanawiam się, czy czytelnicy tego bloga, którzy urodzili się kilkanaście lat później i nie znają innego świata, niż zalewany futbolem przez okrągłą dobę, w ogóle są w stanie ten stan ducha pojąć. Nie chodzi o to, że piłka przestała mnie zajmować i się nudzę – wręcz przeciwnie, dlatego trudno się oprzeć  trylionom transmisji – chodzi na przykład o to, że tęsknię za czekaniem. Czekaniem na mecz rozciągniętym na dni, a nie godziny; czekaniem polegającym na obsesyjnym rozmyślaniu, co będzie; czekaniem będącym autentyczną udręką, skowytem, że nie grają już. Wiem, wciąż się zdarza, że za tydzień Wielki Szlagier, więc chciałoby się, by zaczął się za chwilę. Ale co to za czekanie, które polega na oglądaniu innych meczów? Oglądanie innych meczów odciąga uwagę, zatem akt czekania likwiduje, zamiast czekać, skupiasz się na grze, zamiast zdychać z tęsknoty za futbolem, bez ustanku futbol pochłaniasz, a kiedy nadciąga już właściwy Wielki Szlagier, to nawet nie zauważasz, jak niewiele możesz mu poświęcić czasu. Nie miałeś kiedy poczuć głodu przed, bo podawali ci mecz za meczem, nie będziesz miał kiedy nasycić się nim po, bo znów będą wciskać mecz za meczem, przecież nie odmówisz, nawet jeśli będą wciskać ciągle ten sam mecz, kilka lat temu bez przerwy grały ze Chelsea z Liverpoolem oraz Liverpool z Chelsea, a teraz tarmoszą się Barcelona, Real i Atlético, tarmoszą się do tego stopnia bez przerwy, że właściwie nie sposób ustalić, kto jest najlepszy, zresztą to nieistotne, zaraz zagrają znów, więc będziemy ustalać od nowa.

Są jeszcze inne przykre skutki uboczne epatowania futbolem w rytmie 24/7, a do tego instalowania kamer we wszystkich ligach świata. Otóż już właściwie nie sposób nikogo z dnia na dzień odkryć, nie sposób przeżyć autentycznego zaskoczenia – zdumienia – klasą piłkarza, o którym nigdy nie słyszałeś, a przynajmniej nigdy go nie widziałeś. Są cudowne dzieci, które wyrastają na przeciętnych dorosłych, ale nie zdarza się, byś odpalił mecz i po kilku akcjach Iksa szczęka wypadła ci przez balkon, bo kto urodził się ze zjawiskowym talentem, tego lansuje się od niemowlaka, tego podglądasz w jutiubach, może nawet sam go sobie kupujesz i wygrywasz Ligę Mistrzów w Football Managerze. Wszystkie emocje są rozrzedzone. I te, które wywołuje wirtuoz – najpierw spodziewasz się jego wirtuozerii, a potem delektujesz się nią co trzy dni – i te, które wywołuje mecz – skoro trwa mecz cały czas, to właściwie trwa już jeden wielki mecz, gol nie jest rarytasem, lecz statystycznym okruchem, właściwie wszystko jest statystycznym okruchem, szkoda tylko, że nie umiem się od tego opędzić, ach, te piątkowe męki – „Whiplash” czy Manchester w Cambridge, Manchester w Cambridge czy jednak „Whiplash”, nienawidzę tych wyborów, nienawidzę piątkowych wieczorów, które nęcą mnie futbolem.

Marzyłbym o jednym sezonie prawie w starym stylu. Sezonie, w którym wszystkie mecze ligi włoskiej rozpoczynają się o 15 w niedzielę, wszystkie mecze ligi angielskiej rozpoczynają się w sobotę o 16, całe europejskie puchary wpychamy w pucharową środę (ile trzeba mieć lat, by nie pamiętać tego określenia?), a potem już tylko skróty, żadnych powtórek czy innych retransmisji. Nie wiem, czy by mi się podobało, ale chętnie bym sprawdził, zatęsknił za pływaniem w futbolu całodobowym, znów poczuł, że nie wszystko jest na wyciągnięcie ręki, wystarczy kliknąć. Łatwość dostępu też wykańcza – kilka nocy temu zapragnąłem obejrzeć w całości półfinał Pucharu Europy sprzed przeszło ćwierć wieku, w którym Milan rozwałkowuje Real Madryt 5:0. Na wielopłytowym DVD o historii rossonerich mam tylko migawki, więc pomyślałem, że wreszcie będę musiał włożyć wysiłek, by dostać, czego chcę. Niestety, znalazłem go na jutiubie. W całości. Oczywiście obejrzałem. Był środek nocy, akurat nie dawali niczego sensownego na żywo.

20:18, rafal.stec
Link Komentarze (61) »
niedziela, 25 stycznia 2015

Jose Mourinho, Chelsea

Rok 2015 w futbolu stoi na razie sensacjami, a największą wywołali piłkarze trzecioligowego Bradford. Przegrywali w sobotę z Chelsea 0:2, by wbić jej cztery gole – na stadionie wroga! – i awansować do piątej rundy Pucharu Anglii.

W całokształcie twórczości José Mourinho najbardziej oszałamiają trofea – zwłaszcza sensacyjne triumfy Porto oraz Interu w Lidze Mistrzów – ale ja jego absolutną unikalność wśród najwybitniejszych trenerów widziałem przede wszystkim w morderczej regularności, tej nieustająco wysokiej gotowości bojowej, do jakiej potrafił natchnąć piłkarzy.

Jego ludzie mogli odpadać, ale nie mogli odpadać zbyt wcześnie, na 100 lat przed finałem. A jeśli już ośmielili się odpaść stosunkowo wcześnie, to z przeciwnikiem godnym ich klasy i pensji, nie anonimowymi włóczęgami z wygwizdowa. Jego ludzie mogli nie wygrać ligi, ale nie wskutek gapiostwa, wpadki z byle kim czy innego frajerstwa. Mogli przegrać, ale w granicach zdrowego rozsądku. Mourinho redukował ryzyko nieplanowanych porażek do minimum, drużyny Mourinho nigdy nie zsuwały się z pewnego poziomu – przypominały raczej oddziały robotów, które ulegają wyłącznie wtedy, gdy inaczej się nie da, niż zwykłych homo sapiens, które miewają słabsze dni. A eksploatowanym bez umiaru czołowym futbolistom, jak wiadomo, nader trudno przystępować do każdego meczu w pełnym skupieniu, zaangażowaniu, z entuzjazmem. Pamiętacie Real Madryt, który w 2010 r. wstrząsającą klęską 0:4 z trzecioligowym Alcorcónem w Pucharze Króla zwieńczył długą czarną passę w tych rozgrywkach – we wcześniejszych edycjach wykopywały go z nich trzecioligowy Real Union, Mallorca, Betis i Saragossa (1:6!), zazwyczaj bardzo prędko? Kiedy władzę w szatni wziął portugalski trener, choroba wyparowała. Natychmiast. W inauguracyjnym sezonie madrytczycy odzyskali trofeum (po 18 latach!), w następnym ulegli Barcelonie (1:2 i 2:2), w ostatnim dopiero w dogrywce finału zatrzymało ich potężniejące Atlético. Przeżyli najładniejszą trzylatkę w tych rozgrywkach od dekad.

Niezmordowanie podwładnych Mourinho widzieliśmy w bezliku bitych przezeń statystycznych rekordów – jak ciągnąca się od 2002 do 2011 roku (od Porto, przez Chelsea i Inter, po Real) sława trenera, który nigdy (!) nie przegrywa w krajowej lidze na własnym stadionie. Gdyby zlać wszystkie wyniki z dekady do jednej gigantycznej tabeli, Portugalczyk nie znalazłby w swoim fachu żadnej konkurencji w Europie. Nawet w europejskich pucharach albo wpraszał się do czołowej czwórki (trzy trofea plus sześć półfinałów!), albo nie wytrzymywał starć z absolutną czołówką – wiosną 2006 r. z mknącą po trofeum Barceloną, wiosną 2009 r. z broniącym trofeum Manchesterem United. Słowem, Portugalczyk nie gwarantował zwycięstw – nie zagwarantuje ich nikt – lecz gwarantował bliskie maksymalnego wykorzystanie potencjału. Najpewniejsza na rynku lokata kapitału.

Z tej perspektywy sobotnie popołudnie jest skazą na karierze, jakiej Mourinho nie miał. Jeszcze nigdy nie stracił na własnym stadionie czterech goli; jeszcze nigdy nie przegrał, gdy prowadził 2:0; jeszcze nigdy nie dał się przechytrzyć rywalowi tak rozczulająco bylejakiemu, pozbawionemu renomy. Spośród 14 piłkarzy wystawionych przez Bradford za ledwie jednego klub musiał zapłacić. 7,5 tys. funtów.

I właściwie moglibyśmy ów niezwykły mecz skwitować wzruszeniem ramion, sprowadzić go do niewyjaśnialnego, incydentalnego splotu okoliczności – zgodnie z zasadą, że jeśli coś może się wydarzyć, to pewnego dnia się wydarzy. Moglibyśmy, gdyby Bradford nie było kolejnym etapem dekonstruowania mitu Mourinho jako trenera w pewnym sensie nietykalnego. Nie tyle wybitnego – jego wybitność wciąż jest bezdyskusyjna – ile będącego inwestycją o najniższym istniejącym ryzyku. Oferującego w najlepszym razie zysk fantastyczny (trofea), a w najgorszym okazalszy niż przyzwoity (bez przykrych wpadek).

Pomnik kruszy się od ostatniego sezonu w Madrycie. To stamtąd po raz pierwszy wręcz uciekał, to tam po raz pierwszy nie rozkochał w sobie na zabój całej szatni, ba, powstał wręcz przeciw niemu bunt. To wtedy musiał znieść swój pierwszy rok bez trofeum. To wtedy po raz pierwszy stracił aż cztery gole w Lidze Mistrzów (1:4 w Dortmundzie). Do Chelsea wracał rozanielony – przedstawiał się jako „The Happy One” – ale nieprzyjemnego trendu nie odwrócił, przeciwnie, trend jeszcze się nasilił. Nie dlatego, że pierwszy sezon Portugalczyk znów zakończył bez żadnego tytułu – w sobotę stracił szansę na kolejny, wydłuża się ta passa – ale dlatego, że zwala się na niego coraz więcej nieszczęść, na które przez lata był wszechodporny. Nieszczęść niespodziewanych lub szokujących, do niedawna właściwie niewyobrażalnych. Z minionej edycji Pucharu Ligi Angielskiej wyeliminował londyńczyków słaby Sunderland. W meczu z tym samym słabym Sunderlandem londyńczycy zaprzepaścili szansę na mistrzostwo Anglii, i to u siebie, co oznaczało, że Mourinho podpisał pierwszą porażkę na własnym stadionie jako trener Chelsea (po 77 zwycięstwach i remisach!) – to nie są okoliczności, w jakich zwykł poddawać rozgrywki ligowe (nawiasem mówiąc, po raz pierwszy w życiu spadł na najniższy stopień podium). W fazie grupowej poprzedniej Champions League jego piłkarze aż dwukrotnie (!) ulegli Basel, w bieżącym roku kalendarzowym aż dwukrotnie pozwolili się zasypać golami – pięcioma przyłożył im Tottenham (wcześniej Mourinho przeżył to jedynie w El Clásico), czterema Bradford.

Jako się rzekło, pozostaje Mourinho trenerem wybitnym, należącym do wąziutkiej elity elit. Wkrótce zdobędzie być może ósme mistrzostwo kraju w swoim dwunastym sezonie ligowym (ma też trzy wicemistrzostwa!), więc utrzyma status najwydajniejszego trenera wśród tych, którzy pracują w klubowym futbolu co najmniej kilkanaście lat. Ale zezwyczajniał. Jemu też może przydarzyć się już wszystko, nawet w rundzie przedwstępnej i w meczu z patałachami – jak każdemu w jego fachu. Czyżby czasami brakowało mu już niekiedy psychicznej energii, by perfekcyjnie zmotywować piłkarzy? Od dawna zadaję na blogu pytanie, jak wytrzymuje bez wakacji (wypalony Guardiola ich potrzebował), biorąc pod uwagę, ile emocjonalnego napięcia wytwarza wokół siebie... Wiedzie go na manowce pycha, skoro w sobotę dokonuje skrajnie nietypowych dla siebie zmian – przy prowadzeniu 2:1 jednowymiarowego, defensywnego dryblasa Johna Obiego Mikela zastępuje Ceskiem Fàbregasem? Gubi się, gdy wystawia Mohammeda Salaha, który zapewne już wie, że odejdzie, i rwie się do transferu, więc trudno mu umierać za Chelsea? Nawet pomeczowa pomyłka – komplementował przed kamerami „Barnsley” zamiast „Bradford” – wybrzmiała u niego nietypowo, wszak słynie z przygotowania do meczów maniacko pedantycznego. Oto Mourinho w najnowszym wcieleniu – coraz częściej nieperfekcyjny.

wtorek, 20 stycznia 2015

AC Milan, Silvio Berlusconi, Filippo Inzaghi

Do karykaturalnego stylu gry w defensywnie uprawianego przez drużynę, która przed kilkoma chwilami należała do najlepszych na świecie, już przywykliśmy, w minionym tygodniu bezlitośnie zrecenzował mi ją nasz Kamil Glik – gol strzelony Milanowi w ogóle go nie zdziwił, bo Milan przy stałych fragmentach nie broni swojej bramki właściwie wcale, więc polski obrońca czuł pod nią pełną swobodę. Ostatnio piłkarze z San Siro coraz śmielej rewolucjonizują też jednak ofensywę. W niedzielnym meczu z Atalantą zarzucili rywali dośrodkowaniami, które kierowali w sensie ścisłym do nikogo – w pewnym momencie ledwie 6 z 34 było celnych – bowiem długo nie mieli w składzie atakującego lubiącego przebywać w polu karnym, nie wspominając o również przydatnym upodobaniu do gry głową. Zastępował go fałszywy napastnik, i to fałszywy w najwyższym tego słowa znaczeniu, bo Jérémy Ménez cofał się głęboko do środka boiska, taka już natura rozgrywającego. W polu karnym odebrał przez 90 minut JEDNO podanie. Ale mediolańczycy się nie przejmowali i słali wrzutkę za wrzutką. Jak urżnięty rewolwerowiec, który pociąga za spust, choć wie, że wymachuje spluwą bez naboi.

To nie pierwszy mecz, w którym Milan realizuje strategię wewnętrznie sprzeczną, o ile jego szamotaninę – wykonywaną na dodatek przy leniwym ruchu zawodników bez piłki – w ogóle można nazwać strategią. Skutek? Ledwie jeden gol z akcji w ostatnich czterech spotkaniach ligowych. Na bramkę Torino półtora tygodnia temu zdołali rossoneri uderzyć ledwie raz – z karnego. W trzech kolejkach uciułali ledwie punkt, choć mierzyli się wyłącznie z przeciwnikami z dolnej połowy tabeli. I wyglądają na drużynę, która nie ma pojęcia, kim jest, jak chce i jak powinna grać.

Rozjuszony Silvio Berlusconi – niegdyś właściciel klubu bezgranicznie hojny, dziś karmiący kadrę tylko motywacyjnymi orędziami w regularnie wizytowanym ośrodku Milanello – rozżołądkował się, że „to nieakceptowalne przegrywać z rywalami, którzy zarabiają pięć razy mniej”. Pił do budżetu płacowego Atalanty. W istocie stanowiącego czwartą część budżetu płacowego Milanu, ale to akurat niedokładność nieistotna – jego piłkarze nie po raz pierwszy obrywają od przeciwników zdecydowanie biedniejszych.

Kiedy piszemy o upadłej potędze z San Siro, zazwyczaj roztkliwiamy się nad koniecznością rozpaczliwego zaciskania pasa przez działaczy, którzy zostali odcięci od inwestycji. Sam blogowałem niejednokrotnie o ekstremalnej polityce transferowej, polegającej na wyłapywaniu z rynku wyłącznie graczy dostępnych za darmo. Ewentualnie – nieodpłatnym ich wypożyczaniu. Przed sezonem zwracałem uwagę, że Milan już wkrótce będzie mógł wystawić tak tanią, że właściwie skleconą za okrągłe zero.

Taniocha dotyczy jednak wyłącznie wypłacanych kwot transferowych. Mediolańczycy wciąż bowiem rozdają bardzo wysokie pensje, a badacze rynku futbolowego już dawno wykryli, że wartość sportową piłkarza lepiej oddaje jego wynagrodzenie – fachura nie pójdzie grać za drobne – niż pieniądze wydane na transfer – te zależą od wieku, długości kontraktu, atrakcyjności komercyjnego wizerunku etc. Jeśli zatem Berlusconi wypłaca swojej kadrze 94 mln rocznie – w Serie A mniej tylko od Juventusu – to teoretycznie miałby prawo oczekiwać, że kadra wdrapie się na ligowe podium.

Ale kadra dryfuje w środku tabeli. Zajmuje to samo (ósme) miejsce, na którym skończyła miniony sezon, a punktów z trenerem Filippo Inzaghim zdobywa znacznie mniej (26) niż z jego poprzednikiem Clarencem Seedorfem (35), którego praca nie satysfakcjonowała szefów do tego stopnia, że został wylany. I najbardziej koszmarnie wygląda dla Milanu klasyfikacja włoskich klubów, które zatrudniają piłkarzy najmniej efektywnych. Jeśli budżety płacowe w Serie A podzielimy przez uzbierany w lidze dorobek, to okaże się, że mediolańczyków każdy punkt kosztuje bezapelacyjnie najwięcej – aż 3,62 mln euro. Za nimi są sąsiedzi z Interu (2,69 mln), Juventus (2,57), Roma (2,39). A trzeba pamiętać, że w tym gronie tylko Milan poprzestaje na rywalizacji w kraju, pozostali wysilają się jeszcze w europejskich pucharach. San Siro jako mistrzowie rozrzutności – oto najnowsza prawda o firmie Berlusconiego.

Co znów przypomina, że szmal, owszem, w futbolu się przydaje, ale niezbędna jest przede wszystkim idea. I że jeszcze bardziej niż szmalu, zbiedniałemu Milanowi brakuje właśnie idei. Jakiejkolwiek.

Drużynę rozlazłą, pozbawioną tożsamości i pogrążoną w przewlekłej depresji oddaje się kolejnym żółtodziobom, prezesi opowiadają o modelu barcelońskim – że niby szatnią rządzą nasi byli piłkarze – ale zapominają dodać, że Katalończyków niesie wyraziste DNA, którego trener jest zaledwie głównym interpretatorem. A na San Siro nie ma żadnego DNA. Tam utalentowani ponoć wychowankowie lub młodzi niewychowankowie albo nagle znikają wykatapultowani do innych klubów (ostatni nazywa się Bryan Cristante), albo w ogóle nie rozwijają (Mattia de Sciglio, Stephan El Shaarawy). Tam zaciąga się piłkarzy na parę chwil, by prędko ich wykopać i pozostawić w zdębieniu kibiców, którzy nie pojmują, czy te transfery miały w ogóle uświadomiony cel – patrz epizody Adela Taarabta, Valtera Birsy, Alessandro Matriego czy Fernando Torresa (jesienią pobierał najwyższą gażę!). Handluje się na tym bazarze w takim tempie, że w tym sezonie Milanowi przybyło 12 nowych nazwisk i że mecz z Atalantą kończą niemal wyłącznie ludzie, którzy weszli do szatni wczoraj lub przedwczoraj. A po odświętnie ogłaszanym odmładzaniu drużyny większość kluczowych graczy – De Jong, Montolivo, Diego Lopez, Mexes – to trzydziestolatkowie.

Tak, najbiedniej ma Milan w głowach swoich zarządców. Oszczędności nie wyjaśnią wszystkiego. Nie wyjaśnią, dlaczego nie udaje się na San Siro wylansować nikogo, dlaczego nie udaje się wyłowić z rynku anonimowego lub stosunkowo anonimowego młodzieńca za skromne pieniądze, dlaczego juniorzy wyglądają tam raczej jak napastnik M’Baye Niang – w Serie A wystąpił już 33 razy, gola nie wturlał żadnego.

W transferowych manewrach mediolańczyków nie widać głównego wątku, wyglądają na reżyserowane przez jedną obsesyjną myśl – łapać każdego, czyje nazwisko już słyszeliśmy i kto przyjdzie za darmo. Teraz wzięli Alessio Cerciego. Niby na włoskim rynku uznanego, ale to wędrowiec goniący od kontraktu do kontraktu, który podpisał właśnie umowę z ósmym klubem w dziewięciu latach, i starannie wystylizowany celebryta, którego mentalność raper Willie Peyote przeciwstawiał sportowemu duchowi naszego Kamila Glika. Czy to aby na pewno ruch przyszłościowy? Czy Milan nie stał się luksusową przystanią dla niechcianych gdzie indziej najemników, którzy wiedzą, że na San Siro wyłudzą kontrakt na miarę Ligi Mistrzów, a Ligi Mistrzów nikt na poważnie nie będzie od nich wymagał? Czy jego szefowie nie inwestują na chybił trafił, jak tamta grająca na giełdzie małpa ze sławnego eksperymentu, więc i wyniki wpadają im przypadkowe – dające akurat środek tabeli? Wątpliwości nie mam co do jednego – nie wiedzą, jaką drużynę „budują”. Już się boję usłyszeć nazwisko trenera, który zastąpi Inzaghiego.

20:37, rafal.stec
Link Komentarze (15) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 382
Tagi