RSS
poniedziałek, 04 maja 2015

Juventus Turyn, Serie A, liga włoska, Massimiliano Allegri

Nawet właściciel turyńskiego klubu wzdycha, że jego piłkarze mają szkodliwie mizerną konkurencję. W weekend znów obronili mistrzostwo Włoch, w kraju trzymają władzę absolutną.

To ich przewaga nad Realem przed wtorkowym półfinałem Ligi Mistrzów. Nie muszą już zaprzątać sobie głów rywalizacją w Serie A, podczas gdy rywale z Madrytu w kraju toczą wściekły wyścig z Barceloną.

Nie dość, że turyńczycy zdobyli tytuł czwarty raz z rzędu, to jeszcze z każdym sezonem potężnieją. Najpierw uciułali cztery punkty więcej od wicemistrza, potem – dziewięć, w minionej edycji rozgrywek – 17. Teraz mają przewagę ciut mniejszą (15), ale przed nimi jeszcze cztery serie gier, mogą ją powiększyć. W każdym razie od miesięcy nie przeżyli dnia, w którym czuliby się zagrożeni.

Czteroletnie panowanie to w najsilniejszych ligach europejskich ewenement. W Hiszpanii nie zdarzyło się od dwóch dekad. W Anglii – nigdy. Podobnie jak w Niemczech, w których rozgrywki uchodzą za zmonopolizowane przez Bayern Monachium. Włochy przeżyły wprawdzie przed chwilą długą hegemonię Interu, ale wynikała ona z nadzwyczajnych okoliczności – korupcyjna afera Calciopoli obaliła tradycyjną hierarchię i pozbawiła mediolańczyków poważnej konkurencji.

Minionego lata pod Juventusem też zatrzęsła się ziemia. Porzucił go trener Antonio Conte, który obawiał się, że nie zdoła dłużej utrzymywać piłkarzy w stanie wyższej gotowości bojowej, a na szefach klubu nie zdołał wymóc obietnicy, że zainwestują w wielomilionowe transfery pozwalające planować skok na Ligę Mistrzów. Jego następcę – wcześniej pracował we wrogim Milanie, został wylany na 11. miejscu w tabeli, wielokrotnie prowokował turyńczyków – kibice witali, mówiąc delikatnie, z ostentacyjną niechęcią. Ale Massimiliano Allegri spisał się doskonale. A nawet lepiej.

Misję dostał niesłychanie trudną. Wchodził do szatni po nie tyle trenerze, ile guru – porywającym podwładnych płomiennymi mowami i generalnie wściekłym parciem na trofea. I do szatni wspaniale zasłużonych dla włoskiego futbolu weteranów, wśród których był wypchnięty przezeń z Milanu Andrea Pirlo.

Zdobył ich zaufanie, bo okazał się fachowcem dojrzałym, elastycznym, pozbawionym przerośniętego ego, działającym z wyczuciem. Wielu trenerów po objęciu posady najchętniej pozrywałoby z klubowych ścian wszystkie zdjęcia poprzednika, by nie został po nim ślad, tymczasem Allegri nie zmienił nawet ustawienia 3-5-2, w europejskiej czołówce niezbyt popularnego. Dopiero w trakcie sezonu przyuczał podwładnych do gry z czterema obrońcami i drugą linią w kształcie rombu, ale czynił to powoli, ostrożnie, metodycznie. Nie chciał zaburzyć równowagi, chciał spokojnej ewolucji drużyny. I nie wydawał liderom drużyny rozkazów, lecz pertraktował, wypytywał, jak ich zdaniem Juventus powinien grać. Wśród wielkich współczesnych osobowości trenerskich, apodyktycznych i często w swym mniemaniu nieomylnych, jest przypadkiem unikalnym.

Po rozwrzeszczanym Conte przyszedł zatem stonowany Allegri. Albo, jak mówią Włosi – szefa pracującego sercem zastąpił szef pracujący mózgiem. I być może dlatego Juventus zdołał wzlecieć na pułap półfinału LM, na którym nie było go od 12 lat. Z naiwnym taktycznie poprzednim trenerem odpadał nawet po starciach z Galatasaray Stambuł.

Na boisku turyńczycy mają przede wszystkim twarz Carlosa Teveza. Na diagramach pokazujących, gdzie dotyka piłki, widać, jak z typowego goleadora przepoczwarzył się w zawodnika buszującego z dala od bramki, organizującego całą ofensywę drużyny. Jego kreatywność okazała się bezcenna zwłaszcza wobec malejącego wpływu na grę Pirlo – świadczą o nim wszystkie statystyki – kontuzji Paula Pogby, powolnego odzyskiwania formy po urazie kolana przez Arturo Vidala.

Dwóch ostatnich pożądają najbogatsze zagraniczne firmy, ale Juventus jako jedyny we Włoszech może utrzymywać gwiazdy. Ten klub to pałac stojący pośród ruin. Tylko turyńczycy grają na nowoczesnym, należącym do nich i obudowanym komercyjnie stadionie, i tylko oni dysponują stabilną, rozsądnie retuszowaną kadrą. Ba, jedenastka oparta na defensywie wyjętej z reprezentacji Włoch – Buffon, Chiellini, Bonucci, Barzagli – spacerującym przed nimi Pirlo, a także rakietowych środkowych pomocnikach Vidalu, Marchisio i Pogbie należy do najstabilniejszych w całej Europie.

I choć ten ostatni prawdopodobnie odejdzie – zapewne za kilkadziesiąt milionów euro – to nie zanosi się, by ktokolwiek Juventusowi prędko zagroził. Upadłe potęgi mediolańskie tkwią w kryzysie niespotykanym w tym mieście od dekad, Romę i Napoli ograniczają niedomagania marketingowe, reszta Serie A to biedota. Dlatego mistrz panuje totalnie – najwięcej goli wbija, najmniej traci, najczęściej celnie strzela, konstruuje najwięcej akcji ofensywnych.

Turyński prezes Andrea Agnelli fetuje wygrane, ale zarazem jest nieco sfrustrowany nędzą otoczenia. Wzdycha, że ligowy stadion ma średnio 64 lata, że jego klub jest jedynym robiącym postęp, że agresja wokół boisk nigdy nie pozwoli włoskim klubom doścignąć Barcelony, Realu, Manchesteru Utd czy Bayernu, uzyskającym pół miliarda rocznego przychodu (Juve ledwie przekracza 300 mln). A w Milanie oraz Interze nie widzi konkurentów, lecz sojuszników w międzynarodowym promowaniu całej Serie A, bez których wielkości także jego klub nie będzie wielki.

sobota, 02 maja 2015

Mayweather - Pacquiao walka stulecia Floyd Mayweather - Manny Pacquiao

Wyobrażacie sobie, że Roger Federer wygrywa jedne turnieje, a Rafael Nadal inne, i obaj nie spotykają się na korcie do schyłku karier? Że Pete Sampras latami unika Andre Agassiego? Alain Prost zasuwa po innych torach niż Niki Lauda? Barcelona według Guardioli wykręca się od meczów z Realem według Mourinho i odwrotnie?

W boksie to nic szczególnego. To chora, nieuleczalna rzeczywistość.

I głównie o niej myślę, kiedy od tygodni czytam – nie sposób nie czytać, jeśli łazisz po rubrykach sportowych – że nadciąga największe wydarzenie milionlecia, czyli „długo oczekiwana” walka Floyda Mayweathera z Mannym Pacquiao. Jej rzekomą sportową „największość” ustalono w sposób typowy dla dzisiejszych czasów, znaczy licząc – w niepohamowanym stadnym zaślinieniu – szmal. Szmal w tym przypadku wylewający się z każdego informującego o walce medialnego nagłaśniacza, aż do mdłości, do zadławienia, do zwymiotowania. Jak zresztą wszystko, co łączy się zwłaszcza z Mayweatherem, ps. Money, który zagadnięty na dowolny temat natychmiast sprowadza go do pieniędzy, który chodzi z kieszeniami powypychanymi gotówką, na imprezach podpala dla szpanu banknoty (wśród potrząsających pośladkami roznegliżowanych panienek), nosi zegarki droższe niż rezydencje w centrum Warszawy, lubi fotografować się na tle swoich kolekcji luksusowych samochodów (osobne floty trzyma w Las Vegas, Miami, Los Angeles i jeszcze kilku metropoliach), a na ring wchodzi w ochraniaczach na zęby wystrojonych w diamenty i studolarówki. Idealny nabywca osławionej ajfonowej aplikacji „Jestem bogaty” (cena 999,99 dolarów), która nie miała żadnej funkcji poza wyświetlaniem na ekranie rubinu i hasła: „Jestem bogaty. Zasługuję na to. Jestem dobry, zdrowy i odnoszę sukcesy”. Innymi słowy, służyła poinformowaniu otoczenia, że jej właściciela stać na bezsensowną technologię, na którą innych nie stać.

Do boksu zawsze miałem stosunek ambiwalentny. Lubię oglądać wielkie walki, nie opuszczam właściwie żadnej wielkiej walki, znam historie wielkich historycznych walk, za Leszkiem Kołakowskim nie widzę w ringu prymitywnego mordobicia, lecz sport szlachetny w swej prostocie – dwóch ludzi naparza się pięściami, bez narzędzi i w zamkniętej przestrzeni, wedle klarownych reguł. Doceniam też mitotwórczą siłę tego sportu, o czym już zresztą pisałem – nieprzypadkowo powstało tyle bardzo dobrych lub świetnych filmów o boksie, od „Wściekłego byka” przez pierwszego „Rocky’ego” po „One Million Dollar Baby”. Gdyby Albert Camus zamiast rękawic bramkarskich zakładał bokserskie, być może jego słynne wyznanie brzmiałoby ciut inaczej – że wszystko, co wie o moralności i obowiązkach człowieka, zawdzięcza pięściarstwu.

Wielkie starcia na ringu oglądałem zatem pasjami, choć raziło mnie umawianie walk, raziła niejasność reguł wyłaniania najlepszych, irytowała możliwość unikania najgroźniejszych przeciwników, a zarazem utrzymywania – także wieloletniego – tytułów mistrza świata, które w istocie nie są wcale tytułami mistrza świata, skoro można je wręczyć kilku osobnikom i nie sprawdzić, który jest najlepszy. Pamiętacie, jak nasz Michalczewski, czyli czempion z Europy, nie mógł spotkać się Jonesem juniorem, czyli czempionem z Ameryki? Nie mógł i ostatecznie nigdy nie spotkał? Toż to wbrew duchowi sportu.

37-letni Pacquiao też rzuci się na 38-letniego Mayweathera dopiero na zaawansowanym etapie karier obu atletów, gdy zwłaszcza lata świetności Filipińczyka minęły. Nie jestem znawcą boksu, ale nie trzeba nim być, by pamiętać, jak w 2012 r. na blisko minutę stracił przytomność, znokautowany przez Juana Manuela Márqueza. Nie trzeba być ekspertem, by wiedzieć, że minął już moment, w którym dzisiejszy pojedynek zasługiwałby na te wszystkie hiperbole o walce wszech czasów. Teraz to już „zaledwie” cholernie frapujący pojedynek. Fenomenalnych, trzeba im oddać, bokserów.

Ale publice wciska się ciemnotę – wciska skutecznie, to pranie mózgów mediami masowego rażenia – bo chodzi o najgrubszy szmal w historii sportu. Walka ma przynieść pół miliarda dolarów zysku, Mayweather będzie najbogatszym a Pacquiao drugim najbogatszym sportowcem roku na świecie, za telewizyjną transmisję (teoretycznie może potrwać ledwie kilka minut) Amerykanin zapłaci 100 dolarów, na miejsca wokół ringu celebryci wydają ćwierć miliona. Podstawowe liczby rzucam właściwie z głupia frant, bo wszyscy znamy je na pamięć, jesteśmy nimi ogłuszani od tygodni, sam jeszcze nigdy nie doświadczyłem tzw. „podgrzewania atmosfery” przed sportowym megahitem, które do tego stopnia byłoby zredukowane do wymiaru biznesowego. Gordon Gekko ze swoim „Chciwość jest dobra” zdaje się drobnym ciułaczem, pragnącym po prostu mieć trochę lepsze życie.

Zdaję sobie sprawę, że nie odkrywam Ameryki, żołądkująch się na osobliwości świata boksu, w którym sportową hierarchię ustala się niekiedy raczej przy negocjacyjnych stołach niż na ringu, ale też mam poczucie, że dziennikarze zajmujący się tą dyscypliną na co dzień zbyt rzadko o tych osobliwościach przypominają. Zwłaszcza teraz, przed najdroższą walką w dziejach. A przypominają zbyt rzadko nie ze złej woli, lecz dlatego, iż zwyczajnie przywykli, że w pięściarstwie jest jak jest.

Ja jeszcze nie przywykłem. Mówi się, że piłka nożna została zniszczona przez komerchę, że romantyczną grę wyparł cyniczny biznes? Przeciętny kibic przed finałem Ligi Mistrzów wciąż nie bardzo wie, ile oba kluby wyciągną z uczestnictwa w rozgrywkach, tam wciąż przedmiotem pożądania pozostaje trofeum. Tymczasem jeden z mistrzowskich pasów, o który będą się tłuc Pacquiao i Mayweather, to też wrzeszcząca, ubliżająca dobremu smakowi przesada – gadżet obciążony przeszło trzema tysiącami szmaragdów i niemal kilogramem złota. Jakby organizatorzy walki obawiali się, że zabraknie mu tego, co czyni wyjątkowym futbolowy Puchar Europy – niewymiernej, nieskończonej wartości symbolicznej.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Potańczyły na grobach hordy w barwach Cracovii i Pogoni, potańczyła na grobach horda w barwach AS Romy. Ale reakcje na makabryczne spektakle były zupełnie inne. Nienawidzę o tych sprawach pisać, ale czasami czuję, że muszę – mój felieton z dzisiejszej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

środa, 22 kwietnia 2015

Królewscy po 304 minutach walki w derbach Madrytu wreszcie wepchnęli gola Atlético, awansowali do półfinału Ligi Mistrzów i zakończyli jedną z najczarniejszych serii w historii klubu

Javier Hernández – zasuwał z pasją, ale też pudłował na potęgę – wturlał piłkę do bramki na kilkadziesiąt sekund przed ostatnim gwizdkiem, gdy goście biegali już osłabieni, po czerwonej kartce dla Ardy Turana. Piłkarza symbolu dla ich wczorajszego stylu gry. Agresywnego do przesady, często bardziej zainteresowanego wyrządzeniem rywalom fizycznej krzywdy niż czystym futbolem.

Kilkadziesiąt sekund dzieliło nas też od dogrywki (tydzień temu było 0:0). Udręka Realu trwała. Owszem, oblegał pole karne gości, ale to wciąż była trwająca od miesięcy derbowa udręka. Jak długo można strzelać w powietrze lub rękawice bramkarza?!

Jedna ze scenek z najnowszych odcinków madryckiej wojny domowej pochodzi z finału krajowego pucharu sprzed dwóch lat. Ponieważ był rozgrywany na stadionie Realu, trener Diego Simeone poprosił, by połowę chłopców do podawania piłki stanowili chłopcy przysłani przez Atlético. – Jeśli będziemy prowadzili 1:0, to będą się ociągać, a nie śpieszyć. To zapewni równowagę obu drużynom – wyjaśniał w książce o ostatnich sezonach swojej kariery.

Tamten epizod uświadamia, jak maniackim szczególarzem jest argentyński trener. Jego drużyna może przegrać, ale nie może przegrać dlatego, że on zaniedbał jakikolwiek detal.

Być może najlepiej widać to w zachowaniu piłkarzy w chwilach najbardziej prestiżowych, czyli właśnie derbach. To styl Królewskich pokroił Simeone na najdrobniejsze cząsteczki, to na styl Królewskich zdawał się mieć plan najbliższy perfekcji.

Prowadzący Real Carlo Ancelotti zwierzał się przed kilkoma laty, że przeżył już jako trener zbyt wiele, by nadal stresować się wielkimi meczami. Że wyłącznie się nimi delektuje. Czy powtórzyłby to po derbach z bieżącego sezonu? Do wczoraj nie wygrał żadnych, zremisował trzy, przegrał cztery. Real dochował się bezlitosnego prześladowcy w sąsiadach, których przez 14 lat tłukł zawsze i wszędzie. Trwał rozciągnięty w czasie, brutalny zamach stanu w metropolii z hierarchią ustaloną, wydawało się, na wieczność.

Co więcej, z każdym meczem sezonu Atlético wyglądało na lepiej przygotowane do zneutralizowania potężniejszych teoretycznie rywali. Jakby Simeone przejrzał Ancelottiego na wylot, zastawiał coraz wymyślniejsze pułapki, systematycznie udoskonalał swój sposób na Real. Kulminacją nieszczęść faworytów było lutowe 0:4. Najwyższa trenerska klęska Włocha, który zbliża się do tysięcznego spotkania w karierze.

Dopiero przed tygodniem bogatsi zdołali z pasją zaatakować biedniejszych. Zdołali, ale bez skutku. Zatrzymał ich fenomenalnie broniący Jan Oblak.

Wczoraj słoweński bramkarz znów musiał trwać w pełnym skupieniu, choć początkowo zdawało się, że Atlético sparaliżuje sąsiadów totalnie. Minęło kilkanaście minut, zanim gospodarze po raz pierwszy dotknęli piłki we wrogim polu karnym. Niemal bez przerwy przetaczali ją w jego pobliżu, ale przetaczali jałowo, nie umiejąc znaleźć luki w defensywnych zasiekach Atlético. Jeśli zdołali oddać strzał, to z dystansu.

Z czasem zaczęli przekradać się w pole karne, ale trafić w bramkę nie umieli. Chwilami wyglądało to na zmagania z klątwą, a nie defensywą rywali. Defensywą być może najtrudniejszą do sforsowania w Europie. Piłkarze Atlético zwłaszcza swój stadion zmienili w derbową twierdzę. Strzelili tam w czterech spotkaniach siedem goli, nie stracili żadnego, a Cristiano Ronaldo wręcz maltretowali. Gracz kanonada – uderzający na bramkę częściej (średnio 6,4 razy na mecz) niż ktokolwiek inny w czołowych ligach świata – we wszystkich wspomnianych występach na Vicente Calderon w bieżącym sezonie zdołał wypluć z siebie zaledwie trzy celne strzały. Rzadziej niż zwykle tam również dryblował, rzadziej dośrodkowywał. Za każdym razem należał do najsłabszych na boisku.

Wczoraj i przed tygodniem był już ożywiony. Zamiast nabawić się kompleksu, dał rozstrzygającą asystę. A kompleksu mógł się nabawić – co jeszcze kilkanaście miesięcy temu brzmiałoby niewiarygodnie – wraz z całym Realem. Gdyby gospodarze znów nie pokonali Atlético, passa bez wygranej wydłużyłaby się do ośmiu meczów. To negatywny rekord wszech czasów. Osiągnięcie podpisane dotąd tylko przez Barcelonę według Pepa Guardioli.

Zamiast niezwykłej opowieści o ostatecznym odebraniu lokalnej władzy najpotężniejszemu klubowi w historii – według tabel z trofeami – mamy zatem opowieść o drużynie w sensie dosłownym królewskiej, która może z sąsiadami przegrywać mecze pomniejsze, ale nie przepuści im, gdy stawka jest najwyższa. Jak w finale ostatniej Ligi Mistrzów.

Jej piłkarze podnieśli wówczas trofeum, którego nie obronił nikt od ćwierćwiecza. Można rzec – wyzwanie godne Realu.

wtorek, 21 kwietnia 2015

Niemcy już obliczyli: od lat nie było bardziej pokiereszowanej drużyny w szeroko pojętej europejskiej czołówce. Ale piłkarze z Monachium nie mogą płakać, muszą walczyć o ocalenie sezonu. Z Porto w ćwierćfinale Ligi Mistrzów.

Dla potęgi o rozmiarach Bayernu wtorkowe wyzwanie wcale nie wygląda na misję niemożliwą. Owszem, przed tygodniem wypadli beznadziejnie, przegrali 1:3. Zdarza się każdemu. By wymazać tamtą wpadkę i awansować do półfinału, wystarczy strzelić dwa gole i żadnego nie stracić. Co to za sztuka dla piłkarzy, którzy w bieżącej edycji LM potrafili już dołożyć Romie 7:1 i Szachtarowi 7:0, czyli rywalom niekoniecznie słabszym od Porto? Którzy w Bundeslidze czasami rozbijają Hamburg 8:0, czasem Paderborn 6:0, a czasem Werder 6:0? Którzy we wszystkich rozgrywkach trwającego sezonu przeszło połowę meczów wygrali w stosunku wystarczającym dziś do wyeliminowania Portugalczyków? Którzy w przeciwieństwie do wszystkich poza Juventusem ćwierćfinalistów mają przyjemnie klarowną sytuację w kraju – mistrzostwa nie odbierze im już nikt?

Wszelkie uspokajające dane miałyby sens, gdyby Bayern nie był drużyną schorowaną. Schorowaną już przewlekle. I w sensie metaforycznym, i w sensie ścisłym.

W tym roku kalendarzowym monachijczycy nie zdołali pokonać ani jednego z czterech najsilniejszych rywali w Bundeslidze, a z Wolfsburgiem (1:4) i Borussią Mönchengladbach (0:2 u siebie) ponieśli bolesne klęski. Ilekroć natrafiają na twardszy opór, miękną – jak przed tygodniem w Porto, które zademonstrowało futbol przebiegły taktycznie – oparty na agresywnym pressingu na wrogiej połowie – i dojrzały. To drużyna notorycznie niedoceniana, a przecież właściwie zawsze tworzą ją piłkarze ze wspaniałą przyszłością. Zaraz zostaną wyeksportowani za dziesiątki milionów euro i będą stanowić o sile najpotężniejszych klubów. I tak właśnie wyglądali w meczu z Bayernem. Na świadomych swoich atutów, pozbawionych kompleksów, pewnie dążących do celu.

O chorobie toczącej Bayern świadczy też czwartkowa – szokująca – dymisja sztabu medycznego wraz jego szefem, 72-letnim ortopedą, prof. Hansem-Wilhelmem Müllerem-Wohlfahrtem. To chyba najsłynniejszy lekarz w futbolu, ikona klubu związana z nim od 1977 roku, do której pielgrzymują gracze z całego świata. Trener Pep Guardiola od dawna niespecjalnie mu jednak ufał – ściągniętego z Barcelony rozgrywającego Thiago Alcântarę wysyłał np. na leczenie do Katalonii – a teraz miał go obwinić o epidemię kontuzji w drużynie. I narzekać, że Müller-Wohlfahrt przesiaduje w monachijskim centrum chirurgii, a nie w ośrodku treningowym.

Nawał monachijskich nieszczęść to wielka tajemnica sezonu. Trudno podejrzewać, by odpowiadał za nią tak renomowany lekarz, ale też nie ma powodów, by podważać sposób prowadzenia drużyny przez Guardiolę – takiej plagi dotąd w karierze nie przeżył, graczom Bayernu dawał odpocząć, a jeśli mieliby oni cierpieć na skutek zmiany metod treningowych (na początku byli zdumieni, że ćwiczą wyłącznie z piłkami), to raczej w sezonie poprzednim, gdy ich organizmy dopiero się do nowego przyzwyczajały. W każdym razie urazy koszą Bayern równo z trawą. Niemcy obliczyli, że od 2010 r. nikt w szeroko pojętej europejskiej czołówce – wzięli pod uwagę 20 klubów z 5 krajów – nie miał tak pokiereszowanej kadry. W tym sezonie kontuzje ścięły 23,71 proc. meczowych „roboczogodzin” – tyle czasu piłkarze opuścili przez urazy. Więcej niż kiedykolwiek w Arsenalu – osławionym jako klub-szpital, w którym padają nawet najzdrowsi. W Monachium odsetek niedysponowanych w minionych latach wahał się od 9 do 14 proc.

Przed z rewanżem z Porto grypę wyleczył Bastian Schweinsteiger, ale ledwie zdążył wznowić treningi. Kostka nie przestała za to boleć Francka Ribéry’ego, co oznacza, że monachijczycy znów zagrają z oberżniętymi skrzydłami – kuruje się także Arjen Robben. A jeśli nawet piłkarze powoli wracają między żywych – choć nadal brakuje jeszcze m.in. Davida Alaby, Javiego Martíneza, Mehdiego Benatii – to są daleko od wysokiej formy lub/i męczą się z drobnymi dolegliwościami. Jak Philipp Lahm, również zagrypiony.

Za to piłkarze Porto przystąpią do gry w doskonałych nastrojach. Nieszczęścia ich omijają, sobotni mecz w krajowej lidze wygrali bez dziewięciu ludzi z podstawowej jedenastki – wszystkich poza bramkarzem Fabiano i lewym obrońcą Alexem Sandro (dziś pauzuje za kartki, podobnie jak prawy defensor Danilo, za którego Real Madryt zapłaci 31,5 mln euro). Dlatego Guardiola powtarza, że minione miesiące były najtrudniejszymi w jego sportowej karierze. I przysięga, że wypełni wygasający w 2016 r. kontrakt.

A jeśli trener musi o tym mówić, to mamy wyraźny sygnał, że jego przyszłość staje się niepewna. I że Müller-Wohlfahrt może jeszcze do Bayernu wrócić.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 392
Tagi