RSS
piątek, 10 sierpnia 2018

Premier League, liga angielska

Kanał La Manche się nie poszerza, ale liga angielska stale się od reszty kontynentu oddala. Nie tyle jej ucieka – trudno byłoby uzasadnić tezę, że to rozgrywki w sensie sportowym najlepsze – ile z każdym rokiem staje się coraz bardziej osobna, kolorowa, inna niż wszystkie. Poniżej pięć dowodów na jej wyjątkowość, popartych twardymi liczbami (spisuję naprędce, podczas urlopu muszę się kryć z blogowaniem).

2008/09 – od tego sezonu nikt w Premier League nie zdołał obronić tytułu. To jedyna taka liga w całej Europie (!), a od trzech lat aktualnym mistrzom żyje się coraz ciężej – żaden nie utrzymał się nawet na podium, zajmowali miejsca 10., 12. oraz 5. Tu nigdy nie wiesz, co się zdarzy, a zdarzają się historie nieprawdopodobne, jak sensacyjny triumf Leicester. Teraz panowanie objęła jednak drużyna szczególna, oszałamiająca stylem gry i morderczo regularna, w minionym sezonie odleciała wiceliderowi na odległość 19 punktów. Czy piłkarze Manchesteru City wciąż będą grali jak natchnieni i Pep Guardiola zostanie pierwszym od czasów Alexa Fergusona trenerem, który obroni tytuł?

16 z 20 szkoleniowców Anglicy importowali, rodzimi fachowcy uchowali się już tylko w klubach słabszych (Bournemouth, Burnley, Cardiff City, Crystal Palace). Na szczycie tabeli rywalizowali w poprzednim sezonie właściciele chyba najsłynniejszych nazwisk minionych kilkunastu lat, czyli Pep Guardiola i José Mourinho (ucieleśniający wielką wojnę idei, reprezentujący wiarę w futbol proaktywny i reaktywny), naciska na nich heavymetalowiec Jürgen Klopp, a właśnie dołączył do tego elitarnego towarzystwa Maurizio Sarri – kolejny orędownik autorskiego, niepodrabialnego stylu gry, który jeszcze wzbogaci burzę trenerskich mózgów ekscytującą jak w żadnych innych rozgrywkach. Dołączą też ciekawi fachowcyz dalszego planu, którzy właśnie awansowali z drugiej ligi (Portugalczyk Nuno Espírito Santo i Serb Slaviša Jokanović), gdzie również widać olbrzymią siłę przyciągania na angielskie boiska – niedawno zgodził się tam pracować wybitny technokrata Rafa Benitez (przecież triumfator Champions League!), teraz Leeds zaszczycił szalony argentyński radykał Marcelo Bielsa. Ależ tam się dzieje! I pomyśleć, że ktoś w tym gronie będzie musiał przegrywać... Najtęższe trenerskie umysły wyspiarze jęli kolekcjonować przed kilku laty i już w ubiegłym sezonie poczuli przyjemne skutki rewolucji, bo wszystkie ich kluby osiągnęły ćwierćfinał Ligi Mistrzów, a Liverpool dofrunął wręcz do finału. Czy w najbliższej edycji wzbiją się jeszcze wyżej?

80 mln euro kosztował najdroższy bramkarz w historii, 62,5 mln – drugi najdroższy. Na takie ekstrawagancje stać tylko wyspiarzy, więc powyższe kwoty rzuciły przed chwilą Chelsea (na Kepę) oraz Liverpool (na Alissona), które działały jednak w skrajnie odmiennych okolicznościach. Pierwszych zmusił do inwestycji szantaż Thibauta Courtoisa (uciekł do Realu Madryt), natomiast drudzy wzmacniali najsłabiej obsadzoną pozycję w zespole, pozyskując najlepszego moim zdaniem golkipera poprzedniej edycji LM i finalizując najważniejszy transfer w czołówce. Generalnie bowiem Anglicy kupowali stosunkowo wstrzemięźliwie (zainwestowali o blisko pół miliarda euro mniej niż przed rokiem) i – znów, o tym traktuje ta notka! – inaczej niż wszyscy. Sami nałożyli sobie ograniczenia, zatrzaskując okno transferowe już dziewiątego sierpnia, co teoretycznie daje przewagę konkurentom z Europy – oni mogą manewrować jeszcze kilka tygodni, tymczasem wyspiarze mogą piłkarzy jedynie tracić. Przede wszystkim jednak na szczycie tabeli panował transferowy bezruch. Mistrz i wicemistrz z Manchesteru tylko retuszowali składy, natomiast trzeci Tottenham, rzecz w dzisiejszych czasach niesłychana, nie wydał ani szylinga. Jeszcze raz, literami o rozmiarze adekwatnym do doniosłości wydarzenia: londyńczycy NIE POZYSKALI NIKOGO. Nikogo też nie stracili, ja takiego przypadku na tym poziomie nie pamiętam. Anglicy też nie zarejestrowali żadnego, odkąd w 2003 r. zamontowano tzw. letnie okno transferowe.

Już tylko 6 z 20 klubów Premier League należy do Brytyjczyków. Pozostali właściciele pochodzą z Chin, Iranu, Malezji, Rosji, Tajlandii, USA, Włoch i Zjednoczonych Emiratów Arabskich, zatem rozgrywki tracą tożsamość nie tylko rodzimą, ale i europejską, tworzące je firmy w coraz większym przejmują ludzie z kultur egzotycznych. I niewykluczone, że wpłyną na system bardziej niżbyśmy chcieli – myślę zwłaszcza o biznesmenach amerykańskich, których jest wśród posiadaczy pakietów kontrolnych najwięcej, którzy mają w portfolio również wielkie sportowe przedsiębiorstwa w swoim kraju i sądzą, że z piłki nożnej można wycisnąć finansowo znacznie więcej niż się wyciska. Do Stana Kroenke, który położył właśnie łapę na 100 procentach udziałów w Arsenalu (stracili je m.in. kibice, więc stracą nawet znikomy wpływ na klub), należą także Los Angeles Rams (futbol amerykański, NFL), Denver Nuggets (koszykówka, NBA), Colorado Avalanche (hokej na lodzie, NHL), Colorado Rapids (piłka nożna, MLS), Colorado Mammoth (lacrosse, NLL) oraz Los Angeles Gladiators (e-sport, Overwatch League). Publicysta Matthew Syed widzi w nim i jego pobratymcach ludzi, którzy doprowadzą do stworzenia kontynentalnej superligi – zamkniętej, pozbawionej spadków i awansów – a ja mu wierzę. I jako przeciwnik tej idei uważam ich za główne zagrożenie dla futbolu, większe niż bonzowie z Kataru czy ZEA, którzy przynajmniej nie chcą nam urządzać świata po swojemu.

18 z 20 klubów wpuściło już sponsorów nie tylko na klaty piłkarzy, ale również na rękawy. To też czyni ligę angielską zjawiskiem niepospolitym, łatwo odróżnialnym od wszystkich innych rozgrywek, i być może zwiastuje erę, w której po boiskach będą biegali zawodnicy obklejeni mnóstwem marek, w strojach pstrokatych jak kombinezony kierowców Formuły 1. Na razie nawet na ramionach zawodników dostrzeżemy dowody na niesamowitą wielobarwność rozgrywek, do których chcą się przytulić wszyscy. Everton od wiosny gra z fińskim Angry Birds, Crystal Palace z chińskim Dongqiudi, Leicester z tajskim browarem, a Arsenal – z logiem Visit Rwanda, dzięki któremu rząd tego afrykańskiego kraju chce ściągać turystów z całego świata, zresztą tamtejszy prezydent Paul Kagame od lat kibicuje londyńskiemu klubowi i wielokrotnie jego szefom publicznie „doradzał” (ruch wywołał słuszne kontrowersje).

Słowem, Premier League to nie Anglia, to kolorowy zawrót głowy.

20:33, rafal.stec
Link Komentarze (15) »
czwartek, 09 sierpnia 2018

Legia Warszawa - Dudelange

W trakcie spożywania dzisiejszego gniota z Łazienkowskiej - wakacje mam, po jaką cholerę na to patrzę?! - przypomniało mi się, jak przed dekadą zacząłem nieco śmielej przyznawać się do pomysłu, żeby zlikwidować polską piłkę nożną. Nabrałem odwagi, bo odkryłem istnienie Ruchu dla Dobrowolnego Wyginięcia Ludzkości.

Szczegóły swojej wizji podałem wówczas w felietonie. Na amatorskie gierki delikwentów szczególnie opornych oczywiście przymknąłbym oko. Nie chciałem totalnego zakazu, myślałem raczej o finezyjnym eksperymencie inżynierii społecznej - szeroko zakrojonym zohydzaniu uprawiania futbolu przy równoczesnym zachwalaniu innych sportów, co z czasem wsparlibyśmy ustawą o rozwiązaniu klubów, rozbiórce stadionów, przymusowej reedukacji relacjonujących kopaninę dziennikarzy etc. Skosić równo z trawą, byle ostrożnie i stopniowo, bez uwieszania u portfeli podatników setek tysięcy bezrobotnych, którym nie wystarczyłoby kompetencji - od menedżerskich po etyczne - na zarządzanie jarzyniakiem. Aktywistami Ruchu dla Dobrowolnego Wyginięcia Ludzkości kieruje przekonanie, że ludzie uświniają planetę i bez nich wyglądałaby ona ładniej. Mną kierowało silne przekonanie, że ludzie polskiej piłki uświniają polski sport i bez nich wyglądałby on ładniej.

Od tamtej pory (nie)wiele się zmieniło, a ja zmieniłem zdanie. Skoro nadwiślańskie plemiona tę tandetę utrzymują swoimi portfelami, to znaczy, że piłka nożna jest sensem ich życia. A sensu życia nie wolno nikomu odbierać. Kombinuję więc, jak nam wszystkim pomóc.

I tak sobie myślę, że gdyby nie zasada, że na szczurach wolno przeprowadzać eksperymenty, a na piłkarzach tzw. ekstraklasy nie wolno, być może stosunkowo łatwo udałoby się nam doprowadzić do letnich sukcesów polskich klubów w europejskich pucharach. Wtedy potrzebowalibyśmy jeszcze tylko móc umieścić ligowców w warunkach laboratoryjnych.

Wyjaśnię to na przykładzie. Oto firmy farmaceutyczne, które stale wykorzystują szczury jako obiekty doświadczalne przy opracowywaniu nowych antydepresantów, w jednej z popularnych procedur umieszczają setkę osobników (każdego osobno, aż tyle ze względu na wiarygodność statystyczną) w szklanych rurach wypełnionych wodą. Zwierzęta podejmują wciąż na nowo rozpaczliwe i daremne próby wspięcia się po ściankach i wyjścia z naczynia, ale po 15 minutach większość się poddaje i nieruchomieje. Unoszą się po prostu na powierzchni, zobojętniałe na to, co je otacza.

Wtedy bierze się kolejną setkę szczurów, umieszcza się je w rurach, ale wyławia się je po 14 minutach, tuż przed, nim poddadzą się rozpaczy. Suszy się je, karmi, pozwala nieco wypocząć - po czym znów wrzuca się je do rur. I tym razem większość szczurów szamocze się przez 20 minut i dopiero wtedy rezygnuje. Skąd te dodatkowe 6 minut? Ponieważ pamięć sukcesu z przeszłości powoduje wydzielenie w mózgu jakiejś substancji biochemicznej, która daje sierściuchom nadzieję i spowalnia nadejście rozpaczy.

Eksperyment trwa dalej, a ja nie zamierzam tłumaczyć, o co chodzi, ponieważ interesuje mnie tylko do tego etapu.

Wyobraźmy sobie teraz piłkarzy z tzw. ekstraklasy wrzuconych w środku lata do europejskich pucharów - wyglądają i reagują jak szczury w rurach, najpierw szamotanina, a następnie bezruch i zobojętnienie. Legia wytrzymała dzisiaj w remisie zbliżoną ilość minut, Luksemburczycy zasunęli jej decydującego gola w 61. minucie.

Teraz wyobraźmy sobie, że wyjmujemy ich z europejskich pucharów tuż przed zbadanym uprzednio momentem krytycznym i postępujemy jak ze szczurami - suszymy, karmimy, dajemy nieco odpocząć, po czym znów wrzucamy na boisko. Skoro wytrwałość szczurów zwiększa się o około 37 proc., to dlaczego wytrwałość naszych ligowców miałaby się nie zwiększyć o tyle damo? Może ci, którzy wytrzymaliby w wysiłkach do 61. minuty, teraz wytrwaliby do 84.? To byłby ładny początek budowania lepszego jutra.

23:04, rafal.stec
Link Komentarze (32) »
sobota, 04 sierpnia 2018

Na momencik tylko wpadam - bo kiedy przyjmowałem dzisiaj najnowsze dzieło Asghara Farhadiego, w rytmie leniwie wakacyjnym i intensywnie festiwalowym zarazem, Łukasz Piszczek ogłaszał, że rzuca reprezentację Polski. Duże wydarzenie.

Utożsamia Piszczek mroczną niejednoznaczność naszego futbolu ostatnich (a może wszystkich?) dekad - umoczony w korupcję, uczestniczący w łapówkarskim procederze aktywniej niżbyśmy chcieli, skazany na trzy lata więzienia w zawieszeniu. W wielu krajach powoływanie go do kadry narodowej wywoływałoby większe kontrowersje niż w Polsce, traktującej handlowanie punktów jak pogodę. Jest jak jest, trzeba przywyknąć.

Ucieleśnia Piszczek też doniosłą rolę przypadku, rządzącego nie tylko sportem. Wyedukowany na napastnika i długo spychany w nieuniknioną bylejakość nadwiślańskiego kopacza ożył dzięki spotkaniu właściwym ludzi (trenerów), którzy wymyślili go na nowo. Ze szczególnym uwzględnieniem Jurgena Kloppa, czyli bodaj najsłynniejszego specjalisty od lansowania piłkarzy znikąd na finalistów Ligi Mistrzów.

Przede wszystkim pozostaje jednak Piszczek naszym najlepszym bocznym obrońcą, jakiego oglądałem w życiu. Żaden inny tak nie dośrodkowywał - dośrodkowuje? - w pełnym biegu, mało kto miewał zbliżoną wydolność, on wraz z Jakubem Błaszczykowskim tworzył, nie tylko w reprezentacji, mój ulubiony duet polskich piłkarzy. Zdarzało mu się być na swojej pozycji numerem jeden w Bundeslidze, zdarzało mu się należeć do ścisłej czołówki w Europie. Gdybyśmy sporządzali hierarchię naszych najwybitniejszych graczy w XXI wieku, ustępowałby tylko Robertowi Lewandowskiemu. Zatęsknimy.

17:49, rafal.stec
Link Komentarze (43) »
wtorek, 24 lipca 2018

Wróciłem z mundialu i natychmiast po wylądowaniu dostałem po mordzie informacją, że post Cristiano Ronaldo na Instagramie zebrał 11,7 mln lajków. A potem jeszcze wiele razy przydzwonili mi w sposób, od jakiego przez kilka tygodni się odzwyczajałem – felieton do Gazety o pomundialowym kacu przeczytacie tutaj.

Z opóźnieniem wklejam, a teraz uciekam na trzy tygodnie wakacji, więc mam nadzieję na trochę się odkleić od klawiatury. No ale nigdy nic nie wiadomo;-)

20:15, rafal.stec
Link Komentarze (39) »
poniedziałek, 23 lipca 2018

reprezentacja Polski, Jerzy Brzęczek

Im głębiej wniknie się w szczegóły korupcyjnej przeszłości Andrzeja Woźniaka, tym bardziej zrozumiały jest opór, jaki budzi zatrudnienie go w sztabie trenerskim reprezentacji Polski. Były bramkarz nie został skazany za incydent, lecz łapówkarstwo notoryczne, skutkujące fałszowaniem całych rozgrywek. Dobrze, że sprawa wywołuje kontrowersje, że w ogóle o niej dyskutujemy, ponieważ przez bezmiar korupcyjnej zarazy zachorowaliśmy na znieczulicę, nie zadajemy nawet elementarnych pytań. Na przykład: jeśli nie będziemy wykluczać z kadry skorumpowanych, to czy istnieje w ogóle przestępstwo czyniące zawodnika niegodnym reprezentowania kraju?

Zarazem jednak nie dzieje się nic przełomowego. Od lat jednym z liderów drużyny narodowej pozostaje Łukasz Piszczek, który również przyznał się do popełnienia sportowej zbrodni. I znów: najbardziej bolą detale. Piłkarz konsekwentnie bagatelizował w wywiadach swoją rolę w ustawianiu meczu i dopiero z wyjaśnień złożonych prokuratorowi dowiedzieliśmy się, że uczestniczył w naradzie w mieszkaniu kolegi z zespołu, na którym planowano oszustwo, a potem w sprawę „wtajemniczał” innego kolegę, na spotkaniu nieobecnego; że był wśród pięciu organizatorów przekrętu, że zaprosiła go starszyzna drużyny jako jedynego młodego. Słowem, ci, którzy nie życzą sobie w reprezentacji Woźniaka, powinni dyskwalifikować również Piszczka. A obecność obu nawet lepiej odzwierciedla prawdę o polskim futbolu...

Mimo to zaskakuje, że Boniek – on też zdobywał mistrzostwo Polski w nieciekawych okolicznościach – na Woźniaka się zgodził. Prezes PZPN i tak podejmuje olbrzymie ryzyko, w dodatku podejmuje je w momencie krytycznym. W klęskowym na razie roku 2018 można przegrać daleko więcej niż mundial.

Po rozstaniu z Adamem Nawałką prezes PZPN oznajmił, że nowy selekcjoner reprezentacji musi znać kilka języków. Skoro postawił na takiego, który mówi m.in. po polsku – zapewne chciał inaczej, ale znaleźć odpowiedniego obcokrajowca nie zdołał – to musiał wywołać kontrowersje, wątpliwości, niedosyt, niepewność, nawet strach. Wyborem każdego z rodzimych szkoleniowców by wywołał. Nawet gdyby nominował kogoś bardziej „utytułowanego” niż Jerzy Brzęczek, to różnica w reakcjach byłaby mikroskopijna. Sorry, taki mamy klimat. Tzw. ekstraklasa trenerami pomiata, właściwie nie pozwalając ustalić, kto się nadaje, a kto kompletnie nie.

Argumenty przeciw bywają absurdalne. Skoro nowy selekcjoner jest wujkiem Jakuba Błaszczykowskiego, który nie ze wszystkimi w kadrze się lubi, więc nieuchronnie wywoła konflikt, a wojnę domową wręcz się przepowiadało; skoro Brzęczek w średnich klubach kopał i średnie prowadził, to nie będzie autorytetem. Można w ten sposób obalić miażdżącą większość kandydatów do trenowania czegokolwiek, nawet Niko Kovac w Bayernie niech się nie ośmieli odezwać zbyt głośno do pana Roberta Lewandowskiego. Pada jednak również mnóstwo zarzutów sensownych, wśród których wyróżniłbym ten o braku jakiegokolwiek doświadczenia związanego z kierowaniem reprezentacją – Nawałka wielokrotnie podkreślał, ile zawdzięcza czasowi spędzonemu w sztabie Leo Beenhakkera, a jego następca nie terminował u nikogo, do wszystkiego musi się przyuczyć sam, na stanowisku szefa wszystkich szefów.

A moment nastał, powtórzmy, nie tyle trudny, ile krytyczny.

Jakiś czas temu reprezentacja Polski po spadnięciu na historyczne dno (ósma dziesiątka rankingu FIFA) znienacka wystrzeliła na światowe szczyty – piąta pozycja w przywołanej klasyfikacji, ćwierćfinał mistrzostw Europy, przygody niespotykane od dekad – aż po spektakularnej hossie nastąpił spektakularny krach. Piłkarze Nawałki grali tak ładnie, że zasłonili całą tandetę nadwiślańskiej kopaniny, zepchnęli na daleki plan bałagan ligowy, oderwali się od wciąż aktualnego przekonania, że rodzima piłka nożna to rozrywka poniżej poziomu przyzwoitości. Nawet kibice tzw. ekstraklasy swoimi rozgrywkami gardzą, więc zajmują się sobą – odpalą petardę, rzucą racę, zadymią stadion aż po przerwanie gry.

Te wszystkie zdobycze są zagrożone. Mogą zniknąć zaraz, nagle. Kilka poprzednich lat upływało niemal idyllicznie, seryjne nieprzegrywanie ważnych meczów przeplatały tylko wpadki bez znaczenia, a w 2018 r. dzieją się wyłącznie rzeczy brzydkie, klapa goni klapę, w drużynie kipi od emocji nie zawsze zdrowych, wszystko smutnieje. Reprezentacja Polski nie przegrała jednego meczu czy dwóch, to byłoby zagłaskiwanie ponurej rzeczywistości – ona przerżnęła mundial w stylu poprzedniczek, ożywiając stare nastroje, przecież jeszcze nie wymarłe. Wróciła moda na natrząsanie się z piłkarzy (przydają się tu popisy naszych klubów na wertepach armeńskich czy mołdawskich), aura nowoczesności i perfekcjonizmu ustąpiła brzydkiemu zapaszkowi tradycyjnej bylejakości, a negatywnych komunikatów będzie przybywać, wkrótce opinia publiczna zacznie być bombardowana np. informacjami, że drużyna stacza się w rankingu FIFA. Co tylko teoretycznie jest drugorzędne. Jak ludzie zauważali, że w światowej hierarchii piłkarze wzlatują, tak zauważą spadki. I jeszcze ten łapówkarski smród...

Wyzwania nadciągają poważne, tymczasem nie poprzedzą ich żadne sparingi, o żadnych wstępnych selekcjonerskich wprawkach nie ma mowy. Najpierw wyprawa do Włoch, potrzebujących odkuć się za katastrofę w kwalifikacjach mundialu, potem przylatuje Portugalia, wreszcie rewanż z Italią (wszystko w ramach nowo powstałej Ligi Narodów) –  jako faworyci do meczów Polacy nie przystąpią, a ewentualny zerowy lub prawie zerowy dorobek jeszcze pogłębiłby deprechę. Nachwaliliśmy się w minionych latach PZPN za zręczność marketingową, za upiększanie wizerunku reprezentacji przez kanał „Łączy nas piłka”, ale warunki były komfortowe: trwało masowe wygrywanie, to ono upajało.

Jeszcze raz: zrobiło się niebezpiecznie, i to również w sensie czysto sportowym. Boniek może się asekurować i wtłaczać do kibicowskich głów, że Liga Narodów posłuży jako ćwiczenie przed eliminacjami Euro 2020, ale wynik ma w sporcie kolosalne znaczenie. Porażka nakręca złe emocje, drobne nieporozumienia ogromnieją do fundamentalnych problemów, wszystko marnieje. Dziennikarze pamiętają jeszcze, jak piłkarzom wyrywało się w nienagrywanych rozmowach, że przyjazd na zgrupowanie reprezentacji to obowiązek bardzo przykry, znój wyrywający z sielanki klubowej, fajnie byłoby w ogóle nie otrzymywać powołań. Oni zarabiają w porządnych firmach i jeśli mają przyjeżdżać na zgrupowania z entuzjazmem, muszą inspirować ich cele wznioślejsze niż uniknięcie wstydu, wyniki przeciętne. Brzęczek staje więc przed misją arcytrudną: sprawić, żeby 2018 r. nie okazał się przełomowy jak 2014, tylko inaczej. Ocalić reprezentację przed powrotem do aż nazbyt dobrze nam znanej beznadziei.

czwartek, 19 lipca 2018

Zaria Balti, Gandzasar Kapan

Lech Poznań był dzisiaj o sekundy od dogrywki z Gandzasarem Kapan, który leży w południowej Armenii i liczy 45 tys. mieszkańców, natomiast Górnik Zabrze – o pięć minut od dogrywki z Zarią Bielce, która jest położona na dnie tabeli ligi mołdawskiej. W naszym futbolu trwa epoka wielkich odkryć geograficznych.

W wymiarze sportowym są to odkrycia na miarę naszych możliwości. Wielki mają walor edukacyjny, zachęcając młodzież do wypraw palcem po mapie na rubieże zwłaszcza wschodnie i południowe – bliżej nierozpoznane, nie tak modne jak zachodnie metropolie, wręcz egzotyczne. Najnowsze wędrówki nie zakończyły się pełnym sukcesem, ponieważ Lech i Górnik ostatecznie awansowały dzisiaj do kolejnej rundy kwalifikacji Ligi Europy. Skuteczniej kształcą klęski, bo to jednak zawsze ciekawe sprawdzić, z kim nasi aż tak przerżnęli. Z dobrych źródeł wiem, że nawet odporni na wiedzę gimnazjaliści podróżują wówczas nie tylko palcem po atlasie, ale nawet wzrokiem po encyklopedii.

Objaśnijmy to na przykładzie: gdyby dzisiaj Górnik nie wydrapał remisu w Bielcach, młodzież być może doszperałaby się, że pomieszkuje tam największa w Mołdawii polska diaspora.

Antologia odkryć zakończonych pełnym powodzeniem musi kiedyś powstać – za każdym odpadnięciem z pucharów kryje się fascynująca historia ludzkich losów, razem stanowią idealny materiał na gruby tom, od którego nie sposób się oderwać. Służę wstępnym szkicem i listą wybitnie zasłużonych, jako kronikarz z zacięciem podróżniczo-geograficznym obiecuję też rzecz aktualizować:

2017

FK Qəbələ. Leży w: Azerbejdżan. Odkrywca: Jagiellonia Białystok.

Sheriff Tyraspol. Leży w: Mołdawia, także stolica samozwańczej republiki Naddniestrza. Odkrywca: Legia Warszawa.

2016

Shkëndija Tetowo. Leży w: Macedonia. Odkrywca: Cracovia.

2015

Omonia Nikozja. Leży w: Cypr. Odkrywca: Jagiellonia Białystok.

2014

Ungmennafélagið Stjarnan. Leży w: Islandia. Odkrywca: Lech Poznań.

2013

Żalgiris Wilno. Leży w: Litwa. Odkrywca: Lech Poznań.

2011

Irtysz Pawłodar. Leży w: Kazachstan. Odkrywca: Jagiellonia Białystok.

2010

Qarabağ Ağdam. Leży w: Azerbejdżan. Odkrywca: Wisła Kraków.

21:59, rafal.stec
Link Komentarze (20) »
wtorek, 17 lipca 2018

MŚ 2018. Drużyna marzeń, dream team

A może Modrić i spółka byli naturalnym, wręcz oczywistym kandydatem do medalu mistrzostw świata, tylko wszyscy jesteśmy ślepi na fakty nawet bardzo znamienne, jeśli tylko nie przystają do naszych wyobrażeń o rzeczywistości? Może wygramolimy się wreszcie z cywilizacyjnego zacofania, w którym Argentyna i Brazylia są faworytami, bo są Argentyną i Brazylią, a Chorwacja nie jest, bo jest Chorwacją? Cotygodniowy felieton z poniedziałkowej gazety przeczytacie tutaj, wklejam z opóźnieniem, bo usiłuję się pozbierać po powrocie z Rosji.

I zanim całkiem wyjmiemy głowę z mistrzostw, to jeszcze przynajmniej kilka linków z ostatnich kilkudziesięciu godzin.

Tutaj znajdziecie cały mundialowy alfabet, podróż od Afryki przez stację Elektrozawodnają i Putina po zimę 2022 roku. Moja ulubiona bohaterka kryje się pod literą „k”, ma na imię Samira – chciałem z nią dłużej porozmawiać, ale mijaliśmy się, niestety, nie byłem na żadnym meczu Iranu.

A tutaj przedstawiam turniejową drużynę niemarzeń. Jak widzicie na powyższej grafice, to drużyna jedynie słuszna, zwłaszcza ze słuszniejszymi niż we wszystkich innych superjedenastkach nominacjami na lewą obronę i środek ataku. Gdybyście zatem chcieli polemizować, to pamiętajcie, że to wybór jedynie słuszny. (Oczywiście za gracza numer jeden uważam Lukę Modricia, który zresztą grał na MŚ najwięcej ze wszystkich, 694 minuty. Jak poprzedni mundial wylansował na megagwiazdę mało znanego rozgrywającego Jamesa Rodrígueza, tak teraz rządził rozgrywający uznany, piąty w plebiscycie Złota Piłka. On i pan Ivan 71 meczów w sezonie Rakitic trochę kompromitują rytualne strachy, że mundial nie dla superbohaterów rywalizacji klubowej, bo przyjeżdżają wypluci sezonem).

I może jeszcze podrzucę, dla refleksji, kawałek spisany przed finałem – o francuskich mistrzach świata z 1998 roku, popatrzcie, jak oni bardzo wyszli na ludzi. Ciekawe, co będzie kiedyś z nową złotą generacją...

A poza tym, jak wiecie, równie fajnie jak nad ziemią, było pod ziemią. Moskiewską. Spędziłem tam kupę czasu, wszystkim polecam:-)

21:54, rafal.stec
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 16 lipca 2018

Kolinda Grabar-Kitarović

Fajne imię. Oryginalne, 99,999 proc. ludzkości nigdy nie słyszało, żeby ktoś się tak nazywał. Super pasuje do piłkarskiej reprezentacji Chorwacji, która też jest fajna, oryginalna i super, ponieważ zdobyła srebro mundialu, a maleńkie kraje zazwyczaj nie fruwają na pułapach medalowych.

Kolinda akurat też przyleciała z Chorwacji - do Rosji, dzielnie kibicować z trybun piłkarzom Chorwacji, jest w końcu prezydentem ich kraju, krąży też wzruszająca informacja, że sama opłaciła podróż do włości Putina, pomimo pełnionej funkcji. Piszę, że „krąży”, bo w internecie mi mignęło, a nie chce mi się sprawdzać.

Prawie nikt nie sprawdza. Lepiej podejrzeć zdjęcia Kolindy - z plaży, atrakcyjne, jeszcze fajniejsze niż imię. To też kluczowy aspekt zjawiska, chodzi o tzw. „cycki” - przepraszam za wyrażenie, zbiorowo się tak określa sami wiecie jaki typ obrazkowych internetowych przyciągaczy. Foty półnagiej Kolindy są wprawdzie fejkowe, ale tego też nikt nie sprawdza, zresztą gdyby po sprawdzeniu okazały się fejkowe, to przyjemności mniej. Jedna fejkowa fota mniej czy jedna więcej, co za różnica, przecież przed chwilą hulały po tzw. portalach społecznościowych filmy z chorwackich ulic w ekstazie wywołanej mundialowym sukcesem i nikogo nie obchodziło, że filmy tak naprawdę pokazują zabawę w hiszpańskiej Pampelunie.

Kolinda zrobiła więc karierę, furorę nawet. Rozbłysnęła na gwiazdę, reklamuje Chorwację prawie jak piłkarze - jako pani prezydent nowoczesna, dynamiczna, sympatyczna, naturalna, niewyniosła, spontaniczna, w niej jest samo dobro.

Tak się przypadkiem składa, że wiedziałem o jej istnieniu już wcześniej. O Kolindy poglądach, politycznej karierze i stylu. Zdaję sobie też sprawę, dlaczego nacjonalizm lgnie do sportu, zwłaszcza do dyscypliny rozbudzającej namiętności silne jak piłkarskie, wizyty Chorwatki na trybunach doskonale rymowały mi się ze wszystkim, co dotarło do mnie wcześniej. Ale wątku politycznego ciągnąć nie chcę. Kogo interesuje, niech sobie sprawdzi, nie będę skręcał z roli prostego dziennikarza od opisywania sportowych fikołków, nawet jeśli poglądów Kolindy - pani prezydent Kolindy - nie lubię i odczuwam wewnętrzną potrzebę ich zwalczania, to oddam tę misję mądrzejszym. Zwłaszcza że uwierają mnie teraz nie jej przekonania i działalność, lecz dołująca bezrefleksyjność tłumu, który uległ urokowi nie wiadomo czego.

Foty fejkowe, nikt nie wie, co pani prezydent myśli o tym i o owym, nikomu nie chce się sprawdzić, nikt nie poświęci kropelki potu - przeciwieństwo heroicznie wycieńczonych chorwackich piłkarzy - żeby dowiedzieć się, co go zachwyca, co podaje dalej, co lajkuje i propaguje, uwielbiają Kolindę lewaki i prawaki, kochają liberały i faszole, oklaskują demokraci i zwolennicy twardorękich rządów większości nad mniejszością. Idealna definicja poznawania świata przez tzw. portale społecznościowe, które skutkuje potem, w chwilach ważniejszych niż mundialowe, kompletną bezradnością w konfrontacji ze złożonością rzeczywistości.

Wylądowałem na Okęciu, więc nie zdążę spisać kilku kolejnych planowanych akapitów (zresztą iPad pada), ale mniej więcej się wygadałem. Mistrzostwa były fascynujące, a Władymir i Kolinda umiejętnie to wykorzystali, poza Francją zatriumfowała jeszcze władza - rosyjska i chorwacka.

Tagi: MŚ 2018
20:13, rafal.stec
Link Komentarze (41) »
niedziela, 15 lipca 2018

MŚ 2018

Na Lukę Modricia wpadłem na stacji metra Majakowskaja. Jakoś mnie to nie zdziwiło, nic zaskakującego, że chorwacki rozgrywający postanowił popodróżować po wnętrzu urządzonym w stylu art deco, prostym i eleganckim, zaprojektowanym z troską o przestrzenną dyscyplinę, przecież on uprawia futbol wierny tym samym wartościom, chętnie urzeknie szczególikiem, lecz przede wszystkim podąża za funkcjonalnością, każde zagranie musi służyć konkretnemu celowi, każdy ruch również, musi być zawsze dostępny dla partnera z piłką, podobać się chce co najwyżej przy okazji.

Wkomponował siebie w krajobraz Chorwat tak harmonijnie, że pamiętam, co pomyślałem: on wytwornie wyglądałby wszędzie, w każdej drużynie i na każdej stacji.

Gdy wkrótce napatoczył się angielski obrońca Harry Maguire – na pozbawionej ozdobników, nawet topornej stacji Dubrowka – już byłem nieco zdziwiony, że znów piłkarz, przecież oni się rozbijają własnymi limuzynami, gdzie tam zadawać się z plebsem, ale prędko przyjąłem do wiadomości, że mundial najwyraźniej zszedł do podziemi, wiadomo, moskiewskie metro wciąga, moskiewska plątanina oplata całą planetę, nie sposób się jej oprzeć, możesz wyjąć człowieka z moskiewskiego metra, ale nie możesz wyjąć moskiewskiego metra z człowieka, kto raz tam zstąpił, ten oddał mu się na zawsze. No więc Anglik sapał, charczał, znać było, że wkłada w grę w piłkę krew, pot i łzy, ewidentnie rozglądał się za jakimś stałym fragmentem gry, może rzutem rożnym albo rzutem wolnym, najlepiej rzutem karnym, wtedy sprawę załatwi jego kolega imiennik z Tottenhamu, Harry Kane.

MŚ 2018

Za to N’Golo Kante znajdował się wszędzie naraz, zobaczyłem go u szczytu ruchomych schodów, zjechałem, a on już brykał u spodu, na peronie, no tak, oczywiście, bryka właśnie tutaj, gdzie najbardziej zagmatwany węzeł przesiadkowy, skoro stacja Arbatskaja łączy się ze stacją Aleksandrowski Sad, ze stacją Biblioteka im. Lenina i ze stacją Borowickają, to on może pobrykać na maksa, ganiał na każdej, na którą zajrzałem, cały czas poszukiwał piłki, którą mógłby odebrać, on piłkę wszak odbierał na mundialu najczęściej, statystyki nie kłamią, a jeśli piłki akurat nie było, to odbierał cokolwiek, panu odebrał gazetę, pani wyjął torebkę, ale prędko się zreflektował, pooddawał fanty i znów pomknął po piłkę, zasuwał dzień i noc, noc i dzień, zasuwał do upadłego, ale nigdy nie upadł, N’Golo w biegu odpoczywa, więc im dłużej biegł, tym bardziej miał siłę, żeby biec. Aż nagle ujrzał wagon z napisem „Finał” i... znienacka stanął, nie wiedzieć czemu.

Francuskiego selekcjonera dojrzałem nie na peronie, lecz w pociągu. Najbardziej malowniczego w Moskwie – kursującego na linii Arbatskaja-Pokrowskaja, z zewnątrz pokolorowanego na kwiatowo i jabłkowo, wewnątrz wystrojonego w akwarele, wszystko pod patronatem zasłużonego radzieckiego artysty Siergieja Andrijaka. Didier Deschamps siedział, spoglądał nieobecnym wzrokiem na wiszące prace i szeptał do siebie, niektóre frazy powtarzając po wielokroć: „Owszem, pomogłem piłkarzom udekorować się złotem, ale czy wydobyłem z nich to, co najwspanialsze? Skoro oni tutaj w Moskwie chcą, żeby nawet w zwykłym metrze było estetycznie, po prostu ładnie, to czy ja, obdarowany sportowcami niezwykłymi, nie mogłem porwać się na stworzenie arcydzieła? Nie mogłem wybrać się na podium inną trasą, z bardziej pociągającymi widokami, silniej inspirującą, zostającą w kibicowskiej pamięci na zawsze?”.

MŚ 2018

MŚ 2018

Marouane Fellaini też nastrój miał refleksyjny. Przycupnął markotny na stacji Botaniczeskij Sad, chyba cały czas wspominał tę feralną, przeklętą chwilę, w której przeskoczył go tamten francuski obrońca, o 12 centymetrów niższy obrońca, i załadował gola odbierającego Belgom finał. Może rozmyślał Marouane o tym ogrodzie obok? O baobabach, które są tak wysokie i tak rozłożyste, że w ich koronie powinna lądować każda dośrodkowana wysoko piłka? Może nawet posunął się do dramatycznego przypuszczenia, że lepiej byłoby być jakimś innym botanicznym wykwitem, borostworem o zupełnie innych zaletach i wadach? Lękałem się podejść, on stał, a ja słyszałem, że drzewa umierają stojąc, wolałem się nie wtrącać.

Eden Hazard miotał się z piłką na Mieżdunarodnajej. Wszystko rozumiałem: ciasna jak żadna w głównej rosyjskiej metropolii, a on nie potrzebuje wiele miejsca, żeby zadryblować się na śmierć, właściwie to pomieściłby się w szafce w szatni, nawinąłby tam na swoją stopę wszystkich obrońców świata razem wziętych. No i zimna, pobudowana w centrum biznesowym, pewnie się czuł tam jak w Chelsea, u Romana Abramowicza, łączy ich tylko interes. Hazard zresztą ewidentnie zaczął się w końcu rozglądać za wyjściem, on chyba sugeruje, że chce zmienić otoczenie. Na coś niebanalnego, może królewskiego.

Mario Mandzukić łypał spode łba, co rusz przyjmował postawę wojowniczą i podchodził tak blisko do każdej mozaiki na stacji Komsomolskaja – przedstawiały najważniejsze bitwy w dziejach Rosji – jakby chciał do niej wejść, tak, on ewidentnie usiłował wtargnąć na każde pole walki, które się nawinęło. Nosiło go, ach, jakże go nosiło, w pewnym momencie ryknął i wszyscy uciekliśmy.

MŚ 2018

Odetchnąłem przy witrażach na Nowosłobodskajej. O pokoju na świecie traktowały, przynajmniej tak stało napisane, bo w istocie... Nieważne, kto chce znać prawdę, niech poszpera w księgach, w każdym razie manewrowało tam półtora miliona Japończyków – „my na nikogo nie napadamy, nie chcemy awantur, nie chcemy żółtych kartek, pragniemy zostać mistrzami fair play”, ich mowa ciała nie pozostawiała wątpliwości, wszyscy pochylili głowy i wbijali wzrok w podłogę, ale w powietrzu unosiło się coś niepokojącego, oni chyba planowali zaatakować na następnej stacji, na Prospiekcie Mira, prawdopodobnie rozglądali się za Belgami.

MŚ 2018

Też wolałem się wycofać. Porządny ze mnie człowiek, znaczy Polak, więc nie atakuję nikogo, kto mnie nie atakuje. Podjechałem na Dostojewskają, chciałem się wyciszyć, porozmyślać, a tam... Messi! Stał przed Fiodorem, między nimi był hologram Wielkiego Inkwizytora, hologram w dodatku był gadający, prawdziwe orędzie wygłaszał, perorował o „cudzie, autorytecie i tajemnicy”, wprost do piłkarza: „Drogi Leo, jeśli chcesz, żeby Argentyńczycy założyli kościół twojego imienia, jak Diegorianie od św. Maradony, to potrzebujesz i cudu, i autorytetu i tajemnicy, a posiadasz jedynie autorytet, nie posiadłeś tajemnicy wygrywania z reprezentacją patałachów, brakuje też cudu – wielkiego meczu rozegranego przez kopaczy, którzy cię otaczają. Bądź cierpliwy, nadal poszukuj, aczkolwiek przestrzegam, że został ci już tylko jeden mundial, potem wszystko przepadnie”.

MŚ 2018

Brzmiało pokrętnie, więc zwiałem na Elektrozawodskają, pod 318 zamontowanych na suficie lampek. Może mnie oświeci? Nawałka też tam siedział. Wyglądało, jakby czekał, aż go oświeci.

MŚ 2018

Na Kijewskajej udzielał się chorwacki futbolista Domagoj Vida. Pod malowidłem zatytułowanym poetycko „Przyjaźń rosyjskich i ukraińskich kołchoźników” wymachiwał ukraińską flagą, wołał, że chwała Ukrainie, sprawiał wrażenie głęboko zaangażowanego, imponował.

Dlatego stacja przy placu Rewolucji wydała mi się aż nazbyt spokojna. Owszem, wdepnąłem tu w wielobarwne ciżby przegranych – rozmaitych Nigeryjczyków, Argentyńczyków czy Hiszpanów – którzy byli wzburzeni, hałasowali, żądali radykalnych zmian. Ale ich problemy wydały mi się jakieś błahe.

MŚ 2018

A może to moja wina? Może to nie oni zajmowali się głupstwami, tylko ja już ledwie żyłem, wycieńczony eksplorowaniem podziemi? Może mundial trwał już zbyt długo, mózg mi zamuliło, powinienem ewakuować się jak najprędzej, zanim wyrwie mi się z ust albo spod palców coś haniebnie słabego, oznaczającego niechybny koniec kariery?

Ocalenie przyszło na stacji przy Parku Zwycięstwa, pełnej rozskakanych i rozśpiewanych Francuzów, tylko trenera ani widu, ani słychu – pamiętacie, celebrował na smutno.

Stacja najgłębsza w Moskwie, na peron zjeżdżałem schodami ruchomymi 2 minuty i 54 sekundy, znów gonitwa myśli, wreszcie błysk, choć zupełnie bez błysku – przecież Kylian Mbappé potrzebował tylko kilku chwil więcej, żeby przywalić dwoma golami Argentynie! Przecież wraz z Paulem Pogbą potrzebowali marnych siedmiu minut, by dwukrotnie przydzwonić próbującej dokazywać Chorwacji! Przecież gdy tylko ktoś im się naraził, to natychmiast odwet brali okrutny! Deschampsie, to nie twoja wina, przyjeżdżaj tą Arbatskają-Pokrowskają, niech będą przeklęci ci, którzy nie umieli przygrzmocić twoim wszechutalentowanym Francuzom, niech na wieki przepadną Urugwajczycy i Belgowie, że nie wydobyli z Francuzów tego, co najwspanialsze!

I tylko naszego Karola Linettego nie było nigdzie, na żadnej stacji, on chyba do metra w ogóle nie dojechał.

MŚ 2018

MŚ 2018

MŚ 2018

22:59, rafal.stec
Link Komentarze (18) »
piątek, 13 lipca 2018

 Anglia

Czy wyspiarscy piłkarze, którzy w środę z kretesem przegrali batalię z Chorwacją, rzeczywiście rozgrywają mistrzostwa inne niż zwykle, zwiastujące odzyskanie utraconej potęgi?

Oto jak jeden epizod może radykalnie wpłynąć na postrzeganie rzeczywistości: Anglicy przegnali zmory, po bezliku katastrof wreszcie triumfowali w rzutach karnych – i wnet okazało się, że najnowszą reprezentację tworzą piłkarze przyszłości, zwłaszcza psychicznie górujący nad przedstawicielami poprzednich pokoleń. Zwróćmy uwagę, że tamtego przełomowego wieczoru nie zależeli nawet od siebie – po trzeciej serii jedenastek przegrywali i gdyby Kolumbijczycy zachowali zimną krew, wyspiarze skończyliby typowo. Padliby po zderzeniu z pierwszym poważnym rywalem.

Komentatorzy zwariowali jednak ze szczęścia. Poszlaki świadczące o tym, że nowa wspaniała przyszłość dzieje się już, znienacka się rozmnożyły, ze szczególnym uwzględnieniem mentalnych. Młodzi angielscy piłkarze mieli grać wyluzowani, już nie w lęku przed klęską, lecz w radosnym pędzie do spełniania marzeń; zdeprawowanych i zestresowanych zarazem celebrytów z przeszłości zastąpili twardziele po przejściach, także niskoligowych, którzy przywykli do walki z przeciwnościami losu; z Kolumbią wygrali Anglicy wojnę na spryt, niekoniecznie czyste triki, trener Gareth Southgate mówił, że „stali się sprytniejsi” i „przyjęli reguły gry proponowane przez resztę świata”. Euforia.

Czy istnieją podstawy, by zaproponować alternatywną interpretację? Na pewno wiemy, że Anglicy perfekcyjnie przygotowali stałe fragmenty gry – zawdzięczają im rekordowe 75 proc. goli, strzelili ich w ten sposób więcej niż ktokolwiek w historii MŚ opisanych statystycznie. Pomysł na wygrywanie ilustruje przypadek Harry’ego Kane’a, któremu wysoce prawdopodobny tytuł króla strzelców dają na razie trzy gole z karnych, jeden zdobyty nieświadomie (piłka się odbiła) oraz dwa po rzutach rożnych (jedna dobitka). Dorobek osobliwy – takiego supersnajpera mundial jeszcze nie widział. W innych sytuacjach napastnik Tottenhamu pudłował.

Inne fakty: wyspiarze pokonali jedynie Panamę, Tunezję oraz Szwecję. I tradycyjnie pomogli rywalom spektakularnie przechodzić do historii – na MŚ 2014 pozwolili Kostaryce pierwszy raz wyjść z grupy, na Euro 2016 ulegli rzetelnemu zespołowi z maleńkiej Islandii, na MŚ 2018 ustąpili debiutującej w finale Chorwacji. A kiedy ta ostatnia strzeliła im wyrównując gola, kompletnie się pogubili. Nie wytrzymały im głowy, w których rodacy doszukiwali się nieprzebranych pokładów mocy, stalowej woli zwycięstwa. Zresztą gdyby wyspiarze ulegli raczej fizycznie, byłaby tragedia, w końcu szarpali się z rywalami krwawiącymi, znoszącymi już trzecią na turnieju dogrywkę.

Niewykluczone, że owszem, stan angielskiego umysłu jest dzisiaj inny niż wczoraj, ale dotyczy to bardziej komentatorów niż piłkarzy. Gdy w 2002 r. z mundialu wracali – po porażce z Brazylią! – młodzi lub stosunkowo młodzi zdolni Rio Ferdinand (23 lata), Ashley Cole (21), Paul Scholes (27), David Beckham (27) czy Michael Owen (22), ogłaszano żałobę narodową, a gdy teraz wracają zbliżeni wiekowo John Stones (24), Kieran Trippier (27), Jordan Henderson (27), Dele Alli (22) czy Harry Kane (24), to witają ich pocieszające zapewnienia, że zebrali doświadczenia, by zwyciężać jutro.

Może zresztą powinni szukać nadziei gdzie indziej. Choć na ich piłkarzach muszą odcisnąć piętno wybitni zagraniczni trenerzy spraszani do Premier League bardziej masowo niż kiedykolwiek, to nie ma żadnych racjonalnych podstaw do wyrażania przekonania, że obecni kadrowicze osiągną więcej niż ci sprzed półtorej dekady. Jednak nadciąga wataha jeszcze młodsza, ewidentnie wyszkolona – najważniejsze pojęcie w angielskim słowniku futbolowym – inaczej niż nieszczęśnicy z przeszłości. Mniej ważne, że juniorzy zgarnęli w ubiegłym roku złoto MŚ do lat 17, srebro ME do lat 17 (do ostatnich sekund prowadzili z Hiszpanią), złoto ME do lat 19, złoto MŚ do lat 20 oraz brąz młodzieżowych ME (w półfinale nie wytrzymali karnych z Niemcami). Mniej ważne, że ich popisy sumują się w 34 mecze bez porażki. Najistotniejsze, że urzekali technicznym wyrafinowaniem w ich kulturze niespotykanym, jak wyjętym ze szkoły iberyjskiej. Zmiana w edukacji niewątpliwie nastąpiła, skoro Phil Foden obmacuje stopą piłkę z taką subtelnością, jakby lepili mu ją w słynnej barcelońskiej akademii La Masia.

A teraz jego rozwoju dogląda w Manchesterze City wybitny wychowawca Pep Guardiola. Tak, idzie obiecujące nowe. Nawet jeśli akurat na mundialu 2018 angielscy seniorzy specjalnie nie zaimponowali.

Tagi: MŚ 2018
01:46, rafal.stec
Link Komentarze (69) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 249
Archiwum
Tagi