RSS
niedziela, 28 sierpnia 2016

Piłkarze Adama Nawałki znów zjeżdżają na zgrupowanie w Warszawie, by w piątek polecieć do Kazachstanu i w niedzielę rozpocząć tam eliminacje do mistrzostw świata w 2018 r. Ale poza tym wszystko jest inaczej niż kiedykolwiek za mojego świadomego kibicowskiego życia. Powiedzieć, że reprezentację tworzą ludzie sukcesu, to nic nie powiedzieć. Mój tradycyjny felieton do poniedziałkowej „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

czwartek, 25 sierpnia 2016

Niewielu spośród polskich kibiców życzyło Legii rywali w Lidze Mistrzów możliwie najsłabszych, przeważali zwolennicy Barcelon, Reali i innych Bayernów. Co można uznać za przejaw zdrowego rozsądku – skoro nie ma szans, by z kimkolwiek wygrać, to chociaż popodziwiajmy z bliska wirtuozów, pozwólmy im pobłogosławić stopami nasze murawy. Ale można też wyczytać w zbiorowych reakcjach odruchowe poddaństwo, hodowany latami kompleks, który nie pozwala nam myśleć normalnymi kategoriami sportowymi. Nie pożądamy takich przeciwników, by Legia raczej podjęła walkę niż jej nie podjęła, lecz oczekujemy, że na jej stadionie przedefilują bożyszcza, a my powodzimy za nimi maślanymi oczyma.

To nie jest mentalność z Ligi Mistrzów. To jest mentalność okolicy, w której płacimy Barcelonie czy Realowi, by okazały łaskę, zajrzały do nas podczas wakacji i odbębniły lekkopółśredni sparing w niepodstawowym składzie. A potem jeszcze nasze media posłusznie potrąbiły o jakimś „Supermeczu”. Trener Legii wkomponowuje się w krajobraz idealnie – zamiast z koszyka rozstawionych chcieć CSKA Moskwa, głośno marzy o Realu.

W ogóle wszystko jest na tym obrazku spójne, bo w Madrycie też niechętnie zniżą się do latania do Warszawy. Współwłaściciel warszawskiego klubu Dariusz Mioduski mówi w wywiadzie, że w Europie Legię „szanują”, tymczasem kontynentalna oligarchia od miesięcy radzi, jak zmienić formułę LM i odseparować się od Legii na zawsze. Oczywiście nie tylko od Legii, z przecieków wiemy, że jako rywala poniżej godności Realu jego przedstawiciele wymieniali podczas debat np. białoruskie BATE Borysów.

Podobnie kombinują w Barcelonie. W Bayernie. Nawet w Juventusie, który długo się przed ostateczną elitaryzacją futbolu klubowego wzbraniał. To jednak interes całej Serie A – skoro jej przedstawiciele niemal co sezon obrywają w kwalifikacjach Champions League i liga włoska wystawia w fazie grupowej ledwie dwie drużyny, to trzeba tak pogmerać w przepisach, żeby kwalifikacje wyminąć. I zawsze wystawiać cztery drużyny. Bez wychodzenia na boisko, bez udowodnienia, że jest się od kogokolwiek sportowo lepszym. Dotyczy to m.in. Milanu, który miał zapraszać Legię na sparing. Na sparing, owszem – ale w LM jej sobie nie życzy.

To się stanie już za chwilę. Rozanieleni popatrzymy jeszcze raz czy dwa, jak europejscy potentaci zgodzą się zaszczycić sobą polski stadion. A potem wielbione u nas Barcelona, Real czy Bayern do miejsc, których się brzydzą, wpadną ewentualnie co najwyżej za osobny hajs, po sezonie, na pokazową atrapę meczu piłkarskiego. Kibiców mają wszędzie, i tak przywita ich radosny pisk. Mentalnie jesteśmy gotowi.

wtorek, 23 sierpnia 2016

Ależ to jest paradoks! Zdawało się, że kiedy polska drużyna wreszcie wepchnie się do Ligi Mistrzów, to zatrzęsie się ziemia i będzie magicznie, przecież okoliczności poprzedniego awansu – łódzkiego Widzewa sprzed 20 lat – wspominamy jako jeden z najsłynniejszych horrorów w dziejach naszej klubowej piłki nożnej. Tymczasem Legia wczołgała się do elity po tygodniach wręcz żałosnych, niegodnych firmy o jej statusie. I po wieczorze więcej niż zawstydzającym. Przez kilkadziesiąt minut żyliśmy w strachu, że jednak odpadnie i będzie największy obciach w historii naszej piłki klubowej.

Dobry moment miała Legia tego lata tylko jeden. W tamten piątek, gdy podczas losowania z nieba spadli jej irlandzcy półamatorzy, być może najsłabszy uczestnik ostatniej rundy eliminacji, odkąd istnieje LM w obecnym kształcie. Wygrana i remis ze Zrijnskim Mostarem, wydłubane 1:0 w dwumeczu z Trenczynem, wreszcie pokonanie piłkarzy Dundalk, którzy nie mają nawet pełnych etatów w klubie – jeszcze nigdy nie wystarczyło dokonać tak niewiele, by osiągnąć tak wiele.

Dlatego chyba wszyscy mamy, delikatnie mówiąc, mieszane uczucia. Niby widzimy, że szefowie Legii realizują cel za celem – po zimowej ofensywie transferowej uświetnili stulecie klubu odzyskaniem tytułu w tzw. ekstraklasie oraz obroną Pucharu Polski, a teraz zadebiutują w LM. Niby znamy niesprawiedliwą sprzyjającą uprzywilejowanym (czytaj: bogatym) politykę UEFA – nasze drużyny rozpoczynają rywalizację coraz wcześniej, ostatnio już wręcz w pierwszej połowie lipca, czyli wtedy, gdy żadna drużyna nie jest w stanie grać dobrze. Zarazem jednak zdajemy sobie sprawę, że 130 mln rocznego budżetu daje Legii jeszcze większą przewagę nad krajowymi konkurentami niż przewaga Bayernu nad resztą Bundesligi. Dlatego jej strategia – podobnie jak wyniki – jest wręcz groteskowa. Zaczęło się od trenera Stanisława Czerczesowa, który niemal otwarcie poddał mecz z przedostatniej kolejki minionego sezonu z Lechią Gdańsk, żeby oszczędzić swoje „gwiazdy” na bój z Pogonią Szczecin, a teraz jego tradycje kontynuuje Besnik Hasi. W tym sezonie wpuścił już na boisko 29 piłkarzy, co może być nieoficjalnym rekordem Europy. I Legia za wyraźnym przyzwoleniem szefostwa czasem odpadnie z PP po porażce z drugoligowcem, czasem oberwie od Łęcznej, a czasem przyłoży kibicowi w twarz 1:3 z Arką Gdynia. Właściciel sezonowego karnetu ma prawo oglądać popisy piłkarzy w furiackim rozdygotaniu.

Ja oglądam je zażenowany, ale równocześnie trudno mi nie docenić doniosłości chwili. Kiedy poprzednio byliśmy mieliśmy swojego przedstawiciela w LM, był nim dzisiejszy czwartoligowiec, a reprezentację Polski prowadził Antoni Piechniczek. Epoka niemal antyczna. I niewykluczone, że gdyby Legia nie awansowała teraz, to nie awansowałaby już nigdy, bo UEFA za chwilę zatwierdzi nową formułę rozgrywek, jeszcze szczelniej zamykającej wstęp do nich wszystkim spoza oligarchii najbogatszych. Trwa więc hossa polskiej piłki. Nasza reprezentacja po wieczności turniejowych klęsk wybiła się na poziom ćwierćfinału Euro, nasze gwiazdy kosztują dziesiątki milionów euro, a nasz klub odzyskał prawo do gry z Barcelonami czy Realami na poważnie, a nie pokazowo, gdy potentatom za tę łaskę zapłacimy. Kilka lat temu polski futbol stoczył się na historyczne dno, dzisiaj przeżywamy najwspanialszy rok od trzech dekad.

Sportowo nie wolno nam wiele oczekiwać, boimy się raczej, że Legia podzieli los Maccabi Tel Awiw, które w poprzedniej edycji przegrało wszystkie grupowe mecze, strzelając ledwie jednego gola, a tracąc 16. Aż 17 razy zdarzało się, że uczestnik LM kończył ją bez punktu. Sukces jednak Legia odniosła i wymierny (finansowy), i symboliczny, jeszcze bardziej wzmacniający nasze wrażenie, że przestaliśmy leżeć na futbolowej prowincji. Nawet jeśli warszawscy piłkarze grają ostatnie przeraźliwie słabo i zwycięskie 0:1 w rewanżu z Dundalk byłoby logicznym podsumowaniem lata. A kolejny paradoks polega na tym, że tzw. ekstraklasę wpuszczają do elity akurat teraz, gdy wszystkie jej potęgi albo leżą na dnie tabeli (Wisła i Lech), albo dyndają tuż nad nim (Legia). Znów przekonaliśmy się, jak olbrzymią władzę ma w sporcie przypadek. Przecież awans do LM to także nieplanowany skutek uboczny osławionego dzielenia punktów, dzięki któremu Legia może jawnie odpuszczać mecze w kraju i zakładać, że wiosną odrobi stratę.

niedziela, 21 sierpnia 2016

A może nawet – ile znaczy Polska, w wokółolimpijskich dyskusjach słychać, że dotykamy kwestii dla nadwiślanina najdonioślejszych. Też zabrałem głos, w felietonie do poniedziałkowej „Wyborczej”, który przeczytacie tutaj.

23:11, rafal.stec
Link Komentarze (26) »
czwartek, 18 sierpnia 2016

Obwieszoną medalami dekadę męskiej reprezentacji psują występy olimpijskie. Dotkliwie przeciętne, zawsze na miarę ćwierćfinału. Niepokojące jest to, że ten w Rio nawet nie zaskakuje.

Kulminację przeżyliśmy na złotym mundialu przed dwoma laty, podczas którego w szatni spotkali się najwybitniejsi przedstawiciele obu generacji juniorskich mistrzów świata – Michał Winiarski, Mariusz Wlazły (rocznik 1983) oraz Paweł Zagumny (1977). Brakowało w tej supergrupie jedynie Piotra Gruszki (1977). On nie zdążył, z oczywistych względów wszedł w schyłek kariery wcześniej niż rówieśnik z pozycji rozgrywającego.

Kiedy weterani – absolutnie kluczowi na tamtym niesamowitym turnieju – zrezygnowali z gry dla kraju, stało się jasne, że złota reprezentacja przestaje istnieć. I spodziewaliśmy się, że będziemy musieli swoje odcierpieć, jak każda drużyna przechodząca przemianę pokoleniową. Nie spodziewaliśmy się jednak, że straty okażą się jeszcze większe.

Atakującego Wlazłego zaczął wyręczać Bartosz Kurek, który w Rio wyrastał ponad drużynę. Tu udało się utrzymać wysoki poziom.

Przyjmującego Winiarskiego zastąpił Michał Kubiak. Gracz klasowy, jednak nieporównywalny z poprzednikiem – najbardziej utytułowanym wśród współczesnych polskich siatkarzy, triumfatorem Ligi Mistrzów przez kilka lat współtworzącym w Trento najsilniejszą drużynę klubową świata. W dodatku w Rio Kubiak grał poniżej swoich możliwości. On, kapitan, który najśmielej powtarzał, że interesuje go tylko złoto.

Wreszcie w buty rozgrywającego Zagumnego miał wskoczyć Fabian Drzyzga. Właśnie tu ponieśliśmy stratę, której nie oczekiwaliśmy. Drzyzga w pewnym momencie właściwie zniknął. Zmalał w reprezentacji do rezerwowego. Najgłośniej było o nim wtedy, gdy wypływały informacje o jego trudnych relacjach z trenerem Stéphane’em Antigą. Okazało się, że abdykował nie jeden, lecz obaj mistrzowscy rozgrywający. I piłkę wystawia w kadrze Grzegorz Łomacz, przez całą karierę – w październiku skończy 29 lat – zawodnik na poziomie ligowym, któremu nikt nie wróżył skakania wokół podium imprez mistrzowskich. Jemu nie sposób niczego zarzucić. W Rio wypadł poprawnie, a momentami nawet lepiej niż poprawnie. Ale on daje głównie rzetelność i sumienne wykonywanie zaleceń taktycznych. Nie stać go na zaoferowanie czegoś ekstra, co charakteryzuje wystawiających ze światowego szczytu. Tu Polacy odstają od czołówki bodaj najbardziej, i to nie ze względu na ledwie 187 cm wzrostu Łomacza (choć przewagę atletyczną Amerykanie mieli w środę miażdżącą).

Reprezentacji Antigi drastycznie ubyło zatem jakości. I za bardziej zaskakujący niż ćwierćfinałowa porażka na igrzyskach powinniśmy właściwie uznać popis na ubiegłorocznym Pucharze Świata, podczas którego nasi siatkarze grali jak opętani. Po dziesięciu zwycięstwach z rzędu ulegli dopiero Włochom. Nowa drużyna miała się rodzić w bólach, a rozkwitła w mgnieniu oka.

Nie sposób jednak usprawiedliwić stylu, w jakim Polacy pozwolili się wypędzić z Rio. Nie sposób nie zauważyć najbardziej niepokojącego trendu z możliwych – otóż nowa reprezentacja po doskonałym starcie sprzeciętniała i już do świetnej formy nie wróciła. Szokująca porażka w ćwierćfinale mistrzostw Europy ze Słowenią, ledwie trzecie miejsce w europejskich kwalifikacjach olimpijskich (ocalała po horrorze z Niemcami), słabiuteńki występ w Lidze Światowej (piąte miejsce), wreszcie beznadzieja w Rio. To nie tak, że siatkarze rozczarowali nagle, akurat w najważniejszym momencie. Ich wynik to logiczne zwieńczenie całego sezonu.

Tak samo logiczne jest kwestionowanie – choć potrzeba tu analizy i fundamentalnych rozmów z selekcjonerem – pozycji Antigi, który wygląda na opuszczonego przez bardziej doświadczonego Philippe’a Blaina (dlaczego asystent nie uczestniczy już aktywnie w przerwach w grze, jak podczas mundialu?). Przybywa poszlak, by sądzić, że w reprezentacyjnej szatni zwyczajnie brakuje chemii.

Przyzwyczailiśmy się już, że największe triumfy wypalają Polaków. Że następujący po nich sezon bywa wręcz tragiczny. Po srebrze MŚ w 2006 r. (na jakikolwiek medal czekaliśmy ćwierć wieku) trener Raúl Lozano bezsilnie przyglądał się, jak jego podwładni przegrywają na ME z Belgią. Po złocie ME w 2009 r. (pierwszym w historii) Daniel Castellani podpisał swoim nazwiskiem miejsca 13-18 na mundialu. W podobne kłopoty wpadają właściwie wszyscy, może z wyjątkiem Brazylii. Amerykanie wygrali igrzyska w Pekinie, by na następnych dać ciała totalnie, jak Polska w Rio (wyskoczyli z grupy na pozycji lidera, w ćwierćfinale oberwali do zera od rozbitych Włochów), marnie wypadali też na mundialach (zresztą od dwóch dekad nie zdobyli na nich medalu). A Rosjanie – mistrzowie olimpijscy z Londynu – stoczyli się ostatnio prawie na swoje historyczne dno. Skaczą między piątymi a ósmymi miejscami.

Na te wahania wpływa też patologiczny system siatkarskich rozgrywek. Najbardziej rozbudowany w sportach zespołowych, sprawiający, że nie zdarzają się już imprezy, na których wszyscy faworyci są przygotowani perfekcyjnie lub prawie perfekcyjnie. W tej grze trwają permanentne igrzyska ludzi schorowanych, przemęczonych fizycznie i psychicznie. Przewidzieć przyszłość naszej reprezentacji jest trudniej niż kiedykolwiek w XXI w. dlatego, że przeżywa najbardziej gwałtowną przemianę kadrową, ale również dlatego, że w czołówce panuje bezprecedensowy zamęt.

Na ostatnim mundialu złoto wzięli Polacy, srebro – Brazylijczycy, brąz – Niemcy. Potem była LŚ, na której podium obsadziły Francja, Serbia i USA. Następnie w PŚ Amerykanie tylko lepszym stosunkiem setów wyprzedzili przebudzonych znienacka Włochów. Potem wicemistrzostwo Europy wyskakali Słoweńcy. LŚ wygrała Serbia, która na igrzyska się nawet nie zakwalifikowała. Aż w Rio totalną klęskę poniosła Francja, dla wielu główny faworyt turnieju... Za każdym razem wygrywa kto inny. Na siatkarskim podium jeszcze nigdy nie było tak niestabilnie. Coraz częściej rozstrzyga przypadek. A ponieważ chciwość działaczy nie zna granic, to meczów stale przybywa. Polacy rozegrali ich w sezonie przedolimpijskim 38. Chciałoby się napisać – rekord nie do pobicia, ale nie, bonzowie z FIVB na pewno coś wymyślą.

I w tych czasach zamętu wystarcza niekiedy drobiazg, by obalić hierarchię. Pogrążeni od lat w kryzysie Włosi wstali, gdy naturalizowali jednego zawodnika Osmany’ego Juantorenę. Zyskali ogromną siłę ognia. Co dla nas o tyle znaczące, że również czekamy na Kubańczyka, wygrywającego w Kazaniu Ligę Mistrzów – Wilfredo Leóna. Dzięki niemu również polska reprezentacja może znienacka nieprawdopodobnie urosnąć w ofensywie.

Tagi: siatkówka
18:08, rafal.stec
Link Komentarze (52) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 445
Tagi