RSS
poniedziałek, 27 lipca 2015

Czy Manuel Neuer jest bramkarskim Michaelem Jordanem? Czy Anglicy wychowują golkiperów upośledzonych? Jak zmienia się szkolenie graczy z tej pozycji? Czy istnieje polska szkoła bramkarzy? Zanim uciekłem na wakacje, wraz z Michałem Szadkowskim przepytałem legijnego trenera Krzysztofa Dowhania, który pracował m.in. z Arturem Borucem, Wojciechem Szczęsnym, Łukaszem Fabiańskim, Janem Muchą i Duszanem Kuciakiem. Wywiad z dzisiejszej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj

12:28, rafal.stec
Link Komentarze (4) »
środa, 22 lipca 2015

Na oficjalny komunikat wciąż czekamy, ale jest nieunikniony, Włosi rozpylają już detale umowy – AS Roma zapłaci 500 tys. euro za roczne wypożyczenie, po sezonie będzie mogła wziąć naszego bramkarza za 5 mln (tu chyba wciąż strony negocjują).

Dopiero teraz przekonujemy się, jak bardzo Wojciech Szczęsny nabroił. I jak bardzo naraził się trenerowi Arsene’owi Wengerowi.

Kiedy londyńczycy podpisywali kontrakt z Petrem Cechem, sądziliśmy, że podpisują zarazem wyrok na Davida Ospinę, z którym prędko się rozstaną. Wszak według przepisów Polak jest wychowankiem, a wychowanków angielskim klubom dramatycznie brakuje (muszą mieć ośmiu w 25-osobowej kadrze) – zwłaszcza tych godnych podstawowej jedenastki. Arsenalowi również brakuje, choć niegdyś pozował na nadzwyczajnie wydajną kuźnię talentów. Skoro zatem reprezentant Polski pomimo sprzyjających okoliczności stoczył się w hierarchii klubowych bramkarzy na trzecią pozycję, to mamy prawo podejrzewać, że Wenger ostatecznie stracił w niego wiarę. Nawet jeśli sam Szczęsny chciał szukać ocalenia tam, gdzie uwolnią go od udręki permanentnego go rezerwowego. Nie oszukujmy się – Cech, bramkarz wybitny i zaledwie 33-letni, nie wchodzi między słupki na kilka chwil, on będzie chciał poskakać tam przez ładnych parę sezonów.

Nie wiemy, w jakim stopniu o degradacji Szczęsnego przesądziły epizody pozaboiskowe, a w jakim – dyspozycja sportowa, w każdym razie polscy komentatorzy, odruchowo życzliwi rodakowi, chyba zanadto skupili się na tych pierwszych. Łudzili się, że na wspólnych treningach z czeskim konkurentem wręcz skorzysta, i bagatelizowali to wszystko, co właśnie przywołują rozmaite serwisy analityczne – od Whoscored.com przypominającego, że tylko czterej piłkarze Premier League w minionych czterech sezonach popełniali częściej od Polaka błędy prowadzące bezpośrednio do gola, po Squawka.com, które informuje, że Polak miał ostatnio bezdyskusyjnie najwięcej wpadek wśród wszystkich defensywnych graczy Arsenalu. O reputacji „najzdolniejszego bramkarza swojego pokolenia” nikt już nie pamięta, dziś Szczęsny niebezpiecznie zbliża się do kategorii piłkarzy „kontrowersyjnych”, kojarzonych nade wszystko z wyczynami pozaboiskowymi.

W Romie chcą mu ponoć powierzyć rolę pierwszego bramkarza, zresztą rodaka intensywnie rekomenduje Zbigniew Boniek. Na zmianie klimatu i piłkarskiej kultury reprezentant Polski może skorzystać pod wieloma względami, zwłaszcza że praca z bramkarzami w Arsenalu nie cieszy się dobrą opinią – Łukasz Fabiański potajemnie ćwiczył z trenerem rezerw, bo trenera seniorów nie cenił. Może też Szczęsny inspirować się Arturem Borucem, w którego przenosiny do Italii tchnęły nowe życie. Albo Gervinho, który z Arsenalu uciekał wyszydzany, by w Romie wyładnieć na skrzydłowego momentami więcej niż przyzwoitego. Nie leci Polak na wygwizdowo, lecz do uczestnika Ligi Mistrzów, do rozsądnie budowanej drużyny z perspektywami, do środowiska bardziej kompetentnego w kwestii wytrenowywania bramkarzy niż angielskie.

Dlaczego Szczęsny zmarniał? Możemy przerzucać się hipotezami, ale dopóki nie znamy szczegółów z życia klubu ani (ewentualnych) zawirowań w jego życiu prywatnym, to każda będzie mało wiarygodną spekulacją. Zdarzają się zresztą nagłe upadki, które na zawsze pozostają nierozwikłaną zagadką – skoro jesteśmy we Włoszech, to proponuję przypomnieć sobie losy Didy. Gdy bramkarzowi Milanu, przez część fachowców uważanemu wówczas za najznakomitszego na świecie, niemal z dnia na dzień zaczęły się trząść ręce – zaprawdę powiadam wam, zasnął mistrzem, a obudził się pajacem – to zdezorientowani wymyślaliśmy najdziwaczniejsze teorie. Sam pisałem, że brazylijski magik stracił moc po feralnym wieczorze w półfinale Ligi Mistrzów, podczas którego dostał w głowę rzuconą z trybun racą, i dziś nie jestem pewien, czy aby nie próbowałem przemycić sugestii, że ów zbieg okoliczności wcale nie był zbiegiem okoliczności...

Jedno jest pewne: Szczęsny tkwi w najpoważniejszym kryzysie w karierze. I nie wyląduje na lotnisku Fiumicino jako wymodlony zbawca, lecz syn marnotrawny, który musi udowodnić swoją wartość. 38-letni Morgan de Sanctis na pewno się nie podda. W minionym sezonie opuścił ledwie trzy ligowe mecze, a w Italii nie istnieje pojęcie piłkarza zbyt starego, by grać ­– bramki innego rzymskiego klubu, Lazio, chronił niedawno 44-letni Marco Ballotta. To będzie twardy, merytoryczny pojedynek o posadę. Z rezultatem nie do przewidzenia. Jak wtedy we Florencji, gdzie pojawienie się Boruca miało zaskakujący finał – Polak wypchnął spomiędzy słupków Sébastiena Freya, który wydawał się nie do wypchnięcia. Szczęsny też ma szansę. Nawet na powtórzenie wyczynu Thibauta Courtoisa, który z wypożyczenia do Atlético Madryt przyleciał do Londynu właśnie po to, by przepędzić z bramki Petra Cecha.

poniedziałek, 20 lipca 2015

Lech wylosował w eliminacjach Ligi Mistrzów najtrudniejszego przeciwnika polskiego klubu od 2008 roku, w którym Wisła Kraków wpadła na Barcelonę. Nasi prezesi śnią o byciu Basel, a nasi piłkarze powinni śnić o byciu w Basel. Dlatego dla kilku poznaniaków dwumecz z mistrzami Szwajcarami może być czymś więcej niż walka o Champions League. Felieton z dzisiejszej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

13:14, rafal.stec
Link Komentarze (4) »
sobota, 18 lipca 2015

A jednak Serbia z Francją. Ósma drużyna rankingu FIVB kontra dwunasta. Najbardziej sensacyjny finał Ligi Światowej w historii uzmysławia, że dawna – i długotrwała! – hierarchia w męskiej siatkówce została ostatecznie obalona. Do tłuczącej się o medale czwórki nie przetrwał nikt, kto wskoczył na podium turnieju olimpijskiego w Londynie. I nie wyjaśnimy tego niskim prestiżem edycji LŚ w sezonie niemal wszędzie podporządkowanym eliminacjom do igrzysk, bowiem w osłupienie wprawił wszystkich już jesienny mundial, zwieńczony triumfem Polski oraz meczem o brąz Niemców z Francuzami, których w półfinale dzieliły drobiazgi od zatrzymania Brazylii. Nie ma mowy o pojedynczym zawirowaniu, to globalna zmiana klimatu.

Przez lata było tak, że jeśli „Canarinhos” nie wzięli gdzieś złota, to zakładaliśmy, że wezmą je na następnej imprezie, może nawet wywrą na rywalach srogą zemstę. I mieliśmy rację.

Tak samo reagowaliśmy na podium bez Rosjan – wpadka, zaraz wrócą jeszcze potężniejsi, oni medale zrywają z drzew bez stawania na palcach. Też się nie myliliśmy.

Kiedy natomiast na pułap półfinałów lub jeszcze wyżej wzlecieli Polacy, to niepokoiliśmy się, czy na kolejnym turnieju nie wypadną beznadziejnie. I często wypadali.

Teraz możemy tamte myślowe kalki odrzucić, geografia siatkówki jest inna.

Brazylijczycy przegrali trzy finały z rzędu – LŚ 2013, LŚ 2014, MŚ 2014 – żeby na turnieju w Rio de Janeiro nie wygramolić się z grupy. A jeśli w sezonie przedolimpijskim wystawiają reprezentację tak stetryczałą, to mamy powody podejrzewać, że jej źródło z niewyczerpanymi ponoć zasobami talentu bije słabiej. Bernardo Rezende, który przez półtorej dekady na stanowisku selekcjonera przeprowadził kilka zmian pokoleniowych, uparcie obsadza drużynę wytartymi nazwiskami, np. odbierając jej równowagę desperackim trzymaniem się Murilo Endresa. Siatkarza właściwie już niezdolnego do ofensywnego odrywania się od podłogi, nie wiadomo tylko, w jakim stopniu uziemił go wiek, a w jakim chroniczne problemy z barkiem. To jedno z najbardziej oryginalnych rozwiązań taktycznych na turnieju w Rio – kiedy gospodarze przyjmowali serwis, to Murilo odpowiadał za połowę boiska, ale zbijał rzadko i z rozpaczliwą skutecznością. W meczu z Francją – 23-procentową, w meczu z USA – 20-procentową.

Rosjanie chorują jeszcze poważniej. W eliminacjach LŚ jedyne w 12 meczach zwycięstwo wpadło im w ostatniej kolejce, gdy Irańczycy grali zniechęceni, bo stracili szanse na awans. Na mundialu zajęli piąte miejsce. W ubiegłorocznej LŚ – również piąte. Koszmarna seria. I owszem, Rosjanie wierzą, że reprezentację uleczy powrót trenera Władymira Alekny, ale nawet u nich chyba się nie przelewa, skoro odwołują się do Siergieja Tietiuchina (nie grał, ale powołany), który we wrześniu skończy 40 lat. Znacie legendy o tundrze, po której wybitnie uzdolnieni siatkarsko drągale wędrują stadami? To zapomnijcie, przynajmniej na chwilę.

Obaj potentaci oczywiście nie runą w otchłań, będą się pojawiać na szczytach. Ale nie dają już żadnych powodów, by traktować ich jak faworytów. Przynajmniej powodów racjonalnych – markę traci się najpóźniej, gdy porażki się rozmnożą.

Natomiast Polacy, choć w półfinale zabawiają się dopiero na drugim turnieju z rzędu, dają powody, by uplasować ich wyżej. Jako kandydata na regularnego faworyta do medalu i drużynę w przeciwieństwie do przywołanych nadzwyczaj perspektywiczną. Owszem, dzisiaj ulegli Francji – po meczu na miarę remisu, w piłce nożnej skończyłoby się rzutami karnymi – i być może powzięli błędny plan w tie-breaku, zbyt nachalnie podrzucając każdą piłkę Bartoszowi Kurkowi. Ale projektowanie całkiem nowej reprezentacji potrafili pogodzić z utrzymaniem się w ścisłej światowej czołówce. Ale pomimo gry przeciętnej awansowali do najlepszej czwórki LŚ i zbliżyli się na milimetry do gry o złoto. Ale mentalnie wzbili się na poziom, na którym półfinałowe niepowodzenie wywołuje w nich wściekłość. Optymizmem smakują najrozmaitsze statystyczne okruchy – skoro od roku z okładem nasi nie przegrali meczu do zera, to znaczy, że trzymają poziom zawsze, nawet wtedy, gdy akurat nie mają swojego dnia.

Brazylia i Rosja błagają o pomoc weteranów, Polska prawie nie zauważa braku głównych bohaterów złotego mundialu (Wlazły, Winiarski, Kłos etc). Wystawia najmłodszą obok Francji i USA drużynę w czołówce, którą niebawem być może jeszcze odmłodzą Artur Szalpuk czy Aleksander Śliwka (obaj z rocznika 1995), do szerokiej kadry wpuszcza ledwie jednego trzydziestolatka (Możdżonek). Niemal każdy mecz przekonuje nas, że pod flagą biało-czerwoną rośnie trwała potęga, która wznieciła rewolucję wraz z kilkoma innymi reprezentacjami dotąd pomniejszymi. Musimy powoli przemeblowywać sobie głowy, by najbardziej niebezpiecznych konkurentów nie szukać bez końca – z przyzwyczajenia, lecz wbrew wyraźnym trendom – w Brazylijczykach oraz Rosjanach. Oni sprzeciętnieli (wcześniej przeżyli to Włosi, wszechpotężni w latach 90.) i już w niczym nie górują nad Francuzami, Amerykanami czy Irańczykami.

Notoryczni zwycięzcy z męskiej siatkówki zniknęli. Czy się pojawią, nie wiemy. Ale niewykluczone, że pojawią się tam, gdzie jeszcze niedawno nie było niczego.

Tagi: siatkówka
23:23, rafal.stec
Link Komentarze (2) »
środa, 15 lipca 2015

Kubański siatkarz otrzyma nasz paszport, więc będzie mógł grać w reprezentacji. Albo zgodnie z przepisami za dwa lata, albo – jeśli działacze FIVB potraktują go specjalnie – już na przyszłorocznych igrzyskach w Rio de Janeiro. Nie jest pierwszym sportowcem, którego naturalizujemy, i nie jest ostatnim. Ale jest innym niż wszyscy.

To nie przypadek nigeryjskiego piłkarza Olisadebe czy amerykańskiego koszykarza Slaughtera, których adoptowaliśmy na wyraźne życzenie trenerów, zrozpaczonych beznadzieją rodzimych kandydatów do gry w kadrze. Tym razem z inicjatywą wyszedł zawodnik. Selekcjonerowi Stéphane’owi Antidze nie podoba się przechodzenie spod jednej flagi pod drugą, choć ogłosił, że jeśli 22-latek zasłuży, to powołanie dostanie.

To nie atleta trzeciorzędny – jak spolszczani piłkarze czy koszykarze, na których rodacy nawet nie spojrzą – lecz zjawiskowy. Jako 15-latek (niespełna!) debiutował w Lidze Światowej, jako 16-latek rozbłysnął na gwiazdę turnieju finałowego, jako 17-latek zdobył srebro mundialu, jako 18-latek został najmłodszym w historii LŚ kapitanem drużyny. A wiosną triumfował z Zenitem Kazań w Lidze Mistrzów i wybrano go na najbardziej wartościowego siatkarza rozgrywek. Wyczynowiec mogący być niuansem oddzielającym olimpijskie złoto od srebra.

Nie wręczamy paszportu „byle komu”, ale i Kubańczyk nie przybywa do krainy analfabetów, jak przywoływani piłkarze i koszykarze. Wchodzi między aktualnych mistrzów świata, wokół których gęstnieje tłum młodszych konkurentów, bo wspaniałych siatkarzy produkujemy na skalę przemysłową. Nie musimy prosić obcych o jałmużnę, by wygrać z kimkolwiek.

Nie należy wreszcie León do tysięcy sportowców, którzy cieszą się totalną wolnością i zwyczajnie grają tam, gdzie im się opłaca. Należy do uciekinierów z komunistycznego rezerwatu, którym władze nie pozwalają wyjeżdżać do zagranicznych klubów. Zbuntował się, więc odcierpiał dyskwalifikację – przez rok nie grał wcale. Jak wielu rodaków, którzy podczas podróży z reprezentacją potrafili nawet spuszczać się z hotelowych pokojów po linach z prześcieradeł, by oszukać cerberów ze służb bezpieczeństwa. Dlatego można powiedzieć, że kraje wpuszczające Kubańczyków do kadry pomagają spełniać sportowe ambicje ofiarom reżimu. Jesienią do drużyny Włoch wskoczy inny wybitny skrzydłowy Osmany Juantorena, a do nas los rzucił Leóna, który ma polską narzeczoną i polskiego agenta, kupił tu dom, powtarza, że przyszłość wiąże z naszym krajem.

FIVB może jego sprawy przyspieszyć, bo ze względu na okoliczności traktuje Kubańczyków łagodnie. Ale nie musi, bo werdykt wydadzą m.in. przedstawiciele krajów, w których interesie nie leży wzmacnianie Polski. Dlatego najbardziej prawdopodobne, że León spróbuje zasłużyć na powołanie do kadry dopiero po igrzyskach. I Antiga uniknie wielkiego dylematu. Zabierać do Rio całkiem obcego siatkarza, który nie walczył w eliminacjach? Ryzykować zaburzenie równowagi w drużynie już ukształtowanej? A jeśli inni reprezentanci uznają za niesprawiedliwe, że Kubańczyk odebrał jednemu z nich niepowtarzalną życiową szansę i atmosfera w szatni, jakże istotna w sportach zespołowych, sparszywieje?

My będziemy zajadle debatować, każda głośna naturalizacja sportowca rozżarza emocje. Kto jednak uważa, że paszporty rozdajemy zbyt pochopnie albo że znakomici sportowcy (co z innymi ponadprzeciętnymi jednostkami?) nie zasługują na specjalne traktowanie, powinien zgłaszać pretensje do przyznającego obywatelstwo prezydenta. Francuzowi Antidze zwyczajnie nie wypada oceniać, kto jest wystarczająco polski, by był godny występu w reprezentacji Polski. Jego kompetencje są skromniejsze – wybierać możliwie najlepszych dostępnych siatkarzy i wytrenowywać ich na możliwie najlepszą drużynę.

Tagi: siatkówka
22:29, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 403
Tagi