RSS
środa, 04 maja 2016

Finał Liga Mistrzów, derby Madrytu, Real Madryt, Atletico Madryt

Do piłkarzy Atlético w finale dołączyli ich sąsiedzi z Realu, którzy dzięki jednemu golowi – samobójczemu – wypchnęli dzisiaj z Ligi Mistrzów Manchester City.

Być może to właśnie idealnie definiuje klub królewski: Nawet w sezonie nieprzekonującym, w którym mało kto przypisuje mu atrybuty władcy, stać go na awans do najbardziej prestiżowych rozgrywek na świecie. I to awans wzięty z wielkopańskim poczuciem nietykalności, widocznym zwłaszcza na własnym stadionie. Tam wygrał Real wszystkie mecze w rozgrywkach, nastrzelał 19 goli (średnio 3,17 na mecz), nie stracił żadnego. Twierdza.

Paradoks tego miejsca, które jak żadne inne w piłkarskiej elicie zasługuje na miano klubu permanentnego stanu wyjątkowego, ewentualnie klubu permanentnej psychodramy, polega jednak na tym, że piłkarze muszą się wybić niemal na sam szczyt, by kibice i w ogóle całe otoczenie zauważyło, że dokonali czegoś znaczącego.

W tym sezonie nastroje w białej części Madrytu zasadniczo – może należy rzec: jak zwykle? – bywały podłe. Podłe, bo kibice najpierw musieli znosić znienawidzonego od pierwszego wejrzenia trenera Rafę Beniteza, a potem, po ligowych wpadkach już pod rządami wielbionego Zinedine’a Zidane’a, właściwie pogodzili się, że znów nie zdobędą mistrzostwa kraju. I jeszcze dostali po głowach ćwierćfinałową wyjazdową porażką w Wolfsburgu – porażką z gatunku nie tyle przykrych, ile będących poniżej godności klubu, jak wspomnieliśmy, arystokratycznego.

No więc mija sobie sezon byle jaki, aż tu znienacka się okazuje, że Realowi brakuje tyci-tyci i do mistrzostwa kraju (bo Barcelona się zasapała, jej przewaga stopniała do punktu), i do triumfu w LM.

Ale okoliczności znów przypominają, że podziwiamy – innego czasownika użyć nie wypada – przypadek osobliwy. Oto kontuzja jednego Karima Benzemy wystarcza, żeby najbogatszy klub świata, miał olbrzymi kłopot na środku ataku – klasowym rezerwowym napastnikiem nie dysponuje, dzięki czemu ulubieniec prezesa, wspomniany Francuz, gra w poczuciu pełnego komfortu. A kontuzja jednego Casemiro wystarcza, by najbogatszy klub świata miał poważny kłopot w środku pola – innym typowym defensywnym pomocnikiem z klasą również nie dysponuje, ponieważ decydujący o wydatkach Florentino Perez takimi gardzi.

Ten ostatni piłkarz ucieleśnia problem prześladujący Real od lat, czyli brak równowagi między obroną i atakiem. Casemiro, niezbyt uwodzicielski w ruchach wykidajło patrolujący okolice przed polem karnym, równowagę zapewniał, dlatego przez jego osobę można opowiedzieć cały sezon klubu. Przypomnieć jesień, podczas której trener Benitez nie wystawił go (ponoć wbrew własnej woli) w El Clásico, za co zapłacił klęską 0:4, oraz wiosnę, podczas której Zidane już go na Barcelonę wypuścił (czytaj: prawdopodobnie dostał zezwolenie od szefostwa), za co drużyna odwdzięczyła mu się wygraną 2:1.

I madrytczycy zaczęli się do Casemiro w składzie przyzwyczajać, ba, nawet jego atuty doceniać. Może wręcz poczuli obawę o wynik, gdy przed rewanżem z Manchesterem City Brazylijczyka uziemił uraz palca. Ściślej: uszkodzony, źle rosnący paznokieć. Bo nie można go było zastąpić piłkarzem o zbliżonej charakterystyce. Takiego Real nie posiada.

Ale to nie miało dzisiaj, kolejny paradoks, żadnego znaczenia. Teoretyczny lider Manchesteru City, monumentalny Yaya Touré, który mógłby znokautować niektórych rywali rzuceniem na nich cienia, człapał z ostentacyjną wręcz niechęcią do walki – właśnie tam, gdzie brakowało Casemiro. A ponieważ niewiele żwawiej ruszali się jego wyzuci z idei koledzy (zero celnych strzałów!), nie miał znaczenia także brak rezerwowego środkowego napastnika na królewskim poziomie – zastępujący Benzemę Jese grał tak beznadziejnie, że trener nie trzymał go na boisku nawet godziny. Zwycięskiego gola dał gospodarzom samobój, który padł po dośrodkowaniu Garetha Bale’a.

Manchester City, w LM notorycznie rozczarowujący, nie został zatem zgodnie z oczekiwaniami z hukiem z rozgrywek wykopany, lecz wypchnięty. Tak jak wcześniej Wolfsburg (debiutował w ćwierćfinale!), pokonany w dwumeczu zaledwie 3:2.

Czy to oznacza, że Realowi po prostu sprzyjały okoliczności? Czy finaliście LM w ogóle wolno zarzucić, że dotarł aż tak daleko niekoniecznie dzięki własnym zasługom i wybitnym umiejętnościom? Pewnie nie, ale należy zarazem zauważyć, że piłkarze drugiego finalisty – Atlético – rozprawili się z oboma faworytami rozgrywek – Barceloną i Bayernem.

I jak ich spektakulany sukces wynika z arcyprecyzyjnej strategii realizowanej od przeszło czterech lat przez natchnionego trenera Diego Simeone, tak niespektakularny sukces sąsiadów przypomina, że gigantyczny potencjał superklubu – tak się dzisiaj nazywa firmy o rozmiarach Realu – umożliwia wygrywanie nawet pomimo niespójnych ruchów szefostwa. W tym wypadku mowa o kontrowersyjnej decyzji o zwolnieniu szkoleniowca zasłużonego (Carlo Ancelotti); wylaniu jego następcy już po kilku miesiącach (Benitez); ryzykownym zatrudnieniu, trochę pod publiczkę, trenerskiego żółtodzioba (Zidane). Od ściany do ściany.

W każdym razie Madryt pozostaje metropolią w futbolu najpotężniejszą. Bezdyskusyjnie. W półfinałach oglądaliśmy niedawno derby Mediolanu, do tego etapu rywalizacji wytrzymywały też dwa kluby z Londynu (choć osobno), ale Real i Atlético zmierzą się w decydujących starciu po raz drugi. Poprzednio, w 2014 roku, obejrzeliśmy dreszczowiec.

23:12, rafal.stec
Link Komentarze (13) »
wtorek, 03 maja 2016

Pep Guardiola

Robert Lewandowski nie zostanie jedynym obok Zbigniewa Bońka Polakiem, który drugi raz wystąpi w finale Pucharu Europy. Bayern pokonał madrytczyków tylko 2:1 i odpadł w półfinale. Można już rzec – jak zwykle.

Lewandowski, jak to ma w zwyczaju, wydał rywalom wojnę wszystkimi częściami ciała, co w starciach z Atlético bezcenne, ale znów długo na boisku cierpiał. On w kwietniu gole strzelał tylko Schalke – tak mizernego snajperskiego miesiąca w Monachium dotąd nie miał – i dzisiaj też widzieliśmy, że zatracił drapieżność.

A to brakowało mu refleksu, a to dokładności, a to podjęcia idealnej decyzji, a to technicznej schludności w przyjęciu piłki. Zawsze jakiś drobiazg oddzielał go nawet nie tyle od gola, ile nawet od oddania groźnego strzału. Między innymi dlatego nawałnica Bayernu, który wreszcie napadł na rywala z pasją – w Bundeslidze mu się to nie zdarza, bo nie musi – nie przynosiła wymiernego skutku.

Przede wszystkim zawalił jednak Thomas Müller. Napastnik, którego trener Pep Guardiola tydzień temu osadził w rezerwie i ściągnął na siebie furiacką krytykę, zbyt zachowawczo podszedł do rzutu karnego. I madrycki bramkarz Jan Oblak nie musiał nawet wystrzelić w okolice słupka, by zatrzymać piłkę.

Monachijczycy nacierali wówczas jak opętani. Do przerwy oddali 16 strzałów, co w Lidze Mistrzów nie udało im się jesieni 2003 r., gdy zabawiali się w fazie grupowej ze słabiuteńką Viktorią Pilzno. Kanonadę urządzili sobie też w końcówce – już po bramce Lewandowskiego na 2:1, gdy potrzebowali do awansu trzeciego gola. Bez skutku. Atlético przeżyło.

A czas w futbolu, jaki właśnie przeżywają kibice w całej Europie, nie zdarza się często. W poniedziałek światem wstrząsnęli piłkarze Leicester, którzy wyrwali faworytom władzę w lidze angielskiej, teraz za gardła faworytów Ligi Mistrzów chwycili piłkarze Atlético, którzy z krajowych nizin na międzynarodowe szczyty zaczęli wskakiwać przed kilkoma laty. I ani myślą się wycofywać.

Oni też, jak Leicester, zachowują się wręcz prowokująco, ponieważ madrycki trener Diego Simeone też preferuje styl gry ostentacyjnie niemodny, jak na dzisiejsze standardy zbyt prosty – oparty na pogardzie dla posiadania piłki, kontrataku, klasycznym ustawieniu 4-4-2. Skrajnie odmienny od przekombinowanego, może wręcz przeintelektualizowanego futbolu, którego orędownikiem jest pokonany wczoraj Guardiola.

Do niedawna słowo „półfinał” ilustrowało jego klasę – osiągał ten etap w każdej z siedmiu edycji Ligi Mistrzów, w której uczestniczył jako trener. Ale od teraz monachijczycy kojarzą je z niespełnieniem. Kataloński szkoleniowiec trzykrotnie zaciągał Bayern do czołowej czwórki, by za każdym razem nie przetrwać zderzenia z rywalem z Hiszpanii, a na tamtejszych stadionach jego piłkarze nie strzelili wręcz gola – Realowi ulegli 0:1, Barcelonie 0:3, wreszcie tydzień temu przegrali z Atlético 0:1.

Trudno sobie nawet wyobrazić, jak ciężkie oskarżenia usłyszy na pożegnanie – odchodzi do Manchesteru City – skoro werbalnie wychłostany został jeszcze przed rewanżem z Atlético. W seansie tortur uczestniczyli przede wszystkim monachijscy szkoleniowcy z przeszłości. Ottmar Hitzfeld obwołał Guardiolę „taktycznym oszołomem”, który „odseparował się od własnej drużyny”, natomiast Giovanni Trapattoni zdyskwalifikował całą wizję jego futbolu, z odrazą mówiąc o wywołującym senność „trzymaniu piłki przez pół godziny bez naciśnięcia spustu”.

I według reporterów bliskich Bayernowi postanowił to miasto opuścić także dlatego, że czuł się tam otoczony wrogami, niedoceniony, nierozumiany. Choć piłkarze pewnie kroczą po trzeci tytuł mistrzów Bundesligi pod jego zwierzchnictwem, choć poprzednie zdobywali z przygniatającą przewagą nad resztą stawki, to bawarskie środowisko jest wiecznie niezadowolone. A nieustające dopieszczanie gry polegającej na totalnym utrzymywaniu piłki i totalnej wymienności pozycji, nad którym Guardiola pracuje wręcz obsesyjnie, zbyt często uchodzi za jałową sztukę dla sztuki.

Simeone to jego przeciwieństwo. Stawia na futbol nieskomplikowany, lecz perfekcyjnie wykonany, co oczywiście nie oznacza, że nie umie zastawić taktycznej pułapki – dzisiaj to on zareagował z wyczuciem, jego zmiana w przerwie (personalną i zarazem w ustawieniu, skrzydłowy Carrasco zastąpił środkowego pomocnika Augusto) wyraźnie wpłynęła na przebieg drugiej połowy, którą jego podwładni, wcześniej wyglądający na przytłoczonych, rozpoczęli od szturmu.

I awansowali do finału. To wyczyn trenerski zasługujący na jeszcze większy szacunek niż wyczyny Jürgena Kloppa oraz Massimiliano Allegriego – zaciągnęli do meczu o Puchar Europy Borussię Dortmund oraz Juventus – ponieważ Argentyńczyk dokonał tego po raz drugi w trzech sezonach. A między oboma finałowymi występami musiał znacząco przebudowywać drużynę, teraz rozporządza zupełnie innymi ludźmi.

Leicester, skład

Zdarzają się drużyny, które mocno zapadają nam w pamięć w całości, od pierwszego do ostatniego zawodnika. Ja wyrwany ze snu wyrecytowałbym m.in. jedenastkę piłkarskiej reprezentacji ZSRR z lat 80., nigdy nie zapomnę też hokejowego kwintetu złożonego z Fietisowa, Kasatonowa, Krutowa, Łarionowa i Makarowa, podobnie jak wirujących wokół Jordana koszykarzy Chicago Bulls z ich rekordowego sezonu – Pippena, Rodmana, Harpera i Longleya.

Teraz dołączyli do grona niezapomnianych piłkarze Leicester, obwoływani właśnie najbardziej sensacyjnymi mistrzami czegokolwiek w XXI wieku. Dołączyli nie dlatego, że tworzą drużynę szczególnie wirtuozerską – przeciwnie, wbrew nastrojom kibiców rozanielonych bajkową historią zasugerowałbym, że wśród mistrzów ligi angielskiej minionych kilkunastu lat należą do najsłabszych, o czym zresztą świadczy wiele statystyk (odkąd w 1993 roku powstała Premier League, żaden nie wypracował tak mizernego stosunku bramkowego). Wyraziste kształty Leicester wdrukowywały się nam jednak miesiącami dzięki decyzji Claudio Ranieriego, by podstawową jedenastkę korygować tylko w chwilach absolutnej konieczności, w dodatku ustawiając piłkarzy w systemie 4-4-2, najbardziej klasycznym i zarazem przejrzystym. (Włoski trener uciekł od własnych nawyków, przez które zyskał przydomek wiecznie dłubiącego w składzie „Majsterkowicza”). Co więcej, podziwialiśmy wśród nich wiele sylwetek w futbolu wręcz archetypicznych – od zwalistych stoperów (Huth i Morgan), przez oszalałego pracusia ze środka pola (Kante), po nawiedzonego dryblera (Mahrez) i cholernie szybkiego, naturalnego łowcę goli (Vardy). Jakże oryginalnie wyglądała ta drużyna w swojej prostocie akurat dzisiaj, w erze wymyślnych taktycznych zawijasów, maniackiego tasowania bardzo szerokimi kadrami i w ogóle doszukiwania się we wszystkim, co robi trener, wielopiętrowej intrygi zwanej „filozofią”.

Ranieri nie kombinował, lecz skorzystał z najmniejszej liczby piłkarzy w całej Premier League – miał komfort, w europejskich pucharach nie grał, z angielskich prędko odpadł – a nam podstawowa jedenastka Leicester wryła się w zwoje mózgowe już na zawsze. Nieśmiertelność zyskały nazwiska ludzi właściwie w komplecie skazanych na zapomnienie. Niemłodych, przez wielki futbol już odrzuconych, w najlepszym razie klasyfikowanych jako średniacy z dobrych lig. Wyczynowców świetnie opłacanych, acz trochę bez właściwości.

Kasper Schmeichel (29 lat). Przez całą karierę tułał się między drugą a czwartą ligą, w której nagrał się więcej niż w pierwszej. Nigdy nie wystąpił w europejskich pucharach, miał przepaść jako piłkarski okruch statystyczny.

Danny Simpson (29). Kilkakrotnie rzucał się na Premier League, zawsze z niej zlatywał. Pojedyncze występy w europejskich pucharach, miał przepaść jako ciut większy okruch statystyczny.

Wes Morgan (32). W najwyższej lidze zadebiutował po trzydziestych urodzinach. Nigdy nie wystąpił w europejskich pucharach, miał przepaść jako piłkarski okruch statystyczny.

Robert Huth (32). Milion lat temu notoryczny rezerwowy w Chelsea, potem stany średnie Premier League, do Leicester wypożyczony ostatniego dnia zimowego okna transferowego w ubiegłym roku. Pojedyncze występy w europejskich pucharach, ucieleśnienie ligowego przeciętniactwa.

Christian Fuchs (30). Jak na standardy Leicester, postać wybitna, bo z Schalke sięgnął Champions League. To był szczyt jego kariery, też nigdzie nie zdobył tytułu, transfer do Leicester zdawał się sportową degradacją.

Riyad Mahrez (25). Całe dorosłe życie w drugiej (bądź czwartej, gdy kopał w rezerwach Le Havre) lidze francuskiej, na najwyższy poziom rozgrywek wskoczył dopiero teraz w Leicester. Nigdy nie wystąpił w europejskich pucharach, miał przepaść jako piłkarski okruch statystyczny.

N’Golo Kante (25). On biegał wręcz w ósmej lidze (tutaj obszerna sylwetka), na najwyższy poziom rozgrywek wskoczył dwa sezony temu. Nigdy nie wystąpił w europejskich pucharach, miał przepaść jako piłkarski okruch statystyczny.

Danny Drinkwater (26). Cała kariera w niższych ligach, kolejny, który najwyższej ligi dotknął dopiero w Leicester. Nigdy nie wystąpił w europejskich pucharach, miał przepaść jako piłkarski okruch statystyczny.

Marc Albrighton (27). Sześć sezonów w Aston Villi, tylko przez moment mocno trzymał się tam w jedenastce. Kiedy go wylali, wegetował w rezerwie Wigan. Trzy występy w europejskich pucharach (tak stare dzieje, że nie wiadomo, czy to prawda), miał przepaść jako piłkarski okruch statystyczny.

Shinji Okazaki (30). Późno wyleciał z Japonii, w Stuttgarcie i Mainz sięgał co najwyżej Ligi Europejskiej. Znów – przeciętna kariera klubowa, bez jakiegokolwiek trofeum, bez Leicester przepadłby w archiwach wśród setek tysięcy nazwisk.

Jamie Vardy (29). Historia chyba najbardziej znana, przed przybyciem do Leicester błąkał się po niskoligowej prowincji i nie zawsze mógł grać do końca meczu, bo jako skazany za pobicie został objęty dozorem policyjnym i musiał wracać do domu przed 18. Nigdy nie wystąpił w europejskich pucharach, miał przepaść jako piłkarski okruch statystyczny.

O tym ostatnim prawdopodobnie powstanie wielkoekranowa fabuła, ale najbardziej filmowo wygląda Leicester jako bohater zbiorowy, to grupa szaraków, którzy zasadniczo nigdy nigdzie niczego nie wygrali, w tę regułę wpisują się oczywiście także rezerwowi. Nawet trener Claudio Ranieri – posiadacz nazwiska zdecydowanie najszerzej rozpoznawalnego – uchodził za nieudacznika, wygrywał bowiem co najwyżej srebrne medale, a współczesny sport składa się, jak wiadomo, ze zwycięzców i patałachów, czyli całej reszty. I on zresztą przycupnął w Leicester po koszmarnej klęsce, jako selekcjoner Greków został wszak wykopany m.in. po porażce z Wyspami Owczymi w eliminacjach Euro 2016.

Jego osiągnięcie odruchowo porównujemy z nieprawdopodobnym dziełem Otto Rehhagela, który właśnie Greków zaciągnął do złota Euro 2004 (choć ja mam jeszcze inne). Skojarzenie samo się narzuca, tamtego wyczynu również dokonali ocaleni od zapomnienia piłkarze znikąd, niemłodzi już i przekonani, że przepadną w kronikach jako statystyczne okruchy. I też lubili wygrywać 1:0. Ich sylwetki mi się jednak rozmywają – i dlatego, że nie mieli postaci tak charakterystycznych jak Mahrez, Vardy czy przede wszystkim buzujący energią Kante, i dlatego, że wystarczyło im zwyciężać przez ledwie kilka tygodni, faworyci nie zdążyli się nawet zreflektować, jak poważne nadciąga niebezpieczeństwo.

Rywale Leicester czasu mieli aż nadto. Ale nie dali rady. Nie nadążyli nad jedenastoma – plus rezerwowi, wpuszczani w równie jednostajnym rytmie – piłkarzami, którzy rozegrają w tym sezonie mniej meczów niż jakikolwiek mistrz Premier League. A w przyszłym podejmą wyzwanie, jakiego nie zaznali, między ligowymi weekendami popodróżują po LM. I osobność ich historii polega także na tym, że nie sposób dzisiaj wykluczyć, że przygnieceni nawałem zupełnie nowych obowiązków nie stoczą z powrotem do środka tabeli ligi angielskiej. A może nawet jeszcze niżej.

14:39, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
niedziela, 17 kwietnia 2016

ekstraklasa wygładza

Kluby tzw. ekstraklasy coraz częściej kneblują swoich piłkarzy i innych pracowników, coraz częściej usiłują kneblować też dziennikarzy. Nie są jedyne, to znak naszych czasów – o czym tuż przed ucieczką na urlopik napisałem felieton do poniedziałkowej „Gazety Wyborczej”, przeczytacie go tutaj.

21:17, rafal.stec
Link Komentarze (13) »
piątek, 15 kwietnia 2016

Liga hiszpańska, La Liga, Primera Division, Liga Sprawiedliwości

Kiedy oni spoglądają na swoje znakomite kluby, przy odpowiedniej dozie złośliwości mogliby je obśmiewać właściwie bez przerwy. Wszystkie bez wyjątku.

A to Real Madryt, jak zwykle znęcający się nad słabymi, znów traci szansę na mistrzostwo kraju wiele tygodni przed końcem rozgrywek. A to stołeczne Atlético, jak zwykle próbujące podskakiwać zdolniejszym od siebie, tradycyjnie – czyli siódmy raz z rzędu, to było tak niedawno... – oberwie od Barcelony. A to Barcelona, jak zwykle nie protestująca przeciw obwoływaniem jej drużyną wszech czasów, da się pożreć prostemu ludowi pracującemu z Atlético. Gdzie nie spojrzeć, tam kryzys albo przynajmniej kryzysik, tam niepełna satysfakcja albo haniebne pasmo niepowodzeń.

Ale do rzucania uszczypliwości w stosunku do Hiszpanów mają prawo wyłącznie Hiszpanie. Nam, obserwatorom zagranicznym, wolno jedynie pokornie milczeć. Ewentualnie składać hołdy absolutnym władcom futbolu klubowego, którzy od lat konsekwentnie oduczali się od przegrywania z barbarzyńcami z innych krajów, aż całkiem się tego przegrywania odzwyczaili. W tym sezonie nie pozwolili się wykopać z pucharów nikomu, choć w Lidze Mistrzów i Lidze Europy osiągnęliśmy już pułap półfinałów.

Owszem, Barcelona odpadła – bo wpadła na Hiszpanów. Valencia odpadła – zderzyła się z Hiszpanami. Odpadł dzisiaj Athletic Bilbao – też wdepnął w Hiszpanów. Między żywymi pozostał natomiast hiszpański kwartet, który reprezentuje same niesamowite historie – obaj madryccy potentaci wciąż zachowali szansę na spotkanie się w finale, choć przeżyli to ledwie dwa lata temu; morderczo regularna Sevilla coraz śmielej skrada się, by wziąć trofeum w Lidze Europy po raz trzeci (!) z rzędu; wreszcie Villarreal, drużynka w tym gronie najskromniejsza, wbiegła do półfinału po 11 europejskich meczach bez porażki.

A ponieważ tylko troszkę mniej idealnie przebiegał sezon poprzedni i ponieważ w ostatnich trzech latach hiszpańskie kluby wygrały 43 z 46 dwumeczów z rywalami niehiszpańskimi – nas też bardzo bolało, wspomnijcie 1:9 w dwumeczu Śląska z Sevillą – to ich liga tylko nie tyle rankingowi UEFA przewodzi, ile miażdży konkurencję z przewagą bezprecedensową. Dzisiaj czołówka wygląda tak:

ranking UEFA

... co oznacza, że nawet gdybyśmy oderżnęli liderowi wszystkie punkty zdobyte w bieżącym sezonie, to lider wciąż nie zleciałby na pozycję wicelidera. Wszystkie, czyli uzbierane w 75 meczach! Rozrosła się Primera Division w krainę wszechbogatą w talent jednostek i porażającą efektywność klubów, w dodatku Bayernem Monachium – jedynym usiłującym ostatnio rzucić wyzwanie Atlético, Barcelonie i Realowi – zarządza wychowany w niej Pep Guardiola.

Witajcie w Hiszpanii, najwyższej dzisiaj kulturze piłkarskiej na świecie. Wciąż i coraz bardziej.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 430
Tagi