RSS
wtorek, 27 września 2016

DeLorean, Francesco Totti

Dzisiaj skończył 40 lat, ale wciąż truchta po włoskich trawach. Żeby uruchomić wyobraźnię: w tym samym wieku są m.in. Andrij Szewczenko, który 40. urodziny będzie obchodził w czwartek, oraz Ronaldo, który świętował je w ubiegłym tygodniu. A nowy trener Legii Jacek Magiera jest wręcz młodszy.

Oni dawno zeszli z boiska, Francesco Totti wbił w niedzielę Torino swojego 250. gola w lidze włoskiej, więc w strzeleckim rankingu wszech czasów ustępuje już jedynie Silvio Pioli, grasującemu po polach karnych przed i po wojnie.

249. ligową bramkę zdobył przed dwoma tygodniami. Sampdorii, zwycięskiego, w doliczonym czasie gry. „Pierwszy raz w życiu bałem się, że zmarnuję karnego. Ale nie mogłem tego zrobić pod tą trybuną” – mówił wtedy.

W lutym wydawał się skończony. Przesiadywał w rezerwie, sfrustrowany marginalną rólką w drużynie pokłócił się z trenerem Luciano Spallettim, którego oskarżył o brak szacunku, został za ten wybryk wyproszony z ośrodka treningowego, a także ukarany odsunięciem od kadry na mecz z Palermo. On, wychowanek, symbol, krew i kość Romy. Wrócił jednak w niezwykłym jak na jego wiek stylu. Ostatnie 10 ligowych spotkań ozdobił 6 golami i 4 asystami. A ponieważ gra niewiele, dla nogę do gola przykłada co 29 minut!

Wybacza mu się więcej. W styczniu ubiegłego roku, po wyrównującym golu w derbach Rzymu – pięknym, strzelonym w akrobatycznej pozie, drugim tego popołudnia – zrobił na boisku chyba najsłynniejsze piłkarskie selfie, z fanami na Curva Sud za plecami.

Debiutował jako 16-latek wiosną 1993 roku, biegał wtedy w drużynie obok Siniszy Mihajlovicia, dzisiaj trenera z całkiem okazałym już doświadczeniem (to on w niedzielę prowadził Torino). Od tamtej pory strzelił 17 procent z 1450 ligowych goli Romy. Jest też najstarszym zdobywcą bramki w historii Ligi Mistrzów, dokonał tego, gdy miał 38 lat i 59 dni. Trener Spalletti pytany, jaki prezent powinien otrzymać na urodziny kapitan drużyny, zaproponował wehikuł czasu. Konkretnie – kultowego DeLoreana z „Powrotu do przyszłości”.

Kiedy przyszłego lata kontrakt Tottiego wygaśnie, Francesco będzie miał za sobą 25 sezonów w Romie. Czyli 28 proc. czasu istnienia stołecznego klubu. Jeśli Alex Ferguson, który jako trener spędził w Manchesterze United 26 i pół roku, panował tam ponoć całą wieczność, to jak nazwać wyczyn Tottiego, który jako piłkarz reprezentuje Romę – wliczając naukę w juniorach – już 27 lat?

Tagi: serie a
17:52, rafal.stec
Link Komentarze (1) »

Karol Linetty, Sampdoria

To zdumiewające, że natychmiast, właściwie z dnia na dzień, wrósł w zawodowy zachodni futbol akurat on. A mamy prawo sądzić, że wrósł, i to nie tylko dlatego, że właśnie dobrze wypadł – i dał swoją pierwszą w lidze włoskiej asystę – w meczu Sampdorii z Cagliari.

W tle twitterowego profilu Karol Linetty jeszcze przed wylotem z Lecha Poznań wymalował sobie wielkimi kulfonami słowo „FEARLESS” („Nieustraszony”), ale zdawało się trochę nieadekwatne do jego reputacji. Uchodził za nadwrażliwego i wątłego, nie wiedzieliśmy tylko, czy bardziej dlatego, że zbyt często chorował, czy dlatego, że wyglądał na miękkiego psychicznie. Nawet w klubie wołali nań „Karolek”. Wyglądał na przypadek wręcz modelowy – dołująco modelowy – na idealnego kandydata na kolejnego polskiego ligowca, który w zderzeniu z bezwzględnością wyczynowego futbolu na emigracji poniesie druzgocącą klęskę.

Nasz niepokój wzrósł podczas przygotowań do sezonu, gdy publicznie skarżył się na byłego lechitę trener Sampdorii. – Linetty może jest lepszy niż ci, którzy odeszli, ale nie zna włoskiego. Tam, gdzie inni potrzebują 30 dni, żeby się poprawić, on będzie potrzebował 130 dni. W debiucie [sparingowym] bardzo mu się chciało, ale grał sam. Ja mówię, a on słyszy hałas – zżymał się Marco Giampaolo na początku sierpnia.

Po tamtej reprymendzie genueński trener natychmiast zainstalował Polaka w podstawowym składzie. Na stałe. Najpierw w sparingach z Malagą i Barceloną, co jeszcze o niczym nie świadczyło, potem w meczu Pucharu Włoch z trzecioligowym Bassano Virtus – to też o niczym nie świadczyło – a następnie w ligowych spotkaniach z Empoli, Atalantą, Romą, Milanem, Bologną i Cagliari. Linetty początkowo zachowywał się na boisku, jak to określili Włosi, „trochę nieśmiało”, czyli zdradzał nieprzeciętne możliwości, a zarazem unikał ryzyka, ograniczał się do najprostszych zagrań, grał na alibi. Szybko jednak nabrał odwagi. Bardzo szybko. Nie tylko gania jak opętany i walczy o piłkę, ale też próbuje sensownie ją rozdawać, przyspiesza akcję po przejściu Sampdorii z defensywy do ofensywy, pcha grę do przodu. Wbrew obawom trenera błyskawicznie wkomponował się w jego system, wyróżnia się dynamiką, zdecydowaniem, agresywnością. Zamiast tremy demonstruje pewność siebie wyczynowca, który ma w nogach setki meczów na tym poziomie. I atletycznością wielu rywali wręcz przewyższa, jakby pochodził z ligi o intensywności znacznie większej niż polska liga.

Tak, Linetty to złota nóżka, fachura, na którym można polegać. I na razie nie schodzi z boiska nigdy. Pełny mecz w pucharze, sześć pełnych meczów w lidze. Bite 630 minut gry. Jedyny pomocnik Sampdorii pewny gry, jedyny obok bramkarza Viviano oraz obrońców Reginiego i Silvestre obecny na boisku zawsze. I jedyny obok Lewandowskiego reprezentant Polski tak niezbędny w swojej drużynie klubowej, że trener wyciska z niego 100 procent. Karolek, który stał się Karolem.

Tagi: serie a
00:24, rafal.stec
Link Komentarze (10) »
niedziela, 25 września 2016

Ligi angielskiej nie tylko nie podbił, ale nawet nie dotknął. Mój felieton do poniedziałkowej „Gazety” o najdroższym nastolatku w historii naszego futbolu przeczytacie tutaj.

21:02, rafal.stec
Link Komentarze (4) »
czwartek, 22 września 2016

Some scientists suspect that the moon was made from the debris of a monstrous collision billions of years ago - between the newly born Earth and a smaller planet. This artist’s conception shows the cosmic crash.

Miał się męczyć nowy trener Manchesteru City, bo liga wyjątkowo wymagająca, i mieli się męczyć piłkarze, bo ich szef to wyrafinowany filozof. A jest rekordowa passa zwycięstw, zabawa, czysta radość futbolu.

Bodaj najładniejszy hołd złożył Pepowi Guardioli brytyjski dziennikarz, który zapytał go niedawno na konferencji, czy zamierza zdobyć w bieżącym sezonie cztery trofea. Trener City żachnął się i poprosił o umiar, przypominając, że rozmowa dotyczy klubu z jednym ledwie półfinałem Ligi Mistrzów w swojej historii. A przecież mógłby jeszcze komentarz rozszerzyć. Przypomnieć, że w poprzednim sezonie piłkarze City ledwie wczołgali się na czwarte miejsce w Premier League, że z Pucharu Anglii odpadli w 1/8 finału (fakt, wystawili wówczas na Chelsea zgraję dzieciaków), że zatriumfowali jedynie w najmniej prestiżowym Pucharze Ligi, w dodatku nie zderzyli się tam z nikim z czołówki. Przeciętność. A jednak wystarczyło kilka tygodni, by wyspiarze ogłosili narodziny potęgi. Kilka tygodni i komplet dziewięciu zwycięstw, czyli rekordowa seria w dziejach klubu.

Kiedy Guardiola przylatywał do ligi angielskiej, słyszał, że podejmuje najtrudniejsze wyzwanie w karierze, spróbuje się bowiem z rozgrywkami morderczo konkurencyjnymi, w których każdy mecz jest bojem na śmierć i życie. I rzeczywiście, w wielkim futbolu zdecydowanie wyróżniają się one nieprzewidywalnością - tylko tam w minionych czterech latach mistrzostwo zdobywały cztery różne kluby (w Niemczech, Francji czy Włoszech wszechpanowały w tym okresie Bayern, Juventus i Paris Saint-Germain, w Hiszpanii Barcelonę tylko na chwilę zdetronizowało Atlético), zwycięzcom Premier League rywale odbierali aż 29 proc. możliwych do uzbierania punktów, obrońcy tytułu staczali się do środka tabeli. Witano też Guardiolę trochę jak awangardowego artystę chcącego podbić umysły miłośników rozrywki prostej, oczywistej, znanej na pamięć. Czy jego podwładni zdołają nauczyć się piosenek, których jeszcze nie słyszeli? Czy w ogóle pojmą, o czym filozofuje?

Dziś już nikt o wątpliwościach nie wspomina. I to nie dlatego, że MC jako jedyny obok Bayernu w poważnym futbolu wygrał wszystkie mecze sezonu. Ani nie dlatego, że piłkarze zasuwają jak opętani - większy dystans w lidze przebiegli tylko liverpoolczycy Jürgena Kloppa - co kontrastuje zwłaszcza z manchesterskimi sąsiadami z United, wyzutymi z energii zawodnikami José Mourinho, którzy zajmują w tym rankingu ostatnie miejsce. Wrażenie wywołuje przede wszystkim to, jak błyskawicznie Guardiola zniszczył świat zastany i stworzył własny.

Joe Harta, nadzieję angielskiego bramkarstwa, zesłał na wypożyczenie do Torino. Odsunął od drużyny Yayę Toure, lidera środka pola ostatnich lat. W Raheemie Sterlingu odkrył skrzydłowego nie narwanego, lecz inteligentnego. W Fernandinho dostrzegł człowieka do zadań specjalnych „zdolnego zagrać na 10 pozycjach”. Kevina De Bruyne'a natchnął do osiągnięcia życiowej formy - wycofując go bliżej środka pola, podobnie zresztą jak Davida Silvę. Rozgrywać piłkę od tyłu pozwolił młodemu obrońcy Johnowi Stonesowi, który jako nowy lider defensywy zabił tęsknotę za przewlekle kontuzjowanym kapitanem Vincentem Kompanym. Obok ustawił przesuniętego z boku Aleksandara Kolarova. Na lewej flance podziwiamy wreszcie Nolito - wyspiarze pewnie nie mieli o jego istnieniu pojęcia (kto by się zajmował Celtą Vigo), a on się na ich boiskach zabawia.

Zabawia się, podobnie jak partnerzy, według ściśle guardiolowej wizji. Płynność podań i wymian pozycji, tempo, solidarne wspomaganie się, wysoki pressing - oto Man City w całkiem nowym wydaniu, a przecież wciąż czekamy, aż porządny wpływ na grę wywrą Leroy Sané i Ilkay Gündogan. Zamiast cierpieć na ból głowy po lekcjach z trenerem, który w 10 meczach Bayernu potrafił ustawić go na 10 sposobów, zawodnicy brzmią jak urzeczeni. „Wszystko jest klarowne. Ma wyjątkową zdolność do wyjaśnienia, czego chce” - to słowa De Bruyne'a. „Nigdy nie miałem trenera zostawiającego takie piętno na drużynie” - to Sergio Agüero. „Czerpać taką frajdę z meczu to szczyt marzeń piłkarza” - to z kolei Pablo Zabaleta.

Guardiola odwdzięcza się pochwałami dla uczniów, których „nigdy nie nudzi poznawanie nowego”, a my z trudem przypominamy sobie współczesnego trenera, który tak nagle zmienił tak wiele w klubie o ambicjach sięgających triumfu w LM i tak szybko osiągnął tak imponujące efekty. I choć nie wiadomo dziś, ile powygrywa, to przybywa powodów, by przypuszczać, że wyzwaniem dla niego będzie nie tyle kolekcjonowanie trofeów, ile stworzenie drużyny zniewalającej stylem jak Arsenal w szczycie formy sprzed dekady.

niedziela, 18 września 2016

Władze mistrzów Polski zachowały się po meczu z Borussią Dortmund tak pięknie, że po prostu musiałem złożyć im hołd. Felieton do poniedziałkowej „Gazety” przeczytacie tutaj.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 448
Tagi