|
sobota, 21 listopada 2009
Swego czasu wynegocjowałem sam ze sobą zasadę, że w piątkowe wieczory nie konsumuję oczami sportu. Dla higienicznego odchamiania się i zarazem podostrzania apetytu przed obfitym weekendem. Niekiedy zasadę oczywiście łamię. Złamałem np. dwa tygodnie temu, kiedy Wisła tłukła się z Legią. I w trakcie tzw. hitu tzw. ekstraklasy poczułem się jak górnik, który zjeżdża na szychtę i natychmiast zaczyna wyczekiwać fajrantu. W mojej pracy teoretycznie nie powinno się tego doświadczać - sami wiecie, fajna jest, opychasz się meczami i jeszcze ci za opychanie się płacą. Ale w tamtej rąbaninie było tak mało piłki nożnej, że mnie mdliło. Oglądałem, bo musiałem, z zawodowego obowiązku. Cholera, nie tego po wybranym fachu się spodziewałem. Dzisiaj nieszczęśliwym przypadkiem, wskutek pechowego zbiegu okoliczności, wlazła mi w oczy połowa derbów Warszawy. Połowa, jakby powiedział sumienny członek sejmowej komisji śledczej, porażająca. My chyba sobie wciąż nie całkiem zdajemy sprawę, jak sparszywiała nasza liga. Już nawet nie mówię o pokracznych ćwierćnatarciach, których nie sposób wydziergać od początku do końca, bo rywal przeszkadza. Skupcie się kiedyś na prześladujących mnie ostatnio stałych fragmentach gry, w wykonaniu których nikt nie przeszkadza. Kopacz Smoliński przymierza i nie poprzestaje na tym, że nie przerzuca muru - on trafia w kolana rywala. A paraduje w drugiej linii drużyny mierzącej w mistrzostwo Polski! Prestiżowe mecze naszej ligi naprawdę zbliżają się do wyczynu, o którym pisałem po sobotnim sparingu reprezentacji - meczów piłki nożnej bez piłki nożnej. Zbyt wielu uczestniczy w niej graczy nieodwracalnie miernych (nawet w głównych rolach, patrz Maciej Iwański), co przygnębia tym bardziej, że przecież najlepsi przestali masowo emigrować, nikt ich już nie przygarnia, naiwniaków za granicą ubywa. Brakuje płynności, elementarnej boiskowej rzetelności, jakichikolwiek wybijających się postaci, na których warto zawiesić oko. W czasach zewsząd uwodzących nas lig hiszpańskich i włoskich to jest zwyczajnie niestrawne dla najbardziej nawet wytrzymałych żołądków. Nie chce mi się już o okolicznej beznadziei rzęzić, nic nowego zresztą nie wyrzężę, włączam nowego Stańkę (dopiero dzisiaj kupiłem!), dokładam sobie tymczasowo jeszcze jedną zasadę: spróbuję w najbliższych tygodniach w ogóle nie blogować o polskiej piłce. I mam nadzieję łamać tę zasadę rzadziej niż piątkową.
piątek, 20 listopada 2009
Każdy kibic już chyba postękał, jak trudno będzie przygotowywać reprezentację na Euro 2012 w sparingach i wyszukiwać godnych rywali. Selekcjoner też to wie. Potęgom trzeba za towarzyskie kopanie słono płacić, europejscy konkurenci będą w terminach FIFA walczyli w eliminacjach, poza tym granie bez stawki determinacji wśród naszych przeciwników nie wyzwoli. Ogólnie bida. Mam pomysł o tyle wariacki, że nikt na niego dotąd nie wpadł. I o tyle, że przymulone nieróbstwem pasibrzuchy z PZPN paluchami nie ruszą, by go spróbować zrealizować. A lepszego z siebie nie wycisną. Mój pomysł brzmi - zgłośmy polską kadrę do eliminacji Euro 2012. Oczywiście nie po to, by je nieuchronnie przerżnąć. Będziemy bezpieczni, bo jako gospodarze mamy pewny awans. Skoro z Platiniego taki zapamiętały reformator i kumpel Bońka, to chyba da się namówić. Niczego by szef UEFA nie ryzykował, w żaden sposób nie zakłócilibyśmy eliminacji. Miały zostać rozegrane w sześciu grupach sześciodrużynowych i trzech pięciodrużynowych, po dołożeniu Polski rozegrane zostałyby w siedmiu sześciodrużynowych i dwóch pięciodrużynowych. Ot co, nie potrzebowalibyśmy ani jednego dodatkowego terminu, wystarczyłaby niemal niezauważalna korekta systemu. Mój pomysł miałby sens pod jednym warunkiem - nasi piłkarze kopaliby bez stawki, natomiast inni biliby się z Polakami o normalnie wliczane do tabeli o punkty. To jedyny sposób, by Smuda przed Euro 2012 przećwiczył swoich ludzi nie tylko w pseudomeczach z przeciwnikami symulującymi walkę, lecz również przeciwnikami grającymi serio. I to mocnymi, losowanymi z wyższych koszyków. Inaczej w ogniu (prawie) prawdziwej walki piłkarzy nie sprawdzimy. Powtarzam: UEFA nic nie traci, my zyskujemy sporo. Gdybym był szefem PZPN, na pewno bym spróbował.
czwartek, 19 listopada 2009
Z drobiazgiem wpadam, bo przewertowałem z ciekawości Encyklopedię Piłkarską FUJI i wytropiłem, że Wojciech Szczęsny został wczoraj najmłodszym powojennym bramkarzem seniorskiej reprezentacji Polski. Miał 19 lat i 214 dni. Wczesny debiut oczywiście wielkiej kariery Szczęsnemu nie gwarantuje, nastoletnich bramkarzy trzeba oceniać nadzwyczaj ostrożnie, bo to specjalizacja osobna, wymagająca dojrzałości i mocy mentalnej, a często również wielu lat praktyki. Nasi słynni bramkarze stawali między reprezentacyjnymi słupkami później. Szymkowak miał ponad 20 lat, Tomaszewski prawie 24 lata, Młynarczyk 25 lat, Dudek i Boruc ponad 24 lata. Mniej niż Szczęsny - 19 lat i 149 dni - przeżył przed debiutem tylko niejaki Mieczysław Szumiec, który zagrał dla kraju niedługo po zamachu majowym, latem 1926 roku, czyli w antycznej erze wykluwania się naszej kadry narodowej. Potem już nigdy jednak w reprezentacji nie wystąpił. Zostawmy Thierry’ego Henry’ego, jego adwokaci mają świętą rację, kiedy przypominają, że Francuz zachował się tak jak niemal wszyscy piłkarze, którzy na boisku notorycznie kłamią. Zajmijmy się FIFA - cyniczną firmą wycierającą sobie gębę sloganami o fair play, lecz nie robiącą nic, by elementarne wartości w sporcie chronić. Jeśli obrońców Henry znajduje wcale licznych, to również dlatego, że futbol oszustwo usankcjonował, oszustwo kibicom spowszedniało, kibice w przyznaniu się do oszustwa nie widzieliby zwykłej przyzwoitości, lecz sławili czyn heroiczny. W żadnej innej dziedzinie życia nie dzieje się tak, że przestępstwo popełniane - dzięki kamerom - na oczach milionów ludzi nie jest karane w ogóle lub jest karane demoralizująco łagodnie, ba, coraz częściej nikt go nawet nie potępia. Piłka nożna wychowuje krętaczy. Uczy, że łgarstwo popłaca. I albo to polubisz, albo idź sobie precz. Kiedy Henry dotykał piłki ręką, by nieuczciwie wygrać z Irlandią, a potem się do szachrajstwa nie przyznawał, wiedział, że niewiele ryzykuje. Nie bał się - bo nie musiał się bać - że za karę nie pojedzie na mundial. Choć przepisy pozwalają dyskwalifikować na wiele miesięcy graczy za brutalne faule bądź inne napastliwe zachowania (np. oplucie rywala), to ordynarne oszustwa - jak przewracanie się w polu karnym mimo braku kontaktu z rywalem - traktują pobłażliwie. Nie wiemy, czy gdyby Henry’emu groziło wykluczenie z mundialu, to łapkę by cofnął lub się sędziemu z grzechu wyspowiadał. Ale wolno nam założyć, że przynajmniej by rozważył, czy warto. W barażowym dwumeczu Francuzi nie przegrywali z Irlandią, lecz remisowali. Zostało im trochę czasu, by strzelić gola, potem mogli jeszcze zwyciężyć w rzutach karnych. Nie wymyślimy regulaminów, które uczynią sportowców uczciwymi. Stwórzmy przynajmniej przepisy odstraszające gangsterów. Ratujmy, ile się da. Bo dziś Henry się nawet nie wstydzi, nie tłumaczy szwindlu reakcją instynktowną i niebywałą presją, winę za skandal bezczelnie zrzuca na nieudolność sędziego. Dla jasności: protestowałbym, gdyby FIFA ukarała Henry’ego dla przykładu, surowiej niż tysiące poprzedników. Niech najpierw ogłosi nowe sankcje, dzięki którym rozpocznie osuszanie muraw z jawnego, uporczywego szydzenia z jej własnego kodeksu etycznego (polecam zwłaszcza dwa początkowe paragrafy). Tracą też sens argumenty, którymi Sepp Blatter uzasadnia niezgodę na korzystanie z powtórek wideo w sytuacjach kontrowersyjnych, trudnych do oceny. Rozumiałem pogląd - choć go nie podzielałem - że dopuszczenie sędziowskich pomyłek czyni grę bardziej ludzką, że nie wszystkich będzie na technologię stać. Niestety, sędziowie po cichu już się wideo niekiedy wspierają. W ich środowisku tajemnicą poliszynela są powody, dla których prowadzący finał ostatniego mundialu Horacio Elizondo z uderzającym opóźnieniem wyrzucił z boiska Zinedine’a Zidane’a (wyrżnął głową w klatę Marco Materazziego) - incydent analizował na monitorze „czwarty” arbiter Luis Medina Cantalejo. Na tegorocznym Pucharze Konfederacji natomiast piłkarze Egiptu zarzucili Howardowi Webbowi, że dzięki powtórce wideo podyktował rzut karny dla Brazylii. Co ciekawe, zwycięzcy wersję pokonanych potwierdzili. Do bezwstydnej hipokryzji FIFA przywykłem, dlatego jestem głęboko przekonany, że jeśli w finale przyszłorocznych mistrzostw świata trzeba będzie zerknąć w ekran, to sędzia techniczny znów zerknie. Mundial to biznes, skandale wizerunkowi biznesu szkodzą, finału splamić nie wolno. Wrogom kamer przybędzie poważny argument (arbiter sobie poradził), a futbol pozostanie podzielony na elitę z dostępem do wideo oraz plebs, który powinien się wreszcie pogodzić, że ten sport stał się rezerwatem dla zawodowych kanciarzy.
środa, 18 listopada 2009
Żeby było całkiem uczciwie i żebyście nie mieli wątpliwości do mojego braku bezstronności, od razu przyznam - kibicowałem Irlandii. Ściślej - kibicowałem Giovaniemu Trapattoniemu, z Irlandią nic mnie nie łączy, postrzegam ją letnio. Wielbię panów po siedemdziesiątce na trenerskiej ławce. Zwłaszcza panów po siedemdziesiątce, którzy zdobyli pękatą gablotę tytułów, a wciąż im się chce. Irlandia prowadziła z faworyzowaną, błyszczącą od megagwiazd Francją w barażu o mundial 1:0 (u siebie przegrała 0:1). Chciała przetrwać dogrywkę, jej bramkarz Shay Given umie bronić rzuty karne. Nie przetrwała, bo Thierry Henry opanował piłkę ręką, podał do Williama Gallasa, padł gol. Henry dotknął piłki dwa razy, raz mu nie wystarczył. Już nawet nieważne, że wcześniej - w tej samej akcji - dwóch Francuzów sterczało na spalonym. I nieważne, że jeszcze wcześniej sędzia mógł był podyktować dla nich rzut karny za faul na Anelce. Nieważne, mnie interesuje wielki sportowiec Thierry Henry, który oszukał, by wygrać jeszcze jeden mecz. Był już mistrzem świata, był mistrzem Europy, wygrywał Ligę Mistrzów, wygrywał najsilniejsze ligi - angielską i hiszpańską, bawił się futbolem w dwóch zjawiskowych drużynach - Arsenalu i Barcelonie. Dorobkiem bije Messiego i Ronaldo razem wziętych, nie znajdziecie wśród aktywnych piłkarzy kogoś, kto dostałby od futbolu więcej. A jednak Henry tak bardzo chciał wygrać jeszcze raz, że oszukał. Na oczach, jak szacuję, dziesiątek milionów widzów. Nie on pierwszy, nie on ostatni. Oszukał odruchowo? Na wpół świadomie? W malignie działał? Czy żądalibyśmy zbyt wiele, gdybyśmy oczekiwali, że się przyzna? Jaki odsetek Francuzów - gdybyśmy przeprowadzili sondaże, które służą dziś za skarbnicę wiedzy niepodważalnej - poparłby Henry’ego, gdyby Henry się zreflektował i poprosił sędziego o anulowanie gola? Ilu kolegów z drużyny nie zgłaszałoby pretensji? Albo inaczej - ilu młodszych kolegów z szatni nauczyłoby się czegoś ważnego od wielkiego sportowca? Czy Henry dzięki szlachetnemu zachowaniu nie zyskałby więcej niż dzięki golowi Gallasa? Piszę ekspresowo i na gorąco, spoglądając na gasnącą Irlandię, więc wyszło pewnie zbyt emocjonalnie - wybaczcie, nadwrażliwi na egzaltację. Teraz pewnie futbolowy świat dopadnie strun głosowych szefa UEFA Michela Platiniego, przecież Francuza, z natarczywie powtarzanym pytaniem, czy jednak nie warto wprowadzić do piłki powtórek wideo. Mnie interesuje coś zupełnie innego. Co powie sportowiec, którego podziwiałem - Thierry Henry? |
Ostatnie notki
Zakładki:
A tu klikam natrętnie
Ferajna z sąsiedztwa
Niezbędnik inteligenta
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||