RSS
wtorek, 22 lipca 2014

James Rodriguez, Real Madryt, transfer

Perspektywa globalna. Wszyscy zżymają się na rozrzutność szejków i innych oligarchów, tymczasem to burżuje z Realu Madryt i Barcelony odpowiadają za wszystkie osiem najdroższych transferów w historii: Cristiano Ronaldo, Gareth Bale, James Rodríguez, Zinedine Zidane, Kaká Luis Suárez, Neymar, Zlatan Ibrahimovic. Licytować się z nimi na ceny próbują jedynie właściciele Paris Saint Germain, a liga angielska – najbogatsza na świecie – nie sfinansowała ani jednej transakcji współtworzącej czołową dziesiątkę najwyższych w futbolu. Interesem grubszym niż wszystkie pozostaje na Wyspach skromne 50 mln funtów wyłożone przez Chelsea na Fernando Torresa. A w konkursie na medialną jazgotliwość Premier League już w ogóle nie ma śladowych szans, w futbolu to Barca i Real są jak Apple i Microsoft albo Coca-Cola i Pepsi.

Perspektywa hiszpańska. Bezczelny wybryk Atlético Madryt, które ośmieliło się wysadzić w powietrze duopol królewsko-kataloński, poskutkował tak, jak przypuszczaliśmy, tylko jeszcze bardziej. Sensacyjni mistrzowie są od tygodni poddawani intensywnej rozbiórce, stracili już Thibauta Courtois, Diego Costę, Filipe Luisa, Davida Villę, Adriana oraz Diego, a bulimicy z Chelsea ślinią się ponoć jeszcze na wspomnienie środkowego obrońcy Mirandy. Obrońcy tytułu będą go bronić tylko formalnie, bo tamta drużyna przestała istnieć. Obaj hiszpańscy potentaci obżerają się natomiast bez umiaru, na myśl o tercecie południowoamerykańskim Messi-Suarez-Neymar oraz tercecie za ok. 270 mln euro Bale-James-Ronaldo fani Barcelony i Realu pewnie omdlewają. Trenerom być może też się kręci w głowach, choć z zupełnie innych powodów –niełatwo będzie na Camp Nou pogodzić osobowości trzech megagwiadorów, których przeznaczeniem jest przyćmiewać wszystkich, niełatwo będzie na Santiago Bernabéu upchnąć za napastnikiem trzech arcyofensywnych artystów, skoro w środku pola wypadałoby zmieścić Lukę Modricia i pozyskanego właśnie mistrza świata Toniego Kroosa.

Gdyby Atlético nie przestało istnieć i dodatkowo zafundowało sobie transferową kosmetykę kadry, to znów stawiałbym, że uda mu się zamach na El Clásico. Gdyby...

Perspektywa klubowa. Czy Real Madryt, u którego tak pięknie współdziałał ostatnio środek pola, naprawdę potrzebował akurat Rodrígueza i Kroosa? A może to pytanie nie ma sensu, bo futbolowe superkorporacje zwyczajnie muszą co sezon rozświetlać markę kolejnymi supertransferami i zmiany przeprowadzane dla samych zmian należy przyjmować jak obiektywne okoliczności pogodowe, upał w tropikach lub burzę śnieżną na Antarktydzie? Już kiedyś blogowałem, że chciałbym kiedyś dotknąć mitycznej wartości marketingowej – zobaczyć przekonywające podliczenie zysków komercyjnych ze ściągnięcia konkretnego nazwiska. Przekonywające, czyli głębsze niż np. epatowanie liczbą sprzedanych koszulek – skąd wiemy, ilu z klientów kibiców i kupiło ją właśnie dla nowego nazwiska, a ilu wzięłoby również inne nazwisko, bo po prostu odświeża garderobę przed każdym sezonem?

W każdym razie jeśli trener Carlo Ancelotti zechce zmieścić w jedenastce cały tercet za ok. 270 mln i napastnika, to nowy wystrój szatni wymusi na nim być może zmianę systemu gry z 4-3-3 na 4-2-3-1. A wtedy nie wiadomo, jak obsadzić przestrzeń między obroną i atakiem. Ryzykować z duetem Modrić-Kroos? Osadzić jednego w rezerwie, żeby użyć Xabiego Alonso?

Perspektywa indywidualna. Jeszcze nigdy tak wiele nie kosztował piłkarz, który dokonał tak niewiele – wyćwierkałem te refleksję na Twitterze i wywołałem niejakie kontrowersje, tutaj myśl doprecyzuję. Oto za Jamesa Rodrígueza, młodzieńca po kilku sezonach w ligach spoza ścisłej czołówki europejskiej i kilkunastu dniach doskonałej gry na mundialu, kluby zapłaciły już w sumie około 130 mln euro. FC  Porto wyłożyło 5 mln, AS Monaco – 45 mln, Real – 80 mln (podaję kwoty orientacyjne, nie awanturujmy się o detale). W rankingu najdroższych 23-letni Kolumbijczyk – dawno rozpoznany jako utalentowany, ale madryckiego prezesa Florentino Pereza ewidentnie natchnął MŚ – ustępuje już zatem tylko Ibrahimoviciowi (około 180 mln) i Nicolasowi Anelce (około 130 mln, więc jemu niekoniecznie ustępuje). Piłkarzom, którzy przez całą karierę wędrują do klubu do klubu, ale w największych futbolowych turniejach raczej rozczarowywali...

piątek, 18 lipca 2014

Nie dajcie się omamić defetystom, wcale nie dzieje się beznadziejnie czy choćby źle, przeciwnie, nadwiślańska piłka nożna kwitnie. To perfekcyjnie funkcjonujące, stale się rozwijające i jedno z najbardziej dochodowych przedsięwzięć biznesowych w Polsce. A może wręcz, biorąc pod uwagę jakość oferowanego produktu, najbardziej dochodowe.

Spójrzcie na frekwencję podczas ostatnich meczów u siebie reprezentacji kraju, przecież gniotów nie do zniesienia. Show z Litwą – 33 tys., Szkocja – 42 tys., Irlandia – 31 tys., Słowacja – 41 tys., Czarnogóra – 45 tys., Dania ­– 35 tys. A na Ukrainę, w potwornie mroźny wieczór, przyszło aż 56 tys. naiwnych. Upał czy zamieć, o punkty czy ćwierćsparing, stolica Polski czy stolica Wielkopolski, chętni zawsze się znajdą. Bez nurkowania w statystyki wiadomo, że nie znajdziemy w świecie miejsca, gdzie tak wielu przychodzi tak często oglądać tych, którzy wygrali tak niewiele. W Europie tylko kilka potęg oklaskuje z trybun większy tłum.

Nic dziwnego, że ktoś zawsze reprezentację zasponsoruje. W najgorszym razie Cinkciarz.pl. PZPN od zawsze chełpi się imponującą kondycją finansową, choć – powtarzał to już prezes Michał Listkiewicz – „jako jedyny związek sportowy nie bierze jałmużny z budżetu państwa”. Powinien był jeszcze dodać, że cały ten interes chroni święta zasada – nie musimy spełnić żadnych wymagań, nikt nie zaszantażował nas żadnym minimum przyzwoitości, piłkarze mogą skopać piętami własne czoła, a szmal zawsze spłynie. Perpetuum mobile.

Czołowe kluby również puchną. Przywoływałem na Twitterze wzrost przychodów Legii Warszawa, nie tyle dynamiczny, ile kosmiczny. Rok 2011 – 67,6 mln złotych; rok 2012 – 89,9 mln; rok 2013 – 114,3. W dwa lata skok o 69 procent! Lech Poznań tyje wolniej, ale też tyje. Obie wielkie lokalne firmy stale uciekają finansowo tym wszystkim mniej lub bardziej prowincjonalnym rywalom, którzy zasadzają się na nich w rozmaitych na wpół przedwstępnych rundach kwalifikacji do eliminacji do europejskich pucharów. Ba, wielu nadwiślańskich ligowców z dołów tabeli, których nikt nie wpuszcza do międzynarodowego grania, nie schyliłoby się po piłkę za 8 tys. złotych – pensję najwyżej opłacanego kopacza z estońskiego Nõmme Kalju, wczoraj zbyt silnego dla wicemistrza Polski. A budżet półamatorskiego irlandzkiego St. Patrick, którego Legia ledwie wydarła remis, mógłby nie wystarczyć do utrzymania w tzw. ekstraklasie.

Mamony przybywa, odpowiedzialności wcale. Najpierw wysłuchiwaliśmy, że „nikt nie żąda awansu do Ligi Mistrzów” – bez nerwów, panowie piłkarze, spieszmy się powoli, to strategia rozłożona na lata – teraz wysłuchujemy, że nikt nie oczekuje widowisk w ostatniej fazie eliminacji – trzeba dbać o wrażliwe wnętrza legijnych gwiazd, niech ich nie pożre presja, oszczędźmy im stresu i zgryzoty, dmuchnijmy i chuchnijmy, na pełnym luziku gra się przyjemniej. Trener Lecha też nie wpada we wściekłość po skandalicznym numerze wywiniętym przez poznaniaków w Estonii, on wszystko przyjmuje na spokojnie, wyjaśni nawet awanturującym się, że nie ma mowy o kompromitacji. Gdyby nie szydera w internetach i na trybunach, luksusowo wynagradzani zawodowcy z naszych największych przedsiębiorstw futbolowych pewnie nigdy nie usłyszeliby, że cokolwiek spartaczyli. Zresztą i tak mogą puścić pojękiwania pieniaczy mimo uszu, wszak właśnie startują rozgrywki w ich własnej zagrodzie, tutaj Lutek wygra z Ziutkiem albo odwrotnie, to właściwie kwestia drugorzędna, zarobią obaj. I podelektują się światową oprawą. Telewizje elegancko transmitują, w lożach z foie gras w menu zasiadają eleganccy panowie, sezon podsumowują eleganckie gale, mistrzowie świętują tytuł w eleganckich otwartych autobusach – jak Real Madryt.

Wyczynowcy importowani też się prędko orientują, że czy się stoi, czy się leży, to kontrakcik się należy, więc w szkodliwym napięciu nerwowym nie żyje nikt, to jest raczej beznamiętne odbijanie karty na zakładzie. Na zakładzie, czyli na efektownych stadionach – też czołówka europejska, mówiłem, że interes się kręci – o których przeciwnicy z europejskich pucharów nie umieją nawet marzyć.

Zawsze rozumiałem, dlaczego polskie drużyny przegrywają. Rozumiałem to, gdy były intelektualny lider naszego myśli szkoleniowej Jerzy Engel w polemice wytykał mi głównie niewłaściwą fryzurę, rozumiałem to przedwczoraj, gdy jego następca Stefan Majewski żołądkował się, że dziennikarze ośmielają się tytułować Roberta Warzychę trenerem, choć ten nie dostał świętego PZPN-owskiego glejtu, zwanego szumnie licencją – to dla związkowego dyrektora naczelny problem kopactwa polskiego. Ale właśnie dotarliśmy do momentu, w którym przestaję klęski pojmować. Owszem, u nas – pod względem sportowym – nie działa nic, ale czy w meczach z estońskim Kalju lub dublińskimi półamatorami nie schodzimy już na pułap, na którym nasi powinni wygrywać nawet na rozsadzającym łeb wszechkacu? St. Patrick wypuściło na boisko przy Łazienkowskiej kopaczy niewydarzonych, upiornie biedzących się z piłką przy każdym kontakcie, widzieliśmy, że ustępują legionistom technicznie, pewnie żaden nie zmieściłby w warszawskiej rezerwie. Wyglądali tak nędznie, że nawet taktyczne inwalidztwo gospodarzy nie powinno – tym drugim, faworytom – fundamentalnie zaszkodzić. Ten mecz świetnie opłacanym pracownikom przedsiębiorstwa Legia Warszawa wypada wygrywać samym wysiłkiem woli.

Wciąż sądzę, że mistrzowie Polski wygramolą się do następnej rundy. Wicemistrzom też daję szanse. Ale ich dwumecze nie mają prawa być morderczymi bataliami, to wyzwania na miarę przystawienia stempla przez urzędnika, przylepienia znaczka na kopertę przez pana z okienka na poczcie, znalezienia właściwego adresu przez taksówkarza. Niżej zawieszonej poprzeczki, mówiąc narzeczem ligowym, być już nie może, bo ta nie wisi, lecz leży. Uderzające, że bohaterowie tzw. ekstraklasy nie obawiają się nawet wstydu. Nie tylko psychologowie widzą w nim potężną siłę, już Rousseau pisał, że „nie najciężej wyznać, to co w nas zbrodnicze, ale co wstydliwe i śmieszne”. Piłkarze obciachu nie czują prawdopodobnie nigdy, wiodą żywot sielski i anielski, a ewentualne odpadnięcie z europejskich rozgrywek jeszcze jego standard podniesie – zwolni z udręki wypraw na zagraniczne wygwizdowo, gdzie stadiony wyglądają znacznie poniżej przyzwyczajeń światowca z Poznania czy Warszawy. I będzie można znów w pełni skupić się na tzw. ekstraklasie.

poniedziałek, 14 lipca 2014

Owszem, Leo Messi wypadł na mundialu przeciętnie. Przeciętnie jak na nieosiągalne dla nikogo innego standardy, do których przyzwyczaił nas w szczycie kariery. Przesądził o zwycięstwach Argentyny w czterech meczach; dał jej cztery gole i asystę; najczęściej na turnieju z powodzeniem dryblował; był w czołówce wykonujących tzw. podania kluczowe, czyli stwarzające partnerom okazję strzelecką. Wpływał wreszcie na postawę przeciwników, których odwagę tłumił respekt dla jego klasy. Każdy piłkarz zostałby za to doceniony, i to bez wywoływania kontrowersji.

Nie Messi. To być może największy hołd dla jego wyjątkowości. Oceniamy go wedle osobnych kryteriów – jeśli nie oderwie się od murawy i nie wyczaruje bimbaliona bramek, to zawsze usłyszy stękanie, że nie jest aż tak groźny, jak go malują. Przypomnijmy sobie ostatni sezon klubowy – wszyscy czujemy, że studziennie rozczarował, a przecież w 46 meczach Barcelony natłukł 41 goli. Mnóstwo wybitnych snajperów w najlepszym okresie kariery nie zdołało dokonać tego, czego on dokonał w okresie słabszym. Pooranym kontuzjami, znaczonym tajemniczymi przypadkami wymiotowania podczas gry i treningów, znamionującym jego ewidentny niedowład atletyczny. Messi coraz częściej po boisku spaceruje lub wręcz staje, by zmagazynować energię na pojedyncze zrywy. Małego robocopa nienawidzącego najdrobniejszych przerw w grze – pod Pepem Guardiolą na Camp Nou nie chciał opuszczać nawet mniej ważnych meczów – zastąpił cherlak wyglądający każdej okazji, by zrobić sobie przerwę w grze.

Nie wiadomo, czy jeszcze wróci na swój maksymalny poziom, ale jeśli wróci i jeśli porwie Barcelonę do kolejnych wzlotów w Lidze Mistrzów, to nie widzę żadnego sensu odmawiania mu chwały największego w historii, ustawianego obok Maradony i Pelego, tylko z powodu niespełnienia mundialowego.

Kiedy podziwiam jego grę, to widzę, że w moim prywatnym, mocno subiektywnym rankingu raczej nie doścignie swego fenomenalnego rodaka – Diego każdym dotknięciem piłki wprawiał w uniesienie, Leo to żywa taśma produkcyjna wypuszczająca nieskończoność perfekcyjnych mikrozagrań. Nie ta skala wzruszeń estetycznych, dla mnie w piłce niezbędnych. Im bardziej jednak słyszę wątpliwości, czy zasługuje na porównania z największymi wśród największych, skoro nie zdobył mistrzostwa świata, tym bardziej mam ochotę zapytać, czy Pele i Maradona zasługują, skoro nie wygrali Ligi Mistrzów.

Dlaczego niby czterotygodniowy turniej, rozgrywany raz na cztery lata przez drużyny wytrenowujące spójny styl gry tylko na incydentalnych króciutkich zgrupowaniach, ma dostarczać dowody wielkości twardsze niż turniej wielomiesięczny, rozgrywany sezon w sezon, skupiający drużyny wyćwiczone do granic możliwości, bezdyskusyjnie mocniejsze niż reprezentacje narodowe? Czy np. – hipotetyzuję teraz – pięć triumfów w Champions League ozdobionych pięcioma tytułami króla strzelców wciąż byłoby warte więcej niż mundialowe złoto i srebro Maradony? A siedem triumfów w Champions League?

Ofiarą fetyszyzowania mundialu padł już Alfredo di Stéfano. Autor dzieła nie do powtórzenia – z Realem pięć razy z rzędu brał Puchar Europy, w każdym finale wbijał gola – bez którego madrycki klub nie zostałby największą futbolową marką XX wieku. Maradonie i Pelemu sławą ustępuje tylko dlatego, że nie wystąpił na mistrzostwach świata... A przecież dziś Liga Mistrzów jest potężniejsza niż kiedykolwiek wcześniej, to ona daje scenę dla futbolu na najważniejszym poziomie. Ma przewagę – nie krępują ją kwestie paszportowe, więc nie pozwala, by atrakcyjność zabawy obniżyła nieobecność gwiazd formatu Ibrahimovicia, Bale’a czy Lewandowskiego.

Nie mam pojęcia, czy Messi zasłuży, by obwoływać go graczem wszech czasów. W tym wywodzie zabiegam nie o niego, lecz o generalną zasadę – jeśli triumf na mundialu uznamy za warunek konieczny, by kogokolwiek uhonorować tytułem największego w historii, to z góry wykluczamy z rywalizacji wszystkich kandydatów niewłaściwego pochodzenia, czyli urodzonych w rozmaitych Luksemburgach, Szwajcariach czy nawet Kolumbiach. Nie rozumiem też, dlaczego na co dzień emocjonujemy się supernowoczesnym spektaklem Ligi Mistrzów, a najlepszego mielibyśmy wybierać kierowani odruchami archaicznymi, obojętni na kontekst. Nawiasem mówiąc, Cristiano Ronaldo przeżywa w swoim kraju to samo – Portugalczycy twierdzą, że wyrośnie ponad Eusebio, dopiero gdy również wyniesie reprezentację na podium mundialu. A na następnych MŚ będzie miał już 33 lata...

Czyli ponad Eusebio być może nigdy nie wyrośnie. Nawet jeśli w Realu Madryt pewnego dnia ogłoszą, że przyćmił legendę wszech czasów – Alfredo di Stefano. A Ronaldo na mundialach właściwie nie istniał. Teraz wydłubał jednego gola, podobnie jak cztery lata temu (wcisnął go wtedy Korei Północnej), natomiast przed ośmioma laty, choć dotarł do półfinału, zapamiętaliśmy go głównie ze sprowokowania Wayne’a Rooneya.

Tak, mistrzostwa świata widziały setki lepszych od Ronaldo. Czy z tego błahego powodu mamy mu odbierać miejsce pośród gigantów?

mistrzostwa świata w piłce nożnej, Niemcy - Argentyna

Przeorali świadomość kibiców z całego świata jak żadna inna reprezentacja w minionych latach. Zburzyli stare Niemcy, kojarzone z tępą siłą albo nudną skutecznością, by zbudować Niemcy całkiem nowe – radosne, rozskrzydlone, niekiedy – to szczególnie szokująca przemiana – wręcz beztroskie.

Uwodzili już na mundialu w 2006 roku. Rozentuzjazmowana, rozpalona odzyskanym przez rodaków patriotyzmem drużyna Jürgena Klinsmanna strzeliła najwięcej (14) goli na turnieju, ale złota, wbrew prześladującej rywali czarnej legendzie o nieuchronności niemieckich triumfów, nie zdobyła. W 2010 r. byli bezapelacyjnie najładniejszą atrakcją. Znów najskuteczniejsi (16 goli), znów zatrzymani w półfinale – przez morderczo skrupulatną w trzymaniu piłki Hiszpanię. A teraz obejrzeliśmy trzecie mistrzostwa z rzędu, których najbardziej bramkostrzelnym (18 trafień) uczestnikiem okazali się Niemcy. Najbardziej bramkostrzelnym i jedynym tworzącym drużynę w pełnym sensie tego słowa. Główni rywale polegali na odosobnionych zrywach solistów (Messi, Neymar, Robben), u naszych zachodnich sąsiadów na bohatera czasem wyrastał Müller (rozszarpał na strzępy Portugalię), czasem bramkarz Neuer (zaanektował całą połowę boiska w ciężkim boju z Algierią), czasem Hummels (panował nad oboma polami karnymi w ćwierćfinale z Francją), czasem Kroos z Khedirą (zmiażdżyli środek pola Brazylii), a czasem Boateng (Argentyna rozbiła się o niego kilka razy) i Götze (wiadomo). Wszechogarniająca wszechstronność, w futbolu reprezentacyjnym stać na nią jeszcze tylko Hiszpanię – akurat obumarłą, wykopaną z rywalizacji w fazie eliminacyjnej.

Drużyna Vicente del Bosque dała przed czterema laty popis będący kulminacją trendu, o którym już blogowałem – mistrzowie świata dążyli ostatnio do zera, nieważne było, ile goli nastrzelają, liczyło się tylko, by sami ich nie tracili. Włosi w 2006 r. pozwolili sobie wbić bramkę tylko z rzutu karnego, poza tym skrzywdzili się samobójem. Hiszpanie w 2010 r. ustanowili rekord wszech czasów, utrzymując czyste konto przez ostatnie 433 minuty turnieju. A teraz ich drogą kroczyli, oczywiście w zupełnie innym stylu Argentyńczycy – w 1/8 finału, ćwierćfinale i półfinale ich bramka pozostała nietknięta, przed dzisiejszym wolejem Götzego idealnie bronili się przez 486 minut. Gdyby przetrwali do rzutów karnych i zwyciężyli, zostaliby mistrzami minimalizmu – w całej fazie pucharowej uciułali stosunek bramkowy 2-0, przez ostatnie pięć i pół godziny turnieju nie strzelili gola, w finale ani razu nie wycelowali w bramkę. Byłby triumf futbolu ekstremalnego.

Tymczasem Niemcy grają pod prąd. Już w mundialowych eliminacjach zabawiali się do upadłego, ofensywne rozpasanie łącząc – znów: wbrew nieaktualnemu już stereotypowi – z okresami skandalicznej nieodpowiedzialności w defensywie. Nastrzelali najwięcej goli w strefie europejskiej (średnio 3,6 w meczu!), ale sporo tracili – Szwecję na wyjeździe pokonali 5:3, a u siebie pozwolili jej zremisować, choć na pół godziny przed końcem prowadzili 4:0. Precz z teutońską rzetelnością, wiwat luz w kolorach multikulti. Bundesliga to też rozmach snajperskich fajerwerków (3,13 bramki na 90 minut gry), jakiego nie znajdziecie w innych czołowych rozgrywkach krajowych, a reprezentacja Joachima Löwa 18 golami na brazylijskich mistrzostwach przelicytowała wszystkich. Intensywniejszą kanonadę na mundialu urządziła ostatnio Brazylia Pelego. W 1970 roku.

Rozpieszczali więc Niemcy kibiców swoich i nieswoich – zademonstrowane na dwóch turniejach 4:1 z Anglią, 4:0 z Argentyną, 4:0 z Portugalią oraz 7:1 z Brazylią to doprawdy kolekcja baśniowa – ale zatracili swój dawny instynkt bezwzględnych, cynicznych wygrywaczy, przestali być drużyną wojny. Kiedy kopali śpiewająco, renomowany przeciwnik słabował i mecze im się „układały”, jak w przywołanych szlagierach, to dawali niezapomniane show. Kiedy renomowany przeciwnik stawiał twardy opór, to mu ulegali – jak w półfinale MŚ 2010 z Hiszpanią (0:1), w półfinale MŚ 2006 (0:2 z Włochami po dogrywce), w półfinale Euro 2012 (1:2 z Włochami) oraz finale Euro 2008 (0:1 z Hiszpanią). Również dlatego stawali się reprezentacją bardziej przyjazną bezstronnym fanom. Reprezentacja nieefektownych twardzieli, którzy zwyciężają zawsze i wszędzie, przeobraziła się w reprezentację urokliwych chłopców, którzy zwyciężają tylko do czasu. Brąz, srebro, brąz, brąz – takie kolory miały najnowsze turnieje. I dzisiaj też długo zdawało się, że Argentyna nie tyle sporządziła precyzyjniejszy plan na finał, ile realizuje go z większą pewnością siebie.

Niemieccy publicyści zarzucali nawet nowemu pokoleniu piłkarzy, że jest zbyt miękkie. Że subtelność zagrań łączy się u niektórych kadrowiczów z wątłością psychiczną, że wyparcie z szatni samców alfa i zastąpienie ich metroseksualnymi nadwrażliwcami, które miało odzwierciedlać przemiany społeczne w kraju, bezpowrotnie odebrało Niemcom legendarną przewagę nad konkurentami z całego świata. Te tezy zostały właśnie unieważnione. Po karnawałowym półfinale podziwialiśmy finałową wojnę, wreszcie zwycięską. Drużyna Löwa piłkarsko ustępuje ubiegłorocznemu Bayernowi według Juppa Heynckesa, ale również potrafi wygrywać na wiele sposobów, również dysponuje zbyt wieloma atutami, by rozpoznać najważniejsze, również nie boi się żadnej epidemii (przedmundialowe urazy Reusa, Gündogana i obu Benderów). I kibice z innych krajów nie mają alternatywy. Nawet ci tradycyjnie ostro z Niemcami rywalizujący odkrywają, że Niemców trzeba kochać.

01:12, rafal.stec
Link Komentarze (55) »
środa, 09 lipca 2014

Brazylia, mistrzostwa świata w piłce nożnej, Niemcy

„Mam ochotę pójść do łóżka, przespać cztery lata i obudzić dopiero w chwili, gdy nadejdzie czas, by pomścić tę niesprawiedliwość. Na następnym mundialu” – wyrzucał z siebie sławny rozgrywający Zico w 1982 roku, zaraz po mundialowej porażce Brazylii z Włochami.

Dziś nęka mnie podejrzenie, że niektórzy piłkarze „Canarinhos”, który podpisali półfinałową hańbę – 1:7 z Niemcami – woleliby już w ogóle się nie obudzić. Przecież wiedzą, że pomścić tego, co stało się kilka godzin temu, nigdy nie będą zdolni.

Zico współtworzył przed trzema dekadami drużynę demonstrującą futbolowy zjawiskowy – rodacy ubóstwiali ją bez względu na okoliczności, byli gotowi wybaczyć wszystko, tamto niepowodzenie uznali za krzyczącą niesprawiedliwość, na którą piłkarze i trener Tele Santana nie zasługiwali. Teraz pokrzywdzeni są wyłącznie kibice. Piłkarze to zbrodniarze, którzy upokorzyli cały kraj. Państwo zainwestowało pierdyliardy w sfinansowanie turnieju, a oni nie dość, że kopali bez wdzięku i przepychali się do kolejnych rund po trupach, to jeszcze ostatecznie sprowadzili brazylijski futbol na dno – między Haiti 0:7 (z Polską), Zair (0:9 z Jugosławią), Salwador (1:10 z Węgrami) czy Arabię Saudyjską (0:8 z Niemcami).

Czy jest w ogóle sens analizować ten wieczór czysto merytorycznie? Błąd taktyczny trenera Luisa Felipe Scolariego – cholernie doświadczony generał, świat podbił już w 2002 roku – wydaje się oczywisty: czuł się wielki wielkością Brazylii, więc Neymara zastąpił drobnym żółtodziobim podfruwajką Bernardem, zamiast z kostarykańską pokorą dołożyć mięśni do środka pola i upchnąć tam trzeciego pomocnika. Defekt techniczny też jest oczywisty: zdyskwalifikowany Thiago Silva zapanowałby nad polem karnym, a w każdym razie nie pozwolił, by rywale czuli się tam wolni jak ptaki. Wreszcie problem psychologiczny: reprezentantom Brazylii tak intensywnie wmawiano, że ich los leży w nogach jednego solisty, aż w to uwierzyli.

To w ogóle była drużyna na skraju załamania nerwowego. Rozszlochani piłkarze; Thiago Silva oskarżany z tego powodu o niezdolność do pełnienia kapitańskiej służby; Fred wyznający – po pytaniu o presję gry w domu – że „trener pomaga nam znosić myśl, że jeśli nie wygramy, Brazylijczycy z rozpaczy zaczną umierać”. Permanentna, angażująca miliony ludzi psychodrama, a nie zwykłe sportowe igrzyska, w których chodzi o czystą frajdę. To była wojna o stawkę większą niż życie – oni walczyli o honor, nie unikniemy tutaj patosu, całego narodu.

O zwycięzcach jeszcze zdążymy porozmawiać, dziś zauważę tylko, że jak ten półfinał na pewno był największą hańbą w dziejach piłki brazylijskiej i prawdopodobnie przyniósł najbardziej sensacyjny wynik w dziejach mundiali, tak Niemcy mogą go uznać za swoje futbolowe arcydzieło wszech czasów. Oni w ogóle mają to do siebie, że kiedy prują po złoto – tutaj muszą je zdobyć, prawda? ­– to świat się wali, albo przynajmniej trzęsie w posadach. W 1954 r. zniszczyli mityczną węgierską złotą jedenastkę, choć tuż po inauguracyjnym gwizdku przegrywali 0:2; w 1974 r. pobili w finale zachwycającą Holandię według wizji rewolucjonisty Rinusa Michelsa, choć przegrywali już po kilkudziesięciu sekundach, zanim ktokolwiek z nich zdążył dotknąć piłki; wreszcie w 1990 r. zdetronizowali Argentynę Diego Maradony. A teraz wysadzili w powietrze Brazylię. Sprawili, że Brazylia na mundialu u siebie nie zdołała dokopać się do meczu na Maracanie...

Ta Brazylia od początku wyglądała byle jak. Zaczęło się od sceny złowieszczo symbolicznej – samobójczego gola Marcelo, w tym samym meczu z Chorwacją pomogła jej pomyłka sędziego, nie umiała skruszyć oporu Meksyku, Chile sforsowała dopiero po rzutach karnych, Kolumbię musiała zmasakrować grą faul. Porażka z Niemcami, gdyby miała normalne rozmiary, odzwierciedlałaby możliwości kadrowe – jeszcze kilka lat temu gracze na poziomie Freda czy Hulka nie wyżebraliby powołania na mundial, a podstawowa jedenastka nie pomieściłaby ludzi zatrudnionych i w Zenicie Sankt Petersburg, i w Wolfsburgu, i w Toronto FC, i w Szachtarze Donieck, i w Tottenhamie. Tacy mogli skład uzupełniać, a nie go tworzyć.

Racjonalizowanie traci jednak sens, gdy przypomnimy sobie wynik. 1:7. Na swoich trawach. W półfinale, czyli tam, gdzie zwycięzcę powinniśmy poznawać po badaniu fotokomórką, nokauty ogląda się w rundach przedwstępnych. Tylu goli nawet Polacy, dla wielu nas żywe synonimy klęski, nie dali sobie wbić od 1949 roku... A Brazylia nietowarzyskiego meczu u siebie nie przegrała od 39 lat.

W trakcie meczu walczyły ze sobą we mnie dwa uczucia: podziw dla Niemców, jedynej w półfinałach machiny nie polegającej na pojedynczym soliście, oraz współczucie dla Brazylijczyków. Było mi zwyczajnie przykro; myślałem o tym, co czeka piłkarzy jutro i pojutrze; wspominałem Barbosę, wspaniałego bramkarza, który umarł w nędzy i znienawidzony, ponieważ obwiniono go za traumatyczną klęskę z Urugwajem na mistrzostwach w 1950 r. Niedługo przed śmiercią mówił: „Najwyższy wyrok w naszym kraju to 30 lat, ale ja płacę za coś, za co nawet nie jestem odpowiedzialny, od pół wieku”.

A wtedy nie było jeszcze internetu, ludzie hejtowali analogowo...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 365
Tagi