RSS
poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Chyba najgorętszy temat ostatnich dni – tygodni? – w Lidze Mistrzów. Że wirtuozom gwiżdżą patałachy, a z wprowadzeniem powtórek wideo nie wolno zwlekać do jutra, należy wprowadzić jutro. Mój cotygodniowy felieton do „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

10:13, rafal.stec
Link Komentarze (62) »
czwartek, 20 kwietnia 2017

Serena Williams, Australian Open 2017. Fot. Aaron Favila, AP

Rywalki odetchnęły. Serena Williams (fot. Aaron Favila, AP) urodzi dziecko, a to wymaga odłożenia tenisowej rakiety na wiele miesięcy. I jeśli rzeczywiście jest w ciąży od 20 tygodni – jak zasugerowała na Instagramie – to znajdowała się w tym stanie już w styczniu, gdy mknęła po kolejny triumf w Australian Open bez oddania choćby jednego seta. Według lekarzy i fizjologów to kolejny powód, by widzieć w niej niezwykłe zjawisko. Zwłaszcza że finał rozgrywała w ósmym tygodniu.

Zanim sensacyjne wieści zostały oficjalnie potwierdzone, Williams (opublikowała na wspomnianym portalu wykasowane prędko selfie, na którym eksponuje lekko wypukły brzuch. Brzuch, czyli część swego ciała – ciała przez całą karierę przyciągającego szczególną uwagę, czyniącego Amerykankę fenomenem nie tylko z powodu fantastycznych osiągnięć na korcie. Bo jej sportowe życie to opowieść o wielkiej czarnej dziewczynie, która włamała się do elitarnego klubu dla białych i objęła władzę absolutną. A im wspanialej zwyciężała, tym bardziej była oskarżona.

Amerykanka jest przytłaczająco muskularna i wali, jakby chciała, żeby piłka się rozpadła. Gdy rzuca się na naszą Agnieszkę Radwańską – zwiewną wirtuozkę od bajecznej geometrii gry – możemy odnosić wrażenie dysproporcji odbierającej rywalizacji sens. Waga piórkowa kontra superciężka, łyżwiarstwo figurowe kontra wyręb lasu. W tym pojedynku różnice są najskrajniejsze, ale przy Serenie właściwie wszystkie przeciwniczki wyglądają albo jak miniaturki, albo jak wyzute z energii amatorki. Nie znajdziemy chyba żadnego innego sportu, kobiecego lub męskiego, w którym numer jeden rozprawia się z konkurencją tak brutalnie. I na tym również polega zbrodnia Amerykanki.

W tej epopei nic nie miało prawa się udać, wszystko łamało przyzwyczajenia, prowokowało i wywoływało agresję. Kiedy Richard Williams usłyszał w telewizji, ile zarabia się na kortach, i postanowił, że osobiście wychowa córki na tenisistki – żona dopiero miała je urodzić, tak przynajmniej głosi legenda – nigdy wcześniej nie miał nawet w ręce rakiety, musiał zacząć od kupienia podstawowego podręcznika. A zasadzał się na zabawę dla białych, i to tych świetnie sytuowanych, w dodatku Serena i Venus, zanim zostały najsławniejszym rodzeństwem w historii sportu, trenowały w Compton. Osławionej dzielnicy gangów na przedmieściach Los Angeles.

Najpierw zwyciężała starsza Venus. Ale na zwyciężaniu nie poprzestała, dzięki lobbingowi jej i gwiazdy z przeszłości Billie Jean King tenisistki zaczęły zarabiać na turniejach wielkoszlemowych tyle samo co mężczyźni – choć grają krócej, choć ich mecze przyciągają mniej widzów, choć przynoszą niższe przychody jako słupy reklamowe. A potem nastała era Sereny, atletki jeszcze potężniejszej. Dlatego wielu jej sukcesom towarzyszył koncert rasistowskich i mizoginistycznych komentarzy. „Niech przetestują, ile ma w sobie szympansa”. „Sterydy wyciekają jej uszami”. „Ciekawe, czy wreszcie dokupi sobie brakujące ćwierć chromosomu, żeby wyrósł jej penis”. „Gdyby Obama miał syna, wyglądałby jak ona”. To nie są uwagi najbardziej chamskie, wyselekcjonowane z peryferii internetu, lecz nagminne, które w ekstremalnych chwilach rozbrzmiewały nawet na kortach. Z najgłośniejszym epizodem w Indian Wells, bogatym białym miasteczku w Kalifornii – gdy niedysponowana Venus poddała półfinał z Sereną, na tę drugą w trakcie finału spadło przeraźliwe buczenie (choć tenis słynie z kulturalnych, stonowanych trybun), gwizdy, a wedle relacji rodziny Williams również wyzywanie od „czarnuchów”. I siostry zaczęły prestiżowy turniej bojkotować, dały się przeprosić dopiero po 14 latach.

Jak Hollywood rządzą biali mężczyźni po sześćdziesiątce – w ubiegłym roku pomijani przy nominacjach czarni artyści zbojkotowali nawet Oscary, więc w tym zebrali więcej wyróżnień niż kiedykolwiek... – tak tenis miał należeć do białych dziewczyn, najlepiej smukłych i zgrabnych. Co ucieleśnia dopingowiczka Maria Szarapowa, która zarabiała więcej niż Williams (oczywiście głównie na kontraktach reklamowych), choć uległa jej 18 (!) razy z rzędu. Tak przynajmniej twierdziło wiele czarnych komentatorek, niekoniecznie związanych ze sportem, dla których oglądanie triumfującej stereotypowej, potężnej w biodrach Murzynki „było jak katharsis”. Oto Serena nie tylko się swego ciała nie wstydzi – wbrew showbiznesowi lansującemu anorektyczny ideał – lecz dzięki niemu podbija świat. Gdy inne zawodniczki zwierzały się, że przez treningi czują się niekomfortowo, bo tracą kobiecość, Amerykanka przekonywała, że jest ze swoich kształtów dumna.

Debata ma wymiar nie tylko rasowy, Serenę wspierały również feministki ogłaszające, że łamie ona tabu, ponieważ ośmiela się używać ciała inaczej niż dekoracyjnie. A mogły jeszcze dodać, że stosunek do tenisistki szczególnie symptomatyczny jest w konfrontacji ze stosunkiem do sportowców mężczyzn – im nigdy nie czyni się zarzutu z imponującej sylwetki, u nich szyderstwo wywołują wyłącznie atletyczne niedostatki. Gwiazdorów wyróżniających się fizycznie, jak niepodobny do nikogo na bieżni sprinter Usain Bolt, podziwia się jako cuda natury.

Serena też jest spektakularną niesamowitością. Zdobyła 23 singlowe tytuły wielkoszlemowe (w styczniu przelicytowała dotychczasową nowożytną rekordzistkę Steffi Graf), a kiedy przytrafiała jej się wpadka w finale, to komentatorzy szukali przyczyn właściwie wyłącznie u niej – zagapiła się, zdekoncentrowała zbyt długą serią łatwych zwycięstw, niepotrzebnie zirytowała własnymi błędami. Wszechmogąca tenisistka wszech czasów, która sukces może rywalce co najwyżej łaskawie podarować.

W przeszłości zdarzało się, że sportsmenki, także te uwijające się na korcie, wracały po urodzeniu dziecka. Wracały jednak przed trzydziestką, tymczasem 35-letnia Amerykanka nawet bez pauzy na ciążę powinna już zmierzać ku schyłkowi kariery – najstarszą liderką globalnego rankingu została kilka sezonów temu. Komu jednak miałoby się powieść, jeśli nie dziewczynie, która według relacji taty została tenisistką, zanim się urodziła?

21:31, rafal.stec
Link Komentarze (10) »
środa, 19 kwietnia 2017

Robert Lewandowski, Liga Mistrzów

2013: finał Ligi Mistrzów. 2014: ćwierćfinał. 2015: półfinał. 2016: półfinał. 2017: ćwierćfinał. Robert Lewandowski krąży wokół trofeum, ale wciąż go nie dotknął, ostatnio nawet nieco się od łupu oddalił. A czas płynie – dla wyczynowego sportowca szybciej niż dla nas – i w przyszłym roku nasz supernapastnik dobiegnie do trzydziestki.

Niebawem awansuje też do kategorii „najwybitniejsi aktywni piłkarze, którzy nie zdobyli Pucharu Europy”. Grona ekskluzywnego, tam, gdzie przebywają 39-letni Gianluigi Buffon czy 35-letni Zlatan Ibrahimovic. Bardziej będzie przypominał tego drugiego, i to nie dlatego, że również jest napastnikiem – po prostu Włoch wziął już złoto na mundialu, natomiast Szwed, choć słusznie cieszy się sławą wirtuoza, szaleje jedynie w aspekcie krajowym. W Lidze Mistrzów wiecznie przegrywał, aż zleciał do Ligi Europy.

Lewandowski również kolekcjonuje zaszczyty – drużynowe oraz indywidualne – wyłącznie na poziomie lokalnym. Był mistrzem Polski i królem strzelców tzw. ekstraklasy, wkrótce zostanie po raz piąty mistrzem Bundesligi i, być może, po raz trzeci królem strzelców Bundesligi. A z reprezentacją narodową, podobnie jak Ibrahimoviciowi, trudno mu będzie pogonić wszystkich na mundialu.

Dlatego nadciągają poważne dylematy. Trwać w Bayernie, który zresztą raczej nie będzie chciał rozstania, czy jednak wyrywać gdzie indziej? Monachium pozostanie potężny, ani mi w głowie wrzeszczeć, że potrzebuje totalnej rewolucji, bo nie wytrzymał zderzenia z Realem Madryt. Istnieją jednak dostrzegalne gołym okiem powody, by sądzić, że wymaga sporej rekonstrukcji. Gdy na Santiago Bernabéu trener Carlo Ancelotti rzucił wszystko, co ma najlepszego, to oglądaliśmy bardzo dojrzałych skrzydłowych (34-letni Franck Ribery i 33-letni Arjen Robben) oraz zmierzających ku schyłkowi karier Philippa Lahma i Xabiego Alonso, a jedynakiem przed 25. urodzinami był David Alaba. Czy odświeżanie drużyny przebiegnie łagodnie? A nawet jeśli przebiegnie łagodnie, to czy Bayern nie odczuje przykrych skutków ubocznych okresu przejściowego w Lidze Mistrzów?

Najcenniejsze klubowe trofeum będzie lub już jest obsesją Lewandowskiego, dla najwybitniejszych futbolistów to prawdopodobnie odruch bezwarunkowy. Gigant o jego gabarytach musi też mierzyć w Złotą Piłkę. Do tego trzeba jednak idealnych wyborów i niezbędnego w sporcie łutu szczęścia, samodzielnie można co najwyżej tłuc statystyczne rekordy. Ja już w grudniu 2015 roku przekonywałem, że pozostaje jedynie kwestią czasu, kiedy monachijski napastnik zagra w Realu, i nadal się tamtego proroctwa trzymam. Strategia madryckiego króla Florentino Pereza polega bowiem na tym, że co pewien czas prezentuje on sobie i fanom (czytaj: wyborcom) najpopularniejszego globalnie gracza spośród wszystkich, którzy nie grają w Barcelonie (stamtąd udało mu się wyciągnąć tylko Luisa Figo) – tymczasem napastnik Bayernu wciąż nie ma tu konkurencji.

I liczę, jeśli wolno mi zboczyć na chwilę w myślenie magiczne, że nieubłagana logika dziejów połączy kandydata na polskiego piłkarza wszech czasów z najbardziej utytułowanym klubem wszech czasów. Gdyby jednak życie miało się potoczyć inaczej, to też może być pięknie, ja jako kibic życzę mu tylko jednego – Robert, nigdy nie bądź Zlatanem.

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

AC Milan, Silvio Berlusconi

O sprzedaży Milanu – ciągnęła się ta opera mydlana półtora roku – pisałem tutaj w czwartek, gdy negocjacje wreszcie sfinalizowano, a jesienią spisałem obszerną sylwetkę ustępującego właściciela klubu. Postanowiłem jednak dopisać jeszcze post scriptum, bo dotarło do mnie, że to on stworzył System, że nikt nie wpłynął bardziej na model nowoczesnego futbolu. Cotygodniowy felieton przeczytacie tutaj.

sobota, 15 kwietnia 2017

Real Madryt, Zinedine Zidane

Trener Zinedine Zidane wypuścił przed chwilą na mecz w Gijón głębokie rezerwy. Z jedenastki, która pobiła w środę Bayern Monachium, ostali się tylko środkowi obrońcy Sergio Ramos i Nacho. Real Madryt jednak triumfował, i to triumfował na boisku drużyny grającej bardzo dobrze, z determinacją broniącej się przed spadkiem. Triumfował w swoim stylu – przegrywał 0:1 i 1:2, wyrównywał, rozstrzygającego gola załadował w doliczonym czasie. Aż człowiek głupieje i zaczyna tropić spiski, podejrzewać, że oni to robią specjalnie. Od razu zabierają na murawę trotyl, ale odpalają go dopiero prawie po meczu.

Bohaterem popołudnia był Isco, grający wręcz bajecznie. Nie mieści się we łbie, że wirtuoz o tej skali talentu – wirtuoz w doskonałej formie – przesiaduje gdziekolwiek w rezerwie. Ale Isco przesiaduje. Madryckie luksusy.

Wiadomo, że Zidane zarządza przebogatą kadrą, obwołuje się ją nawet najszerszą w dziejach klubu. Tym razem szalał Isco, ale ja szczególnie źle znoszę uziemienie Jamesa Rodrígueza – skandalicznie marnotrawstwo, gdybym miał władzę, przeniósłbym go gdziekolwiek, żebym mógł oglądać go zadowolonego z życia, w szczytowej formie, magicznego.

Patrzyłem na Real z absolutnym przekonaniem, że ostatecznie wtłucze swojego gola. A patrząc, rachowałem, ile te „rezerwy” madrytczyków kosztowały.

Otóż za rezerwowego Isco lider ligi hiszpańskiej zapłacił – kwoty ściągam z serwisu Transfermarkt.de, bo najwygodniej – 30 mln euro. Za wspomnianego Jamesa – 75 mln. Za biegającego między nimi Mateo Kovacicia – 31 mln euro. Rachunek jest prosty, Real Madryt to taki klub, który stać na permanentne trzymanie w rezerwie trzyosobowej linii pomocy za 136 mln.

Za rezerwowego robi tam też Alvaro Morata, napastnik za 30 mln. Real stać też, by wywalić – odpowiednio – 31,5 oraz 30 mln za rezerwowych bocznych obrońców, Danilo oraz kompletnie zbędnego Fabio Coentrao.

Co ja gadam, że zbędnego. Przecież przydał się, żeby w przerwie starcia z Bayernem odfajkować meczyk ze Sportingiem.

Podliczyłem – dzisiejsze „rezerwy” Realu pochłonęły 265 mln euro. Nie mam pewności, czy najdroższe w dziejach futbolu, ale zapewne tak, żyjemy przecież w erze szalejącej inflacji. Pododawałem też pozostałe kwoty transferowe, która dały aktualną kadrę seniorów, i dotarłem do 625 mln.

Chichotaliśmy się niekiedy z wygibasów Florentino Pereza, który kupował kompulsywnie, jak bulimik. Mieliśmy zresztą dobre powody, bo zdarzało się wykonywać madryckiemu prezesowi ruchy chaotyczne i niespójne, nazbyt łatwo wylewał hektolitry szmalu za piłkarzy skazanych w szatni Realu na drugorzędność. Wygląda jednak na to, że zrodziła ta awanturnicza polityka personalna – zrodziła być może nieco przypadkiem – wielonogie monstrum, które potrafi skopać niemal każdego rywala dowolnie wybranym odnóżem. Zidane na pewno popełnia, jak każdy trener, błędy w selekcji, ale myli się co najwyżej troszeczkę, ponieważ inaczej się nie da. Głęboki rezerwowy jest rezerwowym ledwie teoretycznie, wskutek zawirowania, które przywiodło go do Madrytu, gdzie indziej nie byłby rezerwowym, lecz gwiazdą, ewentualnie megagwiazdą, ewentualnie jednoosobowym gwiazdozbiorem, ja zupełnie serio podejrzewam o tę umiejętność piłkarza Isco.

czwartek, 13 kwietnia 2017

Liga Mistrzów, Borussia Dortmund, zamach

Thomas Tuchel oskarża europejskie władze futbolowe, że jego piłkarze zostali zmuszeni do gry w Lidze Mistrzów ledwie 24 godziny po ataku bombowym na klubowy autokar, w którym ranny został jeden z nich, obrońca Marc Bartra. „Nikt nas o nic nie spytał”, „czuliśmy się bezsilni i potraktowani, jakby ktoś w nas rzucił puszką piwa”, „chcieliśmy mieć więcej czasu na poradzenie sobie z sytuacją, ale go nie dostaliśmy”. Co istotne, trener Borussii Dortmund protestował jeszcze przed meczem z AS Monaco, nie wolno posądzać go o szukanie usprawiedliwień po porażce.

UEFA w oficjalnym oświadczeniu przysięga, że porę rozpoczęcia odwołanego spotkania konsultowała z oboma klubami i od żadnej ze stron nie usłyszała sugestii, jakoby piłkarze którejkolwiek ze stron nie chcieli grać.

Słowo przeciw słowu, ustalenie prawdy będzie być może niemożliwe. Jak zazwyczaj, gdy negocjacji nikt ani oficjalnie nie protokołuje, ani nawet nie podsłuchuje. Trudno posądzać o konfabulowanie piłkarzy, mających oczywiste prawo do bycia nie w nastroju na mecz – Sokratisa Papastathopoulosa („czułem się traktowany jak zwierzę”, „UEFA musi zrozumieć, że jesteśmy ludźmi, mamy w domach dzieci”), Nuriego Sahina („do wejścia na boisko w drugiej połowie w ogóle nie myślałem o futbolu”), Matthiasa Gintera („nikt z nas nie chciał dzisiaj grać”) czy Marcela Schmelzera („bardzo szkoda, że nie wyznaczono innej daty”). Nawet jeśli oni wyrażali żal już po porażce. Niełatwo też uwierzyć w tępe okrucieństwo europejskich oficjeli. I dlatego, że po zamachach przywykliśmy do powszechnych gestów solidarności oraz głębokiego zrozumienia, i dlatego, że zmuszanie zszokowanych sportowców do gry byłoby wizerunkowym samobójstwem. Także ze względów czysto biznesowych z trudem wyobrażam sobie, jak Borussia głośno prosi o dłuższą zwłokę, a władze UEFA rzucają twarde „nie”.

A jeśli – pohipotetyzuję – to dortmundzcy działacze podjęli decyzję niejako w imieniu drużyny? Jeśli zgrzeszyli zaniedbaniem, zbyt lekkomyślnie i prędko, bez długiego sondowania piłkarzy, przystając na 18.45 w środę? UEFA i inne władze sportowe zasadniczo nigdy nie rozmawiają o sprawach organizacyjnych bezpośrednio z zawodnikami, lecz z reprezentującymi ich instytucjami. A szefowie Borussii również zdają sobie sprawę, iż terminarz rozgrywek jest napięty.

Po zamachach często słyszymy mający dodać nam otuchy refren, wedle którego „terroryści nie wygrali”, bo „nie zmienimy naszego stylu życia”, „będziemy wierni swoim wartościom” etc. Pocieszające, acz nie całkiem prawdziwe – zbrodniarze jednak przekształcają rzeczywistość. Wpływają na stanowione prawo, skłaniając nas do ograniczenia wolności dla zwiększenia poczucia bezpieczeństwa, choćby urojonego; wywołują lęk, zresztą często niewspółmierny do zagrożenia, skoro ryzyko śmierci w wypadku samochodowym czy innych prozaicznych okolicznościach pozostaje wielokrotnie wyższe niż śmierci w ataku bombowym; często wzmagają niechęć lub nienawiść do Bogu ducha winnych obcych, choć ci też są ofiarami, a nie wspólnikami morderców. Terroryści przegrywają co najwyżej wtedy, gdy nie uda im się zabić. Jak w Dortmundzie.

I wówczas – ale również po ataku udanym – życie pomimo żałoby istotnie toczy się dalej. Co w sporcie polega na tym, że kontynuujemy rozgrywki. Albo natychmiast, albo trochę je odwlekając, albo odkładając powrót do walki na następny sezon. Każdy przypadek jest inny, każdy analizujemy osobno. A podjąć decyzję rozsądną, odpowiadającą wszystkim i trafiającą we wszystkie wrażliwości, jest raczej trudno niż łatwo.

Jeśli piłkarze Borussii nie czuli się na siłach, by grać, to nie mamy prawa z nimi dyskutować. Nie nam eksplodowało przy uszach, nie wiemy, co przeżyli. We wtorek wszyscy działali jednak w sytuacji nadzwyczajnej, krytycznej. W świecie piłki nożnej nie istnieją precyzyjne procedury reagowania na zamachy, bo procedury zwykle powstają dopiero wtedy, gdy pojawia się praktyczna potrzeba. Nawet przy maksimum dobrej woli przedstawiciele UEFA, Borussii i Monaco, jeśli starali się postępować pragmatycznie, mieli zatem aż nazbyt dużą szansę na popełnienie błędu. Zwłaszcza że obie drużyny wciąż rywalizują w trzech rozgrywkach. I szefowie obu mogli czuć presję czasu.

Jak istnieje refren o terrorystach, którzy „z nami nie wygrali”, tak istnieje klisza o działaczach sportowych jako typach obowiązkowo bezdusznych, cynicznych, gotowych sprzedać sumienie za jednego dolara więcej. Nie powstała z niczego, więc umiem sobie wyobrazić, że i tu zadziałała inspirowana chciwością bezwzględność (choć podejrzenie obejmuje ludzi i UEFA, i obu klubów). Trudniej mi uwierzyć, że europejskie władze rozkazałyby grać, gdyby prezes Borussii oficjalnie ogłosił, iż rozbita psychicznie drużyna nie jest w stanie wyjść na boisko. Nie ze względu na nieprzebrane pokłady empatii, lecz z dbałości o interes.

W każdym razie terroryści, którzy początkowo wydawali się w Dortmundzie przegrać, coraz bardziej wygrywają. Z każdą kolejną chwilą awantury. Wywołali chaos w Lidze Mistrzów, sprowokowali wojnę domową w europejskiej piłce nożnej, obudzili demony w jaźniach kibiców, którzy albo zarzucają najgorsze intencje UEFA, albo – w skrajnych przypadkach, niepojęte – widzą w piłkarzach Borussii rozhisteryzowanych mięczaków.

środa, 12 kwietnia 2017

Juventus

Jak stali czytelnicy wiedzą, w kibicowaniu piłce nożnej zboczyłem nieco od mainstreamu – nie jestem plemienny, notorycznie bywam za to sezonowcem. Względem Milanu pozostaję stały w uczuciach, jednak skokom w bok oprzeć się nie umiem, ba, ulegam nawet drużynom, których teoretycznie powinienem serdecznie nie znosić. Na przykład zimą 2009/10 uwiódł mnie Inter pod rządami José Mourinho, wbrew powszechnemu przeświadczeniu, że mediolańczycy są skazani na klęskę, w 1/8 finału Ligi Mistrzów przepowiadałem wręcz, że zdobędą trofeum.

Teraz też zostałem wzięty przez wrogów. Tym razem tych z Juventusu. I karierę w Champions League wieszczyłem im nawet wcześniej, podobnie jak Leonardo Bonucci życzyłem im prędkiego wylosowania Barcelony.

Wtorkowy wieczór w Turynie śledziłem więc z niejakim spokojem, wyczekując na nieuniknione i zanurzając się w szczegóły. Było właśnie tak, jak miało być.

Przyznawałem się już felietonowo, że intryguje mnie klimat szatni Juventusu. Stale tam bulgocze, zadyma goni zadymę, zamiast wyjadać sobie z dzióbków piłkarze i trener Massimiliano Allegri dają sobie raczej po mordach. Ale w godzinach próby wszystkich łączy wspólny cel.

Lubię też architekturę tej drużyny, zwłaszcza w kształcie przedstawionym w meczu z Barceloną. Architekturę, w której wyodrębniłbym trzy elementy.

Włoski był tylko mur osłaniający bramkę. Wiekowy, lecz niezniszczalny. 39-letni Gianluigi Buffon, 30-letni Leonardo Bonucci oraz 32-letni Giorgio Chiellini to ludzie nie do złamania (czasami dołącza do nich lub wyręcza jednego z obrońców 35-letni Andrea Barzagli).

Na flankach wspierali go Brazylijczycy. Dani Alves, który przed chwilą był najznakomitszym ofensywnym prawym obrońcą na świecie, oraz Alex Sandro, który zaraz może być najznakomitszym ofensywnym lewym obrońcą na świecie.

Wreszcie atak, wedle osławionych włoskich wzorców wprost nieprzyzwoicie rozbudowany, tworzyli napastnicy Gonzalo Higuaín, Paulo Dybala i Mario Mandżukić oraz skrzydłowy Juan Cuadrado. Lekka przesada, prawda? Tylko pozornie, harujący na skrzydłach Chorwat i Kolumbijczyk wzbijali się bowiem na szczyty wielofunkcyjności – aż mnie korciło, żeby wam przywalić „multitaskingiem”, ale odpuszczę. Wsparli Dybalę asystami przy obu golach, a zarazem niezmordowanie odwalali brudną robotę po bokach boiska, czyli tam, gdzie chcieliby grasować Leo Messi i Neymar. (Nawiasem mówiąc, w tamtym Interze dzisiejszą rolę Mandżukicia odgrywał Samuel Eto’o).

Wszechstronność skrzydłowych w turyńskiej kompozycji – z estetycznego punktu widzenia – doceniam szczególnie, ponieważ ilustruje naczelną cechę całego Juve. Uniwersalność. Być może znajdziemy w Lidze Mistrzów drużyny silniejsze, Real Madryt i Bayern Monachium na pewno górują bogactwem kadrowym (Mario Lemina i Tomás Rincon dali we wtorek słabe zmiany). Jednak nigdzie piłkarze nie czują identycznego komfortu zarówno w ataku, jak i obronie. Także w obronie głębokiej, którą niewprawne oko mogłoby uznać za przejaw słabości, ulegania wpływowi przeciwnika.

Nie, jeśli turyńczycy cofają się całą falangą na własną połowę lub wręcz pod własne pole karne, to wyłącznie dlatego, że tak sobie wymyślili. Poruszają się w zwartym szyku zawsze („elementy” przywołuję wyżej umownie), także w ataku i oddalonym od swojej  bramki pressingu. Taki futbol się ogląda!

A poza tym roi się tam od weteranów, średnia wieku regularnie przekracza 30 lat. To wyciska łzę w oku fana Milanu, który pamięta, że Milan po najcenniejsze zaszczyty wysyłał niedawno najstarszą drużynę w dziejach kosmosu.

Lubię, gdy za poważne piłkarskie misje zabierają się dorośli.

niedziela, 09 kwietnia 2017

Paweł Zagumny. Fot. Kuba Atys

Zszedł z boiska po raz ostatni, więc zwyczajnie wypadało złożyć mu hołd. W końcu wybitniejszego reprezentanta Polski w grach zespołowych w XXI wieku nie podziwialiśmy. Cotygodniowy felieton do „Gazety” znajdziecie tutaj. A u góry jedno z moich ulubionych zdjęć, oczywiście autorstwa Kuby Atysa - Zagumny wraz z Danielem Plińskim przygniatają Piotra Gruszkę po zdobyciu złota mistrzostw Europy.

Tagi: siatkówka
19:13, rafal.stec
Link Komentarze (9) »
czwartek, 06 kwietnia 2017

Chwila, w której dowiedziałbyś się, że zyskałeś nieśmiertelność i niezniszczalność, byłaby nie do zniesienia. Ludzie pragną jej głównie z braku wyobraźni – sądzą, że po prostu żyliby znacznie dłużej niż obecny standard, a nie strzeli im do łbów, że oznaczałoby to żmudne odhaczanie, dzień po dniu, godzina po godzinie, minuta po minucie, kolejnego miliona lat, kwintyliarda lat, septyliona lat i tak do usranej wieczności. Czuję zmęczenie na samą myśl.

Dlatego już w młodości obmyśliłem sobie nieco zmodyfikowane marzenie o nieśmiertelności. Chciałbym mianowicie płynąć przez czas w rytmie: rok życia – 100 lat hibernacji – wybudzenie – rok życia – 100 lat hibernacji – wybudzenie – rok życia – 100 lat hibernacji itd. Nadążacie? Gdybym zaczął tę operację dzisiaj, to za 10 lat ocknąłbym się w trzeciej dekadzie czwartego tysiąclecia (choć wówczas, mam nadzieję, będzie już obowiązywał uniwersalny czasokalendarz międzyplanetarny). Ocknąłbym się wypoczęty jak nigdy, gotowy do intensywnej eksploracji nieznanej epoki.

Tak byłoby po każdym przebudzeniu. Zupełnie nowa era, nowy matrix, nowa moralność i w ogóle wszystko nowe, nawet ludzie lub postludzie – nie wdepnąłbym w żadnych rozpraszających uwagę znajomych. Jak astronauta z „Powrotu z gwiazd” Lema (najważniejszy Hal w fantastyce obok komputera pokładowego z „Odysei kosmicznej”).

Koszt psychologiczny spory: absolutna samotność, być może psychicznie bym nie wydolił. Ale to marzenia, a zysk też byłby gigantyczny: zaspokojenie ciekawości. Bo w umieraniu szczególnie przeraża mnie to, że nie dowiem się, co będzie później. Kiedy Nieciecza wygra mundial (drużyny narodowe znikną, to bezsporne), kto zostanie królem Polski po Jezusie Chrystusie, co będziemy jeść po zespoleniu bio z techno i różne takie. Tymczasem moja metoda badawcza zagwarantowałaby prześledzenie w pół wieku 5050 lat dziejów ludzkości/postludzkości. No i zobaczyłbym, jak zdycha piłka nożna, tutaj aż mnie skręca z ciekawości, te zwłoki chciałbym ujrzeć najbardziej.

Nie jestem pewien, ale podejrzewam, że koncept „100 plus 1” uroiłem sobie w młodości w trakcie lektury „Fundacji” i całej reszty bajań Isaaca Asimova oraz jego następców, czyli wielotomowej historii przyszłości – dzieła spisanego spisanego koszmarnie nudnogazetowym językiem, ale porywającego dzięki bezkresnej jak kosmos wyobraźni autora. O czym informuję dlatego, że właśnie pomyślałem sobie, że pewnie nie wszyscy znają. A dobrą lekturę należy rekomendować.

Spisuję natomiast te niezborne akapity dlatego, że właśnie musiałem uśpić kota, który na moich oczach w kilka godzin całkiem zapadł się neurologicznie. Tracił kolejne zmysły, aż zamienił się w cierpiącą galaretę. Kilka dni przed pierwszymi urodzinami. To jest wpis autoterapeutyczny, do niczego nie prowadzi, przy pisaniu pierwszego zdania nie miałem pojęcia, co napiszę w drugim. Nie awanturujcie się przesadnie.



22:47, rafal.stec
Link Komentarze (25) »
niedziela, 02 kwietnia 2017

Niezmordowany napastnik Bayernu robi nam to, co przez lata wyczyniali Messi i Ronaldo. Tak zachwyca, tak naparza i tak bezlitośnie nie daje wytchnienia, że coraz trudniej napisać lub przeczytać o nim cokolwiek, od czego nie skonamy z nudów. Ja zostałem w pewnym sensie przymuszony – skutek, czyli cotygodniowy felieton do „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 233
Archiwum
Tagi