RSS
czwartek, 26 lutego 2015

Na pożegnanie z pucharami mistrzowie Polski zostali brutalnie wychłostani przez Ajax Amsterdam. Przegrali 0:3, a największą sensacją jest to, że ten wynik nas zaszokował.

Wróciły najbardziej upiorne koszmary. Oto nasi piłkarze wychodzą na mecz pod każdym względem szlagierowy, mecz, którego wyczekiwali tygodniami i który miał im dać sławę - od 24 lat polski klub nie wyeliminował zagranicznego rywala po przerwie zimowej - a kiedy już wychodzą, to w kwadrans zaprzepaszczają wszystko.

Banalny błąd Dossy Juniora w środku pola - i strata gola. Opuszczone głowy - i natychmiastowa strata następnego gola. Mecz się skończył, zanim się na dobre zaczął. Kompletne nieprzygotowanie mentalne jedynej eksportowej drużyny w tzw. ekstraklasie. Można by się nad nią znęcać długimi akapitami, bo zawiodła totalnie.

Ale występ Legii w europejskich pucharach 2014/15 tylko w tym jednym - wczorajszym - rozdziale przypomina przygnębiającą opowieść, którą sezon w sezon zamęczają nas polskie kluby. Reakcje ekspertów i kibiców - tyleż rozgoryczonych, co zbaraniałych - uzmysławiają, jak imponujący skok wykonali warszawiacy. Jeszcze latem klęski z Ajaxem zwyczajnie byśmy się spodziewali, teraz serio wierzyliśmy, że uczestnikowi Ligi Mistrzów - nie był ostatni, lecz trzeci w grupie! - można przetrzepać skórę. I awansować pomimo porażki w Amsterdamie 0:1.

Nie fantazjowaliśmy. Mieliśmy dobre powody, by wierzyć. Legia chwile uniesienia - jak oszałamiające 4:1 nad Celtkiem Glasgow - przez cały sezon przeplatała z występami w najgorszym razie solidnymi, więc wczorajsza beznadzieja wyglądała, rzecz dla polskiego klubu niesłychana, na zwykły wypadek przy pracy. Do wczoraj w 13 pucharowych meczach ani razu nie straciła więcej niż jednego gola. Ba, jesienią wytrzymała z czystym kontem przez kolejne 644 minuty, ustanawiając rekord sezonu w europejskich rozgrywkach. Grała rozważnie i mądrze, demonstrowała taktyczną elastyczność, a przed tygodniem w Amsterdamie pokazała, że wobec praw przyrody nie musimy być bezbronni - polska drużyna wreszcie rozegrała przyzwoity mecz zaraz po przerwie zimowej, tego przekleństwa wszystkich naszych klubów.

Legia w pewnym sensie zasłużyła na wyrozumiałość. I dlatego, że jeszcze kilka lat temu dryfowała w trzeciej setce europejskich klubów, a ostatnio wtargnęła do ósmej dziesiątki. I dlatego, że właśnie wydźwignęła całą naszą ligę na najwyższe od dekady, 19. miejsce w rankingu UEFA. Przegnali wiele zmór naszego futbolu klubowego.

Nie zasługuje na nią jednak, jeśli chciałaby już teraz obwołać się firmą europejską formatu. W firmie z ambicjami powinni raczej żałować, że piłkarze nie zdołali zbliżyć się wczoraj do najbardziej spektakularnego w XXI wieku popisu polskiego klubu w międzynarodowych rozgrywkach - sezonu 2002/03 niezapomnianej Wisły według Henryka Kasperczaka.

Nie zdołali być m.in. przez to, że czystego talentu Legia uzbierała w szatni mniej. To nakazuje mimo wszystko przede wszystkim docenić pracę Henninga Berga.

O ile krakowianie, pomimo niepodważalnych zasług trenera, sukces zawdzięczali w sporej mierze nadzwyczajnemu jak na nasze standardy kunsztowi solistów (Żurawski, Kosowski, Uche), o tyle warszawiacy od indywidualności nie zależą. Zamartwialiśmy się w minionych dniach rejteradą Radovicia, zapominając, że Legia już jesienią była zmuszona żyć bez niego - wystąpił w ledwie dwóch meczach fazy grupowej LE, przez następne 360 minut gry się leczył. A ponieważ zimą mistrzowie Polski przygotowywali się bez drugiego lidera Ondreja Duda, ponieważ środka obrony w pucharach pilnowali na zmianę czterej piłkarze (Rzeźniczak, Astiz, Dossa Junior, Lewczuk), to wypada oddać trenerowi Bergowi, że działa - działał? - u niego przede wszystkim system. Jego autorski system, z oryginalnymi detalami, jak wielokrotnie przywoływane wycofywanie defensywnego pomocnika Vrdoljaka między warszawskich stoperów.

Norweg ma klarowną wizję, hierarchię celów, strategię. Zanim jego Legia wczoraj splajtowała, zarobiła w eliminacjach LM i LE sporo rankingowych punktów, pieniędzy, pewności siebie. Następny cel: utwierdzić nas latem w przekonaniu, że Ajax był tylko wypadkiem przy pracy.

21:03, rafal.stec
Link Komentarze (18) »
wtorek, 24 lutego 2015

Zalęknieni, wyzuci z idei i drapieżności. Po dzisiejszej porażce z Barceloną 1:2 w 1/8 finału piłkarze Manchesteru City utrwalili wizerunek najbardziej klęskowego klubu Ligi Mistrzów.

To miał być dwumecz najgorętszy, a będzie dwumeczem najszybciej rozstrzygniętym, praktycznie pozbawionym emocji. Kiedy po kwadransie goście objęli prowadzenie, gospodarze nie zareagowali jak, nie przymierzając, Legia w meczu z Ajaxem. Nie zareagowali wcale. Pierwszy strzał oddali tuż przed przerwą. Dopiero wtedy wykopywali też pierwszy rzut rożny.

Ich odrętwienie to już tradycja. Jeśli mierzyć powodzenie klubu powodzeniem w LM – będącej fetyszem dla wielu właścicieli – to Manchester City należy obwołać rekordowo niewydajną inwestycją w europejskim futbolu. Gracz seniorskiej kadry zarabia tam średnio ponad 100 tys. funtów tygodniowo, czyli najwięcej nie tylko w piłce nożnej, lecz we wszystkich sportach zespołowych. A jednak w elicie wicelider ligi angielskiej studziennie rozczarowuje. Albo odpada w fazie grupowej, albo tuż po niej, ulega nawet przeciwnikom klasy CSKA Moskwa, wygrał ledwie 10 z ostatnich 27 meczów. Ten bilans wyglądałby zresztą jeszcze mizerniej, gdyby nie trzy zwycięstwa nad Bayernem – odnoszone zawsze, gdy monachijczycy zagwarantowali sobie awans i nie potrzebowali się już starać.

Bezradność City jest tym bardziej zagadkowa, że to drużyna tyleż bogata w fantastyczny talent, co stabilna i oparta o piłkarzy, którzy zdążyli nazbierać mnóstwo międzynarodowych doświadczeń.

Vincent Kompany, czyli jeden z najznakomitszych środkowych obrońców na świecie, gra w Manchesterze od 2008 roku. Yaya Touré (dziś pauzował za kartki), czyli jeden z najznakomitszych środkowych pomocników – od 2010. Sergio Agüero, czyli jeden z najznakomitszych środkowych napastników – od 2011. Piąty sezon w Manchesterze spędza też błyskotliwy drybler David Silva, co oznacza, że wszystkie kluczowe postaci przebywają ze sobą od dawna, zdążyły się poznać i nauczyły współpracować. Teoretycznie mają wszystko, co niezbędne, by przynajmniej zbliżyć się do sukcesu. Niemal każdy członek podstawowej jedenastki przeżył już kilkadziesiąt wieczorów w LM. A teraz sprzyjał im jeszcze kalendarz. Ponieważ wcześnie odpadli z obu angielskich pucharów, w minionych siedmiu tygodniach rozegrali tylko siedem meczów...

A jednak znów długo wyglądali jak człapiąca klęska. Z Barceloną – doskonałą, ciosy zadawał tym razem Luis Suárez – można przegrać, ale nie trzeba przegrywać w aż tak beznadziejnym stylu. Gdy w ubiegłej edycji LM piłkarze MC również ulegali jej w 1/8 finału, przynajmniej długo się opierali – zniszczył ich wyrwany z kontekstu epizod, rzut karny i czerwona kartka dla Martina Demichelisa. Tym razem Manuel Pellegrini obiecywał odważną grę – chciał odebrać rywalom piłkę i samemu pisać scenariusz wieczoru. Choć jednak usunął jednego gracza w pomocy, by w napadzie do Agüero dostawić Edina Dżeko, to potem gospodarze nawet nie spróbowali agresywniejszego pressingu. A kiedy ocknęli się po przerwie, z boiska wyleciał Gael Clichy.

City za rządów Pellegriniego nie robi żadnego postępu i w czołowej setce rankingu uczestników LM sporządzanego przez analityczny serwis Squawka zmieścił się przed tym meczem ledwie jeden piłkarz z Manchesteru, sklasyfikowany na 94. pozycji Agüero. A cała drużyna tworzyła średnio 8,5 sytuacji bramkowej na mecz – to dopiero dwudziesty wynik w rozgrywkach. Teraz statystyki jeszcze zmarnieją.

poniedziałek, 23 lutego 2015

Arrigo Sacchi się wygłupił, londyńscy kibole z dumą zademonstrowali, jak niewiele mają we łbach. Ale rasistowskie incydenty w futbolu można przekuć w incydenty wychowawczo bezcenne. Mój felieton do dzisiejszej  „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

Tagi: Chelsea
12:07, rafal.stec
Link Komentarze (18) »
sobota, 21 lutego 2015

Napisałem do sobotniego magazynu „Gazety” o największej demokratycznej organizacji, która w bogatych krajach zachodnich uchodzi za jawnie skorumpowaną. I o największym niekrwawym dyktatorze przełomu wieków. Przeczytacie go tutaj.

15:14, rafal.stec
Link Komentarze (2) »
czwartek, 19 lutego 2015

Co tu dużo gadać, Chińczycy wrzucili do legijnej szatni granat. Klub nie mógł przewidzieć, że Miroslavowi Radoviciowi spadnie z nieba życiowa szansa, nie mógł też – jeśli chce pielęgnować deklarowany wizerunek firmy przyjaznej piłkarzom – tej szansy blokować. A trener nie mógł mieć pewności, że Serb w rozstrzygającym momencie nie cofnie nogi (choćby podświadomie) albo nie będzie biegał po boisku nieco roztargniony. Trochę jak w antycznym konflikcie tragicznym – dobre wyjście nie istniało. Henning Berg postanowił z najważniejszego gracza zrezygnować, więc nic dziwnego, że tuż przed meczem wyglądał jak zbity pies.

Mecz się jeszcze na dobre nie zaczął, a już widzieliśmy, że Legia spogląda na rywala zupełnie inaczej niż na rywali jesiennych. Możemy sobie powtarzać, że Ajax wygląda najmarniej od lat i że krztusił się ostatnio w lidze holenderskiej, ale nie wypada się żołądkować, że Legia – wciąż przedstawicielka kraju w europucharach wieloletnio zakompleksionego – przyjęła go z nadmiernym respektem i długo nawet nie próbowała wybijać z rytmicznego ataku pozycyjnego. Zwłaszcza że w swojej przemyślanej, głębokiej defensywie – pamiętacie polski klub o tak wyrazistym rysunku taktycznym?! – sprawiała wrażenie co najmniej satysfakcjonujące. Zwłaszcza że po utracie gola umiała gwałtownie zareagować, po przerwie chwilami wręcz przygniatała do pola karnego. A pamiętajmy, że do zaszczytu gry w Amsterdamie nie dobrnęła po mozolnym, rozciągniętym w czasie wspinaniu się w międzynarodowej hierarchii, znaczonym wieloma pouczającymi wpadkami. Nie, piłkarze pod dowództwem Berga rozkwitnęli znienacka. W minionym sezonie byli w fazie grupowej Ligi Europejskiej najsłabsi, w bieżącym należeli do najsilniejszych.

Teraz porwali się na skok jeszcze ambitniejszy – na poziom regularnego uczestnika Ligi Mistrzów. By takiemu się oprzeć, potrzebują na aktualnym etapie rozwoju idealnych okoliczności i szczytowej formy. Tymczasem Legia broniła się przed Ajaxem ledwie tydzień po wznowieniu rozgrywek, kompletnie odzwyczajona od walki o niebagatelną stawkę – to nasze realia logistyczno-klimatyczne, to również dlatego od 1991 roku czekamy, aż polski klub wygra po przerwie zimowej dwumecz w europejskich pucharach. I to nieszczęście z transferem Radovicia... Pracę Berga powinniśmy docenić specjalnie, gdy pomyślimy, że on chwilami może odnieść wrażenie, iż przyjął posadę w Trzecim Świecie. Czasem wysiłek jego i piłkarzy zrujnuje błąd administracyjny (walkower z Celtikiem), czasem trybuny pustoszeją przez kibolskich półgłówków, czasem arcyważny gracz czmychnie do Azji akurat w przededniu arcyważnego meczu. Horrendum. Każdy z tych wypadków może się zdarzyć nawet w dużym klubie, ale wszystkie naraz?!

Jeszcze raz porachujmy – przerwa zimowa, kontuzja błyskotliwego Dudy, kazus Radovicia, konieczność odwołania się do debiutanta Michała Masłowskiego, który jeszcze przed chwilą bronił się przed spadkiem z ekstraklasy i z Legią nie zdążył nawet przepracować całej zimy. Jeśli zsumować wszystkie okoliczności, imponujący popis w europejskich pucharach warszawiacy podsumowują właśnie imponującą próbą sił z Ajaxem. I po 0:1 wcale jej na razie nie przegrali.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 385
Tagi