Blog > Komentarze do wpisu

Walery Łobanowski, inżynier przedlaptopowy

Walery Łobanowski

Zmarł młodo, w 2002 roku – na udar mózgu. Gdyby żył, skończyłby dzisiaj 80 lat.

Choć w sporządzanych przez fachowców rankingach wszech czasów plasuje się wysoko, to wśród głównych myślicieli futbolu wymienia się go mimo wszystko stosunkowo rzadko. Wiadomo – pochodzi z dzikiego wschodu, jego refleksje zapisywano głównie cyrylicą, a szyld „Związek Radziecki”, pod którym pracował, nie kojarzy się dobrze. Zresztą dobrej prasy nie miał Walery Łobanowski nawet wśród swoich.

A jednak należy do gigantów, czołowych innowatorów, z jego teorii czerpali najwięksi trenerzy, także znacznie sławniejsi. Był pionierem w traktowaniu najpiękniejszej z gier jako dziedziny nauk ścisłych, twierdził, że nie rozumie konceptu „atrakcyjnego futbolu”, mecz uważa za wojnę, jedynym celem jest pokonanie przeciwnika. Chociaż jego drużyny często grały ładnie.

– Najważniejsza w życiu jest dla mnie piłka, zaraz za nią piłka i na kolejnych dziesięciu pozycjach również piłka, a dopiero później cała reszta – mówił wywodzący się z polskiej szlachty kijowianin, z którego nazwiskiem łączą się wszystkie reprezentacyjne i klubowe sukcesy radzieckiej piłki ostatnich 20 lat istnienia ZSRR. Z kadrą narodową zdobył srebro mistrzostw Europy – pamiętam, że w przeciwieństwie do wszystkich otaczających mnie dorosłych kibicowałem w finale jej, a nie Holandii, jako niespełna dwunastoletni brzdąc na polityce się nie wyznawałem.

Po raz pierwszy o Łobanowskim zrobiło się naprawdę głośno w 1975 roku, kiedy prowadzone przez niego Dynamo Kijów najpierw sięgnęło po Puchar Zdobywców Pucharów, by w walce o Superpuchar Europy dwukrotnie pokonać Bayern Monachium. Ów wielki Bayern – z mistrzami świata Seppem Maierem, Franzem Beckenbauerem, Gerdem Müllerem czy Karlem-Heinzem Rummenigge.

Łobanowski zawsze i aż do przesady stawiał na grupę, nie znosił nie tylko gwiazdorstwa, ale nawet indywidualizmu. – Tacy gracze jak Ronaldo [brazylijski - przyp. red.] opóźniają rozwój futbolu – powtarzał z przekonaniem. – Dostają pieniądze, na które nie zasługują. Myślą, że rozwijają się we właściwym kierunku, a nie mają pojęcia, czego wymaga nowoczesna piłka nożna. Nigdy nie wziąłbym do swojej drużyny Alana Shearera. Doskonały gracz to 1 procent talentu i 99 proc. ciężkiej pracy – dodawał.

Jednak kiedy w 1996 roku po kilkuletnim pobycie na Bliskim Wschodzie, gdzie prowadził reprezentacje Zjednoczonych Emiratów Arabskich oraz Kuwejtu, triumfalnie powrócił do Kijowa i poprowadził Dynamo do półfinału Ligi Mistrzów, nazwiska jego graczy poznał cały kontynent. Silvio Berlusconi jako właściciel AC Milan rzucił fortunę za Andrieja Szewczenkę, którego uhonorowano potem, już po śmierci ukraińskiego trenera, Złotą Piłką, czyli najcenniejszym wyróżnieniem dla boiskowych solistów. Tamten napastnik, mój rówieśnik, był twarzą innej superdrużyny, którą zaliczam do ulubionych – kijowianie potrafili rozbić Barcelonę 4:0 na Camp Nou, potrafili też pokonać 2:0 madrycki Real, i to oni powinni byli stawiać się Manchesterowi United w niezapomnianym finale w 1999 r. Niestety, nie dali rady Bayernowi. Prawie wszystkie gole wbijał wówczas właśnie Szewczenko, wraz z Serhijem Rebrowem tworzący duet napastników, do którego mam sentyment jako chyba do żadnego innego.

Wychował ich autentyczny fanatyk, pasję do futbolu łączący z pasją do obliczania wszystkiego, co się da obliczyć. W dzieciństwie i młodości Łobanowski biegał za piłką przed lekcjami, po lekcjach, a nierzadko również zamiast lekcji, ale nigdy nie miał kłopotów z nauką. Wręcz przeciwnie, jego rówieśnicy wspominali, że często szukali Walerego na miejskich boiskach, szukając pomocy przed wyjątkowo trudnymi testami z algebry. Zdobywał zresztą medale na olimpiadach matematycznych. Całe życie powtarzał, że „wszystko jest cyfrą”, i stąd wziął się jego specyficzny stosunek do futbolu – pragnienie opracowanie idealnego algorytmu gry, o której sensie stanowi relacja między jednostką a współtworzoną przez nią zbiorowością, czyli między elementem systemu i systemem. Jonathan Wilson w „Odwróconej piramidzie”, kanonicznym dziele o historii taktyki piłkarskiej, pisał o Łobanowskim tak: „Dorastał w czasach obsesji na punkcie postępu naukowego. Był zaledwie nastolatkiem, gdy w ZSRR powstała pierwsza elektrownia jądrowa. Wkrótce potem posłano w kosmos Sputnika, a Kijów stał się centrum przemysłu komputerowego”. Tam, gdzie ukraiński – radziecki – trener studiował inżynierię grzewczą, powstał pierwszy instytut cybernetyki, który stał się światowym liderem w dziedzinie zautomatyzowanych systemów kierowania, sztucznej inteligencji oraz modeli matematycznych, to właśnie w Kijowie opracowano prototyp współczesnego komputera osobistego. I właśnie na politechnice Łobanowski zafascynował się możliwościami maszyn obliczeniowych.

Zanim cała Europa poznała efekty jego prekursorskiej myśli szkoleniowej, był zdolnym zawodnikiem, choć nie osiągnął sukcesów na miarę możliwości. Na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie flegmatyka, nawet leniucha. Biegał po lewym skrzydle, ale zupełnie nie odpowiadał ówczesnym wyobrażeniom o zawodniku grającym na tej pozycji, zwykle niskim, silnym i przede wszystkim piorunująco szybkim. Łobanowski był wysoki i długonogi, poruszał się dość niezgrabnie, tylko nieprawdopodobny drybling pozwalał mu z łatwością mijać obrońców. W latach 1958-68 strzelił 71 goli w lidze, większość bardzo pięknych. Jego popisowym zagraniem był „bananowy strzał” lub „suchy liść”, czyli zawijasowate uderzenie na bramkę rywala z końcowej linii boiska. Radzieccy defensorzy nadali mu przydomek „Sznurek”, zarówno ze względu na smukłą sylwetkę, jak i umiejętność minięcia rywala na bardzo wąskim fragmencie boiska.

Mimo nieprzeciętnego talentu Łobanowski nie zrobił wielkiej kariery – był podatny na kontuzje, a z futbolem próbował godzić naukę. Kiedy po raz pierwszy zdobywał z Dynamem tytuł mistrza kraju (jeszcze jako piłkarz), kończył równocześnie kijowską politechnikę. Sukcesy osiągnął dopiero jako szkoleniowiec.

Już jako piłkarz miał wiele pomysłów dotyczących strategii i taktyki, których nie krył przed klubowym trenerem, co nieuchronnie prowadziło do konfliktu. W 1964 r. po meczu ligowym skrytykował ówczesnego szkoleniowca Dynama Wiktora Masłowa, który przestawał wystawiać go w pierwszym składzie. Po latach już jako trener Łobanowski przyznał, że całkowicie zgadza się z postępowaniem przełożonego Masłowa wobec niesubordynowanego podwładnego Łobanowskiego. Co ładnie oddaje ewolucję słynącego z żelaznej ręki Ukraińca – jako piłkarz nieustannie walczył o swoją niezależność, jako trener u piłkarzy ostro ją zwalczał.

Szkoleniowe sukcesy Łobanowski zaczął odnosić bardzo szybko. Już w 1971 roku (miał ledwie 32 lata) wprowadził do pierwszej ligi prowincjonalne Dnipro, by po dwóch sezonach wrócić do Kijowa i natychmiast zdobyć dublet w rozgrywkach krajowych. Wówczas po raz pierwszy przylgnął do niego pseudonim „Wahadło” ze względu na charakterystyczne ruchy, jakie wykonywał na ławce trenerskiej. Prawdziwą furorę zespół Łobanowskiego zrobił w sezonie 1974/75, wygrywając absolutnie wszystko: ligę, krajowy puchar, PZP i Superpuchar Europy (po wspomnianym triumfie nad Bayernem), a Oleg Błochin został uznany za najlepszego piłkarza kontynentu.

Wtedy też Łobanowski stał się współautorem rekordu, który można wyrównać, ale który nigdy nie zostanie pobity. Reprezentacja ZSRR zagrała dwa mecze w całości złożona z graczy Dynama. Kijowianie w narodowych barwach pokonali w eliminacjach ME Turcję 3:0 oraz Irlandię 2:1. Zawodnik był dla niego tylko elementem systemu, więc po co miał trwonić czas na wmontowywanie w drużynę elementów obcych?

Przełomowym momentem w życiu Łobanowskiego był rok 1968, kiedy poznał Anatolija Zieleńcowa, specjalistę od bioenergetyki, szefa i pomysłodawcę Centrum Naukowego założonego przez Dynamo w latach 70. – Kiedyś Walery powiedział mi na przyjęciu przy świadkach: „Gdyby nie ty, nigdy bym nie zabłysnął jako szkoleniowiec. Zawdzięczam ci całą moją wiedzę, umiejętności i rozumienie futbolu” – chwalił się potem Zieleńcow. To on współtworzył zespół naukowców, który odpowiadał za bazę danych zawierającą informacje o każdym zawodniku klubu. – Staramy się w pełni wykorzystać potencjał graczy. W oparciu o badania tworzymy indywidualne programy treningowe, by maksymalnie wykorzystać ich predyspozycje. W bazie mamy kartoteki wszystkich, którzy przewinęli się przez zespół w ciągu ostatnich dziesięciu lat, niezależnie od tego, na jak długo u nas zostali. Pracujemy nad różnymi modelami gry i treningu. Chcemy znaleźć model idealnych zachowań piłkarza w określonych sytuacjach na boisku – wyjaśniał ukraiński naukowiec. Jeszcze jeden skrócony cytat z księgi Wilsona, podpisany przez obu współpracowników, Łobanowskiego i Zieleńcowa: „Gdy mówimy o ewolucji taktycznej, mamy na myśli opracowywanie ciągle nowych sposobów gry, by utrudnić rywalowi dostosowanie się do naszego stylu. Gdy mu się to uda i stworzy plan przeciwdziałania, należy znaleźć nową strategię. Na tym polega dialektyka futbolu”.

Te koncepcje służyły nie tylko wychowankom kijowskiego potentata. W latach 1978-82 korzystała z nich m.in. reprezentacja Włoch, która na MŚ w Hiszpanii wzięła złoto. Zieleńcowa zapraszały również niemieckie szkoły trenerskie, gdzie jego wykładom przysłuchiwał się m.in. Franz Beckenbauer. A przemawiał w specyficzny sposób, jakby relacjonował eksperymenty przeprowadzone na szczurach laboratoryjnych.

Mimo bezdyskusyjnych osiągnięć Łobanowski nigdy nie miał dobrej prasy. Nawet kiedy wyniki potwierdzały słuszność jego decyzji, krytykowano graniczący z cynizmem pragmatyzm jego myśli szkoleniowej, o której niektórzy mówili nawet, że hamuje rozwój radzieckiego futbolu. Zarzucano mu też, że ściąga najlepszych zawodników z całego kraju, nie mając zamiaru wystawiać ich w pierwszym składzie. – Lepiej, żeby siedzieli obok mnie na ławce, niż strzelali gole mojemu zespołowi – odpowiadał.

Piłkarze też za nim nie przepadali, uważając go za lodowatego technokratę, który odbiera im prawo do posiadania własnej opinii. Ale Łobanowski nigdy nie przejmował się ani porażkami, ani krytyką. – Cierpliwość, cierpliwość, praca, praca – odpowiadał pytany o tajemnicę sukcesów. – Nie zmieniaj niczego, nawet kiedy przegrywasz. Porażki są częścią drogi do zwycięstw. W 1984 zajęliśmy dziesiąte miejsce w lidze. Na szczęście dla klubu nie zostałem zwolniony i w następnym sezonie sięgnęliśmy po tytuł i Puchar Zdobywców Pucharów – perorował trener, który chyba nigdy nie czuł pełnej satysfakcji. Nawet w okresach masowego wygrywania stale zwiększał intensywność ćwiczeń, wywołując bunty wśród podwładnych, którym zdarzało się nawet ogłaszać strajk.

Życiowy sukces miał szansę odnieść na meksykańskim mundialu w 1986 roku. Prowadzona przez niego reprezentacja ZSRR, okrzyknięta rewelacją turnieju, przeszła jak burza fazę grupową, rozbijając Węgry 6:0, by w 1/8 finału pechowo ulec Belgom, którzy zdobyli dwie bramki z ewidentnych spalonych. Jednak prasa nie zostawiła na Łobanowskim suchej nitki dopiero cztery lata później. Na MŚ we Włoszech ZSRR nie wyszedł nawet z grupy i na ukraińskiego szkoleniowca zwaliła się lawina obelg. Małomówny Łobanowski nie miał zamiaru tłumaczyć się z niepowodzeń. Wyjechał na Bliski Wschód, gdzie prowadził reprezentacje Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Kuwejtu.

Kiedy wrócił i w Lidze Mistrzów rozszalało się jego Dynamo (w dwumeczu z Barceloną było 7:0!), już nawet adwersarze przyznawali, że wyprzedził epokę. Atletyczną kijowską piłkę, opartą na pełnej wymienności funkcji, perfekcyjnym przygotowaniu fizycznym i różnorodności schematów, opiewali wszyscy znawcy, w ankiecie tygodnika „Kicker” najświetniejsi trenerzy i piłkarze uznali Łobanowskiego za jedną z największych postaci w historii futbolu. Dynamo zajęło ósmą pozycję, lokując się pomiędzy Benficą Lizbona i Juventusem Turyn, a Johan Cruyff umieścił kijowian nawet w pierwszej trójce, obok Ajaksu i Milanu. – Co z tego, że Real dziewięć razy zdobywał europejskie puchary – wyjaśniał Holender. – Łobanowski potrafił zbudować zespół, który utrzymał równą formę przez dwie dekady, mimo że korzystał jedynie z rodzimych zawodników, a ZSRR nie jest przecież kopalnią piłkarskich talentów.

Dla kolegów po fachu ukraiński szkoleniowiec był wówczas wzorem. „Kiedy Arrigo Sacchi osiągał największe sukcesy z Milanem, korzystał z metod Łobanowskiego jak z przewodnika” – pisało „Corriere dello Sport”. – Wiele jego koncepcji zyskało ogromną popularność w Serie A. Bardzo zmienił włoską piłkę, która stała się agresywna i dynamiczna. Wszyscy wiemy, ile zawdzięcza mu futbol – mówił Marcello Lippi, kiedy prowadził jeszcze Juventus. – Spotkałem go kiedyś na międzynarodowym seminarium i wywarł na mnie ogromne wrażenie. Jest nie tylko piekielnie inteligentny, ale i niezwykle charyzmatyczny i sprytny.

Chociaż futbolowi Łobanowski poświęcił się bez reszty, podczas meczów na jego twarzy trudno było dostrzec jakiekolwiek oznaki emocji. Niezależnie od tego, czy jego zespół zdobywa, czy traci bramkę, pozostawał tak samo niewzruszony. To najbardziej nieruchomy trener, jakiego widziałem w życiu, skrajne przeciwieństwo rozskakanych furiatów w typie Diego Simeone czy Antonio Conte.

A miał co fetować. Z Dynamem zdobył osiem tytułów mistrza ZSRR i pięć Ukrainy, dziewięć razy wygrywał krajowy puchar, dwukrotnie sięgał po PZP, raz po Superpuchar Europy – spędził w kijowskim klubie z przerwami 20 lat. Wschodnia wersja Alexa Fergusona, tyle że bogatsza o sukcesy reprezentacyjne. Z radziecką kadrą wygrał Łobanowski srebrny medal mistrzostw kontynentu w 1988 roku, a dwa lata wcześniej została ona uznana przez branżowy (i prestiżowy) magazyn „World Soccer” za drugi zespół na planecie, ustępujący jedynie mistrzom świata – Argentynie.

Ambicje Łobanowskiego nie kończyły się jednak na wyniku. Wielokrotnie przytaczano jego reakcję na zdobycie mistrzostwa kraju, gdy wygrywał je jeszcze jako zawodnik. Oświadczył wtedy, że spełnione marzenie przestaje być marzeniem, pochwały uznał za bezpodstawne, nie chciał ich wręcz przyjąć, zawyrokował, że drużyna grała kiepsko, ale zdobyła więcej punktów niż drużyny grające jeszcze gorzej, a potem wyłożył – pewnie nieświadomy znamienności wypowiadanych zdań – swoje przyszłe trenerskie kredo.

Wyjaśnił mianowicie, że prawdziwego naukowca nie cieszy uzyskanie magisterium, doktoratu ani habilitacji. Że prawdziwy naukowiec chce wpłynąć na rozwój swojej dziedziny. Odcisnąć piętno. Zrewolucjonizować ludzkie myślenie.

Nęka mnie podejrzenie, że Łobanowski nie był w pełni usatysfakcjonowany swoimi osiągnięciami. Chociaż powinien.

niedziela, 06 stycznia 2019, rafal.stec
Komentarze
2019/01/06 21:33:52
Trochę nie pojmuję dlaczego ten tekst nie poszedł w gazecie.

A Łobanowski to wizjoner, ale jednak trener niespełniony. W 1986 ślepy Friedriksson, w 1988 absurdalne przepisy wykluczające Oleha Kuzniecowa z finału za kartki... w eliminacjach. On na tamtych ME grał genialnie i jestem zupełnie przekonany, że powstrzymałby Gullita, tak jak go powstrzymał w meczu grupowym.

No i paradoksem jest, że w Polsce zaczyna być odpowiednio doceniany dopiero dzięki brytyjskim historykom taktyki...
-
2019/01/06 21:48:41
@airborell
Wypraszam sobie. Patrzyłem w niego jak urzeczony i szukałem wiedzy, zanim wiedziałem o istnieniu Wilsona.

Do gazety by się nie zmieścił w żadnym razie. Zresztą z 15 tys. opublikowanych tu znaków ok. 7 tys. było w gazecie w 1999 r. - sam napisałem, ale tego nie ma nigdzie w necie, to była era wyłącznie papierowa. To wyjąłem z archiwum i pogrubiłem rzecz ponaddwukrotnie;-)
-
2019/01/07 00:14:50
Pamiętam rozczarowanie jakie mi towarzyszyło, gdy wybrałem się na dokument o tym wielkim trenerze, na ostatnim festiwalu filmowym, ogarnianym przez PZPN. Technicznie rzecz biorąc, w tym, rzeczywiście długim, wpisie blogowym, informacji jest ciutkę wincyj, niż w rzeczonym, gdzieś 100-minutowym, filmie. Tam do złej prasy dla trenera opowiadający się nie przyznawali, przeciwnie, superlatywy i ogólne uwielbienie. Cóż, wspomnienia się wykrzywiają.

Za to była bardzo ładna scena fetowania tytułu mistrzowskiego Dinama, jeszcze za Łobanowskiego piłkarza. palone na trybunach masowo gazety, zrulowane jakby w pochodnie. Archetyp kibicowskich rac xD

@airboell
Coś mi chodzi po głowie, iż Łobanowski był przeciwnikiem odłączania się Ukrainy, zwolennikiem zachowanie ZSRR. Jest to wcale naturalne dla człowieka który ileś dekad przeżył w takim tworze politycznym. Ale wśród ludzi o mniejszej wyobraźni, i dość naturalnej w Polsce niechęci do bratniego związku, Łobanowski automatycznie staje się niewdzięcznym tematem do pisania.
-
2019/01/07 07:24:01
W ogóle nie pamiętam stosunku Łobanowskiego do niepodległości Ukrainy. Natomiast serio ciekaw jestem jak był postrzegany przez Rosjan. Przecież konsekwencją oparcia reprezentacji ZSRR na Dynamie Kijów było to, że była to reprezentacja bez Rosjan (do podstawowego składu łapało się oprócz dziewięciu Ukraińców jeden Białorusin i jeden obywatel RFSSR, ale Tatar).

A w byłym ZSRR piłka nożna była jednym z głównych sposobów ekspresji nacjonalizmów.
-
2019/01/07 11:47:35
"wśród głównych myślicieli futbolu wymienia się go mimo wszystko stosunkowo rzadko ... a szyld Związek Radziecki, pod którym pracował, nie kojarzy się dobrze".
Też tak miałem. Dla mnie fajniejszy był Kozakiewicz ze swoim gestem. A na dodatek uważałem, ze opieranie reprezentacji na jednej drużynie klubowej (nawet najlepszej) jest mało twórcze i prędzej czy później musi się skończyć klapą.
A na dodatek uważam, że poszukiwanie algorytmów aktywności człowieka "nie tylko w sporcie" i tworzenie na tej podstawie reguł zachowań nas odczłowiecza. Dla mnie schemat i automatyzm zawsze prędzej czy później muszą się skończyć schematyzmem.
Już bardziej bawią mnie kombinacje autorów fantastyki uczłowieczające maszyny.
I może dlatego wpis naszego Gospodarza jest dla mnie trochę jak historyczny news.
-
2019/01/07 11:50:05
Kiedy wrócił i w Lidze Mistrzów rozszalało się jego Dynamo (w dwumeczu z Barceloną było 7:0!)

Pamiętam te mecze, Szewczenko z Rebrowem robili wtedy nieprawdopodobne rzeczy. A dwa lata później faktycznie byli o krok od finału, w pierwszym meczu półfinałowym z Bayernem prowadzili już 3:1 i prawie mieli Bawarczyków na tacy. Potem w rewanżu załatwił ich Mario Basler, który tej wiosny akurat złapał taką formę, jak chyba nigdy wcześniej ani później.
-
2019/01/07 12:12:53
Swoją drogą to dość zabawny, bo "antytrendowy" wpis, gdyż można w Łobanowskim dostrzec prekursora Mourinho, który (wraz ze swoją filozofią) w ostatnich latach był przecież w odwrocie.

Ale czy naprawdę winno nas aż tak dziwić, że trenerskim piewcą postrzegania meczu piłkarskiego jako "starcia kolektywów" i przeciwnikiem jakiegokolwiek indywidualizmu był trener wywodzący się z ZSRR? Genius loci jak się patrzy.
-
2019/01/07 15:59:40
E, co ma Łobanowski z Mourinho niby wspólnego?

Był taki schemat, bodaj gdzieś u Wilsona, którzy trenerzy inspirowali których. Nie mogę go znaleźć teraz, ale trudno znaleźć jakieś szczególne związki taktyczne Łobanowskiego (jednego z ojców nurtu "krycie strefowe - pressing") z reaktywnym Mourinho.
-
2019/01/07 16:30:37
No nie ma wiele wspólnego. Mou generalnie wszędzie grzebie na jedną modłę, a Łobanowski chciał nieustającej zmiany ( fragment o dialektyce), potrafił kompletnie przeprojektować drużynę albo zasadzić się w osobny sposób na konkretnego przeciwnika.
-
Gość: f.wspanialy, *.dynamic.gprs.plus.pl
2019/01/07 17:40:24
Czy są dostępne informacje, którzy z obecnych czołowych trenerów czerpią z Jego spuścizny (mnie pasowałby Guardiola)?
I jeszcze cytat stąd:rusteam.permian.ru/players/lobanovsky.html
"Mówi się, że jego trenerski geniusz zawierał się przede wszystkim w umiejętności jasnego i zrozumiałego wytłumaczenia piłkarzom, czego się od nich oczekuje".
-
2019/01/07 17:48:43
Z kadrą narodową zdobył srebro mistrzostw Europy pamiętam, że w przeciwieństwie do wszystkich otaczających mnie dorosłych kibicowałem w finale jej, a nie Holandii, jako niespełna dwunastoletni brzdąc na polityce się nie wyznawałem.
Padłem. Miałem tak samo :) Oglądaliśmy finał w gronie rodzinnym i w czasie meczu jak się przyznałem do kibicowania ruskim to myślałem, że mnie wydziedziczą :P
Jeśli chodzi o jego warsztat trenerski to w tamtym czasie byłem za młody żeby docenić jego wielkość. Po przeczytaniu tekstu i komentarzy nie zgadzam się, że przypomina Mou, raczej wizja i innowacje bardziej by skłaniały ku guardioli.
-
Gość: Ron Obvious, *.dynamic.mm.pl
2019/01/07 20:16:42
@fidelrulez
Niestety załatwił ich w tym półfinale Szowkowski, doskonała drużyna z przeciętnym (w najlepszym razie) bramkarzem. W rewanżu Kahn kilka razy udowodnił jak ważny dla drużyny jest prawdziwy bramkarz.
-
2019/01/07 22:09:04
Ale jak to? Młodziutki kibic Milanu, w którym grali przecież już Van Basten i Gullit, a za moment miał dołączyć do tegoż Rijkaard, a kibicował drużynie radzieckiej? Kiedy na moim boisku szkolnym rządziły koszulki pomarańczowe i każdy utrzymywał, że to on jest Gullit czy Van Basten (pamiętam to tak dobrze, jak melodię piosenki "Tato już lato", lansowanej w Sobótce lub w Dropsie - akurat w tej kwestii leżę w detalach co do lata 1988 r., co do samej piosenki nie), to gdzieś tam jakiś kibic Milanu za drużyną radziecką? Nie pojmuję. Nie wierzę. Autor ściemnia. Z innej beczki - wtedy jakoś w tym samym czasie chyba był finał Pucharu Polski też - Lech vs. Legia. Nie chce mi się guglać, ale pamiętam, że założyłem się o te dwa wyniki.
-
2019/01/07 22:19:49
Heh, zguglałem. Finał ME 25 czerwca, a PP 23 czerwca. Wiem, że jeden trafiłem, drugiego nie (już zapomniałem, który trafiłem, ale gdzieś musiał decydować pesymizm w obstawianiu, bo na stówę byłem za Holandią i Lechem - stawką w obu zakładach była czekolada, ale nikt nikomu nie kupił w końcu, chociaż druga strona domagała się "fifty-fifty" - nie chciało mi się, stwierdziłem, że remis jest na zero i się anulują czekolady.)
-
2019/01/08 12:52:56
@martin.slenderlink
Nie wiem, czy byłem wtedy kibicem Milanu. Większość ludzi uważa, że doskonale pamięta fakty z dzieciństwa, i święcie w to wierzy, ale ja nie wierzę im, i sam nie pamiętam, kiedy dokładnie się zaraziłem. Blogowałem zresztą o tym. I z Milanem to zaczęło się zaczynać później. Może w okolicach 5:0 z Realem?
A ZSRR znałem już z MŚ 1986. Rinat Dasajew był moim ulubionym bramkarzem, wiem też, że kręciły mnie nazwiska - Chidjatulin, Michajliczenko. Były jakieś inne.
-
2019/01/08 13:34:42
@rafal
"Nie wiem, czy byłem wtedy kibicem Milanu. Większość ludzi uważa, że doskonale pamięta fakty z dzieciństwa, i święcie w to wierzy, ale ja nie wierzę im, i sam nie pamiętam, kiedy dokładnie się zaraziłem."

No, okej, okej. Trochę sprowokowałem, bo mnie to ciekawiło, kiedy. I trochę dziwne dla mnie, że aż po 12 roku życia. Co do faktów z dzieciństwa - pamięta się na pewno sceny, elementy konkretne, te które fotograficznie czy dźwiękowo zapadają w pamięć - jak np. wspomniani chłopcy przekrzykujący się latem 88, który jest Gullit i Van Basten. Co do faktów i ściślejszej chronologii, to faktycznie na ogół jest tu więcej zamieszania, między innymi dlatego, że chronologiczność wspomnień rzadko idzie w parze z ich siłą. Bardzo często "bliższe" i wyraźniejsze jest dawniejsze wspomnienie od późniejszego, co bez sytuowania tego na tle konkretnych wydarzeń czy odnoszenia do innych faktów w ogóle nie dawałoby szansy na przechowywanie w miarę spójnych wspomnień - tylko że ten drugi proces często jest wtórny i retrospektywny, logiczny, organizujący, właśnie na bazie tych żywych scen. A że mózg nas często oszukuje... kiedyś robiono chyba jakieś badanie z udziałem ludzi, którzy mogli przywołać z pamięci dowolny dzień np. z ostatniej dekady i opisać jego przebieg. U tych samych ponoć stwierdzano zaburzenie obsesyjno-kompulsyjne (od kompulsji, proszę nie poprawiać, nawet jeśli kalka z angielskiego jest obecnie bardziej powszechna). No ale ciężko np. odebrać wspomnienie 5-letniemu dziecku, które w 1941 r. widziało z oddali kolumny sunące w ramach planu Barbarossa na wschód i utrzymywać coś w stylu: e, dziadek, ja Ci nie wierzę, na pewno przekręciłeś. Kwestia względna, co uznajemy za "doskonałe pamiętanie" - żywą scenę, czy długi ciąg zdarzeń oraz interpretacje, uczucia itd. Wiadomo, że sporo mózg dopisuje.

Wracając do Dasajewa, się go znało, to oczywiste, jak i Dino Zoffa. Czasami nawet przed pierwszym obejrzeniem w TV, zwłaszcza jeśli w domu były materiały sportowe ze zdjęciami. Mnie osobiście najbardziej intrygował Alejnikow (wówczas przynajmniej, bo teraz pisany Alejnikau), bo bez przerwy słyszałem to nazwisko w pamiętnym meczu z Węgrami w 1986 i kojarzyło mi się z szerokimi alejami do węgierskiej bramki. No i zapadło w pamięć, nawet jeśli usiekł tylko jedną, jak sprawdziłem teraz na wiki.
-
2019/01/08 21:10:05
@airborell
Może chodzi o ten diagram? - i.imgur.com/6O8OJjX.jpg
W Internecie piszą, że jest z drugiego numeru "Kopalni".
Mi się wydaje trochę uproszczony, ale generalnie wygląda sensownie
-
2019/01/08 21:45:31
@martin.slenderlink:

Gullit nie Gullit, Van Basten nie Van Basten, ale to Ukraińcy (plus jeden Białorusin i dwóch Tatarów) grali na tamtych ME najbardziej porywającą piłkę. I po 30 latach jestem przekonany, że finał też by wygrali, gdyby mógł grać Kuzniecow.

@black_spider: chyba rzeczywiście to, nie wiem skąd mi się utrwaliło że to było po angielsku. Aczkolwiek brak powiązania Łobanowskiego z Sacchim.
-
2019/01/09 08:45:11
@airborell
Może ta linia tam była, tylko zniknęła przy przerysowywaniu z brudnopisu na czystopis ;) Żadna linia do Sacchiego nie prowadzi, co wygląda na przeoczenie, a do tego Sacchi umieszczony jest bezpośrednio pod Łobanowskim, więc taką linię byłoby łatwo poprowadzić ;)