Blog > Komentarze do wpisu

Najgorsze mistrzostwa w życiu

Mistrzostwa świata w siatkówce 2018

W piątkowe popołudnie w Turynie zepsuł się tramwaj. Linii numer 4, na Corso Filippo Turati. Wysiadłem i dwa kilometry do hali, w której mieli grać na siatkarskim mundialu Brazylijczycy z Amerykanami oraz Polacy z Włochami, pokonałem pieszo. Przez całe dwa kilometry byłem wredny.

Szedłem z czterema nastoletnimi, przygodnie spotkanymi Włoszkami – fankami siatkówki – którym z bezlitosną złośliwością wykładałem, dlaczego ich drużyny nikt nie lubi. Opowiadałem, jak gospodarze kombinują albo bezczelnie oszukują, by zaciągnąć swoich na podium. Jak sobie dobrali rywali w I rundzie, jak sfingowali losowanie grup II rundy i inne takie. Najpierw się dziwiły, potem były zszokowane, aż wreszcie przestały mi wierzyć, więc przedstawiłem dowody. Działałem poirytowany i zdegustowany – nie z powodu awarii tramwaju, bo spacerowało się przyjemnie, lecz z powodu regulaminowych idiotyzmów i krętactw, które zatruwały mistrzostwa. Pisałem o nich kilkakrotnie, w gazecie oraz na blogu (jeszcze tutaj) ale włoskie media niczego nie zauważały, więc kibicki nie miały zielonego pojęcia, że dzieje się skandal. Interesowało je, czy Juantorena porządnie odbierze serwis, Giannelli precyzyjnie wystawi, Zaytsev skutecznie zbije. W kwestie pozaboiskowe nie wnikały.

Kiedy się rozstaliśmy, zobaczyłem, jak rezerwowi Brazylii rozbijają 3:0 rezerwowych USA (kazali środkowemu przyjmować zagrywkę...), a Polacy po objęciu gwarantującego awans do strefy medalowej prowadzenia 1:0 również wypuszczają na boisko rezerwy i przegrywają 2:3 z Italią. Z ośmiu piątkowych setów zaledwie jeden (!) był normalny, tylko w jednym obu stronom zależało na zwycięstwie – w przededniu półfinałów! Wyobrażacie sobie, że na futbolowym mundialu ćwierćfinały odbębnia się byle jak i byle kim, bo nikt lub prawie nikt nie potrzebuje już wygrać?!

Miałem się wtedy ambiwalentnie, po jaźni krążyła zarówno satysfakcja z imponującej serii naszych siatkarzy, którzy w rozstrzygających meczach z Serbią oraz Włochami wygrali siedem setów z rzędu, jak wstręt do całego turnieju. Właściwie wszystko, od samiutkiego początku, było w nim złe lub fatalne – sztuczne rozciągnięcie w czasie na początku (w pierwszej rundzie zawodnicy się zwyczajnie nudzili) i nagłe przyspieszenie w końcówce (ostatnie cztery mecze Polaków w cztery dni); nagromadzenie uczestników beznadziejnie słabych (osławione 25:6 Rosji z Tunezji, rekordowa różnica w historii) i przez to beznadziejnie nudnych spotkań (choćby odpstryknięcie przez naszych zespołu Portoryka); wspomniane uprzywilejowanie gospodarzy i natłok meczów pozbawionych stawki, dla obu lub jednego z przeciwników; korekty w interpretacji przepisów gry w trakcie rywalizacji. Nie chce mi się znów wyliczać wszystkich drobnych niedoróbek oraz grubych zwyrodnień, w każdym razie uważałem, że trwa najgorsza sportowa w impreza, z jaką się w życiu zetknąłem. Siatkówka od lat patologiami stała, teraz została przekroczona masa krytyczna. Nie wiedziałem jeszcze, że nazajutrz Bartosz Kurek i spółka ocalą wszystko dzięki swojej klasie, słuchałem za to i czytałem, jak kibice (zwłaszcza kibice innych sportów) z turnieju okrutnie szydzą albo pogardliwie kręcą bekę, używali sobie całkiem słusznie, ten mundial zasłużenie stał się pośmiewiskiem.

Pardon, siatkówka zasłużenie stała się pośmiewiskiem.

Najgorsze, że za kulisami – tam, gdzie nie sięga wzrok kibica wpatrzonego w ekran lub nawet siedzącego na trybunach – wcale nie wrzało. Właściwie wszyscy zgodnie się zgadzali, że dyscyplina „poważnie choruje”, „ma problem” lub wręcz „dotknęła dna”, ale zaraz dodawali, że nic nie da się zrobić. Albo przywykli i zobojętnieli, albo nie wyrywają się do srania we własne gniazdo, albo nie wierzą w jakiekolwiek próby interwencji. Zresztą nawet nie zawsze wiadomo, kto odpowiada za najgłupsze pomysły i najgorsze szachrajstwa, ponieważ działacze FIVB szkodzą schowani. I jeszcze te dołujące reakcje zagadniętych Włochów, którzy zamiast czuć obciach, wzruszają ramionami...

Zanim Polacy wystrzelili ponad wszystkich – w finale zlali Brazylię prawie tak, jak ona zlała ich w 2006 roku, w szczycie swej potęgi wzniesionej przez Bernardo Rezende – zamierzałem na podsumowanie mistrzostw opublikować niniejszy tekst w gazecie, utrzymując go w tonie nekrologu. Zacząłem pisać w nocy z piątku na sobotę, mając świeżo w pamięci scenki ze spaceru do hali Pala Alpitour. Potem uległem nastrojowi, czysty sport znów stał się najważniejszy, nasi siatkarze obrali zbyt efektowną trajektorię swego lotu po złoto, bym zasmradzał wszystkim fetowanie oszałamiającego sukcesu. Wstrzymałem się, ale rzecz siedzi we mnie głęboko, uczciwość nakazuje gęgać.

Dlatego jako intelektualne ćwiczenie proponuję alternatywną historię mundialu. Historię mniej radosną – zakończoną czwartym miejscem. Zmodyfikujmy nieco rzeczywistość i wyobraźmy sobie, że ostatnie rozdziały wyglądają tak:

1) Polacy ulegają 2:3 Argentynie, która nie ma już nic do wygrania, do II rundy telepie się ciągana przez kuriozalny regulamin (tak było).

2) Polacy obrywają 1:3 od Francji (tak było).

3) Polacy niszczą Serbię do zera, ale trochę uwiera nas świadomość, że rywale wyszli na boisko kompletnie zrelaksowani, awansowali wcześniej (tak było).

4) Polacy znów odprawiają Serbię 3:0, ale po pierwszym, wyrównanym secie, przeciwnicy ponownie grają już uspokojeni, właściwie awansowali do półfinału (tak było). I siatkarze z niejakim rozgoryczeniem ironizują w rozmowach z dziennikarzami, że „wszyscy im się podkładają” – ich irytacja jest zrozumiała, ale również internetowe insynuacje kibiców są zrozumiałe, skoro organizatorzy turnieju sami zakwestionowali powagę tylu meczów (tak było).

5) Polacy ulegają Włochom 2:3, ale po urwaniu im jednego seta odfajkowują resztę wieczoru rezerwami (tak było).

6) Polacy przegrywają w półfinale tie-breaka i cały mecz 2:3 z USA (tu pierwsza zmiana w stosunku do faktów, odwracamy wynik decydującego seta), nazajutrz czeka ich bój nie o złoto, lecz o brąz.

7) Polacy tym razem nie wytrzymują serbskiego naporu. Nic zresztą zaskakującego, jak wygrywać seryjnie przy wyrównanych siłach w czołówce?

Zastrzegam: niczego nikomu nie odbieram, drużyna Vitala Heynena zatriumfowała całkowicie zasłużenie. Uruchamiam moją i waszą wyobraźnię, by pokazać, jak absurdalny kształt miał arcyprestiżowy przecież turniej. Otóż przy powyższym scenariuszu:

1) Polacy na dystansie tygodnia, od niedzieli do niedzieli, kopaliby się z Serbią aż trzykrotnie (a regulamin dopuszczał nawet ewentualność czterech spotkań). Umiecie sobie wyfantazjować, że piłkarze Adama Nawałki grają na z Senegalem w fazie grupowej, by następnie zagrać w ćwierćfinale, a na samym końcu zagrać o brąz?

2) Polacy po łatwej, lekkiej i przyjemnej I rundzie przegrywają PIĘĆ z SIEDMIU meczów, ale finiszują w ściśłej czołówce, osiągając sukces niewidziany od jesieni 2015 roku. Co więcej, dwa zwycięstwa odnoszą w okolicznościach szczególnych, podejrzanych, w starciu z rywalem mogącym pozwolić sobie na wpadkę. Podsumowując: żadne z siedmiu spotkań nie daje pełnej satysfakcji, nawet udane zostawiają mnóstwo wątpliwości. Umiecie sobie wyfantazjować, że na mundialu w innym sporcie można stanąć tuż obok podium po oddaniu PIĘCIU z SIEDMIU ostatnich meczów?

3) Polacy wysłuchują od zdezorientowanej publiczności, że umieją wygrać tylko wtedy, gdy po drugiej siatki stoją manekiny. I siatkarze są tutaj niewinni, bo nie oni ustalają regulaminy, i kibice reagują w sposób naturalny, bo dostrzegają rażącą dysproporcję między prawdą boiska a prawdą tablicy wyników. Znów: umiecie sobie wyfantazjować mundial w innej dyscyplinie, którego system tylokrotnie i na tak zaawansowanym etapie rywalizacji podsuwa mecze bez pełnego zaangażowania przynajmniej jednego z przeciwników, czyli wypłukuje sport ze sportu?

Dywaguję z duszą na ramieniu, zdając sobie sprawę z odświętnego charakteru chwili i delikatności kontekstu – co bardziej rozanielony złotem czytelnik może mnie posądzić o zamiar przybrudzenia medalu, ot, typowy wybryk ojkofoba. Ja jednak abstrahuję od rangi sportowego wyczynu Polaków, zwracam jedynie uwagę, jak horrendalnie niedorzeczny jest system rozgrywek, który zaproponowany scenariusz w ogóle umożliwia. Gdyby ów wariant zaistniał, nie zdołalibyśmy w ogóle sklasyfikować występu naszej drużyny, ba, nawet siatkarze i trenerzy nie potrafiliby oszacować, ile dokonali. Czy wypadałoby im przypominać, że skończyli znacznie powyżej celu postawionego przez PZPS (awans do czołowej „szóstki”), czy raczej kajać się, że dotarli do niego przez PIĘĆ porażek w SIEDMIU ostatnich meczach? Nawiasem mówiąc, o Serbach też nie wiadomo, co sądzić – niby wyskakali półfinał, ale przegrali cztery z pięciu ostatnich spotkań, a w sumie aż pięciokrotnie schodzili z boiska pokonani. To ma być czwarty zespół mistrzostw świata?

Awanturuję się do dzisiaj, gdy 99,99 proc. miłośników siatkówki machnęło ręką i zajęło się celebrowaniem polskiej potęgi, ponieważ nie chciałbym, żeby mój ulubiony obok piłki nożnej sport stawał się jeszcze bardziej pośmiewiskiem niż się stał. A jest nim, powtarzam, całkowicie słusznie. Przy biernej postawie środowiska, które narzeka co najwyżej rutynowo, zżyło się z brudnymi regułami gry jak mieszkańcy okolic zbyt przeżartych korupcją, by w ogóle pamiętali, że istnieją inne metody na załatwianie spraw z urzędnikiem niż rozdawanie łapówek. I chwalą tych stosunkowo wstrzemięźliwych łaskawców, którzy z obywatela przynajmniej nie zedrą.

W siatkówce słyszę to dawna – jeśli mamy „tylko” mały przekręt, to już jest dobrze, cieszmy się, że udało się przynajmniej tyle. I nie widać żadnych widoków na poprawę pogody. W 2010 roku, kiedy Włosi wraz z szychami z FIVB poprzednio zatracili się w bezwstydnym szachrajstwie na mundialu, wydawało się, że szefostwo pięknego sportu otrzeźwieje i kolejne afery prędko nie wybuchną. Niestety, ci na górze nadal masakrują dyscyplinę. Minęło osiem lat i prawie doświadczyłem najgorszej sportowej imprezy w życiu. Ocalili ją tylko polscy siatkarze.

czwartek, 04 października 2018, rafal.stec
Tagi: siatkówka
Komentarze
2018/10/04 19:13:45
I przez Ciebie MUSIAŁEM sprawdzić, czy nazwa "Portoryko" jest odmienna.

Dopuszczalne ;)
-
Gość: xxxxx, *.dynamic.chello.pl
2018/10/04 20:19:29
dlatego jestem ogromnym fanem wariacji na temat systemu stosowanego w piłkarskim pucharze Chile o którym czytałem kiedyś na sport.pl

Wyobraźmy sobie, ze dzielimy te 24 drużyny na 6 koszyków po 4, zgodnie z rankingiem.
Ustalamy harmonogram tak, że każda drużyna ma do zagrania jeden mecz jedną z z drużyn danego koszyka (więc każdy ma porównywalnych przeciwników) ale nie wewnątrz zamkniętej grupy ale jak najbardziej wymieszane
Harmonogram można opracować wcześniej analizując wszystkie kombinacje (przed losowaniem drużyn) i wybierajac tą która zapewni najbardziej sprawiedliwe, wymieszane i organizacyjnie najłatwiejsze mecze.

Losowanie staje się atrakcyjne - losujemy od drużyn z najniższego koszyka, więc po każdej wylosowanej drużynie możemy pokazać animację wypełniającego się harmonogramu i listę drużyn które się czegoś nowego dowiedziały

Na koniec fazy grupowej (6 spotkań) robimy jedną zbiorczą tabelkę. Każdy mecz, każdy set jest więc ważny bo decyduje o rozstawieniu

wrzucamy najlepsze 16 drużyn do drzewka z systemem brazylisjkim z rozstawieniami, zmodyfikowanym tak, jakby drużyny z miejsc 1-8 już wygrały swój miecz z drużynami z miejsc 9-16

i cisniemy systemem brazylijskim do końca

Faza grupowa staje się ważna bo nie tylko ma znaczenie czy będziemy wśród miejsc 1-8 czy 9-16 (pierwsza ósemka w drodze do mistrzostwa potrzebuje 10 spotkań, miejsca 9-16 nawet do 13) ale też wewnatrz danej grupy lepiej grać z siódmą drużyną niż z trzecią.

Zero spotkań o nic, zero możliwości kombinowania, bo na każdym etapie opłaca się wygrywać

-
2018/10/04 20:55:27
@"Dywaguję z duszą na ramieniu, zdając sobie sprawę z odświętnego charakteru chwili i delikatności kontekstu co bardziej rozanielony złotem czytelnik może mnie posądzić o zamiar przybrudzenia medalu"

A p.....l to. Do Gazety w poniedziałek to może i się nie nadawało, ale w charakterze blogonotki, to masz prawo i możesz oczekiwać, że stado broniących "święta" trolli tu nie przyjdzie. Jak dla mnie jasno się wyraziłeś w kontekście złota, Heynen też pewnie odczuwa już teraz bardziej coś na kształt ulgi, dumnym już się nabył. Przy alternatywnym wariancie mógłby mieć przechlapane.
-
2018/10/04 21:11:01
@Rafał

"ot, typowy wybryk ojkofoba"... - dobrze, że sam się przyznałeś, a nie idziesz w zaparte.

I dzięki za to podsumowanie. Faktycznie po trzech ostatnich meczach, można było zapomnieć o przebiegu całego turnieju.

P.S.
Chyba kolejny raz się potwierdziło, że "kombinować trzeba umić".

-
Gość: Jurri, 95.49.167.*
2018/10/04 22:25:43
Może czegoś na przestrzeni czasu nie zauważyłem (w moim osobistym rankingu siatkówka jest na 3. miejscu, po piłce nożnej i ręcznej, więc jest to prawdopodobne), ale właściwie wiadomo, dlaczego nie uprości się systemu awansów do poziomu tych w piłce nożnej? Albo chociaż ręcznej?

Uproszczenie systemu powinno przyciągnąć więcej kibiców, a co za tym idzie, więcej pieniędzy. W trakcie tych mistrzostw szokujące dla mnie było, że przed III rundą grupową nie znałem nawet szacowanych godzin spotkań (próby przesunięcia godziny meczu Włochy - Polska).
-
2018/10/07 12:15:10
Najprostszym "uproszczeniem" systemu jest nieprzyznawanie imprez rangi mistrzowskiej Włochom. Tylko tyle i aż tyle. Na MŚ w Polsce i w Japonii systemy rozgrywek były klarowne i nie było meczów o nic.
-
2018/10/10 09:01:19
@Rafał,

Ale np. piłkarskie mistrzostwa świata teoretycznie umożliwiają wygranie tytułu po takim wyczynie: 1 porażka, 6 remisów, 0 strzelonych goli.
Srebro lub brąz można wziąć po: 2 porażki, 5 remisów, 0 strzelonych goli.
Czwarte miejsce można wziąć po: 3 porażki, 4 remisy, 0 strzelonych goli.

Portugalia wzięła ME, chociaż powinna wracać do domu po fazie grupowej.

Liga Mistrzów? 2 porażki, 11 remisów, 0 strzelonych goli.

Fakt, to wszystko niemalże niewykonalne, ale teoretycznie możliwe.
-
2018/10/10 09:07:00
@salamander
A w praktyce to jakie były najsłabsze ścieżki do medali MŚ?
-
2018/10/16 21:18:28
Może być gorzej!