Blog > Komentarze do wpisu

Liga Mistrzów płaska jak nigdy

Liga Mistrzów, Champions League, Real Madryt, FC Barcelona

Grono faworytów jak zwykle jest liczne, a stworzyć je powinniśmy według oczywistego, niepodlegającego dyskusji wzoru. Zapraszamy tercet przedstawicieli z wieloletniej liderki rankingu UEFA, a zatem uprzywilejowanej hiszpańskiej La Liga – broniący trofeum Real Madryt, jego sąsiadów z Atlético, FC Barcelonę – by następnie dostawić do niego kwartet przedstawicieli Bundesligi, Premier League, Serie A oraz Ligue 1, czyli wszechpanujących krajowo Bayern Monachium, Manchester City, Juventus, Paris Saint-Germain. Klasyczne 3+4. Siedmioro wspaniałych.

Wakacje minęły w ciszy i spokoju. Piękni i bogaci zachowywali się niestandardowo, znienacka zaniechali mianowicie przelicytowywania się na transferowe rekordy – gdyby nie hałaśliwa ucieczka Cristiano Ronaldo z Madrytu do Turynu, panowałby między nimi niemal bezruch. Real oraz Bayern kadrowo wręcz traciły (monachijczycy zakończyli handel na plusie przekraczającym 80 mln euro!), a pozostała piątka dokonywała co najwyżej drobnych korekt, uzupełniała podstawowy skład pojedynczym nazwiskiem, nikt nie ściągnął kandydata na gwiazdę numer jeden albo nawet dwa lub trzy. Owszem, Manchester City rzucił fortunę na Riyada Mahreza, ale to drużyny szczególnie nie odmienia, mistrzowska eskadra po prostu przypięła sobie kolejne bardzo mocne skrzydło. W PSG działo się podobnie, wyjęci z Bundesligi obrońcy Thilo Kehrer i Juan Bernat to w najlepszym razie retusz. Nawet w stosunkowo najbardziej rozrzutnym Atlético trener nie musi radykalnie rekonstruować zespołu.

Słowem, na szczytach zapanowała stabilizacja. Niespotykana od wieczności, wręcz zdumiewająca. Huragan rozszalał się natomiast wśród wyższej klasy średniej (w Anglii także jeszcze niżej, oni żyją w enklawie luksusu rządzącej się odrębnymi prawami, w alternatywnej rzeczywistości ekonomicznej), do której zaliczam Liverpool – niby finalista ostatniej edycji Ligi Mistrzów, ale wcześniej jej uczestnik tylko okazjonalny, do wiosennych rund przetrwał poprzednio w sezonie 2008/09. Drużynę Jürgena Kloppa również wypada przykleić do grona faworytów, które rozszerza się w ten sposób do ośmiorga wspaniałych i zachęca mnie, by przynajmniej na obecnym etapie sezonu, przed startem rozgrywek, szanse na zdobycie trofeum rozdzielić między nich po równo. Znaczy każdemu przyznać po 12,5 proc. – nikogo innego wśród triumfatorów nie umiem sobie wyobrazić.

Sylwetka Kloppa uświadamia, że o prymat w Champions League będą się ubiegać głównie ludzie niespełnieni. W sporej mierze z winy Realu Madryt, który zakłócił naturalny porządek rzeczy – nikt nigdy nie broni tytułu, kultywowaliśmy tę tradycję przez ćwierć wieku z okładem – i powygrywał aż cztery z pięciu najnowszych edycji. Biorąc pod uwagę długość kariery piłkarza, zagarnął dla siebie całą epokę zwyciężania. Dlatego siedmioro z ośmiorga wspaniałych to ludzie mniej lub bardziej niespełnieni.

Real Madryt, czyli jedyni nasyceni. Cztery razy w pięć lat. Najwspanialsza seria od prapoczątku rozgrywek, kiedy pięć razy w pięć lat triumfował również królewski klub ze stolicy Hiszpanii. Niewykluczone, że to właśnie stąd bierze się wstrzemięźliwość Florentino Pereza. Owszem, może szykować on spektakularny skok po Kyliana Mbappé czy Neymara w przyszłości i uznać, że chwilowo nie warto tracić energii na pomniejsze cele. Owszem, hiszpański biznesmen jako szef Realu wyewoluował, patologicznego zakupoholika zastąpił w nim jeden z najbardziej stonowanych graczy na rynku transferowym. Czy jednak jako prezes przegrany tak spokojnie – bez praktycznie żadnej reakcji, niczego sobie na osłodę nie sprezentował – zniósłby utratę obu gigantów, Cristiano Ronaldo oraz trenera Zinedine’a Zidane’a?

Pod poprzednim przywództwem madrytczycy nie tyle grali według stałego systemu, ile modyfikowali swoje zachowania w zależności od potrzeb, przystosowywali się do rywala, twórczo wykorzystywali niezmierzony arsenał techniczny jednostek. W obcojęzycznym piśmiennictwie przeczytałem i polubiłem to porównanie, że przypominali krążące wokół piłki neurony, które łączą się w dowolne sieci – ciągle inne, maksymalnie wydajne w zastanych okolicznościach. Można powiedzieć, że nie oni, lecz przeciwnik decydował o ich stylu, choć to oni kontrolowali sytuację.

Dokąd zmierza Julen Lopetegui, dopiero się przekonamy. Na razie widzimy, że nieobecność Ronaldo ponownie wyeksponowała klasę Karima Benzemy. Na początku kariery dostrzegałem w nim znacznie więcej niż świetnego środkowego napastnika, niemal godnego następcę Zidane’a, jednak Francuz od lat pokornie poświęcał się dla portugalskiego supergwiazdora, czasami wysłuchując całkiem serio wygłaszanych zarzutów, że zaniża poziom, odstaje od standardów Realu. Uwolniony od roli giermka Benzema na razie szaleje, a cała drużyna nie wygląda na słabszą, niewykluczone nawet, że wymiana 185 centymetrów świetnego bramkarza w Keylorze Navasie na 199 centymetrów świetnego bramkarza w Thibaucie Courtoisie ją wzmocni – i na przykład zapobiegnie golom traconym po lobie, na jaki porwał się Mario Mandzukić w finale Ligi Mistrzów 2017. Kto wie, czy ta drobna poprawka na tyłach nie będzie miała większego wpływu na siłę zespołu niż ubytek w ataku.

Pozostaje tylko pytanie, ilu bohaterów Santiago Bernabeu służba w królewskiej bieli inspiruje jak dotąd, ile jest prawdy w pogłoskach, że nowych wyzwań chętnie poszukałby zarówno Luka Modrić, jak i Marcelo. To postaci fundamentalne, a pewne znużenie mogli odczuć nie tylko oni, w końcu ich klub rozkwitł na unikalną w kontynentalnej czołówce oazę stabilności. Wyjąwszy nowego bramkarza, podstawowy skład tworzą wyłącznie piłkarze o stażu długim, bardzo długim lub obłędnie długim: Sergio Ramos – w klubie od 13 lat; Marcelo – od 11 lat; Benzema – od 9 lat; Varane – od 7 lat; Bale, Casemiro, Carvajal, Isco – od 5 lat; Asensio, Kroos – od 4 lat. Jeszcze raz: absolutny wyjątek w szeroko rozumianej czołówce.

Manchester City i Paris Saint-Germain, czyli niespełnieni intruzi. Intruzi, bo zanim spłynęła na nich mamona znad Zatoki Perskiej, z kontynentalną czołówką – nawet bardzo szeroko pojętą – nie łączyło ich kompletnie nic. Gdy jednak stały się klubami rządowymi, do prywatnych właścicieli należącymi tylko formalnie (szejk Mansour oraz Nasser al-Khelaifi są zarazem ministrami rządów Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Kataru), wleźli między starą elitę bezceremonialnie, rozsiadając się jak u siebie i kładąc buciory na stół. Bo jak inaczej potraktować zuchwałość, z jaką paryski prezes sprzątnął Florentino Perezowi sprzed nosa i Neymara, i Kyliana Mbappé?

Bukmacherzy wyżej cenią Manchester City, uważają go za głównego faworyta całych rozgrywek. To zwrot akcji niemal sensacyjny – Ligą Mistrzów od lat rządzą kluby hiszpańskie, żaden poważny ekspert ich hegemonii nie kwestionował, a jeśli już, to za zdolnego rzucić wyzwanie madrytczykom i barcelończykom uchodził Bayern. To również zwrot akcji uzmysławiający, że szejk Mansour, choć wciąż nie osiągnął pełnej satysfakcji, zdołał swój klub wykatapultować wyżej niż ktokolwiek gdziekolwiek na najwyższym poziomie rywalizacji w XXI wieku.

Właśnie mija dekada, odkąd zjawił się w Manchesterze. Przejął drużynę z dziewiątego miejsca ligi angielskiej, od sąsiadów z miasta oddaloną o 32 punkty, znoszącą klęski jak 1:8 z Middlesborough, w Pucharze UEFA grającą z rywalami z Wysp Owczych (dostała się tam przez klasyfikację fair play). A dzisiaj dogląda zniewalającej futbolowej orkiestry, która pod Pepem Guardiolą zaczęła grywać koncerty tak nowatorskie i dla wyspiarzy odmienne, że sprawia wrażenie sprowadzonej z innej planety. I jeśli latem mistrzowie Anglii nie zabiegali desperacko o więcej transferów niż wspomniany Mahrez, to nie tylko z powodu finansowego fair play – mają wszystko, czego trzeba, pozostaje tylko urzekające koncertowanie w kraju przenieść na scenę międzynarodową. Inaczej będzie niedosyt, inaczej niektórzy zaczną kwestionować nawet klasę Guardioli, który przecież już w Bayernie zatrzymywał się na półfinale. Zdobywanie Pucharu Europy zyskało rangę warunku koniecznego, by w ogóle kogokolwiek umieszczać w gronie najwybitniejszych trenerów. Choć rozstrzygającą rolę często pełni w tych rozgrywkach przypadek (inni nazywają ów czynnik „szczęściem”), to dotarliśmy do momentu, w którym nawet 10 półfinałów z rzędu byłoby prawdopodobnie oskarżeniem – niby wielki fachowiec, a impotentny, tuż przy celu cała jego moc znika, normalnie hochsztapler, piłkarski doktor Zięba.

Jeszcze bardziej finansowe fair play skrępowało PSG, które pomimo wyprzedaży zawodników odrzuconych (patrz nasz Grzegorz Krychowiak) musiało się na rynku hamować i ligę francuską przynajmniej na razie opędza w sporej mierze nastolatkami o minimalnym lub żadnym doświadczeniu w seniorach, niekiedy nawet spoza opublikowanego na oficjalnej stronie internetowej składu pierwszej drużyny. Grają więc Christopher Nkunku, Moussa Diaby, Antoine Bernède, Timothy Weah (oczywiście syn George’a), Colin Dagba, Stanley N’Soki... Nie wiem, czy już ktoś sławił Thomasa Tuchela za „odwagę lansowania młodzieży” – rzadko sprawdza się w takich przypadkach, czy trenera aby nie zmuszają okoliczności – w każdym razie efekt wygląda budująco, w kraju paryżanie wciąż swobodnie rozprawiają się z kolejnymi rywalami. Niekoniecznie tylko z powodu ich słabości, bo tak się składa, że potentat sięga po talenty z okolic stołecznej francuskiej metropolii, a te słyną z przebogatych zasobów ludzkich. Nie tylko dlatego, że stamtąd wywodzi się Kylian Mbappé. Czy jednak młokosy podołają również w godzinie próby w Champions League? Albo – czy będą musiały podołać? Defensywę mistrzowie Francji zabezpieczyli, lecz w ubogiej drugiej linii pojedyncze kontuzje dorosłych zmuszą Tuchela do grania dziećmi, w napadzie też nie widać zatrzęsienia alternatyw dla zabójczego tercetu złożonego z Mbappé, Neymara i Edinsona Cavaniego. PSG to największa zagadka wśród ośmiorga wspaniałych. Zwłaszcza że losowanie skazało ją na rywalizację z Liverpoolem, gdzie dają po garach heavymetalowcy Jürgena Kloppa.

Juventus i Atlético, czyli niespełnieni totalnie. I pokrzywdzeni bodaj najbardziej, przynajmniej w swoim subiektywnym odczuciu. W niesamowitej królewskiej erze przybywali do czterech z pięciu finałów, zawsze z marnym skutkiem – różni ich tyle, że w decydujących starciach turyńczycy zdrowo obrywali od Barcelony oraz Realu, a madrytczycy w obu przypadkach ostro stawiali się sąsiadom z hiszpańskiej stolicy i zwyczajnie brakowało im łutu szczęścia. Stabilność tych klubów polega przede wszystkim na tym, że zżyły się z trenerami i trzymają ich najdłużej w szeroko pojętej czołówce, choć zarówno Massimiliano Allegriego (w Juve od 2014 roku), jak i Diego Simeone (Atlético, 2011) od dawna pożądają bogatsze firmy angielskie. To prawdopodobnie właściciele najznakomitszych obok Jürgena Kloppa nazwisk w fachu, przy których wciąż nie rozbłyskuje zdobyty Puchar Europy – pod wieloma względami podobni, obaj mianowicie zarządzają zespołami nadzwyczaj zdyscyplinowanymi taktycznie, uprawiającymi futbol pragmatyczny łamane przez cyniczny, w razie potrzeby zdolnymi do zademonstrowania kunsztu defensywnego na poziomie niedostępnym chyba nikomu na kontynencie. Obaj przypominają też niekiedy trochę hersztów gangu, biorąc pod uwagę buzujący w szatni testosteron oraz agresję ucieleśnianą przez kapitanów Giorgio Chielliniego i Diego Godina.

Teraz znów przeprojektowują drużyny. Allegri kombinuje, jak maksymalnie wykorzystać umiejętności podrzuconego mu przez departament marketingu – tak, przesadzam, ale tylko trochę – Cristiano Ronaldo i pomieścić go na boisku obok Paulo Dybali, nie wycinając wartościowych skrzydłowych Federico Bernardeschiego i Douglasa Costy, zaharowanego wojownika Mario Mandzukicia etc. W jego sztabie trwa burza mózgów, a wkoło obłęd biznesowy. Co rusz otrzymujemy aktualizację danych o szaleńczo rosnącej cenie akcji Juve (od wiadomego transferu spuchła o około 60 proc. i osiągnęła historyczny szczyt, choć cała giełda raczej dołuje) i nowych sponsorskich kontraktach, o świetlanej niesportowej przyszłości klubu dziennikowi „Financial Times” opowiada prezes Agnelli, on i współpracownicy snują marzenia o turyńskiej wersji galacticos, obiecując globalną ekspansję komercyjną. A do tego niezbędny jest triumf w Lidze Mistrzów – i oto mamy kolejnych delikwentów, którzy w pucharze z wielkimi uszami widzą sprawę życia i śmierci.

Podobnie jak zakapiory z Atlético, choć oni w rubrykach finansowych nie królują, tam żyją czystym sportem. Simeone usiłuje wpoić podwładnym styl gry nieco zmodyfikowany, wymagający dłuższego utrzymywania się przy piłce i jeszcze bardziej agresywny na połowie przeciwnika. Skutki na razie osiąga skrajnie odmienne niż Allegri, ale dopiero zaczyna, jego podwładni leczyli się lub usiłują wrócić do siebie po mundialu, a w Lidze Mistrzów i tak wszystko rozstrzygnie się wiosną. Trzeba się spieszyć, bo dynamicznie rośnie prawdopodobieństwo, że po sezonie z Madrytu ucieknie zarówno podupadły ostatnio lider defensywy Diego Godin (wygasa mu kontrakt, czy to nie idealny cel dla szukających okazji szefów Juve?), jak i lider ofensywy Antoine Griezmann (czy powabowi klubów w typie Barcelony można opierać się bez końca?). No i finał odbędzie się na lśniąco nowiusieńkim Wanda Metropolitano! Atlético odbierające berło sąsiadom z Realu na własnym stadionie – to jedna z atrakcyjniejszych fabularnie puent, których może dostarczyć Liga Mistrzów 2018/19. Właściwie to chyba hitowa ponad wszystkie. Niech wreszcie rozszczekają się wściekłe psy, niech zatriumfują Tarantino i maczeta Danny’ego Trejo, niech przeniosą transmisję finału na po 23.

Barcelona i Bayern, czyli niespełnieni inaczej. Inaczej, bo w obu drużynach roi się od ludzi, którzy najcenniejsze klubowe trofeum już obcałowywali. Tyle że obie lśnią blaskiem wyjątkowych megagwiazd. Leo Messi to kolekcjoner łupów nienasycony, więc cztery triumfy co najwyżej wzmagają apetyt – zwłaszcza teraz, gdy wielki antagonista Cristiano Ronaldo od trzech lat siedzi na Złotej Piłce. Robert Lewandowski zestarzał się natomiast na jednego z najwybitniejszych aktywnych futbolistów, którzy nie dotknęli Pucharu Europy (Gianluigi Buffon go rozumie), i może wręcz najwybitniejszego wśród wciąż aktywnych, których ponadto nigdy nie udekorowano medalem wielkiego turnieju reprezentacji narodowych, jak mistrzostwa świata czy kontynentu (Zlatan Ibrahimovic?) – wygrywa wyłącznie na poziomie lokalnym, krajowym. Dlatego obaj muszą czuć niesamowite parcie na Ligę Mistrzów.

Oba zespoły dzieli skala przeżywanych zmian. Barcelonie niedawno wycięło wieloletni centralny układ nerwowy, bo opuścili ją Xavi Hernandez i Andrés Iniesta, a ostatnio trener Ernesto Valverde uporczywie testuje ryzykowną konfigurację z Philippe Coutinho wycofanym do środka pola – co pozwala pomieścić na boisku wszystkich hakerów od włamywania się do wrogich linii defensywnych, a zarazem grozi zburzeniem równowagi (i przywołanego Brazylijczyka, i Ousmane Dembélé ciągnie do przodu, Jordiego Albę właściwie też, kto będzie bronił lewej flanki?). W zderzeniu z mocnym przeciwnikiem może się to okazać strategią co najmniej karkołomną.

Bayern też niby od pewnego czasu ewoluuje, jednak ostatecznie zawsze odwołuje się do weteranów Arjena Robbena (w styczniu dodrybluje do 35. urodzin) i Francka Ribery’ego (35. urodziny minął w kwietniu) jako głównych pomysłodawców w ataku. Im bardziej obaj skrzydłowi słyszą, że stetryczeli i niech przepadną, tym mocniej nie schodzą z boiska, ba, złośliwe zrządzenie losu (czytaj: agresja rywala) ścina akurat o dwa stulecia młodszego Kingsleya Comana (znów operowana kostka w lewej nodze, jak w lutym, słabo to wygląda), więc dziadki muszą trzymać fason. Oto kolejny pociągający fabularnie finał: odsyłani do przytułku ramole wołają, że niech znów poniesie nas wiatr, dofruwają do finału, porywają trofeum, tańcom nie ma końca. A wkoło hulają inni piękni trzydziestoletni, od Manuela Neuera, Jerome’a Boatenga (już był na rogatkach Paryża!) i Matsa Hummelsa, przez Javiego Martineza, po Thomasa Mülera i Roberta Lewandowskiego. Niczego sobie obrazek.

Liverpool, czyli niespełniony trener z ludzką twarzą. Z ludzką twarzą, bo piłkarzami nie manipuluje jak technokrata, tylko przytula, kibiców nie pozdrawia zza płotu, tylko idzie z nimi na browar, a drużyny nie wybiera jak firmy, tylko szuka idei – jeśli wolno mi zacytować własnego blurba do ukazującej się właśnie u nas biografii. (Nawiasem mówiąc, szczerze i zupełnie niekomercyjnie zachęcam do lektury, może być początkiem pięknej przyjaźni z panem trenerem). On kieruje już zupełnie inną drużyną niż ta, którą objął:

Liverpool FC, Jurgen Klopp

Minionego lata wydał Jürgen Klopp na transfery więcej i przeobraził zespół bardziej niż wszyscy wyżej wymienieni. Blogowałem przed sezonem, że w Alissonie – wzmocnienie najsłabiej obsadzonej pozycji w podstawowym składzie – widzę pozyskanie najlepszego moim zdaniem golkipera poprzedniej edycji Champions League i najważniejszy transfer w czołówce ligi angielskiej. Jak dotąd przewidywania się potwierdzają, Liverpool właściwie nie traci goli, choć Brazylijczyk raz poważnie się wygłupił. Doniosły wymiar ma także wzięcie Naby’ego Keity (lubię jego zwierzenia o ostatnim sezonie w RB Leipzig, gdy po każdym rozegranym meczu Bundesligi analizował do upadłego mecz swojej przyszłej drużyny), Fabinho (wciąż czekamy!) czy nawet rezerwowego Xherdana Shaqiriego. Ekipa, która wiosną umiała m.in. dwukrotnie przeczołgać Manchester City i dotrzeć do finału, jeszcze spotężniała. Średnio sobie wyobrażam, by znów stanęła wiosną 2019 roku do decydującego starcia, ale wizerunek Kloppa jako notorycznego przegrywacza decydujących starć nie może istnieć wiecznie – wypada go wreszcie zamazać Kloppem zwycięskim.

Podsumowanie niekonkluzywne, czyli nie wierzcie ekspertom. Jeśli oczekiwaliście wyraźnej hierarchii faworytów, to serdecznie przepraszam, szukajcie gdzie indziej. Jeśli zaufacie czyjejkolwiek hierarchii faworytów, to wam szczerze współczuję.

Ale jeśli uważacie, że moje rozdanie po 12,5 proc. szans na końcowy triumf każdemu z ośmiorga potentatów za efekciarską przesadę, poniekąd przyznaję wam rację. Roboczo tak rzuciłem, beztrosko i mniej więcej. Być może przy użyciu mikroskopu oraz innych narzędzi dokładniej pomiarowych troszkę bym typy zróżnicował, komuś dał 16 proc., a kogoś bym zostawił z 11 proc. Niestety, wiarygodne metody sprawdzania, który z faworytów waży ciut więcej, nie istnieją, możemy tylko mieszać w czarodziejskim kotle i zgadywać. Nie wiadomo, kto kogo wiosną wylosuje, komu w kluczowym momencie zetnie kluczowego piłkarza lub piłkarzy, kogo skrzywdzi sędziowski błąd (nie wiadomo nawet, czy UEFA zainstaluje na fazę pucharową VAR), komu szlagierowe starcie w Lidze Mistrzów wypadnie po wycieńczającym szlagierowym starciu w rozgrywkach krajowych, kogo ocali rykoszet w doliczonym czasie gry, kogo napędzi, a kogo zablokuje promieniowanie kosmiczne lub układ planet. Potentatów dzielą różnice minimalne, w tym sezonie – po przenosinach Cristiano Ronaldo z Madrytu do Turynu, wzmocnieniach Liverpoolu etc. – chyba jeszcze bardziej minimalne niż dotychczas. Na szczytach zrobiło się płasko.

wtorek, 18 września 2018, rafal.stec
Komentarze
2018/09/19 00:28:04
Panie Rafale, jak ogółem zacny wpis, tak w szczególe oczy potrafią zaboleć. Słowne niechlujstwo.

" Czy jednak jako prezes przegrany albo nie aż tak wygrany tak spokojnie bez praktycznie żadnej reakcji, niczego sobie na osłodę nie sprezentował zniósłby utratę obu gigantów, Cristiano Ronaldo oraz trenera Zinedinea Zidanea?"

Dla przykładu. Tak z grubsza można zrozumieć myśl, choć pokracznie ona wyrażona. Jedziemy dalej:

"rywalizującą z rywalami"

masło maślane, dalej:

"akurat o dwa stulecia młodszego Kingsleya Comana"

rozpiętość metryk w szatni Bayernu może zaskoczyć.



Dość o formie, czas na treść.

Wypowiem się odnośnie najbliższych mi klimatów - Białych. Marcelo ma kontrakt do 2022 więc nie obawiałby się ucieczki. Luka tylko do 2020, w teorii mógłby go po tym sezonie na podstawie prawa Webstera zerwać(jeśli ów precedens nadal obowiązuje). Myślę że raczej jeszcze pograją, choć z koniecznością zastąpienia starzejącego się Luki Real powinien się już od pewnego czasu oswajać. Gdyby byli zdeterminowani odejść, nie sadzę by klub im przeszkadzał - polubownie i szybko załatwiono odejścia innych filarów, Xabiego Alonso, Cristiano, Zidane'a, choć w każdej z tych sytuacji Real mógł się zaprzeć, powołać na kontrakt, zatrzymać na siłę, wzorem innych klubów europejskich. Cóż, inne standardy.

Jeśli o Tibo Kurtułą chodzi, mam odmienną opinię niż większość. IMO Belg wcale nie jest aż takim wzmocnieniem, ciszyłem się że Logopeda postawił najpierw na Navasa, kompletnie nie rozumiem dlaczego go odstawił, gdy Kostarykanin błyszczał formą na początku sezonu. Kurtuła po mojemu nie pasuje do profilu obrony Realu. Ramos i Varane absolutnie rządzą w powietrzu, także pod bramką rywala. Bramki które Real traci na wrzutkach można policzyć na palcu jednej ręki, i w zasadzie ograniczymy się do znakomitego pomysłu Allegrego by Mandzukić grał na o głowę niższego Carvajala. Poza tym to Real wbija rywalom bramki ze łba, zatem bramkarz który specjalizuje się grze na przedpolu, przecinaniu dośrodkowań, może przy Ramosie i Waranie nie mieć okazji do prezentowania możliwości. Częściej się zdarza, że w skutek kontrataku lub nieodpowiedzialności Ramosa, rywal ma niezłą sytuację strzelecką, dużo więcej goli Real traci właśnie w taki sposób. No i właśnie wtedy sporo wyższy, a przez to mniej zgrabny i bardziej ociężały Belg, wypada słabiej od bardziej kompaktowych i zwinniejszych kolegów. Co zostaje z zalet? Lepsza obrona strzałów z dystansu, ale to różnica 1-2 goli w sezonie. No i lepsza gra nogami, we wznawianiu gry Belg jest świetny. Ale nie wiem czy to warte gorszego bramkarza na linii.

Jeśli o podział procentowy, osobiście patrzę na fivethirtyeight, i tam, w oparciu o staty, procenty podzielono co prawda miedzy wszystkich uczestników, ale, po losowaniu grup, najwięcej trafiło się tej samej ósemce co Pańska - po 14% dostał Real, Barcelona i City, 13% Bayern, po 8% LFC i Juve, po 6% Atletico i PSG.

Mieliśmy dziś też starcie gigantów z top8. IMO wynik nie oddaje różnicy, Liverpool był zdecydowanie lepszy.
-
2018/09/19 00:41:15
Tam jest jeszcze kilka niedoróbek. Pisałem w nocy, ledwie widząc, i potem nie miałem kiedy doredagować - zawsze tak robię, nienawidzę niechlujstwa w pisaniu - bo prowadziłem gazetę, a chciałem wrzucić przed startem zabawy. Nareperuję.
Ale Comana nie tknę. Widać, że o dwa stulecia młodszy, i basta.
-
Gość: SaS, *.cluster-j.forcepoint.net
2018/09/19 10:28:20
"szejk Mansour (...) zdołał swój klub wykatapultować wyżej niż ktokolwiek gdziekolwiek na najwyższym poziomie rywalizacji w XXI wieku"

Hm, a Roman Abramowicz to się nie liczy? Jemu udało się zdobyć i Ligę Mistrzów i Ligę Europy, szejkowie wciąż na to czekają.
-
2018/09/19 12:05:26
...o prymat w Champions League będą się ubiegać głównie ludzie niespełnieni. W sporej mierze z winy Realu Madryt...


I sędziów.
Ich postawy w tym szczególnym sezonie jestem równie ciekaw, jak tego, czy LM wreszcie wygra Klopp i tego, czy Barcelona w starciach z niżej notowanymi od Realu wreszcie przestanie człapać myśląc, że zgniecie ich samą nazwą.
-
2018/09/19 12:37:53
miejmy przede wszystkim nadzieję, że tym razem LM zgarnie ktoś spoza Hiszpanii
-
2018/09/19 13:12:29
Trudno to wytłumaczyć. Czekałem na LM, a jak już wystartowała, to postanowiłem najpierw obejrzeć naszych siatkarzy z Bułgarami. Na szczęście emocje były. Od początku turnieju są sympatyczne, dla mnie tym bardziej, że przystępowałem do jego oglądania z dużą dozą niepewności.
Czasu starczyło mi więc na obejrzenie tylko drugiej połowy meczu Napoli. Z reguły w ich meczach można liczyć na "fajerwerki". Niestety tym razem była tylko dominacja.
-
2018/09/19 14:13:46
@SaS
Hm, a Roman Abramowicz to się nie liczy? Jemu udało się zdobyć i Ligę Mistrzów i Ligę Europy, szejkowie wciąż na to czekają.

Ale on startował z wyższego pułapu. Wszedł do klubu, który już był w Lidze Mistrzów i od razu awansował do półfinału, mniej było też superbogatej konkurencji. A City, jak stoi w notce, przegrywało 1:8 z Middlesbrough i w ogóle nędza
-
2018/09/20 11:24:38
No i mamy fajną niespodziankę, a zarazem dowód, że "pieniądze same nie grają". Trzeba zgrywać, komponować itd., a i tak wszystko się zasadza na kluczowych graczach często bardziej niż na nowych transferach i to utrzymywanie ich bywa bardzo ważne (stąd ciężko się Bayernowi dziwić, że nie puszcza za byle kasę Roberta) - kasiaści chłopcy z niebieskiego Manchesteru oczywiście popełniali błędy wszędzie na boisku, nawet David Silva był cieniem samego siebie, a wyglądało to tak, jakby chciało się tylko Sane i Silvie temu drugiemu, ale mam wrażenie, że ogólnie widać pierwsze oznaki braku w składzie takiego Kevina w dłuższej perspektywie. Ligę można łupić z silną szeroką kadrą, ale od wpadek w LM nie da się uchronić, kiedy choćby jednego tuza brakuje w ekipie. A Lyon za to miodzio - właśnie francuskim drużynom (ogólnie, nie chodzi mi o kosmopolityczne, nadziane PSG teraz, bo to inna liga) zawsze można zazdrościć tej organizacji taktycznej i zdarza się, że ze słabszymi na papierze składami płatają różne figle przez to. Ciekawa grupa się zrobiła.
-
2018/09/20 12:07:07
Brugia też się dzielnie stawiała Dortmundowi, powinna prowadzić, a straciła pechowego gola na koniec. Szkoda.
-
2018/09/20 12:31:21
" a i tak wszystko się zasadza na kluczowych graczach".

To chyba trochę nadinterpretacja, przynajmniej jeżeli chodzi o Bayern, który oglądałem. Faktycznie dobrze zagrali kluczowi zawodnicy (kilku nie wystąpiło z uwagi na kontuzje, a Mueller wszedł dopiero na końcowe minuty), ale na wynik olbrzymi wpływ mieli wprowadzeni do gry młodzi np. Sanchez i Grabry. I faktycznie zadecydowało "zgrywanie", ale nie tylko zawodników kluczowych, ale także kluczowych z rezerwami (głębokimi).

Pozostałych meczów nie widziałem, więc się nie wypowiadam. A niespodzianki były, i to może kibica na przyszłość tylko cieszyć.
-
2018/09/20 12:49:06
No i trudno nie odnotować czerwonej dla mistera Pomady - i to zaraz w pierwszym meczu po zmianie /barw ochronnych/ na biało-czarne Juventusu... :)
-
2018/09/20 16:32:26
@antropoid
Tak, tak, to bardzo ochronne barwy, dlatego Ramos wczoraj pobił rekord żółtych kartoników w LM, bo sędziowie go oszczędzają notorycznie.

@martin
Dlatego wolę LM od popisów ligowych. City jest pod formą, Guardiola nawet po ostatnim meczu zarządził dodatkowy trening, tak mu się nie podobała postawa podopiecznych. I teraz ponownie zagrali słabo. Różnica polega na tym, że grając słabo w LM się przegrywa, a grając słabo w lidze i tak wygrali 3:0.
-
2018/09/20 23:55:20
I jak tu nie kochać piłki?!

Rafał ma rację... - to luksemburski "sen na jawie". Och! Gdyby taki się przyśnił naszym specom od PMSz! Może by im się przyśniło, że piłka to taka gra w której nie wstyd przegrać, grając do ostatniej minuty o korzystny wynik? A może nawet by im się przyśniło, że kibice od niskiego pressingu i gry na zero z tyłu, wolą oglądać grę na chociaż jedną bramkę więcej swojej drużyny... - nawet jeżeli to się nie zawsze udaje?!
-
2018/09/21 00:25:13
@0twojastara

Żebyś wiedział. Oszczędzają boiskowego watażkę od lat.
-
2018/09/21 22:46:39
Tak przegrać można tylko w głowie. Mieć 3 piłki meczowe i przegrać 5 piłek z rzędu?!
-
2018/09/21 23:58:31
dla mnie boski jest przepis: "granie w bok zabronione"
-
2018/09/22 00:12:33
Standard u polskich siatkarzy. Dla mnie najbardziej pamiętnym horrorem był półfinał Ligi Światowej przegrany z Serbami 2:3. Polacy prowadzili 2:0 i w trzecim 23:17 i od tej pory przestali grać.
-
2018/09/22 12:00:10
@Drypid

Fakt. Rozum nie wystarczy, żeby to pojąć. Trzeba sił nadprzyrodzonych.
-
2018/09/22 14:02:36
Zaczęło się granie na poważnie i od razu wtopa. Przez 2 dni było słychać tylko, że Argentyna jest najsłabsza w grupie, strach pomyśleć, co może być z tymi lepszymi.
Poza tym Polacy nigdy nie osiągają dobrego wyniku bez fundowania kibicom ekstremalnych wrażeń.
-
2018/09/22 21:40:48
Kubiak śmiał się z piłkarzy po występie na MŚ, a jak nazwać siatkarzy rozpadających się psychicznie po jednej porażce z Argentyną?
-
2018/09/22 22:11:22
Wyglądało to tak, jakby i trenerowi ręce(?) opadły...
-
2018/09/22 23:09:47
Już z Bułgarią był słaby mecz, ale 3 punkty były, więc komentatorzy piali z zachwytu. Jak na drużynę, która w ostatnich sezonach w najważniejszych rozgrywkach obrywa prawie od każdego, to ten turniej jest postępem.

A dziś i tak nic, najsłabszy nawet mecz, nie przebije ceremonii kończącej FPFF w Gdyni :)
-
2018/09/23 10:32:33
Obstawiam finał Real - Bayern.
-
2018/09/23 11:57:27
Już z Bułgarią był słaby mecz, ale 3 punkty były, więc komentatorzy piali z zachwytu. Jak na drużynę, która w ostatnich sezonach w najważniejszych rozgrywkach obrywa prawie od każdego, to ten turniej jest postępem.

Tak naprawdę to już pierwszy mecz z Kubą pokazał, gdzie mniej więcej plasuje się ta drużyna - młodzi Kubańczycy bez problemu wygrali seta jak tylko zagrywka im siadła, więc co będzie się działo z drużynami, którym zagrywka normalnie siedzi było łatwe do przewidzenia. Ale fakt, masz rację, ten turniej to postęp, widać, że przynajmniej jest jakaś myśl w kształtowaniu tej drużyny (to, co się da z niej ukształtować to inna sprawa), pytanie tylko czy nasza PMSz w wydaniu siatkarskim też dostrzeże, że w tych warunkach (przy obecnym "bogactwie" kadrowym polskiej siatkówki) to się bicza nie ukręci?
-
2018/09/23 15:47:51
Wszystko musi mieć czas się dotrzeć, po wyrwaniu paru trzonowych zębów nikomu nie jest od razu łatwo. W końcu to kiedyś odpali, zobaczymy jak będzie w przyszłym roku z Leosiem w składzie.
Zresztą z tego turnieju jeszcze nie odpadli (choć robią wszystko, żeby tak się stało, co wydawało się niemal niemożliwe).