RSS
czwartek, 16 listopada 2017

Wreszcie. Mamy już komplet zaproszonych. Po nocnym zwycięstwie nad Nową Zelandią jako ostatni dołączyli do elity Peruwiańczycy, którzy na mundial czekali od 22 czerwca 1982 roku, gdy przyjęli ciosy od drużyny Antoniego Piechniczka. Polacy złoili ich wtedy 5:1. I teraz cały kraj czekał na awans jak na powrót do Edenu, przed rewanżowym barażem prezydent Pedro Pablo Kuczynski ogłosił, że jeśli piłkarze nie zawiodą, to następnym dzień będzie wolnym od pracy. Obligatoryjnym wszędzie – i w sektorze publicznym, i w prywatnym. (Piłkarze nie zawiedli, ale niewykluczone, że pomogły im brudne chwyty).

Rozejrzyjmy się zatem, kto na przyszłoroczne party u Putina wpadnie, a kto nie.

Perspektywa demograficzna. Najważniejsze piłkarskie igrzyska kojarzymy odruchowo z imprezą, w której uczestniczą niemal wszyscy, tymczasem dzieje się wręcz odwrotnie – to święto wykluczające, a edycja z 2018 roku, m.in. z powodu eliminacyjnej klapy Amerykanów, obecnych zawsze od 31 lat, będzie jeszcze bardziej wykluczająca niż zwykle. Jak zwykle nie zagrają także piłkarze z Chin, Indii oraz Indonezji, czyli czterech krajów o największej populacji, a generalnie swoich rodaków na rosyjskich boiskach nie zobaczy około 5,8 mld mieszkańców Ziemi. Czyli aż 76 proc. ludzkości:

ludność świata, populacja, MŚ 2018

Najmniejszym uczestnikiem – i to w całej historii mundiali – będzie oczywiście Islandia, która w ubiegłym roku została najmniejszym w historii uczestnikiem mistrzostw Europy. 335-tysięczna, mniej liczebna od dotychczasowego rekordzisty Trynidadu i Tobago, którego drużyna reprezentowała przed dekadą nację 1,3 miliona głów. Reprezentowała godnie. Zdołała urwać punkt Szwecji, a dopingowali ją najfajniejsi poznani przeze mnie mundialowi kibice – tłumaczyli, że „w życiu liczy się czysta woda i dobry banan”, pasjami objaśniali, czym się różni Trynidad od Tobago, i w ogóle sprawiali wrażenie skrajnych odmieńców, potwierdzając wszelkie stereotypy o karaibskiej mentalności „sex and beach”.

Teraz oddali rekord i trudno sobie wyobrazić, by w przyszłości ktokolwiek islandzkiego malucha przelicytował. W rankingu państw i terytoriów zależnych sklasyfikowanych według liczby ludności zajmuje 180. miejsce, tuż za nim są Barbados, Polinezja Francuska, Gujana Francuska, Nowa Kaledonia oraz Vanuatu.

Żeby jeszcze silniej szarpnąć za wyobraźnię: więcej mieszkańców od Islandii ma Bydgoszcz.

Islandia, piłka nożna, MŚ 2018

Perspektywa sąsiedzka. Niemcy pozostają przepotężni, od Euro 2016 tylko oni nie przegrali z nikim (16 zwycięstw, 5 remisów, 61-12 w bramkach). Poza tym otaczają nas jednak same patałachy – ani Litwini, ani Białorusini, ani Ukraińcy, ani Czesi, ani Słowacy nie umieli wepchnąć się choćby do baraży. Wprawdzie ci ostatni dzięki korzystniejszemu od Szkotów stosunkowi bramek zakończyli grupę na pozycji wicelidera, ale okazali się wiceliderem z najskromniejszym dorobkiem. W ogóle pomieszkujemy w okolicach futbolowo wyjałowionych, nawet baraży nie dotknęli również tylko ciut bardziej oddaleni Austriacy, Węgrzy, Rumuni, Mołdawianie, Łotysze... Wznieśmy sztandary i kufle bimbru chomikowanego na szczególne okazje! Jesteśmy regionalnym mocarstwem!

Perspektywa morska. A skoro już podglądamy sąsiadów ze środkowej Europy... Zwracam uwagę, że na mistrzostwa awansowały zaledwie dwa z aż 44 zrzeszonych w FIFA państw śródlądowych – Szwajcaria oraz Serbia. Czyżby brak dostępu do plaży upośledzał piłkarsko?

Ok, jaja sobie robię. Tak mi się jakoś pokojarzyło:-)

Perspektywa medalowo-historyczna (1). Do upadłych Holendrów (trzykrotni wicemistrzowie świata) przyzwyczajamy się od kilku sezonów, ich losy nadzwyczaj sugestywnie uzmysławiają, jak nagle skarleć może nawet gigant – na dwóch poprzednich mundialach wykopywali medale, kolejno srebrny i brązowy, by w eliminacjach ME 2016 i MŚ 2018 nie wśliznąć się nawet do baraży.

Teraz wstrząs wywołali jednak przede wszystkim czterokrotni mistrzowie świata Włosi, którzy tej jesieni wyduszali z siebie gola raz na 180 minut, ale użyli do tego aż 27 zawodników. Rzadko wina selekcjonera jest aż tak bezdyskusyjna – reprezentację oddano przeciętniakowi i mentalnemu prowincjuszowi, co tym bardziej paradoksalne, że mowa o krainie bodaj najbogatszej na świecie w wybitną myśl trenerską – w samej Anglii od 2010 r. mistrzostwo zdobyli Antonio Conte, Claudio Ranieri, Roberto Mancini i Carlo Ancelotti, w Lidze Mistrzów szalał ostatnio Massimiliano Allegri, teraz rośnie innowator Maurizio Sarri etc. Długo by wymieniać, zwłaszcza że Giampiero Ventura wygrywał tylko ligę czwartą (z Entelle i Pistoiese), trzecią (z Lecce) i drugą (z Torino), w tym ostatnim klubie znalazł swoje najbardziej prestiżowe miejsce pracy, tylko tam liznął europejskich pucharów. Znaczące: nawet niemiecki selekcjoner Joachim Löw, słysząc o buncie odmawiającego wejścia na boisko De Rossiego, zamiast solidaryzować się z kolegą po fachu, określił reakcję piłkarza jako świadczącą o jego wielkości.

Tymczasem Włosi próbując wyjaśnić przyczyny tragedii, gonią w piętkę. Rozpaczają, że w bieżącym sezonie Serie A kluby w aż 53 proc. polegają na piłkarzach zagranicznych, nie zauważając, że w Bundeslidze proporcja wygląda identycznie. I nie przeszkadza to Niemcom być najbardziej utytułowaną drużyną narodową trwającej dekady. Doprawdy, głębia poklęskowych analiz czasami poraża.

Perspektywa medalowo-historyczna (2). Węgrzy kopią najżałośniej pośród wszystkich, którzy kiedykolwiek zajrzeli do finału MŚ, a przecież oni zabawiali tam aż dwukrotnie, ba, przez ładnych parę lat fruwali na szczycie z zasłużoną sławą rewolucjonistów. Dzisiaj to piłkarskie państwo upadłe. W grupie eliminacyjnej zajęli trzecie miejsce z 14 (!) punktami straty do wicelidera. Przegrywali w ostatnich latach z Andorą, remisowali Wyspami Owczymi, wreszcie w ubiegłym tygodniu oberwali od Luksemburga. I pomyśleć, że trzyma tam władzę akurat były piłkarz i lider wielkiego programu odnowy węgierskiego futbolu! Premier Viktor Orban nadzorował nawet przegłosowywanie ustawy usuwającej ze stanowiska konkretnego człowieka – burmistrza miasteczka, w którym miało powstać centrum szkolenia... Miniony rok naszych bratanków do szabli i szklanki wyglądał tak, jakby szable ostatecznie ustąpiły szklankom:

Węgry, piłka nożna, Viktor Orban

Perspektywa odkrywcy. Na przeciwległym biegunie do Włochów i Holendrów oraz mistrzów Ameryki Południowej Chilijczyków, mistrzów Ameryki Północnej Amerykanów i mistrzów Afryki Kameruńczyków (ich wspólna nieobecność czyni mundial 2018 wręcz bezprecedensowym) umieściłbym nie tyle wspomnianych Islandczyków, którzy mają za sobą piękną przygodę na Euro 2016 oraz lata metodycznego wylewania fundamentów pod sukces, ile innych absolutnych debiutantów – Panamczyków. Stanowiących namacalny dowód, że na MŚ pośpiewać każdy może.

Oni nie weszli w epokę futbolowego oświecenia, im mundial spadł w pewnym sensie z nieba. W ostatniej kolejce kwalifikacji w Ameryce Północnej i Środkowej wyprzedzili reprezentację USA, która przeżywa szokującą zapaść i przegrała nawet z Trynidadem i Tobago. Tymczasem Panamczycy uporali się z Kostaryką (awansowała wcześniej), m.in. dzięki golowi, który w ogóle nie padł, w potwornym zamieszaniu w polu karnym piłkę w bramce dojrzał tylko sędzia liniowy. Wcześniej kopali na miarę swoich możliwości, czyli miernie. Wygrali ledwie dwa z pozostałych dziewięciu meczów, wspomnianym Amerykanom ulegli 0:4, strzelali średnio 0,9 gola na 90 minut. Nikt inny nie awansował z tak wątłą ofensywą.

Perspektywa swojska. Jak Panamczycy mieli słomiany zapał w ataku i zdobywali bramki najrzadziej wśród wszystkich finalistów, tak Polacy stawiali słomiany opór na swoim polu karnym i tracili bramki najczęściej wśród wszystkich finalistów. Przeciętnie 1,4 na mecz, co czyni ich defensywę bardziej dziurawą niż ponad 60 drużyn z całego świata. M.in. dlatego trener Adam Nawałka kombinuje z nowym, bezpieczniejszym systemem gry – powtarza strategię sprzed mistrzostw kontynentu, która przyniosła reprezentacji największy sukces od 1982 roku.

Perspektywa selekcjonerska. Aż pięciu finalistów poprowadzą na rosyjskim turnieju Argentyńczycy: Jorge Sampaoli (Argentyna), Edgardo Bauza (Arabia Saudyjska, przejął posadę już po awansie po Bercie van Marwijku, który zirytował przełożonych, bo wpadał do Rijadu tylko przy okazji meczów), José Pekerman (Kolumbia), Héctor Cúper (Egipt) i Ricardo Gareca (Peru).

Perspektywa weterana. Essam El-Hadary zadebiutuje na mundialu i od razu ustanowi rekord, zostając najstarszym uczestnikiem turnieju w jego dziejach. Co więcej, 44-letni bramkarz nie będzie pełnił funkcji żywej maskotki ani doświadczonego wiarusa od „atmosfery” lub trzymania dyscypliny w szatni, on reprezentacji Egiptu kapitanuje w sensie ścisłym, w eliminacjach wyszedł spomiędzy słupków tylko na ostatnie spotkanie, już po awansie. Karierę planuje zakończyć po MŚ 2022.

Perspektywa faworytów. Niemcy – wiadomo. 100 proc. zwycięstw w eliminacjach, 43-4 w golach. Nawet Hiszpania przed 2010 r. – dotychczasowy nowożytny rekordzista – była od nich łagodniejsza. Jednak nie dość, że skopali rywalom tyłki z właściwym sobie rozmachem, to jeszcze kadrę odmłodzili, wszczepiając do niej całą eskadrę nowych talentów. Zasobami dysponują bezkresnymi, w pełni docenilibyśmy je tylko wtedy, gdyby trzeba było wystawiać do gry zespoły co najmniej czterdziestosobowe. Dotyczy też: Hiszpania, Francja.

Presję ponad wszystkie będą dźwigać na sobie jednak Brazylijczycy, którzy przed czterema laty sprosili resztę świata na mundial, żeby reszta świata z bliska przyjrzała się, jak wygląda królowa futbolu rozniesiona na strzępy. 1:7 w półfinale i 0:3 w meczu o brąz to eksplozja, która już nigdy się nie powtórzy, w każdym razie nie w tym eonie. Odkąd jednak piłkarzy „Canarinhos” przechwycił trener Tite, ci rozbujali się jak na placu zabaw – 12 meczów bez porażki i ledwie jeden gol strzelony przez rywali z akcji (1080 minut!) to bilans przytłaczający, zwłaszcza w okolicznościach przyrody południowoamerykańskich. Kopać umieją tam wszyscy, niewykluczone nawet, że sportowo wszyscy zasługiwaliby na mundial.

Tymczasem zmartwychwstała Brazylia – wystrojona kolorowo, łącząca supergwiazdorów za ćwierć miliarda euro z graczami z chińskiego wygwizdowa – tańczy między nimi jak jej się zachce. I jeszcze onieśmiela symboliką, w końcu zaatakuje napastnikiem o anielsko brzmiącym, obiecującym zbawienie imieniu Gabriel Jesus. Wystarczy do złota? Dzisiaj wiadomo tylko tyle, że brazylijski triumf przyniósłby więcej radości niż jakikolwiek inny. Piłkarzy „Canarinhos” dopingować będzie 209 mln rodaków –  reprezentują wśród finalistów nację najliczniejszą.

losowanie MŚ 2018, koszyki, rozstawienie

08:02, rafal.stec
Link Komentarze (43) »
poniedziałek, 13 listopada 2017

Adam Nawałka, fot. Kuba Atys

Lech Wałęsa powiedział kiedyś w studiu telewizyjnym do chcącego się przywitać Aleksandra Kwaśniewskiego, że jemu to może co najwyżej nogę podać, a do mnie pewien pan rzeczywiście wyciągnął nogę. Był to jednak gest o zupełnie innym znaczeniu. Właściciel nogi nazywa się Adam Nawałka, a wyciągnął ją kilka dni po objęciu stanowiska trenera reprezentacji Polski. Bo się na mnie wściekł. O czym opowiadam – w przededniu czwartej rocznicy jego debiutanckiego meczu - w coponiedziałkowym felietonie, który znajdziecie tutaj.

sobota, 11 listopada 2017

Nie wiadomo, czy Włosi ocaleją i mimo wszystko doczołgają się na mundial 2018 – barażowy rewanż ze Szwecją w poniedziałek – na razie wiadomo tylko, że kopią żałośnie słabo, poniżej godności czterokrotnych mistrzów świata, jak drużyna bez tożsamości. W piątek przegrali 0:1, o czym rano napisałem parę akapitów tutaj.

I można oczywiście wzruszyć ramionami, że nie dzieje się nic niezwykłego. Bo płacą za lata zaniedbań. Bo przyzwoicie wyglądają tylko w defensywie, gdzie wciąż odwołują się do przeszłości (39-letni Buffon + 36-letni Barzagli + 30-letni Bonucci + 33-letni Chiellini + 34-letni De Rossi = 522 występy w reprezentacji, czyli 104,4 mecze na głowę). Bo zbyt często wpuszczają na boisko przeciętniaków, których w multimedalowej przeszłości nie wpuściliby nawet na stadion. Zanim jednak zadowolimy się kliszami o upadku włoskiego futbolu, wycieranymi rutynowo od dekady, zwłaszcza po fatalnych mundialach w 2010 i 2014 roku (podczas żadnego nie przetrwali fazy grupowej), proponuję rzut oka na podstawowy skład w piątkowym meczu:

MŚ 2018, Włochy

A teraz proponuję odświeżyć sobie jedenastkę, która w ćwierćfinale ubiegłorocznych mistrzostw Europy wyszła na Niemców. I biła się do upadłego przez 120 minut, najmocniejszej bodaj drużynie narodowej świata w minionych latach uległa dopiero po rzutach karnych:

Euro 2016, Wlochy - Niemcy

Czy ci gracze obiecują więcej niż gracze, którymi Italia dysponuje dzisiaj? Powiedziałbym, że nie, nawet zdecydowanie nie, ba, upierałbym się, że ówczesny selekcjoner Antonio Conte przebierał w uboższych zasobach ludzkich niż obecny selekcjoner Giampiero Ventura. Conte nie powołał właściwie nikogo zorientowanego ofensywnie, kto zachwycałby w klubie, tymczasem Ventura ma choćby luksus rzucenia na Szwecję rewelacyjnego jesienią Lorenzo Insigne.

Skrzydłowego Napoli zostawił jednak włoski trener w rezerwie. Podobnie jak innego zawodnika lidera Serie A, niejakiego Jorginho. Ventura ewidentnie nie zauważył, kto demonstruje obecnie najlepszy futbol w Italii.

Nie zamierzam czepiać się akurat wymienionych nazwisk. Rzucam najbardziej oczywiste przykłady, bo najnowsza historia reprezentacji Włoch to modelowy materiał dowodowy uzmysławiający, ile waży selekcjoner. Ci sami piłkarze, którzy pod szefem Conte wygrywali z Belgią, w fascynujących okolicznościach rozprawiali się z Hiszpanią oraz zatrzymywali Niemców, po przejściu pod władzę Ventury obrywają od Szwecji, oddają punkty (u siebie!) Macedonii, ledwie przepychają Albanię.

I pozwalają się zmiażdżyć Hiszpanii. Poprawka: przede wszystkim dają się zmiażdzyć Hiszpanii.

Kiedy we wrześniu wyprawili się do Madrytu (0:3), nie tyle przegrali, ile zostali zrównani z murawą. Ktoś chyba nawet rzucił, że Ventura nie stracił tam punktów, lecz twarz. Jako poważny trener. Zaszalał z systemem 4-2-4, który to system nie wystarczył kilka dni później nawet na solidne wybatożenie Izraela.

Wspominałem tamtą klęskę Włochów, gdy oglądałem piątkowy sparing Polski z Urugwajem (i zarazem zerkałem, co dzieje się w Sztokholmie). Sparing wypróbowujący sposób gry ostrożny, nawet zachowawczy. Rozmyślałem, siedząc na trybunach Narodowego: „Aha, wracamy do strategii sprzed Euro 2016. Co działało w eliminacjach, niekoniecznie zadziała w turnieju finałowym, musimy przygotować wariant redukowania ryzyka jakichkolwiek strat”. Nasza reprezentacja po liftingu dotrwała na mistrzostwach kontynentu w ćwierćfinału, a wielu kibiców, najwyraźniej rozczarowanych remisami ze Szwajcarią i Portugalią, zarzucało jej postawę nazbyt pasywną, minimalistyczną, wręcz tchórzliwą.

Niewykluczone, że historia się powtórzy, bo tylko jednego jestem pewien – Polacy niezależnie od okoliczności nie popełnią sportowego samobójstwa, do którego sprowokował Italię jej własny trener. Nie wystawią też na rozstrzygający mecz piłkarza ewidentnie nieodzyskanego po kontuzji, jak Andrea Belotti, którego rzucił Szwedom pod korki Ventura (rozpędzony ostatnio Stephan El Shaarawy skończył na trybunach, wrrrr). Bo u nas obowiązują pewne reguły.

Ventura to prawdopodobnie fachowiec kompetentny, lecz pozbawiony atutów ekstra, umożliwiających rywalizowanie na poziomie międzynarodowym. Taki włoski Waldemar Fornalik, który wie, o co chodzi w piłce nożnej – piszę to bez ironii – jednak dla swojego własnego dobra nie powinien próbować przekazywać tej wiedzy poza Chorzowem z przyległościami. Trener na lokalną miarę. Piłkarze z ambicjami i umiejętnościami nie wygrają dzięki niemu, lecz co najwyżej pomimo niego.

Jak Włosi – być może, mam nadzieję, wiecie, że im kibicuję – którzy po nieszczęsnym remisie z Macedonią zebrali się w trybie alarmowym sami, bez selekcjonera, jakby uznając, że oczekiwanie czegokolwiek od Ventury nie ma sensu. Na razie nie osiągnęli wiele, zresztą od kilku dni krakałem w gronie znajomych, że w Sztokholmie padną. Nie dlatego, że umieją mniej niż Szwedzi. Przeciwnie, umieją znacznie więcej. Ale zarządza nimi szef, który czyni drużynę nie bardziej, lecz mniej wartościową niż suma tworzących ją jednostek. Który nie wstydzi się wyrazić po porażce nadziei, że w rewanżu w Mediolanie to jemu będzie sprzyjał sędzia. Któremu wcześniej wypsnęło się, że w ogóle nie bierze pod uwagę, by Włosi mogli nie awansować na mundial.

Muszę przyznać, że wolę już nudziarza od formułek o „koncentrowaniu się tylko na najbliższym meczu” czy „szanowaniu każdego przeciwnika”. Nuda i powściągliwość bywają w piłce nożnej fascynujące.

Tagi: MŚ 2018
19:15, rafal.stec
Link Komentarze (24) »
środa, 08 listopada 2017

Artur Boruc, reprezentacja Polski

Cieszy się olbrzymią sympatią kibiców, ale niełatwo zmierzyć, czy dokonał więcej czynów chwalebnych, czy więcej nabroił. Artur Boruc, który w piątkowym sparingu z Urugwajem pożegna się z reprezentacją Polski, to modelowy przypadek postaci niejednoznacznej, wywołującej skrajne emocje, obecnej w przestrzeni publicznej bardziej niżby chciał - także wskutek potarganego życia prywatnego.

Albo obskakiwał wszystkie słupki naraz, nawet w pojedynczej robinsonadzie, albo puszczał farfocla jak nieszczęsny w Belfaście, gdy reprezentacja Polski straciła jednego z bardziej kuriozalnych goli w swojej historii. Albo był najbardziej dorosły, bo jako jedyny sprostał wyzwaniu MŚ 2006 i Euro 2008, albo najbardziej niedojrzały, bo infantylnie, po chuligańsku prowokował fanów w rozżarzonym toksycznymi uczuciami Glasgow, lub urządzał sobie mordobicie na treningu. Albo wyglądał na charyzmatycznego wyczynowca, któremu szczególnie zależy - gdy jako jedyny wściekał się po porażkach kadry (słynne „mundial jest raz cztery lata, a my kompletnie go spieprzyliśmy”, wyżej nasza stara okładka), albo na amatora, który chętnie pójdzie w tango na zgrupowaniu. Albo wchodził do bramki puszysty, jak w kryzysowym okresie w Celticu, albo zaskakująco smukły i sprężysty, jak we Florencji, po terapii dietą śródziemnomorską. A trzeba mu oddać, że nie zwykł tracić formy dyskretnie, poprzez drobne, dostrzegalne tylko dla wytrawnych znawców błędy. Jak już nasza bramkarska kolubryna wypaliła, to z naprawdę grubej lufy i we wszystkich kolorach świata - żeby następnie, to też mu należy oddać, podnieść się i podpisywać kolejny kontrakt w mocnej lidze, pomimo eksperckich wrzasków, że upadł nieodwołalnie.

Zataczał się Boruc od ściany do ściany, bohater pozytywny zawsze sąsiadował w nim z negatywnym. James Bond i Szaleniec, Który Chce Zniszczyć Świat, w jednym ciele.

Też zastanawiałem się, jak go podsumować i rozliczyć, ale nie podołałem, odkładam te rachuby do szuflady z równaniami z jedną niewiadomą. Mogę powiedzieć jedynie tyle, że niespełna 38-letni Boruc ucieleśnia dla mnie nieustające tsunami w polskiej bramce. Marne 64 mecze w reprezentacji wystarczają u nas do rekordu wszech czasów na pozycji, na której wszędzie jest bardzo stabilnie.

Uwaga, teraz wodospad liczb. Gianluigi Buffon zagrał dla Włoch 173 razy. Iker Casillas dla Hiszpanii - 167. Thomas Ravelli dla Szwecji - 143. Shay Given dla Irlandii - 134. Peter Jehle dla Liechtensteinu i Edwin van der Sar dla Holandii - po 130. Peter Schmeichel dla Danii - 129 (Thomas Sorensen - 101). Peter Shilton dla Anglii - 125. Petr Cech dla Czechów - 124. Martin Poom dla Estonii i Recber Rustu dla Turcji - po 120. Pat Jennings dla Irlandii Północnej - 119. Stipe Pletikosa dla Chorwacji - 114. Gabor Kiraly dla Węgier - 108. Borisław Michajłow dla Bułgarii - 102. Erik Thorstvedt dla Norwegii - 97. Sepp Maier dla Niemiec - 95 (Manuel Neuer - 74). Hugo Llloris dla Francji, Roman Berezewski dla Armenii i Aleksandrs Koļinko dla Łotwy - po 94. Neville Southall dla Walii i Ołeksandr Szowkowski dla Ukrainy - po 92. Jim Leighton dla Szkocji - 91. Antonios Nikopolidis dla Grecji i Jonathan Joubert dla Luksemburga - 90...

Dobrze, zakręcę kurek, zanim się potopicie, dodam jeszcze tylko, że z całej Europy wyłowiłem ledwie osiem krajów, w których bramkarz o najdłuższym stażu w reprezentacji uciułał mniej występów niż Boruc. Zasadniczo rekordziści mają ich wszędzie nie tyle więcej, ile znacznie więcej, wylanymi wyżej cyferkami chciałem uzmysłowić, do jakiego stopnia dzieje się między polskimi słupkami nienormalnie. Kto inny zaczynał Euro 2012, a kto inny kończył. Kto inny zaczynał Euro 2016, a kto inny kończył. Nawet u Adama Nawałki, trenera konserwatywnego i wrogiego gwałtownym ruchom, nie sposób ustalić hierarchii - Łukasz Fabiański prowadzi w meczach z Wojciechem Szczęsnym tylko 20:16, obecnie obaj rywalizują o pozycję numer jeden, a biorąc pod uwagę fabularne zawijasy pod poprzeczką, nie należy wykluczać, że podczas mundialu ponad wszystkich wzleci Łukasz Skorupski.

I tak docieramy do paradoksu. Choć w XXI wieku w wychowywaniu golkiperów się specjalizujemy, nigdy nie musimy zastępować ich w reprezentacji atrapami (co zdarzało się na każdej innej pozycji!) i w niektórych krajach próbują nawet odkrywać tajemnicę naszego sukcesu, to wciąż nie wylansowaliśmy nikogo wybitnego. Mit Jana Tomaszewskiego, który na mundialu obronił aż dwa rzuty karne, pozostaje niezagrożony.

niedziela, 05 listopada 2017

Liga angielska, piłka nożna, środki przeciwbólowe, ibuprofen, ketonal

Przyznaję, zbaraniałem, kiedy przeczytałem w porządnym naukowym raporcie, że cała masa piłkarzy – tych z najlepszych lig – łyka przed każdym meczem garść tabletek przeciwbólowych, żeby w ogóle zagrać. Cotygodniowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

20:43, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
czwartek, 02 listopada 2017

Liga Mistrzów, Real Madryt, FC Barcelona

Real Madryt jest jak śnięty. Anemicznie wyglądają tam niemal wszyscy, od Cristiano Ronaldo, który strzela skandalicznie rzadko, po Toniego Kroosa, któremu zdarza się podawać piłkę ze skandaliczną kilkunastometrową (!) niecelnością. Widzimy uwiąd w grze, widzimy zniechęcenie w mowie ciała zawodników. Są wyzuci i z błyskotliwości, którą mieli w szczytowych momentach – jak fenomenalna druga połowa finału Ligi Mistrzów czy początek bieżącego sezonu – i z zaciekłej, ofiarnej niezgody na porażkę z czasów, gdy ratowali punkty w ostatnich sekundach. Dlatego obrywają od Girony, urywają ledwie punkcik w dwumeczu z Tottenhamem.

Nic dziwnego, już za PRL-owskiego dzieciństwa dzieciństwa Anna Jantar śpiewała mi z radia, że nic nie może wiecznie trwać. A piłkarze Realu wiosną wyrządzili Lidze Mistrzów krzywdę. Ośmielili się, szubrawcy, wygrać ją dwa razy z rzędu.

Jakże wyjątkowymi czyniła te rozgrywki niemożność – ciągnąca się od blisko trzech dekad – obronienia trofeum! W lidze hiszpańskiej, niemieckiej czy angielskiej, w ogóle we wszystkich krajowych, notorycznie ktoś potrafi utrzymać panowanie. Ligą Europy piłkarze Sevilli rządzili trzy sezony z rzędu. Reprezentacja Hiszpanii obroniła złoto mistrzostw kontynentu ledwie pięć lat temu. Ba, rozejrzyjmy się po innych sportach. Koszykarskiej NBA, hokejowej NHL, turniejach siatkarskich, a niech tam, przerzućmy się nawet na sporty indywidualne – tenisowe Szlemy, igrzyska lekkoatletyczne, wyścigi kolarskie. Wszędzie w tym okresie faworyci umieli sprostać roli faworytów na tyle, by wygrywać seryjnie. Tylko nie w Lidze Mistrzów, najbardziej nieprzewidywalnych – z perspektywy finałowej – rozgrywkach w wielkim sporcie.

Przez ćwierć wieku z okładem nikt nie umiał, aż zjawił się Real Madryt. Cristiano Ronaldo, snajper bardzo wyborowy. Szatnia bogatsza w talent niż kiedykolwiek wcześniej w królewskim klubie – jak głosi legenda. Zinedine Zidane, mój ulubiony piłkarz XXI wieku obok Juana Romana Riquelme, w roli trenerskiego superdebiutanta. Podeptali tradycję, odebrali Champions League jej wyjątkowość.

A dzisiaj wygląda na to, że uruchomili lawinę. Lawinę zdarzeń nowych. Bo Liga Mistrzów nieobliczalna była tylko tym jedynym względem – wyłaniała zawsze innego triumfatora. Poza tym żyliśmy w dniu świstaka. Wiadomo było, że wszystkich porozstawiają po kątach Hiszpanie, którzy w fazie grupowej nazdobywają miliony punktów i bramek; że pochichramy się z Anglików, którzy wypadają tym żałośniej, im więcej inwestują w transfery; że Arsenal wyleci z hukiem w 1/8 finału; że za tytułem króla strzelców uganiają się tylko Messi i Ronaldo, ewentualnie próbuje podokazywać Lewandowski; że kluby położone na wschód od Monachium już jesienią co najwyżej statystują.

Aż tu nagle, naprawdę znienacka, obudziliśmy się gdzie indziej. Pętla czasu się zamknęła. Dzień świstaka się skończył.

Real ledwie łazi, manto spuszcza mu nawet Tottenham, czyli drużyna znana jako jamniki schowane pod szafą.

Atlético daje kanonadę, jakiej świat nie widział (35 strzałów w meczu, najwięcej od sezonu 2003/04!), jednak nie umie ani razu złamać oporu mistrzów Azerbejdżanu.

Barcelona ucieka reszcie stawki w lidze hiszpańskiej, ale od wiosny – rozpoczętej odpadnięciem już w ćwierćfinale z Champions League, zakończonej niezdobyciem tytułu w kraju – nie uciekła od nastroju schyłkowego, zresztą bezbramkowe remisowanie w Pireusie to wybryk wybitnie nie w jej stylu.

Hiszpańscy giganci nie tylko gubią punkty, oni atakują ze słomianym zapałem, duet największych strzela liche 1,88 gola na mecz, przy średniej z minionych edycji obracającej się wokół trzech bramek na kolejkę.

Niemieckie kluby też zachowują się niepoważnie, do wiosny ostanie się niemal na pewno jedynie Bayern, który nawet nie awansuje z pozycji lidera.

Gromadnie rozrabiają za to piłkarze klubów angielskich, którzy w ostatnim sezonie zdobyli w fazie grupowej 60 proc. punktów, a w przedostatniej – 58 proc., by tej jesieni uzbierać 82 proc.

Na szczycie rankingu snajperów pręży się Ronaldo, ale za nim czai się Harry Kane (żaden Anglik nie strzelił w tych rozgrywkach pięciu goli od sezonu 2009/10, gdy Anglia wciąż wierzyła w Wayne’a Rooneya!), Mohammed Salah, Wissam Ben Yedder czy Cenk Tosun. Żeby dojrzeć na liście nazwisko Messiego, trzeba się głęboko schylić, a poszukiwanie Lewandowskiego grozi połamaniem kręgosłupa – wyturlał jedną bramkę, z rzutu karnego.

Wreszcie jak banda Schwarzeneggerów i Stallone’ów szaleją – porównanie popkulturowo uzasadnione, o czym napisałem tutaj – niezniszczalni zawodowcy Besiktasu Stambuł, który nigdy dotąd nie wychynął z grupy, a teraz zamierzają ją wygrać.

Trochę się dzieje, prawda? Coś dziwnego się dzieje, prawda? Ktoś narwany krzyczyłby już wniebogłosy, że stara hierarchia się chwieje, wkrótce zastąpi ją nowa, oto idzie przyszłość zupełnie inna niż przeszłość. Ja byłbym tu ostrożny, mam wrażenie, że nastała chwila – nie wiadomo, czy dłuższa, czy krótsza – bezkrólewia. Niby wiadomo, kto prowadzi w jakiej tabeli, ale w ścisłej czołówce trudno wskazać kogokolwiek zasypywanego za poziom gry bajecznymi komplementami, a dziennikarze sportowi, jak wiadomo, potrafią rozrzucać je bez umiaru. Po prostu nikt nie gra dobrze, nawet zwycięzcy. W kryzysie tkwi Bayern, z zapaści jeszcze głębszej muszą się wygramolić Atlético i Real, Barcelona to już w ogóle ma się bezpowrotnie zawalić, Juventus musi sobie radzić ze zdemontowaną defensywą, rozchwiana Chelsea pewnie wkrótce wykopie trenera, Manchester United męczy minimalizmem. A chwalone Napoli – słusznie, pięknie przygrywają! – zaraz z Ligi Mistrzów wypadnie, więc nie ma znaczenia, że chwalone.

Na szarym tle wyróżniają się Paris Saint-Germain, które pomimo wojny domowej imponuje wydajnością i mknie po najlepszy dorobek fazy grupowej w dziejach rozgrywek, oraz Manchester City, który zachwyca stylem. Wielu doda: „o zgrozo”, ponieważ mówimy o klubach rządowych, ich szefowie Nasser al-Khelaifi i szejk Mansour – są zarazem ministrami rządów Kataru oraz Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Przed sezonem zastanawiałem się, czy wreszcie rzucą wyzwanie starej oligarchii, a teraz sobie myślę, że finał z przynajmniej jednym z nowobogackich harmonijnie rymowałby się z przyszłorocznym mundialem u Putina, którego gospodarcza broń, Gazprom, sponsoruje Ligę Mistrzów. Zwłaszcza że finał rozegrany zostanie nieopodal rosyjskich włości, na stadionie olimpijskim w Kijowie...

10:46, rafal.stec
Link Komentarze (23) »
niedziela, 29 października 2017

Cztery złota, jedno srebro, jeden brąz. W mistrzostwach Europy i świata, do lat 17, 18, 19, 20 i 21. I jeszcze okrągły rok bez przegrania choćby jednego meczu. Takiej eksplozji w juniorskim futbolu jeszcze nie było, więc ogłuszony spisałem o młodych Anglikach felieton. Przeczytacie go tutaj.

17:43, rafal.stec
Link Komentarze (12) »
środa, 25 października 2017

Neymar, PSG

Kiedy patrzę, jak schodzi z boiska w Marsylii – sędzia wlepił mu czerwoną kartkę – odnoszę wrażenie, że słyszę wirujące w jego głowie myśli. „Niech ci będzie, bałwanie, idę sobie, ten śmieszny mecz beze mnie nie ma sensu, żałosne podrygi żałosnego typa z żałosnym gwizdkiem, chcesz sobie wyrobić sławę na moim nazwisku, nic ci to nie da, i tak pozostaniesz zerem”.

Nie mam całkowitej pewności, że dokładnie w te słowa kombinował pan Neymar, ale mam co do tego uzasadnione podejrzenia, pan Neymar jest wszak osobistością nie bardzo ważną, lecz absolutnie najważniejszą. O ile w Barcelonie plątał mu się pod nogami pewien zarozumiały Argentyńczyk – uzurpujący sobie prawo do bycia numerem jeden – o tyle po przenosinach do Paris Saint-Germain właściwa hierarchia i w ogóle harmonia została przywrócona, nawet Wieża Eiffla wygląda na nieco przykurczoną. Ponad wszystkimi góruje pan Neymar, który konsultuje się co najwyżej z panem Neymarem.

Relacjonowałem już tutaj, że panu Neymarowi próbował się stawiać Edinson Cavani, inny gwiazdor, który bez wątpienia również ma o sobie jak najwyższe mniemanie – obaj wyrywali sobie wówczas piłkę, żeby kopnąć ją z rzutu wolnego lub karnego, i na dobrą sprawę wciąż nie wiadomo, jak chryja się skończy, niewykluczone, że rozejm okaże się kruchy. Tak czy owak wokół pana Neymara od tamtej pory nie ucichło nawet na chwilę.

Dowiadywaliśmy się już m.in., że pan Neymar zezłościł się pewnego dnia na trenera Unaia Emery’ego, gdy ten polecił panu Neymarowi trenować w grupie piłkarzy podstawowego składu, czyli ćwiczących lżej – polecił wbrew woli pana Neymara, pan Neymar chciał bowiem ganiać z pełną intensywnością.

Dzisiejsze „Le Parisien” donosi natomiast, że pan Neymar cieszy się w PSG mnóstwem przywilejów wywołujących irytację kolegów z szatni, najwyraźniej nieświadomych, że pan Neymar powinien być traktowany adekwatnie do wielkości pana Neymara, że pan Neymar to nie byle kopacz, że pan Neymar potrzebuje wygód godnych pana Neymara. A zatem: pan Neymar jako jedyny w drużynie ma na boisku totalną swobodę i nie obowiązują go żadne zadania defensywne; pana Neymara nie wolno podczas treningowych gierek powstrzymywać nazbyt agresywnie; pan Neymar dysponuje dwoma masażystami oddelegowanymi do pracy wyłącznie nad ciałem pana Neymara, wszyscy inni piłkarze korzystają ze „wspólnych” fizjoterapuetów; pan Neymar jako jedyny nosi torbę z logiem własnego sponsora, pozostali zawodnicy muszą używać toreb z marką wskazaną przez PSG. Całkiem ładnie to brzmi, choć są i rezerwy, panu Neymarowi mógłby jeszcze gotować osobisty kucharz, panu Neymarowi mógłby podawać do stołu osobisty kelner, pan Neymar mógłby się przebierać w prywatnej garderobie, panu Neymarowi mógłby wiązać sznurówki najlepszy na świecie wiązacz sznurówek, wokół pana Neymara mogliby zamiatać mistrzowie olimpijscy w curlingu, pan Neymar mógłby korzystać z pisuaru z wbudowanymi głośnikami, z których po wszystkim płynęłoby: „Dziękuję, panie Neymarze, to był dla mnie zaszczyt i prawdziwa przyjemność”. Powtarzam: rezerwy są, podrzucam jedynie najbardziej oczywiste rozwiązania.

Piłkarze ponoć się buntują, a mnie donosy z wnętrz PSG niezmiennie fascynują – nie muszę oglądać, jak oni grają, natomiast pasjami potrzebuję wiedzieć, jak ze sobą współżyją, to show chce się podglądać jak pasjonującą telenowelę, to zupełnie inny poziom opowieści o dobrej lub niedobrej atmosferze w szatni, targowisko próżności bardziej złociste niż wszelkie znane mi ekscesy gwiazdorów ekranów i estrad. I aż mnie korci wizja wszechcudownego happy endu: poobrażani na siebie zawodnicy wygrywają Ligę Mistrzów, podkładają sobie nogi w biegu po odbiór trofeum, pan Neymar po wręczeniu mu Złotej Piłki ogłasza, że najbardziej dziękuje panu Neymarowi, pan Neymar mówi o sobie w trzeciej osobie częściej niż Wałęsa, ba, pan Neymar przechodzi w uniesieniu na pluralis maiestatis, pan Neymar ogłasza, że odwieczny spór o to, czy większy był Pele, czy jednak Maradona, został rozstrzygnięty na jego korzyść.

Ale nie zapędzajmy się, na razie największe wrażenie robi statystyka kartek: pan Neymar uzbierał w karierze 8 czerwonych i 138 żółtych, wyraźnie więcej niż niejaki Pepe, znacznie od niego starszy były gracz Realu Madryt z zasłużoną reputacją brutala, którego dorobek kończy się na 6 czerwonych i 114 żółtych. Szokujące, że wciąż nie wszyscy nadążają za geniuszem pana Neymara.

poniedziałek, 23 października 2017

ekstraklasa, Legia Warszawa

Co pewien czas czuję potrzebę, żeby publicznie złożyć hołd tzw. ekstraklasie, to po prostu silniejsze ode mnie. Zwłaszcza w tym roku jest co sławić, bo nasi ligowcy wzniecają rewolucję, zwalczając przesąd, że w sporcie zawsze ktoś musi wygrać, a ktoś przegrać. Mój cotygodniowy felieton przeczytacie tutaj.

07:15, rafal.stec
Link Komentarze (28) »
niedziela, 22 października 2017

Jasnowidz roku, najlepszy blog w historii

Rozstrzygnięcia kultowego konkursu na jasnowidza roku coraz bardziej mnie zdumiewają. Przyznaję, początkowo sądziłem, że odgrywa tu jednak rolę czynnik losowy, że w przewidywaniu piłkarskiej przyszłości czasami lepiej mieć więcej szczęścia niż rozumu.

Aż wśród uczestników ukształtowała się elita elit. Kiedy w 2014 roku triumfował neergeecorg, obwołałem go Profesorem X wśród jasnowidzów – jako pierwszy bowiem wygrał drugą edycję. Ale właśnie teraz pojawił się kolejny wirtuoz – czytelnik o nicku black_spider, który powtórzył sukces z roku 2015. Co bardziej intrygujące, minimalnie wyprzedził gracza nicki678, magika również znanego z listy laureatów (są na niej także michal.uszpulewicz, szewed, sexi.meri, pajac_kultury, rambocyc, future-is-now). Umiecie czytać w przyszłości!

Black_spider otrzyma w nagrodę ufundowaną przez sklep PodStadionem koszulkę najnowszego zwycięzcy Ligi Mistrzów, którym w tym roku okazał się Real Madryt. Zanim ją prześlę, proszę o przesłanie (rafal.stec@agora.pl) informacji, jaki ma mieć rozmiar i pod jaki adres ją posłać. Ale najpierw proszę przyjąć wyrazy uznania, podziwu za wnikliwe spojrzenie w przyszłość i serdeczne gratulacje!

PS Przypominam, że w jubileuszowej dziesiątej edycji konkursu można brać udział do godz. 12.34 w poniedziałek, 23 października.

19:43, rafal.stec
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 239
Archiwum
Tagi