RSS
niedziela, 14 stycznia 2018

Mogliście przegapić, a przecież w piątek rozegrano najważniejszy mecz sezonu na świecie – w Dżuddzie, saudyjskim mieście położonym nad Morzem Czerwonym, gdzie piłkarze lokalnego Al-Ahli rozbili 5:0 Al-Batin, umacniając się na pozycji ligowego wicelidera. Ale nie wynik był przełomowy. Felieton do poniedziałkowej „Gazety” przeczytacie tutaj.

19:15, rafal.stec
Link Komentarze (4) »
wtorek, 09 stycznia 2018

Michaił Osipow miał trzy lata, gdy w styczniu 2017 roku został zaproszony do popularnego w Rosji telewizyjnego show „The Best”. Czekała tam przyjemna niespodzianka – partia szachów z Anatolijem Karpowym, byłym mistrzem świata, którego grę analizował i podziwiał.

Rywalizowali z zegarem. Genialny chłopiec, którego będę chyba nazywał Miszą, dostał 10 minut na myślenie, a weteran – dwie minuty. Rozstrzygnięcie i tak wydawało się w całej anegdocie mało ważne, u trzylatka imponowała sama świadomość, w co się bawi. On nie tylko przesuwał z sensem figury, ale jeszcze potrafił nazwać wybrane przez siebie otwarcie (obrona Nimzowitscha). Przygotowany teoretycznie jak zawodowiec. Magnus Carlsen i Siergiej Karjakin, którzy w ubiegłym roku stoczyli porywający bój o mistrzostwo świata, w jego wieku w ogóle nie umieli grać. A też zaczęli bardzo wcześnie, jako cudowne dzieci szachów.

W pewnym momencie Karpow zaproponował remis. Misza się nie zgodził, a parę chwil potem przegrał – zabrakło mu czasu. Rozpłakał się, załzawiony pobiegł do mamy. Zresztą zerknijcie sami:



Jurij Osipow, ojciec brzdąca, nie rozumiał, dlaczego Misza płacze. Do porażek był przyzwyczajony, do gry z zegarem również, nigdy nie reagował na niepowodzenie histerycznie ani nawet zbyt emocjonalnie. Trema? Światła kamer i w ogóle okoliczności publicznego występu, którego nigdy wcześniej nie doświadczył?

Do łez Miszy jeszcze wrócimy, w każdym razie tamten epizod jak zwykle sprowokował dyskusję o tym, do czego wolno zmuszać dzieci, którego nie wypracowały jeszcze metod radzenia sobie ze stresem, i jak poznać, że już są gotowe. W szachach to stały wątek, tam zazwyczaj zaczyna się wcześnie (choć Osipow bije wszelkie rekordy). Klasyfikuje się już graczy do lat 7, talentów w wieku niemal niemowlęcym w zorganizowany sposób szuka się na całym świecie, od Rosji po USA. Ze statystyk wynika jednak, że aż połowa arcyzdolnych – przyklejonych do szachownicy jeszcze przed dziesiątymi urodzinami – całkowicie rzuca grę. Nie wytrzymują presji. Zabawa zamienia się w udrękę głównie dzięki dorosłym, którzy nie rozumieją, że malec wyczuwa znacznie więcej niż potrafi wyrazić słowami.

Czasami jednak rodzice inwestują w zdolne dziecko nie dużo, lecz wszystko. Jak państwo Cupini, właściciele prowadzonej od półtorej dekady restauracji w Kansas City, którzy dla 10-letniego syna postanowili rzucić całe swoje dotychczasowe życie. W Ameryce Alessandro miał kilku indywidualnych trenerów oraz „wybudowany w piwnicy prywatny ministadion”, ale to przestało wystarczać. I zapadła decyzja, że wraz z rodzicami, dziadkami i trzyletnią siostrą poleci do Włoch, by dołączyć do szkółki AS Romy:



Wszystkich przelicytowali działacze sportowi z Bahrajnu, którzy zorganizują Dziecięce Igrzyska (Baby Games) dla krajów znad Zatoki Perskiej. W imprezie udział wezmą zawodnicy od lat 2 do 4, a porywalizują w lekkiej atletyce (np. bieg na 15 metrów), podnoszeniu ciężarów, gimnastyce, piłce nożnej i koszykówce (wykonają zadania indywidualne). Cel: zachęcić młodych do uprawiania sportu oraz krzewić wartości i zasady olimpijskie. Pomysłodawcy chcą na serio potraktować ten żartobliwy filmik nagrany przez MKOl:



Dla amatorów: impreza odbędzie się w kwietniu w Ar-Rifie, drugim co do wielkości mieście Bahrajnu. A jestem wam jeszcze winny wyjaśnienie, dlaczego po porażce z Karpowem płakał Misza Osipow. Jego ojciec wypytał go dopiero po programie: otóż trzylatek posługiwał się wcześniej wyłącznie zegarem elektronicznym, czytać czasu na tarczowym nie potrafił i zwyczajnie nie rozumiał, dlaczego przegrał.

17:28, rafal.stec
Link Komentarze (52) »
poniedziałek, 08 stycznia 2018

Kamil Stoch, Sportowiec Roku

Sportowiec Roku to sprawa śmiertelnie poważna, jak zresztą większość plebiscytów, które podobno nikogo nie obchodzą. A im bardziej nikogo nie obchodzą, tym bardziej się o nich dyskutuje. Wziąłem i ja udział w awanturze - felieton do poniedziałkowej „Gazety” przeczytacie tutaj.

10:54, rafal.stec
Link Komentarze (3) »
czwartek, 04 stycznia 2018

Grzegorz Krychowiak, West Bromwich, Premier League

Miarkujcie się i nie szastajcie zbyt mocnymi słowami, bo wam ich zabraknie, kiedy naprawdę będą niezbędne. Huczy mi we łbie ta popularna ostatnio przestroga, ilekroć pomyślę o Grzegorzu Krychowiaku – znów ewidentnie odrzuconym przez swój klub, znów desperacko poszukującym miejsca, gdzie zdoła porządnie przygotować się do mundialu, znów znajdującym się w przededniu transferu. Co mam bowiem rzec o tarapatach sportowca, o którym ledwie pół roku temu pisałem, że „przeżył w Paris Saint-Germain sportowy upadek, jakiego nie doświadczył za granicą chyba żaden polski piłkarz wysokiej klasy”? Do jakich słów odwołać się dzisiaj, gdy klęskę poniósł również w West Bromwich?

PSG to była przynajmniej słynna marka, o ambicjach sięgających triumfu w Lidze Mistrzów, z szatnią obsadzaną megagwiazdorami pozyskanymi za miliardy. Każdemu może się tam nie powieść, nawet charyzmatycznemu wojownikowi środka pola, który podbijał Ligę Europy z Sevillą. Ale West Brom, mikrusek z angielskiej Premier League, którego Krychowiak swoim przybyciem wręcz zaszczycał?! Klub przyjmujący go z entuzjastyczną wdzięcznością, bijący pokłony przed Panem Piłkarzem Z Wyższych Sfer, co to ma akurat życiowy zakręt i tylko dlatego udało się go na chwilę przechwycić?

Najłatwiej chyba poudawać, że się wiedziało, jak będzie, że stało się nieuniknione. No bo sami zobaczcie, jak traktuje polskich piłkarzy Anglia – i to również teraz, gdy zachodni rynek generalnie ich docenił.

Łukasz Fabiański klęczy ze Swansea na dnie tabeli, każda kolejka przybliża go do degradacji z ligi.

Artur Boruc jako rezerwowy Bournemouth wystaje ledwie punkcik nad strefę spadkową, też grozi mu degradacja.

Jan Bednarek wysiaduje rezerwę... Wróć, jakie „wysiaduje”, jego nawet do fotelu rezerwowego dopuszczają od wielkiego dzwonu, a przecież i on reprezentuje przeciętniaka – Southampton (znów: drużyna marząca o uniknięciu degradacji, 17. w tabeli).

Kamil Grosicki degradacji już doświadczył, w poprzednim sezonie. Z Hull, z którym grozi mu kolejny zjazd, do trzeciej ligi (21. pozycja, żadnej przewagi nad strefą spadkową). Wprawdzie oferował usługi firmom z najwyższej klasy rozgrywkowej, ale firmy nie wykazały zainteresowania.

Bartosz Kapustka w Leicester całkiem zniknął. W lidze angielskiej nigdy nie zadebiutował, musiał uciekać na wypożyczenie do niemieckiego Freiburga.

Zwróćmy uwagę, że przywołuję wyłącznie nazwiska seniorskiej lub młodzieżowej reprezentacji Polski, uczestników Euro 2016 i Euro 2017. Prawdziwą przyjemność z ligi angielskiej mógł czerpać w ostatnim czasie chyba Marcin Wasilewski, ale nawet on w sensacyjnym sezonie odegrał w Leicester rólkę epizodyczną i nie dochrapał się oficjalnego tytułu mistrzowskiego. Wojciech Szczęsny, zakochany w londyńskim klubie wychowanek Arsenalu? Też się nie nawygrywał i musiał uciekać, choć klasę ma ponadprzeciętną, o czym świadczą popisy w Romie i turyńska szansa na założenie rękawic żywej legendy, Gianluigiego Buffona. Przekleństwo. Polacy w najlepszym razie wyjeżdżają z Anglii z niedosytem.

Mógłbym kopać głębiej w przeszłości, aż po nędzę Grzegorza Rasiaka czy Piotra Świerczewskiego (uciułał w Birmingham 38 minut gry, uziemiony publicznie groził trenerowi „podjęciem odpowiednich kroków”) – i w XXI wieku wyłowiłbym najwyżej jednego człowieka sukcesu, Jerzego Dudka (zresztą jego trener Liverpoolu też ostatecznie skreślił, i to po słynnym tańcu bramkarza w finale Ligi Mistrzów...). Anglia, jeden z ulubionych celów polskiej emigracji zawodowej, dla piłkarzy pozostaje terytorium zakazanym, skażonym, oni z każdym sezonem coraz bardziej tułają się tam jak po krajobrazie nuklearnej apokalipsy – albo wegetują, albo są skazani na wyginięcie. Podrygi Krychowiaka to kolejny etap historii wymierania, a może jej spektakularne apogeum – nasz rodak usiłuje się przecież ewakuować z West Bromwich po 15 meczach bez zwycięstwa, upadku na przedostatnie miejsce w tabeli, z zasługami na granicy błędu statystycznego.

Nie zamierzam udawać, że rozumiem, dlaczego naszym permanentnie nie wychodzi (choć bramkarze mają ładną markę). Zwłaszcza że Premier League należy do najbardziej kosmopolitycznych rozgrywek na planecie. Ale przykra prawidłowość istnieje, dobrze oddaje ją listą strzelców założonej w 1992 roku Premier League uszeregowanych według narodowości. W minionym ćwierćwieczu gola wcisnęło tam tylko dwóch Polaków – Robert Warzycha i Marcin Wasilewski. Więcej snajperów mają m.in. Algieria, Benin, Bośnia, Kanada, Kostaryka, Egipt, Gruzja, Honduras, Węgry, Izrael, Jamajka, Japonia, Mali, Czarnogóra, Paragwaj, Peru, Tunezja oraz Nowa Zelandia (w sumie 62 kraje!), a tylu samo – Barbados, Gabon, Kongo, Gwinea, Antigua i Barbuda (to jedno państwo, nie dwa), Iran, Łotwa, Wenezuela, Zimbabwe etc. Tutaj nie sposób chyba użyć słów zbyt mocnych. Anglia naszych rozdeptuje, poniża, dołuje. Oby Krychowiak wydostał się stamtąd raczej jutro niż pojutrze, bo bez odzyskania go – w pełnym rynsztunku i formie, jako komandosa – na mundialu ani rusz.

wtorek, 02 stycznia 2018

mundial 2018, Robert Lewandowski, Adam Nawałka, Liga Mistrzów, Katar

Wszyscy podsumowują 2017, to ja postanowiłem od razu następny. A było co podsumowywać, 2018 okazał się rokiem pełnym niesamowitości. I przez dziwy finału Ligi Mistrzów, i przez słodko-gorzki popis Polaków na mundialu, i przez rekordowy transfer Michała Kucharczyka, i przez wchodzącą w futbol sztuczną inteligencję. Coponiedziałkowy felieton tym razem przeniesiony na wtorek przeczytacie tutaj.

20:18, rafal.stec
Link Komentarze (7) »
niedziela, 31 grudnia 2017

Arsene Wenger. Alex Ferguson

Od kilku dni kotłuje się w sportowym internecie od hołdów składanych Arsene’owi Wengerowi za wyrównanie, a następnie pobicie rekordowego osiągnięcia Alexa Fergusona, który jako trener prowadził drużynę w 810 meczach Premier League. Wenger po dzisiejszym remisie Arsenalu z West Bromwich uzbierał ich już 811.

Migotają mi te liczby przed oczami bez przerwy, zaraz dostanę kręćka, wokół sypią się jeszcze literki, gratulacje składają wszyscy – kibice, ludzie piłki, dziennikarze. Brakuje w szumie informacyjnym tylko jednego drobnego zastrzeżenia. Otóż Ferguson, owszem, prowadził Manchester United w 810 kolejkach Premier League. Ale zarazem prowadził Manchester United w 1035 kolejkach ligi angielskiej. Rozbieżność bierze się stąd, że przed sezonem 1992/93 rozgrywki nosiły nazwę First Division, więc piewcy rekordu nie biorą pod uwagę 225 pierwszych meczów MU z kadencji szkockiego trenera.

Słowem, Wenger ustanowił rekord jedynie w sensie formalnym, czysto teoretycznym. Nie ma merytorycznego sensu tworzenie rankingu, w którym Fergusonowi zalicza się do dorobku 42 kolejek Premier League z sezonu 92/93, a nie zalicza się 42 kolejek First Division z sezonu 91/92. To była ta sama liga angielska.

Cały ten ambaras idealnie ilustruje współczesność. Bez przerwy musimy trąbić o nowym rekordzie albo wyczynie wszech czasów, więc bez ustanku wymyślamy nowe kategorie, nawet za cenę zdrowego rozsądku czy elementarnej logiki. Raz wrzuconą w obieg „informację” powiela się w nieskończoność, bezkrytycznie, bez ułamka sekundy refleksji. Tu sprawa wydaje się oczywista – Wenger nie mógł wyprzedzić Fergusona, ponieważ zaczął znacznie później – ale jej oczywistość nie tłumi hałasu. Mamy nowego króla, niech żyje nowy król, jest czym zaśmiecać ludzkie głowy, świętujmy.

To bodaj najgroźniejszy gatunek półprawdy, znanej dzisiaj jako postprawda albo fake news. Zdania „Wenger pobił rekord Premier League” nie sposób zakwestionować, przystaje do faktów. Tyle że nie mówi nam absolutnie niczego, nawet wykrzywia rzeczywistość. Bo Ferguson wciąż pozostaje numerem jeden, i to z gigantyczną przewagą – żeby go zdetronizować, francuski trener musiałby trzymać się Arsenalu do 2024 roku.

Czego oczywiście fanom londyńczyków nie życzę. Życzę natomiast – im i kibicom wszystkich innych drużyn – żeby w nowym roku umieli się przed półprawdą i kłamstwem bronić. Danych wiruje wokół nas coraz więcej, coraz więcej wtłacza się nam do mózgów dezinformującej i dezorientującej pulpy, coraz trudniej weryfikować przyjmowane treści. A często dotyczą spraw donioślejszych niż statystyczna sportowa duperela.

Jeszcze raz: przed 2018 rokiem życzę wam, żebyście opracowali własną metodę obrony przed fałszem, potrafili dokonywać racjonalnych wyborów, całkiem od terabajtowego jazgotu nie ogłuchli. I ze szczególną podejrzliwością traktowali słowa wygłaszane przez ludzi, których poglądy podzielacie.

19:28, rafal.stec
Link Komentarze (9) »
środa, 27 grudnia 2017

podsumowanie roku, 2017, piłka nożna

Dopiero teraz, kiedy prawie minął, uzmysłowiłem sobie, że w piłce nożnej - a może i w całym sporcie -  składał się z mnóstwa gwałtownych wykrzywień czasoprzestrzeni. Ile przeżyliśmy radykalnych wolt, nieoczekiwanych zwrotów akcji, nagłych przełomów! To był niesamowity rok, w którym trzęsienie murawy goniło trzęsienie murawy.

Wstrząs madrycki. Od drużyny, która panuje wszędzie, jak król królów – w kraju i w Europie – do drużyny, która w lidze hiszpańskiej stacza się 14 punktów pod Barcelonę, a w Lidze Mistrzów pozwala sobą pomiatać Tottenhamowi. Od drużyny, która latem w olśniewającym stylu triumfuje w El Clásico i prowokuje prognozy, również moje, że oto nadciąga era Realu Madryt, do drużyny, która zimą zbiera w El Clásico ostre cięgi i poddaje walkę o tytuł zawstydzająco wcześnie, w przededniu Bożego Narodzenia. Od drużyny, która ustanawia strzeleckie rekordy – 73 mecze z rzędu z golem, czyli poprawione najlepsze serie w Hiszpanii (44, Barcelona) oraz Europie (61, Bayern) – do drużyny, która w miesiąc nie umie wydusić z siebie bramki w żadnym z prestiżowych starć (w Bilbao, w derbach Madrytu i w El Clásico) i skutecznością ustępuje Realowi Sociedad. To się zawaliło zbyt szybko, żeby nie zbaranieć. Real zaczął przypominać imperium, które znienacka straciło połowę terytorium.

Wstrząs barceloński. Od drużyny pogrążonej w depresji i pogodzonej z losem, zwłaszcza po ucieczce Neymara gotowej na długie cierpienia, do drużyny, która tłucze ligowe punkty najszybciej w historii, choć aż 27 razy (!) trafiała w słupek lub poprzeczkę. Od lamentów, że transfer Paulinho ściąga na klub hańbę – w końcu wyjęty z wygnania w lidze chińskiej – do wysławiania go jako kluczowego gracza. Nikt nie wierzył, że Barcelona nie zatęskni za błyskotliwym brazylijskim atakującym, nikt nie sądził też, że rozstrzygającą rolę będzie odgrywał niezbyt błyskotliwy brazylijski środkowy pomocnik. A jednak. To piękna opowieść o złożoności mechanizmu, jaką stanowi zespół piłkarski. Odejście megagwiazdora uwolniło Jordiego Albę, który nie musi już harować za niego w defensywie, eksplodował w ofensywie, baraszkuje na lewym skrzydle jak mu się zachce. Czyżby Neymar < Paulinho?

Wstrząs argentyński. Od drużyny, która miesiącami ledwie wydłubuje ćwierć sensownej akcji na mecz i w piątek 6 października wymordowuje u siebie 0:0 z Peru, do drużyny, która w środę 11 października potrzebuje 38 sekund, by rozwałkować na wyjeździe Ekwador i wreszcie zwyciężyć wielobramkowo. Tak ocalała Argentyna. Srebrna medalistka poprzedniego mundialu do ostatniej kolejki eliminacji drżała o awans na następny. A przeżyła dzięki wirtuozowi, którego nazwisko powinno było paść – rozświetlone wszystkimi kolorami futbolu – już w rozdzialiku o wstrząsie barcelońskim. Leo Messi zdobył Ekwador hat-trickiem, po natarciach, które sam inicjował i wieńczył; Leo Messi stanowi jednoosobową wieżę oblężniczą i w reprezentacji kraju, i w klubie, Leo Messi z każdym sezonem, nawet niepopartym trofeami, rozrzuca coraz więcej zagrań pereł nakazujących obwoływać go futbolistą wszech czasów. Także wtedy, gdy Złotą Piłkę odbiera Cristiano Ronaldo. Odbiera zasłużenie, nie zamierzam rozpętywać tu kolejnej wojny katalońsko-madryckiej, zdaję sobie sprawę, że zawsze przegrywają ją wszyscy uczestnicy. Gdyby jednak zsumować całą boiskową działalność, do goli i asyst dokładając dryblingi, wykreowane okazje strzeleckie, natarcia tkane od pierwszego do ostatniego dotknięcia i w ogóle wszystko, do czego Messi przyłożył nogę, nie byłoby żadnych wątpliwości, że jest najbardziej wydajny ze wszystkich. Nawet jeśli dla oszczędzania energii po boisku głównie spaceruje, jak w niedawnym El Clásico. Mamy tu cały tłum wybitnych piłkarzy ukryty w jednym ciele, od natchnionego rozgrywającego po zabójczego środkowego napastnika. Jednoosobowa orkiestra symfoniczna.

Wstrząs transferowy. Piłkarze są już drożsi niż filmowe superprodukcje. Właściciele Paris Saint-Germain wydadzą w sumie na Neymara więcej niż kosztowali przewodzący rankingowi wszech czasów „Piraci z Karaibów: Na nieznanych wodach”. Transfer szokujący, przełomowy, być może zasługujący na angielskie określenie „gamechanger”, ostatecznie detronizujący Barcelonę i Real Madryt jako duet, któremu na rynku nie podskoczy nikt na planecie. I po raz pierwszy nikt nawet nie udaje, że zakup piłkarze ma sens finansowy. Nie ma, to posunięcie motywowane względami geopolitycznymi, podobnie jak niewiele tańsze przejęcie Kyliana Mbappé, czyli bodaj najbardziej zjawiskowego nastolatka od czasów Ronaldo („oryginalnego”, brazylijskiego). Symbolem epoki pozostaje jednak Neymar, o czym obszerniej piszę tutaj.

Kto będzie bohaterem kolejnego rekordowego transferu? Kandydat numer jeden nazywa się Harry Kane, któremu wróżyłem kilka tygodni temu, że zatarasuje drogę do Realu Madryt Robertowi Lewandowskiemu. Pytanie, czy królewski klub podoła finansowo i czy w ogóle zamierza wdawać się w szaleńczy wyścig zbrojeń. A może istotnie spróbuje zasadzić się na Neymara?

Wstrząs angielski. Wyspiarze wystrzelili na niebotyczny jak na swoje standardy poziom gry, szalejąc w Lidze Mistrzów, kolekcjonując medale turniejów juniorskich, urzekając świat plejadą talentów z różnych pokoleń, od wspomnianego akapit wyżej napastnika Tottenhamu, przez Raheema Sterlinga, po dzieciaków Phila Fodena (rusza się jak wyrzeźbiony w La Masii) czy Rhiana Brewstera. Znów: zawrócili nam Anglicy w głowach nagle, niemal z dnia na dzień. Owszem, Kane już sezon 2015/16 kończył w glorii króla snajperów ligi angielskiej, ale dopiero z nastaniem kalendarzowego roku 2017 dofrunął tam, gdzie od dekady szybują Messi i Ronaldo. Zaczął kanonadę zaraz po Sylwestrze (jako pierwszy w kraju, około godz. 14.57), prędko dołożył hat-tricka, w lutym miał ich już trzy. Uderza prawą nogą, lewą i głową, technikę strzału opanował jak Michael Owen. Nie pamiętam już, kiedy poprzednio nie chciało mi się rechotać, gdy Anglicy stawiali swojemu piłkarzowi komentarzowe pomniki.

Wstrząs manchesterski. Od drużyny, która wiosną ledwie wskakuje na podium ligi angielskiej i pozwala się okładać w dwumeczu z AS Monaco, do drużyny, która jesienią wygrywa chyba więcej meczów niż rozgrywa, rozpyla ataki rozprzestrzeniające się jak pożar lasu, mknie ku przyćmieniu legendy „Niezwyciężonych” z Arsenalu. Pep Guardiola znów to zrobił. Znów wcielił w życie swoje idee, które od blisko dekady stanowią najbardziej efektywny sposób gry w piłkę nożną (jeśli za kryterium uznamy odsetek odnoszonych zwycięstw) i radykalnie wpływają na kariery zawodników (Sterling! Kevin de Bruyne!). Znów stworzył drużynę osobną, porywającą, przykuwającą uwagę międzynarodowej publiczności. I odniósł bodaj najbardziej spektakularny triumf nad José Mourinho. Jak wśród piłkarzy od dekady rywalizują Messi i Ronaldo, tak wśród trenerów rywalizują oni, ale dopiero teraz pracują w niemal identycznych okolicznościach, umożliwiających uznać warunki gry za w pełni „sprawiedliwe”. Obaj przylecieli do tego samego miasta, objęli kluby w kryzysie i z gigantycznymi ambicjami, wydali setki milionów na transfery. O ile jednak Mourinho przygotował drużynę bardzo dobrą, o tyle Guardiola stworzył dzieło fenomenalne, wygrywające nie tylko suchym wynikiem. Pierwszy proponuje styl gry nużący nawet kibiców Manchesteru United, drugi podarował kibicom Manchesteru City przeżycia, jakich nie doświadczyli nigdy.

Wstrząs mediolański. Od letniej ekstazy, podczas której zubożały ostatnio klub szasta szmalem jak sułtan Brunei, do jesiennej smuty przesyconej niepokojem, że klub zostanie zlicytowany przez agresywny fundusz hedgingowy – znany z tego, że nie bierze jeńców – bo należy do Yonghonga Li, hochsztaplera zdemaskowanego przez „New York Times” jako rzekomy właściciel kopalń, o którego majątku w Chinach nie słyszano. Od drużyny obsadzonej piłkarzami miernotami, którzy w poprzednim sezonie wywoływali ładne wrażenie, wielokrotnie demonstrując, że mają serce i pasję do gry, do drużyny obsadzonej piłkarzami o obiecujących nazwiskach, którzy w trwającym sezonie są rozmemłaną zgrają bez wspólnej wizji, istnieją chyba tylko po to, by beznadziejne, wsmarowane w dno tabeli Benevento miało komu podprowadzić swój jedyny punkcik uciułany w debiutanckim sezonie w Serie A. Od Leonardo Bonucciego jako kandydata na obrońcę numer jeden na świecie, o którego usługach marzy trener Guardiola, do Leonardo Bonucciego jako ostatniego fajtłapy, który zawala wszystkie ważne mecze. Co tu dużo gadać – kibicowanie Milanowi smakuje dzisiaj jak papier ścierny, przynajmniej tak sobie wyobrażam smak papieru ściernego.

Tymczasem po niebiesko-czarnej stronie miasta z dnia na dzień zajaśniało słońce. Wystarczyło, by Luciano Spalletti kilka razy dotknął piłkarzy, a oni spotężnieli indywidualnie i grupowo – Milan Skriniar (gdzie ty się pchasz, chłopie, z takim ładnym imieniem, no chodź do nas!) jako stoper połyka Bonucciego na śniadanie, Mauro Icardi podniósł skuteczność o jakieś 100 proc., Inter pomimo ostatnich wpadek po latach posuchy wrócił na ligowe podium. Zazdrość.

Wstrząs liberyjski. Od pierwszej w Afryce kobiety prezydent do pierwszego na świecie prezydenta piłkarza. Od Ellen Johnson-Sirleaf, która ukończyła ekonomię na Harvardzie, do George’a Weaha, który dorastał w slumsach najbiedniejszej części Monrovii i zaczął nadrabiać edukacyjne braki dopiero po poprzednich przegranych wyborach, gdy wytykano mu, że niewiele wie i rozumie – w 2006 r., jako czterdziestolatek, zdał maturę, w 2011 r. uzyskał licencjat (z zarządzania, na uniwersytecie na Florydzie), w 2013 r. został magistrem (administracja publiczna). Taką podróż odbyła właśnie Liberia, podliczanie wyborczów jest formalnością. Gdy na przełomie wieków niszczyła ją jedna z najkrwawszych i najbardziej bestialskich wojen współczesności (zginęło ponad ćwierć miliona ludzi, jedna dziesiąta ludności, a jedna trzecia stała się bezdomnymi tułaczami i uciekinierami; trzy czwarte kobiet padło ofiarą gwałtu), radość dawał tylko Weah. Najwybitniejszy futbolista w historii Afryki, jedyny laureat Złotej Piłki z kontynentu. Coś w życiu wychodzi przynajmniej byłym graczom Milanu, tutaj Wojciech Jagielski więcej pisze także o Kachaberze Kaładze, sportowym bohaterze Gruzji wybranym niedawno na burmistrza Tbilisi. I niewykluczone, że również przyszłym prezydencie państwa. Ministrem i wicepremierem już był.

Wstrząs kopenhaski. Od drużyny, która miała awansować na mundial jako pierwsza w Europie i z miażdżącą przewagą nad rywalami, do drużyny, która walczyła o awans do ostatnich minut ostatniego meczu kwalifikacji. 1 września 2017 roku reprezentacja Polski zdołowała nas i wprawiła w przykre osłupienie jedyny raz podczas kadencji Adama Nawałki, ale reakcja na 0:4 uzmysławia, jak wiele nasi piłkarze osiągnęli. Zamiast paniki – uspokajająca refleksja, że klęska uchroni ich przed zdeprawowaniem. I wiara w Nawałkę, któremu stuknie wkrótce 4,5 roku na stanowisku, co uczyni go najdłużej zatrudnionym po wojnie selekcjonerem po Antonim Piechniczku.

Wstrząs legijny. Od drużyny, która stawiała się wiosną Ajaxowi Amsterdam, do drużyny, która latem obrywa od Kazachów, Mołdawian, a jesienią od Wisły Płock. Od klubu Bogusława Leśnodorskiego dającego twarz zarządzającemu nim triumwiratowi do klubu Dariusza Mioduskiego, którzy odkrywa wypadające z szafy trupy – np. wysokie kontrakty zbędnych, niesprzedawalnych graczy. Od Legii skazanej na absolutne dominowanie w kraju do Legii podstarzałej, porzucanej przez nielicznych, których można by spieniężyć (Guilherme), która przewodzi tabeli z wprost żałosną średnią goli (1,33) strzelanych na mecz i najniższym wśród liderów w Europie dorobkiem punktowym. Marzenie warszawskich fanów na rok 2018: dość tych wstrząsów.

PS Gdyby ktoś reflektował, to tutaj jeszcze dłuższa analiza wstrząsu w polskiej siatkówce. Przywykliśmy, że Polakom ostatnio w tym sporcie nie idzie, ale 0:3 ze Słowenią w barażu o ćwierćfinał to było jednak mocny cios potylicę. Podobnie jak przepędzenie Ferdinando De Giorgiego. W cztery miesiące z tych, którzy selekcjonera wybierają zawsze z wyczuciem, zawsze na medal i zawsze zagranicznego, przeobraziliśmy się w tych, którzy wyganiają go rekordowo szybko. A nasi czołowi gracze poznikali na peryferiach...

21:39, rafal.stec
Link Komentarze (28) »
poniedziałek, 18 grudnia 2017

Prędko nie doścignie, w okresie świątecznym piłkarze Manchesteru City chyba wreszcie powinni potracić punkty, ale temat wypada podjąć. W końcu w Anglii nikt już nie pyta, kto zdobędzie mistrzostwo, ewentualne wątpliwości wyparła debata, czy aktualny lider zawładnie ligą w stylu pozwalającym pasować go na drużynę wszech czasów. Felieton z poniedziałkowej „Wyborczej” przeczytacie tutaj.

niedziela, 17 grudnia 2017

klubowe mistrzostwa świata, siatkówka, Skra Bełchatów

Klubowe mistrzostwa świata w wykonaniu siatkarzy Skry Bełchatów podzieliłbym na trzy etapy. Najpierw świętowaliśmy tzw. triumf organizacyjny, czyli zaproszenie do turnieju, które było pozbawione jakiegokolwiek uzasadnienia sportowego. Następnie obejrzeliśmy łatwiutkie zwycięstwa nad słabiutkimi rywalami z Chin oraz Argentyny, których przydzieliło Skrze pomyślne losowanie. Aż dotarliśmy do meczów o poważną stawkę, z realnymi potęgami – Zenitem Kazań, Cucine Lube Civitanovą oraz Sadą Cruzeiro.

Wtedy przerżnęli bełchatowianie wszystko. 0:3 z Rosjanami, 0:3 z Włochami, 0:3 z Brazylijczykami. Aż mi się w trakcie oglądania przypomniało, jak w młodości kumple wołali na mnie przez chwilę „Stecu 09”, bo przekonywałem ich, że Widzew wyeliminuje Eintracht z Pucharu UEFA, a Widzew wziął i na złość mi oberwał we Frankfurcie 0:9.

Siatkarze Skry nie wypadli beznadziejnie. Próbowali się stawiać Zenitowi, w sobotnim w półfinale wszystkie sety przegrali minimalnie, oklapli dopiero dzisiaj. Im jednak dłużej – czy raczej: krócej – na nich patrzyłem, tym bardziej dzwoniło mi w głowie, że na udział w imprezie o szumnej nazwie „klubowe mistrzostwa świata” zwyczajnie nie zasłużyli. Zresztą wepchnęli się tam, starym siatkarskim zwyczajem, dzięki dzikiej karcie.

Doświadczenie mają tu olbrzymie. Zanim w 2015 r. Skra jedyny raz awansowała do turnieju finałowego Ligi Mistrzów rękami swoich siatkarzy, aż trzykrotnie występowała tam jako gospodarz, wyłącznie ze względów pozasportowych – w 2008, 2010 i 2012 r. A teraz jeszcze podarowała sobie KMŚ... To w siatkówce nic niezwykłego, mówimy o dyscyplinie skażonej mnóstwem patologii, ale bełchatowianie przelicytowali wszystkich. Nikt inny nie otrzymał w prezencie zaproszenia do prestiżowych imprez klubowych aż czterokrotnie.

O czym przypominam, bo do programowej pogardy dla sportowych reguł gry w siatkówce przywykliśmy, zobojętniała nam, coraz częściej jej nie zauważamy. A jeśli nawet zauważamy, to stękamy i unosimy się oburzeni, że tę dyscyplinę zatruwają jacyś nieokreśleni „inni”, w domyśle – działacze organizacji międzynarodowych.

Nieprawda. My, Polacy, w niszczycielskim procederze aktywnie uczestniczymy. Siatkówka to nie „oni”, lecz „my”. A kończącej się właśnie w Krakowie imprezie towarzyszy ponury paradoks, stanowiący przykry dowód naszej winy. Oto Polska jako jedyny kraj wystawiła w klubowych MŚ aż dwóch swoich przedstawicieli akurat w momencie, w którym zasługuje na wyróżnienie w jeszcze mniejszym stopniu niż zazwyczaj. Wiosną żaden nasz klub nie doskoczył wszak do turnieju finałowego Ligi Mistrzów – po pięciu latach nieprzerwanego udziału w elicie.

Generalnie nie istnieją żadne sportowe kryteria, według których mielibyśmy prawo zaciągać do KMŚ i Zaksę, i Skrę. Nawet w europejskim rankingu lig nasza ustępuje i rosyjskiej, i włoskiej, i tureckiej. Światowa siatkówka chorowała, choruje i, obawiam się, jeszcze długo pochoruje. Również z powodu zarazków rozpryskiwanych przez Polaków.

Tagi: siatkówka
20:49, rafal.stec
Link Komentarze (8) »
piątek, 15 grudnia 2017

ekstraklasa

Tak, głęboko wierzę, że tzw. ekstraklasa może być jeszcze ciekawsza.

Dlatego niniejszym chciałbym zaproponować autorski projekt reformy, zainspirowany wszystkim, co przeżywaliśmy jesienią – z nadzieją, że pochylą się nad nim podczas zimowej przerwy zarówno szefowie PZPN, jak i szefowie rozgrywek, a może wręcz wszyscy, którym na sercu leży jej przyszłość.

Teraźniejszość jest cudowna, mówimy o lidze wyjątkowej w skali międzynarodowej. Z liderem, który ciuła średnio 1,9 punktu na kolejkę, czyli prawdopodobnie liderem najchudszym w barach w Europie; z liderem, który wyciska z siebie 1,4 gola na mecz, prawdopodobnie najmniej w Europie; z kreatywnymi bywalcami trybun, którzy dzięki zapałowi do prezentowania własnych dzieł artystycznych powodują przerwy w grze właściwie w każdej kolejce, prawdopodobnie najczęściej w Europie; z fantazyjnie zarządzającymi prezesami klubów, którzy zwalniają trenerów częściej niż wynoszą z domu śmieci, czyli prawdopodobnie najczęściej w Europie; wreszcie z twórczym fermentem nakazującym gmerać w regulaminie bez ustanku, prawdopodobnie najchętniej w Europie. Delektujemy się też mnóstwem małych smakołyków, mój ulubiony w tym sezonie podano 17 września – Sandecja, która wynajmuje stadion od Niecieczy, przeszła wówczas do historii jako drużyna, która gola strzelonego u siebie strzeliła na wyjeździe, a Nieciecza przeszła w tym samym momencie do historii jako drużyna, która gola straconego na wyjeździe straciła u siebie. Delicje.

A ponieważ poprawiamy mechanizm, który działa doskonale, postanowiłem ulepszać go ostrożnie, po głębokim namyśle. Proponuję zatem, co następuje:

1) Fotel lidera zastąpić fotelikiem lidera, a tytuł lidera oficjalnie zastąpić tytułem p.o. lidera. Fotelik może być rozkładany, w kształtach bliski krzesełku, proponuję model przydrożny, taki, na którym kucasz, żeby sprzedać grzyby.

2) Przy równej liczbie punktów o kolejności niech decyduje nie stosunek bramkowy, lecz średnie zadymienie stadionu na mecz. To wymaga stałych, precyzyjnych pomiarów, ale stać nas, technologicznie się rozwinęliśmy – zobaczcie, jak hula VAR. Choć kibice nigdy nie byli u nas biernymi uczestnikami wydarzeń, to dzięki drobnej korekcie regulaminowej zaangażują się jeszcze bardziej, poczują się uczestnikami rozgrywek już w pełni równoprawnymi piłkarzom, no i w pewnym sensie sami strzelą kurwom gola, zamiast poprzestawać na frustrującym niekiedy nawoływaniu, by to zawodnicy strzelili kurwom gola.

3) Unormujmy zasady zatrudniania trenerów, bo trochę się tu wkrada chaosu. Rekomendowałbym prezesom dwie opcje. Opcję bezpieczną, oferowaną fachowcom o niepewnej reputacji – kontrakt na najbliższy mecz z opcją przedłużenia na następny. Oraz opcję dla fachowców obdarzanych zaufaniem – kontrakt na najbliższy mecz z OBOWIĄZKIEM przedłużenia na następny w razie zwycięstwa. O szczegółach można dyskutować, nie upieram się, że obligować do przedłużenia umowy nie może również remis, zwłaszcza odniesiony na wyjeździe.

4) Okażmy szkoleniowcom jeszcze więcej szacunku. Skorzystajmy z chwalebnego przykładu amerykańskiej firmy HubSpot, którego szefowie chcą uważać ją za uniwersytet, dlatego wylanych pracowników nazywają „absolwentami”. Dlaczego nie zastosować tej nomenklatury w tzw. ekstraklasie? Zobrazujmy konkretnym przykładem: oto trener Bartoszek nie byłby obecnie po prostu trenerem zagrożonym utratą roboty, lecz absolwentem Zdroju Ciechocinek, Kanii Gostyń, Unii Janikowo, GKS-u Bełchatów, Pelikana Łowicz, Legionovii, Zawiszy Bydgoszcz, Chojniczanki Chojnice oraz Korony Kielce, który niebawem zostanie jeszcze absolwentem Bruk-Betu Termaliki Nieciecza. Czy nie byłoby wszystkim jeszcze milej?

5) Sklonujmy Michała Probierza, który recenzuje całą resztę świata, ze szczególnym uwzględnieniem sędziów i trenerów zagranicznych, zdecydowanie najchętniej w całej lidze. Czy jest fachowcem tak fantastycznym, jak sugerują wyniki porzuconej przezeń niedawno Jagiellonii, która w ogóle nie odczuła jego odejścia, czy jednak fachowcem z wadami, jak sugerują wyniki Cracovii, która w ogóle nie zyskała na jego przyjściu? Można to sprawdzić tylko tak, że obsadzimy nim i drużynę białostocką, i krakowską. A w dalszej konieczności – umieśćmy go w każdym klubie, co będzie miało również ten zbawienny skutek, że odetniemy od żłoba  trenerów zagranicznych. Rozpanoszyli się ostatnio.

6) Rozlosowujmy drużyny zgłaszane po sezonie do europejskich pucharów. O kolejności w tabeli i tak decyduje przypadek, a podium od strefy spadkowej dzieli około pół punktu, więc wypada uwolnić piłkarzy od gry w permanentnym stresie, który pęta nogi. Zauważmy, że nasi ligowcy są poddani szczególnej, nieznanej gdzie indziej presji – wszędzie gra się albo o utrzymanie, albo o medale, albo o spokój w środku tabeli, natomiast zatrudnieni w tzw. ekstraklasie grają o wszystko naraz. Wynikom w pucharach też nie zaszkodzimy, ilustruje to minione lato, podczas którego najładniej wśród naszych zespołów eksportowych wyglądała Arka Gdynia. Ta sama Arka, która wiosną ledwie ocalała przed degradacją (zawisnęła dwa punkty nad Łęczną), a teraz krząta się wokół ósmego miejsca w tabeli. Niby ligowy średniak, ale nie przeszkodziło jej to w zachowaniu godności w Europie, zazwyczaj dla Polaków wrogiej.

7) Zlikwidujmy spadki, zostawmy tylko awanse. Właściwie co sezon przybywa poszlak, by podejrzewać, że podział na różne poziomy rozgrywkowe jest niesprawiedliwy. Spójrzmy choćby na Górnika Zabrze – wiosnę pożegnał jako wicelider drugiej ligi, a jesienią nikomu się nie kłaniał w pierwszej, ba, gra mu się nawet swobodniej, przeciętną strzelanych goli poprawił znacząco (z 1,56 do okrągłych dwóch na mecz!), zdobywa też więcej punktów. Ja rozumiem, że piłkarze podnoszą umiejętności na każdym treningu i że procentuje praca trenera Brosza, ale żeby aż tak?! Niech zatem tzw. ekstraklasa się rozrasta, niech co sezon przybywają do niej kolejni chętni, niech rozszerza się dopóki, dopóty będzie się rozszerzał wszechświat, niech nasza najnajsza liga będzie turniejem najbardziej demokratycznym i inkluzywnym, niech wreszcie nastanie nieuniknione, wpuśćmy do niej wszystkich, od tego jest chyba dobro wspólne.

18:51, rafal.stec
Link Komentarze (11) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 241
Archiwum
Tagi