Blog > Komentarze do wpisu

Futbol pożerany mackami, czyli sztuka patrzenia

Dezintegracja. Autor: Luke Chuech (http://www.lukechueh.com)

Nigdy nie przepadałem za gromadnym klękaniem przed ekranem z transmisją meczu, z tradycyjnym browarem w dłoni, a na stadionie nigdy nie kręciły mnie płonące świecidełka, rozkładanie kolorowych płacht i inne rozrywki tzw. najzagorzalszych kibiców. Zajmująca była gra, na grze się skupiałem, gry szczególnie intrygujące – jeśli oglądane w telewizji – wolałem śledzić w samotności. Dlatego aż głupio się przyznawać, że nie zauważyłem, jak pustkę wokół fotela wypełnia tłum większy niż kiedykolwiek wcześniej, wydający wpijający się w łeb jazgot, jakiego nie uświadczysz na żadnym stadionie.

Choć sąsiedzi są hałaśliwi, to wcale nie namolni, sam ich zapraszam. Na niemal każdy mecz. Podłączałem się stopniowo, wtyczka po wtyczce, aż nieświadomie osiągnąłem stadium pełnej integracji z maszyną. Dobrze to znacie – patrzysz na boisko, ale również łypiesz na Twittera, podglądasz statystyki na WhoScored, dłubniesz kilka razy w diagramach Statszone, ot, standardowa plątanina aplikacji, u każdego tylko trochę inna, zasada zawsze jest podobna, im ciekawiej dzieje się na boisku, tym ciekawsze, co ćwierkają inni, tym ciekawiej ogarnąć dzianie się konkretem liczb albo potwierdzić na wykresie, kto normalny z doinformowywaniem się będzie zwlekał do przerwy. Cudowne czasy, wreszcie naprawdę łapiesz, co oni tam grają, dopiero teraz o meczu wiesz wszystko albo jeszcze więcej.

Jest tak obficie, że coraz częściej miewam mdłości. I po wszystkim zastanawiam się, dlaczego tak niewiele dojrzałem. Dlaczego mecz rozpadł mi się na kawałki, fragmenty niechętnie sklejają się w całość, piłkę nożną zaczynam mimowolnie redukować do statystyczno-taktycznej arytmetyko-geometrii, z murawy znikają żywi ludzie. Mógłbym rutynowo stęknąć, że nie nadążam w erze multitaskingu, gdyby prawda nie była brutalniejsza. Ja właśnie nadążam. Info płynie jak należy, wszystkimi kanałami, więc koniec z oglądaniem – nie wynaleziono jeszcze gadżetu, dzięki któremu patrzysz na to, na co nie patrzysz (choć mózg oszukuje, np. zataja przed nami, że cały czas widzimy czubek własnego nosa, inaczej byśmy pogłupieli), nawet wyczynowy wielozadaniowiec z jaźnią rozcapierzoną jak ośmiornica może co najwyżej ograniczać straty. A jeśli jednak wytrwam mentalnie wewnątrz meczu do ostatniego gwizdka, po przeskoku do cyferek trafia mnie niekiedy dysonans poznawczy – napastnik wdał się we wściekłą, 80. minutową szturchaninę z oboma stoperami, oni wymordowani zgubili koncentrację i oddech, by popełnić błąd wykorzystany przez napastnika wpuszczonego na boisku w minucie 81., więc na tablicy podsumowań znajduję precyzyjne wyliczenie, że snajper rezerwowy, owszem, został bohaterem, a podstawowy zerem…

Korciło mnie, by dla zgrywy napisać relację z meczu, którego nie oglądałem – ani jednego kopnięcia! – wrzucić ją na blog tuż po ostatniej akcji, przyznać się dopiero w finałowym akapicie. To już nie stanowi najmniejszego technicznego problemu, zresztą lubię obserwować, jak np. anglojęzyczni przywódcy opinii na Twitterze ćwierkaniem w trakcie gry wpływają na pisane lub wygłaszane komentarze, które potem powstają w innych językach, w tym polskim. No i widuję ludzi, którzy nawet na trybunach z trudem odklejają wzrok od ekraników, by od czasu do czasu zerknąć, czy trawa nadal zielona, są zajęci, np. nadają do wirtualiów o tym, czego nie widzą. W nikogo pierwszy nie rzucę smartfonem, sam tu nie jestem bez winy. Rekonfiguracja neuronowych połączeń dokonuje się bez przerwy, niech żyje tryb płytkiego odbioru jako default, głębokie oglądanie będzie pewnie wkrótce rarytasem dla nielicznych, tak jak głęboka lektura – długi zwarty tekst, niepoplamiony rozpraszającymi uwagę linkami – staje się archaicznym dziwactwem z uniwersytetów, i tam już zresztą często nieobowiązkowym.

Nie wiem, jak zapgrejduje mnie wujek Google, który planuje zamienić całą ludzkość w okularników, w każdym razie uwielbiam ten nowy, wspaniały świat, za Chiny Ludowe nie dałbym się zaciągnąć z powrotem do analogowych ciemności. Ale powoli dociera do mnie, ile wysiłku będzie mnie kosztowało opanowanie sztuki coraz trudniejszej – sztuki patrzenia.

sobota, 09 listopada 2013, rafal.stec
Komentarze
2013/11/09 02:17:48
Oj, to współczuję. Bo o ile przez większość czasu mam podobnie, tzn. nie umiem skupić się na jednej treści i poświęcić jej pełnej uwagi - łapię się na tym, że odrywam się co parę minut czy od książki, czy obiadu z rodziną, czy od filmu (ale nie w kinie, kino to świątynia) - o tyle futbol jest dla mnie przestrzenią wyłączoną z tej hiperaktywności. Z reguły włączam TV chwilę przed pierwszym gwizdkiem i na 45 minut skupiam się tylko na grze, nawet gadające w studiu głowy z reguły sobie odpuszczam (chyba że np. są skróty LM). Przed meczem, po meczu, w przerwie - owszem, czytam o meczu chętnie i gdzie się da. W czasie samego kopania - nigdy. Szczęściarz ze mnie. ;p
-
2013/11/09 07:47:23
A bo zamiast bawić się twitterami i innymi takimi, trzeba sięgnąć do klasyki, a w szczególności do Szekspira, który w sonecie bodaj 102 pisał, że słodycz w nadmiarze to rzecz obojętna. Nie pamiętam czy chodziło mu tam o futbol, kuchnię gruzińską, czy może coś jak to, ale w gruncie rzeczy miał rację.
-
2013/11/09 09:45:19
Heh, uwielbiam mecze w samotności. Ale co to za samotność jak oglądam z tłumem na TT
-
2013/11/09 10:15:09
Świetny tekst i kilka ciekawych spostrzeżeń.

Cóż, z patrzeniem jest ten problem, że nie ma nieuteoretyzowanych obserwacji. Z twitterami i narzędziami do analizy statystycznej na żywo poziom uteoretyzowania zdecydowanie rośnie.

A jeśli dodać do tego jeszcze emocje, które wpływają na interpretację (ależ ta Krystyna schrzaniła ten strzał, w słupek w takiej sytuacji | ależ ten biedny Christiano ma pecha, taki piękny strzał i tylko słupek), to łatwo można zrozumieć skąd tyle uwag typu "no chyba inny mecz oglądałeś".
-
2013/11/09 10:23:49
@scv78

Rafał pisze o nowoczesności, technologii, Twitterach i innych Statzonach, a Ty tu tak brutalnie wjeżdżasz Szekspirem. Tak nie wypada. A przecież można bardziej analitycznie, ekonomicznie i zupełnie nowocześnie powiedzieć, że jest to wniosek wynikjący z prawa malejącej użyteczności krańcowej. :)
-
2013/11/09 11:27:08
Dlatego też statystyki itp. czytam po meczu, nie w trakcie :)
-
2013/11/09 11:41:07
Współczuję. Ja tylko oglądam mecz i sam wyciągam wnioski z tego co widzę. Te wszystkie pomoce techniczne zabijają rozum.
-
2013/11/09 13:19:36
a dla mnie jeden mecz to tylko jeden przykładowy meczyk i nic więcej
-
2013/11/09 13:32:33
A zapomniałeś Rafale, że statystyki nie tylko nie wygrywają, ale nawet nie grają. Przecież wygrywa się zawsze albo dzięki... , albo pomimo...
Ale i tak wielkie brawa. Naprawdę nie spodziewałem się, że dziennikarz piłkarski może napisać taki tekst. Ne tylko uznać, że relacje i komentarze pomeczowe nijak się mają do tego co faktycznie się działo na boisku, to jeszcze poszukać przyczyny.
Osobiście w statystykach pomeczowych szukam raczej uzupełnienia wrażeń lub potwierdzenia zjawisk, które widziałem niż opisu meczu.
Natomiast gadżety zamiast oglądania meczu nie wszystko wyjaśniają jako przyczyna fałszowania rzeczywistości. Na pewno nie wyjaśniają tych przedmeczowych idiotyzmów, kiedy gra nasza reprezentacja lub klubowa drużyna mecz w rozgrywkach europejskich. Przecież gdyby przedmeczowe komentarze i informacje oprzeć na statystykach (co ma znacznie większy sens), to siadalibyśmy do meczu mniej zidiociali, a na pewno po jego obejrzeniu bylibyśmy mniej sfrustrowani.
-
2013/11/09 13:57:45
w końcu, nareszcie :D jak długo czekałem na tekst, w którym co drugie słowo jest tak rzadko używane, że właściwie wydaje się jakimś nowym tworem językowym. Dziękuję po raz kolejny za wzbogacenie mojego słownika.
Komentować samą treść jest mi trudno, ja póki co rzadko wykraczam poza samo "oglądanie"
-
2013/11/09 14:15:41
@Rafał: To bardzo ciekawe, co napisałeś. Ja też myślę, że dziennikarze zdający relację z meczów widzą czasem za mało. Czasem, po obejrzanym pełnym meczu czytam w relacji coś innego, niż sam odczułem. Jako przykład podam ostatni mecz Borussii z Arsenalem. Moje wrażenie było takie, że Borussia atakowała przez większość meczu, nie wykorzystując kilku świetnych sytuacji, co wynika z pecha, roztargnienia pojedynczych zawodników (Mchitarian?), ale na pewno nie ze złej taktyki. Arsenal wykonał jedną akcję, przy której piłkarze Borussii zrobili masę błedów, taka kulminacja szczęścia jednych i pecha drugich. Bramka Ramseya to był taki ekwilibrystyczny ping-pong, który był dla mnie dziełem przypadku. No a potem przeczytałem, również u Ciebie, że Borussia to był chaos, a Arsenal majstersztyk.
-
2013/11/09 14:39:02
:) Mam to samo: mecz albo wręcz mecze, whoscored, twitter, czasem statzone, no i od kiedy gram w różne fantasy to łapie się na tym, że czasem przez ten pryzmat oglądam tzn. gol zawodnika X nie jest dla mnie tylko golem ale 4 punktami lub 4 niezarobionymi.
-
2013/11/09 14:53:24
Kolofson - strzał w 10. Mamy tu do czynienia z klasycznym dorabianiem ideologii do faktów.

A do ad remu - Rafał, jakie tradycyjne piwo? Zacząłem oglądać mecze w wieku ok. 5-6 lat i nie było mowy o żadnym piwie, mój ojciec raczej też nie pił, moze czasem, zresztą jakość piwa w latach 80. była raczej kiepska, więc mecz w żadnym razie nie kojarzy mi się z piwem. I też jak oglądam ciekawy mecz, to się nie rozpraszam, a analizy to albo po drugim obejrzeniu na spokojnie, a czytane to tam, gdzie robią to dobrze, np. taktycznie.net, bo te robione przez powszechnie znanych tzw. ekspertów to tragedia.
-
2013/11/09 16:07:39
Zdjazgnozowałem to u siebie już jakiś czas temu i od tego czasu podczas meczu komputer jest wyłączony, po meczu też go nie włączam. Dopiero rano przeglądam co się działo na portalach społecznościowych.
-
2013/11/09 16:10:30
@sibelkacem
Szekspir przewidział wszystko (podobnie jak Lem), więc jego przywołanie zupełnie słuszne!
-
2013/11/09 16:48:58
Dobry mecz jestem w stanie obejrzeć bez żadnych przerw, poza tą jedną regulaminową. Wtedy robi się papu, siusiu i inne przyziemne czynności, a w ciągu 45 min niby jestem w pokoju ciałem, ale z pewnością nie duchem. Całe szczęście, że czasem się takie mecze zdarzą :)

-
2013/11/09 17:00:38
W żadne fantasy ani bukmacherkę się nie bawię właśnie po to, by nie psuć sobie przyjemności rozkoszowania się piłką i posiadania prywatnych sympatii.

Ale mam też inny problem - ciężko zadowolić mi się jednym meczem na raz. Niby oglądam jakiś hit Ligi Mistrzów w TV, ale kusi mnie, żeby włączyć sobie coś równolegle na komputerze i co jakiś czas skontrolować, co się tam dzieje. Albo i ze dwa dodatkowe mecze, bo czemu nie?

Tyle się mówi, że szkoła musi przystosować się do nowoczesnego świata, a ja coraz bardziej przekonuję się, że właśnie nie; im bardziej płytkie i rozproszone jest nasze życie, tym ważniejsze jest wyrabienie zdolności długotrwałego ślęczenia nad kartką, inaczej będziemy mieli upośledzone mózgi.
-
2013/11/10 00:26:04
@ulesław
łatwo można zrozumieć skąd tyle uwag typu "no chyba inny mecz oglądałeś"
I tak jest ich mało. Powinno być tyle, ilu wypowiadających się, przecież właściwie każdy inny mecz ogląda;-)

@alp61
Przecież gdyby przedmeczowe komentarze i informacje oprzeć na statystykach (co ma znacznie większy sens), to siadalibyśmy do meczu mniej zidiociali, a na pewno po jego obejrzeniu bylibyśmy mniej sfrustrowani.
E tam, wystarczyłoby sięgnąć po statystyki z lat 72-82, umiłowanie tradycji u nas ponad wszystko;-)

@kolofsson
potem przeczytałem, również u Ciebie, że Borussia to był chaos, a Arsenal majstersztyk
A kysz, nieładnie zmyślać, w życiu bym takich niemądrości nie napisał.

@bartoszcze, sibelkacem
Szekspir przewidział wszystko (podobnie jak Lem)
Oj, nieprawda. Szekspir nie przewidywał, on rozpisał wszystkim role, a my je od tamtej pory posłusznie odgrywamy, z pokolenia na pokolenie to idzie.

@wersy2
Ale mam też inny problem - ciężko zadowolić mi się jednym meczem na raz.

To rozszerzenie podjętego tematu, na które machnąłem ręką. Nawet jeśli jeden mecz oglądasz, to zdarza się szukanie nowych podniet np. Real prowadzi 44:3, a wiadomo, że na kanale obok Chelsea dostaje z West Brom Ja zupełnie serio przyznaję, że ostatnio zacząłem uczyć się oglądania od nowa. Straciłem kontrolę i teraz niełatwo ją odzyskać.
-
2013/11/10 21:15:31
To jest rzeczywiście znak czasu. Anglosasi nawet termin ukuli specjalny zeby to opisać: "second screening". Chyba jednak największy problem z tym mają ci którzy się tym zajmują zawodowo (np. wlasnie dziennikarze, którzy chcą/muszą przedstawić "pełniejszy" obraz czegoś). A co do zbyt dużej ilości statystyk: nie przesadzalbym z tym. Jak to mówią: jak wychodzę z psem na spacer to statystycznie mamy po 3 nogi:-) także czasem po prostu wolę obejrzeć mecz w tv.(ew. Dzień później przeczytać jedną, dwie analizy)
-
2013/11/10 23:07:37
A Fabregas kolejny świetny początek sezonu... Ciekawe czy poźniej też będzie tak jak zwykle
-
2013/11/10 23:46:43
Przepraszam za podwójny post.
Odnośnie bardzo ciekawego artykułu, wszystkie te problemy to problem bogactwa, jedna z najpoważniejszych chorób cywilizacyjnych trapiących "zachód". Najbardziej przerażająca jest tendencja ludzkości, czyli coraz więcej i więcej- strach pomyśleć co z nami będzie za kilkadziesiąt lat- o ile dożyjemy

Pozdrawiam
-
2013/11/12 13:53:51
Mnie ogólnie wkurza:
a) kult statystyk
b) traktowanie ich wybiórczo

W pewnym towarzystwie, pewne persony dziesiątki razy rzucały we mnie statystykami Barcelony, i to miały być niepodważalne dowody na wielkość tego klubu.

Po niedawny meczu LM Arsenal - Napoli, gdzie Londyńczycy dominowali (ponoć) bezsprzecznie, posłużyłem się prowokacją i napisałem tymże znajomym, że meczu nie oglądałem (co było prawdą) ale ze statystyk wynika, że mecz był dość wyrównany, z delikatnym wskazaniem na Arsenal. Oczywiście nie rozmawialiśmy już o Barcelonie, więc nagle okazało się, że statystyki niczego nie oddają :)

Analogiczne podejście do statystyk można zauważyć u wielu dziennikarzy sportowych. Posługują się nimi gdy są przydatne do poparcia danej tezy.
-
2013/11/12 14:11:49
Dobry tekst, zresztą jak to zazwyczaj już bywa. ;)