RSS
środa, 06 marca 2019

A jednak się kręci

Jak już być może słyszeliście, wyrzucają nas stąd. Z końcem kwietnia z platformy bloxowej zniknie cała twórczość – i notki autorów, i dyskusje znajdujących się pod nimi na forach.

W moim przypadku pożegnanie następuje po blisko 12 latach, 2543 wpisach oraz ponad 100 tys. waszych komentarzy. Kupa czasu, hektolitry wylanych liter. Podejrzewam, że na objętość mógłbym konkurować z wynurzeniami Lenina, a zarazem opadają mnie refleksje o nietrwałości współczesnej cywilizacji, opartej przecież na nadmiarze wytwarzanych przez nas cyfrowych artefaktów (sam się wręcz wstydzę swojej wydajności) – wystarczy pstryknąć, a przepadną, i w ogóle wszystko marność.

Blogować oczywiście nie przestanę, przynajmniej na razie. (Ja chrrrromolę, Manjunajted właśnie wywala Katarczyków z Ligi Mistrzów!!!!!) Wszystkie notki przeniosłem już na platformę Wordpress, a ponieważ zrobiłem to sam, bez niczyjej pomocy i jako skrajny ignorant, z góry proszę o wybaczenie za wszelkie niedoróbki. Zobaczycie tam np. zdublowane w starszych notkach zdjęcia – musiałbym je usuwać ręcznie, czyli ich nie usunę, bo nie dysponuję batalionem botów na posyłki, zresztą nie sądzę, żeby ktokolwiek pasjami wracał do dawnej pisaniny. Nie znajdziecie natomiast swoich komentarzy, których nie mam prawa przenosić, niestety. Ponoć musiałbym uzyskać najpierw zezwolenie od wszystkich autorów.

To jest notka pożegnalna (choć blog jeszcze poistnieje, będę zaglądał na forum), a jutro sporządzę notkę powitalną. Już na nowej planecie, którą chciałem mieć radykalnie odmienną od tej, która na razie istnieje w wersji wstępnej, i na którą, mam nadzieję, polecicie razem ze mną. Będziecie musieli udać się tutaj.

23:24, rafal.stec
Link Komentarze (22) »

czarna dziura, galaktyka, Real Madryt, Liga Mistrzów, FC Barcelona, Bayern Monachium

Gdybym spośród triumfatorów Ligi Mistrzów bieżącej dekady miał wskazać największych wśród największych, kolosów o rozmiarach galaktyki, wybór uznałbym za oczywisty. W kolejności chronologicznej:

1) FC Barcelona według Pepa Guardioli, czyli kandydatka na futbolową seksbombę wszech czasów, która w ostatnie trofeum wystroiła się wiosną 2011 roku, w następnym sezonie padła dopiero w półfinale, a następnie, zaraz po rozstaniu z supertrenerem, nie tyle w Champions League przegrała, co została zburzona. 0:7 w dwumeczu z Bayernem. Doprawdy, skończyła jak galaktyka zassana przez czarną dziurę.

2) Bayern Monachium według Juppa Heynckesa, który zagarnął bezprecedensową w dziejach klubu potrójną koronę, krajowych rywali wręcz tyranizował, Europą też zawładnął w zniewalającym stylu, a następnie, zaraz po rozstaniu z supertrenerem, nie tyle w Champions League przegrał, co został zburzony. 0:4 u siebie z Realem. Doprawdy, skończył jak galaktyka zassana przez czarną dziurę.

3) Real Madryt według Zinedine’a Zidane’a, który – wszystko działo się w niemal niezmienionym składzie – jako pierwszy w epoce Ligi Mistrzów obronił tytuł, potem zdołał dopaść go trzy razy z rzędu, a następnie, zaraz po rozstaniu z supertrenerem (?), nie tyle przegrał, co został zburzony. 1:4 u siebie z Ajaxem Amsterdam. Doprawdy, skończył dzisiaj jak galaktyka zassana przez czarną dziurę.

Historia się powtarza: im bardziej naprężysz muskuły, tym brutalniejszy zbierzesz łomot. Znienacka, nie ma mowy o powolnym zsuwaniu się ze szczytu.

Nie zamierzam sugerować, że zgodnie z zarysowującą się logiką wydarzeń – Barcelona obalona przez Bayern, Bayern obalony przez Real – nadciągają dni chwały Ajaxu (bo obalił Real). Generalnie poszukiwanie powtarzających się wzorców zostawiam innym, niech sobie każdy według potrzeb wywnioskuje, czy katastrofy powoduje zazwyczaj pożegnanie z trenerami, czy zadziało się wręcz przeciwnie, po prostu cwaniacy Guardiola i Zidane idealnie wyniuchali moment, wiedzieli, kiedy ich świat się wypala, więc postanowili się ewakuować. Ja oczywiście sądzę, że na każdy przypadek był zupełnie inny, a na Real zwaliło się zbyt wiele naraz. Odejście i trenera, i Cristiano Ronaldo, nagłe zniechęcenie absolutnie kluczowego w minionych latach Marcelo, ostateczny upadek Garetha Bale’a... Tego mogłaby nie wytrzymać żadna drużyna. Dlatego w odmalowanym wyżej cmentarzysku galaktyk widzę nade wszystko starą piłkarską prawdę, że w tej grze żadne przewidywania nie mają najmniejszego sensu, zwłaszcza jeśli dotyczą prognozowania przyszłości.

Co przepięknie ilustruje futbol holenderski, który jeszcze rok temu spychaliśmy szpadlem do grobu, bo wyglądał na trupa bez śladowych szans na zmartwychwstanie. Akademie nie wychowywały młodych geniuszy, Ajax Amsterdam zniżył się do wygrywania najwyżej w podrzędnej Lidze Europy, reprezentacja zarzynała kibiców w eliminacjach mistrzostw świata i kontynentu, klękając nawet przed Bułgarią czy Turcją. A teraz? Mgnienie oka później? Kadra narodowa rozprawia się z wygrywaczami mundialu Francją i Niemcami, Ajax wysadza w powietrze madryckiego wygrywacza Ligi Mistrzów, Frenkie de Jong podpisuje kontrakt z Barceloną i urzeka na boisku jak-aż-się-boję-powiedzieć-kto, Mathijs De Ligt z Virgilem van Dijkiem chcą chyba zostać duetem środkowych obrońców, jakiego nie ma żadna reprezentacja kraju w Europie.

Niech tylko ta Holandia nie przesadza, bo jeszcze jakaś czarna dziura się uaktywni.

niedziela, 03 marca 2019

Nick Kyrgios, tenis

W sobotę setny turniej w karierze wygrał w Dubaju fenomenalny Roger Federer, ale to była feta nad wyraz spodziewana, więc mnie obszedł raczej odniesiony nazajutrz sukces Nicka Kyrgiosa – nie wiem, czy na pewno tenisisty najbardziej uzdolnionego w swoim pokoleniu, wiem natomiast, że czołowego wśród tenisistów popaprańca. On triumfował na zawodach ATP w Acapulco, oczywiście, jakże by inaczej, w okolicznościach wybitnie specyficznych.

O niezrównoważonym Australijczyku już swego czasu blogowałem. Gdy ten delikwent wkroczy na kort prawą nogą, to jest najlepszym graczem w galaktyce, a gdy wlezie lewą, to jest najgorszym tenisistą w galaktyce. Nie przepada za sportem, który uprawia (woli koszykówkę); nie zwykł przemęczać się na treningach ani trzymać niezbędnej atlecie diety; lekceważenia do obowiązków nie ukrywa, rzekłbym raczej, że swoją dezynwolturę eksponuje; pozwala sobie na chuligańskie wybryki, dlatego mnóstwo kibiców go nienawidzi. Last but not least – drzemie w nim bajeczny talent, więcej możecie przeczytać w tej notce.

W Meksyku Kyrgios wygrał w wybitnie klasycznym stylu.

Najpierw wywołał skandal. W drugiej rundzie zderzył się z wielkim Rafaelem Nadalem i po przegraniu pierwszego seta zamierzał poddać mecz, ponieważ czuł się źle, zresztą już wcześniej narzekał, że walczy z urazem kolana (oba miał obandażowane), łapią go skurcze, zatruł się. Z kortu jednak nie zszedł, a potem tłumaczył, że kierował nim strach – zarówno przed tłumem na trybunach, który go wygwiżdże, jak i przed prasą, która tradycyjnie rozdmucha incydent, sugerując, że Australijczykowi się nie chciało.

Kyrgios poprzestał zatem jedynie na manifestowaniu kiepskiego samopoczucia; demonstrował irytację zachowaniem kibiców oraz rywala, jego zdaniem zbyt leniwego w ruchach między akcjami; w pewnym momencie zaserwował spod ramienia, uderzając piłkę lekko i chcąc posłać ją tuż za siatkę. To zagranie uchodzi dla niektórych za niegrzeczne (aczkolwiek w przypadku stojącego daleko za linią końcową Nadala ma sens), choć więc w tym przypadku kompletnie Australijczykowi nie wyszło, to Hiszpana krew zalała. O czym dowiedzieliśmy się po meczu, gdy Nadal, zazwyczaj patologicznie szarmancki dżentelmen, porwał się na absolutnie wyjątkową dla siebie krytykę rywala: „Nick mógłby wygrywać tytuły wielkoszlemowe, ale znamy powód, dla którego znajduje się tam, gdzie się znajduje. Nie szanuje ani publiczności, ani przeciwnika, ani samego siebie”.

Tenisowy gigant nie wytrzymał, bo Kyrgios przekroczył wszelkie granice bezczelności. Drugiego i trzeciego seta wygrał, w obu przypadkach po wojnie nerwów w tie-breakach, a przy okazji zdołał obronić trzy meczbole. Co więcej, na efektowny wzlot porwał się akurat wtedy, gdy spadł na swoje dno (72. pozycja w rankingu ATP) i wydawało się, że jako poważny sportowiec dogorywa.

Po wyeliminowaniu Nadala żegnały go gwizdy, ale skruchy nie było. Na konferencji prasowej Australijczyk nie zamierzał się z niczego tłumaczyć ani ripostować na komentarze pokonanego rywala, powtarzając tylko, że nikt nie ma prawa go oceniać, bo nikt nie wie, ile on, Kyrgios, w życiu przeszedł; że każdy człowiek jest inny; że każdy ma swój styl.

I już do końca turnieju trwał festiwal jego oryginalnych zagrywek. Australijczyk co rusz gadał do siebie i wchodził w nieprzyjazne interakcje z widownią, wyjaśniając między meczami, że gra lepiej, kiedy czuje wrogość tłumu, że złe emocje otoczenia go napędzają. W ćwierćfinale pokonał Stana Wawrinkę, w półfinale – Johna Isnera, w finale – Alexandra Zvereva. Po przeszło roku bez turniejowych zwycięstw wykosił za jednym zamachem dziewiątego, trzeciego oraz drugiego zawodnika globalnego rankingu.

Dokonał tego wszystkiego oczywiście bez trenera i sprecyzowanych taktycznych planów na mecze, grę urozmaicając czasem tylko z tego powodu, że się na korcie nudził, ewentualnie nie miał ochoty biegać. Miał dość długiej wymiany z głębi kortu, to odpowiadał drop shotem – jak sam zeznawał, niczego tu nie nadinterpretuję.

Kyrgios znów wszystkich zaskoczył, ponieważ ostatnie miesiące poświęcił głównie na konsultacje psychologiczne, zresztą z jego zwierzeń wielokrotnie wynikało również, że jeśli nawet nie choruje na depresję, to miewa stany depresyjne. Intrygująca postać. Po zwycięskim finale przekonywał, że miniony tydzień może otworzyć zupełnie nowy rozdział w jego sportowym życiu, a zarazem przyznał, że wciąż nie umie powstrzymać się przed zachowaniami niedopuszczalnymi dla graczy ze światowej czołówki. Jak tuż przed decydującym starciem ze Zverevem, gdy pognał nad ocean, żeby poszaleć na wodnym skuterze.

On też, jak Federer, obchodził w weekend jubileusz, tylko mniejszy. Wygrał piąty turniej w karierze. W rankingu ATP poprawi się o kilkadziesiąt miejsc, a ponieważ skończył ledwie 23 lata, wciąż wypada dostrzegać w nim gracza przyszłościowego. Jeszcze niejedna publiczność przeraźliwie go wygwiżdże, a może nawet nagrodzi owacją na stojąco.

Tagi: tenis
19:20, rafal.stec
Link Komentarze (18) »
poniedziałek, 25 lutego 2019

Od powyższego pytania naprawdę nie sposób dłużej uciekać, więc postanowiłem dokonać obliczeń. Wyniki znajdziecie w coponiedziałkowym felietonie do „Gazety”, który można przeczytać tutaj.

Tagi: Leo Messi
10:35, rafal.stec
Link Komentarze (45) »
środa, 20 lutego 2019

Liga Mistrzów, FC Barcelona

Kiedy nastaje wiosna w Lidze Mistrzów, na widok Barcelony przypominam sobie o nieszczęśnikach, którzy boją się oddalać od domu. Pewnie słyszeliście: są tacy, co to po prostu nie przepadają za podróżowaniem do innych krajów, ale zdarzają się i osobnicy skrajnie nieprzystosowani, co to wpadają w panikę na myśl o wypadzie do sąsiedniej dzielnicy. Pośród futbolistów na tę osobliwą fobię cierpiał (cierpi?) na przykład Jesús Navas, związany z Sewillą skrzydłowy, który w szczycie przeżywanych niepokojów odmawiał uczestnictwa nawet w zgrupowaniach reprezentacji kraju organizowanych w Hiszpanii. Dlatego najcięższą wojnę musiał wygrać wojnę z własną psychiką – zanim zgodził się polecieć na mundial do RPA. I jeszcze jedną, by podpisać kontrakt z Manchesterem City. Skąd już zresztą zdążył wrócić, oczywiście na sewilski stadion Ramón Sánchez Pizjuán.

Moje skojarzenia z ofiarami patologicznej tęsknoty za domem piłkarze katalońskiego klubu wywołują z powodu szokującego rozszczepienia osobowości, jakiego doznają w pucharowych fazach Champions League. Niezmiennie, od lat.

Spójrzmy na ich ostatnie dokonania wyjazdowe: we wtorek wywieźli 0:0 z Lyonu, a w poprzednich sezonach przerżnęli 0:3 z Romą, wydłubali 1:1 z Chelsea, przyjęli 0:3 od Juventusu, 0:4 od Paris Saint-Germain oraz 0:2 od Atlético Madryt. Bilans: jeden remis, pięć porażek, 1-13 w bramkach.

A teraz wspomnijmy wiosenne mecze Champions League we własnym ogrodzie na Camp Nou, z oczywistych względów rozegrane z tymi samymi rywalami: 4:1 z Romą, 3:0 z Chelsea, 0:0 z Juventusem, 6:1 z PSG, 2:1 z Atlético. Cztery zwycięstwa, jeden remis, 15-3 w bramkach. U siebie rozszarpujemy na strzępy każdego, kto się nawinie, w gościach sparaliżowani przepraszamy, że przed wejściem na murawę nie zdjęliśmy korków, i czekamy, aż naleją nam na pupy. Nie uświadczycie w Lidze Mistrzów innego zespołu, który tyle traciłby po wychynięciu poza rogatki miasta lub odwrotnie – tyle zyskiwałby w świetle swojskiego jupitera. Normalnie królowie galaktyki i króliki doświadczalne w jednym organizmie.

Popularne wytłumaczenia zaskakujących przemian znamy. Obwinia się trenera Ernesto Valverde, który ma chorować nawet nie na nadmierną zachowawczość, co na wrodzone tchórzostwo, i na obcej ziemi nie wykorzystywać w pełni arsenału ofensywnego piłkarzy i przesadnie się zabezpieczać – znamienne, że wtorkowe 0:0 w Lyonie oraz ubiegłoroczne 0:3 w Rzymie łączy obecność Sergiego Roberto w drugiej linii (teraz miejsca Brazylijczykowi Philippe Coutinho nie ustąpił on, lecz atakujący Ousmane Dembélé). Ewentualnie obrywa stetryczały Luis Suárez, który swojego ostatniego wyjazdowego gola w LM wtłukł chyba w XIX wieku.

Łatwiej byłoby to wszystko przyjąć, gdyby nie to, że kapitulanckie skłonności rozkładają Barcelonę tylko w tych w rozgrywkach, i to tylko wiosną. Tottenhamowi potrafi załadować na jego boisku 4:2, Realowi Madryt 3:0 i 3:2, z Atlético 2:1 lub wytrzymać z nim na remis 1:1 – że wspomnę tylko co świeższe mecze z co mocniejszymi przeciwnikami. Wierzę w wyjątkową magię wieczorów uszlachetnionych hymnem Champions League i stawką rund pucharowych, ale bez przesady, El Clásico pozbawione wymiaru międzynarodowego to również nie byle jakie wyzwanie, tu również przerażony Valverde powinien zgłupieć.

W kraju katalońska drużyna panuje więc ostatnio absolutnie, albo zdobywając mistrzostwo (częściej), albo przez minimalną stratę do lidera poprzestając na wicemistrzostwie (rzadziej), natomiast w Lidze Mistrzów – pomimo przytłaczających triumfów na Camp Nou – bilans zaczyna wyglądać żałośnie. I niezbyt zanosi się na poprawę. Postawa rozdwojonej Barcelony kłuje w oczy zwłaszcza przy zuchwałości głównych rywali, piłkarzy Realu Madryt, którzy w Amsterdamie kopią pokracznie, wygrywają niemal wbrew przebiegowi wypadków, ale ich kapitan Sergio Ramos mimo wszystko ma czelność zrezygnować z udziału w rewanżu, bo uważa, że kolegom nic nie grozi (wyprosił dyskwalifikację, blogowałem o tym tutaj). I pewnie słusznie uważa. Jak Barcelona wiosenne podróże po Europie znosi fatalnie, tak królewscy wszędzie czują się jak na podbitych ziemiach – odprawią dziecinnie podrygujący Ajax (2019), rozwalą Juventus, dadzą po łapach Bayernowi i PSG (2018).

Teoretycznie powinni teraz madrytczycy rozglądać się ostrożniej: opuścił ich superpiłkarz Cristiano Ronaldo, na jego pozycji lata dzidziuś Vinicius, wciąż oglądają wymiętego Garetha Bale’a, musieli szybko i w trybie alarmowym pożegnać się z nowym trenerem, tego z kolei zastąpił żółtodziób Santiago Solari, pęd zatracił nawet arcykluczowy w minionych latach Marcelo. To ich samolotem, gdy ruszają w Europę, powinny wstrząsać ostrzejsze turbulencje niż odrzutowcem Barcelony. Doprawdy, nieprzenikniona bywa dynamika wydarzeń – i emocji – na futbolowych szczytach. Katalońskie wiosny w Lidze Mistrzów to ostatnio łamigłówka zbyt odległa od moich możliwości percepcyjnych i poznawczych, żebym zgrywał chojraka: czuję się jak Jesús Navas, któremu kazali zapukać do sąsiada, boję się nawet pomyśleć, gdzie może leżeć rozwiązanie.

poniedziałek, 18 lutego 2019

Kobieta siejąca zamęt. Jest więcej niż żoną króla strzelców ligi włoskiej Mauro Icardiego, stale komentuje sprawy futbolowe w telewizji, bez pardonu recenzuje będącego trenerem jej męża Luciano Spallettiego. I właśnie wstrząsnęła całym Interem Mediolan. Opowieść, której nie umiałem się oprzeć, przeczytacie w coponiedziałkowym felietonie do „Gazety” – jest tutaj.

czwartek, 14 lutego 2019

Real Madryt, Sergio Ramos

Wypada Sergio Ramosowi oddać, co królewskie. Jego bezczelność nie zna granic.

Kapitan Realu Madryt z beztroską otwartością przyznał w środowy wieczór, że z premedytacją popełnił faul, by wymusić na arbitrze wlepienie mu żółtej kartki – równoznaczne z karą zawieszenia na jeden mecz. Dzięki temu ominie go rewanż z Ajaxem w 1/8 finału Ligi Mistrzów i nie będzie ryzykował nieobecności w kolejnej rundzie. Ramos prędko się zreflektował i szczerą deklarację odwołał, ale jest jasne, że sprostował samego siebie wyłącznie z obawy o reakcję UEFA, która może zechcieć nałożyć nań dodatkową dyskwalifikację. Tak, obejrzał kartkę, bo chciał obejrzeć.

Natychmiast odżyła dyskusja, czy to zachowanie niegodne i niesportowe, czy dopuszczalny pragmatyzm, trochę jak tzw. „taktyczny” faul ­w trakcie gry, gdy łamiesz przepisy bez jakiejkolwiek próby czystego odbioru piłki – nikt nikogo nie krzywdzi, mamy jedynie domieszkę niezbędnego w grze dla dorosłych cynizmu.

Bliżej mi do drugiej opinii, ale generalnie dylemat niespecjalnie mnie zajmuje, ponieważ nie sądzę, by kolejna wymiana argumentów mogła tutaj wnieść cokolwiek świeżego i wartego refleksji. Bardziej interesujące są okoliczności, w których Ramos obwieścił – oczywiście między wierszami – że uważa dwumeczową awanturę z Ajaxem za rozstrzygniętą. Ileż trzeba nosić w sobie zuchwałości, pewności siebie, wielkopańskiego poczucia wyższości, by uznać się za zwycięzcę akurat teraz! Przecież madrytczycy nie przedefilowali w Amsterdamie do wielobramkowego zwycięstwa, lecz ledwie doturlali się do 2:1, a od znacznie gorszego wyniku dzieliły ich centymetry! Przecież nie grali z byle pętakami z ligi niedzielnej, lecz z rywalami doskonale wytrenowanymi, którzy wyglądali na boisku lepiej, a jesienią dwukrotnie zatrzymali Bayern Monachium! Przecież również sam Ramos mógł w środę kilkakrotnie skamienieć ze strachu, np. wtedy, gdy przegrał pojedynek z Duszanem Tadiciem i bezradnie patrzył, jak Serb uderza w poprzeczkę! Doprawdy, idealny moment, by ogłosić koniec rywalizacji...

To była spektakularna autodenuncjacja – owszem, Sergio Ramos szanuje przeciwnika, ale szanuje tylko tyci-tyci, raczej teoretycznie, bez przekonania, toteż nie uważa, by jego obecność na boisku w rewanżu była szczególnie potrzebna. Co więcej, gdy zajrzymy w przeszłość, to jego spokój wyda się całkowicie zrozumiały. Jeśli skład Realu Madryt w ostatnich latach niemal się nie zmieniał, to znaczy, że niemal wszyscy piłkarze pamiętają, jak było: począwszy od 2014 roku tylko raz zdarzyła im się wiosną w Lidze Mistrzów przykrość. W 2015 pozwolili się wyeliminować w półfinale Juventusowi. Poza tym wygrywali wszystkie dwumecze i wszystkie finały: z Liverpoolem, Bayernem, Juventusem, Paris Saint-Germain, znów Juventusem, Atlético Madryt, znów Bayernem, Napoli, znów Atlético, Manchesterem City, Wolfsburgiem, Romą, znów Atlético, Schalke, znów Atlético, znów Bayernem, Borussią Dortmund, znów Schalke.

Jeszcze raz, pełna lista ofiar: Liverpool, Bayern, Juventus, PSG, Juventus, Atlético, Bayern, Napoli, Atlético, Manchester City, Wolfsburg, Roma, Atlético, Schalke, Atlético, Bayern, Borussia, Schalke. Do wyboru, do koloru. 18 pokonanych rywali, przy ledwie jednej wpadce. Wije się po Europie ten łańcuch rozkoszy od pięciu lat, czyli w futbolu wieczność. Jak tu nie przyzwyczaić się, że decydujące starcia w Champions League to nasz prywatny bal, innych gości potrzebujemy najwyżej po to, by się w nich poprzeglądać, zachłystywać własnym powabem, mieć komu podać trzewiki do wypastowania na błysk?

Madrytczycy mogą oczywiście rewanż przegrać i ustąpić Ajaxowi – to byłaby okrutna lekcja pokory dla ich kapitana. Na razie jednak przebywają w swoim własnym świecie, na plebs spoglądają z wysokiego zamku, okiem półboga. Pomimo porażek w rozgrywkach hiszpańskich, których w przywoływanych pięciu latach uzbierali mnóstwo, oraz tarapatów, w jakie wpadli na początku bieżącego sezonu, przy hymnie Ligi Mistrzów niesie ich poczucie własnej wartości o rozmiarach być może niedostępnych dla nikogo w Europie, wątpię, czy na manewr Ramosa (rezygnację z rewanżu z Ajaxem po wygranej 2:1) porwaliby się Gerard Piqué, Giorgio Chiellini albo liderzy defensywy z innych wielkich klubów. Czy byliby w ogóle w stanie o nim pomyśleć. Są w futbolu wyższe sfery, a gdzieś nad nimi unosi się Real Madryt.

18:53, rafal.stec
Link Komentarze (29) »
wtorek, 12 lutego 2019

Atalanta

Pozwólcie, że opowiem wam o ciekawej krainie, która leży nie aż tak daleko stąd – za ledwie kilkoma górami i lasami – ale niekoniecznie o niej słyszeliście. Choć powinniście słyszeć. Zwłaszcza teraz, gdy dzieją się rzeczy intrygujące, może nawet fascynujące, na pewno unikatowe w skali Europy.

Każdy, kto się tam urodzi, dostaje w prezencie koszulkę klubu piłkarskiego Atalanta. Dosłownie każdy – tradycja obejmuje wszystkie szpitale położnicze z miasta Bergamo lub przyległości, więc w ostatnim zarejestrowanym roku kandydatów na przyszłych fanów przyszło na świat 8702, począwszy od Jianlin, dziewczynki pochodzenia chińskiego.

Rodzinność klubu ucieleśniają też kolejni prezesi, niezmiennie wywodzący się z sąsiedztwa. Od 2010 roku rządzi Antonio Percassi – pełnił tę funkcję także w latach 90., wcześniej był w Atalancie piłkarzem (uciekł tylko na sezon wieńczący karierę, do Ceseny), uczył się tam wreszcie gry jako junior. Spędził z drużyną całe życie, godząc pasje sportowe z biznesem, i albo sam produkował kosmetyki czy buty, albo dawał się wynajmować globalnym markom, jak Victoria’s Secret, LEGO czy Nike. Podobnie przebiegały kariery jego poprzedników – raczej mecenasów niż sponsorów i menedżerów, nierzadko dziedziczących obowiązki z pokolenia na pokolenie. Władza należała m.in. do dynastii Ruggerich czy rodu Bortolottich, którego najstarszy przedstawiciel, o antycznym imieniu Achille, finansował jeszcze klinikę i dom spokojnej starości, a do pensjonariuszy zachodził pograć w karty.

Mamy więc młodocianych kibiców i dojrzałych prezesów, a między nimi zawsze byli piłkarze, czyli szczęściarze, którzy od dekad mogą liczyć na bardzo staranne wykształcenie. Atalanta świetnie bowiem szkoli i wyprawia w wielki świat (Dom Młodych i cały proces edukacji od ponad ćwierćwiecza nadzoruje oczywiście ten sam Mino Favini), tylko w ostatnich kilkunastu miesiącach eksportowała wychowanków do Juventusu (Mattia Caldara), Milanu (Franck Kessié, Andrea Conti) czy Interu (Roberto Gagliardini).

Zanim jednak bergamczycy wyruszą na podbój obcych muraw, zawsze zdążą trochę powygrywać. „Trochę” w liczbach bezwględnych, bo jak na swoje rozmiary osiągają mnóstwo – zdarzyło im się zdobyć Coppa Italia (dwukrotnie wystąpili w finale), a w Serie A spędzają właśnie 58. sezon, choć żaden inny klub z miasta o ludności mniejszej niż 150 tys. nie przetrwał tam nawet 40 edycji. Tymczasem Bergamo liczy ledwie 120 tys. Dlatego Atalanta  słynie we Włoszech jako największa wśród małych drużyn, dlatego dosłużyła się tytułu „Królowej Prowincji”. I jest dumna z pewnego nietypowego rekordu – otóż przed dwiema dekadami, grając w Serie B, awansowała do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów. To najlepszy wynik drugoligowca w dziejach kontynentalnych rozgrywek UEFA.

Ale wspominam o niej dzisiaj nie dlatego, że pięknie było kiedyś, w odległej starożytności, lecz dlatego, że tu i teraz jest piękniej niż kiedykolwiek w przeszłości. I z powodu treści, i z powodu formy. I dzięki wynikom, i dzięki sposobowi, w jaki Atalanta pruje po zwycięstwa.

Jej belle epoque otworzyło zatrudnienie Gian Piero Gasperiniego – słabiej obeznani z włoskim futbolem mogą kojarzyć go z pechowcem, którego Inter Mediolan wykopał kiedyś z pracy po pięciu meczach. W sezonie 2016/17 ten trener zaciągnął Atalantę na najwyższe w historii, czwarte miejsce w lidze (przywrócił jej europejskie puchary, po 26 latach przerwy). W sezonie 2017/18 podpisał swoim nazwiskiem siódme miejsce. W trwającym właśnie sezonie 2018/19 znów krąży w pobliżu podium, tracąc ledwie punkcik do Milanu – i właśnie tyle dzieli ich od pozycji, której zajęcie pozwoliłoby im zadebiutować Lidze Mistrzów. Im, dysponującym ledwie 14. budżetem płacowym w całej Serie A, od dekad totalnie zdominowanej przez kluby z metropolii.

Nade wszystko urzekają jednak piłkarze Gasperiniego stylem, w jakim rozprawiają się z bogatszymi od siebie. Zamiast szukać bowiem sposobu na ukrycie swych mankamentów – i uprawiać futbol ostrożny, wzorem innych drużyn świadomych swoich mankamentów – preferują grę bezkompromisową, pełną przygód i gwarantującą nieoczekiwane zwroty akcji. Ich skłonności ładnie oddają mecze z Romą, z którą dwukrotnie zremisowali 3:3, tyle że jesienią przeputali prowadzenie 3:1 (na wyjeździe), by przed dwoma tygodniami ocaleć pomimo przegrywania 0:3 (u siebie). Jeszcze efektowniej prezentuje się całokształt. Atalanta nastrzelała dotąd więcej goli niż ktokolwiek w Serie A, włącznie z hegemonem z Turynu, a ponieważ w rozgrywkach pucharach jeszcze bardziej nie zna umiaru, to w czołowych futbolowych państwach znajdziemy tylko cztery zespoły skuteczniejsze – Barcelonę (lider ligi hiszpańskiej), Borussię Dortmund (lider ligi niemieckiej), PSG (lider ligi francuskiej), Manchester City i Liverpool (liderzy ligi angielskiej). Na huczniejsze kanonady stać tylko absolutnych potentatów!

Kiedy grasz przeciwko Atalancie – nazwę wzięła z mitologii, zresztą klub ma przydomek Dea, czyli Bogini – niebezpieczeństwo grozi ci zewsząd. Możesz paść pod naporem Duvana Zapaty, kompletnie odmienionego napastnika z odzysku, który odpala pociski szybciej nawet od naszego Krzysztofa Piątka (18 goli w ostatnich 12 spotkaniach, jedyna taka seria w Europie!), a możesz oberwać od każdego z obrońców, którzy razem wzięci zdobyli już 16 bramek (znów: bezkonkurencyjni w czołowych ligach na kontynencie!). Zresztą ofensywne zasługi generalnie rozkładają się w Bergamo na tabun zawodników, pozostaje tylko wypatrywać, aż koledzy natchną Arkadiusza Recę i uziemiony Polak również wreszcie pouczestniczy w bajecznej podróży, być może niepowtarzalnej. Bo ile to jeszcze potrwa? Szczegółów nie znamy, ale wiadomo, że znacznie krócej niż wieczność.

Prezes Percassi, który ponoć już kilka razy podczas meczu prawie wykorkował, obwołuje teraźniejszość najwspanialszym okresem w dziejach klubu i przysięga, że Gasperiniemu, jeśli ten zechce, nie odbierze posady dozgonnie. Przysięga kłamliwie – los każdego trenera jest przesądzony w dniu podpisania kontraktu, trzeba tylko poczekać na kilka porażek, w sporcie nieuniknionych. Na razie jednak cała atalancka rodzima cieszy się chwilą, którą zrodziła, co dodatkowo interesujące, ucieczka od tradycji. Oto klub przyzwyczajony do uporczywego promowania wychowanków przystał na ściąganie piłkarzy zbieżnych ze specyficznymi wymaganiami Gasperiniego – a sam przetrzymuje obecnie na wypożyczeniu aż 76 zawodników (!), co stanowi prawdopodobnie rekord świata. W każdym ja nigdzie nie dokopałem się dłuższej listy.

Próbowałem też wynaleźć jakąś włoską drużynę, która w bieżącym sezonie dostarczałaby tzw. bezstronnym widzom intensywniejszych wzruszeń. Nie zdołałem. Poczytałem więc o antycznej Atalancie, która z niechęci do zamążpójścia rzuciła adoratorom szczególne wyzwanie  – oświadczyła, że poślubi tylko mężczyznę potrafiącego pokonać ją w biegu, a jeśli to ona prędzej wpadnie na metę, zalotnika zabije. Okrutne. I radykalne jak usposobienie Atalanty. Jako wielbiciel przygotowuję się psychicznie, że z jej powodu może zginąć nawet mój Milan (rywalizują o awans do Ligi Mistrzów, bezpośrednie starcie w sobotę). Wiem przecież, że gdyby zliczyć wyniki z ostatnich trzech sezonów, to miałaby okazalszy bilans niż obaj jej sąsiedzi ze stadionu San Siro i okazałaby się najsilniejsza w regionie. Widziałem też, jak przed kilkoma chwilami zrównała z murawą Juventus, wyrzucając go z Coppa Italia. Uśmierciła obrońców trofeum, którzy zamierzali podnieść je po raz piąty z rzędu.

Wygrała 3:0. Ależ ciosy spadły na turyńczyków! Odkąd do szatni Juve przed pięcioma laty wszedł trener Massimiliano Allegri, tak brutalnie potrafiły zdzielić ich tylko Barcelona oraz Real Madryt.

23:33, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
środa, 30 stycznia 2019

AC Milan, Krzysztof Piątek, Robert Lewandowski, Arkadiusz Milik

I tak oto zupełnie niespodziewanie, nie wiadomo skąd i dlaczego, nasz legendarny brak futbolowego systemu szkolenia zyskał w Europie markę. Zaczął być kojarzony nie z pojedynczym nazwiskiem, lecz z konkretną, wymagającą wysokich kwalifikacji specjalizacją. Obcokrajowcy nam zazdroszczą, i nie mówię tu o byle obcokrajowcach prowincjuszach z zapadłych dziur, mówię o obcokrajowcach, którzy w naszych oczach należą do lepszego świata. Nawet oni rozpoznają polski znak jakości.

Ale po kolei.

Niniejszą notkę powinienem oczywiście poświęcić wiadomemu napastnikowi, który od weekendu zaszczyca swoją obecnością skład AC Milan, ale zajmowałem się nim w trzech poprzednich wpisach, a przez ponad 11 lat istnienia bloga jeszcze nigdy nie zdarzyło się – jestem tego absolutnie pewien – żebym zaatakował czytelników tak monotematyczną serią, skupioną na sylwetce jednego człowieka. Aż nadto wystarczy nam egzaltacji redaktorów „La Gazzetta dello Sport”, którzy zdjęcie Krzysztofa Piątka wywalali na okładkę 11 z 13 ostatnich wydań (!) tego największego włoskiego dziennika sportowego. Niech się podniecają, my do swoich goleadorów przywykliśmy i będziemy reagować ze stonowaną godnością, dostojnie.

Nie ucieknę jednak od 23-letniego piłkarza jako elementu współtworzącego polski tercet kanonierów. Robert Lewandowski, Arkadiusz Milik i Krzysztof Piątek to przecież eskadra, jakiej pragnęliby selekcjonerzy niemal wszystkich drużyn narodowych w Europie. Nawet jeśli nie sposób upchnąć wszystkich w podstawowym składzie, to gwarantują najwyższy komfort – siły ognia nie odbierze reprezentacji kontuzja, w razie czyjegoś słabego meczu lub zmęczenia można w trakcie gry sięgnąć do fantastycznie wyposażonej rezerwy. Wszyscy reprezentują renomowane kluby, wszyscy prawdopodobnie zagrają w następnej edycji Ligi Mistrzów, wszyscy kręcą się wokół szczytu klasyfikacji strzelców rozgrywek krajowych. Gdybyśmy chcieli wskazać nacje bogatsze lub porównywalnie bogate na środku ataku, to poprzestalibyśmy na Anglii, gdzie są Harry Kane, Marcus Rashford i Raheem Sterling (trochę naginam, to skrzydłowy), Francji dysponującej Kylianem Mbappe, Antoine’em Griezmannem i choćby Alexandrem Lacazatte’em, Hiszpanii mającej Paco Alcácera, Diego Costę i Álvaro Moratę, oraz Belgią uzbrojoną w Romelu Lukaku i Driesa Mertensa. To tyle. A już bez chwili zawahania każdego z naszych snajperów adoptowaliby podziwiający ich z bliska Niemcy, którzy potrafią łatać środek ataku niejakim Markiem Uthem, oraz Włosi, którzy rozważają powrót do powoływania Fabio Quagliarelli, weterana już 36-letniego (jutro obchodzi urodziny, a gra wspaniale, to fakt). Naprawdę, na tle Europy czerpiemy ze złóż arcybogatych, trener Jerzy Brzęczek ma napastników jak Holandia tulipanów, jak Brazylia kawy, jak Kongo koltanu. Możemy się asekurować, apelować o umiar w rozsypywaniu komplementów, zamartwiać się, czy aby jutro Piątek się nie zablokuje. Ale są jeszcze twarde dane. Nasze trio nastrzelało już w bieżącym sezonie klubowym 57 goli.

Co oczywiście ani nie obiecuje sukcesu w futbolu reprezentacyjnym, który wymaga porządnego obsadzenia innych części boiska oraz porządnego pomysłu na grę, ani nie czyni z naszego kraju kopalni talentów. Sprawia jednak, że Polska staje się międzynarodowo rozpoznawalna jako fabryka napastników. No, może minifabryka. Wpiszcie sobie w rozmaite internetowe wyszukiwarki zbitkę nazwisk Lewandowski, Milik i Piątek, a przekonacie się, że nie tylko my, spoglądający na na rzeczywistość przez biało-czerwony filtr, zauważyliśmy zjawisko – znajdziecie westchnienia do naszych napastników we wszystkich językach świata.

Na moją wyobraźnię wciąż ze szczególną mocą działa przypadek Mariusza Stępińskiego, któremu ostatnio trudno dochrapać się choćby powołania do szerokiej polskiej kadry – nie wspominając o wpuszczeniu go na boisko. Kopie w słabiutkiej drużynie, ale w minionych 10 miesiącach wbijał gole kolejno: Milanowi, Napoli, Interowi, Crotone, Juventusowi, Romie, Cagliari, Parmie i Fiorentinie. Przecież ten facet dekadę temu zmonopolizowałby czołówki wszystkich polskich mediów sportowych, klękalibyśmy i wyśpiewywali serenady, z lotniska na zgrupowanie reprezentacji podróżowałby niesiony w lektyce! A dzisiaj selekcjoner wyniośle go ignoruje, nie wywołując w dodatku niczyjego oburzenia. Już całkiem zapomnieliśmy, że polski gol w Serie A padał z grubsza raz na 10 lat, choć doświadczaliśmy tej klęski żywiołowej całkiem niedawno, właściwie przed kilkoma chwilami.

Skąd się wzięła zmiana, jeszcze nie ustalono, nadal obowiązuje konsensus o beznadziejnej organizacji naszej piłki, który zresztą zasadniczo podzielam. Tym więcej przyjemności daje ów paradoks – oto akurat w mrocznych czasach dla polskiej reprezentacji i polskich klubów pojawił się efektowny polski znak firmowy. Za mojego świadomego życia świat łączył z naszym futbolem co najwyżej niezłą szkołę bramkarzy, teraz na horyzoncie rozbłysnął zalążek szkoły napastników. I nieważne, czy ona istnieje, czy w żadnym razie nie istnieje, nikt nam nie każe ujawniać całej prawdy, nikt niczego nie zdemaskuje, z niczego nie musimy się przed nikim tłumaczyć, wszak stare piłkarskie porzekadło głosi, że liczy się to, co w sieci.

poniedziałek, 28 stycznia 2019

O Krzysztofie Piątku jako opowieści z innej epoki, z czasów, gdy w futbolu istniała jeszcze tajemnica. Cotygodniowy felieton do „Gazety” można przeczytać tutaj.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 254
Archiwum
Tagi