Blog > Komentarze do wpisu

Moneyball

Moneyball, Brad Pitt, sabermetria w Champions League. Fot. Sony Pictures

Wchodzący na nasze ekrany hollywoodzki przebój opowiada o micie wielbionego w Ameryce baseballu, który zainspirował rewolucję w całym sporcie - także piłce nożnej. Rewolucję wznieconą, gdy na boiska wtargnęła matematyka.

Yogi Berra - były baseballista i trener tak legendarny, że imię na jego cześć dostał miś z kreskówek wytwórni filmowej Hanna-Barbera - słynął z niezapomnianych bon motów. Na pytanie o tajemnicę sukcesu w jego dyscyplinie odpowiadał, że „w 90 proc. decydują o nim atuty mentalne, a w drugiej połowie atuty atletyczne”. Na pytanie, dlaczego przestał jadać w restauracji Ruggeri's w St. Louis: „Nikt już tam nie chodzi. Za duży tłok”. Przysięgał też, że „co najmniej połowa kłamstw, które o nim rozpowszechniają, to bzdury”.

Nie upychałbym w akapicie cytatów wyjętych z kompletnie odmiennych okoliczności, gdyby nie tchnęły logiką charakterystyczną dla stereotypowego trenera sprzed lat - nie baseballowego, lecz w dowolnym sporcie zespołowym. Drużynami tradycyjnie nie kierowali zimni racjonaliści o analitycznych umysłach, lecz szamani ufający własnemu doświadczeniu, intuicji czy wręcz nieokreślonemu instynktowi. Przetrwali zresztą do dziś. Selekcjoner naszej kadry futbolowej Franciszek Smuda chętnie przyznaje, że przed podjęciem decyzji taktycznej wsłuchuje się w głos z nieba, laptop służy mu za podstawkę pod herbatę, a klasowego gracza rozpoznaje po sposobie, w jakim stawia kroki na schodach. Ale najwybitniejsi piłkarscy fachowcy stawiają na metody naukowe, serio myślą o sformułowaniu ogólnej teorii wygrywania.

Dlatego proszą o pomoc głównego bohatera „Moneyball”.

Ten bohater to rebeliant, który odrzuca wszystkie święte zasady budowania drużyny udoskonalane przez przeszło sto lat istnienia baseballu. Postanowi je odrzucić, gdy jako generalny menedżer dysponujących wielokrotnie niższym od konkurentów budżetem Oakland Athletics zrozumie, że w mistrzostwach Ameryki jest skazany na klęskę. Jego gwiazdy uciekają do hojniejszych pracodawców, a na wartościowych następców go nie stać. Rywale szydzą, że jest dostarczycielem organów dla bogaczy.

Zdesperowany Billy Beane (postać autentyczna, w Oakland rządzi do dziś, w filmie gra go Brad Pitt) bierze na asystenta przypadkowo poznanego Petera Branda (postać fikcyjna, będący jej pierwowzorem Paul DePodesta nie zezwolił na użycie swojego nazwiska, w filmie - Jonah Hill), absolwenta ekonomii w Yale i matematycznego geniusza, który opracował niekonwencjonalną, radykalną koncepcję selekcjonowania zawodników.

Ten otyły, fajtłapowaty jajogłowy w okularach, sprawiający wrażenie niezdolnego do przetruchtania kilku metrów do autobusu, zderzy się z przywiązanymi do starych schematów trenerami i skautami, czyli fachowcami zajmującymi się oceną kompetencji graczy. Oni wiedzą, co czyni baseballistę znakomitym: dzięki dobrej koordynacji oko - ruch celnie piłkę rzuca lub odbija pałką; dzięki fizycznej sile mocno ją rzuci lub daleko wybije; dzięki talentowi sprinterskiemu będzie zdobywał tzw. bazy; dzięki specyficznej boiskowej inteligencji właściwie oceni zamiary przeciwnika i wybierze możliwie najkorzystniejszy sposób odbicia piłki; dzięki zdolności błyskawicznego podejmowania decyzji wybierze optymalne rozwiązanie taktyczne. Słowem, do sukcesu niezbędny jest cały szereg zalet atletycznych i mentalnych.

Fanatyk statystyk Peter Brand myśli inaczej. Rekomenduje zawodników z rzucającymi się w oczy wadami, przez konkurencję notorycznie odrzucanych, którzy jednak dysponują pojedynczą pożądaną u klasowego baseballisty cechą w stopniu wybitnym. A potem sportowców uznanych niekiedy wręcz za przypadki beznadziejne ustawia tak, by się wzajemnie uzupełniali. Strategię opiera na maskowaniu ich przywar i eksponowaniu zalet, planuje perfekcyjnie zsynchronizowaną współpracę grupy, chce wynieść grę na wyższy poziom zespołowości.

I prowokuje nieuchronny konflikt. Siwiejący klubowi skauci wściekają się, że wpycha im do szatni patałachów, a gołowąs odpowiada algorytmami, które mają rzekomo obiecywać zwycięstwa. Kompromis ani nawet dyskusja są niemożliwe, strony mówią innymi językami. W trakcie sezonu menedżer Billy Beane odsprzedaje konkurencji czołowego gracza Oakland, inaczej bowiem nie jest w stanie nakłonić trenera (Philip Seymour Hoffman), by ten składał drużynę w sposób zalecany przez Branda.

Riders zaczynają wygrywać. Seryjnie. Ustanawiają rekord wszech czasów, zwycięską passę rozciągając do 20 meczów. Mistrzostwa przy swoich ograniczeniach nie zdobywają, ale wyciskają maksimum z haniebnie skromnego budżetu. Kiedy ich metodę przejmują bogacze z Boston Red Sox, zdobywają tytuł, na który czekali 86 lat.

Każde drgnienie mięśnia

Fabuły Bennetta Millera nie wolno oglądać jak rzetelnej w szczegółach najnowszej historii baseballu, ale oddaje ona klimat wielkiego, niemal cywilizacyjnego przełomu w zawodowym sporcie, w którym epokę romantyczną, przepełnioną spontanicznością i naznaczoną przesądami, wyparła nowoczesność - wierząca w wysoką technologię, minimalizowanie kosztów i maksymalizowanie zysków, usiłująca zamienić gry zespołowe w naukę ścisłą.

Amerykanie od lat 90. rozwijają sabermetrię, wyrafinowaną analizę statystyczną dążącą do „znalezienia obiektywnej wiedzy o baseballu”, której nazwę wywiedli z akronimu SABR oznaczającego organizację Society for American Baseball Research zajmującą się popularyzacją dyscypliny. Propagowali ją i uprawiali ludzie spoza środowiska. Jak astronauta Eric Walker, poeta Carson Cistulli, ekonomista Bill James, biolog David Smith czy statystyk Nate Silver, który system do prognozowania przebiegu karier zawodników wykorzystywał z powodzeniem w polityce. W 2008 roku przewidział zwycięzców wyborów do Kolegium Elektorskiego w 49 z 50 stanów i wyniki rywalizacji o wszystkie 35 miejsc w Senacie.

Fascynaci baseballu byli pionierami w świecie gier drużynowych, ten sport bowiem wyklucza indywidualne akcje - w przeciwieństwie do płynnych piłki nożnej, koszykówki czy hokeja na lodzie. Futbolowy wirtuoz Diego Maradona, koszykarski Michael Jordan czy hokejowy Wayne Gretzky mogą przemierzyć całe boisko i przedryblować wszystkich przeciwników, w baseballu do triumfu prowadzi wyłącznie oparta na schemacie praca zbiorowa.

Ale nauka wdarła się wszędzie. Zwłaszcza tam, gdzie kluby sportowe rozrosły się w globalne korporacje obracające setkami milionów euro rocznie. Jeśli klasowy futbolista zarabia co najmniej 1-2 miliony za sezon, to warto wynająć tabun analityków, którzy zredukują ryzyko błędnego wyboru. I pozwolą objąć kontrolą każdą sekundę gry.

Dlatego kluby z czołowych lig starają się umieścić w bazie danych każde drgnienie każdego mięśnia piłkarza przebywającego na murawie. Wykorzystują technologię używaną w lotnictwie, by sprowadzić mecz do ciągu liczb i umożliwić trenerom rozszyfrowywanie go ze sprawnością Cyphera z „Matrixa”, który w pulsujących na monitorze sznurach cyfr „nie dostrzegał już kodu, lecz brunetki, blondynki i rudowłose”. Dzięki komputerowym programom, których jednorazowe użycie kosztuje kilkanaście tysięcy euro, trenerzy wiedzą, jaki dystans przebiegli przez 90 minut ich gracze, ile razy ruszyli pełnym sprintem, jak często truchtali, czy chętniej podają piłkę na prawe skrzydło, czy na lewe, czy podają ją celnie w 50 proc., czy wręcz w 80 proc. prób, czy swoją obecnością w składzie zwiększają - np. umiejętnym poruszaniem się - odsetek dokładnych podań całej drużyny.

Najcenniejsze jest to, czego ludzkie oko nie wychwyci. Jeden z trenerów orędowników naukowej rewolucji w piłce, zwany „Profesorem”, ekonomista z wykształcenia Arsene Wenger najchętniej zatrudnia futbolistów potrzebujących maksymalnie 3,2 sekundy na sekwencję: przyjęcie piłki - podjęcie decyzji - podanie. Kto reaguje choćby o 0,1 sekundy wolniej, musi zachwycać bajeczną techniką lub innym olśniewającym atutem, by wyszarpać kontrakt w londyńskim Arsenalu.

A ci, którzy już tam grają, poznają do bólu obiektywne przyczyny trenerskich decyzji. Gdy w 2002 roku znakomity, lecz starzejący się napastnik Dennis Bergkamp z pretensją w głosie zapytał, dlaczego zaczął być regularnie odwoływany z boiska w końcówkach meczów, zobaczył komputerowy wydruk i usłyszał: „Popatrz, po 70. minucie zaczynasz biegać znacznie mniej. Po co masz tracić siły, skoro maleje szansa, że strzelisz gola? Nie wolisz zaoszczędzić energię na następną kolejkę?”. Gdy w 2004 roku Wenger chciał pozyskać piłkarza środka pola o wytrzymałości maratończyka, odsiał wszystkich kandydatów przemierzających w trakcie gry mniej niż 14 km i zaproponował pracę niezbyt jeszcze znanemu, wyłowionemu z Olympique Marsylia nastolatkowi Matthieu Flaminiemu.

Wenger to nienasycony innowator, nad stworzeniem najdoskonalszego narzędzia do analizy meczu pracował z zaangażowaną w sport firmą paliwową, dzięki czemu powstał oceniający występ piłkarza Castrol Performance Index. Program dzieli boisko na sektory i każdemu przypisuje współczynnik prawdopodobieństwa, że drużyna konstruująca akcję ofensywną strzeli gola, jeśli ma piłkę w tym właśnie sektorze. Następnie wartościuje wszystkie zachowania gracza - jeśli dzięki jego odbiorowi, podaniu czy dryblingowi rośnie/maleje szansa na bramkę, to można ten wzrost/spadek podać w liczbach. A po ostatnim gwizdku liczby zsumować. Wnioski zależą od inteligencji i kreatywności trenerów. Wenger po każdym meczu otrzymuje 60-stronicowy raport.

Uderzanie głową

Trenerzy często potrzebują wsparcia, zanim nauczą się wyciągać z danych właściwe wnioski. Autor znakomitych książek o futbolu Simon Kuper wytropił, dlaczego jeden z najwybitniejszych fachowców w historii, Alex Ferguson z Manchesteru United, podjął w 2001 roku sensacyjną decyzję o sprzedaniu do rzymskiego Lazio obrońcy Jaapa Stama. Prasa przypuszczała, że piłkarz rozjuszył szefa wydaniem autobiografii ujawniającej sekrety szatni, tymczasem studiujący statystyki trener zauważył, że Holender coraz rzadziej odbiera piłkę rywalowi. I uznał, że piłkarz, dobiegający wówczas trzydziestki, wszedł w smugę cienia.

Stam spędził jednak jeszcze kilka udanych sezonów w lidze włoskiej, bo Ferguson źle zinterpretował dane. Jego gracz nie wchodził w bezpośrednie starcia, bo nie musiał - nabrał doświadczenia, mądrzej się przemieszczał po murawie, lepiej przewidywał następstwo zdarzeń, więc dopadał piłki, zanim dotarła do przeciwnika.

Najbardziej spektakularny w nowożytnym futbolu błąd transferowy, którego istotę pojęliśmy m.in. dzięki wynalezieniu baseballowej sabermetrii, popełnił Real Madryt. W 2003 roku pragnący stworzyć drużynę wszech czasów prezes Florentino Perez pozbył się Claude'a Makelele. Ten specjalista od boiskowej czarnej roboty - jego zadanie polegało na neutralizowaniu ataków rywala - wolno biegał, miał marną technikę, nie umiał grać głową, kopał piłkę tylko na odległość kilku metrów, zazwyczaj wybierał zagrania bardzo bezpieczne - do tyłu i w bok. Co więcej, przekroczył trzydziestkę. Kompletnie nie pasował do kolekcjonowanych w Madrycie megagwiazd obwołanych nośnym marketingowo „Galacticos”.

Po transferze złożony z wirtuozów Real popadł jednak w kryzys, a nieefektowny Makelele przeżył pięć pięknych lat w londyńskiej Chelsea, która niebawem - po pół wieku - odzyskała mistrzostwo Anglii. Tłumaczy Mike Forde, opiekun liczącego 32 miliony danych zbioru analiz 13 tys. meczów, który latał na pielgrzymki do Oakland, by poznać metodologię sportretowanego w „Moneyball” Billy'ego Beane'a: „Oglądając mecz, nie dostrzeżesz Makelele. Oglądając dane, stwierdzisz, że wszędzie go pełno. Większość graczy pracuje najintensywniej, kiedy jest zwrócona twarzą do bramki przeciwnika, najchętniej w fazie ataku. Francuz aktywizuje się, kiedy piłkę ma przeciwnik. Wykonuje wtedy 84 proc. pracy na poziomie wysokiej intensywności, to dwukrotnie więcej niż partnerzy z drużyny”.

Wzgardzony w Madrycie piłkarz zyskał taką renomę, że dziś zleca się jego następcom, by odgrywali „rolę Makelele”. Ale niewyraźny był do bólu. Goli nie strzelał wcale, więc po dwóch sezonach podczas meczu kończącego mistrzowski sezon Chelsea koledzy zaciągnęli go do wykonywania rzutu karnego. Nawet wtedy, stojąc samotnie przed bramkarzem, nie trafił do bramki. Udało się dopiero po dobitce.

Wysłannicy klubów piłkarskich najpierw latali po naukę do baseballowych guru od analizy gry, a następnie podjęli współpracę z firmami Prozone, Amisco czy Opta, które proponują coraz bardziej zaawansowane obliczenia rozbijające mecz na 2500 tworzących go incydentów i 350 różnych zachowań piłkarzy. Najtrudniej było odmienić mentalność trenerów, naukowcy skarżyli się, że w wielu szatniach najmocniejszej na świecie ligi angielskiej panuje „antyintelektualna atmosfera” i głęboka nieufność wobec wszystkiego, co wyliczy program, jeśli nie widać tego okiem nieuzbrojonym. - Rozmowy z trenerami przypominają uderzanie głową w ceglany mur - mówił dr Bill Gerrard z uniwersytetu w Leeds. Ale w końcu mur runął, dziś wszyscy zatrudniają armie analityków i opieczętowują ich odkrycia klauzulą „ściśle tajne”.

Rewolucję przyspieszyły zacieśniające się biznesowe związki amerykańskiego i europejskiego sportu. Gdy zwycięzcę piłkarskiej Ligi Mistrzów Liverpool kupił właściciel wspominanego wyżej baseballowego Red Sox Boston (tego samego, który odzyskał wielkość dzięki sabermetrii), dyrektorem ds. strategii natychmiast mianował Damiena Comollego, bliskiego przyjaciela głównego bohatera „Moneyball”.

Matematyk gwiazdą sportu

Świat futbolu powoli przekonuje się, że intuicja to nie wszystko. Przed ćwierćfinałem mundialu w 2006 roku Argentyńczycy zadbali głównie o to, by na murawę wchodzić w „odpowiedniej” - wedle przesądu - kolejności. A Niemcy przygotowali się na wszystko. Przed rozstrzygającą serią rzutów karnych bramkarz Jens Lehmann dostał kartkę z dokładnymi instrukcjami, jak reagować. Wnikliwą analizę strzeleckich nawyków rywali umożliwiła gigantyczna baza danych trenerskiego maniaka statystyk Huuba Stevensa: „Julio Cruz - stój wyprostowany, ani drgnij, rzuć się w prawy róg”; „Hernan Crespo - długi rozbieg - prawy róg, krótki rozbieg - lewy” - tak został opisany każdy przeciwnik. Każdy trafnie, choć nie wszystkie strzały Lehmann zdołał obronić. Gdyby Maxi Rodriguez uderzył „z całej siły w prawy róg”, to bramkarz potrzebowałby jeszcze łutu szczęścia, bo czas reakcji człowieka jest ograniczony. Dwa strzały Niemiec jednak zatrzymał i wprowadził drużynę do półfinału mistrzostw świata. Argentyńczycy nie mieli pojęcia, że podbiegają do piłki obnażeni do rosołu.

Trzy lata później stojący między słupkami Manchesteru Unated Ben Foster został bohaterem finału Pucharu Ligi Angielskiej, bo po dogrywce, zanim stanął oko w oko z rywalami, wykonywane przez nich rzuty karne obejrzał na iPodzie.

Niebawem stanie się to normą. Trenerzy siatkówki też coraz częściej stoją obok boiska ze słuchawkami na uszach, przez które otrzymują informacje od przyrośniętych do laptopów współpracowników analizujących grę w czasie rzeczywistym. Zawodnicy muszą pracować również głową, bo przed meczami dostają - podobnie jak piłkarze czołowych drużyn - obszerne dossier o przeciwnikach i taktyczne zalecenia do wykucia na blachę. W przyszłości będą monitorowani już w trakcie gry. Wystarczy okleić ich kilkoma mikroczipami, by trener znał ich aktualne tętno, dostrzegł, że zaczęli wolniej biegać. I podjął decyzję o usunięciu ich z boiska.

Technologia całkiem sportu nie zdehumanizuje, bo żaden procesor nie obliczy, kiedy gwiazdora zacznie zdradzać żona albo zdechnie mu ulubiona papuga, co wywoła u niego chandrę, a wraz z nią nieuchronny spadek formy. Ale pozyskiwanie graczy robiących dobre wrażenie na trenerze odchodzi do lamusa. Wszyscy wymienieni wyżej zatrudniani przez europejskie kluby spece od digitalizacji piłki nożnej to bliżsi bądź dalsi znajomi Beane'a, który na długo przed rozpoczęciem zdjęć do filmu „Moneyball” zyskał w USA status celebryty. Oni na razie są anonimowi, ale rośnie prawdopodobieństwo, że następną po trenerze José Mourinho niegrającą megagwiazdą futbolu zostanie matematyk.
niedziela, 11 grudnia 2011, rafal.stec
Komentarze
2011/12/11 15:09:12
Ale z tą bazą danych, kto jak strzela karne, to chyba nie potrzeba matematyka. Wystarczy Gmoch albo Engel i odtwarzacz dvd, a dziś już właściwie internet.

BTW Messi w tym sezonie (i chyba nie tylko on) gra ponoć w butach z mikroczipami rejestrującym każdy jego ruch. Niby wszystko fajnie, ale jak ktoś mu te buty ukradnie i odczyta dane, to będzie miał wszystkie jego zwody jak na tacy:)
-
2011/12/11 15:23:18
Imponujący tekst.
-
2011/12/11 15:35:08
Film już widziałem, jak dla mnie świetny. A Pitt gra oskarowo. Skoro mowa o Mourinho, to spodobała mi się recenzja w The Independent: "Hollywood udało się wreszcie znaleźć aktora, który w roli menedżera dorównywałby urokiem Jose Mourinho zatrudnili Brada Pitta.

PS. A tak swoją drogą to o popularności baseball'u w Polsce świadczy fakt, że mimo Brada na ekranie, na sali było oprócz mnie z 10 osób. Troche szkoda, bo warto.
-
2011/12/11 16:40:24
Jako matematyk i kibic piłkarski jestem wręcz zachwycony, że ktoś w końcu pozbierał te informacje i tak fachowo je przedstawił. Był taki czas, że sam w pewnym momencie dochodziłem do takich wniosków, że wykorzystując prawdopodobieństwo empiryczne można dochodzić do pewnych uogólnień związanych np. ze stratą piłki w jakimś obszarze boiska. Zauważcie skąd wynika oklepane już hasło "nie przez środek!", które słyszy się czasem od trenerów młodszych roczników. Przecież nie chodzi o to, aby w ogóle nie grać przez środek, tylko o to, żeby w pewnych konkretnych i powtarzających się sytuacjach tego unikać, np. gdy boczny obrońca próbuje zagrać do środkowego obrońcy piłkę, gdy niedaleko jest napastnik.

Panie Rafale, czy ma Pan informacje o działaniach polskich trenerów w tym kierunku, albo o jakichś badaniach matematycznych?
-
2011/12/11 17:09:37
Świetny tekst ale "trenerskiego oka" nie należy nie doceniać.
Vic Braden, sławny trener tenisa potrafi przewidzieć podwójny błąd serwisowy z częstością ok. 16/17 przypadków (94%). Nie wiadomo jak on to robi. On sam zresztą także. Analiza statystyczna nie odkryła żadnych prawidłowości zawodników, które wskazywałyby na powód lub chociaż pozwalały przewidzieć podwójny błąd. A Braden przewiduje u zawodników, których grę widzi pierwszy raz na oczy, u kobiet, mężczyzn - bez wyjątku.


Producent hollywoodzki Brian Grazer (m.in. Apollo 13) opowiadał, jak poznał pierwszy raz Toma Hanksa w 1983 roku. Hanks był praktycznie nieznanym aktorem ale kiedy przyszedł na przesłuchanie do filmu "Plusk", to Grazer w jednej chwili wiedział, że to wybitny aktor. Wspomina, że wystarczyło kiedy Hanks wszedł i coś powiedział na przywitanie. Grazer nie wie, co zwróciło jego uwagę, tak samo jak doświadczony trener nie wie, dlaczego dany zawodnik się nada lub nie. To się po prostu wie.
-
2011/12/11 17:22:14
Ciekawy tekst. Myślę, że zmysł matematyczny jest potrzebny w kazdej dziedzinie zycia.

wokolzycia.blox.pl/2011/12/Facebook-10-porad-ulatwi-Ci-zycie.html
-
2011/12/11 18:04:12
Jestem ciekaw czy zarządzający polskich klubów zdają sobie sprawę z rewolucji w sporcie jaka dokonała się wiele lat temu. Przykładowo, jakoś nie chce mi się wierzyć, że Legia lub Wisła zatrudnia analityka pełną gębą, z wykształcenia informatyka, matematyka, fizyka lub ekonomistę i płaci mu załóżmy 120 tys. zł rocznie, żeby obliczał pochodne, całki, optymalne kąty ustawienia zawodników. Jakoś bardziej prawdopodobne wydaje mi się, że taki Jóźwiak osobę która by zaproponowała analityka, by zwyczajnie wyśmiał.
-
2011/12/11 18:21:41
Jestem ciekaw czy zarządzający polskich klubów zdają sobie sprawę z rewolucji w sporcie jaka dokonała się wiele lat temu.

Wiele jak wiele. W piłce nożnej może z kilkanaście.

I akurat taki Skorża to mi się wydaje geekiem.
-
2011/12/11 18:41:12
Jestem ciekaw czy zarządzający polskich klubów zdają sobie sprawę z rewolucji w sporcie jaka dokonała się wiele lat temu. Przykładowo, jakoś nie chce mi się wierzyć, że Legia lub Wisła zatrudnia analityka pełną gębą, z wykształcenia informatyka, matematyka, fizyka lub ekonomistę i płaci mu załóżmy 120 tys. zł rocznie, żeby obliczał pochodne, całki, optymalne kąty ustawienia zawodników. Jakoś bardziej prawdopodobne wydaje mi się, że taki Jóźwiak osobę która by zaproponowała analityka, by zwyczajnie wyśmiał.
-------------------------------------------------------------------------------
Bez przesady. Piłka to prosta gra. Obliczanie kątów nie ma większego sensu. Wystarczy bystre oko trenera i jego chłodny umysł. Boskiemu Cristiano wczoraj żadne całki nie pomogły.
-
2011/12/11 21:31:08
Za to boskiemu Puyolowi i owszem.
-
2011/12/11 21:41:55
Bez wątpienia te analizy i wykresy pomogą trenerom w doborze odpowiedniego składu, czy też w "odkryciu" jakiegoś talentu. Ale moim zdaniem nigdy nie zastąpi tak zwanego "trenerskiego" nosa. Statystyka bywa bardzo zdradliwa niestety. Dobrze że przytoczony został przykład Stama, SAF pozbył się go na podstawie jakichś tam danych podczas gdy niemal każdy widział w nim wciąż doskonałego obrońcę, i we Włoszech udowodnił że wciąż nim jest. Trener który zaufa bezgranicznie cyferką będzie przegrany!

Ciekawe jakby w młodości te wszystkie programy oceniły takiego Inzaghiego czy Romario, zawodników mających opinię strasznych boiskowych leniów, niewiele podających, niewiele biegających ale za to zabójczo skutecznych. Taki Wegner mógłby uznać na podstawie wydruków że skuteczność to jednak za mało i przesunąć ich do rezerw.
-
2011/12/11 23:26:13
Bardzo ciekawy tekst! Gdy usłyszałam o tym filmie, sama zaczęłam się zastanawiać, jak to wygląda w rzeczywistości, tj. czy wszyscy już zdają sobie sprawę, że matematyka ma taką moc, czy nie? W Polsce chyba niekoniecznie, ale gdzie indziej to jak najbardziej.
A na film muszę się wybrać, wszyscy pieją z zachwytu nad Bradem, może wreszcie jakaś nagroda mu wpadnie.

W siatkówce ta rewolucja wręcz pędzi - ostatni przykład: do Japonii AA wziął więcej statystyków niż zawsze, ze względu na dużą liczbę meczów w ciągu 2 tygodni, bo bał się, że się mogą nie wyrobić, a ich praca jest szalenie istotna. Chyba każda licząca się drużyna siatkarska ma statystyków.
-
2011/12/11 23:51:49
Fajny tekst, jednak z ta popularnoscia statystyki w futbolu bylbym nieco ostrozniejszy. Nawet wspomniany tutaj Prof Gerrard zalil sie ostatnio w radio, ze kluby Premier League nie sa zainteresowane jego uslugami, dlatego pracuje w rugby.

PS
Drobna pomylka tutaj: 'Riders zaczynają wygrywać.'.
-
2011/12/12 09:55:55
Wspaniały tekst poza jednym wyjątkiem: Makalele może wolno biegał, ale w porównaniu z Henrym, a miał słabą technikę, to jeśli porównywać go z Zidanem.
-
2011/12/12 10:03:01
Z tą niewidzialnością w Chelsea, to ja rozumiem, że poświęca się trochę obrazu rzeczywistego dla figury retorycznej, ale ja na przykład do dzisiaj pamiętam niesamowitą bramkę Makelele w LM, a teraz, broniąc jego klasy przy porannej kawie znalazłem na przykład taką perłę www.youtube.com/watch?v=ovFlsfgWg8w. Słaba technika?
-
2011/12/12 13:09:18
To jest tak jak na giełdzie (bardzo upraszczając): jeżeli ktoś znajdzie sposób/zależność by zarabiać, to niedługo dołączą się inni, wówczas metoda przestaje działać - bo skoro wszyscy stosują to znika przewaga tego jednego i wszelkie odchylenia od normy są niwelowane. Tak samo będzie i tu..cyferki cyferki, aż nagle przyjdzie 70-letni dziadzia z wąsem i intuicją i pokona cyferkowców i będzie znowu zmiana nastawienia :)
-
2011/12/12 14:01:55
@airborell

Skorża rzeczywiście należy już do generacji trenerów, którzy biorą sobie nowe rozwiązania do serca. Na pewno jednak, nie jest on osobą, która byłaby sama stworzyć jakiś model matematyczny opisujący poruszanie się zawodników po boisku. Z drugiej jednak strony, wydaje się, że akurat polskim piłkarzom coś takiego wcale nie musiałoby pomóc, bo i tak nie byliby w stanie wykonać założeń taktycznych. Co z tego, że taki analityk wyliczbyłby z jaką siłą mają podawać, pod jakim kątem przyjmować, ile czasu powinno im zająć odegranie piłki, skoro i tak nie byliby w stanie tego wykonać na boisku. Takie rzeczy to powinno się wpajać od młodego, uczyć ich dostosowania się do założeń taktycznych.


@stix

Trzeba też zauważyć, że piłka różni się trochę od siatkówki i np. baseballu. W piłce wciąż dużą rolę odgrywa improwizacja. W piłce jest taka ogromna liczba hipotetycznych sytuacji, że piłkarz i tak nie jest w stanie tego pojąć. Patrząc jednak na Barcelonę, widać, że radosną improwizację można bardzo łatwo zabić wyćwiczoną do upadłego taktyką. Przecież Ci piłkarze Barcelony to nawet nie myślą co mają robić, oni po prostu się poruszają bo boisku jak zaprogramowane maszynki :)
-
2011/12/12 14:06:46
@marek_koniarek

Też o tym kiedyś pomyślałem, to jest właśnie ciekawe, że futbol przez lata ewoluował, i każdy chciał grać tak jak Ci co wygrywają, nie patrząc czy przypadkiem zaraz ten styl nie będzie już przestarzały. Niedawno wszyscy chcieli grać jak Holendrzy, teraz będą tworzyć szkółki na wzór Barcelony, a kiedy już stworzą to może się okazać, że wcale ten styl Barcelony nie był taki dobry, bo jest jeszcz lepszy ;)

-
2011/12/12 14:51:33
laptop, statystyka, analiza na nic się nie przydadzą, jeśli są to narzędzia w rękach jakiejś ciepłej kluchy. pytacie o polskich trenerów. bardzo proszę: Stefek Burczymucha Majewski. laptopa ma? ma. elektroniczne narzędzia analityczne z wielkiego świata ma? ma. i co? i nic. może i epoka trenerów "na czuja" i "z nosem" odchodzi pięknie do lamusa wraz z Harrym Redknappem, ale jak graliby dziś Spurs gdyby za Redknappa na ławce siedział Majewski? charyzma i "nos" pozostaną w cenie nawet w epoce e-futbolu. bo laptop nie wyklucza "czuja".
-
2011/12/15 10:41:05
Jest w Polsce firma informatyczna, która sponsoruje ekstr(a)klasową drużynę. Jak jej to wychodzi widać od kilku sezonów. Nowoczesne technologie idą w parze z pracą z młodzieżą. Prezes woli raczej wyrzucać pieniądze w błoto.